Konińska Honoratka całkiem zacna

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

W trójkącie Konin, Włocławek, Bydgoszcz mamy już do wyboru kilka ciekawych nurkowisk. Jest to o tyle dobry kierunek na nurkowania, że wszystkim z Polski jest tutaj całkiem po drodze i dojazd nie stanowi większego problemu. Dla nurków podróżujących z Warszawy to już w ogóle całkiem przyjemna okolica – około dwie godziny jazdy autostradą i już jesteśmy w regionie, gdzie możemy przebierać między nurkowiskami: jeziora Budzisławskie, Powidzkie, wyrobiska Piechcin, Honoratka. Honoratka jest najmłodszą bazą nurkową. Uruchomienie – oficjalnie – nastąpi 1 maja 2015 roku. Baza póki co nie zapewnia zbyt wielu wygód, czy usług. Bicie butli odbywa się kawałek dalej – butle są przewożone przez obsługę. Na miejscu mamy wygódkę drewnianą – klasyczną, kilka stołów do skręcania sprzętu. Rozumiem, że z każdym miesiącem będzie przybywać wyposażenia. Baza deklaruje, że posiada zestaw tlenowy, ale nie mam stu procent pewności w tej materii, radzę mieć swój. Jedno, co już można zapisać na ogromny plus, to znakomicie oporęczowane i opisane trasy podwodne. Atrakcji pod wodą nie zabraknie na kilka nurkowań. Od płytkich, widokowych – z bardzo dużym lasem podwodnym na czele po średnio głębokie ze ściankami w paśmie 20 – 30m, aż po głębokie 30-40m. Wizura w kwietniu była bardzo przyzwoita. Trochę gorzej w lesie i na głębokości do dziesięciu metrów, ale poniżej było zdecydowanie lepiej. W sumie oceniam to na wizurę rzędu od dwóch do ośmiu metrów zależnie od miejsca.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

W trakcie jednodniówki zdołałem zajrzeć do lasu i popłynąć główną poręczówką na trzydzieści metrów i po niej wrócić. Podobała mi się zwłaszcza węglowa ścianka w okolicach dwudziestu metrów, porozrzucane tam sprzęty pogórnicze robiły wrażenie. Światło z góry docierało, latarki służyły więc głównie doświetlaniu szczegółów i komunikacji. Zamierzam wracać i eksplorować pozostałe trasy. Jak na moje oko samego pływania wzdłuż poręczówek starczy na dwa dni nurkowań. Po wynurzeniu i wyjściu na brzeg czeka nas niestety jedna niezbyt przyjemna rzecz – wnoszenie sprzętu pod górkę. Akwen położony jest w niecce, samochody zostają na parkingu na górze, sprzęt trzeba znieść na plecach około dwudziestu metrów po dość stromym zejściu. Teoretycznie samochód terenowy da radę pokonać ten stok, ale widziałem jednego takiego. Nie wyglądało to szczególnie przyjemnie. Zejść to jeszcze pikuś. Potem, po nurkowaniach trzeba sprzęt wtargać. Drżyjcie „twinowcy”! Jeżeli baza nie wymyśli jakiegoś sprytnego systemu transportu ciężarów (może jakiś prosty wózek na wyciągarce) to posiadacze ciężkiego sprzętu raczej często zaglądać tu nie będą. To jest jedyna, zasadnicza wada tego miejsca. Niemniej jednak podwodne atrakcje i unikalność zbiornika wynagradzają nam wszystkie trudy związane z nurkowaniem w tym miejscu. Ceny obsługowe proste i przyzwoite – wjazd: 15zł, bicie powietrzem – 1,50zł/litr. Polecam i zapraszam, zwłaszcza, że w razie czego w okolicy mamy w czym wybierać i można sobie zaplanować bardzo bogaty weekendowy wyjazd ze zwiedzaniem okolicznych zbiorników.

Fot. 3. (kubaCE) Malowniczo tutaj, płytkie nurkowania mogą być bardzo przyjemne.

Fot. 4. (kubaCE) I te drzewa… Pisałem już? Dużo ich!

Plan nurkowiska

Plan tras podwodnych (źródło: http://www.nurclearwater.pl/baza-nurkowa-honoratka/)

Tribord Subea 500 – tanie jest dobre, bo tanie i dobre.

trib03

W moje lepkie testerskie łapy wpadł jeden z flagowych produktów decathlonowskiej marki Tribord. BCD/jacket/ kamizelka KRW czy jak kto tam to nazywa: Tribord Subea 500. Jak myślimy o produktach z sieciówek sportowych to myślimy – tanio kosztem jakości. Nie do końca ufamy, nie do końca wierzymy w te produkty. Z markami spod strzechy Decathlona chyba tak do końca nie jest. Niektóre rzeczy potrafią być wręcz drogie, a niektóre z tanich produktów potrafią zaskoczyć jakością. Brałem sprzęt na test będąc w pełni świadomym, że towar ten ma przede wszystkim znaleźć nabywcę w segmencie low cost. Spodziewałem się różnych zjawisk świadczących o minimalizacji kosztów produkcji. Przyznam szczerze, że pod kilkoma względami Tribord mnie mile zaskoczył. Zacznijmy od ceny – niecałe 650zł. Nie ma co szukać specjalnie, na polskim rynku z polskiej dystrybucji nie dostaniemy niczego w podobnej cenie. Mamy na przykład od Scubatecha BCD w cenie ok. 790zł. Najtańszy, ale wciąż bardzo mocny Liberator Sigma II od Tusy, to wydatek rzędu tysiąca złotych. Czy przy tak niskiej cenie Tribord był w stanie wykonać dobry sprzęt wypornościowy? Na pierwszy rzut oka wygląda, że tak.Zacznijmy od opakowania, ponieważ BCD przyjechało do mnie w eleganckim meshbagu. Zaskok dla mnie spory. Widziałem dostarczane od producentów BCD i to takie nie najtańsze – żaden nie trafiał do klienta w jakimś elegantszym opakowaniu poza ewentualną folią. Nie, że BCD potrzebuje jakiegoś worka do transportu na nurkowania. Większość z nas wrzuca BCD do kuwety, lub innego ogólnego wora ze szpejem i tyle. Niemniej jednak, jeżeli nie zdecydujemy się na transport Subea 500 w worku, to mamy całkiem spory meshbag to wykorzystania do różnych (niecnych) celów. Samo BCD wygląda całkiem porządnie i konkretnie. Myślę sobie, pewnie waży dużo, albo podejrzanie mało. Ważę je. Waga 3,380kg. Mój ciężki Dive System waży 4,180kg. Najlżejszy znany mi jacket waży ok. 2kg. Czyli Tribord wypada przyzwoicie w tym zestawieniu, ba – śmiem twierdzić, że tak przyzwoita waga przy tej cenie to może być jego duża zaleta. Przyglądam się kamizelce. Wszystko na miejscu i wygląda w porządku.

trib06

Mamy dwie spłuczki (jedna na prawym ramieniu, druga z tyłu na dole), inflator z opcją wypuszczania powietrza poprzez pociągnięcie całej głowicy, trzy metalowe D-ringi, stabilizujący noszak z gumową warstwą antypoślizgową, plecy wyłożone komfortową wyściółką, system zintegrowanych kieszeni balastowych, dobrze wyprofilowane pasy naramienne.

trib07

Głowica inflatora przypomina tą z Cressi, sprawdzam ustnik do awaryjnego napełniania – zdecydowanie lepszy niż w Aquatecu (który został skonstruowany przez jakiegoś sadystę – trzeba się mocno postarać by przy jednoczesnym przyciskaniu guzika spustu z pompowaniem nie przyszczypać sobie wargi), jest nawet gumowa osłona na króciec od szybkozłączki do węża zasilania z butli.

trib01trib02

Biorę więc BCD na basen przetestować go w praktyce. Montowanie sprzętu przebiega bez problemów. Butlę trzyma jeden szeroki pas z plastikową klamrą. Jednak dzięki wyściółce na płycie butla, nawet bez siatki, trzyma się mocno i stabilnie. Pas oczywiście wyposażono w gumowy stoper, a klamra pracuje dobrze i wygląda na solidną. Kieszenie na balast wpina się nieźle, choć z balastem w środku zabawa wymaga sporej precyzji. PRzy okazji, kieszenie spokojnie przyjmą po cztery kilogramy balastu. A podejrzewam, że jakby kto chciał tam upchnąć jeszcze po płaskiej kostce 1kg, też by dało radę.

trib05

Sprawdzam pracę spłuczek, wszystko działa dobrze, rozmieszczone jest całkiem wygodnie. Wypuszczać powietrze możemy na cztery sposoby, dwoma spłuczkami, inflatorem za pomocą guzika spustowego, lub poprzez pociągnięcie całej głowicy inflatora. Pasy i klamerki zapinające są dopracowane, plastik jest nie za miękki i wygląda solidnie. Pas brzuszny łatwo jest zdemontować – zatem istnieje możliwość prostej wymiany. Tak samo łatwo demontuje się wyściółkę na plecach. Jedynie taśmom ściągającym brakuje elastyczności i pracują one dość ciężko.

trib08

D-ringów na akcesoria nie brakuje. Mamy gdzie powiesić uchwyt do octopusa, na manometr. Mamy dwa dodatkowe D-ringi na dole BCD. Ta ilość w zupełności zaspokaja nasze potrzeby.

Całość zakłada się wygodnie i bez większych problemów. Nie bardzo rozumiem, po co pasy naramienne są wyprofilowane. Nigdy nie miałem problemów z pasami prostymi. Dla mnie to zbyteczny bajer, ale może komuś to poprawia komfort użytkowania. Wskakujemy do wody – BCD Decathlonu posiada wszystkie wady i zalety konstrukcji typu „jacket”. Ja wielkim fanem tego typu urządzeń nie jestem – nie lubię tego efektu bezwładności, oraz pęcherzy wokół brzuszyska. Jak na jacket jednak nosi się to ustrojstwo nadzwyczaj wygodnie i nigdzie specjalnie mnie nie uwierał – a kilka kamizelek potrafiło mnie zirytować. Fajnie, że płyta ma sztywny noszak, wyciąganie sprzętu z wody to żaden problem. Jeszcze o systemie zrzucania balastu – klasyczny, wystarczy chwycić szare uchwyty i je pociągnąć. Ciekawe, czy z czasem się mocowania nie wyrobią? Czas pokaże. Tak samo dopiero po jakimś czasie będę mógł stwierdzić, jak całe BCD znosi swoją pracę. Póki co jestem zadowolony z użytkowania.

trib04

Ja takie rzeczy „kupuję oczami”. BCD Triborda prezentuje się naprawdę zacnie i niczego mu nie brakuje. Dodatkowo urzekła mnie ta siatka. Niby zbędny bajer, ale kurde – nawet producenci premium dostarczają nam takie rzeczy w foliowych worach, albo po prostu bez niczego. A taki meshbag nawet jak nie będzie służył do transportu kamizelki, z pewnością przyda się nam do innych rzeczy.     trib09

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025

Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030

Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Dahab znowu wzywa

„Dahab znowu wzywa” oryginalnie ukazał się w marcowym numerze „Nuras.info”. Poniżej nieco bardziej rozbudowana wersja.

TUTAJ jest odnośnik.

Dahab ponownie mnie wezwał. Trzeci raz. Kolejny rok z rzędu. Sześć miesięcy po poprzedniej wizycie. Ja specjalnie się o niego nie prosiłem, nie planowałem tak szybkiego powrotu. Czułem się jakbym praktycznie nie wyjeżdżał z Dahabu. Co ja mogłem nowego obejrzeć pod wodą, dlaczego chciałbym chcieć tu wracać? Dahab to przecież mało ciekawe miasto w typie Ustki, gdzie po pięciu minutach łażenia już wiesz, gdzie co jest. A jest to głównie ciąg nadmorskich knajpek, jeden główny deptak z handlem. Kozy wszędzie. Egipski kryzys odcisnął mocne piętno na Dahabie, który wygląda teraz jeszcze smutniej i szarzej niż rok temu. Więcej knajp świeciło pustkami, kilka kolejnych wyglądało jakby od dawna ich nie otwierano. A pod wodą co mnie mogło nowego spotkać? Naczelne miejsca podwodne zaliczone, niektóre po kilka razy. Hotelu Tropitel zaczynałem mieć już powoli dość, zwłaszcza po ostatnich przygodach z cwaniakiem z obsługi. Do tego niemały problem z zebraniem chętnych na wyjazd. Co się stało? A że w Dahabie zimno? No tak, ledwie dwadzieścia stopni, woda też „lodowata” – dwadzieścia dwa stopnie średnio. A u nas pseudo zima. Niby jest, niby nima…

Szybkie podsumowanie i jedyna słuszna decyzja – jadę. Wolę takie temperatury niż naszą zimę bez zimy. Jest jeszcze kilka miejsc nie zaliczonych pod wodą, kilka miejsc chętnie powtórzę. Na pewno znajdę też coś nowego w mieście, a przynajmniej inni turyści nie będą działać mi na nerwy, a obsługa będzie skakać na uszach wokół mnie bym tylko zechciał u nich zostawić swoje pieniądze. Ci co kręcą nosem na styczniowy Dahab, niech se siedzą pod pierzyną i oglądają świat za oknem, ja sobie pobiegam w krótkich gaciach, w sandałach, a przynajmniej słońce nie będzie tak palić niemiłosiernie. Mi dwadzieścia stopni pasuje. Ekipa zebrana, kursy ustalone – ktoś kończy OWD, kilku ktosiów robi AOWD, dwaj inni ktosie mają zdecydować na miejscu o ewentualnej specjalizacji głębokiej. Reszta ekipy zaskakująco mocna: jeden aktywny instruktor, jeden „emerytowany” instruktor, jeden rebriderowiec z dużym bagażem zejść poniżej stu metrów, divemaster do zestawu i reszta też z niezerowym bagażem doświadczeń. Kilku było w Dahabie dziesięć razy częściej niż ja. I ja mam tą grupę zgarnąć i zorganizować na miejscu? Fiu, fiu. Łatwo nie będzie. A do tego jeszcze… Sami samce. O raju! No to będzie…

Jedziemy więc. Pakowanie niby opracowane do perfekcji. W podręczny plecak wrzucamy cały elektroniczny złom i automat, bo ciężki, a plecak niepozorny, więc ważyć raczej nikt nie każe i możemy przeginać do woli. W główną torbę podstawowy ekwipunek, ale  w domu zostawiam skrzydło Dive System, a zabieram jackecik Tusy. Pożyczam do testu, bo ciut lżejszy i lepiej pakowny, ale generalnie po podsumowaniu szału nie ma. Pięć razy zmiana koncepcji zawartości torby, wywalenie rzeczy zbędnych. Ponowne ważenie. No to teraz mniej potrzebnych… Kolejne ważenie. No to potrzebnych, ale jakoś dam sobie radę… No dobra, to może to też pożyczę na miejscu. Uf, jest dwadzieścia kilo i to z malutkim zapasikiem na powrotną sól i wodę. Za pięć minut odjazd i w końcu torba spakowana. Na lotnisku zbieramy ekipę, odprawiamy się i szczęśliwie przedzieramy przez kolejne systemy odprawy, choć niektórzy mają mało szczęśliwe miny, bo obsługa lotniskowa nie była na tyle miła by nie zauważyć kilku kilogramów nadwyżki i kazała sobie słono zapłacić za ten luksus. W samolocie obowiązkowa drzemka, w końcu to czarter, więc lot jest o chorej godzinie, kiedy człowiek ma najwyższą potrzebę snu. W końcu lądujemy w Sharm, jest ciepło, można zrzucić kurtkę i bluzę. Jest słońce, jest fajnie, wracają jakieś ukryte siły, które hibernowały w polskim zimowym klimacie, chce się żyć. Uśmiecham się sam do siebie. Wróciłem i jestem zadowolony. Ci, co nie byli, dostają instrukcję, który i jak papier wypełnić, że wizy nam nie potrzeba, bo my z Dahabu to tylko do wody wyskakujemy. Odbieramy bagaże, ładujemy się do busa i mkniemy do hotelu. Sytuacja na miejscu stabilna, nie ma potrzeby jechania w konwoju, więc dość szybko docieramy do celu podróży. W Tropitelu oczywiście lekki burdel, kogoś z listy nie ma, ktoś jest inaczej zapisany. Standard. Trzeba to lubić, skoro się płaci za to takie pieniądze. Hotel brzydki nie jest, ma swój dobry poziom. Tylko ta obsługa wyjęta kompletnie z kontekstu rzeczywistości. Tym razem dostajemy opaski – a jakże. Teraz obrączkuje się nawet tych, co nie mają all inclusive. Przynajmniej w ten sposób od razu wiadomo, kto na jakich prawach może dobierać się do hotelowej kuchni, wciąż okrutnie nudnej, mało wyszukanej i doprawianej beznadziejnie. Z kuchni, kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, bez zbędnych ceregieli przenieśliśmy się na pierwsze nurkowisko. Tym razem jako pies przewodnik ekipy zażyczyłem sobie, żeby naszym punktem rozruchowym był region południowego Dahabu z dostępem do takich miejsc jak Moray Garden, Golden Blocks, a zaraz obok Three Pools, The Caves i Umm Sid. Ja mogłem skupić się na pierwszym kursie, mniej doświadczeni mogli się rozpływać pod okiem niezawodnego jak zwykle Mohameda Elattara z Dahab Days, a kozacy mogli już atakować głębiny, albo zaliczać the Caves.

Fot.1. (kubaCE) Mohamed Elattar

Wszyscy dzięki temu byli zadowoleni i nie było żadnego protestu by miejsce powtarzać kolejnego dnia, celem zaliczania kolejnych tras, a ja spokojnie kończyłem OWD i zaczynałem AOWD. W ciągu tych dwóch dni dużo nie zdążyłem pooglądać pod wodą, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że pod wodą jakby życie zubożało. To mój trzeci raz w Dahabie i nigdy życia mi tu nie brakowało, a rok wcześniej byłem w niemal tym samym okresie. A teraz odczuwalne było wręcz zmniejszenie natężenia ruchu podwodnego. Debiutanci byli zadowoleni, region południa to dobry punkt startowy dla nurków nie znających tej części Egiptu, pod wodą jest ciekawie, rafy są w niezłym stanie, a ukształtowanie dna bardzo urozmaicone. Ja się tylko cieszyłem, że udało mi się uniknąć wizyty w Lighthouse, które jest punktem obowiązkowym wielu wizyt w Dahab, a ja miejsca zwyczajnie nie lubię. Jest nudne jak kuchnia w Tropitelu. Trzeci dzień to Canyon. Rzut beretem od hotelu, spacerkiem po plaży trzy minuty i już byliśmy w Sadeeki Restaurant na odprawie przed nurkowaniami. Miejsce idealne na trzy nurki, dwa dzienne i jeden nocny. W Canyonie idealnie robi się nurkowanie głębokie na zaliczenie z AOWD, jest to też idealne miejsce na nocnego nurka. Plan dla moich podopiecznych był więc prosty, pierwszy nur w ramach AOWD – głębokie, potem zwykła wycieczka i kolejny nur z AOWD – nocniak. Mohamed tym razem wziął sobie na plecy głębinowców 40+, więc wycieczkowiczów oddał mnie i drugiemu instruktorowi, który wolał oddać mi przewodnictwo. Miałem zatem pociągnąć peleton nurków do Canyonu, zrobić z moimi ćwiczenia AOWD, pokazać im cud, jakim jest Canyon, wycofać się i trafić w wąskie siodło prowadzące z powrotem do laguny, z której zaczynaliśmy nura. Moje pierwsze poważne przewodnictwo w Dahabie bez żadnej pomocy kogoś, kto w razie czego stuknie się w czoło i mi pokaże „człowieku, nie tędy”. Nie będę ukrywał, miałem pietra, że przestrzelę, albo pomajtam coś w nawigacji w takiej sytuacji. Całe nurkowanie byłem więc napięty jak struna i cały czas zajmowałem się ogarnianiem całej grupy, nur minął mi błyskawicznie i nim się spostrzegłem, już wracaliśmy do siodła. Okazuje się, że właśnie ten moment najłatwiej jest przegapić i w paru miejscach się zmylić. Cieszyłem się, bo nie dość, że trafiłem, to jeszcze mogłem pozgarniać kilku takich, którym się wydawało, że zatoczka w rafie obok to właśnie wejście do laguny. Duma młodego instruktora rosła okrutnie. Na drugiego nura znowu skoczyliśmy do Canyonu, bym wreszcie sam mógł nacieszyć nim swoje oczy, bo tym razem nie miałem ciężaru w postaci przewodnictwa całego stada. Nocne to z kolei wizyta w Canyon Garden, czyli na prawo z laguny. Dla mnie niespecjalnie interesujące miejsce, nie oferujące niczego nowego, spokojnie trzeciego nura mógłbym zrobić w Canyonie, który jest zwyczajnie piękny. Pionowe ściany powoli zamykające się nad głowami nurków i tworzące bardzo wąziutkie przesmyki, którymi uciekały strumienie bąbelków powietrza wydychanego przez nas. I tajemnicza ścieżka prowadząca w głębiny, wciąż dla mnie niedostępne, ale kuszące mnie i mówiące mi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Tym razem nie obeszło się bez przygód, bo część grupy oddzieliła się i nie mogła trafić w siodło. My sobie spokojnie robiliśmy przystanek sprawdzając jak fluorescencyjne żyjątka reagują na nasze intensywne machanie łapkami, a część ekipy krążyła szukając właściwego wejścia do laguny. Dopiero po wynurzeniu przewodnik zlokalizował światła maruderów, oczywiście daleko od przesmyku, którym można było wrócić. Wszyscy jednak szczęśliwie wrócili z nurkowania i nic nikomu się nie stało. Mieliśmy za sobą trzeci dzień nurkowań, apetyty rosły, zwłaszcza tych, którzy w Dahabie już byli.

Fot. 2. (kubaCE) Znikamy w Bells.

 

Czas więc na Blue Hole i Bells. Moje ukochane i wciąż zachwycające Bells, w którym rok wcześniej zrobiłem swoją specjalizację DEEP. To miejsce bezsprzecznie magiczne, w którym nurkowałem kolejny raz a czułem się ponownie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, kiedy opadam w dół szczeliny, delikatnie zmieniam ułożenie ciała by wpasować się w wąski komin na trzydziestu paru metrach, wyskakuję z komina, jestem na czterdziestu metrach, spoglądam w górę czekając na resztę. Widzę czterdzieści metrów przepięknej pionowej ściany skalnej, kipiącej życiem, przytłaczającej swoją potęgą. Jak na dłoni widzę kolejnych nurków opadających szczeliną. Do samej niemal powierzchni mogę śledzić każdy swój bąbelek wydychanego powietrza. Oglądam się w dół, w ziejącą pode mną atramentową głębię. Jestem zakochany, serce bije mi coraz mocniej. Czy to jest ten poziom mistycznych uniesień, jakie przeżywają zdobywcy najwyższych szczytów gór? To musi być coś w tym stylu. Zbieramy zespół i rozpoczynamy powolną wędrówkę ku Blue Hole, delikatnie się wynurzając. Zaglądamy pod wszystkie nawisy, cieszymy oczy pięknem tego miejsca. Przechodzimy siodłem do Blue Hole, jeszcze przystanek bezpieczeństwa i już jesteśmy z powrotem w restauracji Camel by zachwycać się przeżyciami z tego nurkowania. To jest ten typ miejsca nurkowego, które łączy wszystkich nurków różnych specjalizacji, doświadczeń i poziomów wykształcenia. Tutaj wszyscy mogą spędzić wspólnie świetne chwile rozkoszując się wspaniałym światem Bells. Drugi nur obiecuję swoim podopiecznym w samym Blue Hole, choć też planujemy krótką wizytę za siodłem, w prawo od Blue Hole. Wskakujemy więc do studni, układamy się na spadochroniarza i prujemy w dół. Leci się tak dobrze, że nawet ciut przy późno się łapię, że czas skontrolować głębokościomierz. W ostatniej chwili hamujemy na zakładanym limicie głębokości. Widzimy dobrze załamanie skalne, które prowadzi do legendarnego łuku w tym miejscu. Nam jednak nie wolno tam iść, pora się powoli wynurzać i cieszyć oko widokami w studni. Za każdym razem przed nurkowaniami w Blue Hole powtarzano mi, że akurat tutaj życie nie jest zbyt bogate, że pod wodą poza samą studnią nie ma specjalnie co oglądać. Zwróciłem na to uwagę w trakcie nurkowania i wracałem z przeświadczeniem, że nie do końca jest to prawda i że całkiem sporo się dzieje w samej studni. Dotarliśmy do siodła, zajrzeliśmy jeszcze za róg, w lewo. Wiadomo, pod nami atramentowa głębia, pionowa ściana, ale my płynęliśmy krótko i płytko oglądając tylko to, co było w zasięgu tych najbliższych metrów. Nie odkrywszy niczego niezwyczajnego zawróciliśmy czując, że wykorzystujemy już zdecydowanie za dużo powietrza potrzebnego nam na powrót. Wracaliśmy zadowoleni z nurka, chłopakom podobało się i w Bells i w Blue Hole. Ja wiedziałem, że nie widzę problemu by wrócić tu chociażby jutro, by znów spotkać się z Bells. Do Blue Hole jednak chciałbym już wrócić tylko po to by zobaczyć łuk. Dzień się jednak kończył, a na kolejny planowaliśmy wyprawę łodzią. Nie wszyscy, część postanowiła wyrwać się spod opieki i wrócić do Bells i Blue Hole. Ja nie mogłem, czekało mnie jeszcze dokończenie AOWD na łodzi, z resztą czułem, że powrót do Gabr El Bint też mi się przyda, bo też ostatnim razem podobało mi się bardzo. A zatem wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na łodzi i wyruszyliśmy w stronę dalekiego południa. Mohamed miło zaskoczył mnie pierwszym nurkiem w miejscu mi kompletnie nieznanym – El Shugurat, leżącym na trasie do Gabr El Bint. Nurka rozpoczynamy w rozpadlinie skalnej – prostym i szerokim korytarzu opadającym do czterdziestu metrów, wychodzimy z korytarza pod rozłożystą Gorgonią, Mohamed prowadzi nas w lewo i wzdłuż skalnej ściany meandrujemy w lesie imponujących Gorgonii. Wypłycamy się w piaszczystej lagunie, gdzie pod stołowymi koralowcami można szukać płaszczek i innych ciekawych stworzeń. Ja mam szczęście natrafić na naprawdę sporego Crocodile Fisha, który do końca uparcie udawał wyposażenie dna, choć wyraźnie czuł, że jak na kawałek dna za bardzo przyciąga uwagę dużego stada bąblujących intruzów. Z laguny odebrała nas łódź i ruszyliśmy nad Gabr El Bint oddać dwa pozostałe nury, najpierw na prawo od łodzi, do cypla i schowanej za nim lagunki, a potem w drugą stronę. Znowu okazja do podziwiania majestatycznych Gorgonii, ale nic poza tym, ogólnie rzecz biorąc.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Trzeba pamiętać, że Gabr oferuje możliwość podziwiania niezniszczonej i bogatej rafy, jest to miejsce bardzo malownicze, dno tutaj opada zdecydowanie, ale nie tak gwałtownie, jest tu cała masa kryjówek dla ciekawych stworzeń. Niektórzy mieli szczęście w tym miejscu spotkać całe stado delfinów. Ja takiego farta nie miałem i tym razem nieco byłem zawiedziony nurkowaniem w tym miejscu. Wracaliśmy jednak posłuchać opowieści tych, którzy się wyrwali z naszej grupy by spędzić kolejny dzień w Bells – Blue Hole. Ci z kolei zrobili sobie maraton: z Bells w lewo dobre pół godziny, zawrotka, do Blue Hole i tu zakończenie nura. Nasycili się Bellsem po uszy i byli bardzo zadowoleni, dokonali lekko kozackiego wyczynu, bo całą trasę pokonali na standardowych dwunastolitrowych butlach. Szósty dzień to dzień dodatkowych nurkowań. Chętni się znajdują, więc ustalamy plan – The Caves a potem The Islands. Wreszcie mam okazję zaliczyć The Caves. Na każdym wyjeździe omijała mnie okazja poznania jaskiń, ale w końcu udało się i mi. Powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało i dodałem je do swoich ulubionych miejsc w Dahab. Podsunęło mi też koncepcję, że to nurkowanie jaskiniowe można by kiedyś pociągnąć i rozwinąć. W końcu, czemu nie? Tu rafy praktycznie brak. Są głównie skały, załomy i nawisy, kilka mniejszych pieczar i ta główna, otwarta wielka, przepiękna. Nurek jest dość krótki, ale kończymy go bardzo zadowoleni. Wracamy do kafejki, pałaszujemy obiad i przemieszczamy się do Islands. Jest już dość późno, w końcu to zima. Niedługo słońce schowa się za górami. Już wiemy, że nie będziemy mieć idealnych warunków jak na to miejsce. Nie będzie tego falowania promieni słońca, słonecznego tańca na rafie. Do tego okazuje się, że wizura pod wodą jak na standardy lokalne jest słaba (czyli taka wizura, jak w najlepsze dni na Zakrzówku). Jest trochę mroczno i tajemniczo, zatem mi się podoba. Wciskamy się w wąską szczelinę w rafie, zanurzamy się i przeciskamy okienkiem do małego baseniku. Rozpoczynamy wycieczkę po Islands. Nie dość, że ciemnawo, nie widać wszystkiego dobrze, to jeszcze życia mało, ale to Islands, które wszystkich zawsze porusza. Poznaję miejsca z poprzedniej wycieczki, choć nie było mnie tu rok i miałem zupełnie inne warunki. To kolejny obowiązkowy punkt do odwiedzenia w Dahabie, nigdzie nie ma tak specyficznie ukształtowanej rafy tworzącej rój niewielkich wysepek wypiętrzających się niemal na samą powierzchnię wody, tworzących wąskie korytarze, ciasne zakręty i wielopiętrowe tarasy. Wracamy tym samym okienkiem, czując, że słońce już całkowicie schowało się za górami. Dodatkowa dawka adrenaliny dostarczona zostaje przez cwanego jeżowca wystawiającego swoje kolce w wąskim przejściu i parkę ciekawskich skrzydlic, które akurat teraz postanowiły tutaj zaparkować. A w okienko niełatwo jest wpłynąć powoli z powodu przyboju. Kończymy jednak wszyscy cali i szczęśliwi. To był ostatni, kolejny dzień to suszenie sprzętu, pakowanie i długi powrót do domu, do polskiej zimy, do szarówki. Wsiadając do samolotu zastanawiam się, które miejsca mógłbym znowu odwiedzić w moim (bo jakże by inaczej) mieście Dahab. I kiedy. Kiedy znowu usiądę w cichym zakątku restauracji Crazy Mummy, zjem przepyszne Om Ali i zaplanuję kolejne nurkowania w miejscach mi znanych, oraz tych, których jeszcze nie miałem okazji odkryć. A tych nie brakuje.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 5. (kubaCE) Sałata podwodna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 6. (kubaCE) Stołowy koralowiec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 7. (kubaCE) W takich warunkach człowiek strzela zdjęcia jak opętany próbując uchwycić choć cząstkę otaczającego go piękna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 8. (kubaCE) kipiel życia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 9. (kubaCE) A to moi drodzy kursanci jest znak nurkowy przedstawiający rybę o nazwie… ?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 10. (kubaCE) Błazenków od groma i ciut ciut.

 

Nasze urocze kamieniołomy

Na terenie naszego uroczego kraju mamy trzy porządne kamieniołomy – nurkowiska. Zwracam uwagę tylko na takie, które mają pełną infrastrukturę na brzegu, przygotowaną pod nas – nurków. A przynajmniej starają się ją mieć w jak najszybszym czasie (choć kwestia „jak najszybszy” jest tu mocno względna i zależy od punktu widzenia). Mówię tutaj o nurkowiskach, do których możemy wpaść praktycznie bez zapowiedzi – a już na pewno w trakcie sezonu nurkowego (czyli u nas mówimy mniej więcej o okresie od kwietnia do października), na miejsce można nie zabierać ze sobą sprzętu, lub mieć braki w sprzęcie. Te miejsca powinny oferować ciekawe walory nurkowe, być w pełni przygotowane do obsługi nurków od A do Z: ładować butle powietrzem (choć przydałyby się też inne mieszanki dla zaawansowanych nurków), udostępniać suche i wygodne miejsca (najlepiej zadaszone) do przebierania się, dać możliwość dostarczenia blisko wody sprzętu i zaparkowania auta. W chłodniejsze dni przyda się pomieszczenie zamknięte by złapać trochę ciepła, przydadzą się też jakieś przekąski i ciepłe napoje i mamy już całkiem przyzwoity europejski poziom. Nie zaszkodzi też by opiekun akwenu miał jasną politykę cenową (o wysokości nie ma co dyskutować, zawsze się znajdą głosy, że może być taniej). Warto też sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wymieniane te nurkowiska są na takim poziomie, że bez cienia wstydu możemy zaprosić na nurkowanie naszego znajomego z zagranicy? A przy okazji warto wspomnieć o położeniu akwenu i przez to jego dostępności dla nurków z całej Polski i jej okolic.

Same walory nurkowe wszystkich trzech akwenów są bezsprzecznie wysokie – warunki pod wodą potrafią być znakomite i bardzo rzadko się dzieje, że wizura jest tragiczna. Każdy akwen ma do zaoferowania różne atrakcje pod wodą, oczywiście Zakrzówek z racji głębokości i wielkości będzie w tej kategorii zawsze wygrywać, ale umówmy się, że i Piechcin i Koparki Jaworzno dają nam dużo nurkowej frajdy i warto je w swoim nurkowym życiu zaliczyć co najmniej raz, jak nie dwa. Atrakcjami Zakrzówka są niekończące się pionowe skalne ściany, półki, zatopione drzewa, możliwość osiągnięcia trzydziestu metrów i masa sztucznie zatopionych atrakcji zaczynając od instalacji do ćwiczenia pływalności a kończąc na dwóch samolotach i Grubym, czyli drewnianym statku leżącym na dwunastu metrach. W Koparkach obowiązkowo oglądamy… koparki, piękne, majestatyczne i gigantyczne. Kopary, przy których czujemy się maluczcy. Kopary fajne są dla wycertyfikowanych już „owudziaków”, raz, że się nie pogubią – akwen za duży nie jest, dwa, że nie przekroczą swoich uprawnień nawet jak się bardzo będą starać – maks siedemnaście metrów i dno. Piechcin to zatopiony pełnomorski jacht „Magda M.” z betonowym poszyciem, fajny łuk skalny, zatopiony las i kolor wody przypominający momentami jakiś Adriatyk, albo coś koło tego. Tylko tam jak dotąd udało mi się trafić wizurę, która powaliła mnie na kolana. Wizurę spotykaną tylko w morzach.

Koparki

Foto 1. (kubaCE) Koparki Jaworzno. Robią wrażenie.

Jadąc na przygotowane nurkowisko liczymy na to, że opiekun nurkowiska stanie na wysokości zadania i ułatwi nam nurkowanie pod każdym aspektem. Każda z wymienionych baz oferuje nam ładowanie butli, choć w przypadku Piechcina mówimy póki co o ładowaniu niestacjonarnym – butle są zabierane z bazy do ładowania w mieście. Podobno już w tym roku ma ruszyć ładowanie na miejscu. Zakrzówek i Piechcin nie biją butli do maksa. Strata nie duża, ale tu wygrywa obecny opiekun Jaworzna – butle ładowane są „po brzegi”. Wymagający innych mieszanek mogą mieć problem. Na Zakrzówku w cenniku mamy inne gazy, ale zaznajomieni z tematem twierdzą, że nigdy nie można natrafić na moment, żeby ktoś mógł przygotować daną mieszankę. To znaczy, gazy do mieszania są, ale człowieka uprawnionego do mieszania już trudniej spotkać. Koparki według oficjalnej strony, w obecnej tymczasowej formie proponują wypożyczanie butli z nitroxem, z nieoficjalnych informacji wynika, że jest możliwość ładowania innymi mieszankami. O mieszaniu na miejscu nie ma słowa na oficjalnej stronie. Piechcin? Tylko powietrze.

Infrastruktura powierzchniowa jest bardzo różna. Jeżeli miałbym przywieźć kogoś z zagranicy i pokazać mu te trzy miejsca to chyba obecnie najlepiej prezentuje się Zakrzówek, choć zabudowa nie jest jakoś szczególnie estetyczna. Rozumiem, że wynika to z warunków umowy użytkowania terenu, że wszystko ma być maksymalnie tymczasowe. Myślę, że Maciek Curzydło, właściciel zakrzówkowej bazy Kraken wie, że łaska miasta może się zawsze skończyć i że może się powtórzyć scenariusz jak z Koparek, gdzie poprzedniego właściciela pożegnano praktycznie bez żalu i ceregieli. A ówczesna baza na Koparkach prezentowała się naprawdę zacnie. Pomimo, że zabudowa też była tymczasowa, Mirek Kierepka i jego Orca Group włożyli sporo roboty w to by baza prezentowała się elegancko. Przyznam, że ówczesny wygląd bazy stawiał ją najwyżej w kategorii estetycznej. Zakrzówek ma rozbudowaną bazę, ale jeżeli chodzi o prezencję, to szału nie ma. Piechcin na tym tle wypada zwyczajnie biednie. Obecne Koparki też teraz nie robią wrażenia, ale jest i tak lepiej niż na Piechcinie, z resztą to podobno stan tymczasowy, już na oficjalnej stronie prezentowane są plany architektoniczne takiej bazy, że mucha nie usiądzie. Pytanie tylko, kiedy plany zostaną zrealizowane. Poczekamy pewnie jeszcze z rok co najmniej.

Piechcin

Foto 2. (kubaCE) Malowniczy łuk w Piechcinie.

Zakrzówek to spory główny budynek, w którym znajdziemy bardzo porządnie wyposażony sklep nurkowy z bardzo dobrymi cenami, wypożyczalnię sprzętu i sprężarkownię. Są też pokoje socjalne dla klubowiczów Krakena, w zimę można korzystać z wygodnej łazienki. Sklep nie dość, że świetnie wyposażony, to jeszcze ceny czasem wręcz okazyjne. Wypożyczalnia też na bogato wyposażona, ale jak mamy sezon to radzę rezerwować sprzęt z dużym wyprzedzeniem. Sprężarkownia ma sporą wydajność, ale w sezonie poczekamy na napełnienie butli i z pół godziny. Toalety „letnie” mamy na zewnątrz, w osobnym budynku. Przyzwoite, żadne tojtojki. Problem, że możliwości szamba są dość ograniczone i w letni weekend dość regularnie toalety są wyłączane z użytku ze względu na pełne szambo (w Krakowie nie da się znaleźć rozsądnego odbieracza nieczystości, który nie odebrałby ich w weekend?). Jest też Ramzes, albo Pan Kiełbaska, czyli lokalna „gastronomia”. Jak dla mnie to żarcie pod nurków ciut za ciężkie – grillowane kiełbachy i karkówki, ale to kwestia gustu. Mamy też dużo dużych i solidnych wiat, dwa parkingi i wygodną drogę dojazdową. Baza ma swoją ograniczoną pojemność i w bardziej tłumne dni radzę być bladym świtem.

Koparki mają bardzo elegancko jeżeli chodzi o teren do zagospodarowania. Dużo ładnej płaskiej powierzchni, jest jak się tu urządzać. Póki co dużo tego nie ma. Barak – główny budynek, tu ładujemy butle, tu się rozliczamy, tu wypijemy kawę, herbatę, zupę, kupimy sobie jakiś napój czy przekąskę z automatu. Wypożyczyć sprzęt też można, ale póki co tego dużo nie ma. Mamy też namiot iglo, w którym można się w zimne dni ogrzać. Toalety to szpalerek tojtojek, do tego kilka wiat i parking. Wszystko, co trzeba, ale czekam na więcej i porządniej.

Piechcin to znowu jakaś zbieranina ze złomu – jakiś pseudobarakowóz robi za pomieszczenie opiekuna, jedna wiata i kawałek jakiegoś materiałowego dachu. W zimne dni tutaj ciężko jest gdzie się ogrzać poza wnętrzem własnego samochodu. Stawiane są też jakieś kontenery, które mają być wkrótce wypożyczalnią sprzętu i sprężarkownią. Parking mikry i dosłownie jedna tojtojka. Jest miejsce na więcej i plany też chyba jakieś są, ale póki co mamy tutaj najsłabszą infrastrukturę. A szkoda, bo to miejsce zasługuje na więcej.

Trzech operatorów, zatem trzy różne cenniki, choć widać podobieństwa. Zakrzówek i Koparki skupiają się na opłacie bazowej za dzień naszego pobytu. W obu przypadkach mówimy o kwocie trzydziestu złotych. W tej cenie nurkować możemy tyle, ile nam się będzie chciało, dodatkowo w zimę Koparki w cenie oferują ciepły napój – miły gest. Za ładowanie powietrza liczą nas podobnie – płacimy za butlę, a nie za faktycznie bite litry. W przypadku Zakrzówka możemy powiedzieć o systemie premiującym grupy zorganizowane z instruktorem – preferencyjny cennik wszystkich opłat, łącznie z biciem butli. Piechcin też stosuje promocje dla instruktorów z grupą powyżej sześciu osób (mowa jest o organizatorze grupy, więc teoretycznie nie musimy być w takim przypadku instruktorem nurkowania), ale cennik Piechcina to niestety, ale dla mnie kuriozum. Właściciel wychodzi z założenia, że korzystniej dla wszystkich będzie jak będzie liczone wszystko oddzielnie, ilość aut (i zdaje się – ich wielkość), nurków i nurkowań. Zastanawiałem się jak są w takim razie liczone nurkowania w dni, kiedy baza jest oblegana – odkryłem klucz dość szybko, przywożąc swoją grupę zorganizowaną – właściciel wychodził z założenia, że wszyscy nurkują maksymalną ilość razy. W ogóle system rejestrowania i rozliczania grupy w Piechcinie to była w tym przypadku jakaś masakra i spędziłem bitą godzinę z opiekunem próbując pogodzić zapisy z jego i mojej listy odnośnie rzeczy podlegających opłacie. Zalecam więc, jeżeli planujecie wypad grupą na Piechcin, niech lepiej każdy sam się rozlicza i pilnuje swoich zapisków. Widzę dobrą wolę u właściciela, ale nie rozumiem pokrętnej logiki rozliczania. Według mnie zła droga, zwłaszcza niezrozumiała na przykładzie nocnego nurkowania, które owszem można wykonać, ale za dodatkową opłatą… 30zł. Czyli niemal podwajamy koszt korzystania z Piechcina, jeżeli decydujemy się na nocne. Nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa, więc nie wiem, czy wysokość tej opłaty wynika z tego, że opiekun karnie zostaje i czeka do zakończenia nurkowań nocnych, ale opłata powala i mocno zniechęca do bawienia się w nocne w tym miejscu.

Zakrzówek

Foto 3. (kubaCE) Zakrzówek to przede wszystkim mój ulubiony Gruby – drewniany statek spoczywający na 12m.

We wszystkich miejscach zachęcam do nieskrępowanej kontroli zapisków czynionych przez obsługę akwenów. Nie zakładam złej woli obsługi, ale w gorących chwilach potrafią namieszać w zapisach i potem się robi niepotrzebna dyskusja na ten temat.

Jako nurek rekreacyjny nie przepadałem za Zakrzówkiem – denerwowała mnie ilość ludzi, jaka potrafi tu wystąpić w ciągu ciepłego weekendu. Piechcin mnie urzekł pod wodą, ale nad wodą oczekiwań nie miałem żadnych, więc nie przeszkadzał mi stan bazy. Bardzo spodobała mi się baza w Koparkach, choć pod wodą się zawiodłem. Koparki są ekstra, ale na raz. Obecnie z resztą pod wodą nie ma żadnych innych większych atrakcji.

Jako instruktor obecnie doceniam infrastrukturę i zaplecze Zakrzówka, doceniam też walory samego akwenu, który oferuje ogromną różnorodność i atrakcje pod wodą. Chciałbym bardzo móc to samo powiedzieć o Piechcinie, bo akwen mnie zauroczył, choć jest mniejszy od Zakrzówka. Niestety, pomimo swoich możliwości turystyczno szkoleniowych (jest i głębokość odpowiednia, jest różnorodnie, są atrakcje podwodne) Piechcin obecnie spadł na ostatnią pozycję, już tymczasowa baza na Koparkach prezentuje się lepiej i zdecydowanie wygodniej z niej się korzysta pod każdym względem – łącznie z opłatami. Koparki są o tyle dla mnie mało atrakcyjne, że sam akwen jest mikruśny – to taki niemalże basen w wersji maksi. Prawie cały czas równa głębokość 15 – 17 metrów, żadnych półek skalnych, brak łagodnego wejścia – trudno sobie więc wyobrazić w tym miejscu szkolenia podstawowe. Na OWD za głęboko – jest jedna podwodna platforma na pięciu metrach, ale dla ludzi wchodzących pierwszy raz do otwartej wody w nurkowym sprzęcie Koparki to chyba niepotrzebne wyzwanie. Z kolei AOWD tutaj nie zrobimy, nie mamy możliwości złapania większej głębokości. Nowy właściciel dużo obiecuje, ale to wciąż tylko obietnice. Na efekty trzeba będzie poczekać.

Lokalizacja Piechcina daje mu największą szansę zdobycia dużej ilości klientów pośród polskiej nurkowej braci. Nieco poza środkiem Polski, ale jednak zewsząd wszyscy mają najbliżej do Piechcina. Drogowo było słabo, teraz jest nieźle, bo i A2 i A1 bardzo usprawniły dojazd w ten region Polski. Północna część Polski poszkodowana jest jeżeli chodzi o Zakrzówek w Krakowie i Koparki w Jaworznie. Nie dość, że trzeba się przedrzeć przez cały kraj, to jeszcze sieć dróg nie powala. Dojazd do Krakowa od strony Warszawy, gdzie wciąż mamy do czynienia z jednym pasem w każdą stronę na długich odcinkach, to dla mnie jakaś masakra w dzisiejszych czasach. To już na Jaworzno dojechać można sprawniej, korzystając z jednej autostrady i ekspresówek. Wtedy wygodniej jest z tego punktu dojechać do Krakowa korzystając z A4. Dobrym pomysłem jest zaplanowanie weekendu z objazdem obu kamieniołomów. Pierwszego dnia bawimy się na Koparkach, na drugi dzień przejeżdżamy na Zakrzówek i mamy bardzo fajny nurkowy weekend zapewniony.

Poprosiłem też moich znajomych o komentarz odnośnie naszych nurkowalnych kamieniołomów.

Zakrzówek dla mnie jest akwenem numer jeden – pisze Błażej Kabziński, instruktor nurkowania (www.godiving.pl) –  na mapie polskich nurkowisk, szczególnie pod względem szkoleniowym. Jest to miejsce, które zawsze pozytywnie zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonego nurka. Nurkowisko to jest bezkonkurencyjne pod względem wielkości, rozbudowanej infrastruktury na powierzchni oraz ilości atrakcji pod wodą (tych naturalnych oraz zapewnionych przez CN Kraken).

Kamieniołom Koparki w Jaworznie to mój nr dwa na liście, choć po zmianie dzierżawcy terenu może to z czasem się zmieni. Z całą pewności jest to akwen mniejszy i mniej urozmaicony niż ten w Krakowie, więc z założenia mniej atrakcyjny. Można go opłynąć dookoła w trakcie jednego nurkowania 🙂 to co jest wyróżnikiem tego akwenu to same koparki, które robią na prawdę duże wrażenie oraz ciekawostka, że w tym zbiorniku nie występuje wyraźna termoklina.

Piechcin jest bardzo urokliwym miejscem po środku „niczego”. Zajmuje trzecie miejsce przede wszystkim ze względu na warunki pod wodą, a raczej pochodzenie tego zbiornika. Jest to miejsce skąd wydobywano wapień i to o wysokiej czystości. Powoduje to, że woda ma niecodzienny, jak na Polskę, turkusowy kolor, ale zalęgający na dnie pył wapienny jest bardzo lekki i podnosi się z każdym nieumiejętnym machnięciem płetwy nad dnem. Po wizycie w Piechcinie zdecydowanie polecam dobre przepłukanie sprzętu z wszędobylskiego pyłu. Infrastruktura też niestety jest najgorzej rozwinięta. Najbardziej dotkliwa jest kwestia braku sprężarkowni na miejscu, przez co można mieć zdecydowanie dłuższą przerwę między nurkowaniami niż się planowało, bo butle „jeszcze nie wróciły”.

Cokolwiek by nie pisać i szukać dziury w całym, to każde z tych miejsc warto odwiedzić. Każde z tych miejsc jest specyficzne i wyjątkowe. Są to zupełnie inne zbiorniki niż jeziora i warto o nich pamiętać, planując wyjazd nurkowy, ale każde z nich daje ogromną frajdę.

Tomek Wolski – perfectdive.pl – instruktor nurkowania: Nurkując czysto rekreacyjnie, zanim zostałem instruktorem, uwielbiałem Koparki w Jaworznie, ale te za czasów Mirka Kierepki i tak by było do dzisiaj… To, co stworzył Mirek miało swój niezwykły klimat. Infrastrutkura, nowe inwestycje, masa udogodnień dla nurków – wiaty, platformy… i najważniejsze – toaleta, w której czułeś się jak w domu :))) Obecnie Koparki to już nie to samo miejsce jak dla mnie. Od czasu sprzedaży byłem tam dwa razy i jakoś w żaden sposób mnie tam nie ciągnie.
Jako instruktor lubię Zakrzowek, za to że spelnia wszystkie moje potrzeby: doceniam udogodnienia do prowadzenia kursów od OWD aż do DIVEMASTERA. Moje postrzeganie miejsca nurkowego zmieniło się diametralnie w chwili zostania instruktorem. Przede wszystkim bezpieczeństwo kursantów jest dla mnie priorytetem,, ale rowniez komfort mojej pracy z ludźmi – Kraków spełnia w stu procentach.

Podsumowując te akweny w kilku słowach:

Zakrzówek –  zaleta: lokalizacja i atmosfera; wada: mało wydajny bank powietrza.
Koparki – zaleta: blisko z Łodzi; wada: wpuszczanie na teren ludzi postronnych.
Piechcin – zaleta: woda; wada: ładowanie butli, a zwłaszcza powietrze masakrycznie wilgotne w smaku.

Bartek Sajkowski – instruktor nurkowania:

Najbardziej odpowiadał mi jako turyście podwodnemu Zakrzówek, ale przede wszystkim późną jesienią lub zimą.O tej porze roku jest mniej nurków i lepsza wizura. Jako instruktor dalej preferuję Zakrzówek. Można na nim wykonać prawie wszystkie kursy i specjalizacje. Zakrzówek zajmuje pierwsze miejsce, drugie Koparki a na szarym końcu Piechcin.

Zakrzówek – ilość atrakcji podwodnych, głębokość i ukształtowanie odpowiednie do prowadzenia kursów, niezła infrastruktura. Postarałbym się za to lepiej zorganizować parking. Koparki – fajna rzecz to Koparki Fajny zbiornik do ćwiczenia i do prowadzenia niektórych specjalizacji. Do poprawy infrastruktura. Piechcin – dość ciekawie pod wodą, ale cała reszta mocno kuleje. Zacząłbym od zorganizowania sprężarki

Gdybym mógł stworzyć własny kamieniołom łącząc cechy zebrane z innych, wyszłoby połączenie Zakrzówka, Koparek i Sparmanna czyli wizurka Koparek, atrakcje Zakrzówka i głębokość Sparmanna. A gdybym mógł coś poprawić w naszych akwenach to do Koparek i Zakrzówka dodałbym głębokość i zrobił jak najlepszą infrastrukturę na powierzchni.

Podsumowanie GEPN 2014

W sobotę 13 grudnia o godzinie 17:00 odbyliśmy spotkanie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska podsumowujące kolejny rok naszej działalności. Kolejny intensywny rok, rok dużych imprez i coraz poważniejszych przedsięwzięć. Rok, w którym postanowiliśmy, że GEPN stanie się formalną strukturą i w ten sposób będzie można działać jeszcze skuteczniej promując nurkowanie i nurkowanie w Polsce, zwłaszcza tu u nas na Mazowszu. Miałem przyjemność przeprowadzić krótkie omówienie wydarzeń z kaledarza GEPN 2014 i zrobić krótkie podsumowanie dokonań, choć sam przyznałem się, że w związku z szalonym pomysłem zostania instruktorem nie mogłem uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach GEPNu w tym roku.

Pozostali prelegenci: Kamil Jakuza – opowiadał o tych najważniejszych imprezach: Pikniku, Big Jumpie i Sprzątaniu Świata. Adam Dynowski zdawał relację z nurkowania w ciekawej gliniance radzymińskiej, w której zatopione są wagoniki górnicze. Michał Gorzelak z kolei przypomniał nam uroki nurkowania w ECP, czyli już nieistniejącym nurkowisku w zalanych podziemiach elektrociepłowni pruszkowskiej.

Podsumowując ten rok w liczbach:

  • 34 imprezy GEPN w tym roku
  • 30 nurków – największa frekwencja nurków na imprezie GEPN, tyle osób nurkowało naraz – jak zwykle w Zielonce, przy okazji pikniku i sprzątania glinianek
  • 25 osób nurkowało na rozpoczęcie sezonu w maju, w Zielonce
  • 16 nurków na Diversnight
  • 15 nurków w Forcie Zbarż – popularność tego miejsca rośnie, warunki potrafią tam być czasem bardzo przyzwoite, o ile pogoda dopisuje
  • 14 nurków na Big Jump
  • 13 akwenów obnurkowaliśmy w tym roku, w tym
  • 9 nowych akwenów
  • 6 razy w naszej ulubionej zielonkowskiej Gliniance Kwadrat
  • i po 4 razy w Gliniance Mikołaj i Forcie Zbarż.

Występowaliśmy w telewizji, w radiu, prezentowaliśmy się na Nurgresie i targach Podwodna Przygoda, na festiwalu FreeFrog TV, przeprowadzaliśmy intra nurkowe w ramach pikników w Zielonce i w Grodzisku Mazowieckim.

Podsumowanie w wersji filmowej i kilka zdjęć ze spotkania:

 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki

Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.

Koparki

Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.

Koparki

Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki

Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.

Koparki

Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.

Koparki

Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki

Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.

Koparki

Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.

Koparki

Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.

Koparki

Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.

Koparki

Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.

Koparki

Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.

Koparki

Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.

Koparki

Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.

Koparki

Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).

Koparki

Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.

Koparki

Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.

Koparki

Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.

Literatura nurkowa

Kiedyś umieściłem ten wpis na forum Nuras. Teraz zainspirowany jedną rozmową uznałem, że miejsce tego wpisu jest na Nurkologu. Trochę dodałem, trochę poprawiłem.

ksiazka-glebokie-zanurzenie

Głębokie zanurzenie: Tragiczne przygody podczas nurkowań na Andrea Dorii

Kevin F. McMurray.

Andrea Doria – włoski liniowiec pasażerski zatonął w 1956 roku podczas podróży do Nowego Jorku. Spoczął na głębokości 76 metrów u wybrzeży wyspy Nantucket (USA). Przez wiele lat statek ten stanowił cel wypraw nurkowych (w tym wielu takich, które kłócą się z moim pojmowaniem etycznego nurkowania – czyli polowań na artefakty). Ciekawostką jest to, że statek, z którym zderzyła się Andrea Doria, pływa do dzisiaj i czasem zawija do polskich wybrzeży. Wtedy nazywał się „Sztokholm”, teraz nosi imię „MS Athena”. (za Wikipedią).

Książka jest wciągającą kroniką nurkowań na Andrea Dorii w tym oczywiście tych, które nie zakończyły się szczęśliwie. Ciekawie opowiada o amerykańskim biznesie nurkowym (głównie o łodziach organizujących wyprawy nurkowe), o rywalizacji pomiędzy nurkami, o ciekawych postaciach amerykańskiej historii nurkowania. Wśród pojawiających się bohaterów odnajdziecie tych ulubionych, którzy pojawiają się w innych wymienianych poniżej tytułach. Autor ma smykałkę do pisania, stara się bardzo obiektywnie przedstawiać wszystkie wydarzenia, tłumacze dali radę, choć niestety edytor się nie postarał i jest sporo błędów.
8/10

gladiator-oceanu-b-iext8645869Gladiator Oceanu

Mark Ellyatt

Mark Ellyat to ciekawa, bardzo barwna postać. Techniczny nurek, instruktor nurkowania, posiadacz rekordu głębokiego nurkowania z 2003 roku (313 metrów) na obiegu otwartym. Tytuł książki jest wręcz kretyński, trudno podejrzewać, że za nim skrywa się bodaj najfajniejsza, najbardziej jajcarska i urocza opowieść o bardzo barwnym życiu i karierze nurkowej Marka. Można traktować to jako pseudo autobiografię, gdyż czuć wyraźnie, że autor lubi przejaskrawiać pewne rzeczy i pisze z mocnym przymrużeniem oka. Styl jednak jest wręcz wybitny, czuć w nim brytyjską smykałkę do zjadliwego humoru. To jest książka, przy której niejednokrotnie będziecie głośno rechotać. To tak jakby Terry Pratchett postanowił zanurkować i opisać swoje doświadczenia. Na mojej prywatnej skali mocna dziesiątka, pomimo znowu średniej korekty tekstu, która przepuściła sporo baboli. Tłumacz dał radę. 10/10

Mrok

Phillip Finch

Znowu bardzo wciągająca książka, niemalże czułem się jakbym był blisko związany z wydarzeniami i osobami, które uczestniczyły w ostatnim zanurzeniu Davida Shawa. David upodobał sobie nurkowanie jaskiniowe i miał niesamowite osiągnięcia w głębokich nurkowaniach na obiegu zamkniętym, w jaskini Boesmansgat (Bushman’s Hole w Afryce). Zszedł niemalże na samo dno jaskini, na głębokość 270m w 2005 roku. Odnalazł tam ciało Deona Dryera, który zginął w jaskini w 1994 roku. Postanowił wydobyć ciało na powierzchnie. Niestety, los chciał, że David zginął w trakcie próby wydobycia zwłok. Przewrotność opatrzności polegała na tym, że ekipa likwidująca osprzęt zamontowany w trakcie tego nurkowania zupełnie nieświadomie pociągnęła ku powierzchni oba ciała. David osiągnął więc swój cel, choć zapłacił najwyższą możliwą cenę. Po prostu dech z piersi wyciska do ostatniej strony. Brawa dla autora. Brawa także dla tłumaczenia i korekty.

9/10

28516de705e149fb81c24e7ec6df8628
W pogoni za cieniem

Robert Kurson

Niesamowita opowieść, nadająca się na film (chodzą bardzo poważne ploty, że już powstaje, ale na tym etapie może się jeszcze wszystko zmienić pięć razy), takie historie bardzo lubimy i bardzo nam uruchamiają wyobraźnię. Odnaleziony wrak U-boota w okolicach Jersey, niebezpieczne nurkowania by odkryć jego tajemnice i żmudne śledztwo by go zidentyfikować. Nurkowanie z wydobywaniem artefaktów z wraków uważam za nieetyczne, nie podoba mi się to, czym parają się bohaterowie tej książki, ale ich chęć identyfikacji okrętu podwodnego i poznania jego historii i mi się udzieliła. Niestety, albo fatalne tłumaczenie, albo autor niespecjalnie ma smykałkę do pisania. Historia fantastyczna, ale pisana takim stylem, że można czasami dostać szczękościsku. No i takie błędy przeszły w korekcie, że szczęka po prostu odpada, bo już nie opada. 6/10

Ocieplacze – pojedynek Bare vs Element

halo3d-mens-zoom

Foto 1. (producent) Już z daleka widać, że ocieplacz nadaje się jako kostium do filmu Sci-Fi.

Przy okazji wyjazdu nad Hańczę miałem możliwość przetestować ocieplacz 4th Element Halo 3D. Jest to ocieplacz z górnej półki cenowej, a może nawet innego regału cenowego. Zabierałem go ze sobą dzięki uprzejmości Tomka Grzyba z Shop4Divers.pl. W bagażach wiozłem także swój ocieplacz Bare Hi-loft Polarwear Extreme. Sprawdzony już w różnych warunkach polskich wód. Nie zdarzyło mi się w nim zmarznąć. Widziałem, jakie cuda potrafi on nawet po totalnym zalaniu. Wystarczy wycisnąć dobrze z wody, powiesić w przewiewnym miejscu, jeżeli pogoda dopisuje, za godzinę ocieplacz będzie prawie suchy. Bare też do najtańszych nie należy, jednak nie należy do czołówki w kwestii cenowej. Niemniej jednak nie miał niczym ustępować pod względem parametrów droższemu koledze.

halo3d-womens-zoom

Foto 2. (producent) Damska wersja. „Zameczek ulgi” w ciut innym ułożeniu.

Już z dala widać, że te ocieplacze reprezentują zupełnie inną szkołę projektowania. Bare – typowy pikowany ocieplacz, jaki widujemy regularnie na polskich nurkowiskach, na wierzchu śliska powierzchnia, pod spodem przyjemny polarowy misio. Czwarty element to super futurystyczny wygląd, taka zbroja z jakiegoś filmu sci-fi. Dzianinowa powierzchnia skrywa sztywne panele pokrywające najbardziej narażone na zimno części ciała. Ubierając tą zbroję mamy wrażenie, że zamieniamy się w jakiegoś kosmicznego komandosa i że całość będzie nas chronić od ataków potworów i postrzałów z miotaczy. Jeżeli chodzi o wygląd, zdecydowanie Element dodaje nam charyzmy i niesamowitego szyku. Moim zdaniem w tym ocieplaczu możemy udać się nie tylko na nurkowanie, ale i do teatru, koniecznie na przedstawienie modnego reżysera, na którego przedstawieniach pojawia się artystowsko zwichrowana młodzież. Lans murowany. Mój Bare w tym pojedynku przegrywa. Wygląd klasyczny, nieco workowaty. Szyku w nim nie zadamy.

hlpolarm_2

Foto 3. (producent) Bare hi loft w wersji męskiej.

Niektórzy kupują oczami, ale większość z nas zanim wyda ten tysiąc złotych przynajmniej, przymierzy oba ocieplacze. Sprawdzi wygodę zakładania, noszenia i zdejmowania. I tutaj bitwa będzie nie rozstrzygnięta, choć w kilku punktach widać małą przewagę Elementu.

halo3d-spacetek-panels

Foto 4. (producent) Grube panele na piersi sprawiają, że czujemy się „kuloodporni”.

Bare zakłada się szybko i bezproblemowo. Układa się na człowieku jak druga skóra. Wewnętrzny misio jest bardzo przyjemny w dotyku. Nosiłem już ten ocieplacz nieraz, prowadziłem w nim samochód. Ba, spędzałem nawet chłodny wieczór w domowym zaciszu. Diabelsko wygodne odzienie. Żadnych ograniczeń ruchu, uwierania, czy niedogodności. Workowaty wygląd to tylko pozory, ocieplacz nosi się bardzo dobrze zarówno „na sucho” jak i pod sucharem – nie zwisa, nie ma luzów, które mogłyby jakoś przeszkadzać. Dwie rzeczy uważam za mniej przyjemne. Tasiemki na kciuki czasem się tak zrolują, że po założeniu potrafią nieprzyjemnie uciskać. Druga rzecz to ściąganie ocieplacza – wyraźnie ciężej się go zdejmuje niż zakłada. Nie jest to duża wada, ale jednak zauważalna. Za to na pewno wyżej sobie cenię odprowadzanie ciepła w Bare. W Elemencie nie znajdziemy tylu bajerów, które mają nam ułatwić oddawanie ciepła (i wilgoci, i różnych ludzkich zapachów) na powierzchni. W obu ocieplaczach brakuje szelek, więc założenie jest, że jak się już przebierzemy w ocieplacz to musimy w nim paradować ubrani kompletnie weń. I tu wygrywa Bare ze swoimi otworkami i zastosowanym innym, cieńszym materiałem na zgięciach przy kolanach i pod pachami.

HLPolarW_2kobiecy

Foto 5. (producent) Bare w wersji kobiecej. Trzeba się dobrze przyjrzeć by zobaczyć różnicę.

Element pomimo sztywnych paneli na piersiach zakłada, nosi i zdejmuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Oba ocieplacze w wersji męskiej wyposażono w dwustronny suwak. Dodatkowo Element otrzymał otworki pod zawór ulgi. Element ma też wygodniejsze pętelki na kciuki i ciut dłuższy kołnierzyk.

Obydwa ocieplacze mają małe zapinane kieszonki na górze. Bare na piersi, Element – na ramieniu. Obie mikre, niewiele się w środku zmieści (raczej nie smartfon). To niby żadna wada – nikt na nura nie zabiera telefonu. Jednak na powierzchni potrafimy spędzić sporo czasu w ocieplaczu – zwłaszcza instruktorzy, ja lubię sobie wypychać kieszenie różnymi przydatnymi (w mojej opinii) rzeczami – telefonem, kluczykami do auta, dokumentami – kieszonki w obu ocieplaczach są w stanie przyjąć część rzeczy, ale już poważniejszy smartfon tam nie wejdzie. Obydwa ocieplacze posiadają taśmy na stopy, w obu bardzo wygodne.

halo3d-pocket

Foto 6. (producent) Kieszonka w Elemencie na ramieniu. Na iPoda chyba.

 Tak uzbrojeni w wiedzę wskakujemy do wody i testujemy ocieplacze podczas nurkowania. Dwa totalnie odmienne projekty, zupełnie inne założenia konstrukcyjne, ale efekt jest ten sam. Nie zauważyłem żadnych różnic w utrzymywaniu ciepła, a przypominam, że miałem cały weekend nad Hańczą i siedziałem w wodzie zdecydowanie dłużej niż przeciętny nurek. W obu ocieplaczach robiło mi się zimno mniej więcej po tym samym czasie braku aktywności (w oczekiwaniu na kolejną grupę kursantów na powierzchni, albo pod wodą czekając na wykonanie ćwiczeń, albo ponowne sformowanie grupy). Nie zalewałem specjalnie suchara, nie miałem ochoty testować szybkości schnięcia Elementu. Mam to przetestowane w Bare i wiem, że ocieplacz zachowuje dalej właściwości izolacyjne i nurkowanie z „podlanym” sucharem nie stanowi straszliwej tortury. Schnie też pioruńsko szybko. Nie wiem jak zachowa się Element w tej sytuacji i jak szybko wyschnie. Same końcówki rękawów – rzecz, którą regularnie moczę – schły szybko i bezproblemowo.

kieszenbare

Foto 7. (producent) Kieszeń Bare na sercu. Pojemność równie znikoma.

Dwa słowa o wyporności. Podobno Element ma minimalizować dodatnią wyporność. Nie stwierdzono. Wręcz odwrotnie. Zaskoczyło mnie, że w tej samej konfiguracji sprzętowej, na basenie do trzech metrów głębokości miałem problemy z zanurzeniem się. Musiałem sobie dorzucić kilo w stosunku do ocieplacza Bare. Czyli Bare tu wygrywa.

Gdybym miał teraz wybierać ocieplacz i miałbym pieniądze na Element, pewnie bym go wybrał. Podpowiadano mi, że przy zastosowaniu odpowiedniej bielizny ocieplacz ten jest odporny na każdy chłodek. Nie będę ukrywał, że lubię ładne rzeczy i czasem kupuję rzeczy oczami. W tej kategorii Element wygrywa. Doceniam jednak Bare i uważam, że jest to równie dobry ocieplacz. Brakuje mu takich bajerków jak otworki na zawór ulgi, chętnie dorobiłbym mu szelki (ale tych także brakuje w Elemencie) i wymienił tasiemki na kciuki. Niemniej jednak w tej cenie Bare jest niepokonany, zapewnia znakomite warunki cieplne, jest bardzo wygodnym ocieplaczem.

Oba ocieplacze nadają się na nasze trudne warunki, na długie godziny pluskania się w naszych wodach. Bare to wydatek rzędu tysiąca złotych, Elementowi bliżej już do dwóch tysięcy. Stosunek ceny do jakości zdecydowanie więc bardziej korzystny w przypadku Bare. Z tym że otworki na zawór ulgi w Elemencie wskazują, że zamysłem autorów było zdobycie konkretnego typu klienta – nurka technicznego.

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.

DCIM100GOPRO

Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.

DCIM100GOPRO

Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.

DCIM100GOPRO

Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA

Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA

Foto 6. (kubaCE) Startujemy!

DCIM100MEDIA

Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.

DCIM100MEDIA

Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO

Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO

Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.

DCIM100GOPRO

Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!

DCIM100GOPRO

Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.

DCIM100GOPRO

Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!