Światło nurkowe – jak wybrać to pierwsze?

Czym się kierować?

Na co zwrócić uwagę a na co uważać?

Na ten temat miałem plan nakręcić serię filmów. Niestety, póki co nie mam warunków by osiągnąć zadowalające mnie efekty, zatem pozwólcie, że wrócę do formy pisanej i przedstawię ten temat na piśmie.
Nurkowe światło kupujemy już na pewnym etapie rozwoju nurkowego. To nie jest rzecz kupowana w trakcie lub zaraz po podstawowym kursie nurkowania. Po światło sięgamy zwykle po kursie poziomu Advanced Open Water Diver, jak już zostaniemy zaznajomieni z procedurami nurkowania w warunkach ograniczonego lub braku światła. Zwykle już mamy jakieś doświadczenie nurkowe, pewnie mieliśmy jakąś latarkę lub latarki w rękach.
Doskonale pamiętam jak ja zacząłem planować zakup swojej pierwszej latarki. Miałem już niezłe doświadczenie, sporo sprzętu skompletowanego i jakiś tam bagaż doświadczeń w trakcie nurkowań nocnych lub w warunkach wymagających użycia światła. Jednak moja wiedza w zakresie używania światła nurkowego była znikoma. Domyślam się, że w podobnej sytuacji jest wiele osób.
Otwieramy stronę pierwszego przyzwoitego sklepu internetowego i dostajemy oczopląsu od wyboru opcji, próbujemy określić budżet na ten zakup i raczej na pewno dostajemy lekkiej histerii widząc, że w zasadzie nie ma górnego pułapu jeżeli chodzi o koszt zakupu. Do tego ilość opcji do wyboru i kategorii, które na tym etapie wiedzy są dla nas nie do końca jasne. Bierzmy się więc do roboty i przygotujmy dobrze do zakupu.

Zacznijmy najpierw od rozgryzienia terminów, kategorii i określeń pojawiających się często w sklepach i w informacjach o latarkach nurkowych.

Od ilości typów i wariantów głowa boli. Foto: Nurkolog

Światło główne
Mówiąc o takim świetle zwykle mamy na myśli bardziej złożone systemy, w których występują co najmniej trzy elementy: głowica świecąca, kabel i akumulator zasilający. Akumulator zabezpieczony wodoszczelnym pojemnikiem jest zwykle montowany na pasie biodrowym, a głowica spoczywa w ręku nurka (często używa się odpowiedniego uchwytu, tak zwanego uchwytu Goodmana, który utrzymuje głowicę na wierzchu dłoni a my mamy wolne palce). Dlatego często światło główne łączone jest z nazwą „latarka kablowa”.
Nazwa „światło główne” wzięła się z konkretnej filozofii konfiguracji nurkowej, w której nurek planując nurkowanie w warunkach ograniczonego lub braku światła wyposaża się w co najmniej dwa źródła światła: światło główne, które pracuje zazwyczaj przez całe lub większość nurkowania i drugie światło – zapasowe, używane tylko w sytuacji, gdy światło podstawowe ulegnie awarii.
Mówiąc o świetle głównym myślimy o mocnym zestawie lub o dość dużej latarce, która świeci mocno, a jej moc wymaga odpowiednio pojemnego banku mocy. Stąd też przyjmuje się, że światło główne jest duże lub posiada duży zasobnik na akumulator. Z kolei światło zapasowe jest zwykle… „mniej finezyjne”, mniejsze, słabsze, ale też poręczniejsze. I tutaj zaczynają się schody, bo granice pomiędzy tymi światłami zaczynają się zacierać, rozwój technologii postępuje, a producenci latarek prześcigają się w różnych patentach by przyciągnąć uwagę klientów.

Światło główne. Tutaj głowica zamontowana w uchwycie Goodmana. Źródło: Ammonite System

Jeżeli spojrzymy sobie na bieżącą ofertę świateł głównych – kablowych, w zasadzie widzimy, że ceny potrafią być astronomiczne, ale i parametry tych lamp potrafią onieśmielać. Tutaj głównie oczywiście używa się parametru mocy świecenia czyli lumenów. Ten temat później rozwinę i wyjaśnię, dlaczego akurat lumeny nie powinny być podstawowym parametrem wyboru latarki. Na tym etapie warto tylko wspomnieć, że producenci prześcigają się w wymyślaniu nowych funkcjonalności oraz w dodawaniu kolejnych wartości lumenów, ale tak naprawdę nie jest to rzecz niezbędna każdemu nurkowi planującemu nurkowanie po zmroku, czy w warunkach słabszego oświetlenia.
Dobry zestaw kablowy oznacza głowicę świecącą dostosowaną do potrzeb używającego jej nurka, odpowiednio długi kabel łączący i akumulator montowany wygodnie i pewnie w miejscu nie przeszkadzającym nurkowi w trakcie manewrów pod wodą. Nurek wybiera głowice zależnie od tego, czy będzie nurkował w wodach przejrzystych, mniej przejrzystych, będzie nurkować w jaskiniach i wrakach (wtedy przydaje się możliwość montowania głowicy na kasku zwykle używanym w tego typu nurkowaniach), czy będzie potrzebował też szerokiego strumienia do doświetlania planów dla kamery czy aparatu fotograficznego.
W zestawie dużą rolę odgrywa też akumulator, którego konstrukcja zapewnia nie tylko wodoszczelność ale i odporność na różne zewnętrzne czynniki (wyobraź sobie nurka jaskiniowego przeciskającego się przez wąskie szczeliny). Do tego zastosowane ogniwa muszą być odpowiedniej jakości, a to oznacza wysoką cenę (zamknięte pakiety muszą uzyskiwać odpowiednie certyfikacje bezpieczeństwa – ich uzyskanie kosztuje naprawdę duże pieniądze). Tańsze konstrukcje oparte są zwykle o samodzielnie wymieniane akumulatorki, nie zawsze są to typowe akumulatorki czy baterie do kupienia w każdym sklepie.
Ważnym elementem zestawu są też akcesoria do montażu na sprzęcie lub do trzymania. Najczęściej nurek trzyma głowicę za pomocą wspomnianego już uchwytu Goodmana, dzięki czemu ma wolne palce i może ręką wykonywać wszystkie czynności bez obawy zgubienia głowicy.
Jeszcze tylko wspomnę, że niewielką grupę świateł głównych stanowią zwarte konstrukcje, gdzie latarka nie jest podzielona na żadne moduły. Są to jednak póki co dość duże i mało poręczne konstrukcje, które sprawiają więcej problemów niż radości w trakcie nurkowania.

Tutaj ciekawy patent. Dwie latarki typu „backup” na uchwycie Goodmana. Dostateczna moc na porządne światło główne. Foto: Nurkolog.

Światło zapasowe. Backup. Latarki ręczne. Latarki kompaktowe.
Tak jak przed chwilą napisałem, latarki „jednoczęściowe” mogą być też światłami głównymi, ale są to zwykle duże i nieporęczne „maczugi”. Myśląc o świetle zapasowym mamy na myśli te mniejsze konstrukcje, długości do dwudziestu centymetrów, a często krótsze.
Podstawową cechą dobrego światła zapasowego jest właśnie jego poręczność. Z zasady światło to wisi sobie nieużywane w trakcie nurkowania i dobrze by było, żeby jak najmniej przeszkadzało nurkowi. Zwykle jest więc schowane w kieszeni albo zaczepione o jeden z uchwytów D-ring (metalowy lub plastikowy uchwyt w kształcie litery D) przy uprzęży i dobrze byłoby, żeby w zasadzie nie odstawało od sylwetki nurka i dało się je szybko i łatwo odnaleźć, uruchomić.
Taka latarka często niespecjalnie się różni od normalnej latarki „cywilnej” – lądowej. Różnice są takie, że latarka nurkowa jest oczywiście odpowiednio uszczelniona i włącznik jest tak pomyślany by nie następowało przypadkowe włączenie latarki.
Dynamiczny rozwój spowodował jednak, że często latarki z segmentu „backup” mają zbliżone lub nawet wyższe parametry niż tańsze latarki „główne”. Nieduże konstrukcje świecące nominalną mocą moich „ulubionych” lumenów na poziomie 1500lm to już jest norma. A jeszcze do niedawna to była właśnie moc poszukiwana wśród głównych latarek nurkowych. Stąd też nasuwa się prosty wniosek, że jeżeli nie chcesz na starcie wydawać dużej ilości pieniędzy, zacznij od porządnej latarki typu „backup”, a z czasem może dokupisz sobie to mocniejsze główne światło. Wtedy twoja latarka stanie się właśnie tą zapasową.
Wybierając latarkę typu „backup” zwróć uwagę na sposób jej włączania by był odpowiednio prosty w warunkach, w których planujesz nurkować (na przykład zimne wody wymagają grubych rękawic, upewnij się, że dany pierścień obrotowy bez problemu da się takimi rękawicami obsłużyć). Zwróć też uwagę na jej wielkość i poręczność. Pamiętaj, że latarka powinna być cały czas zamontowana do uprzęży i jak jej nie używasz, by nie przeszkadzała.
Zwróć uwagę, że przez większość czasu nurkowania znajdujesz się w pozycji poziomej, latarka nie powinna zwisać luźno (zwłaszcza te dłuższe konstrukcje – dwadzieścia centymetrów i więcej), bo będzie haczyć przypadkowo i stawiać niepotrzebny opór w trakcie płynięcia. Najlepiej jak latarka przypięta jest na krótko do jednego z uchwytów typu D-ring w okolicy klatki piersiowej. Często wystarczy karabińczyk z krótkim kółkiem ze sznurka i mamy gotową najlepszą konstrukcję montażową. Do tego prosta pętelka z gumy by nieużywaną latarkę „przytulić” do sylwetki nurka.

Takiej sytuacji chcemy uniknąć. Zwizająca luźno latarka to źródło potencjalnych zaczepów i utrata opływowej sylwetki. Foto: Nurkolog.

Ważnym elementem latarki będzie źródło zasilania – najczęściej są to popularne wyciągane baterie lub akumulatorki. Wybierając latarkę sprawdź, jak jest zasilana, czy ładujesz ją wyciągając ogniwa ze środka (a więc musisz nauczyć się ją potem prawidłowo zamykać upewniając się, że uszczelnienia nie są uszkodzone i odpowiednio nasmarowane), czy podłączając zasilanie z zewnątrz. Wyciągane ogniwa mogą być bardzo różnego typu od zwykłych paluszków małych i grubych po bardziej specjalistyczne ogniwa litowo jonowe. Tutaj coraz bardziej popularne stają się litowo jonowe ogniwa typu 18650. To takie trochę dłuższe paluchy, często używane do składania większych pakietów stosowanych w naszych laptopach i power bankach. Kiedyś był to rodzaj zasilania znany i dostępny tylko specjalistom, obecnie są normalnie dostępne i do kupienia w każdym porządniejszym sklepie z bateriami. Jeżeli wybrana latarka ma taki właśnie typ zasilania, upewnij się czy wraz z latarką dostaniesz takie ogniwo i odpowiednią ładowarkę.
Pamiętaj, tańsze rozwiązania, a zwłaszcza latarki hurtowo ściągane z Chin, oznaczają, że deklarowane parametry baterii to czysta fikcja – zwłaszcza, jeżeli chodzi o pojemność ogniw. Takie baterie, o ile w ogóle są w stanie osiągnąć reklamowaną pojemność, zwykle dość szybko tracą swoje oryginalne parametry w miarę zużycia i z czasem zauważysz, że nie wiem jak długo je ładując nie osiągniesz już tej samej długości świecenia. Jeżeli więc decydujesz się na tańszą latarkę z takimi ogniwami w zestawie, radzę od razu pomyśleć o wymianie ich na lepsze modele.
Podróżując z latarką musisz mieć też zawsze na względzie: przepisy lotnicze dotyczące transportu baterii (uznawanych za źródło potencjalnego ognia i materiał niebezpieczny), sposób ich wymiany lub ładowania. Czy ładowarka będzie wymagać odpowiedniego adaptera by można było podłączyć ją do gniazdka, czy wymienne baterie będą dostępne na miejscu, czy należy zabrać zapas ze sobą.
W końcu też istotne jest na jak długo starcza pojedyncze ładowanie. Jeżeli na przykład planujesz typowy nurkowy weekend w Polsce, gdzie będziesz wykorzystywać latarkę pewnie na każdym nurkowaniu, które średnio trwa około trzydziestu minut to fajnie jakby zasilanie nie wymagało doładowywania w międzyczasie, bo nie zawsze będziesz mieć czas lub okazję podłączyć się do prądu.

Zestaw świateł video w wersji zaawansowanej. Duża moc ale i waga. Foto: Nurkolog.

Inne – specjalistyczne rodzaje świateł:
VIDEO
W zasadzie nazwa tłumaczy wszystko. Te światła służą głównie fotografom i posiadaczom kamer by mogli rejestrować dobre ujęcia w warunkach ograniczonego oświetlenia. Tu warto uświadomić sobie, że zwykle aparat czy kamera są zdecydowanie mniej światłoczułe niż ludzkie oko. Nurkując w miarę przejrzystych płytkich wodach myślisz sobie, że aparat czy kamera nie będzie potrzebować sztucznego doświetlenia – robisz zdjęcia i filmy a potem dziwisz się, że są nieostre, rozmazane, ich jakość jest niska, albo są mocno ubogie w kolory. Niestety, biorąc się za zdjęcia czy filmowanie pod wodą musisz się liczyć z tym, że żeby osiągnąć przyzwoite efekty musisz pomyśleć o dobrym doświetleniu. I tu akurat głównym, ale nie jedynym, parametrem dobrej latarki jest jej moc. Im mocniejsze światło tym łatwiej będzie ci osiągnąć zadowalające efekty podczas zabawy aparatem czy kamerą typu GoPro. A im więcej mocy tym cena wyższa i poręczność latarki mniejsza. Do tego dochodzi sposób mocowania latarki – najlepiej na jakimś uchwycie łączącym ją z naszym rejestratorem obrazu. By zapewnić sobie więc w miarę przyzwoity zestaw doświetlający będziemy musieli wysupłać z kieszeni przynajmniej około tysiąca złotych.

Zestaw świateł video może być mały, wygodny do podróżowania. Foto: Nurkolog.

To jest temat na dłuższy artykuł – kamera lub aparat potrzebują rozsądnego planowania doświetlania sztucznym światłem, póki co warto zaznaczyć, że żeby efekty były znośne, zwykle od razu należy myśleć o dwóch latarkach typu video. Na szczęście nasi producenci wypuszczają coraz częściej gotowe zestawy na start przygody nurkowego fotografa czy filmowca i za w miarę rozsądne pieniądze jesteśmy w stanie kupić gotowy zestaw złożony z dwóch lamp i odpowiednich uchwytów. Są warianty dobre do podróżowania – kompaktowe, lekkie, są też zestawy większe i mocniejsze.
Na koniec tylko powiem, że światło video nie będzie dobrym światłem podstawowym do ogólnego stosowania w trakcie nurkowania. Jeżeli masz już wiedzę o procedurach nurkowania w warunkach braku światła naturalnego to wiesz, że światła używasz też do komunikacji z innymi nurkami. Światło video ma bardzo szeroki kąt świecenia i nie nadaje się do komunikowania pod wodą. Wyjątkiem są latarki ze zmiennymi trybami świecenia, gdzie przełączając tryby możesz uzyskać dobre światło szerokie jak i skupioną wiązkę.

To jest jednocześnie zaleta i wada dobrego światła video. Rozproszone światło nie nadaje się do komunikacji. Foto: Nurkolog.

Błyskacze
To bardzo wąska grupa świateł używana praktycznie tylko do jednego celu – to światło służące jedynie do szybkiego odnajdywania. Mniejsze błyskacze można montować na swoim sprzęcie by inni nurkowie w warunkach ograniczonej widoczności mogli nas szybko zlokalizować. Czasami w sytuacjach awaryjnych, na przykład przy użyciu bojki sygnalizacyjnej na powierzchni wody możemy użyć błyskacza by łodzie poruszające się w okolicy łatwiej nas zauważyły. Stąd też bojki sygnalizacyjne są często wyposażone w kieszeń do umieszczania takiego oświetlenia.
Duże błyskacze używa się często w trakcie bardziej ambitnych nurkowań wrakowych. Ambitnymi nazywam tu nasze rekreacyjne nurkowania na Bałtyku. Jeżeli schodzimy po linie opustowej (łączącej powierzchnię z wrakiem) i na dole zastajemy mrok, błyskaczem właśnie oznaczamy miejsce, w którym po zwiedzeniu wraku powinniśmy znaleźć linę opustową.
Błyskacz tym bardziej nie nadaje się na podstawowe ogólne światło nurkowe. Nawet jeżeli ma tryb świecenia ciągłego to nie jest to w żaden sposób skupiona wiązka światła.

Typowe światło z mocno skupionym najjaśniejszym punktem i szeroką aureolą. Foto: Nurkolog.

 

Inne pojęcia, które mogą się przydać przy wyborze światła

Uchwyt Goodmana
W zasadzie to już temat omówiony, ale warto jednak jasno opisać te akcesorium jako istotny element naszego świetlnego sprzętu. Kupując latarkę powinniśmy naprawdę dobrze przemyśleć sposób montażu i trzymania latarki w trakcie nurkowania. Latarka nie powinna nam przeszkadzać i zawadzać jak jej nie używamy. Dobrze będzie, jak również nie będzie nam istotnie ograniczać ruchów, jak jej będziemy używać.
Tutaj doskonałym rozwiązaniem jest uchwyt Goodmana. Prosty uchwyt nakładany na dłoń, gdzie latarka znajduje się na wierzchniej stronie dłoni. Uchwyt nie powinien krępować nam ruchów palców i całej dłoni. Typów uchwytów jest sporo, więc możemy wybrać rozwiązanie bardziej pasujące do naszych preferencji. Są więc Goodmany twarde – wykonane z aluminium lub tworzywa – regulowane, modularne (z dokładanymi elementami), są też uchwyty miękkie – wykonane z materiału, gdzie pasek opinający dłoń utrzymuje mocny rzep, lub jest to mocna gumka typu bungee. Tak samo rozwiązany jest system montażu latarki – albo łapiemy ją paskiem z rzepem, albo gumką bungee. Ważne jest przy wyborze sprawdzenie jak szybko i wygodnie jesteśmy w stanie zmontować uchwyt z latarką (część uchwytów jest w zasadzie na stałe skręcona z latarką) i go założyć na dłoń – i odpowiednio wyregulować. Dobrze też sprawdzić łatwość demontażu.

 

Od lewej: Goodman twardy i dwa rodzaje Goodmana miękkiego. Źródło: Ammonite System i Hi-Max Polska

Światło dobre do komunikacji
Takie określenie często pojawia się w opisach latarek. Co ono oznacza. Szukając światła nurek powinien już być zaznajomiony z procedurami nurkowania po ciemku – gdzie przede wszystkim zmienia się sposób komunikacji między członkami zespołu i część znaków wykonuje się kreśląc odpowiednie kształty wiązką latarki. Ciężko sobie wyobrazić, że światło video czy błyskacz się tu sprawdzi, ale też przeglądając ofertę producentów latarek trzeba zwrócić uwagę na właśnie parametry wiązki. Część świateł typu głównego czy backup będzie miało mocno skupiony promień – często jest podawana ta wartość wyrażona w kącie świecenia. Im mniejszy kąt świecenia, tym bardziej skupiona wiązka. Oprócz tego najjaśniejszego punktu emitowanego światła często też widzimy taką otoczkę – aureolę. Mniej jasny, ale za to szerszy krąg światła, którym możemy doświetlać obserwowany obszar świata podwodnego.
To od naszych preferencji będzie zależeć czy wybierzemy światło praktycznie jedynie z tym jasnym punktem i ewentualnie minimalną „aureolą”, czy po prostu wybierzemy mniej skupione światło, albo światło z większą „aureolą”. Moim zdaniem to jest jeden z ważniejszych czynników wyboru światła nurkowego.

Fajna propozycja od Tusy (Light & Motion) – seria: GoBe, gdzie głowice można wymieniać zmieniając moc i skupienie światła. Źródło: Tusa

Lumeny
Najczęściej podawana wartość mająca określać jasność osiąganego światła. Niestety, jest to kompletnie niemiarodajna informacja ze względu na brak standardu uzyskiwania danych o jasności światła emitowanego przez tą czy inną latarkę. W praktyce wygląda to tak, że jeden producent podaje wartość zmierzoną odpowiednimi narzędziami na finalnym produkcie – latarce, a inny podaje ilość lumenów deklarowaną przez producenta użytej diody. Tutaj warto zaznaczyć, że to niestety najpopularniejsza metoda podawania ilości lumenów, często z pominięciem informacji, że osiągnięte nieprawdopodobne ilości lumenów to efekt osiągnięty w laboratorium przy użyciu dużo większej mocy zasilania. Zwykle więc te nasze magiczne tysiąc pięćset lumenów to praktycznie niecałe tysiąc, a czasem i mniej.
Myślę, że to w zasadzie wyczerpuje temat jeżeli chodzi o niezbyt jasne określenia i terminy używane w odniesieniu do świateł nurkowych. Jeżeli spotkaliście się jeszcze z jakąś nazwą lub opisem, który nie jest dla was jasny, a ja go nie opisałem – piszcie śmiało. Chętnie uzupełnię ten artykuł. Czas przejść do zasadniczego zadania. Wyboru tej jedynej, wspaniałej, pierwszej latarki.

W takich warunkach mocne światła się nie sprawdzają. Foto: Nurkolog.

Jak wybrać pierwsze światło nurkowe?

Punkt pierwszy to serwis i gwarancja. Nie zapominaj, to jest tylko urządzenie i w dodatku oparte o bardziej lub mniej złożoną elektronikę zasilaną jakimiś bateriami. Takie rzeczy nie lubią się z wodą. Nawet najlepsze uszczelnienia nie zapewnią stuprocentowej odporności na niefrasobliwość użytkowników i różne zjawiska zewnętrze, tudzież złośliwość rzeczy martwych. Latarka może i jest wodoodporna, ale jakoś ją trzeba naładować lub zmienić baterię. Czy rozkręcając ją na pewno robimy to warunkach zerowej wilgotności? Czy skręcając ją z powrotem jesteśmy stuprocentowo pewni, że wszystkie uszczelki są w dobrym stanie i odpowiednio nasmarowane?
Sposobów na załatwienie latarki jest cała masa, a one same to nie są niezawodne urządzenia, czasem elektronika wysiada „bo tak”, czasem padają ogniwa „bo tak”. Kupując latarkę miej na względzie gdzie będzie trzeba ją oddać, wysłać w celu naprawy. Sprawdź opinie o danym producencie, importerze – jak są obsługiwane naprawy, w dobie rozwoju Internetu ludzie bardzo chętnie dzielą się uwagami zwłaszcza niestety tymi negatywnymi odnośnie jakości usług. Na pewno nie ma nikogo idealnego, ale zawsze można wybrać producenta, którego serwis jest na miejscu, większość napraw może być wykonana bez odsyłania na przykład na drugi koniec świata, za wielkie morze, a serwis ma przynajmniej dobre opinie o wykonywanej robocie i czasie reakcji.
Lumeny to pułapka! Nie oceniaj latarki jedynie po ilości podanych lumenów. Często są to mocno przesadzone liczby i nie mające żadnego przełożenia na jakość latarki. Latarkę najlepiej jest przed zakupem móc odpalić, najlepiej zrobić nurkowa testowego – temu służą takie imprezy jak Demo Days i różne programy udostępniania sprzętu do testu prowadzone przez producentów i dystrybutorów. Zobacz jak to światło świeci w praktyce – nie chodzi o jego moc, ale o sposób rozłożenia światła – mówiłem o tym najjaśniejszym punkcie i aureoli.
Uważaj, mocne światła nie zawsze się sprawdzają. Jeżeli zdarza ci się nurkować w Polsce lub wodach, w których widoczność może być trochę słabsza, gdzie występuje jakakolwiek zawiesina, jakieś drobne elementy unoszą się w wodzie – sprawdź mocną skupioną wiązkę w takich warunkach. Światło odbije się od tej zawiesiny i dostaniesz nim po oczach. Mocne i skupione światło zwyczajnie cię oślepi w takich warunkach. Na takie wody lepsze są światła mniej skupione, albo przynajmniej niech mają przełączane tryby, na przykład trójstopniową moc świecenia. W sytuacji występowania zawiesiny w wodzie najlepiej jest stosować najsłabszy tryb świecenia.
Wybierz wygodę używania – latarka ma ci nie przeszkadzać i nie haczyć o podwodny świat. Miejsce montażu ma duże znaczenie. Jeżeli latarkę będziesz trzymać w uchwycie Goodmana na powierzchni dłoni, sprawdź, jaki zakres ruchów będziesz mieć – czy na przykład zbyt długa latarka nie będzie krępować ruchów.
Jeżeli decydujesz się na latarkę „backupową” prostej konstrukcji, najlepszym patentem na montaż będzie zamontowanie jej na krótkim zaczepie blisko klatki piersiowej. Żadne długie sznurki, czy jakieś retraktory. Pod wodą, w pozycji poziomej w zupełności wystarczy ci zakres ruchów latarki przyczepionej na krótko do pasków twojej uprzęży. Nawet rekreacyjne jackety mają zwykle na wysokości klatki piersiowej jakieś zaczepy. A samej latarce wystarczy dobrej jakości karabińczyk i krótka pętla z mocnego sznurka. Czasami dobrze jest pomyśleć o jakimś dodatkowym „uchu”, które podwiesi latarkę tak by nie zwisała swobodnie gdy nie jest potrzebna. Dyndająca latarka raz, że może haczyć, dwa –  jeżeli jest cały czas włączona – może wprowadzać w stan nerwowości pozostałych uczestników nurkowania, którzy zinterpretują ruchy twojego światła jako znak nurkowy – najczęściej znak „coś jest nie w porządku”.
Zwróć uwagę na sposób włączania. Różne są patenty, ja już chyba testowałem wszystkie możliwe. Guziki są dobre, o ile są dobrze zabezpieczone przed przypadkowym włączeniem i da się je włączyć nawet w najgrubszych rękawiczkach. Pierścienie obrotowe – są fajne, o ile dobrze uszczelnione by nie dostawał się pod nie żaden brud i nie doprowadzał do blokowania obrotu. Włączniki dotykowe, tzw. „piezzo”- pomysł niezły, ale ja się z nim nie polubiłem. Na powierzchni jakoś szczególnie chętnie zapala się przypadkowo a pod wodą nagle udaje, że jest odporny na dotyk. Proste latarki często są włączane przez dokręcenie głowicy do rękojeści, w której skryte jest zasilanie. Proste – najlepsze, ale! Już widziałem zalane latarki tego typu, bo mało doświadczony użytkownik myśląc, że dokręca latarkę, właśnie starannie ją odkręcał. Mi też zdarzało się pomylić kierunek dokręcania. Teraz robię tak: przed nurkowaniem włączam latarkę i potem delikatnie ją odkręcam tylko do momentu aż zgaśnie. Tak by pod wodą wystarczył jeden obrót by latarka się zapaliła. Jeżeli się nie zapala – znaczy, że kręcę w złą stronę.

Z jednej strony światło backup, z drugiej – światło główne. Nawet w rekreacyjnej konfiguracji jesteś w stanie powtórzyć ten układ. Foto: Dariusz Myszkowski.

Oceń na ile czasu latarka powinna ci służyć na jednym naładowaniu i czy będziesz mieć warunki do ładowania jej na planowanych wyjazdach nurkowych. Zatem jeżeli na baterie, to czy musisz brać ich zapas. Jeśli akumulatorki ładowane – na ile starczają i czy może warto dokupić dodatkowe by między nurkowaniami najwyżej wymieniać je a ładować dopiero po powrocie. Jak ładowanie to jakim prądem i ile czasu. Większe akumulatory i pakiety mogą wychodzić poza przepisowe limity narzucone przez linie lotnicze. Obecnie pakiety powyżej 100Wh mogą być zawrócone na kontroli.
Jeżeli pakiet jest zabudowany tak, że ładowarkę podłączasz bezpośrednio do zestawu świetlnego, to upewnij się na ile jest to prosta czynność i czy wymaga potem jakichś procedur uszczelniania po naładowaniu. Najgorsze, co się może zdarzyć, to przypadkowe zalanie poprzez niezabezpieczony port ładowania. Zwykle do wymiany jest nie tylko pakiet zasilający ale i elektronika latarki. Z kolei jeżeli styki, do których podpinasz ładowarkę, są cały czas odsłonięte – bardzo fajny patent – popytaj o opinie obecnych użytkowników, czy latarka nie będzie wymagać serwisu po jakimś czasie nurkowania w słonej wodzie. Z takim przypadkiem się spotkałem. Latarki Light & Motion mają fajny patent ładowania poprzez cały czas odsłonięte styki, ale niestety styki te od nurkowania w słonej wodzie szybko śniedziały i po niedługim czasie ładowarka przestawała „widzieć” latarkę.
Wybierz światło, które z powodzeniem później, w miarę twojego rozwoju, przejdzie do roli światła zapasowego. Najbardziej uniwersalne rozwiązania mają szansę jak najdłużej Ci służyć. Nie musisz więc od razu kupować dużego zestawu za kilka tysięcy złotych, ani najpotężniejszej latarki na rynku, która swoim jasnym snopem przecina metal, gotuje wodę i oślepia astronautów na orbicie ziemskiej. Pamiętaj, że docelowo i tak będziesz posiadać kilka świateł.

Zarówno zaawansowane zestawy wypornościowe… (źródło: xDeep)
… jak i rekreacyjne posiadają uchwyty, do których możesz przypiąć światło. (Źródło: Tusa)

To końcu jacket czy skrzydło?

„Nie kupuj jacketu, kup se skrzydło. Jackety są dla niepoważnych ludzi!”

„Kup jacket, po co ci skrzydło? To nie jest sprzęt dla ciebie!”

I tak w kółko, gdzie nie napiszesz, gdzie nie zapytasz, tam zawsze pojawi się dziesięć opinii na tak i na siak. W końcu dyskutanci i tak pokłócą się między sobą zapominając o tobie i postawionym pytaniu.

O co chodzi z tym jacketem i skrzydłem? Czy to jest aż taka różnica,  czy któregoś rozwiązania należy się bać – bo to sprzęt dla zaawansowanych nurków? Czy któreś z rozwiązań ma jakieś istotne ograniczenia?

Zintegrowany system balastowy to dziś standard.

Po pierwsze – co jest skrzydłem, a co jest jacketem?

Niby sprawa prosta, dla wielu wręcz oczywista, a jednak uważam, że pewne rzeczy należy sobie wyjaśnić. Sam pamiętam dyskusję z jednym – wtedy dużo bardziej zaawansowanym ode mnie – nurkiem. Nurkowałem wtedy w skrzydle Dive Systemu i nurek ten upierał się, że to nie jest skrzydło. Jego zdaniem skrzydłem można nazwać tylko „techniczną” konfigurację: płyta z uprzężą + worek. A to moje coś to co najwyżej jakaś hybryda – pomimo, że napełniany worek w Dive Systemie znajduje się na plecach, uprząż jest bardzo podobna do uprzęży z konfiguracji technicznej, ba, nawet ma pas kroczny, który nie występuje w jacketach i raczej rzadko pojawia się w rekreacyjnych rozwiązaniach. Co niejako skazywało na „skrzydłową banicję” mój sprzęt? Że wszystko było zintegrowane, nierozłączalne i miało dużo rozwiązań „rekreacyjnych”.

 

No to jak to jest w końcu?

Myślę, że po trochu każdy ma rację, bo nie ma jednej jedynej słusznej metodologii nazewnictwa sprzętu, nie ma ten temat poważnych studiów, a nazwy narzucają marketingowcy pracujący dla producentów sprzętu. Sami projektanci też nie ułatwiają nam sprawy, bo kiedyś typowo techniczne rozwiązania są teraz często wyposażane w wiele dodatków mających przyciągać uwagę klienta „rekreacyjnego”, a z kolei twórcy ambitniejszych konstrukcji rekreacyjnych oglądają się na rozwiązania stosowane przez zaawansowanych nurków.

Jacket Tusa
Rekreacyjny jacket – autorskie rozwiązania Tusy, wszystko fajnie działa i jest super wygodne, ale jednak wymaga zapoznania się z obsługą każdego, kto z tobą nurkuje. Jak zrzucać balast, do czego dodatkowy guzik inflatora.

Co jest jacketem?

To, co powoduje, że daną rzecz nazywamy skrzydłem lub jacketem, to kwestia wyboru rozłożenia worka napełnianego powietrzem. Jacket będzie miał pęcherz napełniany powietrzem nie tylko na plecach, ale też z przodu, wokół pasa nurka. To powoduje, że nurek po napełnieniu kamizelki na powierzchni wody zawsze znajdzie się ustawiony pionowo. Jest to bardzo bezpieczne rozwiązanie dla początkujących, mało pewnych siebie i swoich umiejętności osób. Instruktorzy też chętnie wybierają jackety do swoich szkół, bo wiedzą, że w razie kłopotu napełnią kamizelkę niesfornemu kursantowi, który natychmiast znajdzie się nad lustrem wody w pozycji pionowej i stabilnej. Naprawdę niewielka szansa by w tej pozycji najbardziej uzdolniony pechowiec był w stanie zrobić sobie kuku.

Jacket pod wodą może być całkiem wygodny, ale jednak sposób rozłożenia powietrza, rozbudowana przednia część powoduje, że jacket nie ma tej stabilizacji co skrzydło, często ustawia nurka lekko pod ukosem – głowa wyżej, nogi niżej. Dużo ludzi czuje się wtedy bardzo bezpiecznie, ale nie wie jak dużo energii (i powietrza, bo musi się bardziej „napedałować”) traci płynąc w mało ergonomiczny sposób. Dość często też sam jacket nie jest najbardziej opływowym rozwiązaniem.

Jeżeli decydujesz się na jacket, zwróć też uwagę na system zintegrowanego balastu (bo w dzisiejszych czasach decydowanie się na bcd bez tego patentu to moim zdaniem duża pomyłka – balast na pasie biodrowym to jest już przeszłość, o której należy jak najszybciej zapomnieć). Widziałem patenty, które się nie sprawdzały – wypadające kieszenie, zapięcia, które szybko się wyrabiały. No i co jak zgubisz kieszeń? Łatwo będzie kupić nową? Czy jest droga?

Tusa Xwing
Czy to jeszcze jacket czy już skrzydło? Worek jest na plecach, ale jest dużo dodatków rekreacyjnych.

Co jest skrzydłem?

Skrzydło całe powietrze rozkłada na plecach, wokół butli – i tu pojawiają się wariacje, bo worek po napełnieniu potrafi mieć kształt U skierowanego nóżkami w dół, albo O – tzw. Donut. Worki mogą być duże, małe, mogą być opinane różnymi gumkami lub nie, ale istotą tej konstrukcji jest to, że całe powietrze wpuszczone do worka rozmieszcza się na plecach. Co to powoduje?

Nurek pod wodą ma bardzo stabilną poziomą pozycję, co wpływa na jego opływowość, a więc zmniejszone opory podczas płynięcia. Z tego wynikają same plusy: nurek się mniej męczy, sprawniej płynie, ma mniejsze zużycie powietrza. Wada? A owszem, jest. Po wynurzeniu i napełnieniu worka nurek musi zapanować nad swoją sylwetką i najlepiej jest się położyć na plecy, utrzymanie pionu jest możliwe, ale nie jest naturalną pozycją, którą uzyskujemy po napełnieniu. Mniej utalentowany nurek może co i rusz lądować twarzą pod wodą, co może powodować zwiększanie stresu lub doprowadzić do wypadku (ale podkreślam, że trzeba mieć talent: wypluć automat, nie mieć fajki i zacząć łykać wodę).

Oczywiście są skrzydła, które producent ozdobił tyloma dodatkami i kombinacjami, że trudno stwierdzić, czy to jeszcze skrzydło, czy już jacket. Są i jackety tak proste w swej budowie i „ascetyczne”, że ktoś może je pomylić ze skrzydłem, ale moim zdaniem tu chodzi tylko o rozmieszczenie powietrza w worku danego systemu wypornościowego. A to czy system ma różne dodatki i bajery w postaci bardziej rozbudowanych inflatorów wyposażonych w dodatkowe systemy zrzutu powietrza, zintegrowane systemy balastowe, kieszenie akcesoryjne, itd., itp. – to rzecz wtórna. To, że nie możesz oddzielić worka od uprzęży, nie znaczy, że nie jest to skrzydło. Ba, choćby Tusa ma rozbudowane systemy, w których dużo elementów można zdemontować i wymienić.

Xdeep Ghost
Xdeep Ghost – skrzydło o rodowodzie technicznym skierowane do nurków rekreacyjnych – rozpinane szelki, dodatki pod szelkami podnoszące komfort.

To jest sprzęt dla zaawansowanych nurków, tylko nurkowie techniczni w tym pływają!

Często powtarzane są hasła, że skrzydła są bardziej zaawansowane i raczej przeznaczone do bardziej zaawansowanych nurkowań. Wiele razy słyszałem, że jacket to tylko dobre rozwiązanie do nauki, stawiania pierwszych kroków, a potem i tak wszyscy przesiadają się na skrzydła. Ludzie tak mówiący patrzą tylko przez pryzmat własnych doświadczeń i przekonań. Nie mają szerszej perspektywy. Na przykład na świecie znakomita większość nurków to nurkowie „rekreacyjnie rekreacyjni”. Nurkowanie traktują jako wakacyjną przyjemność, którą uprawiają może kilka razy do roku wyjeżdżając w różne bajeczne zakątki świata. Zatem pod względem popularności wygrywa na świecie jacket. Wynika to po części z tego, że – jest popularny. Tak. Popularny, bo popularny. Idziesz na intro nurkowe w resorcie*? Dostajesz jacket. Idziesz na kurs w resorcie – nurkujesz w jackecie. Wypożyczasz sprzęt z bazy? Są głównie lub tylko jackety. Widzisz innych ludzi na łodzi? Jackety. W sklepach przy bazach lub w bardziej popularnych nurkowo regionach głównie w ofercie eksponowane są jackety. Oczywiście ten trend będzie się lekko zmieniał, choć nie wróżę skrzydłu tego, że kiedyś prześcignie popularnością jacket.

Duzi producenci sprzętu sprzedawanego na całym świecie, Mares, Scubapro, Aqualung chociażby, mają w swojej ofercie skrzydła – te właśnie bardziej zaawansowane i niektórzy z nich nawet dość aktywnie promują tą gałąź swojej produkcji. Jest więc szansa, że za jakiś czas te proporcje się bardziej wyrównają.

Może to już rzadki widok, ale zdarzało mi się, że w tych resortach patrzyli na posiadaczy skrzydeł troszkę jak świadkowie pierwszego przejazdu automobilu lub startu pierwszego samolotu. Mieszanina niedowierzania, szacunku i zaciekawienia. Co to jest? Wygląda bardzo profesjonalnie. To poważny sprzęt.

Xdeep Ghost
Obrazek doskonale pokazuje jaka jest idea skrzydła – mało, albo nic z przodu, wszystko na plecach.

Skrzydło wcale nie jest poważniejszym sprzętem. Owszem, są konstrukcje, których zadaniem jest bezpieczna praca na dużych głębokościach, pod dużym obciążeniem. Zabawne, że te „poważne” skrzydła wyglądają raczej prymitywnie, ascetycznie.

Kilka gumek, jedna taśma, parę metalowych uchwytów i to jest zaawansowany sprzęt?

To prawda, że te „techniczne” sprzęty wyglądają bardzo topornie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Przede wszystkim ogromną zaletą tych konstrukcji jest ich prostota. Za prostotą idzie bezpieczeństwo – rzeczy mniej skomplikowane są zwykle bardziej odporne, trudniej je zepsuć, łatwiej naprawić. Rzeczy proste łatwo jest obsługiwać i każdy wie lub szybko się domyśli jak je rozpracować.

Ogromną zaletą tych konstrukcji jest ich absolutna standaryzacja. Co z tego, że jeden producent ma takie kształty worków, takie kolory płyt i takie dodatki na inflatorze czy proponuje ci dodatkowe kieszenie albo patki podnoszące komfort – skoro najważniejsze połączenia, dziurki montażowe są i rodzaje montażu są takie same? Tak, możesz mieć worek xDeepa, uprząż Tecline, inflator Scubapro, a pasy do butli wraz z adapterem jeszcze od kogoś innego. Zepsuje Ci się jedno? Nie ma problemu, możesz wybrać innego producenta i wszystko będzie współdziałać.

Spróbuj to samo zrobić jak ci się popsuje lub zużyje coś z elementów typowego rekreacyjniaka popularnych firm. Owszem, często możesz nabyć części zamienne, ale tylko tej samej firmy, która wyprodukowała twoje bcd. O ile jest to w ogóle możliwe. Jak przebijesz sobie worek wypornościowy (niestety, wbrew pozorom zdarza się i taka przykra sprawa) – często nie można go w ogóle wymontować z konstrukcji. Poszła klamerka? Wszystko wszyte i nic tylko pruć. To są główne wady konstrukcji typowo rekreacyjnych – brak standaryzacji, raczej ograniczone możliwości wymiany elementów. Za tym idzie kolejna wada – każdy jacket każdego producenta (bo każdy dąży do tego by wymyśleć coś „bardziej” albo coś „więcej”) ma swoje unikalne rozwiązania. Zatem jeżeli jesteś skrupulatnym nurkiem, musisz w ramach przednurkowej kontroli zapoznać każdego swojego nowego partnera nurkowego z unikalnymi patentami zastosowanymi w twojej konstrukcji: jak zrzucać balast, jak rozpinać, jak używać inflatora.

Skrzydła podczas ubierania
Ogromna zaleta skrzydła przy ubieraniu, zero „przeszkadzajek” z przodu, które ograniczają ruchy, pochylanie się w szczególności.

Sam to obserwuję na kursach jak uczę kursantów na różnych jacketach. Jeden ma trzy guziki na głowicy inflatora, drugi ma guziki czerwone i blisko siebie. Kształt głowicy nie pozwala łatwo zidentyfikować, który przycisk jest do zrzucania powietrza, a który do pompowania. Muszę każdemu tłumaczyć: w tym jackecie wypuszczasz powietrze tak i tak, a w tym – inaczej, a jeszcze tu wygląda to nieco inaczej.

inflator A.P.A od Tusy
Rozbudowany inflator od Tusy. Fajny patent, ale jednak wprowadza nieco zamieszania przy obsłudze.

Te bardziej wystandaryzowane, uniwersalne rozwiązania nie mają takich problemów. Korzystając z wypożyczonego zestawu „zaawansowanego” raczej nie będziesz mieć problemu z identyfikacją sposobu użycia danego elementu. Fajne jest też to, że te kombinacje możesz dostosowywać do swoich potrzeb: możesz mieć bardzo lekkie i proste skrzydło, które świetnie sprawdzi się w podróżach lotniczych, gdzie każdy gram ma znaczenie. Możesz sobie rozbudować system o dodatkowe kieszenie, podkładki podnoszące komfort i rozpinaną uprząż prostymi klamerkami. Kolory też można dobrać pod swój gust, to już nie są tylko takie czarne, nudne wory dla ponurych rycerzy mroku. Chcesz mieć fajne skrzydło, które nie musi być lekkie? Znakomicie, kup sobie ciężką płytę stalową i już masz zapewnioną część balastu w postaci płyty – a ten balast masz pięknie rozłożony na plecach.

Jeżeli z pełną świadomością wybierasz najbardziej „konserwatywną” wersję skrzydła, tzw. DIR, gdzie uprząż zrobiona jest dosłownie z jednego kawałka taśmy, płyta jest prosta jakby ktoś ją wyciął na poczekaniu w garażu, jedynym ozdobnikiem czarnego worka jest proste logo producenta, a na szelkach jedyne dodatki to gumy żywcem wycięte z dętki i metalowe uchwyty w kształcie litery D to wiedz, że to wcale nie jest skomplikowany, zaawansowany sprzęt, tylko dla orłów. Jeżeli będziesz mieć dobrego nauczyciela, który nauczy cię dobrze to wyregulować i skonfigurować takie skrzydło to zakładanie i zdejmowanie wcale nie będzie trudniejsze od najbardziej wypasionych rekreacyjnych patentów.

worek OMS - U z gumkami
Kształt worka OMS – odwrócone U i jeszcze opięte gumkami, by powietrze równomiernie schodziło z każdej części worka.
Tecline Donut szeroki
To też jest donut, ale dużo szerszy. Brak gumek opinających wbrew pozorom w niczym nie przeszkadza.
Tecline Donut mały
Mały Donut od firmy Tecline.

No dobra, to co wybrać?

Tylko samodzielna próba da ci odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie spiesz się z zakupem i nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji. Pomyśl o tym, jak twoje nurkowanie może wyglądać za kilka lat, czy będą to raczej okazyjne wyjazdy, czy regularne nurkowanie tu w Polsce i za granicą. Kieruj się swoją wygodą i poczuciem bezpieczeństwa. Wiem, że w Polsce podejście do nurkowania jest nieco skrzywione. Strasznie duża część środowiska lubi lansować ten sport jako elitarną zabawę dla wybrańców i wszyscy powinni wyglądać jak rycerze, nurkować tylko w jedyny słuszny sposób (czarny skafander, czarne, ciężkie gumowe płetwy, koniecznie opanować pływanie żabą, umieć zawisać bez ruchu, mieć wiecznie spięte pośladki i srogą minę podczas skręcania sprzętu). Nurkowanie to zabawa. Może być poważniejsza, ale też może być po prostu zabawą – wakacyjną przerwą od problemów z powierzchni. Jeżeli więc pasuje ci jakiś rekreacyjny przez duże „R” jacket, nie przejmuj się – to ty masz mieć przyjemność z nurkowania.

Wiem, że chyba wskazałem więcej zalet tzw. skrzydeł technicznych, ale to dlatego, że sam dość szybko przesiadłem się na skrzydło i mi się bardzo spodobało. Znam jednak dużo ludzi, którzy nie zamieniliby swoje rekreacyjnej kamizelki na nic innego –  ba, sam mam swoją ulubioną kamizelkę Tusy i jeden – moim zdaniem – naprawdę fajnie pomyślany jacket Triborda. Nikt ci nie powinien mówić, w czym możesz pływać, a w czym nie. Jeżeli masz odpowiednie przeszkolenie, odpowiednią wiedzę i jest ci wygodnie w tym, czy innym rozwiązaniu to pływaj w nim. Testuj! Testuj, testuj! Korzystaj z tego, że są urządzane różne imprezy typu Demo Days, większość producentów lub importerów ma flotę testową. Nie bój się pytać i korzystać z wiedzy innych, ale pamiętaj, że doradcy, nawet najlepsi, nie znają twoich osobistych potrzeb i oczekiwań. Twoje ciało będzie najlepszym doradcą. Zwykle po jednym, dwóch nurkowaniach będziesz wiedzieć czy polubisz się z daną konfiguracją.

Ja tylko uprzedzam, że wierzę w świadomy wybór dopiero w momencie jak nurek zrobi jakieś pięćdziesiąt nurkowań (około, nie dosłownie). Wcześniej nie ma sensu sobie nic kupować poza maską, fajką, pierwszym komputerem ewentualnie i jakimiś akcesoriami. Po tych dwudziestu, trzydziestu nurkowaniach dopiero przekonamy się, że nurkowanie to jest nasz sport i być może już będziemy wiedzieć, w którą stronę będziemy się rozwijać w najbliższym czasie.

Tusa BCD
Taką pozycję domyślnie daje jacket. Jest poczucie bezpieczeństwa, ale na pewno nie jest to najbardziej opływowa sylwetka.
Jacket pod wodą.
Nurek w jackecie oczywiście jest w stanie uzyskać elegancką poziomą sylwetkę, choć wciąż ciężko mówić o idealnej opływowej sylwetce.

*) resort, nurkowanie resortowe, baza resortowa – tak mówimy o lokacjach, gdzie nurkowanie jest dużym biznesem turystycznym, bazy nurkowe i miejsca do nurkowania zlokalizowane są blisko dużych hoteli i do wody codziennie wchodzą tłumy.

Przechodzę do YouTube

Nie można ignorować potęgi medium, jakim jest YouTube. Zatem postanowiłem zostać „Jutuberem” i zacząć kręcić swoje materiały. Na szczęście staram się by to były raczej krótkie formy i daję odpocząć widzom od widoku swojej twarzy wrzucając różne przebitki i inne atrakcje.
Mam nadzieję, że odnajdziecie się w tej nowej formule Nurkologa i będziecie oglądać to, co tam wrzucę.

Na początku wrzucam serię filmów o światłach nurkowych. Jak wybrać pierwsze światło nurkowe, czym się kierować i z jakimi określeniami trzeba się mierzyć wchodząc w świat nurkowych latarek?

Zapraszam do oglądania i komentowania.

Decathlon uskrzydla nurków – test skrzydła Subea SCD500B

Subea (właśnie uświadomiono mi, że to, co kiedyś znałem pod nazwą Tribord to teraz Subea) nie przestaje wpuszczać na rynek nurkowy kolejnych elementów wyposażenia nurka. Szkoda, że w międzyczasie polska sieć Decathlona, której marką jest Subea, nie przestaje zwijać oferty nurkowej ze sklepów stacjonarnych. Owszem, odpowiedź Decathlona jest oczywista – no przecież nasze produkty są wciąż dostępne online. Powód jednak do kwęku pozostaje – my, nurkowie, sprzęt musimy najpierw przymierzyć, zmacać, często nawet przetestować, zanim wydamy nań niemałe pieniądze. Owszem, polubiliśmy zakupy w sieci (ostatnio robiłem „research”, dosłownie co trzecie centrum/ szkoła nurkowania w Polsce otworzyła, lub otwiera swój e-sklep, to coś mówi o trendzie), ale w przypadku naszego sportu trudno sobie wyobrazić, że wszystko przejdzie do sieci i handel tradycyjny w tej dziedzinie umrze.

No dobra, ponarzekałem, ale czas brać się za skrzydło. Wcześniej miałem ogromną przyjemność testować jackety z oferty francuskiej marki –  Subea SCD500 pierwszej i drugiej generacji, którymi byłem naprawdę porządnie zauroczony. Może jest i budżetową marką, ale wypornościówkę robią tak, że nie widać nigdzie specjalnych oszczędności. Tak też jest z najnowszym produktem Subei.

Rekreacyjne skrzydło (porzućcie nadzieję, że przypniecie do niego zestaw dwubutlowy, stage’a też raczej ciężko będzie podpiąć) oparte jest o niewielki plastikowy noszak, lekki, kompaktowy worek wypornościowy (oczywiście, jak to w skrzydle bywa, całe powietrze na plecach) i lekką, szczątkową uprząż. Wszystko wyraźnie zrobione tak by waga była najmniejsza i by dało się to ładnie skompaktować w bagażu. Tak, jak w przypadku jacketów, tak i tu mamy do czynienia z dobrze przemyślaną, ładną i wygodną konstrukcją. To skrzydło może się ludziom podobać. Jego właściciel nie powinien mieć żadnych kompleksów z tytułu posiadania. SCD500B wygląda po prostu ładnie.

Skrzydło zamontowane i skonfigurowane do nurkowania.

Mamy w nim zintegrowane kieszenie balastowe, mamy rozbudowany inflator z opcją zrzucania powietrza szczytową spłuczką poprzez pociągnięcie głowicy i węża w dół. Ba, są nawet kieszenie trymujące przy pasie trzymającym butlę. Te akurat bardzo się przydadzą nurkom lubiącym ołów. Do kieszeni balastowych spokojnie wejdą dwa kafle po 2kg, ale producent zaleca maksymalne obciążenie 3kg na jedną kieszeń i ja bym z tym nie przeginał. Mocowanie kieszeni wygląda solidnie, ale już wcześniejsze modele pokazywały, że nie utrzymają większej ilości ołowiu i można łatwo doprowadzić do przypadkowego wypięcia kieszeni w trakcie nurkowania. Dlatego też warto skorzystać z kieszeni umieszczonych na plecach. Noszak posiada dwa punkty mocowania pasów do butli, można więc dołożyć kolejny pas z kolejnymi kieszeniami.

Inflator, jak wspomniałem, ma zintegrowaną na szczycie spłuczkę, którą można otworzyć pociągając cały wąż z głowicą inflatora. Mamy więc dwie spłuczki górne (jedną tradycyjną na drugim ramieniu) i jedną spłuczkę dolną. Producent deklaruje, że spłuczki mają dodatkowe zabezpieczenie przed wlewaniem się wody w momencie otwierania spłuczki. Nie testowałem tego jeszcze, będę to sprawdzał. Uwagę zwraca mała głowica inflatora – ja tu widzę świadome działanie w celu zmniejszenia masy sprzętu, ale posiadacze solidniejszych paluchów mogą narzekać na ten rozmiar głowicy. Przyciski i ustnik do pompowania są rozłożone wygodnie i nie sprawiają problemów w użytkowaniu.

Górna spłuczka na inflatorze.

Worek (jak i całe skrzydło) ma dwa rozmiary: S/M wyniesie ma wyporność 140N, z kolei L/XL – 210N. Przy czym ja, nie najmniejszy chłopek o wzroście 179cm i wadze ok. 80kg daję radę w rozmiarze S/M wszystko zapiąć i wyregulować i worek spokojnie mnie utrzymuje w pełnym uzbrojeniu. Jednak to tak na granicy jest, osobom o podobnym wzroście i wadze sugerowałbym raczej L/XL. Co fajne, pas biodrowy ma dodatkową regulację, więc szkoły wypożyczające sprzęt mogą się cieszyć, gdyż sprzęt można dostosować do użytkownika w większym zakresie, choć regulacja pasa ukryta jest pod wyściółką noszaka i nie należy do najłatwiejszych czynności.

Są i D-ringi, jest nawet kieszeń akcesoryjna dopinana pod kieszenie balastowe. Jest miejsce na montaż drugiej kieszeni. Czego mi brakuje? Pasa krocznego. Ja wiem, jest wiele kamizelek rekreacyjnych typu „skrzydło”, które są pozbawione tego elementu, ale ja bym przynajmniej przewidział możliwość dołożenia takiej opcji – a tu nawet niespecjalnie jest jak takie rozszerzenie podnoszące bezpieczeństwo i komfort używania skrzydła zamontować. Szkoda.

Brakuje mi tu też genialnie przemyślanych systemów układających „octopus” i manometr zastosowanych w jacketach Subea – sprytne otwory w kieszeniach pozwalały wygodnie i bezpiecznie zamontować wąż octopusa tak by jednym pociągnięciem uwolnić octopus ze skrytki. Póki nie użyty, octopus wraz z wężem był ładnie schowany i o nic nie wadził, a sama puszka II stopnia octopusa była ładnie wyeksponowana i łatwa do namierzenia. Z kolei manometr można poprowadzić od tyłu kieszeni (otwór I) do przodu (otwór II) i mano zawsze wystaje z przodu, jest łatwe do zlokalizowania i też wąż nie ma szans o nic zaczepiać i wadzić.

W skrzydle tych rozwiązań, lub podobnych nie zastosowano. Fajnie, że producent dodaje od siebie tradycyjne zaczepy (albo może dodano je do testowego egzemplarza, bo już ich nie widzę na zdjęciach na stronie Decathlonu?) na węże z jednej i drugiej strony, ale przypominam, że węże HP od manometru bywają różnej średnicy, a węże ogólnie LP lub HP uzbrojone w oplot niespecjalnie lubią się trzymać w tych zaczepach. No i już tak ładnie nam nie układa węży.

Sprzęt jest lekki, waga ledwie przekracza 3kg. Skrzydło daje się ładnie skompatkować, będzie to więc wierny towarzysz wielu podróży lotniczych dla nurków i myślę, że w tej roli sprawdzi się najlepiej. Sprzęt prezentuje się dobrze pod względem jakości wykonania i użytych materiałów. Poprzednie kamizelki – mam je wciąż i są regularnie używane przez moich kursantów, sam też lubię w nich prowadzić zajęcia, jeżdżą też z nami na nurkowania w Polskę i za granicę – pokazały, że to są trwałe konstrukcje. Kilka lat użytkowania i żadnych poważniejszych awarii czy wyraźnych śladów zmęczenia, żadnych połamanych klamerek i urwanych uchwytów. Nie ma tu Cordury, ani żadnych wypasionych materiałów, ale nie mam powodów podejrzewać, żeby to specjalnie odbijało się na trwałości konstrukcji. Jak dla mnie kolejna fajna konstrukcja, która nie zawiedzie rekreacyjnego nurka wożącego się ze sprzętem nie tylko po bliskich nurkowiskach.

Sprzęt wygląda naprawdę dobrze.
Mała głowica inflatora.
Pas trzymający butlę. W komplecie kieszenie trymujące.
Kieszenie trymujące.
Kieszeń balastowa.
Sprzęt gotowy do nurkowania. Widać kieszeń akcesoryjną montowaną do kieszeni balastowych.
Regulacja pasa biodrowego. Fajnie, że jest, choć regulacja łatwa nie jest.
Regulujemy z obu stron.
Kieszeń na balast – maks. 3kg.

Po więcej informacji (radzę też skorzystać z programu testowania) zapraszam na stronę producenta i jednocześnie sprzedawcy: Decathlon.

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

Rummu – Wielki Powrót

Powrót do Rummu

(Artykuł w oryginalnej wersji pojawił się w numerze 12/2017 Nuras.info, tutaj macie jego rozszerzoną wersję)

Pierwszy nur na mur

Poranek pochmurny, ale ciepły. Po pięciu godzinach snu wstajemy w ostatniej chwili przed umówioną godziną zaokrętowania na naszą pływającą nurkową platformę. Wrzucamy w pośpiechu jedzenie do żołądków, kilka łyków kawy i sprzęt na tratwę. Witam się ze znanym mi już z wcześniejszej wyprawy Śpiącym Kapitanem, który braki w angielskim nadrabia dobrym humorem i pozytywnym podejściem. Wymownie pytające oczy kapitana – dokąd płyniemy? Odpowiadam „gate”. Wypływamy. Czemu Śpiący Kapitan? Na ostatniej wyprawie zapamiętaliśmy go wszyscy z niesamowitej umiejętności zasypiania w każdym momencie, w którym tylko nie był potrzebny. Ładowaliśmy się na tratwę – spał. Dopłynęliśmy na miejsce nurkowania – od razu poszedł spać. Gość wyraźnie odsypiał kilka nieprzespanych nocy. Teraz wyraźnie brak snu mu nie dokuczał. Płyniemy na Mur, do słynnej Bramy. Spektakularny bajzel pięknie skomponowany z porozrzucanego po całym pokładzie sprzętu nurkowego powoli zamienia się w nieźle zorganizowane sterty osobistych zestawów do nurkowania. Zbliżając się do miejsca nurkowania nie tracimy żadnej minuty skręcając sprzęt, przygotowując skafandry, sprawdzając kamery i światło. Kiedy kapitan cumuje platformę do bojki, jesteśmy praktycznie gotowi. Szybkie omówienie nurkowania, sprzęt na grzbiet i wskakuję do wody. Czekając na pozostałych na platformie nurków filmuję budynki widoczne przy plaży i zaglądam pod wodę. Wizura jest boska, jest dobrze. Serce bije szybciej. W końcu ludzie są w wodzie i sygnalizują gotowość do zanurzenia. Inflatory w górę, powietrze ucieka z worków, świat nawodny unosi się w górę, zanurzamy się w estoński przestwór królestwa Rummu. Prowadzę wycieczkę wzdłuż Muru przecinającego całą szerokość akwenu. Ryby umykają przed nami, nie ma ich dużo, ale jednak jest lepiej niż poprzednim razem na wiosnę, wtedy jedyne pojedyncze sztuki okonków widziałem tylko na nocnym nurkowaniu. Dopływamy do brzegu, widzimy wspinające się stromo schody, prowadzące na powierzchnię zbiornika, przelatujemy nad Murem na drugą stronę i wracamy w stronę tratwy. Mijamy zamontowane na murze duże lampy, część z nich oderwała jakaś niewidzialna siła i zrzuciła je z Muru. Ciekawe, byłem pewien, że większość z nich ostatnio była na Murze. Działanie sił natury czy brak rozwagi pływających na powierzchni? Docieramy do bramy, która teraz jest ukryta w cieniu naszej platformy. To jest wizytówka Rummu. Każdy odwiedzający to miejsce musi choć raz przepłynąć przez uchylone kratowane wrota więzienia. Kiedyś tędy wchodzili i wychodzili pracownicy kamieniołomu i więzienia. Teraz my unosząc się dwa metry nad dnem przemykamy zwinnie i lekko. Potem meandrujemy do najbliższego budynku, do którego wpływamy od strony powalonego słupa, który za każdym razem bardzo kojarzy mi się z egipskim obeliskiem. Zaglądamy w zacienione, ale duże pomieszczenia. Pamiętam ich układ dość dobrze, nieco zazdroszczę mym współnurkom. Zazdroszczę uczucia ekscytacji pierwszej wizyty w tym miejscu, pamiętam jak ja cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało najfajniejszą zabawkę, jaką mogło sobie wymarzyć. Pamiętam, że chichotałem do automatu. Teraz jestem lekko zawiedziony, że nie towarzyszy mi już to uczucie. Teraz czuję się jakbym wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Niby wszystko pamiętam, ale wyłapuję szczegóły, których nie pamiętałem. I przede wszystkim skala. Mam wrażenie, że wszystko było większe i rozleglejsze. Wracamy na platformę. Mamy jeszcze sporo czasu z zarezerwowanych trzech godzin pływania platformą po zbiorniku Rummu, w butlach sporo wiatru, pomimo że pod wodą spędziliśmy dobre czterdzieści pięć minut. Ja już mam w głowie plan na kolejne nurkowanie: na stację pomp – oznajmiam kapitanowi.

Estonia to niewielki kraj leżący na dalekiej północy za Litwą i Łotwą. Niegdysiejsza republika Związku Radzieckiego poza odciśniętą mocno w zurbanizowanych krajobrazach socrealistyczną szarością w niczym nie daje się poznać jako kraj byłego ZSRR. Estoński język należy do grupy ugrofińskiej, uległ bardziej wpływom niemieckim, niż ruskim, Estończycy nie posługują się cyrylicą, zatem mijając kolejne znaki informacyjne i reklamy, utwierdzamy się w przekonaniu, że gdzieś zaspaliśmy i zapędziło nas za morze bałtyckie. Mamy cały czas przekonanie, że jesteśmy już na półwyspie skandynawskim. Widać, że kulturowe wpływy skandynawskie coraz silniej wypierają brzydotę socrealu zamieniając ten kawałek świata w coraz ładniejsze miejsce. Nie żebym specjalnie dużo miał okazji do rozmów z samymi Estończykami, ale na tej ograniczonej podstawie mogę powiedzieć, że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, skorzy do pomocy i gościnni, choć może delikatnie zdystansowani. W komunikacji stawiałem na język angielski uznając, że rosyjski będzie raczej słabym pomysłem. Zaskakująco często rozmówcy mówili po angielsku albo bardzo słabo, albo w ogóle, co w komunikacji im w ogóle nie przeszkadzało i za każdym razem znajdowaliśmy wspólny język. Estonia przez moment była także zjednoczona z Polską, ale poza tym epizodem nasze ścieżki na drodze historii raczej się nie spotykały zbyt często. Można jeszcze wspomnieć ostatni znaczący incydent – internowanie okrętu i załogi ORP Orzeł w trakcie II Wojny Światowej. Ogólnie historii Estończycy łatwej nie mieli. Praktycznie cały czas tereny obecnej Estonii znajdowały się pod wpływem lub rządami niemieckimi, zdarzały się „przyjacielskie” wizyty Szwedów. Potem to całe zamieszanie z ZSRR, z komunizmem, stalinizmem i innymi izmami, które próbowały wytrzeć gumką narodową tożsamość Estończyków i zastąpić ją czymś o wiele ciekawszym. Estonia to jednak przetrwała i ma się całkiem dobrze. Widać to chociażby po ośrodku wypoczynkowym, który znajduje się nad zbiornikiem Rummu i który drugi raz posłużył mi za mój dom w trakcie estońskich eksploracji. Paekalda Puhkekeskus – nazwa dla Polaka jest zdecydowanie epickim wyzwaniem dla języka i znakomitym treningiem dla pamięci, a za nią kryje się mini osada złożona z prostych chałup typu fińskiego usytuowanych tuż nad brzegiem Rummu. Zaczynając od największego Domu nad Jeziorem, po drodze mając dwa Domki Myśliwskie i kończąc na trzech Chatach Rybaków mamy niezbyt gęsto zabudowany kompleks drewnianych domków schowanych w niezbyt gęstym lesie. O oddaleniu od cywilizacji może mówić dźwięk pracującego spalinowego generatora prądu. Wszystkie domy wyposażone w aneks kuchenny, jadalnię, łazienkę i antresolę z łóżkami. Te większe mają jeszcze sauny. Wszystko wykonane i umeblowane w uroczym, surowym, skandynawskim stylu. Miejsce takie, że od razu chcesz pod kominkiem postawić swoje buty, poprosić tutaj o azyl i dożyć sędziwej starości rozkoszując się smakiem gloggu ze szklanki prosto z Ikei. Posiłki najlepiej jest przyrządzać sobie samemu na miejscu, kuchnia jest dobrze wyposażona, do tego przy każdym domku ustawiony jest duży grill i jest kilka stanowisk do rozpalania ogniska. Dla leniuszków są restauracje, choć te znajdują się w sporej odległości, nam bardzo podeszła kuchnia serwowana przez rosyjskich Estończyków w nadmorskim Paldiski, w tawernie Peetri Toll. Jest jeszcze opcja dowozu cateringu (bardzo smaczne dania z grilla, zwłaszcza wyborny łosoś).

Drugi nur do stacji rur (pomp)

Zeskakujemy do wody w drugiej lokacji, jesteśmy w najgłębszej części zbiornika. Na dole szalone trzynaście metrów i to raczej w jednym miejscu z komputerem wsadzonym po łokieć w dno. Stoi tu samotny budynek, dość wysoki i zwarty. W nim właśnie pracowały pompy osuszające teren. Budynek jest na tyle wysoki, że jego zadaszenie znajduje się niemal pod taflą wody. Brakuje sporej części dachu, co daje szansę nurkom zajrzeć do górnych pomieszczeń budynku. Zaglądamy więc do nich, a ja ze zdumieniem odkrywam, że moja dziurawa pamięć umiejscowiła te wnętrza w kompletnie innym budynku w innej części akwenu. Zaraz potem okrążamy budynek i zaliczamy najniższy punkt akwenu, potem meandrujemy wzdłuż baraku pozbawionego dachu i resztek porozrzucanej tu i ówdzie infrastruktury kompleksu. Przewrócony zbiornik, którego cztery łapy podstawy wskazują teraz niebo, taboret, na którym jakiś żartowniś ustawił starą żeliwną patelnię, schody wokół budynku. Moje pierwsze nurkowanie w tym miejscu zostawiło we mnie odczucie zawodu. Jednak poprzednim razem byłem po pierwszym nurkowaniu przy murze i bliskich budynkach, na pierwszym nurkowaniu słońce pięknie doświetlało wszystkie atrakcje, a na nurkowanie przy pompowni nadeszła nad nas chmura. W dodatku byłem nurkiem zamykającym grupę i oglądałem głównie tumany wznoszonych osadów z dna. Tym razem doceniałem każdy element tej atrakcji nurkowej Rummu i cieszyłem się, że tu wróciłem by móc odczuć jego tajemniczy urok pełnym sercem. Zaznaczam jednak, że na to miejsce nie potrzeba przeznaczać więcej czasu jak jakieś trzydzieści minut nurkowania: krótka wycieczka do wnętrza budynku, potem raz go opłynąć, odpłynąć do pobliskiego baraku i w zasadzie to tyle.

Powrót do Rummu zaplanowałem na październik chcąc uniknąć wakacyjnych tłumów, letniej okupacji owadów latających a jednak mając nadzieję na zapoznanie się z lokalną podwodną fauną, której na wiosnę dwa lata wcześniej nie uświadczyłem specjalnie. Plan na wyjazd był praktycznie taki sam, dwa dni nurkowań w Rummu, trzeci dzień rekreacyjno turystyczny – spacery po okolicy i wizyta w Tallinie, opcjonalnie dodatkowe nurkowania. Okazało się to bardzo szczęśliwym układem, który zaowocował dwoma dniami bardzo intensywnych nurkowań, które przed południem wykonywaliśmy z pływającej platformy, a po południu albo nurkowaliśmy z naszego brzegu, albo po podjechaniu autami na drugą stronę. Miałem małego lenia i po cichu liczyłem, że grupa nie będzie miała ochoty na wyprawę do Tallina. Uczestnicy jednak jednogłośnie zdecydowali, że musimy tam jechać i znowu tego nie żałowałem mogąc odkryć nowe rzeczy. Po pierwsze, jadąc  do Tallina zaplanowałem dłuższą, krajobrazopoznawczą trasę wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Po drugie, odkryłem kolejne ciekawe uliczki prowadzące przez tallińską starówkę. Sama starówka jest wizytówką stolicy Estonii. Okazała, autentyczna, ładnie położona na wzgórzu, jednak niezbyt nerwowym spacerkiem jesteśmy w stanie obejść ją dość dokładnie w ciągu dwóch godzin. Warto z pewnością zajrzeć do Soboru św. Aleksandra Newskiego, pomeandrować wąskimi uliczkami na szczycie starówki, obejrzeć panoramę nabrzeża ze wzgórza starego miasta i koniecznie zajrzeć do uliczki idącej w cieniu wysokich murów miejskich.

Trzeci nur – nocny nur

Po pierwszych nurkach uszła z nas totalnie para. Choć plany były ambitne i zakładały rychłego nurka z brzegu, odezwało się w nas zmęczenie długą podróżą, krótką nocą (dojechaliśmy na czwartą rano, a tratwę mieliśmy umówioną na godzinę dziesiątą) i zbytnim skondensowaniem zbyt czystego powietrza. Odbębniliśmy więc w pełni zasłużoną sjestę i ostatnie nurkowanie dnia zaplanowaliśmy jako nocne z naszego pomostu. Dno w tym miejscu idzie w głąb akwenu płasko jakieś kilkanaście metrów, potem gwałtownie się urywa i opadamy na głębokość dziesięciu metrów. Z tego miejsca zapamiętałem ciekawy efekt przypominający haloklinę – na wiosnę woda Rummu przy naszym brzegu miała stałą tendencję do „mleczenia” w miarę upływu dnia. Do południa woda była czysta jak łza, później robiła się coraz bardziej mleczna. Pod wodą okazało się wtedy, że ta zawiesina wapienna utrzymuje się tylko w górnej warstwie wody, a przy dnie dalej jest przejrzysta. W październiku efektu tego nie uświadczyliśmy. Woda przez cały dzień odznaczała się znakomitą przejrzystością, a my po zejściu wzdłuż ściany kamieniołomu zaczęliśmy płynąć na wschód przeskakując kolejne małe zatoczki przedzielane równo usypanymi głazami. Pod wodą królowały szczupaki, nie brakowało okoni, spotkaliśmy też kilka raków. Fajnie było obejrzeć więcej życia, którego mi dotąd brakowało w Rummu, jednak tak naprawdę w świetle naszych latarek najwięcej wdzięku roztoczyły przed nami krajobrazy skomponowane przez ukształtowanie dna i przedstawicieli estońskiej flory podwodnej.

Rummu jako więzienie zaczęło funkcjonować w roku 1938, gdzie zgodnie z planem miało pracować czterystu skazanych. Aż do 1960 większość budynków w tym miejscu była drewniana, dopiero w latach 60-80 rozpoczęła się modernizacja budynków zgodnie z przyjętymi w ZSSR wytycznymi. Rummu nie miało być zwykłym miejscem osadzenia, w roku 1868 uruchomiono na terenie więzienia szkołę zawodową, z kolei w roku 2004 ośrodek przekształcono w więzienie otwarte – o złagodzonym rygorze. W okresie uzyskania niepodległości przez Estonię spadło zapotrzebowanie na wapień i wtedy też zapadła decyzja o wyłączeniu części pomp. Woda podeszła tak szybko, że nie zdążono ewakuować większości maszyn z północnej części zbiornika. Później, jak już więzienie przeszło kolejne zmiany i zaprzestano wydobycia wapienia, wyłączono ostatnie pompy i wody zajęły cały teren obecnego zbiornika, łącznie z częścią za murem, w ten sposób znane dziś nurkom budynki znalazły się pod wodą. Więzienie ostatecznie zamknięto w roku 2012, a jego tereny sprzedano prywatnemu właścicielowi, którego tereny dalej są ogrodzone wysokimi murami, a za nimi widać sporo wojskowego sprzętu. Właściciel stara się kontrolować też teren plaży blisko budynków wystających z wody i położonej u stóp górującego nad zbiornikiem wzgórza, choć obszar ten znajduje się poza murami jego działki. W lecie plaża zmienia się w dzikie kąpielisko i dochodzi w tym miejscu do wypadków, którym ulegają wspinający się na budynki. Stąd właściciel robi wszystko by odstraszyć wszystkich z tego regionu. Trzeba sobie uświadomić, że najbardziej popularne miejsce nurkowe znajduje się na jego terenie i właściciel winszuje sobie z tego tytułu opłatę za nurkowanie. Coś koło 10 Euro od nurka.

Nowy dzień mieni się słońcem

Drugi dzień planowanych nurkowań zaczęliśmy od powrotu tratwą do Muru i do najbardziej spektakularnego budynku w Rummu. Tym razem pogoda nam bardzo dopisała, na niebie nie było żadnej chmury, tafla wody była idealnie płaska, słońce ozdabiało nieboskłon swoimi ciepłymi promieniami gwarantując fantazyjną grę świateł i cieni w szkieletowej strukturze największego budynku znajdującego się bardzo blisko plaży. Tratwa zacumowała tuż przy Murze, a my zaraz po zanurkowaniu zaczęliśmy płynąć w stronę płycizny, gdzie znajdował się nasz cel. Po drodze przecięliśmy mały budynek, który zwiedziliśmy dzień wcześniej, tym razem nie poświęcając mu większej uwagi. Między budynkami jest spora odległość, nawet pomimo dobrej widoczności nie mogłem dostrzec naszego docelowego punktu po wypłynięciu z małego budynku. Płynąłem więc na określony azymut mając nadzieję, że nie przestrzelę z nawigacją. Robiło się coraz płycej, a budynku nie było widać. Nie zapamiętałem dobrze z poprzedniej wizyty w Rummu czy była znacząca różnica w głębokości pomiędzy budynkami, więc drastyczny spadek głębokości wzbudzał we mnie niepokój, że jednak pokićkałem nawigację. A tu proszę! Nagle przed nami zamajaczyły majestatyczne kolumny filarów. Widząc je wyłaniające się z mgły znowu miałem skojarzenia z Egiptem. Sceneria stwarzała wrażenie, że nie znajduję się w Estonii, ale na nieznanym nikomu stanowisku archeologicznym w dolinie Nilu. Ogromne kolumny, obeliski i zwaliste mury budynku. Ciemny prostokąt wejścia do jednego ślepego pomieszczenia, wpływamy tylko po to by zerknąć przez zakratowane okno na widok roztaczający się na zewnątrz. Wypływamy i kierujemy się do najbardziej spektakularnego punktu Rummu – otwarte wrota głównego budynku, z którego został kilkupiętrowy szkielet pozbawiony w zasadzie w całości stropów. Tutaj warto wynurzyć łeb z wody i rozejrzeć się po budynku. Przy dnie bardzo malowniczo usadowiły się pojedyncze bajorka siarkowodoru, mgiełka wypełniająca zagłębienia dodaje temu miejscu dodatkowej magii. Wypływamy drugą stroną budynku, zaglądamy na płyciznę, gdzie zalega kolejny ogromny obelisk, pod który można się nawet wcisnąć. Na koniec nurka jeszcze odwiedziny w zatopionym lesie, pełnym porozrzucanych dziwnych sprzętów, opon, podziurawionym także oczkami siarkowodoru. Wracając z Muru zahaczyliśmy na bardzo krótkie nurkowanie przy barakach, jednak tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to szczególnie rozległe i specjalnie atrakcyjne miejsce. Warto pokręcić się z dwadzieścia minut, opłynąć resztki murów jedynego murowanego budynku, zajrzeć do dwóch rozpadających się baraków i w zasadzie to już koniec nurka. Tym razem, zapewne z powodu braku przewodnika, nie udało mi się trafić na stół z imadłem i wydaje mi się, że gdzieś mi umknęły dwa małe baraki, zwłaszcza jeden z intrygującym podsufitowym dziełem sztuki – stertą żarówek unoszących się pod sufitem.

Kolejna wyprawa do Estonii to kolejna okazja wizyty w Tallinie. Nie ciągnęło mnie do estońskiej stolicy, ale skoro już tak daleko zajechaliśmy, grupa uznała, że bez Tallina wyprawa nie będzie kompletna. Zatem ponowny przejazd do stolicy Estonii, tym razem dłuższą, krętą drogą idącą wybrzeżem Bałtyku. Mieliśmy okazję oglądać linię brzegową estońskiego odcinka morza. Sama linia może nie jest spektakularna, jednak osady, miejscowości i miasteczka robiły wrażenie bardzo zgrabnych, eleganckich, bardziej skandynawskich niż wschodnio europejskich. Wjechaliśmy jednak do miasta, zaparkowaliśmy auto blisko starówki – nie ma się co łudzić, znalezienie bezpłatnego parkingu jest niemożliwością – zostawiliśmy więc kilka Euro w parkomacie i wybraliśmy się zwiedzać starówkę. Te same kręte uliczki, niektóre bardzo wąskie, inne szerokie – pnące się i opadające dość żwawo po wysokim wzgórzu, do tego kilka tarasów widokowych, pokazujących spektakularną panoramę Tallina. Starówka z zewnątrz robi wrażenie dużo większej od tych znanych z Polski, ale po kilku minutach spaceru nie sposób przeciąć lub wrócić do uliczki, którą już przeszliśmy. Zajrzeliśmy do Soboru św. Aleksandra Newskiego, okazałej cerkwi i zaczęliśmy schodzić główną ulicą z staromiejskiego wzgórza. I tu odkryłem kolejne magiczne miejsce, gdzie w cieniu wysokich murów okalających starówkę ulokowały się stragany pamiątkarskie. Miejsce bardzo intrygujące głównie ze względu na skalę murów, pod którymi przycupnęły małe straganiki. Po przejściu w cieniu miejskich murów wyszliśmy poza obszar starówki i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Wielkie wiercące coś

Trzecie nurkowanie drugiego dnia wykonaliśmy z brzegu, z jedynego miejsca dającego szeroki i wygodny dostęp do zbiornika dla zmotoryzowanych nurków. Od północnego wschodu piaszczysta droga doprowadza auta pod sam brzeg akwenu i otwiera się na kilka miejsc dających wygodną przestrzeń do sklarowania sprzętu i wskoku do wody. Stąd można wyruszyć po poręczówkach prowadzących do znacznie oddalonych od brzegu maszyn zalegających w zbiorniku. Poręczówki potrafią znikać, mylić kierunki, chyba część została zerwana, albo ktoś równolegle poprowadził jakieś ćwiczebne poręczówki, ja więc wolałem ufać bardziej kompasowi niż poręczówkom, co okazało się dla nas zbawienne. Dwanaście litrów pojemności butli to jednak może być ciut za mało dla niektórych wybierających to miejsce – płynięcie do maszyn zajmuje sporo czasu. W końcu jednak dopływamy do skrzyżowania poręczówek i wybieramy prawą odnogę, która po chwili doprowadza nas do „Drilling Machine” – nie wiem, co to było, ale było wielkie. Większe niż nasze koparki z Jaworzna. Kawał stalowego bydlaka, tytan, potwór – Wielki Przedwieczny spoczywający w letargu w głębinach Rummu. Klocowata gigantomachina jest pozbawiona zębów: swojej broni, ogołocona z wielkiego wiertła, porzucona po środku akwenu budzi mieszane emocje. Buduje respekt swoją skalą, wzbudza litość swym kalectwem i osamotnieniem. Choć wszyscy już są na powietrzu przewidzianym na powrót, spędzamy dodatkowe minuty sycąc się widokiem i eksplorując ten pomnik ludzkiej myśli inżynieryjnej z minionej epoki. Wracamy na oparach w butlach nie żałując żądnej dodatkowej sekundy spędzonej przy kolosie.

Finalne pół dnia, pół nocy pod wodą

Ostatni dzień wyjazdu, którego większą część spędziliśmy w Tallinie, zwieńczyliśmy nurkowaniem rozpoczętym daleko przed zachodem słońca, a zakończonym już w kompletnej ćmie. Nurkowanie trwało dobrze ponad godzinę i pozwoliło nam dokładnie zwiedzić zatokę, przy której przycupnęły zabudowania domków wypoczynkowych ośrodka Paekalda. W trakcie poprzedniej wyprawy nurkowanie w zatoce poprowadziliśmy w prawo od naszego pomostu, tą samą trasę rozbudowaliśmy na nocnym nurkowaniu poprzedniego dnia. Tym razem nasza wędrówka zaplanowana była w drugą stronę zatoki. Układ dna w tym miejscu był bardzo przewidywalny. Od brzegu płaskie dno trzyma głębokość rzędu trzech metrów, potem nagle ucieka spod płetw i gwałtownie opada do około dziesięciu metrów. Czy płyniesz w lewo, czy w prawo, co chwila przecinasz kolejne grzebienie ułożonych skał i kamieni dzielących miejsce wydobycia wapienia na małe zatoczki. Płynąc w lewo minęliśmy sporo takich zatoczek zanim dopłynęliśmy do łagodnie wypłycającej się skarpy wyznaczającej linię brzegową jeziora. Krajobraz od razu wzbogacił się o roślinność przybrzeżną i ożył mnogością ławic małych rybek, oraz żerujących szczupaków. W zasadzie ta część akwenu jest najbardziej naturalnie wyglądającą częścią niegdysiejszego kamieniołomu, co bardzo przyjemnie współgra z doskonałą widocznością charakterystyczną dla wód Rummu. Chciałbym by w kilku polskich jeziorach można było czasem choć zaliczyć taką wizurę i cieszyć się panoramą bogactwa litoralu. Butle jednak mają skończoną pojemność a nasze już wskazywały nam, że warto zacząć myśleć o powrocie. To jest zawsze najmniej lubiany przeze mnie moment – ostatnie nurkowanie wyjazdu i ta chwila, kiedy wiesz, że trzeba wracać, że każda sekunda nurkowania przybliża cię do wyjścia z wody, potem tylko suszenie sprzętu, rozkręcanie go, pakowanie, samochodowa wersja bagażowego tetrisa i jazda do domu. My mieliśmy jeszcze jeden miły akcent zaplanowany na ten wyjazd, czyli pożegnalne ognisko. Najpierw oczywiście znakomita sauna, skok do wody dla najtwardszych, zasłużona kolacja i mogliśmy się rozsiąść przy przyjemnie grzejącym ogniu. Póki starczało sił i zimno nie dawało w kość, póty siedzieliśmy wedle ogniska i podsumowywaliśmy naszą estońską przygodę. Rummu pożegnało nas bardzo przyjemnym wieczorem, rozgwieżdżonym niebem i całkiem łagodnym chłodem nocy. Takie przyjemne pożegnanie z wyraźnym zaproszeniem do kolejnych wizyt w tym magicznym zakątku świata.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemią.

 

Podstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane. Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów. Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów. Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Zdjęcia: Jakub Cieślak i Monika Kur

W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".
Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031
Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.
Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA
Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.
CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080
Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.
079
Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.
078
Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.
Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2
Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.
CAMERA
Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.
CAMERA
Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂
CAMERA
Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!
CAMERA
Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.
CAMERA
Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

W odległej Estonii, część I

002
Fot. 1. (kubaCE) W drodze.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

030
Fot. 2. (kubaCE) „Skromny” domek myśliwski

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

003Rummu
Fot. 3. (Google) Zbiornik Rummu

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

010
Fot. 4. (kubaCE) Widok na kuchnię z pięterka.
009
Fot. 5. (kubaCE) Kominek jako pyszny dodatek dekoracyjny i centralne źródło ciepła.
006a
Fot. 6. (kubaCE) Ekipa celebruje pierwszy wieczór w Rummu.
004
Fot. 7. (kubaCE) nasza osada

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

011
Fot. 8. (kubaCE) Pierwszy rzut oka na nasze nurkowisko.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

 

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

Fot. 9. (Bartosz Metlerski) Pierwsza miejscówka.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

015
Fot. 10. (kubaCE) W drodze na Mur.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Fot. 11. (kubaCE) Pierwszy budynek.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Mur
CAMERA
Fot. 13. (kubaCE) Budynek przy plaży. Na dnie widoczne oczko siarkowodoru.
CAMERA
Fot. 14. (kubaCE) Budynek przy plaży.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Kontynuacja artykułu: W odległej Estonii, cz. II

EXIF_HDL_ID_1
Fot. 15. (kubaCE). Hop do wody przy Murze.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Pod naszą platformą.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 17. (Bartosz Metlerski) Rummu ze starym więzieniem w tle.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) Ustawka na schodach.

Titanic czyli różne ciekawostki, o których mogliście nie wiedzieć. Część II

Prawdopodobnie ostatnia fotografia statku odpływającego w stronę Nowego Jorku.

Część II

Jest to kontynuacja artykułu, który znajdziesz TUTAJ.

DZIEWICZY REJS13 kwietnia 1912 Titanic wyruszył w swój dziewiczy rejs, w południe odbił od nabrzeża – rejs miał potrwać siedem dni. Do docelowego portu – do Nowego Jorku dotarła jednak Carpathia z garstką rozbitków.

Samą historię, dodatkowo udramatyzowaną doskonale pokazano w Titanicu Camerona i nie ma co powtarzać jej po raz kolejny. My skupmy się na wskazywanych wielu czynnikach, które spowodowały taki, a nie inny scenariusz dla Titanica. Jak się mówi, katastrofa jest sumą wielu błędów i problemów. Tak też było w przypadku tego pięknego transatlantyku.

032
Łączenie płyt poszycia i najbardziej prawdopodobny sposób rozszczelnienia kadłuba. Źródło: Wikipedia.org
  1. Sposób łączenia płyt tworzących kadłub, to właśnie bezpośrednia przyczyna jego zatonięcia – nity trzymające płyty pod naporem ocierającej się góry lodowej zaczęły strzelać i w ten sposób tworzyły się przerwy pomiędzy płytami. Nie było żadnego darcia poszycia, stal nie pękała, nie było żadnych dziur. Zwyczajnie rozszczelniły się łączenia pomiędzy płytami.
  2. Grodzie – gdyby sięgały wyżej, statek może utrzymałby się na wodzie, albo przynajmniej zatonąłby dużo później i pasażerowie zdążyliby przejść na dopływającą Carpathię, która uratowała dryfujących rozbitków. A gdyby jeszcze zgodzono się na pomysł Andrewsa z podwójnym kadłubem? Niestety, projektanci mieli pomysł by wydać pieniądze na inne cele, a grodzie przeszkadzały realizacji projektu wspaniałej klatki schodowej, której smutne resztki można teraz oglądać na dnie oceanu.

    Oficerowie na pokładzie statku.
    Oficerowie na pokładzie statku.
  3. Zachowanie załogi – to wiele różnych zachowań, zaniedbań, lub lekceważących postaw, które jako suma przyczyniły się do tego, że nie zauważono góry lodowej na czas. Nie zastosowano dodatkowych środków bezpieczeństwa pomimo ostrzeżeń o górach lodowych przecinających kurs Titanica. Kapitan i oficerowie wielokrotnie byli ostrzegani o pasie lodowym, mimo to uznali, że nie trzeba zwalniać, ani zwiększać czujności. Uważali, że zauważą na czas niebezpieczeństwo. Statek więc nie zwalniał. Co ciekawe, chłopaki wypatrujące gór lodowych z bocianiego gniazda nie mieli nawet lornetek. Dlaczego? Ponieważ gość, który miał u siebie w kajucie przydziałową lornetkę/lornetki zszedł ze statku krótko przed wypłynięciem. Został przesunięty w trybie pilnym na inny statek, ale zapomniał przekazać klucza od swojej kabiny i ta pozostała zamknięta. Oczywiście żaden z oficerów na mostku, a większość paradowała z lornetkami, nie wpadł na pomysł by co najmniej jedną przekazać na bocianie gniazdo. Stosowano wtedy też dodatkowe wsparcie przy obserwacji linii wody – w uzasadnionych sytuacjach zarządzano obserwację linii wody z dziobu statku. Wtedy, pod tym kątem było łatwiej dostrzec obiekty na horyzoncie. Oficerowie wiedzieli, że sytuacja jest mocno nietypowa – robi się zimno, a ocean jest nadzwyczaj spokojny. Bez falowania nie ma fal rozbijających się o brzegi góry lodowej. Te fale są dużo lepiej widoczne niż sama góra lodowa. Tej nocy niebo było czyste, żadnej chmury. Warunki wyjątkowo nie sprzyjały obserwacji powierzchni oceanu. Jedyny rozsądny pomysł oficerów to zamknięcie przedniego luku bagażowego tak by światło bijące z niego nie oślepiało obserwatorów na bocianim gnieździe.

Można się zastanawiać też nad tym, czy William Murdoch, oficer pełniący dyżur na mostku w momencie kolizji z górą lodową, mógł wydać lepszy rozkaz. Po otrzymaniu komunikatu wydał rozkaz skrętu i całej wstecz. Przypominam, że Titanic na biegu wstecznym miał gorsze parametry pracy, ze względu na centralną śrubę, która nie pracowała w takiej sytuacji. Czy nie lepiej było skręcić na całej naprzód, albo przygrzać po prostu w górę centralnie dziobem? Znane były przypadki kolizji statków z innymi obiektami na wodzie, gdzie statek z uszkodzonym centralnie dziobem utrzymywał się na wodzie i kończył rejs pomimo dramatycznych szkód. Pierwsza gródź była wyjątkowo wysoka, zatem mogła spokojnie ochronić Titanica przed zatonięciem. Jednak Murdoch postąpił tak jak go uczono i jak nakazywały ówczesne standardy żeglugi. Chciał skręcić, dał całą wstecz i nakazał zamknąć wszystkie wodoszczelne grodzie. Liczył na to, że nawet jak statek otrze się o górę lodową, to nic mu się nie stanie (w końcu to był potężny Titanic!). Pamiętajmy, że gdyby zdecydował się nie omijać góry, nie mógłby liczyć na zrozumienie wśród ówczesnych specjalistów od uderzania w góry lodowe i prawdopodobnie opinia publiczna nie zostawiłaby na nim suchej nitki. Znalazłby się w ogniu krytyki, bo nie próbował uniknąć kolizji.

  1. Do zachowania załogi trzeba dopisać jeden grzech jeszcze – kapitan był tak skupiony na wygodzie pasażerów, że odwołał poranne ćwiczenia z ewakuacji statku ze względu na ochłodzenie i niesprzyjającą aurę. W ten sposób żaden z oficerów nie był praktycznie przygotowany do zarządzania przy wypełnianiu pasażerami szalup. Skutek był taki, że szalupy odpływały od statku wypełnione czasem poniżej trzech czwartych swojej pojemności. Kapitan po kolizji zachowywał się cokolwiek opieszale, jakby był w szoku. Poza upewnieniem się, że zamknięto grodzie, nakazaniem nadania sygnału CQD i SOS, niewiele zdziałał w kwestii zarządzania akcją ratunkową. Przynajmniej zakończył swoje życie i karierę kapitańską zgodnie ze zwyczajem morskim pozostając na pokładzie tonącego statku i idąc z nim na dno.
  2. Radiotelegrafiści – to właśnie katastrofa Titanica odmieniła diametralnie system radiokomunikacji pomiędzy statkami. Do tego czasu radiotelegrafiści zajmowali się przekazywaniem komunikatów od i do pasażerów. Oczywiście, przekazywali także komunikaty pomiędzy załogami statków, ale nie było to priorytetowe zadanie. Z czego to wynikało? Radiotelegrafiści nie byli pracownikami armatora, członkami załogi. Byli zatrudnieni przez firmę radiotelegraficzną – w tym przypadku spółkę Marconiego. Ich pensja zależała od ilości depesz otrzymanych i nadanych przez pasażerów. Radiotelegrafiści bardzo często nie pracowali całej doby. Kończyli swoją pracę o ustalonej godzinie, gasili radio i szli normalnie spać. Tak właśnie stało się na statku Californian, który najprawdopodobniej był najbliżej katastrofy Titanica, ba, nawet najprawdopodobniej mieli kontakt wzrokowy z Titanicem, a zwłaszcza widzieli race wypuszczane z niego. Jednak zinterpretowali to jako pokaz ogni, a zniknięcie statku – że po prostu odpłynął za horyzont. Tak właśnie tłumaczyli się w trakcie śledztwa po katastrofie. Dlaczego nie odebrano komunikatów SOS/CQD? Bo radiotelegrafista zwyczajnie sobie już chrapał o tej godzinie. Kiedy w końcu nad ranem radio odpalono, doszły do Californiana komunikaty o katastrofie. Californian pognał w podaną lokację, ale nie znalazł tam nic. Z kolei Carpathia płynąc na wskazaną lokację natknęła się na szalupy dużo wcześniej. To też wskazuje na niedokładne odczytanie pozycji statku przez załogę Titanica, co akurat nie było wtedy nadzwyczajnym zjawiskiem.

    037
    Pozycja statków i pola lodowego w chwili katastrofy. Krzyżyk oznacza miejsce, gdzie miał znajdować się Titanic zgodnie z podawanymi przez załogę Titanica koordynatami. Obrazek pokazuje też faktyczne miejsce kolizji Titanica z górą lodową, kierunek dryfu łodzi ratunkowych i miejsce, gdzie Carpathia natrafiła na szalupy spiesząc w miejsce wskazane przez załogę Titanica.
  3. „Niebieska góra lodowa” – to już jest teoria, ale brzmi bardzo przekonująco. O tyle problematyczne było wypatrzenie tej bestii, że był to specyficzny typ góry lodowej. Góra pod wpływem działania czynników atmosferycznych utraciła stabilność i obróciła się do góry nogami. Z wody wyłoniła się lśniąca i odbijająca światło niczym lustro „niebieska” część góry, wygładzona przez morską wodę. Zatem góra znakomicie odbijała blask gwiazd i doskonale maskowała się przed obserwatorami na statku. Gdyby była choć delikatna fala, która rozbijałaby się o brzegi góry – górę można by było zauważyć dużo wcześniej.
039
Rozbitkowie z Titanica sfotografowani z pokładu Carpathii o 4:00 rano 15 kwietnia 1912 roku.
Szalupy Titanica na nowojorskim nabrzeżu.
Szalupy Titanica na nowojorskim nabrzeżu.

MLEKO SIĘ ROZLAŁO

18 kwietnia 1912 do Nowego Jorku zawinęła Carpathia z pozostałymi przy życiu rozbitkami i z trzynastoma szalupami. Wszystko, co pozostało po Titanicu, pierwsze zdjęcia pokazujące Carpathię mówią wszystko o ogromie tragedii. Nie trudno sobie wyobrazić skalę szoku, jaki przeżywał ówczesny świat. Trzynaście łupin, to wszystko, co zostało po najwspanialszym transatlantyku. Tak naprawdę dopiero w tym momencie do świadomości ludzkiej doszło jak wiele żyć Titanic zabrał ze sobą na dno. Wcześniej gazety podawały często bardzo sprzeczne informacje – niektóre wręcz sugerowały, że Titanic dalej utrzymuje się na powierzchni i że zostanie odholowany do brzegu.

038
Carpathia

Garstka opuszczająca pokład Carpathii ucinała wszelkie spekulacje. Łącznie uratowano ok. siedmiuset pasażerów. Odnaleziono około trzysta ciał. Kolejna ciekawostka – mroczna dość. Ówczesne przepisy sanitarne nakazywały balsamować wyłowione ciała. Kapitanowie zbierających ciała statków mieli niejednokrotnie z tego tytułu niezbyt sympatyczną decyzję do podjęcia – część zwłok po ogólnej identyfikacji wyrzucano z powrotem do morza ze względu na ograniczone środki do balsamowania zwłok. Kogo zwłoki więc zostawały na pokładach statków poszukiwawczych? Oczywiście ludzi bogatych i znanych. Tłumaczono to tym, że to właśnie w ich sprawach będą toczyć się rozprawy sądowe i spory w roszczeniach spadkowych, zatem to te zwłoki miały pierwszeństwo. Nierówność społeczna dotkliwie dotyczyła zatem biedaków także po ich śmierci. Niektóre ciała morze wyrzuciło na brzeg w Kanadzie, w regionie Halifaxu. Tam też znajduje się mogiła zbiorowa ofiar – tych zidentyfikowanych i niezidentyfikowanych. Zatem jeżeli chcecie oddać cześć pamięci ofiar katastrofy, cmentarz „Titanica” znajduje się w kanadyjskim Halifaksie.

042
Cmentarz ofiar katastrofy. Halifax, Kanada.

Oczywiście dość szybko wszczęto dochodzenie w sprawie ustalenia przyczyn katastrofy i ustalenia odpowiedzialności za katastrofę. Dochodzenie po katastrofie prowadziła brytyjska izba handlowa. Ta sama, która była odpowiedzialna za przestarzałe przepisy, ustalająca liczbę szalup wymaganych na statkach wielkości Titanica. Ta, która wysłała swojego przedstawiciela na kontrolę statku i w ten sposób usankcjonowała wszystkie decyzje dotyczące przygotowania Titanica do ewentualnej katastrofy. Nie wskazano więc żadnych winnych, nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności. Na rozprawie obecny był ocalały Bruce Ismay i Charles Lightoller – najwyższy rangą ocalały oficer z załogi. Komisja uznała, że katastrofa była spowodowana czynnikami niezależnymi (cudne angielskie określenie „God’s act”) i nie wykazała niczyjej winy. Na szczęście miała dość rozsądku by wskazać, że przepisy należy zaktualizować: odpowiednia ilość szalup, obowiązkowe ćwiczenia ewakuacyjne, powołanie do życia International Ice Patrol odpowiedzialny za regularne obserwacje gór lodowych, ich ruchu, zmiany w zasadach komunikacji radiotelegraficznej – całodobowe dyżury przy nasłuchu i komunikacji.

Charles Lightoller
Charles Lightoller – najwyższy rangą członek załogi pozostały przy życiu.

POSZUKIWANIA WRAKU

Dość szybko pojawiły się plany by Titanica odnaleźć i wydobyć, jednak równie szybko zdano sobie sprawę z tego, że Atlantyk w tym miejscu jest okrutnie głęboki i wszelkie próby działalności ludzi przy tych głębokościach wykraczają poza obecne możliwości techniczne.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych technika już była na tyle posunięta, że zaczęto nieśmiało myśleć o odnalezieniu wraku Titanica. Przy czym pojawiały się różne szalone koncepcje by statek przy okazji wydobyć na powierzchnię. Między innymi zakładano użycie: nylonowych balonów, piłeczek pingpongowych (planowano wypełnienie wraku piłeczkami, które podniosłyby statek z dna morskiego – żaden kretyn, który rzucił ten pomysł, nie wpadł na to, że na tej głębokości piłeczki będą wyglądać jak rodzynki), czy wazeliny (nawet nie próbuję zgadnąć jak wazelina miała spowodować by wrak znalazł się na powierzchni wody). Najbardziej „ciekawy” pomysł dotyczył zamrożenia wody wokół wraku. Jak już by odnaleziono wrak, wystarczyłoby zamrozić wodę wokół statku – a że lód z natury ma dodatnią pływalność, kamizelka z lodu uniosłaby statek na powierzchnię i proszę! Titanic na powierzchni! Wszystkie te śmiałe wizje nie miały jednak szansy realizacji póki statek nie został namierzony.

Bob Ballard
Bob Ballard

Pierwszą poważną ekspedycją poszukiwawczą jest ekspedycja Ballarda z 1977 roku. Za Titanica bierze się właściwy człowiek. Doktor Robert D. Ballard, oceanograf, geolog morski, pracownik Woods Hole Institute. To właśnie on podjął pierwszą ambitną próbę odkrycia Titanica przy pomocy sonaru opuszczonego z pokładu statku wiertniczego. Sonar był opuszczany na dno przy pomocy kabla rozwijanego do samego dna morskiego z zamontowanej na statku wieży wiertniczej. Niestety tym razem nie miał szczęścia, zaliczył kosztowną wpadkę, gdy sonar się urwał się wraz z całym kablem i poszedł na dno. Ballard na jakiś czas wyłączony był z wszelkiej działalności poszukiwawczej po tej kosztownej wpadce.

Jack Grimm i jego "śruba Titanica"
Jack Grimm i jego „śruba Titanica”

W czasie, gdy Ballard siedzi na ławce rezerwowych poszukiwaczy Titanica, do akcji wkracza szalony teksański nafciarz – Jack Grimm. Jack działa na polu poszukiwań Titanica w latach 80-83, ale jak działa! To taki „celebryta poszukiwań podwodnych”. Znany z robienia dużego szumu wokół siebie i swoich wcześniejszych akcji poszukiwawczych: Arki Noego, potwora z Loch Ness, Wielkiej Stopy. Facet był tak pewny swego i tak zarażał wszystkich dookoła siebie entuzjazmem, że bez problemu sprzedał prawa do opisania historii odnalezienia Titanica w książce, zrobienia audycji telewizyjnej, której narratorem był sam Orson Welles. Cała jego akcja to był jeden wielki telewizyjny cyrk. Na Youtube można jeszcze znaleźć fragmenty programu opowiadającego o tej wyprawie. Jednym z ważniejszych wątków programu było sposób typowania miejsca do przeczesywania dna morskiego. Miejsca te typowała… małpa.

Jack wynajął nawet sporą grupę naukowców, którzy dodawali całości przynajmniej wrażenia, że jest to naukowa akcja. Jednak im nie do końca wierzył i niespecjalnie się ich słuchał, zamiast trzymać się konkretnego planu poszukiwań cały czas wracał w swoje „ulubione” miejsca poszukiwań. Potem wyszło, że nawet był blisko wraku, jego sonar minął wrak dosłownie o grubość gazety podmorskiej, zabrakło mu „dosłownie” ok. dwóch kilometrów do wraku. Jack nie miał szczęścia, w dodatku jego wyprawie dokuczała słaba pogoda. Wrócił z wyprawy z niczym. Jednak nie mógł ogłosić klęski. Przedstawił więc prasie zdjęcie mozaikowe domniemanej śruby napędowej Titanica. Na tym się skończyła jego rola w tym serialu.

Zdjęcie kotła na dnie Atlantyku i fotografia kotła Olympica.
Zdjęcie kotła na dnie Atlantyku i fotografia kotła Olympica.

ODKRYCIE

Jest rok 1987, mija siedemdziesiąt pięć lat od kiedy Titanic zniknął pod powierzchnią oceanu. Do poszukiwań wraca Bob Ballard, tym razem wyposażony w konkretny statek badawczy i solidny plan poszukiwania. Po pierwsze, Ballard dobrze odrobił swoją pracę domową. Porównał lokacje poszczególnych statków spieszących na spotkanie z tonącym Titanicem, obliczył prawdopodobne ruchy prądów morskich i dryf statków. Po drugie, poszukiwania prowadzone były sonarem i całym szpalerem kamer telewizyjnych, co wbrew pozorom nie było głupim pomysłem. Sonar o dużym zasięgu nie miał zbyt dużej rozdzielczości i mógł co najwyżej pokazać większe elementy statku, o ile nie zostałyby zasłonięte jakimś naturalnym obiektem na dnie oceanu, albo nie zostałby błędnie zinterpretowany. Sonar zwyczajnie mógł minąć wrak o grubość dużego palca i nikt nie miałby o tym bladego pojęcia. Ballard słusznie założył, że najłatwiej będzie odnaleźć pole szczątków rozsianych w miejscu katastrofy. Wyobraźcie sobie opadający na dno wrak gubiący różne szczątki odpadające z pokładu i wypadające z uszkodzonego wnętrza (od początku przyjęto za pewnik, że zgodnie z rzadziej powtarzanymi przekazami statek się przełamał, poza tym większość wraków opadając na dno doznaje ogromnych uszkodzeń w wyniku naporu wody i ciśnienia, co powoduje implozje i gubienie dużej ilości drobnych szczątków). Statek opada przez cztery kilometry, a pole opadających szczątków jest roznoszone przez prądy podwodne i fizyka opadania ciał w cieczy robi swoje. Im dłuższa droga do dna, tym szerzej rozsypane szczątki. Zatem poszukiwania odbywały się dwutorowo – dno czesano sonarem i kamerami telewizyjnymi, przy których dzień i noc siedzieli obserwatorzy. I obserwowali. I obserwowali. I obserwowali. Oczywiście, było kilka fałszywych alarmów, tak więc jak już natrafiono na szczątki „jakiegoś wraku”, ociągano się z powiadomieniem Ballarda, póki obserwatorzy nie upewnili się co do pochodzenia zaobserwowanych przedmiotów. Wątpliwości rozwiała fotografia kotła parowego z Olympica.

Plan poszukiwań wraku i kursy Carpathii i Titanica.
Plan poszukiwań wraku i kursy Carpathii i Titanica.

1 września 1985 roku o 1:00 w nocy poszukiwacze natrafiają na pierwsze drobne szczątki wraku. Najpierw orientują się, że mają do czynienia z wrakiem, ale nie są jeszcze pewni, z jakim. Idąc po śladach szczątków natrafiają na kocioł parowy. Wtedy nabrano pewności, że to jest Titanic. Ilustracje identycznych kotłów z bliźniaczego Olympica rozwiewają wszelkie wątpliwości. To jest Titanic.

Dziób statku nadal robi ogromne wrażenie.
Dziób statku nadal robi ogromne wrażenie.

TITANIC DZISIAJ I W PRZYSZŁOŚCI

Widok Titanica na dnie oceanicznym budzi bardzo mieszane uczucia, z jednej strony wydaje się, że statek trzyma się nadzwyczaj dobrze jak na tyle lat w wodzie, ale jednak girlandy z rdzy mówią dużo o procesie rozpadu. Wyraźne ślady działalności kilku wyjątkowo żarłocznych bakterii pokazują, że statek niknie w oczach. Brązowa podstawa koła sterowego Titanica i inne elementy wykonane z brązu to najlepiej zachowane elementy statku. Podaje się, że pozostawiony w obecnym stanie wrak rozpadnie się nieodwracalnie w ciągu pięćdziesięciu lat. Najwięcej jednak zniszczeń powodują … nasze odwiedziny.

Tak wyglądał statek w dniu odkrycia. Dziś nie ma już bocianiego gniazda i wielu elementów wraku.
Tak wyglądał statek w dniu odkrycia. Dziś nie ma już bocianiego gniazda i wielu elementów wraku.

Trwają działania by Titanic otoczyć specjalną ochroną i zminimalizować wpływ ludzi na wrak. Wieloletnie wycieczki na dno oceanu, lądowania batyskafów na górnym pokładzie, grabieżcza polityka wydobywcza – to wszystko odcisnęło ogromne piętno na stanie wraku, który obecnie nosi wiele nowych śladów niszczycielskiej działalności ludzkiej. Dziury w zadaszeniu górnego pokładu, brakujące elementy, pozostawione śmieci. Ballard słusznie postuluje by ograniczyć wizyty do minimum i skupić się jedynie na przekazach z automatycznych jednostek pływających.

Pole szczątków wraku
Pole szczątków wraku

Najwięcej złego czyniło ładnie nazywające się Stowarzyszenie Titanic Inc., swego czasu bardzo aktywnie pracujące nad wydobyciem różnych pamiątek z wraku. Obecnie te pamiątki możemy oglądać między innymi w Las Vegas, gdzie jest stała wystawa wydobytych artefaktów (łącznie z fragmentem poszycia). W Polsce gościmy także objazdową wystawę, która pokazuje różne pamiątki związane z Titanicem.

Wydobyty fragment poszycia Titanica
Wydobyty fragment poszycia Titanica

Dla mnie osobiście to z jednej strony ogromna ciekawostka, z drugiej strony nie podoba mi się sposób traktowania tej historii jak źródła bardzo dobrych dochodów. Podoba mi się podejście Ballarda – szacunek do wraku, uznanie go za mogiłę zbiorową, okazywaną przy każdej okazji niechęć wobec tych, którzy zajmują się lub pragną wydobyć z dna jak najwięcej przedmiotów. Łowcy skarbów zapominają o tym, że jest to zbiorowa mogiła (w wyniku dość nieprzemyślanego braku inicjatywy Ballarda jako odkrywcy wraku by rościć sobie prawa do niego, prawa te wywalczyło właśnie Titanic Inc, a z jakiegoś powodu nigdy nie objęto Titanica szczególną ochroną jako zbiorowej mogiły). Bardzo działa na wyobraźnię obrazek par butów porozrzucanych na dnie wokół szczątków. Z początku Ballard nie zorientował się, czego jest to świadectwo – wydawało mu się niemal nierealne, że pary butów opadły na dno tak idealnie ułożone obok siebie. Potem dotarło do niego, że jest to obecnie jedyny ślad po spoczywających w tym miejscu zwłokach, które opadły na dno w 1912 roku. Organizmy podwodne uporały się ze wszystkim – z ubraniem, którego ledwie strzępki widać, z ciałem i kośćmi. Jedynym przedmiotem, który oparł się zębom czasu to skórzane buty.

Jedyny ślad po pasażerze statku.
Jedyny ślad po pasażerze statku.

Jeszcze jakiś czas temu odbywały się regularnie, co pięć lat zjazdy towarzystwa historycznego „Titanica” i ostatnich żywych uczestników katastrofy. Ostatni żywy pasażer -zmarł jednak w 2009 roku, choć nie był ostatnim pamiętającym katastrofę – w chwili podróży miał dwa miesiące. Ostatni pamiętający katastrofę pasażer zmarł w 2005 roku. W chwili katastrofy Lillian Asplund miała 5 lat.

Wszyscy chcący poznać bliżej historię statku, a także chcący odczuć choć namiastkę emocji związanych z transatlantykiem mogą odwiedzić rozliczne muzea rozsiane po świecie. Są co najmniej dwa w Stanach Zjednoczonych, mamy też zbudowane w Belfaście Muzeum Titanica zlokalizowane na terenie stoczni Harland & Wolff, tej samej, która zbudowała statek. Mamy więc okazję odczuć historię w miejscu bezpośrednio związanym ze statkiem. Zobaczyć suchy dok, w którym statek powstawał, zobaczyć budynki, w których pracowali budowniczowie statku. Ostatnim miejscem, gdzie można zbliżyć się do tej historii, jest cmentarz ofiar katastrofy w Halifax, w Kanadzie.

Muzeum statku w USA.
„Muzeum” statku w USA.

HISTORIA ZATACZA ŁADNE KOŁO

Jednym z ważnych elementów historii Titanica jest historia Carpathii, statku, któremu udało się dotrzeć pierwszemu na miejsce katastrofy i podjąć ocalałych rozbitków. Carpathia została zatopiona w 1918 roku przez niemiecki okręt podwodny u wybrzeży Irlandii, w nieznanej dokładniej nikomu lokalizacji. Dla mnie ogromnym zaskoczeniem była wiadomość, że człowiekiem, który aktywnie przyczynił się do odnalezienia zaginionego wraku Carpathii, był Clive Cussler – ten sam pan, który napisał powieść „Podnieść Titanica”, od której zaczęła się moja przygoda ze statkiem. Clive dzięki zdobytym z pisania i sprzedaży praw autorskich pieniądzom założył prawdziwą agencję poszukiwań podwodnych NUMA, choć trudno ją nazwać poważną międzynarodową agencją na miarę tej opisanej w książkach. NUMA Cusslera to małe towarzystwo utrzymujące się z pieniędzy Cusslera i poszukujące wraków pół amatorsko, pół profesjonalnie. Niemniej jednak odniosło ono kilka większych sukcesów, w tym zwłaszcza wielkim sukcesem było zlokalizowanie wraku Carpathii w 1999roku. Cussler w ten sposób dołożył swoją cegiełkę do tej arcyciekawej historii, a fikcja przeobraziła się w prawdę.

Pasażerowie Titanica na pokładzie Carpathii.
Pasażerowie Titanica na pokładzie Carpathii.

Źródła wiedzy:

„Tajemnice Titanica” National Geographic

„Niezatapialny Titanic” National Geographic

„Ghosts of the Abyss” James Cammeron

„Odnalezienie Titanica” Bob Ballard

Źródła zdjęć i grafik:

„Odnalezienie Titanica” Bob Ballard,

Wikipedia

Google