Tomek Stachura. O „Drodze Śmierci” i o „Orle”

Wywiad  z Tomkiem Stachurą, część II

Pierwsza część wywiadu znajduje się TUTAJ

 

DROGA ŚMIERCI

Fotografia, wraki, Santi, Avatar a ty jeszcze wpadasz na pomysł, żeby napisać książkę. Kiedy ty w ogóle znalazłeś czas na pisanie książki?

Po pierwsze, to nie było zaplanowane działanie. Po drugie, nie miałem świadomości jak czasochłonne jest pisanie książki. Może dlatego się za to zabrałem.

Wracając do książki, nie miałem absolutnie pomysłu „napisać książkę”. Jednak w dwa tysiące dziewiętnastym roku zanurkowaliśmy na „Gustloffie”, „Steubenie” i „Goyi”, chyba jako pierwsza ekipa w historii, która mogła zanurkować legalnie na tych wszystkich trzech wrakach. Udało się nam zrobić materiał filmowy, zrobić zdjęcia. Dopóki nie miałem tych zdjęć na komputerze, nie rozważałem jakiejkolwiek publikacji. Nastał wrzesień, zdjęcia obrobiłem, w pierwszej chwili chciałem je wrzucić na Facebooka, ale żywotność takich zdjęć na Facebooku to jakieś dwa dni. Koniec, nic więcej z tego nie będzie. Powstał pomysł albumu papierowego. Rozmawialiśmy nawet z National Geographic, ponieważ w styczniu przypadała siedemdziesiąta piąta rocznica tragedii Gustloffa. Chcieliśmy namówić National Geographic na taki artykuł o operacji Hannibal. National odpowiedział „dobrze, to niech pan napisze ten artykuł i zobaczymy”. Nie będę ukrywał, to nie jest tak, że ja mam wiedzę o wszystkim. Sam musiałem zacząć czytać, uczyć się i tak dalej. Gotowy artykuł poszedł do National, ale nigdy nie dostałem odpowiedzi od nich.

Źródło: stachuraphoto.com

Zrobiłem artykuł, miałem zdjęcia i coś takiego zostało mi w ręku. Stwierdziłem, że wydam samodzielnie album ze zdjęciami z Gustloffa. Jak zacząłem przymierzać się do tematu to pomyślałem o napisaniu wstępniaka, żeby ludzie wiedzieli oglądając te zdjęcia, skąd te wraki się wzięły na dnie Bałtyku. Poprosiłem Tomka Zwarę, mojego przyjaciela i członka Baltictech, żeby napisał trochę więcej. Zaczął pisać, pisać, po tygodniu mówi „słuchaj, ja już mam dziesięć stron napisane na temat” (śmiech). Obydwaj zdaliśmy sobie sprawę i byliśmy w szoku, że nie ma ani po polsku, ani po angielsku żadnego kompleksowego opracowania opisującego operację Hannibal. Jak wbijesz sobie „operacja Hannibal” w wyszukiwarkę to jest naprawdę mało publikacji, jest trochę opracowań po niemiecku i to wszystko. Stwierdziliśmy, że to jest taka dziura – gorący kartofel dla zainteresowanych stron, nie chcą go roztrząsać ani Niemcy, ani Rosjanie, ani Polacy. A to jest największa ewakuacja drogą morską w dziejach świata. Dwa miliony ludzi zostało przerzuconych przez Bałtyk na zachód. Dla przykładu Dunkierka, najbardziej znana operacja tego typu, użyto osiemset jednostek pływających, zatopionych zostało dwieście. Przerzucono około trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi, z tego bodajże piętnaście procent zginęło. A w przypadku Hannibala zginęło „tylko” jeden procent ewakuowanych. Te wszystkie rzeczy zaczęły do nas docierać, zaczęliśmy więc pisać. W zasadzie po dwóch tygodniach mówię „napiszmy książkę”, jeszcze zrobiliśmy dobrą rzecz – daliśmy sobie „deadline” – trzydziesty stycznia dwutysięcznego dwudziestego roku – siedemdziesiąta piąta rocznica zatopienia Gustloffa. Gdybyśmy nie dali sobie tego terminu to pewnie do dzisiaj bym tę książkę pisał. Co zabierałem się za nowy temat, to okazywał się niewiarygodnie ciekawy. Pomysł ewoluował z napisania wstępniaka do albumu o trzech wrakach (Gustloff, Steuben i Goya), a potem do książki o całej operacji Hannibal. Potem do nas dotarło, że my od lat nurkujemy na większości wraków, które są powiązane jakoś z operacją. Ja nawet nie miałem świadomości jak bardzo Franken jest związany z tą historią, czy Trałowiec Munin, czy Terra, która była zaopatrzeniowcem. Nagle się okazało, że to wszystko się łączy w ciekawy łańcuch. Mało tego, są pojazdy na Zalewie Wiślanym, na których nurkowałem – byłem poniekąd pierwszą osobą, która dotarła do nich i ich dotknęła –  które też brały udział w operacji. Jest Margareta (Cords) leżąca na północ od Kołobrzegu, trzeciego marca czterdziestego piątego zatopiona, też brała w niej udział. Czego się nie dotknęliśmy to była operacja Hannibal!

źródło: stachuraphoto.com

Od października do grudnia każdy wieczór siadałem i pisałem. Jeszcze doszedł pomysł wydania tego po polsku i po angielsku. Nie ukrywam, że się porwałem z motyką na słońce. To było bardzo duże wyzwanie. Pamiętam, że w czasach studenckich nigdy nie zdarzyło mi się, żebym zarwał noc, a tu pisząc książkę, łapałem się na tym, że siedziałem do trzeciej nad ranem, bo mnie to wciągało. Mieliśmy jakieś informacje po niemiecku, trzeba to było wrzucić w translator, przeredagować na język literacki, a potem na angielski (oczywiście z wykorzystaniem profesjonalnego tłumacza). Jednym słowem to było szaleństwo, a termin się zbliżał. Jeżeli mieliśmy wydać trzydziestego stycznia książkę, to musimy do połowy grudnia mieć ją skończoną. Jeszcze z tłumaczeniem (śmiech).

Żałuję trochę, że nie dałem sobie pół roku więcej. Na pewno wiele jeszcze rzeczy bym napisał. Niektóre historie są tego warte, napisałem dosłownie dziesięć akapitów na temat „Nettlebecka”, „Neuwerka” a to są wraki bardzo interesujące. Na przykład Neuwerk to jest wrak, który prawdopodobnie zatonął dwie mile od Gdyni, zatopiony przez własne eskortowce, w wyniku błędnie odczytanego komunikatu. Zginęło tam około dziewięćset sześćdziesiąt osób. Pochowano część na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni. Te ciała wydobyto dziesięć lat po wojnie, zachowały się relacje nurków, którzy wyciągali te ciała.

Pisanie książki to nie tylko pisanie samo w sobie, ale czytanie cały czas, więc ja siedziałem, siedziałem i potem z nieprawdopodobnej historii miałem napisać dziesięć akapitów. Nie ukrywam, że cały październik i listopad byłem skupiony tylko i wyłącznie na książce, Santi się kręci na tyle dobrze, że siedziałem w pracy, przy komputerze i pisałem. Tylko patrzyłem przez szybę, co tam się dzieje. Ale się udało. To było dosłownie szaleństwo, więc książka mająca wyjść trzydziestego stycznia była w moich rękach dwudziestego ósmego. Wiele osób na to pracowało. Jestem przeszczęśliwy, że to wyszło.

I na pewno nie było tak, że jest to projekt zamiast „Jak odnaleźliśmy Orła” czy „Jak szukamy Orła”? A może już kwitnie w twojej głowie pomysł na kolejną książkę, tym razem o poszukiwaniach Orła?

(śmiech)

Tak, Orła w tej książce nie ma nic a nic. Orzeł jest projektem otwartym. Parę lat temu wpadłem na pomysł budowy pomnika Orła. Wyłożyliśmy jako firma pieniądze na to i tak dalej. Po roku pracy ja się poddałem. Z reguły jak się za coś zabieram to mi to wychodzi. To był dla mnie sygnał, że to nie jest miejsce i czas. Robienie pomnika, kiedy my jeszcze nie znaleźliśmy Orła, jest za wczesne. Tak samo pisanie książki o poszukiwaniu Orła. Już parokrotnie byłem pytany przez różnych producentów, żebyśmy nakręcili coś o poszukiwaniach i ja zawsze odpowiadam pytaniem, że jak można kręcić film o poszukiwaniach, jak go nie znaleźliśmy. Zaczynamy być powoli ekspertami od „nieznalezienia”. Nie chcę, żeby tak zostało. Orzeł zostanie znaleziony w najlepszym możliwym momencie dla sprawy. Wyobraź sobie, że gdybyśmy go znaleźli w dwa tysiące czternastym roku, za pierwszym podejściem. Sprawa byłaby już dawno zakończona. Nie byłoby całego szumu, historycy by wszystko już wiedzieli. Ci, co nie wiedzieli nic o sprawie by dalej nic nie wiedzieli a ja jestem dumny, że przez sześć lat poszukiwań Orła kilkadziesiąt tysięcy osób, może więcej, usłyszało historię Orła. Mam dwudziestosześcioletniego syna, jego rówieśnicy dowiedzieli się o Orle z naszego projektu. Oni nie dowiedzieli się tego z książek i filmów. Na naszym fanpage’u mamy całą masę pozytywnych komentarzy, tysiące polubień. Jak to powiedział Benek (Benedykt Hac) „wydobyliśmy Orła z mroku niepamięci”. Jest takie powiedzenie poszukiwaczy złota, że ci co chcą bardzo znaleźć, nigdy nie znajdą. To złoto ciebie znajduje. I tak będzie z Orłem, który da się znaleźć w odpowiednim momencie.

źródło: stachuraphoto.com

Wracamy do operacji Hannibal. Pomimo trzech wielkich katastrof w jej trakcie: tonące Gustloff, Steuben i Goya – każdy z osobna – zabrały więcej żyć ludzkich niż Titanic. Pomimo jej wielkiego sukcesu (wszystkie utracone jednostki zabrały życie ledwie procentowi z uratowanych dzięki operacji). Mimo to ta historia praktycznie nie istnieje w świadomości masowej. Dlaczego?

Jak już parę razy powiedziałem, to jest gorący kartofel.

Jednak od strony historycznej to jest fantastyczny materiał na publikację. Taki Norman Davies  napisałby pewnie niejedną książkę nie patrząc na to, czy to dla kogoś wygodne czy nie.

Masz rację, jest taki ktoś jak Roger Moorhouse, który napisał „Pakt Diabłów”. To jest uczeń Daviesa. On napisał książkę o Gustloffie. I co? Grono odbiorców było na tyle małe, że ta książka jest dostępna tylko w Internecie. Nie została nawet wydrukowana. Ty jako nurek fascynujesz się wrakami. Nawet nie wiesz jak niewielkie zainteresowanie wzbudza historia „podwodna”. Taki Ballard, który znalazł Titanica,est znany nie tylko w środowisku poszukiwaczy, ale taka „Kardaszjanka” przebija go kilkakrotnie. A człowiek, który odnalazł Titanica – ikonę wśród wraków – nie jest tak znany masom. To jest normalna rzecz, jest bardzo małe grono odbiorców takich historii. Nakład mojej książki to jest dwa tysiące egzemplarzy. To jest i tak bardzo dużo, bo ludzi związanych z tą tematyką nie jest tak wiele. Mnie kiedyś bardzo zastanawiało, czemu nurkowanie nie wzbudza zainteresowania szarego widza. Odpowiedź jest bardzo prosta: kiedy puścisz film o Broad Pick, o wspinaczce, każdy statystyczny odbiorca odnajdzie się w tych realiach, wyobrazi sobie te sytuacje, bo może nawet byli na Kasprowym. Mają punkt odniesienia. Jak puścisz film o pływaniu w jaskiniach, to nawet nie będzie promila ludzi, którzy są w stanie wyobrazić sobie co my, nurkowie przeżywamy we wnętrzu jaskini. Opowiadanie im jak wygląda nurkowanie w jaskini jest jak tłumaczenie budowy DNA.

Kończąc już, National Geographic rozpoczął taki projekt filmowy „Drain the oceans”, w którym my już mieliśmy okazję dwukrotnie brać udział. To spowodowało, że nareszcie ludzie zaczynają „coś” rozumieć. Animacją komputerową odsłaniają wrak, pozbawiają otoczenia wody i okazuje się, że to dociera do wyobraźni ludzi. Założę się, że część z nich myśli, że naprawdę zabierają  tę wodę. (śmiech)

Z książki nie wyciągnąłem chyba pełnego obrazu, dlaczego zdecydowano się przeprowadzić tak epicką ewakuację drogą morską, a nie lądową. Ostatecznie wyszło, że była to bezpieczniejsza droga, ale skąd decydenci byli o tym przekonani?

To jest pierwsze pytanie laika, czemu nie pojechać sobie pociągiem. Duża część tych ludzi jechała wozami konnymi, czemu więc nie kontynuować drogi a nie stawać w porcie. Front Radziecki był już dawno dalej, zamknął już drogę w okolicy Lęborka, Koszalina, Kołobrzegu. Rosjanie już dotarli do brzegu. Powody użycia statków były dwa. Po pierwsze, nie było już połączeń chociażby kolejowych, nie było na co tych ludzi zapakować. Priorytetem Rosjan było zdobyć Berlin przed aliantami. Parli więc do przodu. Odcięli tych ludzi, ale nie interesowali się nimi. Po co mają walczyć z jakimiś niedobitkami na Helu. Z ludźmi, którzy tak naprawdę chcą już tylko życie uratować.

Druga rzecz, wszyscy ci uciekinierzy mieli świadomość, że jeśli trafią w ręce Rosjan to albo zginą od razu, albo zginą w łagrach. Robili wszystko by się poddać Brytyjczykom. Uciekali na Bornholm żeby poddać się Anglikom. Rosjanie wparowali na Bornholm – zdaje się, że byli tam do czterdziestego szóstego – próbowali jakby Bornholm zaanektować. Na szczęście Amerykanie się na to nie zgodzili. Rosjanie zabrali stamtąd uciekinierów, a było ich około jedenaście tysięcy. Z tego może tysiąc wrócił po dziesięciu latach do Niemiec.

Tak, to wszystko jest jasne, ale decydując się na wybór drogi ewakuacji brali różne aspekty pod uwagę. Wydaje mi się, że droga lądowa była bardzo kusząca – opisany przez ciebie szybki marsz na Berlin musiał dawać nadzieję na dość łatwe uderzenie i przebicie się przez linę frontu.  

Już ci mówię. Admirał Karl Doenitz podjął tą decyzję niemalże samodzielnie.

Właśnie.

Hitler w ogóle się tym już nie przejmował. Z kolei szef Prus Wschodnich Erich Koch uważał, że nie trzeba ewakuować tych ludzi. To nie tak, że Niemcy podejmowali decyzję jednomyślnie w tym momencie. Było tylko kilku ludzi, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że tych ludzi trzeba ewakuować. Gdyby Doenitz nie podjął tej decyzji w styczniu czterdziestego piątego roku, prawdopodobnie z tych dwóch milionów milion osiemset by zginęło w łagrach, albo zginęliby na miejscu. Doenitz mógł robić wszystko na morzu, a niewiele na lądzie. Z resztą na wodzie ciągle Niemcy czuli się silni. Rosjanie w powietrzu już dominowali, wygrywali wszystkie potyczki, na lądzie wygrywali wszystko. Na morzu za to byli dość słabi. Mieli tylko okręty podwodne, a nie mieli żadnych większych jednostek, które mogłyby zagrozić. Sam bym podjął podobną decyzję, skoro mamy silną flotę, która stacjonuje na wschodzie – w Piławie i w Gdyni, to ją wykorzystajmy. Co wieczór wychodziły konwoje, gdzie było od siedmiu do dziesięciu statków. One wracały za parę dni i tak w kółko. Na jeden statek wchodziło dziesięć tysięcy ludzi. Do pociągu, nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że byłoby trudno upchnąć tyle.

Właśnie to chciałem wyciągnąć, bo sam odniosłem wrażenie, że to nie była zaplanowana akcja gdzieś w centrum dowodzenia Rzeszy, tylko to była „oddolna” decyzja, choć on nie był wcale na dole, ale… samowola?

Pamiętaj jeszcze jedną rzecz. Jeszcze front wschodni się bronił. Statki ze Świnoujścia pływały więc z zaopatrzeniem dla frontu. One poniekąd wracałyby puste, więc to było dość naturalne i logiczne. Na wschód płynęły z amunicją, a na zachód – z ludźmi. To było zupełnie naturalne.

Jasne. Myślę, że omówiliśmy już dokładnie najważniejsze aspekty odnośnie książki, ale w niej znalazła się jeszcze jedna historia, która, nie ukrywam, mnie zaskoczyła. Historia Roberta, nurka, który zginął nurkując nielegalnie na Gustloffie -aspekt nielegalności i w ogóle „zamykania” wraków już omówiliśmy wcześniej. Czemu uznałeś, że ta historia jest warta włączenia do książki?

Jestem od zawsze przeciwnikiem idiotyzmu, głupich zachowań, w nurkowaniu. Tak jak mówiłem o biciu rekordów i tak dalej. Zachowanie ekipy organizatorów tego feralnego nurkowania było tak skandaliczne, że uważałem, że trzeba to wyciągnąć. Mam świadomość, że ten wpis będzie niektórych ranił, ale też wiele osób zmusi do dyskusji. Ja wciąż powtarzam, że niezależnie od głębokości nurkowanie jest trudnym sportem i trzeba mieć wielki respekt do tego. Byłem tego dnia na morzu jak Robert utonął. Na innej łódce słuchałem całej akcji ratunkowej przez radio. Emocjonalnie byłem w to wciągnięty. Wprawdzie byłem na zatoce gdańskiej, kilkadziesiąt mil morskich od miejsca zdarzenia, więc niewiele mogłem zrobić, ale słuchałem rozmowy na przykład załogi helikoptera i innych uczestników. Wiedziałem od początku, że wprowadzają w błąd służby ratunkowe. Ja się poczułem tak jakbyś zostawił w górach partnera i jeszcze ratownikom powiedział, że on jest w innej dolinie. To było skurczysyństwo – zostawić kumpla. Żeby była sprawa jasna, nie jestem jakimś strasznym przeciwnikiem nurkowań na Gustloffie, bo uważam, że zamknięcie tego wraku nie jest mądre. Nie mam do nich żalu, że nurkowali tam. Trudno, złamali zasady, ale to ich sprawa. Mam do nich wielki żal o to, że w momencie, kiedy zorientowali się, że Robert zginął, zachowali się jak tchórze. Przesunęli się trzy kilometry dalej i wtedy wezwali służby mówiąc, że nurkowali na Terze. Znam kapitana Kwazara, wiem, jacy to są ludzie z tej wyprawy, po prostu mam żal do nich, bo w pewnym momencie trzeba się umieć przyznać.

Dla mnie znaczące w tej historii jest to, że, jak czytałem o podobnych sytuacjach, gdzie grupa decyduje się zataić taką dramatyczną rzecz, że w momencie ujawnienia oni musieli czuć ogromną ulgę, że ten ciężar w końcu spadł, nie dręczył ich.

Wyobraź sobie, że jesteś w tej grupie i twoja żona po przeczytaniu tej książki mówi „ty, no to o co chodzi? Przez siedem lat mi mówiłeś, że nie nurkowaliście, a teraz wychodzi dowód, że nurkowaliście”?. No jak ktoś się tak zachowuje to mu to trzeba powiedzieć. To nie był błąd, to było skurczysyństwo.

Tak, w tej historii jest jeszcze jeden intrygujący mnie wątek. Niestety dla siebie brałem udział (niepotrzebnie) w internetowej dyskusji na temat tego wypadku – uderzyło mnie to, że często był podnoszony temat z bliskich rodzinie kręgów, że gdyby się od razu przyznali to Robert by żył. Umówmy się, na to nie było szansy.

Dlatego nie oskarżam ich o wypadek. Nie wybielam Roberta. Wiedział co robi, ale będę oskarżał tych, którzy zostawili człowieka na morzu. Źle się też zachowały służby. Po dwóch dniach było wiadomo, że to jest ściema. Gdybym był osobą decydującą, powiedziałbym „proszę zbadać też Gustloffa, bo są mocne podejrzenia, że nurkowanie miało tam miejsce”. To ciało leżało na widoku. Znaleźliśmy je bardzo łatwo. Nie było w żaden sposób zakryte. Ono było mniej więcej na śródokręciu. Nie nurkowałeś nigdy na Gustloffie?

Nie.

Najciekawszy na Gustloffie jest dziób i rufa. Gustloff ma dwieście osiem metrów, więc jak płynie sobie ekipa na nielegalne do tego nurkowanie to skacze sobie na dziób, albo na rufę. Przepłynięcie z rufy na dziób to jest dwadzieścia pięć minut, ja to zrobiłem dwa razy i jest to naprawdę duży dystans. A jeszcze może być prąd. Znaleźliśmy Roberta dlatego, że robiliśmy inwentaryzację. Skoczyliśmy na dziobie i mieliśmy opłynąć wrak dookoła w czterdzieści minut. Gdyby ktokolwiek został poproszony o przeszukanie Gustloffa, znalazłby go na pierwszym nurkowaniu. Oszczędzilibyśmy rodzinom siedem lat cierpienia. Dlatego źle też zachowały się służby, zwłaszcza, że rodzina wielokrotnie apelowała o przeszukanie tego wraku a Urząd Morski odpowiadał, że nie ma podstaw prawnych.

źródło: santiodnalezcorla.pl

ORZEŁ

No dobrze, przegryźliśmy się przez książkę. Ja wciąż mam nadzieję, że to nie jest twój koniec przygody z tym medium, bo nawet jeżeli to są małe nakłady, to nasze grono chłonie takie książki. Nie wiem jak ty, ale zjadam wszystkie pozycje jakie pojawiają się o tematyce nurkowej i chętnie pochłonę książkę twojego autorstwa o odnalezieniu Orła.

Powtarzam to wciąż, że Orzeł zostanie odnaleziony w najlepszym dla tej historii momencie. Zawsze staram się mówić o poszukujących w liczbie mnogiej z prostej przyczyny. Tego typu wraku nie szuka się samodzielnie. To jest w ogóle niewykonalne. W cały projekt zaangażowana jest olbrzymia ekipa. Krąg się zacieśnia, eliminujemy kolejne miejsca, hipotezy.

Pewnie masz jakąś swoją wizję odnalezienia Orła. W jakich okolicznościach, gdzie. A co powiesz jak go znajdą inni?

Nie mam z tym żadnego problemu. Szukanie Orła to jest projekt z potrzeby serca. Ja już swoje zrobiłem. Dużo pozytywnych rzeczy się wydarzyło, bardzo wierzę w opatrzność, dzięki paru historiom, które przeżyłem pod wodą. Ja wiem, że to się dobrze skończy. Mam do tego zdrowe podejście, nie ekscytuję się każdymi doniesieniami, patrzę na to na chłodno.

Mogę ci powiedzieć, że siedem razy (bo liczę to) usłyszałem, że Orzeł został znaleziony. Zaczęło się w dwa tysiące trzynastym roku, kiedy wojsko poinformowało, że na dziewięćdziesiąt dziewięć procent odnaleźli Orła. I ja w to uwierzyłem. Potem były kolejne rewelacje, czy to od Anglików, czy to od Duńczyków. Ostatnia informacja, bodajże sprzed trzech miesięcy. Wiesz, nawet jeżeli ja nie wyłapię takich informacji to zaraz znajomi, przyjaciele wysyłają mi linki do jakichś tam wpisów. Pracujący na holenderskm statku „surveyowym” Polak napisał na „wykop.pl”: „Słuchajcie, znaleźliśmy Orła”. Burza po tym wpisie była niesamowita. Pokazuje to, jak wielkie zainteresowanie budzi Orzeł. Chłopak przez to stracił pracę na statku. Ludzie pracujący na „survey’u” podpisują klauzulę poufności. Ten chłopak był jedynym Polakiem na pokładzie, myślał więc, że „wykop.pl” jest gdzieś na końcu świata i nikt tego nie przeczyta. W ciągu dwóch godzin ten wpis wzbudził takie zainteresowanie, że wskoczył na pierwsze miejsce. Było tam tysiąc pytań i odpowiedzi. Ja napisałem do Holandii, do moich przyjaciół. Do Duńczyków, do wszystkich. Po kilku godzinach kapitan statku dostał zapytanie „o co chodzi”. Okazało się, że oni pojechali testować jakiś sprzęt – poszukiwawczy statek robiący badania na zlecenie wojska. Testowali to na jakimś znanym U-boocie a chłopak coś usłyszał, coś zobaczył i podzielił się tym na portalu. Duńczycy też raz ponoć mieli stuprocentowe dowody na odnalezienie Orła, więc ja żyłem w przeświadczeniu, że Orzeł jest odnaleziony. Potem okazało się, że to jednak jest inny wrak, na którym z resztą nurkowaliśmy.

Pamiętaj, że znalezienie Orła to jest jedno, a potem trzeba zrobić inwentaryzację, trzeba sprawdzić, dlaczego zatonął. Znalezienie Orła jest więc początkiem fantastycznej historii. Mam nadzieję, że będę mógł w tej historii uczestniczyć.

Ja wiem, że ten temat już się przewijał przez różne media, ale chciałbym od ciebie usłyszeć jak to się wszystko zaczęło, skąd przyszedł ten pomysł. Zdaje się, że to była raczej zbiorowa inicjatywa.

Ja byłem przekonany, jak większość Polaków, że jest jakaś instytucja poszukująca, albo jest jakiś program poszukiwań, że ktoś się tym zajmuje. Minister kultury, wojsko i tym podobne. W dwa tysiące trzynastym roku Marynarka Wojenna ogłosiła, że znalazła Orła i że jedzie robić jego zdjęcia. Ja robiłem wszystko, żeby się na tym okręcie znaleźć i powiem ci, że przez parę dni nawet byłem mocno brany pod uwagę jako fotograf, co mnie bardzo cieszyło. Ostatecznie jednak wojsko się nie zgodziło, żeby jakiś cywil był pierwszym nurkiem na Orle. Zdecydowało, że zejdą tam pierwsi nurkowie wojskowi. Popłynęli, okazało się, że nie jest to Orzeł tylko J-6. Swoją drogą, wymiary były identyczne i nietrudno było o pomyłkę. Ciekawą rzeczą, której się dowiedziałem po dwóch, trzech latach od ludzi obecnych na tym okręcie, że jak zeszli na dół R.O.V.em to znaleźli poręczówkę z ciężarkiem, więc byli już tam nurkowie (śmiech). Potem ich nawet poznałem. To pokazuje, że tak zwane nieznane wraki są nieznane dla nas.

W swoim życiu bardzo rzadko spotykałem wraki, na których nie było sieci, czyli że wrak był nikomu nieznany. Tak więc z reguły te wraki są znane jakiejś grupie ludzi, może to są dwie, trzy osoby.

Jak ORP Lech wrócił do Polski to zaczęliśmy gadać między sobą, z nieżyjącym już Dimitrem (Stavrakakisem) i z Łukaszem (Piórewiczem). Mówimy mniej więcej tak: „Pływamy po tym Bałtyku, znamy się na tym coraz lepiej, identyfikujemy wraki. Dlaczego nie zająć się tym?” Odezwałem się do Benedykta Haca, z którym się przyjaźniłem, z którym robiliśmy projekt „Wiatrem gnane”. On był wtedy wicedyrektorem Instytutu Morskiego w Gdańsku. Zadałem mu pytanie „Benek, a dlaczego nie połączyć sił w poszukiwaniu Orła? Ty masz możliwości, ja mam ekipę, mamy wiedzę. Zróbmy na wariata ekspedycję poszukiwawczą Orła”. Benek był już na takiej ekspedycji (Balex Metal, 2008). Miał olbrzymie doświadczenie w poszukiwaniu wraków. Spotkaliśmy się, przyprowadził wtedy Huberta Jando, powiedział, że to jest największy znawca historii Orła i w ten sposób narodził się projekt poszukiwań. Ja wtedy chwyciłem za telefon, zadzwoniłem do jedynej mi znanej aktywnej osoby w Wielkiej Brytanii czyli Leigh Bishopa i powiedziałem mu, że potrzebujemy łódkę na wschodnim wybrzeżu, która ma zasięg większy niż sto mil morskich od brzegu. Dlaczego sto? Hubert był bardzo przekonany (z resztą do dziś jest) do swojej teorii o „friendly fire” i miał dwie pozycje, które były do sprawdzenia w odległości do stu dziesięciu mil. To był totalnie wariacki pomysł. My się spakowaliśmy w maju dwa tysiące czternastego roku do ciężarówki i polecieliśmy do Wielkiej Brytanii. Przyjechaliśmy do Whitby, takiego małego portu na wschodnim wybrzeżu i zostaliśmy zamustrowani na najgorszy możliwy kuter, jaki w życiu widziałem, który śmierdział, który nie miał prawa wyjść w morze. Nasza determinacja była tak wielka, że nie chcieliśmy widzieć jego wad. Benek ze swoimi hydrografami zamontowali sonar holowany i ruszyliśmy w morze. Te dwie pozycje, które miał Hubert, okazały się puste.

Wtedy zaczęliśmy gadać z tymi Szkotami – rybakami. Okazało się, że mają pięć tysięcy pozycji (zaczepów). Zaczęliśmy te pozycje sprawdzać. Wtedy wybuchł pomysł – szukamy Orła dalej. Wróciliśmy do portu i generalnie projekt można byłoby uznać za zakończony, ale poszliśmy do pubu, zaczęliśmy z lokalesami, że szukamy Orła. W ciągu pięciu minut mieliśmy przyjaciół w tym pubie. Wszyscy się znali na nurkowaniu, na wrakach. Przyrzekliśmy sobie, że powstanie projekt długofalowy poszukiwań Orła.

Znamy ulubioną teorię Huberta, a ty masz swoją najbardziej ulubioną teorię odnośnie miejsca zalegania i tego jak poszedł na dno Orzeł? Masz swoje wyobrażenie, jak go znajdujesz, w jakim on jest stanie?

Tak realnie patrząc uważam, że Orzeł zatonął w wyniku wejścia na zabłąkaną minę, albo w wyniku nieszczęśliwego wypadku, który spowodował, że zatonął błyskawicznie i nie mogli nadać w żaden sposób sygnału. Ta hipoteza powoduje, że Orzeł może być wszędzie. Z kolei moja ulubiona hipoteza jest ta, którą z resztą Hubert w swojej książce wspomina, czyli atak Schnellboota – wątek holenderski.

Ona jest wspaniała, niewiele ma poparcia w faktach, ale świadczyłaby o tym, że chłopacy zostali powołani do tajnej misji. Dostali tajny rozkaz. Udowodnienie tej tezy nie zamknęłoby historii Orła tylko otworzyłoby nową, wspaniałą kartę. Dla badaczy byłoby czymś niesamowitym. To jest oczywiście coś, o czym możemy sobie fantazjować. Jednak realia według mnie są takie, że Orzeł prawdopodobnie w pierwszych trzech, czterech dniach patrolu wszedł na minę lub miał bardzo poważną awarię, która spowodowała, że zatonął błyskawicznie.

Czyli wybrzeże Wielkiej Brytanii wtedy, tak naprawdę.

Środek Morza Północnego generalnie, czyli obszar A3, który badaliśmy już dwukrotnie. Jest najgorszy możliwy scenariusz, czyli że Orzeł został bardzo mocno zniszczony i został zidentyfikowany na przykład przez miejscowych nurków jako Uboot 46 na przykład. I to jest zmyłka, bo to nigdy nie spowoduje, że będziemy go tam szukać. Jednak głęboko wierzę, że go znajdziemy, czy my, czy ktoś inny.

To jest bardzo ciekawy wątek historii, do którego często wracasz. To nie jest Titanic, który nie wiadomo dokładnie gdzie wylądował, tylko, że ta pozycja jest już gdzieś komuś znana, naniesiona na jakieś mapy. Zostało to błędnie zidentyfikowane, nurkowali tam ludzie nie znający tej historii, albo ciężko jest go zidentyfikować ze względu na jego stan. Widziałem parę wraków płycej zalegających i czasami naprawdę trudno sobie nawet wyobrazić, że to coś było kiedyś okrętem a nie przystankiem autobusowym.

W dwa tysiące siedemnastym roku znaleźliśmy HMS Narwhala, który jest w doskonałym stanie. Leży na dziewięćdziesięciu czterech metrów głębokości. Wiem, bo namówiłem Gerta Normanna i tam został spuszczony R.O.V. Co ciekawe, ta siódma informacja o rzekomym odnalezieniu Orła pochodzi od gościa, który napisał do mnie „Czy to możliwe, że Orzeł został znaleziony?”  Podesłał link do rosyjskiego forum, do dyskusji o możliwości odnalezienia Orła. Na szczęście była podana pozycja, sprawdziłem ją, zgadzała się dokładnie z pozycją HMS Narwhal. My go zidentyfikowaliśmy w dwa tysiące siedemnastym, ale on już był znany wśród hydrografów. Dlaczego on nigdy nie znalazł się oficjalnie na mapach? Z prostej przyczyny, on leży osiemdziesiąt metrów od gazociągu, co jest błędem. Firma kładąca gazociąg powinna go ominąć i położyć pięćset metrów od wraku. W związku z tym, że technicznie popełniono błąd, nie przyznano się do tego. Próbowano to nie tyle zataić co nie wspominać o tym nigdy. Miesiąc temu rosyjski statek badawczy, który widocznie coś w tym regionie robił, najechał na niego, zmierzył go i napisał na forum pracownik tego statku, że chyba trafili na Orła. Tam było trochę namieszane bo było napisane „polski ORP Orzeł”, w nawiasie „typ: Narwhal”. Oczywiście na Narwhalu były sieci, więc był on znany rybakom. Mało tego, na HMS 10, którego trafiliśmy w marcu tego roku, który kompletnie nie figurował na żadnych mapach, został przez firmę Gerta Normanna odkryty w dwa tysiące dziewiętnastym roku, też były siatki rybackie. Więc dla przynajmniej kilku rybaków ten wrak był na pewno znany.

Wymieniłeś już kiedyś nazwisko osoby, której prywatnie jestem wielkim fanem, Bob Ballard odnalazł Titanica. Jemu bardziej zależało na udowodnieniu technicznych możliwości odnalezienia niż na samym Titanicu. Postawił na kamery telewizujące i czesał dno w poszukiwaniu pola szczątków, które jego zdaniem rozsypały się szerokim pasem z tonącego statku i łatwiej będzie je znaleźć od samego kadłuba. W przypadku Orła jest zupełnie inaczej.

Różnica polega na tym, że Ballard znał przybliżoną lokalizację wraku. Szukał na głębokości czterech kilometrów, my szukamy na głębokości do stu metrów. Dzieli nas wreszcie czterdzieści lat a w branży hydrograficznej to już jest kilka epok niemalże. W tej chwili multibeamy są już tak rozwinięte, że mutlibeam widzi teraz pas o szerokości dwustu metrów a przy dużej głębokości nawet trzystu. Pojawiają się w tej chwili nowe metody poszukiwawcze – są tak zwane AUV czyli autonomiczne pojazdy poszukiwawcze. Gdybyśmy chcieli wyłożyć na poszukiwanie Orła miliony jakieś to jest już sprzęt, który można na to przeznaczyć, ale zdaje się, że budżet na to trzeba mieć naprawdę nieograniczony.

My robimy to trochę inaczej. Wykorzystujemy wiedzę, która już jest. Na Morzu Północnym szuka się i ropy, i gazu, więc pewne badania są już przeprowadzone. Jak zobaczysz mapę z zaznaczonymi pozycjami wraków i widzisz pole, gdzie ich w ogóle nie ma to znaczy, że tam po prostu nie ma gazociągu i nikt tego obszaru nie przebadał.

Albo ma to na mapach prywatnych, a nie ogólnie dostępnych. Te informacje nie są zbierane do jednej bazy danych.

Dokładnie. Powiem ci taką anegdotę odnośnie Ballarda. W styczniu osiemnastego roku robiliśmy takie spotkanie z rodzinami załogi z Narwhala. Bardzo emocjonujące i to chyba była jedna z ważniejszych historii w projekcie „Santi: Odaleźć Orła” i Leigh Bishop przyjechał z córką Ballarda, co mnie kompletnie zaskoczyło. Pogadaliśmy, wymieniliśmy się wizytówkami i trochę zapomniałem o temacie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy za tydzień nagle na mejla dostaję list od Ballarda: długi, treściwy, że przygląda się poszukiwaniom i że rozumie nasze emocje. Jeśli mógłby być w czymś pomocny to bardzo chętnie.

Genialnie!

Powiem ci, gapiłem się na ten list długo. Wysłałem go do kolegów. Myślę sobie „kurczę, o co możemy Ballarda poprosić?” (śmiech). Nic mi nie przyszło do głowy. Było to jednak bardzo miłe, powymienialiśmy między sobą bardzo kurtuazyjne mejle i na razie sytuacja się zakończyła, ale myślę, że jak odkryjemy Orła to go zaprosimy. Coś z tym zrobimy. To jest człowiek bardzo oddany poszukiwaniom. Był w Polsce, zrobił film o Gustloffie.

Bob Ballard, źródło: zbiory własne

Fantastyczna historia, że macie kontakt. Ja myślę, że fajnie byłoby wykorzystać taką osobę do rozdmuchania afery. Mnie w tym wszystkim bardzo martwi, to nie jest absolutnie zarzut wobec was, tylko, nie wiem, narodu całego? Że to jest operacja „Santi: Odnaleźć Orła” a nie „Polska: Odnaleźć Orła”. To powinien być odgórny projekt – ludzie, powinniśmy się zorganizować narodowo, zrobić spore przedsięwzięcie. A tak historia póki co utyka lokalnie, znana jest specjalistom i poza tym, że ty się czasem pojawisz gdzieś na antenie mediów ogólnych to temat nie dostaje wiatru. Nic się dalej nie dzieje. Może małym „ognikiem” zapalnym będzie teraz powstający film fabularny.

Film Jacka Bławuta, w którym też mamy przyjemność mieć swój udział. Drobny.

Ja ci powiem o co chodzi. Wszystko co wielkie i narodowe może nie mieć tej duszy, którą udało się nam stworzyć. My w dwa tysiące siedemnastym dostaliśmy zapytanie z Lotosu – zastanawiali się, czy mogą mieć wkład jakiś w nasz projekt, bo projekt jest fajny. Pojechaliśmy na rozmowę. Padły kwoty. Ja powiedziałem, że budżet roczny projektu to jest dwieście tysięcy. Dla nich to jest kwota, o którą nie muszą pytać zarządu. To był już kwiecień, a my ruszaliśmy w maju, czy w czerwcu. Wszystko było gotowe i nagle dzwoni Lotos, że chce sponsorować projekt gdy my już wszystko w zasadzie zrobiliśmy. Była bardzo fajna rozmowa z panią dyrektor od marketingu. To była sytuacja, o której marzysz. Dzwoni do ciebie druga firma w Polsce, która mówi, że chce zasponsorować ci projekt. Ja chciałem by było w tym Santi, oni mówili, że w zasadzie nie mają z tym problemu. No i dostaliśmy taką umowę do podpisania (Tomek pokazują grubość niezłej książki). Zacząłem czytać tą umowę. Umowa była inna już niż rozmowy. Mieliśmy chodzić w białych softshellach z napisem Lotos. Pić z białych kubków z napisem Lotos. Pojedzie z nami ekipa filmowa, która za sto pięćdziesiąt tysięcy zainstaluje antenę satelitarną i tak dalej. Poza tym musimy wystąpić w telewizji raz, drugi, trzeci. I wymyślić jak tą kasę rozdysponować. No i ja zorientowałem się, że z tej kasy tylko i wyłącznie zaczną się kłótnie. Zadzwoniłem do tej pani dyrektor, powiedziałem, że my już w zasadzie zaraz wypływamy, mamy wszystko zapięte. Wycofaliśmy się, ale historia ma happy-end. Zadzwoniła ta dyrektorka, powiedziała „wiecie, co? Robicie fajną rzecz. My mimo wszystko  chcemy być w tym projekcie na waszych warunkach. Powiedzcie, jakie to są warunki?. Ja powiedziałem „Pani Krystyno, Lotos produkuje paliwo, może więc zatankujcie nam statek”. Lotos się w pięć minut zgodził. Pokryli nam koszty, które nie były małe, bo to było pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nikt nie miał do nikogo pretensji, parę razy w TVP poszło „Lotos wspiera poszukiwania Orła” i tak dalej. Opowiadam ci to, bo mam przeczucie, że jak zacznie się narodowy program poszukiwań to zgubimy tą duszę. Ja, zanim zadzwoniłem do Lotosa i odwołałem, to siedziałem sobie i zastanawiałem, co ja mam robić. Santi finansuje ten projekt od początku. Ja mam zobowiązania. Mam rodzinę, która się zastanawia „tata się bawi, wydaje pieniądze na poszukiwanie wraku”. Mnie przekonało to, że to jest z potrzeby serca – wszyscy pływamy za darmo: od historyków, filmowców po hydrografów. Hydrografowie biorą sobie urlop na ten czas.

Dostajemy wpłaty rzędu stu, pięciuset, tysiąca złotych od prywatnych ludzi, którzy wchodzą na stronę akcji i nas wspierają. Mieliśmy taką sytuację, że chłopak, który jest fanem poszukiwań, jak skończył pięćdziesiątkę, poprosił gości urodzinowych żeby zrzucili się na poszukiwania Orła i przyniósł mi te pieniądze. Ludzie kupują koszulki – które są drogie – wiedząc, że wspierają projekt. I ja nagle robię projekt narodowy, który nazywa się Lotos czy Orlen i pokazuję im, że był to projekt dla kasy. Stąd nigdy nie próbowałem szukać wielkiego sponsora. Mi w ogóle źle chodzi proszenie o pieniądze, bo projekt w sumie jest łatwym sposobem wyciągnięcia pieniędzy. Ja mam znajomych, którzy mają duże firmy i oni powiedzieli „Tomek, robicie super robotę, dokładam się do tego”. Mało tego, nie chcą, żeby ich loga tam były. Tylko żebym dał dziesięć koszulek do rozdania załodze to będzie „zarąbiście”. Tak się ludzie zachowują. Paradoksalnie, nie jest problemem zdobycie pieniędzy na projekt, problemem jest, żeby tych pieniędzy nie przepalić, zmarnować.

Ale zobacz, odnoszę takie wrażenie w miarę postępowania procesu starzenia, że strasznie dużo rzeczy przelatuje nam między palcami przez to, że jesteśmy skupieni na zarabianiu pieniędzy, które przez bardzo ograniczony czas możemy wykorzystać, zamiast skupić się na badaniach świata: kosmosu, lądów, świata podwodnego. I analogiczną sytuację widzę w poszukiwaniach, jesteście wy, nagle pojawia się nowa ekipa, która powinna się w zasadzie z wami połączyć, albo podzielić się zadaniami – wymienić wiedzą, żeby ta wiedza się gdzieś wyrównała (bo twierdzą, że mają jakąś lepszą wiedzę od was). Ale nie, odcinają się od was, mam wrażenie, że odmawiają wam prawa do znalezienia Orła. Ruszają osobną ekipą, jeszcze mają do tego ten przedrostek „narodowe”. Narodowa operacja poszukiwań. Jak ty takie rzeczy odbierasz?

Nie mamy wyłączności na poszukiwania. Każdy to może robić. Nie mam z tym problemu. Przyglądam się temu. Ja mam świadomość jak logistycznie jest to bardzo poważne przedsięwzięcie: przygotowanie ekspedycji. Byliśmy na morzu dziewięć razy, życzę chłopakom powodzenia. Wiem, że mają szczęście, bo trafili na ORP Kujawiak szybko. Zobaczymy, jak im to wyjdzie.

Mówisz, że tu konkurencja służy projektowi.

Nie chcę być górnolotny. Był Scott i Amundsen i się ścigali, kto dojdzie na biegun pierwszy. Jakbyś im powiedział „połączcie siły i róbcie to razem” to by parsknęli śmiechem. Każdy ma swoje ambicje, każdy chce czegoś dowieść. Jeden doszedł, drugi zginął, ale tu tak radykalnie (śmiech) raczej nie będzie. My mieliśmy parę razy zapytanie o współpracę, ale odpowiadaliśmy „dobra, to współpracujmy – my damy wam coś, wy dajcie nam cos”. Tylko zawsze się rozbijało o ten wkład drugiej strony. Możesz mieć najbardziej szlachetne serce, ale w pewnym momencie mówisz „no dobra, zróbmy taką współpracę, z której ja również będę miał korzyść”.

Narodowy projekt poszukiwań to jedno, ale na terenie Holandii, czy Danii, czy Wielkiej Brytanii są ekipy, które wiedzą, że Orzeł i O-13 są najbardziej poszukiwanymi wrakami na Morzu Północnym. Znalezienie Orła czy O-13 dla duńskiego poszukiwacza będzie ogromnym sukcesem, więc to nie tylko my, Polacy, tylko wiele grup szuka. Ja się już trochę z tym oswoiłem.

Ok, a co chciałbyś powiedzieć tym wszystkim internetowym niedowiarkom, którzy rzucają takimi hasłami, że w waszej akcji nie do końca chodzi o znalezienie Orła tylko o szukanie go, a głównie eksponowanie logiem Santi.

Nie wiem, jaki Internet przeglądasz, ale ja tych wpisów widziałem tak mało, że zupełnie je pominąłem. Jeśli ja wrzucę wpis, że jedziemy na Morze Północne i mamy tysiąc „lajków” i dwieście pięćdziesiąt komentarzy, z tego dwieście czterdzieści dziewięć jest pozytywnych a jeden jest krytyczny to na tym jednym nie będziemy się skupiać. Przy obecnej fali hejtu na jakiekolwiek działania ja ci muszę powiedzieć, że my się spotykamy bardzo, bardzo rzadko. Orzeł jest politycznie neutralnym tematem, wszyscy chcą na ten temat rozmawiać. Czasami był taki moment spiętrzenia, że telewizje się do mnie odzywały to dla takiego TVN czy TVP jest to bardzo fajny temat, to nie jest związane ze współczesną polityką, nikogo to nie drażni. Dziennikarze uwielbiają na ten temat rozmawiać, bo wiedzą, że nie naruszą bieżących, newralgicznych tematów. O Orle można gadać, gadać i gadać.

Ja mam czyste sumienie. Santi pokrywa w osiemdziesięciu procentach koszty. Niejako bawię się za własne pieniądze. Co ciekawe, ja dopiero po czterech latach zacząłem to podkreślać, bo dla mnie to była tak oczywista oczywistość, że nigdzie nie pisaliśmy tego. Nagle gdzieś poszło, że chłopcy bawią się za unijne pieniądze. Prawie spadłem z krzesła, bo w najdziwniejszych myślach nie przyszło mi do głowy, że ktoś wpadnie na taki zarzut. A ja nie wpadłem na pomysł by kogoś (Unię) prosić o pieniądze na takie rzeczy. Uważam, że jak jesteśmy firmą nurkową i wykładamy na to pieniądze to jest to oczywiste. Teraz, od trzech lat o tym zawsze piszemy, bo chcemy podkreślić, że na ten projekt idą prywatne pieniądze. Nie wyciągamy pieniędzy z urzędów, z państwa, ani z Unii Europejskiej – te są prywatne, nasze i ludzi.

Wróćmy do historii. Zastanawia mnie jedna rzecz odnośnie historii zniknięcia Orła. Powtarzaliście wielokrotnie w wywiadach, że w tym przypadku komunikacja była jednostronna: dowództwo wysyłało komunikaty do Orła odnośnie rozkazów zmiany obszaru patrolowania. Orzeł nie odpowiedział. Tak jakby nie było w tym nic dziwnego. To była normalna praktyka?

Nie, to nie była normalna praktyka. Na wszystkich poprzednich patrolach Orzeł się odzywał zawsze. Mało tego, znaleźliśmy dokument z trzydziestego dziewiątego roku, mówiący o tym, że priorytetem numer jeden jest informowanie dowództwa o ruchach na Morzu Północnym. Orzeł nie miał nakazu milczenia. Ludzie myślą, że milczał, bo coś mu groziło. Musisz wiedzie, że w czterdziestym roku nie mieli świadomości o skali podsłuchów. W poprzednich patrolach Orzeł informował na bieżąco o swoich posunięciach. W trzydziestym dziewiątym dowodzący flotą wydał rozkaz, że wszyscy mają informować na bieżąco o ruchach nieprzyjaciela, bo jak dowództwo ma podejmować strategiczne decyzje nie wiedząc co się dzieje na morzu. Trzeba sobie wyjaśnić jedną rzecz – Orzeł został wysłany na patrol nie po to by tępić wroga, ale przede wszystkim informować o jego ruchach. Jego milczenie nie było naturalne. Nie wierzę, że przez dziesięć dni nie natrafił na interesujący obiekt na morzu…

… czy chociażby potwierdził przyjęcie rozkazu o zmianie obszaru patrolowania.

Tak, że wyjaśnienie tej sprawy może być dwojakie: po pierwsze, popsuła im się radiostacja w ogóle. To się zdarzyło na Orle trzy razy, kiedy mogli odbierać rozkazy, ale nie mogli nadawać. Druga opcja, mógł zatonąć w pierwszych dniach patrolu.

Z tą radiostacją to, zdaje się, już mieli problem jak uciekli z Tallina, dopływali do wybrzeży Wielkiej Brytanii. Chcieli wejść, ale nie mogli powiadomić nikogo, bo mieli problem z radiostacją.

Tak, wtedy udało im się naprawić tą radiostację dosłownie ostatnim momencie.

Wróćmy do twojej ulubionej teorii, że Orzeł zatonął w wyniku ataku niemieckiego Schnellboota S-13. Wiemy, że ten ścigacz dokonał skutecznego ataku na jakiś okręt u wybrzeży Holandii. Gdyby to był Orzeł to by oznaczało, że albo operowali na podstawie nikomu nieznanych, tajnych rozkazów, albo to była jakaś totalna samowolka.

W totalną samowolkę nie wierzę. Jak już poznałem te wszystkie relacje zwłaszcza o kapitanie Grudzińskim, który był bardzo skrupulatny, przestrzegał rozkazów i tutaj nie ma mowy o samowolce. Wchodzi w grę tylko jakiś tajny rozkaz, który mogli dostać.

Oczywiście, tak jak mówię, jest to moja ulubiona teoria, ale nie ma żadnego potwierdzenia na nią. Z drugiej jednak strony, byłbyś dowódcą marynarki wojennej Wielkiej Brytanii i planujesz ewakuację wojsk w Dunkierce. Dwudziesty drugi, dwudziesty trzeci maja. Przygotowania trwają. Będą musieli  ewakuować z kontynentu całą masę ludzi a przy tym pewnie jakieś tajne dokumenty, przerzucić kogoś ważnego, wysadzić komandosów, którzy będą musieli wysadzić jakiś most – czy wysłałbyś po prostu swoich ludzi? Raczej byś wysłał polski okręt podwodny, polskich ułanów, którzy już robili takie rzeczy, na Bałtyku pływali na płyciznach. Trudność pływania w tamtym regionie polega na tym, że tam jest strasznie płytko. Okręt podwodny ma tam sens tylko, jeżeli jest głębiej niż trzydzieści metrów w sytuacji walki. Jak jest płycej – najzwyczajniej na świecie się nie schowa skutecznie pod wodę. Żeby wysłać tam okręt podwodny, trzeba mieć bardzo poważny cel. Dwudziestego trzeciego maja, wieczorem ORP Orzeł wychodzi w morze. Dwudziestego piątego, czy szóstego – już teraz nie pamiętam dokładnie – jest przeprowadzony atak Schnellboota. Jest to więc możliwe, że Orzeł tam dotarł. Jest wiele faktów mówiących o tym, że mógł to być Orzeł. Dotarliśmy do niemieckich archiwów, które mówią, że dwudziestego siódmego lub ósmego maja niemiecki szpieg zauważył okręt podwodny wysadzający komandosów. Takie rzeczy się działy. Nie mamy na to żadnych dokumentów brytyjskich. Warto zauważyć, że okolice Den Helder były znane załodze Orła, bo tam  Orzeł przechodził swoje pierwsze próby, częściowo z polską załogą.

Schnellboot zdał raport z tego ataku, coś w tych informacjach wam nie pasowało?

Mieliśmy dojście do notatek, nie do raportu. Do notatek dowódcy Schnellboota, który opisał ten atak. Potem się okazało, że raport to troszeczkę inaczej opisywał, nie zgadzały się godziny. Informacja była jednak na tyle ważna, że nawet Hubert Jando przytoczył ją w swojej książce.

Rozumiem, że chodziło o identyfikację trafionego okrętu. Identyfikacja oparta była na podstawie resztek szalupy, dokumentacji w języku holenderskim.

Tam dokładnie było napisane, że wypłynęły: resztki drewnianych mebli, ludzkie płuca, gazety i dokumenty w języku holenderskim. A także resztki szalupy z napisem „O-21”. To wszystko da się przypisać do Orła. Skoro Orzeł był wyprodukowany w Holandii, pewne instrukcje mogły być napisane po holendersku. Po drugie, jak facet zobaczył dziesięć dokumentów w tym jeden po holendersku, reszta po polsku to mógł stwierdzić, że wszystko jest po holendersku.

Ok, dobrze. Tylko w tym samym czasie dowództwo brytyjskie nadaje komunikaty w eter o zmianie obszarów patrolowania?

Tak, wszystko się zgadza, tajność operacji polega na tym, że jest ona także tajna dla swoich. Gdybym był dowódcą floty i wysłałbym Orła na tajną misję to bym utrzymywał resztę ekipy święcie przekonaną, że Orzeł ma dotrzeć do obszaru A3 i wysyłał tam komunikaty.

Ok, pojawiały się wielokrotnie informacje, że dalej są utajnione różne dokumenty dowództwa floty w brytyjskich archiwach, które mogą wskazywać na to, że Orzeł wykonywał inną misję, niż to było znane ogółowi. Liczycie na to, że nadejdzie właściwy czas, moment, chwila, że takie dokumenty zostaną odtajnione i rzucą nowe światło na losy Orła?

Nie wierzę w jakieś specjalne utajnianie. Przez te siedem lat poszukiwań spotkałem się z taką życzliwością strony brytyjskiej, ale opowiem ci taką historię. Piotr Michalik, który jest naszym człowiekiem w Londynie i mocno przekopuje się przez archiwa, odwiedził nowo powstałe muzeum Enigmy. Anglia nie została zniszczona tak jak Polska czy Niemcy, więc dokumentacja jest zachowana na szczęście w całości. Piotr dopytywał o nieznane dokumenty, które mogą być w posiadaniu muzeum. Został poprowadzony do archiwum, gdzie stało czterdzieści kartonów dokumentów, które zostały mniej więcej oszacowane, że mogą dotyczyć Enigmy, ale nikt od czterdziestego piątego do tych archiwów nie zaglądał. Trzeba by tam posadzić historyka, który poświęciłby dwa lata na przeglądanie tych archiwów. W takich dokumentach coś o Orle może być, ale nie są one specjalnie utajnione tylko nie zbadane. Nie wierzę w specjalne utajnianie.

Jasne.

Opowiem ci jeszcze jedną historię. Jak wiesz, „friendly fire” był mocno brany pod uwagę odnośnie zatopienia Orła. Dowódcą podejrzanego samolotu był człowiek o nazwisku Pearson. Szukaliśmy jakichś wspomnień, pamiętnika jego. Jednak szukanie informacji o człowieku z nazwiskiem „Pearson” w Internecie nie ma zbyt wielkiego sensu. Piotr jednak kopał w temacie i okazało się, że pan Person ożenił się po raz drugi i ma dzieci. Te dzieci żyją. Piotrek dotarł do córki Pearsona. Ona powiedziała, że na strychu jest dziesięć kartonów jakichś pamiątek po ojcu. Miała je przejrzeć. Piotrek błagał by pozwoliła mu je przejrzeć. Kobieta była bardzo chętna do współpracy, ale była bardzo zajęta – pracowała w szpitalu, nigdy jej nie było. Piotrek miał do niej jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. Jeździł, ona nie miała nigdy czasu – ona powiedziała, że przejrzy te dokumenty, bo znalazła książki z napisem „logbook”, poprosiła o datę. Piotrek podał: drugi lub trzeci czerwca tysiąc czterdziestego. Na drugi dzień kobieta się kompletnie odcięła. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała. Piotrek się kompletnie załamał, bo dotąd odbierała normalnie. I teraz się zastanawialiśmy, co było w notatkach: Może dotarło do kobiety, że jej ojciec, bohater narodowy, może przez pomyłkę zatopił polski okręt podwodny. Nie chciałbyś się dowiedzieć na starość czegoś takiego o swoim ojcu. To są nasze dywagacje. Piotrek wsiadł w samochód, pojechał do niej. Ona mu nie otworzyła mimo, że światła były zapalone.

W końcu po miesiącu kobieta odpowiedziała, że przejrzała dokumenty, nic pod datą drugiego i trzeciego czerwca nie ma. I co? I my nie wiemy. Jeżeli są gdzieś jakieś dokumenty to my nie możemy do nich dotrzeć, pomimo naszych próśb kobieta nie udostępniła tych źródeł.

Szukacie Orła od dwa tysiące czternastego, mamy rok dwa tysiące dwudziesty. Entuzjazm siada? Napięcie rośnie? A może żona jednego z was mówi „słuchajcie, chłopaki, dajcie se spokój, starego już nie wypuszczę z domu. Już wystarczy!”?

Nie, nie, powiem ci, że każda kolejna wyprawa jest większym przeżyciem od poprzedniej. Najlepsze wyprawy to były trzy ostatnie. W dwa tysiące osiemnastym roku zorganizowaliśmy taką szybką wyprawę „w stylu alpejskim”. Jedenastego listopada, w stulecie odzyskania niepodległości, więc było to dla nas symptomatyczne. Dostaliśmy w tyłek jak nigdy, ale wyprawa była niesamowita. W dwa tysiące dziewiętnastym odbyliśmy wyprawę na tym samym statku „Anemo”, gdzie było już paru nurków. To było coś niesamowitego, niosło nas jak na skrzydłach. Projekt jest coraz bardziej lubiany. Jak wrzucasz hasło, że jedziesz szukać Orła i masz dwieście pięćdziesiąt komentarzy pod nim pozytywnych to cię niesie. Atmosfera w zespole jest fantastyczna, energii jest coraz więcej. W tym roku organizowaliśmy wyprawę wspólnie z Duńczykami, było sześć miejsc, a ośmiu chętnych nurków. Widziałem jak przeżywali ci, co nie mogli popłynąć. Tak więc energii starczy jeszcze na parę lat.

Jak już wspominałeś o technologiach, które mogłyby was wesprzeć w poszukiwaniach. Może dzięki takim osobom jak Ballard, czy sponsorom jak Lotos moglibyście wykorzystać jakąś technologię, która mogłaby ułatwić proces – te automatyczne urządzenia poszukiwawcze. Teraz rozmawialiśmy na początku, że wszystko idzie w stronę automatyzacji – nie wysyła się ludzi pod wodę tylko roboty. Może w tą stronę trzeba byłoby pójść z tymi poszukiwaniami?

Myślimy o tym, ale albo od dzisiaj poświęcasz całe swoje życie i rzucasz pracę by szukać Orła, albo robisz to ciągle jednak przy okazji, amatorsko. My robimy to ciągle amatorsko. Ta technologia jest, nie wiem – strzelam, pięćdziesiąt razy droższa od tego, co my w tej chwili wykorzystujemy, ale gwarancja znalezienia nie jest tyle samo większa. To jest wygodniejsza technologia, ale nie zwiększa szans na znalezienie. Wydaje mi się, że gwarancją znalezienia są dobre relacje z ludźmi, którzy pracują na Morzu Północnym. To my wykorzystujemy, kontakt z Gertem Normannem, który jest największym ekspertem od wraków Morza Północnego, daje nam duże szanse. Wszystko, co dzieje się dobrego na tym morzu, przechodzi przez ręce Gerta. Jeśli on jest po naszej stronie i szuka Orła z nami to jesteśmy spokojni.

Jak tacy ludzie jak ja, czyli nie mający środków, nie mogący was wesprzeć kompetencjami mogą w jakikolwiek sposób pomóc w poszukiwaniach?

(Dłuższa pauza)

Zatkało mnie (śmiech).

Trudno jednoznacznie podpowiedzieć coś. Jak mówiłem, źle mi idzie proszenie o pieniądze, ale jeśli chcesz wspomóc to kup koszulkę z napisem „Santi. Odnaleźć Orła” i noś ją. Mów o tym, bo to jest w zasadzie chyba ważne. Łatwiej nam będzie pozyskać w przyszłości sponsorów, jeśli projekt i historia Orła będzie znana.

Ostatnie pytanie, wyobraź sobie, znajdujesz Orła. Jaki jest bieg dalszych wydarzeń. Zastanawiałeś się nad tym? Poza oczywistą przyjemnością nurkowania na nim?

Na początku bardzo zastanawiałem się nad tym, bo miałem wielkie nadzieje, że znajdziemy go szybko. Potem przestałem się nad tym zastanawiać, ale jeśli go znajdziemy to będzie cała masa nowych rzeczy do zrobienia. Inwentaryzacja, może powstanie film dokumentalny, trzeba będzie odkryć powód zatonięcia i to też są bardzo fajne rzeczy. Zainteresowanie Orłem zrobi się olbrzymie prawdopodobnie, więc to też jest fajne. Teraz mnie fantazja ponosi, ale może wtedy bym przysiadł i książkę o tym napisał. „Szukając Orła”. Dlaczego by nie zaszaleć skoro książka o wrakach Bałtyku jest tak fajnie odbierana, dlaczego nie zrobić drugiej?

Tego sobie i tobie życzę. Bardzo ci dziękuję za poświęcony czas i fantastyczną rozmowę.

 

Tomek Stachura. O nurkowaniu wrakowym na dwóch metrach.

Wywiadówka to nowy etap w Nurkologu. Od dłuższego czasu miałem w głowie cały nowy wątek wywiadów z ciekawymi i ważnymi osobami z naszego świata nurkowego. Mam nadzieję, że pomysł znajdzie zainteresowanie w waszym gronie i będę mógł kontynuować serię. Niestety, ale wszystko na to wskazuje, że w tym roku tylko w ten sposób będę w stanie przedstawić wam fantastycznych gości, zamiast na Nurkowym Festiwalu Mocy. Festiwal 2020, jeżeli w ogóle będzie mieć miejsce, będzie raczej małą, towarzyską imprezą w grudniu, bez gości specjalnych. Na osłodę więc pierwszy gość Wywiadówki – Tomasz Stachura.

Zapraszam do lektury.

Kuba Cieślak

 

Część I.

Sierpień 2020

Pomysł na wywiad miałem już kilka lat temu, kiedy jechałem na bodajże drugi mój Baltictech w życiu. Na pierwsze gdyńskie konferencje jeździłem w ramach obowiązków zawodowych, w roli wystawcy. Na drugiej edycji miałem już mocny plan by wymknąć się na kilka interesujących prelekcji i chodził mi też pomysł po głowie by wykorzystać okazję i na Nurkologa przygotować relację oraz wywiady z ciekawymi uczestnikami. W planach był też wywiad na temat Orła. Ostatecznie brakło śmiałości, czasu i dobrego planu. Sprawę odłożyłem do szuflady, ale temat we mnie tkwił i pracował niczym lawa buzująca w wulkanie i czekająca na moment erupcji. Wulkan w końcu się zbudził, czas na erupcję, napisałem do Tomka przygotowując się co najwyżej na uprzejmą odmowę i zasłonięcie się obowiązkami zawodowymi. By zminimalizować szansę na odmowę, przygotowałem listę pytań do przedstawienia i postawiłem na sto procent szczerości – jestem psychofanem poszukiwań Orła i chciałbym pogadać właśnie na ten temat.

Tomek dość szybko odpisał, że wprawdzie jest na urlopie, ale niebawem go kończy i chętnie udzieli mi wywiadu. Umówiliśmy się, że podeślę mu pytania i jak tylko wróci z urlopu, ustalimy termin. Zawsze wisiała na de mną wizja, że po powrocie rzuci się w wir obowiązków i temat będzie odkładany, ale znowu miłe zaskoczenie – w ustalonym terminie połączyliśmy się za pomocą internetowej aplikacji do konferencji i rozpoczęliśmy rozmowę o nurkowaniu, wrakach, Santi, Avatarze, książce „Droga Śmierci” i o Orle. Ja w zaciszu swojego domu, Tomek w biurze. Słuchałem opowieści nie potrafiąc zmazać głupawego uśmiechu ze swojej twarzy, gdyż właśnie realizowało się kolejne z moich marzeń. Mogłem pogadać na swój ulubiony temat z gościem, który ma niebywałe szczęście mieszkać w Gdyni, czyli na wraki wyskakuje tak jak my do sklepu po banany, do tego zjadł zęby na bałtyckich wrakach i spokojnie może uważać się za znawcę tematu.

źródło: stachuraphoto.com

Tomek robi też fantastyczne zdjęcia podwodne i nie jest to byle amatorska robota, bo jedna praca Tomka tak spodobała się Szwedom, że zaprosili go do wykonania dokumentacji fotograficznej zatopionego w XVI wieku galeonu „Mars”. Mozaika ułożona z tych zdjęć znalazła się na okładce kilku językowych wersji magazynu „National Geographic”. Żeby tego mało było Tomek jest założycielem firmy Santi produkującej suche skafandry. Santi to marka premium znana i wybierana na całym świecie. Do tego są gdyńskie konferencje „Baltictech” i działalność grupy Baltictech szukającej nowych wraków i pracującej na rzecz udostępnienia wraków nurkom. Na koniec wypada wspomnieć o napisaniu książki „Droga Śmierci” o statkach zatopionych w trakcie operacji Hannibal: przerzutu niemieckich cywili i żołnierzy wycofujących się przed naporem Armii Czerwonej w trakcie II Wojny Światowej.

 

Myślę, że większość ludzi zna cię dość dobrze, ale warto wspomnieć z kronikarskiego obowiązku: gdyński nurek, entuzjasta nurkowań wrakowych, fotograf z zamiłowania, ale też to chyba już przestało być takim amatorskim fotografowaniem, bo już miałeś kilka poważnych projektów, co zakończyło się spektakularnym sukcesem, twoim zdjęciem na okładce National Geographic. Jeszcze postanowiłeś zająć się produkcją suchych skafandrów dla nurków, które z jakiegoś powodu odniosły niemały sukces a Santi stało się marką międzynarodową. Dodatkowo warto wspomnieć, że w ramach działalności grupy Baltictech organizujecie co dwa lata fantastyczną konferencję dla nurków, na którą przyjeżdżają sławy z całego świata. Czy to się wszystko zgadza, czy chciałbyś coś dodać?

Tak, tak, jak na razie nie ma żadnej pomyłki (śmiech).

Ok. Dobrze. Wygląda na to, że nurkowanie to jest esencja twojego życia?

Tak. Ja bym jeszcze dodał coś, co dla mnie z wiekiem jest coraz bardziej ważne. Poza tym, że mam to hobby, że nurkuję i że jest Santi, które zatrudnia w tej chwili ponad sto osób i ma już trzydzieści jeden lat, to ja jeszcze mam normalną rodzinę. To jest dość rzadka rzecz. Jak znam nurków eksploratorów, czy innych, którzy łączą hobby z biznesem, to często są to ludzie, którzy nie mają czasu na rodzinę, delikatnie mówiąc.

Ja jestem dumny, bo mam rodzinę, bo mam dwójkę dzieci, mam wnuczkę i w tym wszystkim mam tą samą żonę od zawsze. (śmiech) I to jest ważne, o tym się nie mówi. Jak to kiedyś ktoś ładnie powiedział, że za każdym sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta, choć często niewidoczna. Ja jestem tego przykładem. Rodzina mnie mocno wspiera. Rzadko się o tym mówi, ja też często o tym nie mówię, ale jeżeli miałbym coś właśnie dodać, to jest to, bo coraz bardziej to doceniam, że mam normalną rodzinę i tą samą żonę od zawsze.

Fantastycznie. Wygląda na to, że nurkowanie jest esencją twojego życia. A dopada cię czasem taka myśl, żeby rzucić to wszystko w diabły: tą branżę nurkową, to nurkowanie, wyjechać w Bieszczady?

Nie, nie, właśnie to jest właśnie plus prowadzenia biznesu połączonego z hobby. Jak robisz to, co kochasz to po pierwsze nie masz problemu, żeby w poniedziałek rano wstać do pracy, a po drugie – jesteś autentyczny. W biznesie, żeby osiągnąć sukces, trzeba być autentycznym. Jeżeli robisz biznes tylko dla kasy to oczywiście, częściowo on się udaje, ale ludzie to widzą. Jeżeli ktoś mnie pyta, dlaczego Santi stało się taką marką, jaką się stało, że jesteśmy w skafandrach numerem jeden na świecie, że w ogrzewaniu jesteśmy numerem jeden, to głównym powodem jest to, że jesteśmy autentyczni. Nie wciskamy ciemnoty. Ja nurkuję czterdzieści lat – liczba w zasadzie astronomiczna – pierwszy patent otrzymałem w osiemdziesiątym pierwszym roku, a już przedtem nurkowałem troszeczkę, bez patentu, z butlą nurkową ze straży pożarnej. Moją największą pasją od zawsze było nurkowanie. Miałem też inne pasje, motocykle, narty i tak dalej, ale nurkowanie było tą pasją pierwszą i najważniejszą. A potem pasją stało się tworzenie sprzętu. To jest też drugi rodzaj radości z tego. Ja czasami na deko, kiedy mam dwie godziny wiszenia w toni, myślę sobie „ja pierdzielę, mam na sobie tylko pięć procent sprzętu, który nie został wymyślony przeze mnie, czy przez ludzi współpracujących z mną”. Wszystko, co mam na sobie, przeszło przez ręce moje lub ludzi, którzy ze mną pracują. To jest fajna rzecz, kiedy używasz sprzętu, który sam wymyśliłeś i on się sprawdza. A jeszcze okazuje się, że wielu ludzi na świecie korzysta z tego sprzętu. I jeśli ja go sprawdziłem i on działa to jest to prawdziwe. Kiedyś – teraz już mniej – duża część klientów to byli moi znajomi, przyjaciele, ludzie, których znałem i czułbym się totalnie niekomfortowo, gdybym sprzedał komuś skafander, ten ktoś by zmarzł, czy nie daj Boże, byłoby zagrożenie życia. Na pewno masz świadomość, że nurkowanie jest bardzo niebezpiecznym sportem. Niewiele się o tym mówi, ale statystycznie rzecz biorąc, jest to jeden z najniebezpieczniejszych sportów świata. My jako Santi mocno przeżywamy chwile, kiedy ludzie w naszym sprzęcie ulegają wypadkom. Miałem kilka takich telefonów, od na przykład żony faceta, który ledwo uszedł z życiem z sytuacji podczas nurkowania, bo na przykład jakiś sprzęt nawalił. Jest to więc ogromna odpowiedzialność.

Do tej odpowiedzialności jeszcze wrócimy, ale teraz zajmijmy się tobą. Jesteś nurkiem wrakowym, fotografem, poszukiwaczem, ale sam powiedziałeś, że ta przygoda trwa już czterdzieści lat. To jaki był ten nurek początkujący, Tomasz Stachura, na początku swojej przygody nurkowej. Czy zaczynałeś w ogóle swoją przygodę tu w Polsce, czy za granicą, jak to w ogóle wyglądało?

Przede wszystkim nie pamiętam takiej chwili przełomu w swoim życiorysie, nurkowanie w zasadzie było od początku we mnie od zawsze. Mogę snuć wizje, że było jakieś konkretne wydarzenie. Ale uczciwie powiem, że nie ma takiego momentu przełomowego dla mnie, nurkowanie jest ze mną od zawsze. Mieszkam w Gdyni od szóstego roku życia, pamiętam jak z jakimiś prostymi płetwami i maską szedłem sam – miałem może dziesięć lat – szedłem sobie na plażę ponurkować. Wtedy były inne czasy. Teraz pewnie w TVNie by to opisali, że dziesięciolatek idzie sobie sam z płetwami ponurkować. Wtedy to było totalnie normalne. Byłem w czwartej klasie podstawówki, czułem się „dorosły”, mama nie robiła z tego żadnego problemu. Szedłem na plażę i na głębokości jakiegoś metra oglądałem sobie jakieś meduzy czy kraby, bo te występują w Bałtyku, o czym niewiele osób wie. To był taki moment mojego życia, że w zasadzie wszelkie wakacje spędzałem w wodzie wisząc na metrze głębokości, w litoralu, obserwując świat podwodny. Naturalne było, że coraz bardziej chciałem więcej sprzętu, potem, gdy miałem już czternaście lat, pojawiły się możliwości załatwienia sprzętu ze straży pożarnej – ratunkowy sprzęt szwedzkiej firmy AGA, który przerabialiśmy na sprzęt nurkowy i nurkowaliśmy z tym nie mając zielonego pojęcia jakie mogą być tego konsekwencje. Oczywiście wiedziałem, co to jest barotrauma i tak dalej. Swoją drogą w tamtych czasach była dość fajna literatura – ja mając te czternaście lat wszystkie możliwe książki na ten temat kupiłem, przeczytałem i sobie w tej wodzie radziłem. W wieku szesnastu lat poszedłem i zapisałem się do jacht klubu „Gryf”, gdzie była sekcja nurkowa i tam odbyłem szkolenie w suchym skafandrze, przeszedłem normalną drogę w Lidze Obrony Kraju. Przez parę lat potem prowadziliśmy obozy, przeszedłem starą szkołę, czyli uzyskanie pierwszych uprawnień zajęło mi rok – nie tydzień, jak teraz. W zimę chodziliśmy na basen, potem był trzytygodniowy obóz letni, gdzie rano wstawaliśmy i mieliśmy zaprawę – kraulem na drugą stronę jeziora i z powrotem. To było wtedy normalne. Nas to cieszyło, a nurkowania z tego było to może była godzina dziennie, a dużo było zajęć wokoło. Pływanie, pływanie na bezdechu, kiedyś każdy nurek pływał na bezdechu nagminnie, bo to była jedyna forma bezproblemowego uprawiania tego sportu. Ja do dziś uwielbiam pływać na bezdechu – daje to taką wolność i przywołuje wspomnienia dziecięcych nurkowań.

Trzymasz jakieś pamiątki, albo pielęgnujesz wspomnienia z pierwszych lat swojego nurkowania?

Nie, wiesz, staram się nigdy nie przywiązywać do przeszłości. Pamiątki to są takie kotwice, staram się żyć nie tyle przyszłością, przeszłością, co dniem teraźniejszym, a to jest nie byle sztuka (śmiech). Ale jak Santi zaczęło się rozwijać, przypomniałem sobie mój pierwszy kurs w osiemdziesiątym pierwszym. Odkopałem zdjęcia jak w takim skafandrze typu Foka z jachtklubem w Gdyni robimy pierwsze nurkowania. To są takie pamiątki. Nurkowanie było tak dla mnie ważne, że ja pamiętam niektóre nurkowania jakby to było wczoraj, te nurkowania sprzed czterdziestu lat, bo to wywoływało takie emocje.

A pamiętasz, jakie miałeś perspektywy na tą swoją przyszłość nurkową? Jak ty siebie widziałeś w przyszłości? Czy ty już wtedy miałeś wizję od początku, że chcesz by to było coś więcej niż hobby?

Pierwsze myśli w ogóle o biznesie pojawiły się w dwa tysiące pierwszym roku. Nurkowałem do tego czasu niezbyt systematycznie. A potem nagle „wybuchło” nurkowanie wrakowe. Andrzej Sala zaczął działać na Helu, pojawiły się pierwsze bazy nurkowe i wtedy zaczęły się te pierwsze wraki. I nagle jakby się otworzyło to nurkowanie. Zacząłem nurkować na Helu mając ten sprzęt, który miałem, czyli jakichś zagranicznych firm. W dwa tysiące pierwszym roku zorientowałem się, że ocieplacz, który mam na sobie, jest kiepski po prostu. A że miałem już od dziesięciu lat zakład odzieżowy, produkujący dobrej klasy odzież roboczą to po prostu uszyłem sobie pierwszy ocieplacz. Potem uszyłem dla kolegi, potem dla kolegi kolegi i ruszył biznes.

W dwa tysiące trzecim roku, kiedy zdałem sobie sprawę, że to może być biznes, z którego będę mógł żyć, to przyrzekłem sobie, że nigdy nie odwrócę proporcji – nie będę biznesmenem nurkowym, a nurkowanie odstawię na bok. Nie przestanę nurkować. Bo znam wielu kolegów, którzy weszli w biznes nurkowy i jak weszli w ten biznes głęboko to skończyli nurkować. Jak mają statek fantastyczny, ale nie są nurkami już. A przedtem byli bardzo aktywnymi nurkami. Ja sobie wtedy przyrzekłem, że tego błędu nie popełnię. Mało tego, ja sobie przyrzekłem wtedy, że Santi, jeśli będzie coraz większą firmą, to nigdy nie zatracimy tej duszy firmy koleżeńsko kumpelskiej. Czyli Santi jest taką firmą, do której możesz zadzwonić i powiedzieć: „słuchaj, rozpruła się kryza, zrób coś, bo j jutro muszę na rano mieć skafander gotowy”.

Z Santi nie wybiegaj, bo mam też oczywiście zestaw pytań odnośnie Santi przygotowanych. Ja cię chciałem spytać od tej strony, czy jako nie tylko człowiek z branży pewnie się też zastanawiasz jako nurek jaka jest najbliższa przyszłość tego nurkowania. Jaki kierunek rozwoju sprzętu, czego tak naprawdę my możemy się spodziewać, albo czego ty byś w ogóle oczekiwał, w którą stronę ten sprzęt i w ogóle samo nurkowanie pójdzie.

Wiesz, Kuba, to jest najciekawsze pytanie, bo to jest pytanie, które ja sam sobie zadaję, bo to jest chyba naturalne prowadząc firmę nurkową. Powiem ci, że kiedyś sobie siedzieliśmy w Dusseldorfie po targach na kolacji i siedzieli właściciele i przedstawiciele dużych marek nurkowych. Ja im dokładnie takie samo pytanie zadałem. Powiedziałem „panowie, siedzimy tu w takim fajnym gronie, każdy z nas jest prekursorem, każdy z nas już coś tam dokonał, odkrywał, więc jak widzicie nurkowanie za dziesięć, dwadzieścia lat?”. Powiem ci, nie było żadnej jednoznacznej odpowiedzi. To była bardzo fajna dyskusja, ponieważ mówiliśmy wtedy w zasadzie tak: obieg otwarty został wymyślony, jak wiesz, przez Jacuqesa Cousteau i Gagnana w – strzelam teraz – czterdziestym trzecim roku i do dzisiaj, poza jakimiś kosmetycznymi zmianami on dalej tak samo działa. Mamy automat dwustopniowy, jednostopniowy i to wszystko. Rebreather został wymyślony ponad sto lat temu i poza wielkimi zmianami w elektronice to jego idea jest tak jakby taka sama. Skafander, mimo, że chciałbym, żeby był bardzo mocno zmieniony, to dalej wygląda tak jak sto lat temu. Oczywiście jest inny materiał, zamki inne i tak dalej. Płetwy, maska, to jest wszystko to samo. Jaques Cousteau, który był wielkim wizjonerem, pamiętasz, że on po wymyśleniu otwartego obiegu chciał doprowadzić do tego, że ludzie będą oddychać z zalanymi wodą płucami. Prowadził ku temu pewne eksperymenty. To był facet, który naprawdę chciał zrewolucjonizować nurkowanie. Tak był z resztą odbierany. A my jesteśmy w takiej branży, gdzie w zasadzie od wielu, wielu lat używamy bardzo podobnej technologii do tego, co wymyślił Cousteau. Dekompresja jest taka sama jak kiedyś. Nie zrobiliśmy nic w branży nurkowej, co przyspieszyłoby dekompresję. Możemy lepiej ją obliczyć, ale nie przyspieszamy nic. Jedyne rzeczy, jedyne gałęzie biznesu, jakie poszły mocno do przodu, to jest: aparaty fotograficzne, obudowy, skutery i komputery. A wszystko inne, łącznie ze skafandrami,  czym może nie powinienem się za bardzo chwalić, jakby jest tak jak kilkadziesiąt lat temu. One może są ładniejsze, wygodniejsze, mniej zawodne, ale idea funkcjonowania jest taka sama. Więc marzy mi się zrobienie takiego sprzętu, który pozwoli zejść na sto metrów i potem po półgodzinie wyjść bez dekompresji.

Powiem ci, co jest powodem, że ta nasza dziedzina się nie rozwinęła. Powód jest bardzo prosty. Firmy, które do lat osiemdziesiątych używały nurków do pracy, miały na to pieniądze, żeby inwestować w rozwój nauki. Te firmy poszły w rozwój R.O.V.ów czyli robotów podwodnych. W to idzie olbrzymia kasa. Dla firmy, która robi prace podwodne na trzystu metrach, lepiej jest zainwestować milion dolarów w robota podwodnego, rozwijać go, bo nawet jeśli on ulegnie zniszczeniu, to nie wiąże się z tym czynnik śmierci ludzkiej. To powoduje, że rozwój nurkowania głębinowego w zasadzie się zatrzymał, bo żadna prywatna firma nie wyłoży gigantycznych pieniędzy na badania. W tej chwili wielkie pieniądze idą w skutery, bo to jest potrzebne żołnierzowi, ale nie wiem czy wiesz, że żołnierze są szkoleni w większości do pracy na głębokości do dwudziestu metrów. Więc dla nich problem dekompresji czy PPO po prostu nie istnieje, bo dalej, na dobrą sprawę dobrze wyszkolony człowiek może nawet tlenem do dwudziestu metrów oddychać.

To powoduje, że rozwój nurkowania spoczął na barkach takich firm jak nasza, a to jest wielka odpowiedzialność. Firmy z branży rekreacyjnej nie rozwijają nurkowania, one jakby adaptują się do potrzeb rynku, czyli zmieniają kolor płetw, kolor masek, jakieś kroje pianek, żeby dziewczyny ładniej wyglądały i tak dalej, i tak dalej. Ale te firmy nie inwestują gigantycznych pieniędzy w rozwój branży. Mogę ci nawet powiedzieć, rozmawiałem z firmą bardzo zaangażowaną w produkcję komputerów nurkowych i zadałem im pytanie „dlaczego nie zasypaliście rynku oledami” a oni mi powiedzieli „Tomek, my mamy parki maszynowe, które już dawno się spłaciły. Te parki maszynowe produkują już te komputery nurkowe niemal za darmo. Rynek jeszcze nie potrzebuje oledów, więc po co wprowadzać oledy, skoro my jeszcze możemy przez najbliższe dwa lata zarobić kupę pieniędzy na starego typu komputerach.”

Tak myśli biznes nurkowy, nie? Gdyby to nie był biznes tylko wiesz jakby pasja, to by te komputery były już bardzo mocno posunięte do przodu. Wielkie firmy, które mają rady nadzorcze i udziałowców, na koniec roku muszą mieć zyski, więc dla nich lepiej jeszcze tłuc dwa lata, trzy lata nie pierwszej świeżości komputery tylko po to by jeszcze wyciągnąć więcej kasy z tego biznesu. Małe firmy, które żywią się pasją i cieszą się z tego, robią innowacje, ale małe firmy nie mają budżetów, nie mają takich możliwości. My jako jedna z niewielu firm inwestowaliśmy w rozwój ogrzewania, robiliśmy testy na miarę naszych możliwości. Mieliśmy taki okres w roku dwa tysiące trzynastym, gdzie nie sprzedawaliśmy ogrzewania, bo mieliśmy, brzydko mówiąc, wpadkę. Zatrzymaliśmy sprzedaż ogrzewania, przez pół roku chłopacy pracowali tylko i wyłącznie nad wymyśleniem bezawaryjnego ogrzewania. I to był chyba pierwszy raz w historii mojej firmy, kiedy robiliśmy taki development – w miarę taki profesjonalny i dzięki temu powstało ogrzewanie, które służy do dzisiaj i jest bezawaryjne, ale ja wiem, jakie to były koszty. Firma takiego typu jak Santi musi cały czas obrotować i mieć dochody. Nie mamy pieniędzy na badania. A wyobraź sobie co by było, gdybyśmy mogli zrobić w pełni oddychający materiał dla skafandrów suchych. Teoretycznie jest to możliwe tylko trzeba w to zaangażować uniwersytet, politechnikę, która by chciała to robić, producenta materiałów. Brzydko mówiąc nikomu na tym nie zależy, bo za nurkowaniem rekreacyjnym nie stoi taka wielka kasa jak za nurkowaniem komercyjnym czy militarnym.

Wspominałeś we wcześniejszych wywiadach, że przy tych wrakach masz bardzo ograniczony czas nurkowania dekompresyjnego. Ja nurkując rekreacyjnie na wrakach do czterdziestu metrów też jestem strasznie ograniczony czasowo. Myślisz, że coś się wydarzy w najbliższych latach w technologii, co pozwoli nam wydłużyć czas nurkowań?

Kosmetycznie tak. Komputery będą coraz lepsze. W tej chwili liczymy dekompresję opierając się na tak zwanym statystycznym nurku. Są osoby, które mają predyspozycje do szybszych dekompresji, więc prawdopodobnie nastąpi rozwój komputerów bardzo spersonalizowanych. To tyle teorii. Jednak w praktyce wyobraź sobie, że jest zespół trzyosobowy i jednemu nurkowi pokazało, że już może skończyć dekompresję, a drugi ma dwadzieścia pięć minut deco do końca. No i co? Cały zespół czeka, aż koledze się skończy czas deko. Zdarzyło mi się to ze sto razy.

Praktycznie nie ma na horyzoncie żadnego wynalazku, który by to przyspieszył. Najbliższe wynalazki, które są na horyzoncie to są coraz lepsze skutery, obudowy do aparatów. Pewnie pojawi się coś takiego jak podwodne Wi-Fi. Będziemy mogli się łączyć ze sobą, przekazywać informacje. Rozwinie się prawdopodobnie nawigacja, ale wszystkie te wynalazki nie poprawią czasu nurkowania. Będzie lepszy komfort. My jako Santi staramy się, żeby nurek nie tyle przetrwał trzy godziny nurkowania, ile żeby nurkował w komfortowych warunkach. To nie spowoduje jednak, że zamiast trzech godzin dekompresji zrobimy półtorej godziny.

źródło: stachuraphoto.com

Zmieńmy troszkę temat. Wciągasz rodzinę pod wodę, czy raczej zniechęcasz?

Wiesz, co, moja żona raz w życiu zanurkowała i to kompletnie bez mojego udziału czy nawet świadomości. Byliśmy w Turcji na wczasach, na wczasach nienurkowych. W związku z tym, że zaraz obok była baza nurkowa to wykupiliśmy sobie jeden dzień nurkowy. Moja żona siedziała sobie na statku i się opalała, ja zanurkowałem z instruktorem. Nie miałem ze sobą żadnego sprzętu, nic, po prostu w ramach wakacji zanurkowałem. Instruktor prawie mnie tam za rękę trzymał – nie miałem żadnych uprawnień ze sobą. Byłem traktowany jak takie trochę intro a w tym czasie kiedy nurkowałem na piętnastu metrach, drugi instruktor mówi do mojej żony „a spróbuj jak już tu jesteś”. I moja żona zanurkowała wtedy pierwszy raz w życiu.

Jestem mężem, który odradza nurkowanie, bo ja naprawdę mam świadomość, jakie to jest niebezpieczne hobby. To brzmi może mało marketingowo, ale naprawdę im starszy jestem tym mniej ciągnąłbym moją rodzinę w ten sport. Mój syn skończył OWD mając osiemnaście lat, zrobiliśmy parę nurkowań gdzieś tam w ciepłych wodach. Nie zachęcałem go do nurkowania – ma teraz dwadzieścia sześć lat – z dwóch powodów. Po pierwsze: jako ojciec miałem świadomość, że miałby problem, bo zawsze krążyłby po śladach ojca. Nie chciałbym rywalizować z moim synem w nurkowaniu. Po drugie: chciałbym, żeby szedł swoją drogą. Szczęście było takie, że Kacper bardzo mocno wciągnął się w windsurfing. Jest bardzo dobrym surferem, windsurferem, kitesurferem i ma swoją pasję związaną z wodą. Tworzy w tej chwili markę Unda, która ubiera windsurferów i surferów na zimne wody, więc propaguje te sporty na zimnych wodach bałtyckich. Ma swoją ścieżkę i ja jestem z tym przeszczęśliwy, bo współpracuję a nie rywalizuję ze swoim synem (o to, kto jest lepszym nurkiem, na przykład). Poza tym nie wiem czy zniósłbym świadomość, że mój syn pojechał do jaskini, wszedł dwa kilometry w głąb, tam jeszcze się przeciskał w jakiejś restrykcji, bo sam wiem, jakie to jest trudne. Moi rodzice nie mieli świadomości, jakiego rodzaju nurkowanie ja uprawiam, bo by chyba umarli ze strachu. Rodzic będzie zawsze rodzicem. Choćby nie wiem jaki był pewny sprzętu i umiejętności to wolę, żeby mój syn nie nurkował. Wiem, co to jest i ty wiesz ile osób już odeszło wśród naszych znajomych.

No właśnie, a propos tej odpowiedzialności, którą wspomniałeś. Tak to trzeba ująć, że biorąc się za poważniejsze projekty nurkowe, jakieś rekordy – to są dość świeże historie jakichś tam dalszych czy bliższych znajomych, którzy wykonują głębsze nurkowania. Niektórzy postanawiają bić rekordy świata a mają rodziny. Dla mnie to jest kwestia odpowiedzialności, że stawiając sobie ambitne cele musimy pamiętać, że ktoś na nas czeka w domu. Byłoby to z naszej strony strasznym egoizmem nie myśleć o tych ludziach. Nie myślimy o tym, że możemy nie wrócić do domu i zostawić ich z tym wszystkim, nie? Masz takie przemyślenia? Zwłaszcza w odniesieniu do tych znajomych, którzy gdzieś już niestety zostali pod wodą.

Po pierwsze, mam tego świadomość i od początku jak Santi zaistniało, pierwszego dnia założyliśmy, że nie wspieramy żadnych rekordów. Żadnych: głębokości, długości, itd. Ja mam takie powiedzenie, że głębokie nurkowanie przy linie jest jak całowanie lwa w tyłek. Ryzyko wielkie a przyjemność taka sobie i trzymam się tego hasła. Ja oczywiście też przechodziłem takie rzeczy, że zszedłem na siedemdziesiąt metrów na powietrzu, te emocje, że mi się udało. Ale im starszy jestem, tym bardziej widzę, jakie to jest bezsensowne. Czyli na konferencję Baltictech nigdy nie zaprosiliśmy żadnego rekordzisty. Statystyki mówią, że śmiertelność przy biciu rekordów wynosi między dziesięć a dwadzieścia procent. Czy ty sobie wyobrażasz, że ryzykujesz życie tylko po to by zobaczyć jakąś cyfrę na komputerze? Ryzykujesz, że na dziesięć nurkowań jedna lub dwie osoby nie wychodzą z takiego nurkowania. To jest rosyjska ruletka po prostu. Kretyństwo kompletne, żeby ryzykować tylko po to. Nic z tego nie mamy, bo gdybyśmy chociaż z tego się dowiadywali jak organizm reaguje na pewne sprawy, żeby to poszerzało wiedzę. Jednak ci ludzie przekraczają pewne bariery, granice, które nie dają nam wielu informacji. Jak ci ludzie giną, nie wiemy nawet, jakiego rodzaju stosowali mieszanki. Stosunek więc korzyści do zagrożenia jest tak „wielki”, że kretyństwem jest dla mnie robienie nurkowania rekordowego w jakikolwiek sposób.

Po drugie, nurkowanie głębokie jest chyba jedynym sportem na świecie, w którym pięćdziesięciolatek może być lepszy od dwudziestolatka. Myślę, że przyznasz mi rację, że często nurkowie, którzy mają pięćdziesiąt lat są lepsi od dwudziestolatków, dlatego, że nurkuje się głową. Kiedy ktoś mi zada pytanie, co takiego jest w nurkowaniu na sto metrów, że tutaj najważniejsze jest nurkowanie głową, ja daję taki przykład:

Jeżeli położysz belkę na asfalcie i ja ci każę przejść od jednego końca tej belki do drugiego końca to zrobisz to z uśmiechem na twarzy, bez najmniejszego problemu. Jeśli tą samą belkę położymy między dwoma wieżowcami, na wysokości stu metrów i każę ci przejść, to jeśli nie masz już podobnego doświadczenia to się skichasz ze strachu i nie zrobisz tego, albo spadniesz.

Mniej więcej taka jest różnica pomiędzy nurkowaniem na pięć metrów i na sto metrów. Masz te same czynności, masz często ten sam sprzęt (w przypadku rebreathera), tylko twoja psychika musi być naprawdę na uwięzi, żebyś tą belkę między jednym a drugim końcem przeszedł bez stresu.

Ja w swoim życiu robiłem parę nurkowań głębokich. Wiem jak trzeba emocje trzymać na wodzy i wiem, że takich rzeczy nie da się zrobić, że dwudziestolatek robi kurs w czerwcu, a na przykład w maju następnego roku robi nurkowania na sto metrów. Technicznie i fizycznie zrobi to bez najmniejszego problemu, ale psychika może nie wytrzymać i wiele takich wypadków znam. Kiedy emocje wygrywają, człowiek nie wytrzymuje. Uwierz mi, jest coś takiego w nauce jak nieopanowany atak lęku, o tym się kompletnie nie mówi, ale ja znam dwa czy trzy przypadki śmierci, które zostały ogólną przyczyną śmierci, ale ja wiem, co się stało, bo sam przeżyłem, nurkując na Florydzie, nieopanowany atak lęku. W sytuacji, kiedy wszystko idzie dobrze, wszystko jest ok i nagle dociera do ciebie taki strach, że masz ochotę wydrapać otwór w suficie, w jaskini, bo jesteś po prostu przerażony. I dopóki wiesz o tym jak z t ego wybrnąć to sobie poradzisz, ale jak masz za sobą tylko pół roku nurkowań to sobie nie poradzisz. Po prostu twoja psychika tego nie wytrzyma. Tak samo jest ze skokami spadochronowymi, tak samo jest z alpinizmem, ze wszystkim. Stąd wiele wypadków, które się wydarzyło w ostatnich czasach, jest właśnie efektem pójścia na skróty. To jest straszna rzecz, mam wiele żalu do instruktorów, że nie walą w bęben i nie mówią tego. To jest złe po prostu. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent wypadków można było uniknąć, gdyby było w tym wszystkim więcej rozsądku. Są oczywiście wypadki typu awaria sprzętu, które się wydarzyły dobrym nurkom – bez tego czynnika paniki, ale niestety część wypadków wynika z chodzenia na skróty.

Kto więc twoim zdaniem jest „zwycięzcą” w nurkowaniu?

Ja staram się wytłumaczyć ludziom, że nurkowanie to nie jest skok wzwyż, ani skok w dal. Jeśli skaczesz wzwyż to twój wynik świadczy o twojej formie i o tym, czy jesteś lepszy, czy gorszy od innych. W nurkowaniu kto z nas jest lepszy, a kto gorszy? Nie masz rankingu, który ci wyznaczy twoją dyspozycję. To, że ktoś zrobi nurkowanie przy linie na dwieście metrów, a drugi sobie pływa w jeziorze na piętnastu metrach, to nie znaczy, że jeden jest lepszy, a drugi gorszy. A jak ci powiem, kto jest zwycięzcą w nurkowaniu, zwycięzcą jest ten, co przeżywa frajdę, tak zwany „flow”, czyli dobrze się czuje w nurkowaniu bez udowadniania niczego. I o to powinniśmy wszyscy walczyć i zawsze będę powtarzał, że jeśli dobrze się czujesz na pięciu metrach w jeziorku to pływaj w tym jeziorku, nie musisz iść na drugi dzień od razu na sto metrów, na Bałtyk. Oczywiście, jeśli minie rok, dwa i będzie cię tam ciągnęło, to rób to, ale zwycięzcą w nurkowaniu jest ten, co się czuje „flow”, czuje radość z nurkowania.

Mi się zdarza pływać w jeziorze na pięciu metrach i się z tym czuję dobrze, bo jest w tym tak fantastyczne uczucie nieważkości, uczucie bezpieczeństwa. Jeśli nurkujesz w takich warunkach, gdzie jest jeszcze słońce, piaseczek to jest to naturalnie przyjemne uczucie. Jeśli nurkujesz w jaskini, ciemnej, brudnej to się czujesz źle, sprawia ci to przyjemność, że przełamujesz bariery, to oczywiście, tylko te bariery trzeba przełamywać w pewnej proporcji. Jeśli się czujesz dobrze na sześćdziesięciu metrach to zrób nurkowanie na siedemdziesiąt, a nie na sto dwadzieścia. Nie idź za szybko.

Wydaje mi się, że to jest coś w naszym narodzie, że mamy taką zadrę, nie wiem, potrzebę udowadniania. Mamy na tym polu dość szczególne parcie by pokazać innym jak bardzo dobrymi jesteśmy nurkami, jak świetnie nam wszystko wychodzi. Możesz się ze mną zgodzić lub nie, ale mamy tą niestety tendencję do ulegania wypadkom właśnie ze względu na potrzebę udowadniania sobie i innym jak jesteśmy świetni.

Myślę, że tak. Był kiedyś taki żart, w Egipcie ginie rocznie stu nurków, gwiazdka, nie dotyczy Rosjan. Przyjeżdżali Rosjanie i mówili do instruktora: wczoraj zacząłem nurkować, ale chcę mieć na komputerze stówę, czy zejdziesz ze mną? Naprawdę Rosjanie w Egipcie, a byłem w nim po raz pierwszy w dwa tysiące pierwszym roku, ginęli jak muchy i tego się po prostu specjalnie nie podawało w statystykach. Niestety, my mamy czasem taką wschodnią naturę, według mnie, nie szanujemy swojego życia. Ludzie z zachodniej Europy chyba troszeczkę bardziej szanują swoje życie, to jest trochę jak z wypadkami na ulicach – w Szwecji rocznie ginie około dwustu osób, w Polsce ginie pięć tysięcy. Oczywiście, jest różnica proporcji w ruchu na ulicach, ale ta liczba pokazuje, jak mało szanujemy swoje życie. To się tak samo przekłada na nurkowanie. My jako Baltictech od początku podkreślamy, że nurkowanie to jest bardzo trudny sport, szanuj swoje życie i nigdy w życiu, a uwierz mi, mieliśmy taką chęć, ale nie nawiązaliśmy współpracy z żadnym rekordzistą. Sebastian (Marczewski) chciał byśmy wsparli jego projekt, ja próbowałem mu wybić z głowy pomysł na to nurkowanie. Skończyło się niestety jak skończyło. To była przykra rzecz, bo chciałem się pierwszy raz pomylić. Mówiłem mu „stary, jeśli będziesz szedł tą drogą, za rok cię nie będzie” i jak się dowiedziałem, że nie żyje, zrobiło mi się bardzo przykro, że miałem rację. Śmierć Sebastiana jest podręcznikowym przykładem, że to jest zła droga. Szkoda życia na to, żeby tylko pokazać innym, że możemy zanurkować na dwieście metrów.

Zejdźmy z ciężkich tematów. Wszyscy wiemy, że Tomek Stachura to nurek wrakowy, wielbiciel Bałtyku. Jest taki Tomek Stachura, który leci do Egiptu oglądać urocze rybki na pięciu metrach i rafy okrążać?

No oczywiście, ja kocham nurkowanie w każdej postaci, ja się w basenie cieszę nurkowaniem. Wiesz, jeśli wskoczysz do basenu, a woda jest przejrzysta, czujesz się jak ptak. To jest frajda. Ja biorąc udział w Demo Daysach gdzieś na polskich jeziorach, zawsze staram się mieć sprzęt i zanurkować, żeby zobaczyć jak dany akwen wygląda. Mam swoją łódkę, którą pływamy z rodziną a nie tylko nurkujemy, zawsze na tej łódce mam, piankę i sprzęt ABC. Jak sobie rzucimy kotwicę pod Jastarnią czy pod Helem, na dwóch metrach głębokości, moja rodzina się opala, a ja biorę sprzęt i pływam wokół łódki. A to wyczyszczę na przykład śrubę, a to zanurkuję bez celu i mam z tego taką radość, że nie masz pojęcia, bo ja kocham nurkowanie i czy to jest sto metrów na Bałtyku, czy na dwóch metrach w jeziorze, to jest to dalej nurkowanie. Mam z tego zawsze frajdę i staram się nurkować płyciutko jeśli to jest możliwe i na bezdechu też. Po pierwsze, ja to lubię, po drugie, to jest taka retrospekcja, tak zaczynałem.

 

źródło: stachuraphoto.com

WRAKI

Istotą twojej pasji w nurkowaniu są wraki. Jednak nie tylko jesteś podwodnym turystą, ty ich poszukujesz, odkrywasz. Żeby tego mało było, ty jeszcze starasz się popularyzować tą dziedzinę nurkowania i angażujesz się w procesy by „otwierać” wraki, które są obecnie objęte zakazem nurkowania. Mało ci tych wraków, które już teraz można odwiedzać i fotografować?

Nie ma większej frajdy niż nurkowanie na dziewiczym wraku. Ja miałem tą szansę od życia, że nurkowałem wielokrotnie na dziewiczych wrakach. Wyobraź sobie, że nawet tydzień temu na Zatoce Puckiej miałem sygnał od rybaków, że na dwóch metrach głębokości coś leży  i znalazłem drewniane resztki wraku. Nurkowanie na bezdechu na dwóch metrach i nurkujesz na czymś, na czym jeszcze nikt nie był. Dotykasz drewnianego wraku, który ma jakieś nadpalone elementy, widzisz kotwicę, odkrywasz historię, dotykasz czegoś, na czym jeszcze nikt nie był i dotykasz historii. To jest takie przeniesienie się w czasie. Być może jesteś pierwszą żywą istotą, która ten wrak widzi, a to jest nurkowanie na dwóch metrach. Wyobraź sobie, co przeżywasz, kiedy wchodzisz do wraku na sześćdziesięciu metrach gdzie od siedemdziesięciu pięciu lat, od zakończenia wojny, nikogo nie było. Wchodzisz i widzisz szeroko rozrzucony sprzęt, buty, kości, lornetkę i takie rzeczy. To jest coś niesamowitego. Na pewno przeżywałeś to uczucie w dzieciństwie, że chciałeś przenieść się w czasie i zobaczyć, nie wiem, jak Warszawa wygląda w okresie międzywojennym i być uczestnikiem tamtego życia a tu, na wraku poniekąd masz taką możliwość. Schodzisz na wrak i widzisz elementy życia sprzed dwustu, trzystu, czy tak jak na „Marsie”, czterystu sześćdziesięciu lat to jest to coś nieprawdopodobnego. Nurkowanie na wraku, na którym przed tobą było pięć tysięcy nurków, no nie jest aż tak emocjonujące. Jest bardzo przyjemne, ale nie tak emocjonujące. Stąd wraków nigdy dosyć i my jako Baltictech odkrywamy tych wraków całą masę. Wyobraź sobie, że mamy wypłynąć i mamy do wyboru: bardzo ciekawy wrak, na którym byliśmy już pięć razy, albo mamy nowy wrak, na którym jeszcze nikt z nas nie był, ale nie wiemy czy to nie jest tylko kawał metalu albo drewna i to wszystko. Zawsze jako grupa głosujemy i nurkujemy na tym nowym wraku. Często schodzimy a to się okazuje, że to jest dekiel od kontenera na przykład, albo kupa kamieni. To jest ryzyko, ale emocje, jakie towarzyszące schodzeniu na wrak dziewiczy są sto razy większe niż na wrak już znany i odwiedzany. Idąc dalej, dlaczego zostawić emocje tylko dla siebie? Uważam, że zamykanie wraków dla nurków jest jakąś głupotą kompletną. Zamknięcie „Georga Buchnera” to była jakaś kompletna paranoja. To był tak zwany dowód w sprawie, która się już dawno zakończyła a Izba Morska nie była skora do odwołania zakazu. W przypadku tego wraku bardzo się narobiliśmy jako Baltictech, bo był bajzel w robocie papierkowej. Wszyscy byli za tym by go „otworzyć”, ale nikt nie chciał tej ostatniej decyzji podjąć. Izba Morska mówiła: my nie mamy z tym nic wspólnego, ten wrak nie jest nam potrzebny. Urząd Morski mówił, że Izba Morska go zamknęła i ona musi go otworzyć. I takimi przepychankami – uwierz mi, że ja byłem w Urzędzie Morskim z naszym prawnikiem Maciejem chyba z piętnaście razy – na temat Buchnera. To było naprawdę wychodzone, mieliśmy nawet zaświadczenie z Władysławowa, że udostępnienie tego wraku podniesie atrakcyjność miasta i tak dalej. Wszyscy byli co do tego przekonani. W tej chwili jest miło, kiedy odpalam Facebooka i widzę, że na Buchnerze co tydzień nurkują ludzie, bo to jest fantastyczny wrak. Bardzo bezpieczny, ale już na tyle trudny, że trzeba mieć troszeczkę umiejętności i doświadczenia by na nim zanurkować.

To prawda. Pociągnijmy temat zamykania wraków. Skąd się w ogóle wzięła koncepcja, że nagle są zamykane jakieś wraki? Powód – mogiła zbiorowa, ale umówmy się, znamy wraki, na których regularnie nurkujemy, na których też zginęli ludzie, ale ta liczba staje się elementem decydującym ? „A tutaj mamy Heweliusza, tutaj tylko zginęło dziesięć – piętnaście osób, a na Gustloffie, czy Steubenie zginęło strasznie dużo ludzi, to te wraki zamknijmy.” O co tutaj chodzi? Dlaczego pojawiają się takie mechanizmy?

To jest bardzo fajna i ciekawa sprawa. Wydaje mi się, że parę lat temu podchodziłem do sprawy jak ty. My pochodzimy ze świata zdroworozsądkowego a decyzje o zamknięciu czy otwarciu podejmują urzędnicy. Świat urzędniczy kieruje się innymi priorytetami. Dla urzędnika tak zwany święty spokój jest najważniejszy. I teraz, otwierając, zamykając – podejmując jakąkolwiek decyzję urzędnik naraża się na krytykę. A na pewno nigdy nie zostanie pochwalony, jak podejmie dobrą decyzję – bo to zostanie odebrane jako coś normalnego. Urzędnicy więc nie podejmują żadnej decyzji, gdzie jest jakieś ryzyko. Nie mówię tu o wrakach, mówię ogólnie o Polsce i pewnie o całym świecie. Ty jak prowadzisz swój biznes, podejmujesz decyzję w sekundę i to jest właśnie plus biznesu, gdzie jest właściciel, bo decyzja podejmowana jest natychmiast. W urzędzie decyzja jest podejmowana w ostateczności, kiedy przyciśniesz urzędnika do ściany i on już nie ma wyjścia. Poniekąd ich rozumiem, bo poznałem paru urzędników bliżej. Po co on ma narażać tyłek skoro po drugiej stronie jest tylko ryzyko. A jak podejmie dobrą decyzję to nikt go nawet nie pochwali. Łatwiej jest więc nie podjąć decyzji. Wracając do wraków, mamy trzy wraki: Gustloff, Steuben i Goya. Szczerze mówiąc, dla wszystkich najlepiej jakby tych wraków w ogóle nie było. Nie znam – poza nurkami – osób, które interesują się w sposób pozytywny tymi wrakami. Teraz musisz na to spojrzeć w ten sposób. Masz niemiecki, co by tu nie mówić, nazistowski wrak, który został zatopiony przez siły radzieckie. Nie do końca jest jasne, czy było to przestępstwo, bo zatopiono statek szpitalny. Oczywiście dobrze wiemy, że nie był to statek szpitalny, ale są kontrowersje, czy decyzję podjęto mając co do tego pewność. I statek zatopiony na naszych wodach, choć to też nie jest do końca jasne, bo to jest tak zwana strefa ekonomiczna E.E.Z.. Brzydko mówiąc, wrzód na tyłku dla każdej ze stron. Niemcy nie chcą o tych statkach gadać, bo to przypomina ich niechlubną historię, Rosjanie też nie do końca-  bo to śmierdzi polityką, a Polacy mają tylko problem, bo statek zatonął w naszej strefie E.E.Z. więc trzeba coś z nim zrobić, więc dla świętego spokoju wrak został zamknięty. Temat zamieciony pod dywan. Paradoks polega na tym, że Polska nie do końca ma prawo zamknąć ten wrak. Wiele osób pyta, dlaczego my jako Baltictech w dwa tysiące dziewiętnastym roku mogliśmy tam zanurkować a inni nie. Właśnie dlatego, że bardzo głęboko zbadaliśmy kwestie prawne tej sprawy. Wyobraź sobie, że zakaz nurkowania na Gustloffie został wydany w dwa tysiące trzecim roku. Nie ma żadnej przesłanki, dlaczego został wydany. Legenda mówi, że to ambasada niemiecka zwróciła się do nas, że to jest grób i tak dalej. Guzik prawda. Nie ma żadnego pisma, że Niemcy nas o to poprosili. Nikt nas o to nie poprosił. Urząd Morski zamknął te wraki czasowo, w dwa tysiące trzecim roku. Mało tego, zamknął te wraki dla jakiejkolwiek aktywności w pobliżu: wędkarstwie, rybołówstwie i nurkowaniu.

Wielokrotnie kładliśmy Urzędowi Morskiemu nasze propozycje współpracy. Przecież nurkowie są najlepszym okiem i uchem urzędników. Od czterech lat nie doprowadziliśmy do spotkania. My prosimy o zorganizowanie spotkania, na którym będzie Urząd Morski, Biuro Hydrografii Marynarki Wojennej, Narodowe Muzeum Morskie i my jako Baltictech, przedstawiciele nurków. Od czterech lat nic. Urzędnicy wiedzą, że na tym spotkaniu będą się musieli do czegoś zobowiązać. Gorący kartofel, nikt nie chce go dotknąć. Poza nurkami, nikogo te wraki nie interesują.

Wyjaśnij mi od strony formalnej, szukacie nowych wraków jako Baltictech. Czy nowo odkryte wraki przechodzą jakąś procedurę weryfikacyjną, że jakiś urzędnik zamyka daną nową pozycję?

Musimy to odwrócić. Nie ma czegoś takiego jak „zamknięty wrak”. Jest lista wraków udostępnionych do nurkowania. Myśląc dalej tymi kategoriami, wszystkie pozostałe są niedostępne dla nurków. My jako Baltictech działamy w taki sposób, że jak znajdziemy jakiś nowy wrak za pomocą mulitbeamu to występujemy do Urzędu Morskiego o zgodę na nurkowanie, którą z reguły dostajemy bez najmniejszego problemu. Podajemy pozycję, robimy sprawozdanie z nurkowania i ten wrak jest zaznaczony przez Urząd Morski i Narodowe Muzeum Morskie jako obiekt na mapie. I to koniec. Na tym nasza rola się kończy. Udostępnienie tego wraku dla nurków to jest robota teoretycznie bardzo prosta, ale w praktyce, jeżeli nie będziemy kopać tego tematu co dwa, trzy miesiące to ten wrak nigdy nie wejdzie na listę. Urzędnicy idą tym torem myślenia: „dobra, ja dopuszczę ten wrak do nurkowania, a za dwa miesiące utopi się tam nurek. I co? Pierwszy ja będę poproszony o wyjaśnienie, dlaczego udostępniłem, że mogłem nie udostępniać, nie byłoby problemu”. Teraz sobie wyobraź, że my odkryjemy dwadzieścia nowych wraków, wyślemy to pismo do urzędu, żeby te wraki udostępnili. Urząd się pyta „ale po co? Macie swoich sto wraków. Nie mało wam?”. Tak to działa. Jednak chcę powiedzieć, bo jadę tak tu na ten urząd, że jak ty namierzysz nowy wrak, dostanie zgody na wykonanie nurkowania nie jest wielkim problemem. Warunek jest taki, że musisz potem zrobić sprawozdanie z nurkowania, filmowo-zdjęciowe, z opisem. I wtedy to trafia na biurko konserwatora zabytków, z reguły, jeśli wrak jest rokujący, robią tam nurkowanie archeolodzy. Jeżeli nie jest to wrak ciekawy pod względem badań naukowych to uzyskanie zgody na dalsze nurkowania na nim nie stanowi problemu.

Czy Baltictech zamierza ogłosić kolejne wraki w najbliższym czasie, które będą udostępnione nurkom?

To jest nasza stała działalność. Oczywiście każdy z nas ma swoją pracę i teraz robienie tego to jest robota po pracy czy przed pracą, więc jest to czasochłonne. Ale ledwo rok temu zdążyliśmy otworzyć sześć czy osiem wraków, ale są dwie śmieszne rzeczy w tym wszystkim, tylko dwa wraki z tej liczby cieszą się popularnością wśród nurków. Łodzie nurkowe mają swoje ulubione wraki, gdzie wożą ludzi i które są wciąż powtarzane. A jest parę wraków bardzo ciekawych, które  są na tej liście, na które legalnie można zawieźć. Jest ten nasz radziecki torpedowiec, który na pięćdziesięciu metrach leży. I nikt tam nie jeździ. A to jest turbo ciekawy wrak z bardzo fajną historią. To jest taki torpedowiec, który wystrzeliwuje torpedę tylko na zakrętach. On nie mógł strzelić tej torpedy do przodu, więc podpływał pod niemiecką jednostkę i w trakcie zwrotu wylatywała z niego torpeda. Opisaliśmy go, zanurkowaliśmy na nim, ale nie słyszałem by jakakolwiek baza z Helu na niego pływała. Druga ciekawa anegdota, jaką ci opowiem: złożyliśmy zeszłego roku do urzędu listę wraków sugerowanych do otwarcia. Na tej liście było dwadzieścia pozycji to urząd odpowiedział w ten sposób: no dobra, to wy uważacie, a co sądzą inni nurkowie? My musimy się innych nurków spytać. I teraz opowiem ci autentyczną historię. Urząd Morski wyszukał w Internecie centra nurkowe w Polsce, wysłał dwadzieścia mejli pod tytułem: jesteśmy przeddzień poszerzenia listy o nowe wraki na Bałtyku. Czy wy sugerujecie, które wraki powinny być otwarte? Wysłał to do wszystkich znalezionych centrów, ja nawet wiem, jakich. Zgadnij ile odpowiedzi przyszło.

Jedna? Dwie?

Zero. Zero. Nie było żadnej odpowiedzi. Nawet nie było odpowiedzi „zajmiemy się tym jutro czy tak dalej”. Nikt nie odpowiedział na tego mejla. Co dla nas było o tyle dobre, że Urząd Morski potraktował Baltictech jako głos ludu, czyli już z nami rozmawia w sprawach nurkowych. To jest korzyść, ale smutne jest to, że inne centra się nie zaangażowały.

Zrobiliśmy petycję w sprawie otwarcia Frankena. Siedemset osób podpisało się pod tą petycją. Chwała im za to, ale nurków wrakowych jest kilkadziesiąt tysięcy w Polsce. My chcieliśmy pokazać siłę, petycja wylądowała na biurku dyrektora. Póki co nie otworzyliśmy go, pandemia nam w tym przeszkodziła. W kwietniu Marynarka Wojenna miała go przebadać, ale nie zdążyła z powodu koronawirusa, teraz COVID jest wytłumaczeniem każdego odroczenia.

Z twoich odkryć lub wizyt na wrakach jest jakiś twój ulubiony wrak, do którego szczególnie chętnie wracasz, albo miło wspominasz, jeżeli chodzi o wraki bałtyckie.

Na pewno Franken, bo to jest taki wrak, gdzie się uczyliśmy wszyscy nurkowań technicznych. I gdzie możesz nurkować ze sto razy i zawsze są emocje, bo zawsze jest coś nowego. Ten wrak jest taki, nie wiem jak to powiedzieć, niezdobyty. Jesteś na nim, ale wiesz, że jesteś tam gościem i wiesz, że Franken, gdyby chciał, to by cię zjadł tam w pięć minut (śmiech). Ja z resztą dwie najtrudniejsze przygody nurkowe przeżyłem właśnie na Frankenie, więc mam dla niego wielki respekt. Drugi wrak, do którego bardzo tęsknię, był dla mnie najważniejszy, to jest Sea Horse w Szwecji. To było moje pierwsze poważne nurkowanie, w dwa tysiące dziewiątym roku. Na stu pięciu metrach leży drewniany wrak, zachowany jak nowy praktycznie. Z różnych plotek wiem, że jest teraz trochę zniszczony przez sieci i już nie jest tak piękny, ale jak my byliśmy na nim wtedy to wrak miał sterczące maszty. Na gnieździe bocianim, które było dwadzieścia metrów nad głównym wrakiem robiliśmy pierwszego deep stopa. To jest wrak, na którym mi się marzy jeszcze zanurkować. Może mi się uda.

A propos marzeń i celów życiowych, muszę ci teraz wyznać, że zabiłeś jedno z moich marzeń. Na jednym z wykładów opowiedziałeś o Britannicu, podałeś to jako przykład, że można udostępniać wraki – masowe mogiły do nurkowania w sposób regulowany. Jednak tutaj głównym ogranicznikiem jest duża głębokość (100m) i cena nurkowania. Usłyszałem tą kwotę i zrobiło mi się słabo. To jest jedno z moich marzeń, by zanurkować na Britannicu, czy ty masz obrane za cele jakieś inne, niebałtyckie wraki, żeby je zobaczyć?

Kuba, szukając Orła odkryliśmy około dwustu wraków na Morzu Północnym. Na żadnym z nich nie zanurkowaliśmy, więc wiesz jak się z tym czujemy. Na statku jest ekipa nurkowa, napływamy nad wrak, sprawdzamy multibeamem, co to jest. Wyobraźnia nam podpowiada, że to może jest „Drewniak”, albo jakiś kuter, albo okręt wojenny i jedziemy dalej, bo nie ma czasu. Trzeba szukać, szukać, szukać. Moim marzeniem jest wrócić na Morze Północne i te najciekawsze wraki zbadać. Mam je wszystkie wynotowane. Mam ich obrazy z multibeamu. Po drugie, wraków w Bałtyku jest tyle, że naszego życia nie starczy. Cały czas mam listę pełną wraków do odkrycia. Jak napisałem książkę „Droga Śmierci” to z Tomkiem Zwarą, który pomagał mi pisać książkę, zrobiliśmy taką listę. Tomek wybrał najciekawsze statki, które brały udział w operacji Hannibal a do dzisiaj nie są znalezione. Ich jest pięć i są to bardzo ciekawe historycznie jednostki. Chociażby te pięć wraków trzeba koniecznie odkryć. Szykuje się mała sensacja tego roku, bo być może udało nam się namierzyć jedną z nich.

Jest historia pancernika „Lutzof”, który według legendy został zatopiony na Zatoce Gdańskiej i leży na stu ośmiu metrach, tak więc w zasięgu naszych możliwości logistycznych. Mógłbym ci tu wymieniać, wymieniać i wymieniać. Tych wraków jest coraz więcej, ale z drugiej strony mam świadomość, że żyjemy w czasach nurkowego El Dorado, bo prawdopodobnie za pięćdziesiąt lat, żeby móc zanurkować na dziewiczym wraku trzeba będzie zejść na pięćset metrów. Wszystkie wraki do stu metrów raczej zostaną znalezione i sprawdzone w tym okresie.

My nawet widzimy, że mamy dość mocno spenetrowane pozycje na północ od Łeby. Tam, żeby znaleźć coś, co wystaje metr, dwa z dna, jest raczej mało prawdopodobne. To, co my znajdujemy to są płaskie, drewniane wraki, które tylko i wyłącznie multibeam. Echosonda ich nie widzi, bo ona tylko pokazuje w takim miejscu niewielki wzgórek a multibeam pokaże plamę na dnie. To też jest fajna sensacja, bo parę dni temu robiliśmy nurkowania na sześciu pozycjach, z czego cztery okazały się wrakami dość ciekawymi, których w życiu byśmy nie znaleźli, gdybyśmy nie dysponowali multibeamem. Podejrzewam, że jest też cała masa wraków, które są pod piaskiem i dla nas nurków są już kompletnie nieatrakcyjne.

 

O SANTI

Przejdźmy do Santi. Zaczęło się od uszycia ocieplaczy na swoje potrzeby i kolegów. To, w czym nurkowaliście, pozostawiało wiele do życzenia. A potem? W jakim momencie to się okazało, kiedy poczułeś, że zapowiada się z tego poważne przedsięwzięcie?

Pierwszy ocieplacz uszyłem dla siebie w dwa tysiące pierwszym roku, a pierwszy ocieplacz „komercyjny” to był rok dwa tysiące trzeci. I wtedy przekształciliśmy Santi Przedsiębiorstwo Wielobranżowe na firmę Santi spółka z o.o. Pod tą formą prawną funkcjonujemy do dzisiaj. Rozdzieliliśmy Santi Odzież Robocza od Santi – nazwijmy Diving, ale tego w nazwie nie ma. Odzieżą roboczą zajmuje się do dzisiaj moja żona i to z sukcesami. A w dwa tysiące trzecim roku powstała firma, która zaczęła szyć ocieplacze. Ja poczułem się napędzony sukcesem – sukcesem tutaj nazywam nie tylko sukces finansowy, ale rozpoznawalność – na przykład takie miłe chwile, że facet, o którym czytałeś w książkach, dzwoni do ciebie. Taki Rirchard Lundgren dzwoni do ciebie i mówi „Słuchaj, Tomek, uszyj mi ocieplacz. Twoje ocieplacze są najlepsze”. To bardzo fajne chwile, mile łechcą ego. To było bardzo fajne na początku. Zwłaszcza mi się podobało, że osoby, które znałem z książek, nagle stawały się moimi znajomymi. To mnie bardzo nakręcało do dalszego rozwoju. Postanowiliśmy zrobić swój skafander. Szczerze? Nie mieliśmy wiedzy jak bardzo poważne jest to wyzwanie wtedy. W dwa tysiące piątym roku zrobiliśmy pierwszy skafander dla mnie, co ciekawe, od początku te skafandry w miarę działały. Sekret polegał na tym, że zanim odpaliliśmy skafandry to uruchomiliśmy serwis skafandrów. Mając kontakt z centrami nurkowymi zaczęliśmy naprawiać ich skafandry. To nam dało dość dużą wiedzę o słabych punktach dotychczasowych konstrukcji. Serwis działał prawie rok. Nauczyliśmy się klejenia, uszczelniania. Wtedy się bardzo mocno trzymałem ze Sławkiem Paćko z Techniki Podwodnej. On mi też dużo pomagał swoją wiedzą. Technika miała doświadczenie w dystrybucji Ursuita. Pokazywał mi jak skafandry działają i tak dalej. Nie mieliśmy świadomości, że za parę lat będziemy taką jakby konkurencją dla siebie. Że będziemy porównywalni z Ursuitem, wtedy wpatrywaliśmy się we wszystkie te firmy jak w święty obrazek. I w dwa tysiące szóstym roku, w imieniny Krzysztofa i Kuby czyli dwudziestego piątego lipca wypuściliśmy pierwszy skafander – Santi numer jeden. No i się zaczęło. Były różne sytuacje, były śmieszne momenty. Mamy coś takiego w polskiej naturze, że cieszy nas czyjaś porażka. Były więc okazje, że się z nas śmieli, bo coś się nam nie udało (śmiech), ale nas to nakręcało do dalszego rozwoju. Bardzo mocno pomogli mi zagraniczni koledzy – tacy jak Lundgren, Jarod z Halcyona. Cała masa dużych nazwisk, którzy wierzyli w Santi. Pojawiliśmy się w idealnym momencie, kiedy na rynku nie było dobrych ciepłych ocieplaczy, ale były dość dobre skafandry. Ocieplacze weszły więc mocno na rynek a skafandry –  już nie tak łatwo, więc się musieliśmy z tym przebijać. Powolutku zaczęło nam to iść i w pewnym momencie zaczęto w nas wierzyć. I poszło. Santi jest dzieckiem sukcesu Internetu. My na początku nie wydaliśmy złotówki na reklamę. Na forach nurkowych, bo Facebook jeszcze nie funkcjonował, ludzie zaczęli pisać: „jak nie chcesz, żeby ci tyłek zmarzł to napisz do Santi, oni ci zrobią BZ400”. To spowodowało, że Santi stało się szybko znane we Wrocławiu i tak samo w Kanadzie, Internet nie ma granic. Ludzie pisząc na forach anglojęzycznych dzielili się opiniami, że to bardzo dobry ocieplacz i to ruszyło.

Jak już zaczęło iść to ja sobie pomyślałem „ta nazwa jest taka sobie”. Zarejestrowałem nazwę DIVIN, zarejestrowałem domenę „divin.com”, ale już przychodziły do mnie mejle, to się wydarzyło w ciągu jednego tygodnia. Zarejestrowałem w poniedziałek, a do czwartku miałem pięć zamówień z Norwegii. Na hasło „Santi”. Już było za późno. Ludzie zaczęli pisać w Internecie „Santi Poland” i „Diving” i to poszło. A ja z tą domeną zostałem (śmiech)! Jak Himilsbach z tym angielskim.

Bogu dzięki, bo teraz na rynku dominują nazwy typu „Aqua Dive”, „Extreme Dive” i człowiek musi sobie przypomnieć, co to za firma. A nazwy nieoczywiste, nie kojarzące się bezpośrednio, bardzo łatwo wpadają w ucho.

W sumie już prawie zdążyłeś mi odpowiedzieć na kolejne pytanie. Jednak dopytam cię, co w sumie spowodowało, że Santi z tej lokalnej marki stała się międzynarodową, rozpoznawalną. Jak nastąpił przełom?

Po pierwsze, autentyzm. Ja będąc nurkiem wkładałem w to serce. Opowiem ci taką historię, jak już Santi było na rynku to przyszedł do mnie kolega, który lata na paralotni. Powiedział „Słuchaj, tak szyjesz te ocieplacze, uszyj kombinezon dla paralotniarza”. Siadłem z nim, on mi kombinezon narysował, ja ten kombinezon uszyłem. Uszyliśmy w sumie trzy kombinezony. Przyszli paralotniarze, ubrali się w nie. Z takimi kwaśnymi minami powiedzieli „No tak… nie działa to”, bo ja nigdy nie byłem paralotniarzem, rozumiesz, nie wiedziałem, o co chodzi. Szyjąc skafander Santi ja nie musiałem z krawcem kombinować jakiego rozmiaru jest kieszeń, jak wygląda patka, bo ja sam ich używałem. Jak przyjrzysz się skafandrowi Santi to na patce kieszeni jest takie zgrubienie. Zgrubienie powoduje, że w grubej rękawicy czujesz, że to jest patka. Miałem taką przygodę na Frankenie wiele lat temu, że chciałem otworzyć patkę, próbowałem wyjąć kołowrotek a trzymałem całą kieszeń i się z nią szarpałem. Nie mogłem zmarzniętymi palcami w grubej rękawicy wyczuć co jest co. Po powrocie do firmy, na drugi dzień wprowadziliśmy takie zgrubienie na patce. I tak się rozwija produkt kreowany przez pasjonatów. Nurkowie zakładając skafander Santi wiedzą, że jest on szyty przez nurków, a nie przez biznesmenów, którzy postanowili stworzyć skafandry. No i Internet nam bardzo pomógł. To były lata darmowej reklamy. Wystarczyło tylko dobrze pisać o firmie i już to wszyscy podchwytywali. Nurkowie lubią się pochwalić czymś nowym, nietypowym. Bardzo często na nurkowisku było tak „A słuchaj, jest taka firma w Polsce. Oni to robią. Weź do nich zadzwoń, oni ci zrobią”.  I to się rozeszło – marketing szeptany. Poszło jak burza. Ja to się śmiałem, że wiem, gdzie Richard Lundgren robi kursy GUE, bo jak w Japonii to zaraz mieliśmy zapytania z Japonii. Jak był w Korei, to z Korei.

No właśnie, jesteś nurkowym projektantem, kreatorem mody. Wypada być ubranym w rzeczy Santi. Te rzeczy podobają się ludziom, też od strony wizualnej właśnie. Jak się ty widzisz, jako tego, który ma swój wkład w przemysł nurkowy, jeżeli chodzi o rolę marki w świecie.

Nie ja jestem od oceniania siebie. Jestem dumny z tego, że wprowadzamy nowy kolor w Ladies First a duże marki wprowadzają na przykład komputer w tym samym dokładnie kolorze. Produkują skrzydła, pierścienie w tym samym kolorze. To pokazuje, że kreujemy pewne rzeczy. To jest bardzo przyjemne. Jak już kreować modę w After Dive to przekonało mnie już to, że jak widzisz żeglarzy – są pięknie ubrani na jachtach. Jak widzisz alpinistów to mają jakiś klucz w swoim ubiorze. A widzisz nurków (śmiech) to oni mają często okropnie rozciągnięte dresy. Ewentualnie spodnie-bojówki, wojskowe i tak dalej. Mnie to strasznie zawsze smuciło, dlaczego nurkowie nie mają swojej mody, bo jedyną rozpoznawalną rzeczą jest czapka czerwona i to wszystko. Zaczęliśmy więc od czerwonej czapki, potem czarnej i tak ruszyło. Zaczęliśmy wprowadzać pewną modę. Dumny jestem nieprawdopodobnie jak gdzieś widzę, że ludzie chcą to nosić. Często jest tak, że jak przyjeżdżam na nurkowisko to jestem w szoku jak dużo osób ubiera się na nurkowanie w ciuchy Santi. Nawet mając skafandry innych marek mają nasze bluzy. To jest gigantyczna forma zapłaty, że ja przychodzę na nurkowanie, widzę ludzi w Santi i rozpiera mnie duma. Nie będę tego ukrywał.

Skupiliście się na skafandrach, na dodatkach do skafandrów, a czy chodzi ci po głowie, czy może marzysz o tym, że za jakiś czas zobaczymy komputer z logiem Santi, albo skrzydło z logiem Santi?

Nie, od razu ci odpowiem – nie. To jest świadoma strategia rozwoju firmy, która, mam nadzieję, się nie zmieni. Postanowiliśmy wiele lat temu, że Santi jest firmą, która produkuje ubiór. Czyli After Dive, ocieplacze i skafandry. Wszystko wokół. Wychodzę z założenia, że jeśli kupujesz Mercedesa to nie kupujesz opon Mercedesa tylko opony najlepszego producenta opon. Chociaż gdyby Mercedes wypuścił opony, wiele osób pewnie nie zauważyłoby tego i jeździłoby na tych oponach (chwila zawahania) Chociaż może? Nie wiem. Nie jesteś pierwszą osobą, która o to pyta. Mało tego, nasi dealerzy mówią, że wzięliby czterysta automatów z logiem Santi. Dlaczego więc nie pójść do firmy na Taiwanie, klepnąć czterysta automatów z logiem, ale wydaje mi się, że byłoby to nieuczciwe. Miałem wiele razy propozycje, żeby zrobić płetwy, maskę i tak dalej. Ludzie nie są głupi, może parę osób to kupi, ale parę osób powie „po co mam kupować znaną maskę innej firmy tylko dlatego, że ma logo Santi”. To wolę robić tysiąc t-shirtów, jeśli ktoś chce coś mieć z logiem Santi to proszę bardzo, niech kupi sobie t-shirt. Jest to dla mnie uczciwsze. Ale idąc dalej, jednak nie kończymy, pewnie wiesz, że jesteśmy udziałowcem Halcyona, więc tworzymy też grupę z nimi. Powstał Avatar w tej chwili i mamy w zanadrzu kolejne pomysły, ale one nie będą rozwijane pod marką Santi. Santi zostanie ekspertem od skafandrów, ocieplaczy i ogrzewania.

To może mokre skafandry. Pianki?

Niewykluczone, ale pewnie nie będzie to pod marką Santi. Będzie to Santi Group, czy coś w tym stylu, ale tak jak robimy z Avatarem. Jest Avatar – wtajemniczeni wiedzą, że stoi za tym Santi. Na pewno będą inne produkty, ja mam pięćdziesiąt pięć lat i jeszcze parę rzeczy chcę zrobić w życiu. Nie spoczywam na laurach. Nie wiem, może za trzy lata mi się zmieni, a może będzie nowy właściciel i wtedy zacznie produkować skrzydła z logo Santi. To jest biznes. Ja wiem, że sprzedałbym tych skrzydeł „full”. Tylko mi frajdę sprawia już bardziej tworzenie nowych rzeczy niż zarabianie kolejnej kasy. Z resztą to nie jest nowość, od początku nie kierowałem się chęcią zysku. Kierowałem się satysfakcją z tworzenia nowych rzeczy. Byłbym nieuczciwy, jeśli na starość zacząłbym tylko trzepać kasę. Po co? Nie mam takich powodów. Czas jest najważniejszy. Jakbym zajął się trzepaniem kasy nie miałbym czasu na nurkowanie. To trochę byłoby słabe.

żródło: avatarsuits.com

Avatar – konsekwentna ścieżka, którą obrałeś, czy nagła potrzeba wynikająca z rynku?

Jak to mówią Amerykanie: „Both”. My cały czas się rozwijamy, dostajemy od producentów tkaniny do testowania. Byłoby jednak kretyństwem, gdybyśmy co miesiąc wypuszczali nowy skafander, bo ludzie by zwariowali. Byłoby zamieszanie na rynku. Od zawsze marzyliśmy o lekkim skafandrze. Pamiętasz, Posejdon robił kiedyś takie specyficzne skafandry, potem były jakieś inne. Ciężkie, niezniszczalne – to Eques też robił. W miarę podwyższania umiejętności nurków, skafandry zaczęły robić się lżejsze. Jako nurkowie mamy takie umiejętności, że nie dotykamy teraz wraków, nie dotykamy niczego w jaskiniach. Skafandry są coraz cieńsze. Wypuściliśmy skafander E.Motion, który naszym zdaniem był już bardzo lekki i już lżejszego nie będzie, ale cały czas testowaliśmy nowe materiały. Pojawił się materiał trzy lata temu, z Japonii, który był na początku używany do produkcji skafandrów dla kajakarzy. My go przetestowaliśmy w skafandrze nurkowym. Ja byłem bardzo, bardzo sceptyczny, bo poprzednie materiały, które testowaliśmy i które według producenta były idealne, oddychające, buzowały jak jacuzzi jak robiliśmy testy tych skafandrów. A tu nagle pojawił się materiał, idealny dla nas, z tej linii kajakowej, ale nadający się do nurkowania, który po pierwszych testach sprawdził się znakomicie. Wyprodukowaliśmy dziesięć skafandrów testowych. Jeszcze nie było nazwy wtedy. Rozdaliśmy je naszym nurkom testerom, którzy są instruktorami, którzy wchodzą do wody po trzysta razy i robią w nich masę nurkowań. Sam wiesz jak to jest, sam jesteś instruktorem. Skafandry się niszczą wtedy najbardziej. Instruktorzy są dla nas idealnymi testerami. Ja byłbym fatalnym przykładem, bo wchodzę do wody na trzy godziny i wiszę głównie na dekompresji i wychodzę. A instruktor chodzi w tym skafandrze, ma go przewieszonego, siada, wchodzi, niby też był trzy godziny, ale milion razy go jeszcze zdjął i założył, więc demoluje go jeszcze bardziej niż nurek techniczny. Wyobraź sobie, że po roku testów żaden z tych skafandrów nie zniszczył się co nam dało ogromne pole do myślenia: co dalej. No i w tym momencie powstała dyskusja, mamy prawdopodobnie przełomowy skafander i  czy robimy go pod metką Santi jako kolejny skafander, czy robimy nową strategię biznesową. Stwierdziliśmy, że stworzymy tak zwaną markę walczącą. Można iść dwoma ścieżkami: wycenić go na dwa tysiące euro, nazwać go najlepszym skafandrem nurkowym na świecie i tłuc kasę lub pobawić się trochę strategią nową i próbować różne kierunki. To też sprawia ci przyjemność, bo można powiedzieć, że Santi weszło na rynek to jest to tak zwany fart, ale jeśli wprowadzisz drugą markę na rynek i ci się to uda to znaczy, że jednak znasz się na robocie. Ja pływam od dwóch lat w Avatarze, mam swój skafander – uszyty pod siebie trochę. Mogę pokazywać to jako przykład, że skafander jest niezawodny. Nie cioram go może tak mocno, ale po dwóch latach ten skafander nie nosi nawet śladów zużycia. Tak fenomenalny jest ten materiał a jest lekki jak sztormiak cieniutki, żeglarski. To jest coś nowego. Projekt Avatar jest troszeczkę zmianą filozofii w nurkowaniu. Jak ja miałem szesnaście lat, bycie nurkiem to była deklaracja na całe życie. Zostajesz nurkiem i poświęcasz się tej pasji na sto procent. Teraz jest tak, że ludzie lecą do Turcji i są paralotniarzami, wracają – kupują sobie najlepszy rower i są triathlonistami. Jadą na narty, są snowboardzistami. A potem są nurkami. Żeby być najlepszym w tym wszystkim musisz mieć najlepszy sprzęt: musisz mieć najlepszy rower triathlonowy, musisz mieć narty curvingowe i musisz mieć skafander, który pozwala  ci zanurkować bez problemu. Mogę ci śmiało powiedzieć, że jeżeli nowicjusz wejdzie w Avatara, po trzech – czterech nurkach jest ekspertem od nurkowania w suchym skafandrze. Ten skafander jest tak łatwy. Avatar jest taką filozofią, mam nadzieję, że są to prorocze słowa, jak narty curvingowe w narciarstwie. Ja od dziecka interesuję się narciarstwem i żeby Christianie wykręcić trzeba było dwa tygodnie być na kursie i nauczyć się przyklęknąć, potem przypiąłem narty curvingowe i „O Boże, umiem jeździć, umiem skręcać”! Tak samo jest z Avatarem. Zakładasz skafander, wierz mi, Kuba, byłem świadkiem, na kursach nad jeziorem chłopak przymierzył E.Lite’a, wszedł do wody – to był jego pierwszy nurek w suchym skafandrze, a miał za sobą tylko tygodniowe OWD. Wyszedł i mówi „ja pierdzielę, ale to ciężkie”. Ja mówię „no to przymierz Avatara”. No i wyszedł po nurku i miał tak roześmianą twarz. Było mu cieplutko, suchutko a nie miał żadnych ograniczeń i czuł się lekko jak w pianeczce. Więc Avatar – mam nadzieję, że będzie takim przełomem i dotrze do dwóch grup: do nurków aktywnych, którzy potraktują to jako drugi skafander, czyli „lecę do Chorwacji i biorę Avatara”.  A druga grupa docelowa to są początkujący nurkowie, którzy chcą być po trzech dniach  nurkami technicznie doskonałymi i w Avatarze będą mieli taką możliwość.

To bardzo ciekawe, co teraz powiedziałeś. Sam przeprowadzam sporo kursów nurkowania w suchym skafandrze i sam – z własnego doświadczenia – mówię ludziom, że z mojego punktu widzenia i tego jak obserwuję kolejne osoby próbujące suchego. To nigdy nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. To jest zawsze trochę takie na początku małżeństwo z rozsądku a dopiero z czasem pojawia się radość.

To mam dla ciebie taką propozycję: taki trick – weź następnym razem dwa skafandry na kurs: E.Lite i Avatar. Najpierw daj facetowi E.Lite a potem Avatara i uwierz mi, że to zadziała.

 

Koniec części pierwszej.

Część II: o książce „Droga śmierci” i o poszukiwaniach Orła.

Przechodzę do YouTube

Nie można ignorować potęgi medium, jakim jest YouTube. Zatem postanowiłem zostać „Jutuberem” i zacząć kręcić swoje materiały. Na szczęście staram się by to były raczej krótkie formy i daję odpocząć widzom od widoku swojej twarzy wrzucając różne przebitki i inne atrakcje.
Mam nadzieję, że odnajdziecie się w tej nowej formule Nurkologa i będziecie oglądać to, co tam wrzucę.

Na początku wrzucam serię filmów o światłach nurkowych. Jak wybrać pierwsze światło nurkowe, czym się kierować i z jakimi określeniami trzeba się mierzyć wchodząc w świat nurkowych latarek?

Zapraszam do oglądania i komentowania.

Decathlon uskrzydla nurków – test skrzydła Subea SCD500B

Subea (właśnie uświadomiono mi, że to, co kiedyś znałem pod nazwą Tribord to teraz Subea) nie przestaje wpuszczać na rynek nurkowy kolejnych elementów wyposażenia nurka. Szkoda, że w międzyczasie polska sieć Decathlona, której marką jest Subea, nie przestaje zwijać oferty nurkowej ze sklepów stacjonarnych. Owszem, odpowiedź Decathlona jest oczywista – no przecież nasze produkty są wciąż dostępne online. Powód jednak do kwęku pozostaje – my, nurkowie, sprzęt musimy najpierw przymierzyć, zmacać, często nawet przetestować, zanim wydamy nań niemałe pieniądze. Owszem, polubiliśmy zakupy w sieci (ostatnio robiłem „research”, dosłownie co trzecie centrum/ szkoła nurkowania w Polsce otworzyła, lub otwiera swój e-sklep, to coś mówi o trendzie), ale w przypadku naszego sportu trudno sobie wyobrazić, że wszystko przejdzie do sieci i handel tradycyjny w tej dziedzinie umrze.

No dobra, ponarzekałem, ale czas brać się za skrzydło. Wcześniej miałem ogromną przyjemność testować jackety z oferty francuskiej marki –  Subea SCD500 pierwszej i drugiej generacji, którymi byłem naprawdę porządnie zauroczony. Może jest i budżetową marką, ale wypornościówkę robią tak, że nie widać nigdzie specjalnych oszczędności. Tak też jest z najnowszym produktem Subei.

Rekreacyjne skrzydło (porzućcie nadzieję, że przypniecie do niego zestaw dwubutlowy, stage’a też raczej ciężko będzie podpiąć) oparte jest o niewielki plastikowy noszak, lekki, kompaktowy worek wypornościowy (oczywiście, jak to w skrzydle bywa, całe powietrze na plecach) i lekką, szczątkową uprząż. Wszystko wyraźnie zrobione tak by waga była najmniejsza i by dało się to ładnie skompaktować w bagażu. Tak, jak w przypadku jacketów, tak i tu mamy do czynienia z dobrze przemyślaną, ładną i wygodną konstrukcją. To skrzydło może się ludziom podobać. Jego właściciel nie powinien mieć żadnych kompleksów z tytułu posiadania. SCD500B wygląda po prostu ładnie.

Skrzydło zamontowane i skonfigurowane do nurkowania.

Mamy w nim zintegrowane kieszenie balastowe, mamy rozbudowany inflator z opcją zrzucania powietrza szczytową spłuczką poprzez pociągnięcie głowicy i węża w dół. Ba, są nawet kieszenie trymujące przy pasie trzymającym butlę. Te akurat bardzo się przydadzą nurkom lubiącym ołów. Do kieszeni balastowych spokojnie wejdą dwa kafle po 2kg, ale producent zaleca maksymalne obciążenie 3kg na jedną kieszeń i ja bym z tym nie przeginał. Mocowanie kieszeni wygląda solidnie, ale już wcześniejsze modele pokazywały, że nie utrzymają większej ilości ołowiu i można łatwo doprowadzić do przypadkowego wypięcia kieszeni w trakcie nurkowania. Dlatego też warto skorzystać z kieszeni umieszczonych na plecach. Noszak posiada dwa punkty mocowania pasów do butli, można więc dołożyć kolejny pas z kolejnymi kieszeniami.

Inflator, jak wspomniałem, ma zintegrowaną na szczycie spłuczkę, którą można otworzyć pociągając cały wąż z głowicą inflatora. Mamy więc dwie spłuczki górne (jedną tradycyjną na drugim ramieniu) i jedną spłuczkę dolną. Producent deklaruje, że spłuczki mają dodatkowe zabezpieczenie przed wlewaniem się wody w momencie otwierania spłuczki. Nie testowałem tego jeszcze, będę to sprawdzał. Uwagę zwraca mała głowica inflatora – ja tu widzę świadome działanie w celu zmniejszenia masy sprzętu, ale posiadacze solidniejszych paluchów mogą narzekać na ten rozmiar głowicy. Przyciski i ustnik do pompowania są rozłożone wygodnie i nie sprawiają problemów w użytkowaniu.

Górna spłuczka na inflatorze.

Worek (jak i całe skrzydło) ma dwa rozmiary: S/M wyniesie ma wyporność 140N, z kolei L/XL – 210N. Przy czym ja, nie najmniejszy chłopek o wzroście 179cm i wadze ok. 80kg daję radę w rozmiarze S/M wszystko zapiąć i wyregulować i worek spokojnie mnie utrzymuje w pełnym uzbrojeniu. Jednak to tak na granicy jest, osobom o podobnym wzroście i wadze sugerowałbym raczej L/XL. Co fajne, pas biodrowy ma dodatkową regulację, więc szkoły wypożyczające sprzęt mogą się cieszyć, gdyż sprzęt można dostosować do użytkownika w większym zakresie, choć regulacja pasa ukryta jest pod wyściółką noszaka i nie należy do najłatwiejszych czynności.

Są i D-ringi, jest nawet kieszeń akcesoryjna dopinana pod kieszenie balastowe. Jest miejsce na montaż drugiej kieszeni. Czego mi brakuje? Pasa krocznego. Ja wiem, jest wiele kamizelek rekreacyjnych typu „skrzydło”, które są pozbawione tego elementu, ale ja bym przynajmniej przewidział możliwość dołożenia takiej opcji – a tu nawet niespecjalnie jest jak takie rozszerzenie podnoszące bezpieczeństwo i komfort używania skrzydła zamontować. Szkoda.

Brakuje mi tu też genialnie przemyślanych systemów układających „octopus” i manometr zastosowanych w jacketach Subea – sprytne otwory w kieszeniach pozwalały wygodnie i bezpiecznie zamontować wąż octopusa tak by jednym pociągnięciem uwolnić octopus ze skrytki. Póki nie użyty, octopus wraz z wężem był ładnie schowany i o nic nie wadził, a sama puszka II stopnia octopusa była ładnie wyeksponowana i łatwa do namierzenia. Z kolei manometr można poprowadzić od tyłu kieszeni (otwór I) do przodu (otwór II) i mano zawsze wystaje z przodu, jest łatwe do zlokalizowania i też wąż nie ma szans o nic zaczepiać i wadzić.

W skrzydle tych rozwiązań, lub podobnych nie zastosowano. Fajnie, że producent dodaje od siebie tradycyjne zaczepy (albo może dodano je do testowego egzemplarza, bo już ich nie widzę na zdjęciach na stronie Decathlonu?) na węże z jednej i drugiej strony, ale przypominam, że węże HP od manometru bywają różnej średnicy, a węże ogólnie LP lub HP uzbrojone w oplot niespecjalnie lubią się trzymać w tych zaczepach. No i już tak ładnie nam nie układa węży.

Sprzęt jest lekki, waga ledwie przekracza 3kg. Skrzydło daje się ładnie skompatkować, będzie to więc wierny towarzysz wielu podróży lotniczych dla nurków i myślę, że w tej roli sprawdzi się najlepiej. Sprzęt prezentuje się dobrze pod względem jakości wykonania i użytych materiałów. Poprzednie kamizelki – mam je wciąż i są regularnie używane przez moich kursantów, sam też lubię w nich prowadzić zajęcia, jeżdżą też z nami na nurkowania w Polskę i za granicę – pokazały, że to są trwałe konstrukcje. Kilka lat użytkowania i żadnych poważniejszych awarii czy wyraźnych śladów zmęczenia, żadnych połamanych klamerek i urwanych uchwytów. Nie ma tu Cordury, ani żadnych wypasionych materiałów, ale nie mam powodów podejrzewać, żeby to specjalnie odbijało się na trwałości konstrukcji. Jak dla mnie kolejna fajna konstrukcja, która nie zawiedzie rekreacyjnego nurka wożącego się ze sprzętem nie tylko po bliskich nurkowiskach.

Sprzęt wygląda naprawdę dobrze.
Mała głowica inflatora.
Pas trzymający butlę. W komplecie kieszenie trymujące.
Kieszenie trymujące.
Kieszeń balastowa.
Sprzęt gotowy do nurkowania. Widać kieszeń akcesoryjną montowaną do kieszeni balastowych.
Regulacja pasa biodrowego. Fajnie, że jest, choć regulacja łatwa nie jest.
Regulujemy z obu stron.
Kieszeń na balast – maks. 3kg.

Po więcej informacji (radzę też skorzystać z programu testowania) zapraszam na stronę producenta i jednocześnie sprzedawcy: Decathlon.

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

Rummu – Wielki Powrót

Powrót do Rummu

(Artykuł w oryginalnej wersji pojawił się w numerze 12/2017 Nuras.info, tutaj macie jego rozszerzoną wersję)

Pierwszy nur na mur

Poranek pochmurny, ale ciepły. Po pięciu godzinach snu wstajemy w ostatniej chwili przed umówioną godziną zaokrętowania na naszą pływającą nurkową platformę. Wrzucamy w pośpiechu jedzenie do żołądków, kilka łyków kawy i sprzęt na tratwę. Witam się ze znanym mi już z wcześniejszej wyprawy Śpiącym Kapitanem, który braki w angielskim nadrabia dobrym humorem i pozytywnym podejściem. Wymownie pytające oczy kapitana – dokąd płyniemy? Odpowiadam „gate”. Wypływamy. Czemu Śpiący Kapitan? Na ostatniej wyprawie zapamiętaliśmy go wszyscy z niesamowitej umiejętności zasypiania w każdym momencie, w którym tylko nie był potrzebny. Ładowaliśmy się na tratwę – spał. Dopłynęliśmy na miejsce nurkowania – od razu poszedł spać. Gość wyraźnie odsypiał kilka nieprzespanych nocy. Teraz wyraźnie brak snu mu nie dokuczał. Płyniemy na Mur, do słynnej Bramy. Spektakularny bajzel pięknie skomponowany z porozrzucanego po całym pokładzie sprzętu nurkowego powoli zamienia się w nieźle zorganizowane sterty osobistych zestawów do nurkowania. Zbliżając się do miejsca nurkowania nie tracimy żadnej minuty skręcając sprzęt, przygotowując skafandry, sprawdzając kamery i światło. Kiedy kapitan cumuje platformę do bojki, jesteśmy praktycznie gotowi. Szybkie omówienie nurkowania, sprzęt na grzbiet i wskakuję do wody. Czekając na pozostałych na platformie nurków filmuję budynki widoczne przy plaży i zaglądam pod wodę. Wizura jest boska, jest dobrze. Serce bije szybciej. W końcu ludzie są w wodzie i sygnalizują gotowość do zanurzenia. Inflatory w górę, powietrze ucieka z worków, świat nawodny unosi się w górę, zanurzamy się w estoński przestwór królestwa Rummu. Prowadzę wycieczkę wzdłuż Muru przecinającego całą szerokość akwenu. Ryby umykają przed nami, nie ma ich dużo, ale jednak jest lepiej niż poprzednim razem na wiosnę, wtedy jedyne pojedyncze sztuki okonków widziałem tylko na nocnym nurkowaniu. Dopływamy do brzegu, widzimy wspinające się stromo schody, prowadzące na powierzchnię zbiornika, przelatujemy nad Murem na drugą stronę i wracamy w stronę tratwy. Mijamy zamontowane na murze duże lampy, część z nich oderwała jakaś niewidzialna siła i zrzuciła je z Muru. Ciekawe, byłem pewien, że większość z nich ostatnio była na Murze. Działanie sił natury czy brak rozwagi pływających na powierzchni? Docieramy do bramy, która teraz jest ukryta w cieniu naszej platformy. To jest wizytówka Rummu. Każdy odwiedzający to miejsce musi choć raz przepłynąć przez uchylone kratowane wrota więzienia. Kiedyś tędy wchodzili i wychodzili pracownicy kamieniołomu i więzienia. Teraz my unosząc się dwa metry nad dnem przemykamy zwinnie i lekko. Potem meandrujemy do najbliższego budynku, do którego wpływamy od strony powalonego słupa, który za każdym razem bardzo kojarzy mi się z egipskim obeliskiem. Zaglądamy w zacienione, ale duże pomieszczenia. Pamiętam ich układ dość dobrze, nieco zazdroszczę mym współnurkom. Zazdroszczę uczucia ekscytacji pierwszej wizyty w tym miejscu, pamiętam jak ja cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało najfajniejszą zabawkę, jaką mogło sobie wymarzyć. Pamiętam, że chichotałem do automatu. Teraz jestem lekko zawiedziony, że nie towarzyszy mi już to uczucie. Teraz czuję się jakbym wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Niby wszystko pamiętam, ale wyłapuję szczegóły, których nie pamiętałem. I przede wszystkim skala. Mam wrażenie, że wszystko było większe i rozleglejsze. Wracamy na platformę. Mamy jeszcze sporo czasu z zarezerwowanych trzech godzin pływania platformą po zbiorniku Rummu, w butlach sporo wiatru, pomimo że pod wodą spędziliśmy dobre czterdzieści pięć minut. Ja już mam w głowie plan na kolejne nurkowanie: na stację pomp – oznajmiam kapitanowi.

Estonia to niewielki kraj leżący na dalekiej północy za Litwą i Łotwą. Niegdysiejsza republika Związku Radzieckiego poza odciśniętą mocno w zurbanizowanych krajobrazach socrealistyczną szarością w niczym nie daje się poznać jako kraj byłego ZSRR. Estoński język należy do grupy ugrofińskiej, uległ bardziej wpływom niemieckim, niż ruskim, Estończycy nie posługują się cyrylicą, zatem mijając kolejne znaki informacyjne i reklamy, utwierdzamy się w przekonaniu, że gdzieś zaspaliśmy i zapędziło nas za morze bałtyckie. Mamy cały czas przekonanie, że jesteśmy już na półwyspie skandynawskim. Widać, że kulturowe wpływy skandynawskie coraz silniej wypierają brzydotę socrealu zamieniając ten kawałek świata w coraz ładniejsze miejsce. Nie żebym specjalnie dużo miał okazji do rozmów z samymi Estończykami, ale na tej ograniczonej podstawie mogę powiedzieć, że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, skorzy do pomocy i gościnni, choć może delikatnie zdystansowani. W komunikacji stawiałem na język angielski uznając, że rosyjski będzie raczej słabym pomysłem. Zaskakująco często rozmówcy mówili po angielsku albo bardzo słabo, albo w ogóle, co w komunikacji im w ogóle nie przeszkadzało i za każdym razem znajdowaliśmy wspólny język. Estonia przez moment była także zjednoczona z Polską, ale poza tym epizodem nasze ścieżki na drodze historii raczej się nie spotykały zbyt często. Można jeszcze wspomnieć ostatni znaczący incydent – internowanie okrętu i załogi ORP Orzeł w trakcie II Wojny Światowej. Ogólnie historii Estończycy łatwej nie mieli. Praktycznie cały czas tereny obecnej Estonii znajdowały się pod wpływem lub rządami niemieckimi, zdarzały się „przyjacielskie” wizyty Szwedów. Potem to całe zamieszanie z ZSRR, z komunizmem, stalinizmem i innymi izmami, które próbowały wytrzeć gumką narodową tożsamość Estończyków i zastąpić ją czymś o wiele ciekawszym. Estonia to jednak przetrwała i ma się całkiem dobrze. Widać to chociażby po ośrodku wypoczynkowym, który znajduje się nad zbiornikiem Rummu i który drugi raz posłużył mi za mój dom w trakcie estońskich eksploracji. Paekalda Puhkekeskus – nazwa dla Polaka jest zdecydowanie epickim wyzwaniem dla języka i znakomitym treningiem dla pamięci, a za nią kryje się mini osada złożona z prostych chałup typu fińskiego usytuowanych tuż nad brzegiem Rummu. Zaczynając od największego Domu nad Jeziorem, po drodze mając dwa Domki Myśliwskie i kończąc na trzech Chatach Rybaków mamy niezbyt gęsto zabudowany kompleks drewnianych domków schowanych w niezbyt gęstym lesie. O oddaleniu od cywilizacji może mówić dźwięk pracującego spalinowego generatora prądu. Wszystkie domy wyposażone w aneks kuchenny, jadalnię, łazienkę i antresolę z łóżkami. Te większe mają jeszcze sauny. Wszystko wykonane i umeblowane w uroczym, surowym, skandynawskim stylu. Miejsce takie, że od razu chcesz pod kominkiem postawić swoje buty, poprosić tutaj o azyl i dożyć sędziwej starości rozkoszując się smakiem gloggu ze szklanki prosto z Ikei. Posiłki najlepiej jest przyrządzać sobie samemu na miejscu, kuchnia jest dobrze wyposażona, do tego przy każdym domku ustawiony jest duży grill i jest kilka stanowisk do rozpalania ogniska. Dla leniuszków są restauracje, choć te znajdują się w sporej odległości, nam bardzo podeszła kuchnia serwowana przez rosyjskich Estończyków w nadmorskim Paldiski, w tawernie Peetri Toll. Jest jeszcze opcja dowozu cateringu (bardzo smaczne dania z grilla, zwłaszcza wyborny łosoś).

Drugi nur do stacji rur (pomp)

Zeskakujemy do wody w drugiej lokacji, jesteśmy w najgłębszej części zbiornika. Na dole szalone trzynaście metrów i to raczej w jednym miejscu z komputerem wsadzonym po łokieć w dno. Stoi tu samotny budynek, dość wysoki i zwarty. W nim właśnie pracowały pompy osuszające teren. Budynek jest na tyle wysoki, że jego zadaszenie znajduje się niemal pod taflą wody. Brakuje sporej części dachu, co daje szansę nurkom zajrzeć do górnych pomieszczeń budynku. Zaglądamy więc do nich, a ja ze zdumieniem odkrywam, że moja dziurawa pamięć umiejscowiła te wnętrza w kompletnie innym budynku w innej części akwenu. Zaraz potem okrążamy budynek i zaliczamy najniższy punkt akwenu, potem meandrujemy wzdłuż baraku pozbawionego dachu i resztek porozrzucanej tu i ówdzie infrastruktury kompleksu. Przewrócony zbiornik, którego cztery łapy podstawy wskazują teraz niebo, taboret, na którym jakiś żartowniś ustawił starą żeliwną patelnię, schody wokół budynku. Moje pierwsze nurkowanie w tym miejscu zostawiło we mnie odczucie zawodu. Jednak poprzednim razem byłem po pierwszym nurkowaniu przy murze i bliskich budynkach, na pierwszym nurkowaniu słońce pięknie doświetlało wszystkie atrakcje, a na nurkowanie przy pompowni nadeszła nad nas chmura. W dodatku byłem nurkiem zamykającym grupę i oglądałem głównie tumany wznoszonych osadów z dna. Tym razem doceniałem każdy element tej atrakcji nurkowej Rummu i cieszyłem się, że tu wróciłem by móc odczuć jego tajemniczy urok pełnym sercem. Zaznaczam jednak, że na to miejsce nie potrzeba przeznaczać więcej czasu jak jakieś trzydzieści minut nurkowania: krótka wycieczka do wnętrza budynku, potem raz go opłynąć, odpłynąć do pobliskiego baraku i w zasadzie to tyle.

Powrót do Rummu zaplanowałem na październik chcąc uniknąć wakacyjnych tłumów, letniej okupacji owadów latających a jednak mając nadzieję na zapoznanie się z lokalną podwodną fauną, której na wiosnę dwa lata wcześniej nie uświadczyłem specjalnie. Plan na wyjazd był praktycznie taki sam, dwa dni nurkowań w Rummu, trzeci dzień rekreacyjno turystyczny – spacery po okolicy i wizyta w Tallinie, opcjonalnie dodatkowe nurkowania. Okazało się to bardzo szczęśliwym układem, który zaowocował dwoma dniami bardzo intensywnych nurkowań, które przed południem wykonywaliśmy z pływającej platformy, a po południu albo nurkowaliśmy z naszego brzegu, albo po podjechaniu autami na drugą stronę. Miałem małego lenia i po cichu liczyłem, że grupa nie będzie miała ochoty na wyprawę do Tallina. Uczestnicy jednak jednogłośnie zdecydowali, że musimy tam jechać i znowu tego nie żałowałem mogąc odkryć nowe rzeczy. Po pierwsze, jadąc  do Tallina zaplanowałem dłuższą, krajobrazopoznawczą trasę wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Po drugie, odkryłem kolejne ciekawe uliczki prowadzące przez tallińską starówkę. Sama starówka jest wizytówką stolicy Estonii. Okazała, autentyczna, ładnie położona na wzgórzu, jednak niezbyt nerwowym spacerkiem jesteśmy w stanie obejść ją dość dokładnie w ciągu dwóch godzin. Warto z pewnością zajrzeć do Soboru św. Aleksandra Newskiego, pomeandrować wąskimi uliczkami na szczycie starówki, obejrzeć panoramę nabrzeża ze wzgórza starego miasta i koniecznie zajrzeć do uliczki idącej w cieniu wysokich murów miejskich.

Trzeci nur – nocny nur

Po pierwszych nurkach uszła z nas totalnie para. Choć plany były ambitne i zakładały rychłego nurka z brzegu, odezwało się w nas zmęczenie długą podróżą, krótką nocą (dojechaliśmy na czwartą rano, a tratwę mieliśmy umówioną na godzinę dziesiątą) i zbytnim skondensowaniem zbyt czystego powietrza. Odbębniliśmy więc w pełni zasłużoną sjestę i ostatnie nurkowanie dnia zaplanowaliśmy jako nocne z naszego pomostu. Dno w tym miejscu idzie w głąb akwenu płasko jakieś kilkanaście metrów, potem gwałtownie się urywa i opadamy na głębokość dziesięciu metrów. Z tego miejsca zapamiętałem ciekawy efekt przypominający haloklinę – na wiosnę woda Rummu przy naszym brzegu miała stałą tendencję do „mleczenia” w miarę upływu dnia. Do południa woda była czysta jak łza, później robiła się coraz bardziej mleczna. Pod wodą okazało się wtedy, że ta zawiesina wapienna utrzymuje się tylko w górnej warstwie wody, a przy dnie dalej jest przejrzysta. W październiku efektu tego nie uświadczyliśmy. Woda przez cały dzień odznaczała się znakomitą przejrzystością, a my po zejściu wzdłuż ściany kamieniołomu zaczęliśmy płynąć na wschód przeskakując kolejne małe zatoczki przedzielane równo usypanymi głazami. Pod wodą królowały szczupaki, nie brakowało okoni, spotkaliśmy też kilka raków. Fajnie było obejrzeć więcej życia, którego mi dotąd brakowało w Rummu, jednak tak naprawdę w świetle naszych latarek najwięcej wdzięku roztoczyły przed nami krajobrazy skomponowane przez ukształtowanie dna i przedstawicieli estońskiej flory podwodnej.

Rummu jako więzienie zaczęło funkcjonować w roku 1938, gdzie zgodnie z planem miało pracować czterystu skazanych. Aż do 1960 większość budynków w tym miejscu była drewniana, dopiero w latach 60-80 rozpoczęła się modernizacja budynków zgodnie z przyjętymi w ZSSR wytycznymi. Rummu nie miało być zwykłym miejscem osadzenia, w roku 1868 uruchomiono na terenie więzienia szkołę zawodową, z kolei w roku 2004 ośrodek przekształcono w więzienie otwarte – o złagodzonym rygorze. W okresie uzyskania niepodległości przez Estonię spadło zapotrzebowanie na wapień i wtedy też zapadła decyzja o wyłączeniu części pomp. Woda podeszła tak szybko, że nie zdążono ewakuować większości maszyn z północnej części zbiornika. Później, jak już więzienie przeszło kolejne zmiany i zaprzestano wydobycia wapienia, wyłączono ostatnie pompy i wody zajęły cały teren obecnego zbiornika, łącznie z częścią za murem, w ten sposób znane dziś nurkom budynki znalazły się pod wodą. Więzienie ostatecznie zamknięto w roku 2012, a jego tereny sprzedano prywatnemu właścicielowi, którego tereny dalej są ogrodzone wysokimi murami, a za nimi widać sporo wojskowego sprzętu. Właściciel stara się kontrolować też teren plaży blisko budynków wystających z wody i położonej u stóp górującego nad zbiornikiem wzgórza, choć obszar ten znajduje się poza murami jego działki. W lecie plaża zmienia się w dzikie kąpielisko i dochodzi w tym miejscu do wypadków, którym ulegają wspinający się na budynki. Stąd właściciel robi wszystko by odstraszyć wszystkich z tego regionu. Trzeba sobie uświadomić, że najbardziej popularne miejsce nurkowe znajduje się na jego terenie i właściciel winszuje sobie z tego tytułu opłatę za nurkowanie. Coś koło 10 Euro od nurka.

Nowy dzień mieni się słońcem

Drugi dzień planowanych nurkowań zaczęliśmy od powrotu tratwą do Muru i do najbardziej spektakularnego budynku w Rummu. Tym razem pogoda nam bardzo dopisała, na niebie nie było żadnej chmury, tafla wody była idealnie płaska, słońce ozdabiało nieboskłon swoimi ciepłymi promieniami gwarantując fantazyjną grę świateł i cieni w szkieletowej strukturze największego budynku znajdującego się bardzo blisko plaży. Tratwa zacumowała tuż przy Murze, a my zaraz po zanurkowaniu zaczęliśmy płynąć w stronę płycizny, gdzie znajdował się nasz cel. Po drodze przecięliśmy mały budynek, który zwiedziliśmy dzień wcześniej, tym razem nie poświęcając mu większej uwagi. Między budynkami jest spora odległość, nawet pomimo dobrej widoczności nie mogłem dostrzec naszego docelowego punktu po wypłynięciu z małego budynku. Płynąłem więc na określony azymut mając nadzieję, że nie przestrzelę z nawigacją. Robiło się coraz płycej, a budynku nie było widać. Nie zapamiętałem dobrze z poprzedniej wizyty w Rummu czy była znacząca różnica w głębokości pomiędzy budynkami, więc drastyczny spadek głębokości wzbudzał we mnie niepokój, że jednak pokićkałem nawigację. A tu proszę! Nagle przed nami zamajaczyły majestatyczne kolumny filarów. Widząc je wyłaniające się z mgły znowu miałem skojarzenia z Egiptem. Sceneria stwarzała wrażenie, że nie znajduję się w Estonii, ale na nieznanym nikomu stanowisku archeologicznym w dolinie Nilu. Ogromne kolumny, obeliski i zwaliste mury budynku. Ciemny prostokąt wejścia do jednego ślepego pomieszczenia, wpływamy tylko po to by zerknąć przez zakratowane okno na widok roztaczający się na zewnątrz. Wypływamy i kierujemy się do najbardziej spektakularnego punktu Rummu – otwarte wrota głównego budynku, z którego został kilkupiętrowy szkielet pozbawiony w zasadzie w całości stropów. Tutaj warto wynurzyć łeb z wody i rozejrzeć się po budynku. Przy dnie bardzo malowniczo usadowiły się pojedyncze bajorka siarkowodoru, mgiełka wypełniająca zagłębienia dodaje temu miejscu dodatkowej magii. Wypływamy drugą stroną budynku, zaglądamy na płyciznę, gdzie zalega kolejny ogromny obelisk, pod który można się nawet wcisnąć. Na koniec nurka jeszcze odwiedziny w zatopionym lesie, pełnym porozrzucanych dziwnych sprzętów, opon, podziurawionym także oczkami siarkowodoru. Wracając z Muru zahaczyliśmy na bardzo krótkie nurkowanie przy barakach, jednak tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to szczególnie rozległe i specjalnie atrakcyjne miejsce. Warto pokręcić się z dwadzieścia minut, opłynąć resztki murów jedynego murowanego budynku, zajrzeć do dwóch rozpadających się baraków i w zasadzie to już koniec nurka. Tym razem, zapewne z powodu braku przewodnika, nie udało mi się trafić na stół z imadłem i wydaje mi się, że gdzieś mi umknęły dwa małe baraki, zwłaszcza jeden z intrygującym podsufitowym dziełem sztuki – stertą żarówek unoszących się pod sufitem.

Kolejna wyprawa do Estonii to kolejna okazja wizyty w Tallinie. Nie ciągnęło mnie do estońskiej stolicy, ale skoro już tak daleko zajechaliśmy, grupa uznała, że bez Tallina wyprawa nie będzie kompletna. Zatem ponowny przejazd do stolicy Estonii, tym razem dłuższą, krętą drogą idącą wybrzeżem Bałtyku. Mieliśmy okazję oglądać linię brzegową estońskiego odcinka morza. Sama linia może nie jest spektakularna, jednak osady, miejscowości i miasteczka robiły wrażenie bardzo zgrabnych, eleganckich, bardziej skandynawskich niż wschodnio europejskich. Wjechaliśmy jednak do miasta, zaparkowaliśmy auto blisko starówki – nie ma się co łudzić, znalezienie bezpłatnego parkingu jest niemożliwością – zostawiliśmy więc kilka Euro w parkomacie i wybraliśmy się zwiedzać starówkę. Te same kręte uliczki, niektóre bardzo wąskie, inne szerokie – pnące się i opadające dość żwawo po wysokim wzgórzu, do tego kilka tarasów widokowych, pokazujących spektakularną panoramę Tallina. Starówka z zewnątrz robi wrażenie dużo większej od tych znanych z Polski, ale po kilku minutach spaceru nie sposób przeciąć lub wrócić do uliczki, którą już przeszliśmy. Zajrzeliśmy do Soboru św. Aleksandra Newskiego, okazałej cerkwi i zaczęliśmy schodzić główną ulicą z staromiejskiego wzgórza. I tu odkryłem kolejne magiczne miejsce, gdzie w cieniu wysokich murów okalających starówkę ulokowały się stragany pamiątkarskie. Miejsce bardzo intrygujące głównie ze względu na skalę murów, pod którymi przycupnęły małe straganiki. Po przejściu w cieniu miejskich murów wyszliśmy poza obszar starówki i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Wielkie wiercące coś

Trzecie nurkowanie drugiego dnia wykonaliśmy z brzegu, z jedynego miejsca dającego szeroki i wygodny dostęp do zbiornika dla zmotoryzowanych nurków. Od północnego wschodu piaszczysta droga doprowadza auta pod sam brzeg akwenu i otwiera się na kilka miejsc dających wygodną przestrzeń do sklarowania sprzętu i wskoku do wody. Stąd można wyruszyć po poręczówkach prowadzących do znacznie oddalonych od brzegu maszyn zalegających w zbiorniku. Poręczówki potrafią znikać, mylić kierunki, chyba część została zerwana, albo ktoś równolegle poprowadził jakieś ćwiczebne poręczówki, ja więc wolałem ufać bardziej kompasowi niż poręczówkom, co okazało się dla nas zbawienne. Dwanaście litrów pojemności butli to jednak może być ciut za mało dla niektórych wybierających to miejsce – płynięcie do maszyn zajmuje sporo czasu. W końcu jednak dopływamy do skrzyżowania poręczówek i wybieramy prawą odnogę, która po chwili doprowadza nas do „Drilling Machine” – nie wiem, co to było, ale było wielkie. Większe niż nasze koparki z Jaworzna. Kawał stalowego bydlaka, tytan, potwór – Wielki Przedwieczny spoczywający w letargu w głębinach Rummu. Klocowata gigantomachina jest pozbawiona zębów: swojej broni, ogołocona z wielkiego wiertła, porzucona po środku akwenu budzi mieszane emocje. Buduje respekt swoją skalą, wzbudza litość swym kalectwem i osamotnieniem. Choć wszyscy już są na powietrzu przewidzianym na powrót, spędzamy dodatkowe minuty sycąc się widokiem i eksplorując ten pomnik ludzkiej myśli inżynieryjnej z minionej epoki. Wracamy na oparach w butlach nie żałując żądnej dodatkowej sekundy spędzonej przy kolosie.

Finalne pół dnia, pół nocy pod wodą

Ostatni dzień wyjazdu, którego większą część spędziliśmy w Tallinie, zwieńczyliśmy nurkowaniem rozpoczętym daleko przed zachodem słońca, a zakończonym już w kompletnej ćmie. Nurkowanie trwało dobrze ponad godzinę i pozwoliło nam dokładnie zwiedzić zatokę, przy której przycupnęły zabudowania domków wypoczynkowych ośrodka Paekalda. W trakcie poprzedniej wyprawy nurkowanie w zatoce poprowadziliśmy w prawo od naszego pomostu, tą samą trasę rozbudowaliśmy na nocnym nurkowaniu poprzedniego dnia. Tym razem nasza wędrówka zaplanowana była w drugą stronę zatoki. Układ dna w tym miejscu był bardzo przewidywalny. Od brzegu płaskie dno trzyma głębokość rzędu trzech metrów, potem nagle ucieka spod płetw i gwałtownie opada do około dziesięciu metrów. Czy płyniesz w lewo, czy w prawo, co chwila przecinasz kolejne grzebienie ułożonych skał i kamieni dzielących miejsce wydobycia wapienia na małe zatoczki. Płynąc w lewo minęliśmy sporo takich zatoczek zanim dopłynęliśmy do łagodnie wypłycającej się skarpy wyznaczającej linię brzegową jeziora. Krajobraz od razu wzbogacił się o roślinność przybrzeżną i ożył mnogością ławic małych rybek, oraz żerujących szczupaków. W zasadzie ta część akwenu jest najbardziej naturalnie wyglądającą częścią niegdysiejszego kamieniołomu, co bardzo przyjemnie współgra z doskonałą widocznością charakterystyczną dla wód Rummu. Chciałbym by w kilku polskich jeziorach można było czasem choć zaliczyć taką wizurę i cieszyć się panoramą bogactwa litoralu. Butle jednak mają skończoną pojemność a nasze już wskazywały nam, że warto zacząć myśleć o powrocie. To jest zawsze najmniej lubiany przeze mnie moment – ostatnie nurkowanie wyjazdu i ta chwila, kiedy wiesz, że trzeba wracać, że każda sekunda nurkowania przybliża cię do wyjścia z wody, potem tylko suszenie sprzętu, rozkręcanie go, pakowanie, samochodowa wersja bagażowego tetrisa i jazda do domu. My mieliśmy jeszcze jeden miły akcent zaplanowany na ten wyjazd, czyli pożegnalne ognisko. Najpierw oczywiście znakomita sauna, skok do wody dla najtwardszych, zasłużona kolacja i mogliśmy się rozsiąść przy przyjemnie grzejącym ogniu. Póki starczało sił i zimno nie dawało w kość, póty siedzieliśmy wedle ogniska i podsumowywaliśmy naszą estońską przygodę. Rummu pożegnało nas bardzo przyjemnym wieczorem, rozgwieżdżonym niebem i całkiem łagodnym chłodem nocy. Takie przyjemne pożegnanie z wyraźnym zaproszeniem do kolejnych wizyt w tym magicznym zakątku świata.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemią.

 

Podstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane. Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów. Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów. Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Zdjęcia: Jakub Cieślak i Monika Kur

W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".
Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031
Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.
Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA
Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.
CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080
Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.
079
Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.
078
Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.
Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2
Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.
CAMERA
Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.
CAMERA
Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂
CAMERA
Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!
CAMERA
Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.
CAMERA
Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

W odległej Estonii, część I

002
Fot. 1. (kubaCE) W drodze.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

030
Fot. 2. (kubaCE) „Skromny” domek myśliwski

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

003Rummu
Fot. 3. (Google) Zbiornik Rummu

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

010
Fot. 4. (kubaCE) Widok na kuchnię z pięterka.
009
Fot. 5. (kubaCE) Kominek jako pyszny dodatek dekoracyjny i centralne źródło ciepła.
006a
Fot. 6. (kubaCE) Ekipa celebruje pierwszy wieczór w Rummu.
004
Fot. 7. (kubaCE) nasza osada

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

011
Fot. 8. (kubaCE) Pierwszy rzut oka na nasze nurkowisko.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

 

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

Fot. 9. (Bartosz Metlerski) Pierwsza miejscówka.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

015
Fot. 10. (kubaCE) W drodze na Mur.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Fot. 11. (kubaCE) Pierwszy budynek.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Mur
CAMERA
Fot. 13. (kubaCE) Budynek przy plaży. Na dnie widoczne oczko siarkowodoru.
CAMERA
Fot. 14. (kubaCE) Budynek przy plaży.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Kontynuacja artykułu: W odległej Estonii, cz. II

EXIF_HDL_ID_1
Fot. 15. (kubaCE). Hop do wody przy Murze.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Pod naszą platformą.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 17. (Bartosz Metlerski) Rummu ze starym więzieniem w tle.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) Ustawka na schodach.

Titanic czyli różne ciekawostki, o których mogliście nie wiedzieć. Część II

Prawdopodobnie ostatnia fotografia statku odpływającego w stronę Nowego Jorku.

Część II

Jest to kontynuacja artykułu, który znajdziesz TUTAJ.

DZIEWICZY REJS13 kwietnia 1912 Titanic wyruszył w swój dziewiczy rejs, w południe odbił od nabrzeża – rejs miał potrwać siedem dni. Do docelowego portu – do Nowego Jorku dotarła jednak Carpathia z garstką rozbitków.

Samą historię, dodatkowo udramatyzowaną doskonale pokazano w Titanicu Camerona i nie ma co powtarzać jej po raz kolejny. My skupmy się na wskazywanych wielu czynnikach, które spowodowały taki, a nie inny scenariusz dla Titanica. Jak się mówi, katastrofa jest sumą wielu błędów i problemów. Tak też było w przypadku tego pięknego transatlantyku.

032
Łączenie płyt poszycia i najbardziej prawdopodobny sposób rozszczelnienia kadłuba. Źródło: Wikipedia.org
  1. Sposób łączenia płyt tworzących kadłub, to właśnie bezpośrednia przyczyna jego zatonięcia – nity trzymające płyty pod naporem ocierającej się góry lodowej zaczęły strzelać i w ten sposób tworzyły się przerwy pomiędzy płytami. Nie było żadnego darcia poszycia, stal nie pękała, nie było żadnych dziur. Zwyczajnie rozszczelniły się łączenia pomiędzy płytami.
  2. Grodzie – gdyby sięgały wyżej, statek może utrzymałby się na wodzie, albo przynajmniej zatonąłby dużo później i pasażerowie zdążyliby przejść na dopływającą Carpathię, która uratowała dryfujących rozbitków. A gdyby jeszcze zgodzono się na pomysł Andrewsa z podwójnym kadłubem? Niestety, projektanci mieli pomysł by wydać pieniądze na inne cele, a grodzie przeszkadzały realizacji projektu wspaniałej klatki schodowej, której smutne resztki można teraz oglądać na dnie oceanu.

    Oficerowie na pokładzie statku.
    Oficerowie na pokładzie statku.
  3. Zachowanie załogi – to wiele różnych zachowań, zaniedbań, lub lekceważących postaw, które jako suma przyczyniły się do tego, że nie zauważono góry lodowej na czas. Nie zastosowano dodatkowych środków bezpieczeństwa pomimo ostrzeżeń o górach lodowych przecinających kurs Titanica. Kapitan i oficerowie wielokrotnie byli ostrzegani o pasie lodowym, mimo to uznali, że nie trzeba zwalniać, ani zwiększać czujności. Uważali, że zauważą na czas niebezpieczeństwo. Statek więc nie zwalniał. Co ciekawe, chłopaki wypatrujące gór lodowych z bocianiego gniazda nie mieli nawet lornetek. Dlaczego? Ponieważ gość, który miał u siebie w kajucie przydziałową lornetkę/lornetki zszedł ze statku krótko przed wypłynięciem. Został przesunięty w trybie pilnym na inny statek, ale zapomniał przekazać klucza od swojej kabiny i ta pozostała zamknięta. Oczywiście żaden z oficerów na mostku, a większość paradowała z lornetkami, nie wpadł na pomysł by co najmniej jedną przekazać na bocianie gniazdo. Stosowano wtedy też dodatkowe wsparcie przy obserwacji linii wody – w uzasadnionych sytuacjach zarządzano obserwację linii wody z dziobu statku. Wtedy, pod tym kątem było łatwiej dostrzec obiekty na horyzoncie. Oficerowie wiedzieli, że sytuacja jest mocno nietypowa – robi się zimno, a ocean jest nadzwyczaj spokojny. Bez falowania nie ma fal rozbijających się o brzegi góry lodowej. Te fale są dużo lepiej widoczne niż sama góra lodowa. Tej nocy niebo było czyste, żadnej chmury. Warunki wyjątkowo nie sprzyjały obserwacji powierzchni oceanu. Jedyny rozsądny pomysł oficerów to zamknięcie przedniego luku bagażowego tak by światło bijące z niego nie oślepiało obserwatorów na bocianim gnieździe.

Można się zastanawiać też nad tym, czy William Murdoch, oficer pełniący dyżur na mostku w momencie kolizji z górą lodową, mógł wydać lepszy rozkaz. Po otrzymaniu komunikatu wydał rozkaz skrętu i całej wstecz. Przypominam, że Titanic na biegu wstecznym miał gorsze parametry pracy, ze względu na centralną śrubę, która nie pracowała w takiej sytuacji. Czy nie lepiej było skręcić na całej naprzód, albo przygrzać po prostu w górę centralnie dziobem? Znane były przypadki kolizji statków z innymi obiektami na wodzie, gdzie statek z uszkodzonym centralnie dziobem utrzymywał się na wodzie i kończył rejs pomimo dramatycznych szkód. Pierwsza gródź była wyjątkowo wysoka, zatem mogła spokojnie ochronić Titanica przed zatonięciem. Jednak Murdoch postąpił tak jak go uczono i jak nakazywały ówczesne standardy żeglugi. Chciał skręcić, dał całą wstecz i nakazał zamknąć wszystkie wodoszczelne grodzie. Liczył na to, że nawet jak statek otrze się o górę lodową, to nic mu się nie stanie (w końcu to był potężny Titanic!). Pamiętajmy, że gdyby zdecydował się nie omijać góry, nie mógłby liczyć na zrozumienie wśród ówczesnych specjalistów od uderzania w góry lodowe i prawdopodobnie opinia publiczna nie zostawiłaby na nim suchej nitki. Znalazłby się w ogniu krytyki, bo nie próbował uniknąć kolizji.

  1. Do zachowania załogi trzeba dopisać jeden grzech jeszcze – kapitan był tak skupiony na wygodzie pasażerów, że odwołał poranne ćwiczenia z ewakuacji statku ze względu na ochłodzenie i niesprzyjającą aurę. W ten sposób żaden z oficerów nie był praktycznie przygotowany do zarządzania przy wypełnianiu pasażerami szalup. Skutek był taki, że szalupy odpływały od statku wypełnione czasem poniżej trzech czwartych swojej pojemności. Kapitan po kolizji zachowywał się cokolwiek opieszale, jakby był w szoku. Poza upewnieniem się, że zamknięto grodzie, nakazaniem nadania sygnału CQD i SOS, niewiele zdziałał w kwestii zarządzania akcją ratunkową. Przynajmniej zakończył swoje życie i karierę kapitańską zgodnie ze zwyczajem morskim pozostając na pokładzie tonącego statku i idąc z nim na dno.
  2. Radiotelegrafiści – to właśnie katastrofa Titanica odmieniła diametralnie system radiokomunikacji pomiędzy statkami. Do tego czasu radiotelegrafiści zajmowali się przekazywaniem komunikatów od i do pasażerów. Oczywiście, przekazywali także komunikaty pomiędzy załogami statków, ale nie było to priorytetowe zadanie. Z czego to wynikało? Radiotelegrafiści nie byli pracownikami armatora, członkami załogi. Byli zatrudnieni przez firmę radiotelegraficzną – w tym przypadku spółkę Marconiego. Ich pensja zależała od ilości depesz otrzymanych i nadanych przez pasażerów. Radiotelegrafiści bardzo często nie pracowali całej doby. Kończyli swoją pracę o ustalonej godzinie, gasili radio i szli normalnie spać. Tak właśnie stało się na statku Californian, który najprawdopodobniej był najbliżej katastrofy Titanica, ba, nawet najprawdopodobniej mieli kontakt wzrokowy z Titanicem, a zwłaszcza widzieli race wypuszczane z niego. Jednak zinterpretowali to jako pokaz ogni, a zniknięcie statku – że po prostu odpłynął za horyzont. Tak właśnie tłumaczyli się w trakcie śledztwa po katastrofie. Dlaczego nie odebrano komunikatów SOS/CQD? Bo radiotelegrafista zwyczajnie sobie już chrapał o tej godzinie. Kiedy w końcu nad ranem radio odpalono, doszły do Californiana komunikaty o katastrofie. Californian pognał w podaną lokację, ale nie znalazł tam nic. Z kolei Carpathia płynąc na wskazaną lokację natknęła się na szalupy dużo wcześniej. To też wskazuje na niedokładne odczytanie pozycji statku przez załogę Titanica, co akurat nie było wtedy nadzwyczajnym zjawiskiem.

    037
    Pozycja statków i pola lodowego w chwili katastrofy. Krzyżyk oznacza miejsce, gdzie miał znajdować się Titanic zgodnie z podawanymi przez załogę Titanica koordynatami. Obrazek pokazuje też faktyczne miejsce kolizji Titanica z górą lodową, kierunek dryfu łodzi ratunkowych i miejsce, gdzie Carpathia natrafiła na szalupy spiesząc w miejsce wskazane przez załogę Titanica.
  3. „Niebieska góra lodowa” – to już jest teoria, ale brzmi bardzo przekonująco. O tyle problematyczne było wypatrzenie tej bestii, że był to specyficzny typ góry lodowej. Góra pod wpływem działania czynników atmosferycznych utraciła stabilność i obróciła się do góry nogami. Z wody wyłoniła się lśniąca i odbijająca światło niczym lustro „niebieska” część góry, wygładzona przez morską wodę. Zatem góra znakomicie odbijała blask gwiazd i doskonale maskowała się przed obserwatorami na statku. Gdyby była choć delikatna fala, która rozbijałaby się o brzegi góry – górę można by było zauważyć dużo wcześniej.
039
Rozbitkowie z Titanica sfotografowani z pokładu Carpathii o 4:00 rano 15 kwietnia 1912 roku.
Szalupy Titanica na nowojorskim nabrzeżu.
Szalupy Titanica na nowojorskim nabrzeżu.

MLEKO SIĘ ROZLAŁO

18 kwietnia 1912 do Nowego Jorku zawinęła Carpathia z pozostałymi przy życiu rozbitkami i z trzynastoma szalupami. Wszystko, co pozostało po Titanicu, pierwsze zdjęcia pokazujące Carpathię mówią wszystko o ogromie tragedii. Nie trudno sobie wyobrazić skalę szoku, jaki przeżywał ówczesny świat. Trzynaście łupin, to wszystko, co zostało po najwspanialszym transatlantyku. Tak naprawdę dopiero w tym momencie do świadomości ludzkiej doszło jak wiele żyć Titanic zabrał ze sobą na dno. Wcześniej gazety podawały często bardzo sprzeczne informacje – niektóre wręcz sugerowały, że Titanic dalej utrzymuje się na powierzchni i że zostanie odholowany do brzegu.

038
Carpathia

Garstka opuszczająca pokład Carpathii ucinała wszelkie spekulacje. Łącznie uratowano ok. siedmiuset pasażerów. Odnaleziono około trzysta ciał. Kolejna ciekawostka – mroczna dość. Ówczesne przepisy sanitarne nakazywały balsamować wyłowione ciała. Kapitanowie zbierających ciała statków mieli niejednokrotnie z tego tytułu niezbyt sympatyczną decyzję do podjęcia – część zwłok po ogólnej identyfikacji wyrzucano z powrotem do morza ze względu na ograniczone środki do balsamowania zwłok. Kogo zwłoki więc zostawały na pokładach statków poszukiwawczych? Oczywiście ludzi bogatych i znanych. Tłumaczono to tym, że to właśnie w ich sprawach będą toczyć się rozprawy sądowe i spory w roszczeniach spadkowych, zatem to te zwłoki miały pierwszeństwo. Nierówność społeczna dotkliwie dotyczyła zatem biedaków także po ich śmierci. Niektóre ciała morze wyrzuciło na brzeg w Kanadzie, w regionie Halifaxu. Tam też znajduje się mogiła zbiorowa ofiar – tych zidentyfikowanych i niezidentyfikowanych. Zatem jeżeli chcecie oddać cześć pamięci ofiar katastrofy, cmentarz „Titanica” znajduje się w kanadyjskim Halifaksie.

042
Cmentarz ofiar katastrofy. Halifax, Kanada.

Oczywiście dość szybko wszczęto dochodzenie w sprawie ustalenia przyczyn katastrofy i ustalenia odpowiedzialności za katastrofę. Dochodzenie po katastrofie prowadziła brytyjska izba handlowa. Ta sama, która była odpowiedzialna za przestarzałe przepisy, ustalająca liczbę szalup wymaganych na statkach wielkości Titanica. Ta, która wysłała swojego przedstawiciela na kontrolę statku i w ten sposób usankcjonowała wszystkie decyzje dotyczące przygotowania Titanica do ewentualnej katastrofy. Nie wskazano więc żadnych winnych, nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności. Na rozprawie obecny był ocalały Bruce Ismay i Charles Lightoller – najwyższy rangą ocalały oficer z załogi. Komisja uznała, że katastrofa była spowodowana czynnikami niezależnymi (cudne angielskie określenie „God’s act”) i nie wykazała niczyjej winy. Na szczęście miała dość rozsądku by wskazać, że przepisy należy zaktualizować: odpowiednia ilość szalup, obowiązkowe ćwiczenia ewakuacyjne, powołanie do życia International Ice Patrol odpowiedzialny za regularne obserwacje gór lodowych, ich ruchu, zmiany w zasadach komunikacji radiotelegraficznej – całodobowe dyżury przy nasłuchu i komunikacji.

Charles Lightoller
Charles Lightoller – najwyższy rangą członek załogi pozostały przy życiu.

POSZUKIWANIA WRAKU

Dość szybko pojawiły się plany by Titanica odnaleźć i wydobyć, jednak równie szybko zdano sobie sprawę z tego, że Atlantyk w tym miejscu jest okrutnie głęboki i wszelkie próby działalności ludzi przy tych głębokościach wykraczają poza obecne możliwości techniczne.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych technika już była na tyle posunięta, że zaczęto nieśmiało myśleć o odnalezieniu wraku Titanica. Przy czym pojawiały się różne szalone koncepcje by statek przy okazji wydobyć na powierzchnię. Między innymi zakładano użycie: nylonowych balonów, piłeczek pingpongowych (planowano wypełnienie wraku piłeczkami, które podniosłyby statek z dna morskiego – żaden kretyn, który rzucił ten pomysł, nie wpadł na to, że na tej głębokości piłeczki będą wyglądać jak rodzynki), czy wazeliny (nawet nie próbuję zgadnąć jak wazelina miała spowodować by wrak znalazł się na powierzchni wody). Najbardziej „ciekawy” pomysł dotyczył zamrożenia wody wokół wraku. Jak już by odnaleziono wrak, wystarczyłoby zamrozić wodę wokół statku – a że lód z natury ma dodatnią pływalność, kamizelka z lodu uniosłaby statek na powierzchnię i proszę! Titanic na powierzchni! Wszystkie te śmiałe wizje nie miały jednak szansy realizacji póki statek nie został namierzony.

Bob Ballard
Bob Ballard

Pierwszą poważną ekspedycją poszukiwawczą jest ekspedycja Ballarda z 1977 roku. Za Titanica bierze się właściwy człowiek. Doktor Robert D. Ballard, oceanograf, geolog morski, pracownik Woods Hole Institute. To właśnie on podjął pierwszą ambitną próbę odkrycia Titanica przy pomocy sonaru opuszczonego z pokładu statku wiertniczego. Sonar był opuszczany na dno przy pomocy kabla rozwijanego do samego dna morskiego z zamontowanej na statku wieży wiertniczej. Niestety tym razem nie miał szczęścia, zaliczył kosztowną wpadkę, gdy sonar się urwał się wraz z całym kablem i poszedł na dno. Ballard na jakiś czas wyłączony był z wszelkiej działalności poszukiwawczej po tej kosztownej wpadce.

Jack Grimm i jego "śruba Titanica"
Jack Grimm i jego „śruba Titanica”

W czasie, gdy Ballard siedzi na ławce rezerwowych poszukiwaczy Titanica, do akcji wkracza szalony teksański nafciarz – Jack Grimm. Jack działa na polu poszukiwań Titanica w latach 80-83, ale jak działa! To taki „celebryta poszukiwań podwodnych”. Znany z robienia dużego szumu wokół siebie i swoich wcześniejszych akcji poszukiwawczych: Arki Noego, potwora z Loch Ness, Wielkiej Stopy. Facet był tak pewny swego i tak zarażał wszystkich dookoła siebie entuzjazmem, że bez problemu sprzedał prawa do opisania historii odnalezienia Titanica w książce, zrobienia audycji telewizyjnej, której narratorem był sam Orson Welles. Cała jego akcja to był jeden wielki telewizyjny cyrk. Na Youtube można jeszcze znaleźć fragmenty programu opowiadającego o tej wyprawie. Jednym z ważniejszych wątków programu było sposób typowania miejsca do przeczesywania dna morskiego. Miejsca te typowała… małpa.

Jack wynajął nawet sporą grupę naukowców, którzy dodawali całości przynajmniej wrażenia, że jest to naukowa akcja. Jednak im nie do końca wierzył i niespecjalnie się ich słuchał, zamiast trzymać się konkretnego planu poszukiwań cały czas wracał w swoje „ulubione” miejsca poszukiwań. Potem wyszło, że nawet był blisko wraku, jego sonar minął wrak dosłownie o grubość gazety podmorskiej, zabrakło mu „dosłownie” ok. dwóch kilometrów do wraku. Jack nie miał szczęścia, w dodatku jego wyprawie dokuczała słaba pogoda. Wrócił z wyprawy z niczym. Jednak nie mógł ogłosić klęski. Przedstawił więc prasie zdjęcie mozaikowe domniemanej śruby napędowej Titanica. Na tym się skończyła jego rola w tym serialu.

Zdjęcie kotła na dnie Atlantyku i fotografia kotła Olympica.
Zdjęcie kotła na dnie Atlantyku i fotografia kotła Olympica.

ODKRYCIE

Jest rok 1987, mija siedemdziesiąt pięć lat od kiedy Titanic zniknął pod powierzchnią oceanu. Do poszukiwań wraca Bob Ballard, tym razem wyposażony w konkretny statek badawczy i solidny plan poszukiwania. Po pierwsze, Ballard dobrze odrobił swoją pracę domową. Porównał lokacje poszczególnych statków spieszących na spotkanie z tonącym Titanicem, obliczył prawdopodobne ruchy prądów morskich i dryf statków. Po drugie, poszukiwania prowadzone były sonarem i całym szpalerem kamer telewizyjnych, co wbrew pozorom nie było głupim pomysłem. Sonar o dużym zasięgu nie miał zbyt dużej rozdzielczości i mógł co najwyżej pokazać większe elementy statku, o ile nie zostałyby zasłonięte jakimś naturalnym obiektem na dnie oceanu, albo nie zostałby błędnie zinterpretowany. Sonar zwyczajnie mógł minąć wrak o grubość dużego palca i nikt nie miałby o tym bladego pojęcia. Ballard słusznie założył, że najłatwiej będzie odnaleźć pole szczątków rozsianych w miejscu katastrofy. Wyobraźcie sobie opadający na dno wrak gubiący różne szczątki odpadające z pokładu i wypadające z uszkodzonego wnętrza (od początku przyjęto za pewnik, że zgodnie z rzadziej powtarzanymi przekazami statek się przełamał, poza tym większość wraków opadając na dno doznaje ogromnych uszkodzeń w wyniku naporu wody i ciśnienia, co powoduje implozje i gubienie dużej ilości drobnych szczątków). Statek opada przez cztery kilometry, a pole opadających szczątków jest roznoszone przez prądy podwodne i fizyka opadania ciał w cieczy robi swoje. Im dłuższa droga do dna, tym szerzej rozsypane szczątki. Zatem poszukiwania odbywały się dwutorowo – dno czesano sonarem i kamerami telewizyjnymi, przy których dzień i noc siedzieli obserwatorzy. I obserwowali. I obserwowali. I obserwowali. Oczywiście, było kilka fałszywych alarmów, tak więc jak już natrafiono na szczątki „jakiegoś wraku”, ociągano się z powiadomieniem Ballarda, póki obserwatorzy nie upewnili się co do pochodzenia zaobserwowanych przedmiotów. Wątpliwości rozwiała fotografia kotła parowego z Olympica.

Plan poszukiwań wraku i kursy Carpathii i Titanica.
Plan poszukiwań wraku i kursy Carpathii i Titanica.

1 września 1985 roku o 1:00 w nocy poszukiwacze natrafiają na pierwsze drobne szczątki wraku. Najpierw orientują się, że mają do czynienia z wrakiem, ale nie są jeszcze pewni, z jakim. Idąc po śladach szczątków natrafiają na kocioł parowy. Wtedy nabrano pewności, że to jest Titanic. Ilustracje identycznych kotłów z bliźniaczego Olympica rozwiewają wszelkie wątpliwości. To jest Titanic.

Dziób statku nadal robi ogromne wrażenie.
Dziób statku nadal robi ogromne wrażenie.

TITANIC DZISIAJ I W PRZYSZŁOŚCI

Widok Titanica na dnie oceanicznym budzi bardzo mieszane uczucia, z jednej strony wydaje się, że statek trzyma się nadzwyczaj dobrze jak na tyle lat w wodzie, ale jednak girlandy z rdzy mówią dużo o procesie rozpadu. Wyraźne ślady działalności kilku wyjątkowo żarłocznych bakterii pokazują, że statek niknie w oczach. Brązowa podstawa koła sterowego Titanica i inne elementy wykonane z brązu to najlepiej zachowane elementy statku. Podaje się, że pozostawiony w obecnym stanie wrak rozpadnie się nieodwracalnie w ciągu pięćdziesięciu lat. Najwięcej jednak zniszczeń powodują … nasze odwiedziny.

Tak wyglądał statek w dniu odkrycia. Dziś nie ma już bocianiego gniazda i wielu elementów wraku.
Tak wyglądał statek w dniu odkrycia. Dziś nie ma już bocianiego gniazda i wielu elementów wraku.

Trwają działania by Titanic otoczyć specjalną ochroną i zminimalizować wpływ ludzi na wrak. Wieloletnie wycieczki na dno oceanu, lądowania batyskafów na górnym pokładzie, grabieżcza polityka wydobywcza – to wszystko odcisnęło ogromne piętno na stanie wraku, który obecnie nosi wiele nowych śladów niszczycielskiej działalności ludzkiej. Dziury w zadaszeniu górnego pokładu, brakujące elementy, pozostawione śmieci. Ballard słusznie postuluje by ograniczyć wizyty do minimum i skupić się jedynie na przekazach z automatycznych jednostek pływających.

Pole szczątków wraku
Pole szczątków wraku

Najwięcej złego czyniło ładnie nazywające się Stowarzyszenie Titanic Inc., swego czasu bardzo aktywnie pracujące nad wydobyciem różnych pamiątek z wraku. Obecnie te pamiątki możemy oglądać między innymi w Las Vegas, gdzie jest stała wystawa wydobytych artefaktów (łącznie z fragmentem poszycia). W Polsce gościmy także objazdową wystawę, która pokazuje różne pamiątki związane z Titanicem.

Wydobyty fragment poszycia Titanica
Wydobyty fragment poszycia Titanica

Dla mnie osobiście to z jednej strony ogromna ciekawostka, z drugiej strony nie podoba mi się sposób traktowania tej historii jak źródła bardzo dobrych dochodów. Podoba mi się podejście Ballarda – szacunek do wraku, uznanie go za mogiłę zbiorową, okazywaną przy każdej okazji niechęć wobec tych, którzy zajmują się lub pragną wydobyć z dna jak najwięcej przedmiotów. Łowcy skarbów zapominają o tym, że jest to zbiorowa mogiła (w wyniku dość nieprzemyślanego braku inicjatywy Ballarda jako odkrywcy wraku by rościć sobie prawa do niego, prawa te wywalczyło właśnie Titanic Inc, a z jakiegoś powodu nigdy nie objęto Titanica szczególną ochroną jako zbiorowej mogiły). Bardzo działa na wyobraźnię obrazek par butów porozrzucanych na dnie wokół szczątków. Z początku Ballard nie zorientował się, czego jest to świadectwo – wydawało mu się niemal nierealne, że pary butów opadły na dno tak idealnie ułożone obok siebie. Potem dotarło do niego, że jest to obecnie jedyny ślad po spoczywających w tym miejscu zwłokach, które opadły na dno w 1912 roku. Organizmy podwodne uporały się ze wszystkim – z ubraniem, którego ledwie strzępki widać, z ciałem i kośćmi. Jedynym przedmiotem, który oparł się zębom czasu to skórzane buty.

Jedyny ślad po pasażerze statku.
Jedyny ślad po pasażerze statku.

Jeszcze jakiś czas temu odbywały się regularnie, co pięć lat zjazdy towarzystwa historycznego „Titanica” i ostatnich żywych uczestników katastrofy. Ostatni żywy pasażer -zmarł jednak w 2009 roku, choć nie był ostatnim pamiętającym katastrofę – w chwili podróży miał dwa miesiące. Ostatni pamiętający katastrofę pasażer zmarł w 2005 roku. W chwili katastrofy Lillian Asplund miała 5 lat.

Wszyscy chcący poznać bliżej historię statku, a także chcący odczuć choć namiastkę emocji związanych z transatlantykiem mogą odwiedzić rozliczne muzea rozsiane po świecie. Są co najmniej dwa w Stanach Zjednoczonych, mamy też zbudowane w Belfaście Muzeum Titanica zlokalizowane na terenie stoczni Harland & Wolff, tej samej, która zbudowała statek. Mamy więc okazję odczuć historię w miejscu bezpośrednio związanym ze statkiem. Zobaczyć suchy dok, w którym statek powstawał, zobaczyć budynki, w których pracowali budowniczowie statku. Ostatnim miejscem, gdzie można zbliżyć się do tej historii, jest cmentarz ofiar katastrofy w Halifax, w Kanadzie.

Muzeum statku w USA.
„Muzeum” statku w USA.

HISTORIA ZATACZA ŁADNE KOŁO

Jednym z ważnych elementów historii Titanica jest historia Carpathii, statku, któremu udało się dotrzeć pierwszemu na miejsce katastrofy i podjąć ocalałych rozbitków. Carpathia została zatopiona w 1918 roku przez niemiecki okręt podwodny u wybrzeży Irlandii, w nieznanej dokładniej nikomu lokalizacji. Dla mnie ogromnym zaskoczeniem była wiadomość, że człowiekiem, który aktywnie przyczynił się do odnalezienia zaginionego wraku Carpathii, był Clive Cussler – ten sam pan, który napisał powieść „Podnieść Titanica”, od której zaczęła się moja przygoda ze statkiem. Clive dzięki zdobytym z pisania i sprzedaży praw autorskich pieniądzom założył prawdziwą agencję poszukiwań podwodnych NUMA, choć trudno ją nazwać poważną międzynarodową agencją na miarę tej opisanej w książkach. NUMA Cusslera to małe towarzystwo utrzymujące się z pieniędzy Cusslera i poszukujące wraków pół amatorsko, pół profesjonalnie. Niemniej jednak odniosło ono kilka większych sukcesów, w tym zwłaszcza wielkim sukcesem było zlokalizowanie wraku Carpathii w 1999roku. Cussler w ten sposób dołożył swoją cegiełkę do tej arcyciekawej historii, a fikcja przeobraziła się w prawdę.

Pasażerowie Titanica na pokładzie Carpathii.
Pasażerowie Titanica na pokładzie Carpathii.

Źródła wiedzy:

„Tajemnice Titanica” National Geographic

„Niezatapialny Titanic” National Geographic

„Ghosts of the Abyss” James Cammeron

„Odnalezienie Titanica” Bob Ballard

Źródła zdjęć i grafik:

„Odnalezienie Titanica” Bob Ballard,

Wikipedia

Google

 

O nurkowaniu z głową, o nurkowaniu w Polsce, o wszystkim tym, czego nie znajdziecie w podręcznikach, ani na innych portalach.