W odległej Estonii, część I

002

Fot. 1. (kubaCE) W drodze.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

030

Fot. 2. (kubaCE) „Skromny” domek myśliwski

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

003Rummu

Fot. 3. (Google) Zbiornik Rummu

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

010

Fot. 4. (kubaCE) Widok na kuchnię z pięterka.

009

Fot. 5. (kubaCE) Kominek jako pyszny dodatek dekoracyjny i centralne źródło ciepła.

006a

Fot. 6. (kubaCE) Ekipa celebruje pierwszy wieczór w Rummu.

004

Fot. 7. (kubaCE) nasza osada

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

011

Fot. 8. (kubaCE) Pierwszy rzut oka na nasze nurkowisko.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

 

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

Fot. 9. (Bartosz Metlerski) Pierwsza miejscówka.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

015

Fot. 10. (kubaCE) W drodze na Mur.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Fot. 11. (kubaCE) Pierwszy budynek.

CAMERA

Fot. 12. (kubaCE) Mur

CAMERA

Fot. 13. (kubaCE) Budynek przy plaży. Na dnie widoczne oczko siarkowodoru.

CAMERA

Fot. 14. (kubaCE) Budynek przy plaży.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Kontynuacja artykułu: W odległej Estonii, cz. II

EXIF_HDL_ID_1

Fot. 15. (kubaCE). Hop do wody przy Murze.

CAMERA

Fot. 16. (kubaCE) Pod naszą platformą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 17. (Bartosz Metlerski) Rummu ze starym więzieniem w tle.

CAMERA

Fot. 18. (kubaCE) Ustawka na schodach.

Titanic – wszystko to, o czym mogliście nie wiedzieć. Część I

001

Mija właśnie sto piąta rocznica tragicznego rejsu Titanica, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku świat dumnych ludzi uległ dramatycznej zmianie kiedy bardzo nowoczesny i bardzo luksusowy statek po lekkim otarciu o kawałek lodu dryfujący po ogromnej kałuży oceanu atlantyckiego zaczął szybko nabierać wodę wbrew zamysłom projektantów, którzy byli przekonani, że zbudowali „prawie niezatapialny statek”. W niecałe dwie godziny statek poleciał na dno Atlantyku zabierając pod wodę ponad tysiąc pięćset osób. Tekst ten siedział mi w głowie już długi czas.

Zgromadzona wiedza nie jest wcale tajna, ani szczególnie niedostępna. Wszystkie te wiadomości można znaleźć w Internecie i różnych książkach. Ja je tylko zebrałem, wybierając najciekawsze i najistotniejsze informacje. Wybór jest absolutnie nie obiektywny. Po raz pierwszy usiadłem nad uporządkowaniem tej treści, kiedy przygotowywałem się do wykładu, który poprowadziłem na spotkaniu Klubu 4divers. Materiał jest na tyle obszerny (a jak wiecie, lubię się rozpisać), że postanowiłem go podzielić na dwie części. Zapraszam więc do lektury części pierwszej.

002

Clive Cussler. Autor serii powieści przygodowych.

GDZIE LEŻY MAGNES?

Jest coś w tej historii, co bardzo mnie pociągało już od dawnych młodzieńczych lat, daleko przed tym, zanim zapisałem się na kurs nurkowania (ale już w kościach czułem, że kiedyś będę nurkować). Wszystko zaczęło się od serii powieści Clive’a Cusslera o przygodach dzielnego i bardzo szczęśliwego nurka – badacza, Dirka Pitta, który wraz z przedsiębiorczą grupą pracującą dla niesamowitej narodowej agencji poszukiwań podwodnych NUMA poszukiwał różnych obiektów pod wodą, lub w jakiś sposób z nią związanych. Szczęśliwy dlatego, że posiadał niekończące się pokłady fartu, z każdej najgorszej kabały ratował się głównie dzięki szczęściu. Trzeba było trafu, że akurat gdy leżał spętany i pilnowany przez uzbrojonych zbirów coś zdarzało się takiego, że za chwilę jego wrogowie leżeli na ziemi a on już biegł w stronę cennego skarbu. Literatura przygodowa może nie najwyższej próby, ale bardzo działająca na moją wyobraźnię. Bardzo chętnie chłonąłem kolejne przygody Dirka. Bodajże najpierw był „Vixen 03” a potem „Lodowa Pułapka” i wtedy nastąpił ten błysk, to coś. Zaiskrzyło. Kolejna powieść w moich rękach, „Podnieść Titanica”, uruchomiła mnie. Dostałem absolutnego kręcioła na punkcie statku. Jakże mocno działało na moją wyobraźnię całe to zamieszanie z wrakiem luksusowego liniowca, w ładowniach którego miał znajdować się tajemniczy radioaktywny pierwiastek, który miał zmienić losy świata i zmienić bieg zimnej wojny. Najpierw mozolne poszukiwania wraku, podniecające odkrycie, a potem dramatyczne wydobycie statku na powierzchnię wody. Już we wstępie autor podkreślał, że pisząc powieść nie spodziewał się, że statek zaraz właśnie zostanie odnaleziony i że będzie się znajdować w tak świetnym stanie, choć niestety nie w jednym kawałku. Musiałem wiedzieć jak najwięcej o nim, musiałem zbadać jego prawdziwą historię. Źródłem informacji nie był na pewno film, który obejrzałem wiele lat później – na podstawie książki Cusslera, o tym samym tytule „Podnieść Titanica” – solidna, ale okropnie nudna produkcja amerykańska z lat osiemdziesiątych. Dość porządne tradycyjne efekty specjalne robiły niezłe wrażenie. Filmowcy zbudowali na serio ogromny model zniszczonego ale kompletnego wraku, który wydostaje się na powierzchnię oceanu  i kończy swój rejs wpływając triumfalnie do portu w Nowym Jorku.

005

Tak w ujęciu filmowców miał wyglądać Titanic po wydobyciu z dna oceanu atlantyckiego.

Opis statku w książce był bliższy realizmowi niż w filmie, w którym filmowcy stwierdzili, że realizm nie jest tak romantyczny jak wizja, gdy wrak, który najpierw opadał szybko cztery kilometry na dno (pęd wody, wiadomo, zrywa wszystko, opór jest silny), a potem szybko frunął do góry, równie daleko – mógł zachować wciąż takie elementy wyposażenia jak kominy, maszty i olinowanie! Film warto obejrzeć tylko dla samego odnalezienia i wyciągnięcia statku z dna. Cała fabuła jest jedynie wspomnieniem po całkiem wciągającej i zawiłej historii z książki. Miły dla oczu jest epizod sir Aleca Guinessa – odtwórcy roli Obi Wan Kenobiego w starych Gwiezdnych Wojnach.

004

Plakat filmu

Wróćmy jednak do rzeczywistości i do mojej świeżo rozkwitłej miłości do historii statku z początku dwudziestego wieku. Wyobraźcie sobie młodego człowieka, który wydaje swoje niezbyt pokaźne kieszonkowe na ogromniastą książkę – album „Odnalezienie Titanica” autorstwa Roberta D. Ballarda. Książka kosztowała wtedy trzydzieści jeden złotych (na okładce znajdują się dwie ceny, znak, że kupowałem ją w czasach, gdy Polska przechodziła denominację, stara cena – trzysta dziesięć tysięcy i pod spodem dopisane 31zł), nie była to więc dla mnie mała kwota. Myślę, że ówcześni pracownicy księgarni jak i moi rodzice byli ze mnie dumni, że postanowiłem w tak szlachetny sposób wydać swoje kieszonkowe. Dlaczego sięgnąłem po tą książkę? Otóż już od Cusslera dowiedziałem się, że to właśnie doktor Robert D. Ballard był owym człowiekiem, który odnalazł naprawdę Titanica, a stało się to w roku 1985. I to właśnie na jego książkę opisującą to wydarzenie natrafiłem w jednej z księgarni. Musiałem ją mieć!

okladka

O samych poszukiwaniach i badaniu wraku opowiem później, warto najpierw zastanowić się dlaczego historia Titanica rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń ludzi. Przecież to nie był wcale jedyny największy statek – miał przecież równie potężnych braci: Olympica i Britannica. Przecież nie była to największa katastrofa morska na świecie. Titanic ze swoim „żałosnym wynikiem” ponad tysiąca pięciuset ofiar nie znajduje się nawet w pierwszej piątce największych katastrof morskich (warto wspomnieć, że największa tragedia wydarzyła się u naszych brzegów na Bałtyku pod koniec drugiej wojny światowej i dotyczyła zatonięcia niemieckiego Gustloffa zatopionego przez rosyjski okręt podwodny i pociągającego za sobą życie sześciu tysięcy i pięćdziesięciu osób!). Chodzi tutaj jednak o ogromną zmianę w świadomości ówczesnych ludzi. Musimy pamiętać, że początek dwudziestego wieku to były specjalne czasy dla ludzi. Byliśmy piekielnie przedsiębiorczy, wynalazczy i rozwijający się. Wszystko nam wychodziło. Wiek wynalazków, wiek rozwoju przemysłu, maszyn parowych, rosnących majątków pojedynczych przedsiębiorców (a nie tylko już lekko zmurszałej klasy arystokratycznej – od teraz pieniądz i wpływy mogły znaleźć się w rękach każdego przedsiębiorczego osobnika). Ludzie czuli, że mają moc, są w stanie pokonać wszystkie żywioły i że przyroda nie jest im straszna. Jednym z dowodzących tego przeświadczenia wydarzeń miał być właśnie rejs między innymi Titanica, choć nie był on pierwszym z trójki ogromnych statków. Jednak to właśnie Titanic miał być tym najwspanialszym (jego młodszy brat – Britannic mógł go przyćmić, ale w tym czasie dopiero się rodził). Synonim luksusu, potwór, największy z największych. No i „praktycznie niezatapialny” – tu ważne jest podkreślenie, że autorami tego sloganu wcale nie byli twórcy statku, czy armator – w zasadzie hasło narodziło się w prasie, ale ani armator, ani stocznia nie dementowali, ale też nie potwierdzali tego stwierdzenia. Jakież ogromne zdziwienie było wszystkich, że ten synonim luksusu i bezpieczeństwa poszedł spektakularnie na dno po lekkim draśnięciu lodowej góry. Jak bardzo to wpłynęło na świadomość ówczesnych ludzi. Lekcja pokory – nic co ludzkie nie jest niezniszczalne, a żywioły dalej rządzą – ludzie nie mają szans. Ta gorzka lekcja pokory przede wszystkim przyczyniła się do zasadniczych zmian w przepisach bezpieczeństwa żeglugi morskiej.

043

Trzeba sobie uzmysłowić, że przestarzałe przepisy Brytyjskiej Izby Handlowej nie uwzględniały tak dużych statków w żegludze morskiej, a zatem chociażby liczba szalup nie zależała od ilości pasażerów, ale od tonażu statku i mówiła jedynie o tym, że statki powyżej masy dziesięciu tysięcy ton miały zapewnić przynajmniej szesnaście szalup mogących pomieścić przynajmniej dziewięćset dziewięćdziesiąt osób (i tak decydenci w sprawie Titanica wspaniałomyślnie dołożyli cztery składane łodzie ponad ten limit). Następną ważną zmianą po katastrofie była rewolucja w systemie komunikacji radiotelegraficznej – dotychczas radiotelegrafiści nie byli członkami załogi tylko pracownikami firm radiotelegraficznych, a ich głównym zadaniem było przekazywanie wiadomości od i do pasażerów. Co ciekawe, radiooperatorzy nie pracowali całą dobę – kończyli swoją zmianę i szli normalnie spać nie prowadząc całodobowego nasłuchu. Po katastrofie wprowadzono całodobowe zmiany przy radioodbiornikach, a radiotelegrafiści przeszli pod komendę kapitanów statków i głównym ich zadaniem odtąd było wymienianie się informacjami pomiędzy statkami dotyczącymi bezpieczeństwa żeglugi.

010

Titanic i Olympic

TRZEJ SYNOWIE WHITE STAR LINE

Zacznijmy naszą historię od rodziców statku. Wszystko zrodziło się w prężnych i nie znających określenia „nie da się” umysłach włodarzy linii White Star Line. I tu ciekawostka numer jeden. Przez długie lata opierając swoją wiedzę o Titanicu z książek Cusslera i Ballarda żyłem w przeświadczeniu, że ów statek jest tak brytyjski jak to tylko możliwe. Jest po prostu brytyjski aż do bólu. W końcu stocznia irlandzka go zbudowała, a port macierzysty – Wielka Brytania. Statek wyruszył w rejs z Wielkiej Brytanii, na pokładzie głównie śmietanka brytyjskiego „high class”. Jakież moje zdziwienie było kiedy dowiedziałem się, że owszem WSL główną siedzibę miało w Zjednoczonym Królestwie, ale właścicielem WSL  był amerykański holding – stąd na statku obowiązywało nazewnictwo amerykańskie (windy nie jak po brytyjsku „lift”, ale „elewator”, itp.). Jak już wspomniałem – Titanic miał dwóch braci. Najstarszy – „Olympic”, powstał nieco wcześniej i już regularnie kursował w czasie, kiedy Titanic opuszczał suchy dok i przygotowywał się do swojego dziewiczego rejsu. Jednak trzeba pamiętać, że od początku zakładano wybudowanie trzech ogromnych transatlantyków. Miała być to odpowiedź na konkurencyjną flotyllę statków należących do Cunnard Lines. Cunnard szczycił się luksusowymi i bardzo szybkimi statkami. WSL od początku założyło, że nie będzie walczyć o pałeczkę pierwszeństwa na polu prędkości – zwyczajnie nie dysponowali ani wiedzą ani technologią, która mogła pomóc im w pokonaniu konkurencji. Postawiono więc na wielkość i luksus. Trzy statki miały stanowić wzorzec w kwestii luksusu i wielkości – wszystko miało być „naj” i nie było czynionych w tej kwestii żadnych skrótów czy oszczędności. „Olympic” był pierwszym, a więc doświadczenia z jego budowy i użytkowania miały ogromny wpływ na zmiany czynione w projektowaniu i budowaniu młodszych braci. To „Olympic” służył najdłużej i pracował zgodnie z założeniem projektantów. Jego służba trwała od 1911 roku do 1935, kiedy po kolejnej kolizji zdecydowano, że nie opłaca się wykonywać remontu i należy pociąć statek na żyletki. Ciekawostka numer dwa – „Olympic” miał co najmniej dwie niebezpieczne przygody w trakcie swojej służby. Jedna z nich – kolizja z HMS Hawke tak poważnie uszkodziła statek, że ten musiał zawinąć do stoczni remontowej, w której powstawał Titanic. Do jego remontu (kolizja spowodowała zalanie dwóch wodoszczelnych przedziałów statku) skierowano dużą część robotników pracujących przy „Titanicu”, co spowodowało opóźnienie daty dziewiczego rejsu „Titanica”. Teraz rzecz najzabawniejsza w całym tym nieszczęściu – kapitanem odpowiedzialnym za tą kolizję był Edward John Smith – ten sam, który dowodził Titanicem podczas jego feralnego rejsu. To poniekąd obrazuje logikę działań ludzi odpowiedzialnych za żeglugę morską. Gość, który niespecjalnie dobrze sobie radził z prowadzeniem „Olympica” i przyczynił się do poważnej kolizji, dostał pod komendę najwspanialsze cacuszko White Star Line.

Ciekawostka numer trzy – swego czasu popularna była teoria spiskowa dotycząca zamiany statków. Według tejże Titanic miał być zamieniony z Olympiciem właśnie w momencie, kiedy Olympic został uszkodzony. Uznano, że naprawa jest nieopłacalna, przemalowano statek, zamaskowano uszkodzenia, wsadzono pasażerów i wysłano na ocean by ten zatonął w miejscu umówionym z innym statkiem (rzekomo z Californianem, który miał swój udział w smutnej historii Titanica), który miał zebrać pasażerów. To się ładnie nazywa oszustwem ubezpieczeniowym – Olympic idzie na dno, kasa idzie na konto WSL, zepsuty Olympic przestaje być problemem. Jednak Titanic/Olympic nie dopłynął do umówionego miejsca, stuknął w górę i poleciał na dno dużo wcześniej. Ciekawa teoria godna Foxa Muldera, co nie?

013

Już zostawmy w spokoju zwyczajną niemożliwość utrzymania tajemnicy – rzesze robotników pracujących przy obu statkach mieliby nie wypaplać takiej tajemnicy, że załoga nie pisnęła słowa – Jaaasne.

Od razu widać, że teoria musi mieć stary rodowód, kiedy prasa jeszcze nie była prężna, ludzie nie mieli takiego dostępu do informacji i zdjęć obu statków i na wszystkich wyobraźnię działało hasło „bliźniacze statki”. Wystarczy porównać zdjęcia obu statków, które jednak nie były tak do końca bliźniacze. Olympic powstał wcześniej.

014

Jego pasażerowie z pierwszej klasy skarżyli się załodze i armatorowi, że podczas wysokiej fali woda zalewa ich elegancki pokład spacerowy A. Wyciągnięto wnioski z tych skarg podczas projektowania Titanica i Britannica, których jedna trzecia długości pokładu spacerowego A jest zabudowana od strony dziobu. Na potrzeby takiej machlojki nikt nie przebudowałby statku, bo to już tym bardziej nie opłacało się nikomu, już nie mówiąc o skali przedsięwzięcia, a więc znowu o utrzymaniu tej całej mistyfikacji w tajemnicy.

015

RMS Gigantic/Britannic

Britannic – a tak naprawdę Gigantic, bo tak oryginalnie miał się nazywać ostatni z trzech braci. Zwodowany już po zatonięciu Titanica. Uznano, że Gigantic w takiej sytuacji byłoby zbyt pretensjonalną nazwą i spuszczono z tonu nazywając statek Britanniciem. Po katastrofie Titanica oba statki zatrzymano w dokach stoczni Harland and Wolff i dokonano poważnych poprawek konstrukcyjnych – podwyższono grodzie, dodano szalupy. Kiedy Britannic był gotowy do swojego rejsu wybuchła I Wojna Światowa i statek został zarekwirowany przez Brytyjską Marynarkę Wojenną. Jeszcze długi czas przystosowywano go do służby wojskowej, zanim tak się stało, statek pływał regularnie przez trzy miesiące na trasie Anglia – Irlandia – Francja. Potem przyszły pierwsze rejsy w nowej roli – statku szpitalnego. Britannic wykonał pięć rejsów, głównie do Włoch. Szósty rejs zakończył się dla statku tragicznie. Statek po wyjściu z kanału egejskiego wpadł na minę i zatonął w ciągu pięćdziesięciu pięciu minut. Tym razem obyło się bez spektakularnej liczby ofiar. Szalup było wystarczająco dużo, morze egejskie to nie zimny Atlantyk, a katastrofa miała miejsce blisko lądu. Jedyne ofiary to nieszczęśnicy, którzy wpadli pod pracujące cały czas śruby okrętowe – kapitan do końca próbował doprowadzić tonący statek do brzegu. Wrak statku odkryty i zbadany został przez samego Jacquesa Cousteau w 1975 roku, leży na głębokości 133 metrów

PROJEKT STATKU

Odnośnie samego Titanica, warto sobie uzmysłowić, że jego los został przypieczętowany już w momencie projektowania konstrukcji. O losie statku zadecydowały takie czynniki jak:

Dobór stali i nitów. Początkowo popularna teoria była o tym, że wszystkiemu winna była krucha stal, która w wyniku kontaktu z zimną wodą i pod naporem góry lodowej zwyczajnie popękała. Jak późniejsze badania wykazały, najbardziej wadliwym elementem całej konstrukcji był materiał użyty do produkcji nitów. Dobrze jest wiedzieć, że to były czasy pary i wynalazków. Ludzie czuli coraz większą presję czasu, maszyny coraz częściej wyręczały ludzi w pracy, a więc dużo ludzi i zawodów przestawało być nagle potrzebnymi. W zagrożonej grupie znaleźli się nitownicy. Ludzie, którzy ręcznie nitowali pokrycie statków w stoczni Harlanda i Wolffa musieli czuć presję – owszem, automatyczne nitownice były już powszechne, ale były ciężkie i drogie i nie nadawały się do nitowania w trudno dostępnych miejscach i na bardziej zakrzywionych powierzchniach. Pojawiały się jednak mniejsze i bardziej wydajne, mogące pracować także tam. Oczywiście kosztowały też odpowiednio. Nitownicy robili więc wszystko by stocznia nie zamieniła ich na nitownice. Opracowywali techniki bardziej efektywnej pracy (jeden trzymający nit, dwóch młotkujących), eksperymentowali także z surowcem, z którego odlewano nity. I tu tkwił problem, do składników nitów dodawano dużo różnych ulepszaczy, które powodowały, że materiał był plastyczny przy niższej temperaturze podgrzania. Tak zwany żużel powodował, że nitowanie szło szybciej, ale też powodował, że nit był podatny na pęknięcia.

034

Grodzie wodoszczelne dzielące statek na szesnaście wodoszczelnych przedziałów. Miały zapewnić, że przy zalanych czterech przednich lub tylnich, lub dwóch dowolnych innych statek mógł utrzymać się na wodzie. Oryginalnie miały sięgać dużo wyżej, bo aż do pokładu B. Jednak to nie czynnik ekonomiczny zdecydował o ich obniżeniu. Ważną wizytówką Titanica miała być ogromna klatka schodowa ulokowana między pierwszym a drugim kominem. To przez jej wielkość zdecydowano, że grodzie będą sięgać niżej tylko po to by znalazło się miejsce na byczą klatkę schodową (która z resztą miała ogromny wpływ na wytrzymałość kadłuba w tym miejscu).

Rezygnacja z podwójnego kadłuba. To mogła być najlepsza rzecz, w którą mógł zostać uzbrojony Titanic i która spowodowałaby, że żadna góra lodowa nie byłaby mu groźna. Obrazowo rzecz ujmując jeden kadłub schowany byłby w drugim – zewnętrznym. Gdyby jeden został uszkodzony, drugi utrzymałby statek na wodzie. Jednak uznano, że nie ma co dublować już i tak wielu niesamowitych zabezpieczeń statku. Uznano, że te pieniądze można wydać na inne udogodnienia na statku.

Ilość szalup ratunkowych. Tu nie chodziło o oszczędność – żeby to było jasne. Szło o przestarzałe przepisy ustanowione przez Brytyjską Izbę Handlową i brak ich aktualizacji pomimo pojawienia się takich jednostek jak Olympic, czy „ciut mniejszych” należących do Cunarda. Przepisy mówiły jasno – statki o masie pow. 10tyś. ton musiały zapewnić szesnaście szalup mogących pomieścić dziewięćset dziewięćdziesiąt osób. I tak w przypadku Titanica dołożono cztery ponad limit. Oryginalnie miało być ich więcej, ale armator uznał, że będą one tylko zaśmiecać pokład i zasłaniać piękne widoki bogatym pasażerom spacerującym po najwyższym pokładzie, tzw. pokładzie słonecznym. Co ciekawe, dyskusja w tej sprawie trwała piętnaście minut, podczas gdy decydenci dyskutowali później co najmniej dwie godziny na temat doboru dywanów dla pierwszej klasy.

Ciekawostka numer cztery – czwarty komin to atrapa! Informacja jest już wielokrotnie powielana w mediach, jednak wciąż niewielu ludzi wie, że czwarty komin na statkach WSL to była atrapa. Wydano kupę kasy na zbudowanie kominów, które świadczyły jedynie o skali i potędze statku, jednak nie miały totalnie żadnego praktycznego zastosowania. Wiąże się z tym jedna zabawna plotka, jakoby jeden z palaczy na Titanicu (to ci wiecznie umorusani pyłem węgielnym goście, którzy dzień i noc pracowali przy kotłach statku – projektanci też o tym pomyśleli – palacze mieli oddzielne pomieszczenia sypialne, stołówkę i inne potrzebne do życia pomieszczenia – byli dosłownie odseparowani od reszty załogi i pasażerów statku, byli dlań niewidoczni) wdrapał się po drabinie wewnętrznej w kominie numer cztery, wychylił się ze środka i pomachał wystraszonym pasażerom, z których część opuściła statek po tym incydencie (więc mogło mieć to miejsce w czasie, gdy Titanic przepływał z Irlandii do South Hampton, skąd ruszył przez Atlantyk do Nowego Jorku).

BUDOWA STATKU

Wyobraźcie sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Belfaście, w stoczni Harland & Wolff kładli pierwsze belki pod budowę Titanica, kilka tysięcy kilometrów dalej, w regionie zachodniej Grenlandii oderwał się kawał lodu i narodziła się góra lodowa, której przeznaczeniem było pokaleczenie Titanica i spowodowanie jego zatonięcia.

0001map

Trasa góry i Titanica aż do punktu spotkania

Tymczasem w Belfaście ruszyła budowa giganta. Jakież to musiało być wydarzenie dla całej Europy i reszty świata. Jak musiało działać na wyobraźnie powstawanie takich elementów jak kotwice statku, które transportowano przez całe miasto do stoczni zaprzęgiem złożonym z co najmniej dziesięciu par koni pociągowych. Jak wytaczano z hal ogromne kominy parowca. Przy budowie statku pracowało trzy tysiące robotników, budowa rozpoczęła się w 1909 roku.

018

Komin Titanica

019

Zaprzęg koni ciągnie kotwicę Titanica

020

Silniki statku. Zwróćcie uwagę na postać z lewej strony silnika. Skala robi wrażenie.

021

Robotnicy pozują przy śrubach statku.

Trzy śruby statku – w tym środkowa, która pracowała tylko do przodu, ale nie do tyłu, co powodowało, że statek zdecydowanie słabiej i gorzej reagował na manewry we wstecznym ciągu.

31 maja 1911 zsunięto kadłub statku po pochylni do mokrego doku stoczni. Przy okazji zginęło kilku robotników, ale nikt tego specjalnie nie przeżywał. Statek odholowano do ostatnich prac wykończeniowych i wyposażenia. Statek był gotowy do rejsu w kwietniu 1912. Kroniki filmowe puszczane w ówczesnych kinach pokazywały ogrom Titanica, choć warto wiedzieć (kolejny argument podpierający teorię o zamianie statków), że autorzy kronik często pokazywali ukończonego wcześniej Olympica i montowali tak materiał by ludzie mieli wrażenie, że oglądają nowego i większego Titanica.

FILMOWA OBSADA

Na pokładzie statku znalazły się różne ciekawe osoby. Oprócz wielu bogaczy, przedstawicieli różnych ważnych rodów szlacheckich na statku obecnych było trzech ludzi, którzy tworzyli bardzo filmowy zestaw bohaterów tragedii.

025

Thomas Andrews

Główny projektant – Thomas Andrews – zdecydowanie pozytywny bohater tej historii, to według jego oryginalnego projektu na statku miało być czterdzieści sześć, a nie szesnaście szalup. To on przedstawił projekt podwójnego kadłuba i grodzi sięgających pokładu B.

026

Grodzie według oryginalnego projektu

027

Grodzie w ostatecznej formie.

To jest ten typ artysty, który uważa, że jego dzieło nigdy nie jest dostatecznie doskonałe i cały czas myśli jak je poprawić. Jeszcze ponoć w trakcie rejsu siedział, przechadzał się po statku i kombinował jak ulepszyć statek. Thomas Andrews wymyślił na przykład sprytny system żurawików obsługujących szalupy, dzięki któremu żurawik mógł obsłużyć kilka szalup naraz, ustawionych jedna za drugą. I takie żurawiki zainstalowano na statku, mimo że żurawiki obsługiwały jedynie po jednej szalupie.

ismay

Bruce Ismay

Bruce Ismay – czarny charakter – przedstawiciel linii WSL. To najpewniej on zdecydował o obniżeniu poziomu grodzi (żeby zmieściła się ogromna i wystawna klatka schodowa), zmniejszeniu liczby szalup do przepisowej ilości (zgodnie z przestarzałymi przepisami) – bo ludzie nie płyną takim statkiem by oglądać szalupy – i o pojedynczym kadłubie. Posądzano go także o to, że nakłaniał kapitana do płynięcia pełną parą i zaoszczędzenia jednego dnia podróży. Piąta ciekawostka – plotka, jakoby Thomas dyskutował z kapitanem by płynąć pełną parą by zdobyć purpurową harfę. Purpurowa harfa to rodzaj wyróżnienia dla statku, który pokonał Atlantyk w najkrótszym czasie. Jak pamiętamy, WSL od początku nastawiało się, że nie doścignie statków Cunarda, a więc nie odbierze im purpurowej harfy. Jedyny rekord, jaki Titanic mógł pobić to tempo, w jakim Atlantyk został pokonany przez Olympica. Nie ma pewności, a nawet jest to wielce nieprawdopodobne by tylko ten jeden człowiek był ojcem wszystkich złych pomysłów, które zadecydowały o losie statku. Jednakże biedny Bruce naraził się mocno opinii publicznej faktem, że uratował się. Pomimo, że załoga miała polecenie umieszczać w łodzi najpierw kobiety i dzieci, stąd oczywistym było dla publicznej opinii że Bruce powinien był oddać swoje miejsce w szalupie jakiejś kobiecie. W istocie sporo łodzi opuszczano z dużo mniejszą liczbą pasażerów na pokładach. Oficerowie głównie zadbali o ratunek pasażerów z wyższych klas, a jak nie byli w stanie wyłowić ich z tłumów kręcących się po statku pasażerów, pozwalali wsiadać do szalup mężczyznom. Bruce tłumaczył się tym, że czuł obowiązek przekazania wszystkich informacji opinii publicznej i być głównym świadkiem tej straszliwej tragedii by przysłużyć się przyszłej żegludze morskiej i spowodować by nigdy nie powtórzono takiego błędu. Bruce wycofał się z życia publicznego po katastrofie.

029

Kapitan E. J. Smith

Edward John Smith – kapitan statku. Dziewiczy rejs Titanica miał być ukoronowaniem jego kariery i zaraz po rejsie miał odejść na emeryturę. Wcześniej pływał wszystkimi flagowymi statkami linii. Nazywany był kapitanem bogaczy. Trzeba sobie uzmysłowić, że to był kapitan celebryta, ówczesna gwiazda mediów i ulubieniec wyższych sfer. Niektórzy bogacze, czy członkowie rodzin szlacheckich decydowali się na jakiś rejs tylko na podstawie informacji, że statkiem ma dowodzić właśnie Smith. Sam Edward przyznał, bez cienia wstydu, że nigdy, przenigdy w trakcie całej jego morskiej historii nie przytrafiło się mu nic niezwykłego, czy trudnego. To z pewnością przygotowało go na rejs Titaniciem. Pamiętajcie jednak, że tak naprawdę nie było wtedy żadnego kapitana gotowego do prowadzenia statków o tej skali. Nikt do końca nie umiał prawidłowo prowadzić tej wielkości statków i nie wiedział jak one zachowają się w różnych sytuacjach. W takich chociażby jak hamowanie przed górą lodową na kursie.

Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka

Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab

Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039

Fot. 5. Czarnogóra

DSC_0240

Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw

Fot. 7. Jezioro Staw

lipiec_reskju

Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.

lipiec_narty

Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek

Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka

Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki

Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight

Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025

Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030

Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Dahab znowu wzywa

„Dahab znowu wzywa” oryginalnie ukazał się w marcowym numerze „Nuras.info”. Poniżej nieco bardziej rozbudowana wersja.

TUTAJ jest odnośnik.

Dahab ponownie mnie wezwał. Trzeci raz. Kolejny rok z rzędu. Sześć miesięcy po poprzedniej wizycie. Ja specjalnie się o niego nie prosiłem, nie planowałem tak szybkiego powrotu. Czułem się jakbym praktycznie nie wyjeżdżał z Dahabu. Co ja mogłem nowego obejrzeć pod wodą, dlaczego chciałbym chcieć tu wracać? Dahab to przecież mało ciekawe miasto w typie Ustki, gdzie po pięciu minutach łażenia już wiesz, gdzie co jest. A jest to głównie ciąg nadmorskich knajpek, jeden główny deptak z handlem. Kozy wszędzie. Egipski kryzys odcisnął mocne piętno na Dahabie, który wygląda teraz jeszcze smutniej i szarzej niż rok temu. Więcej knajp świeciło pustkami, kilka kolejnych wyglądało jakby od dawna ich nie otwierano. A pod wodą co mnie mogło nowego spotkać? Naczelne miejsca podwodne zaliczone, niektóre po kilka razy. Hotelu Tropitel zaczynałem mieć już powoli dość, zwłaszcza po ostatnich przygodach z cwaniakiem z obsługi. Do tego niemały problem z zebraniem chętnych na wyjazd. Co się stało? A że w Dahabie zimno? No tak, ledwie dwadzieścia stopni, woda też „lodowata” – dwadzieścia dwa stopnie średnio. A u nas pseudo zima. Niby jest, niby nima…

Szybkie podsumowanie i jedyna słuszna decyzja – jadę. Wolę takie temperatury niż naszą zimę bez zimy. Jest jeszcze kilka miejsc nie zaliczonych pod wodą, kilka miejsc chętnie powtórzę. Na pewno znajdę też coś nowego w mieście, a przynajmniej inni turyści nie będą działać mi na nerwy, a obsługa będzie skakać na uszach wokół mnie bym tylko zechciał u nich zostawić swoje pieniądze. Ci co kręcą nosem na styczniowy Dahab, niech se siedzą pod pierzyną i oglądają świat za oknem, ja sobie pobiegam w krótkich gaciach, w sandałach, a przynajmniej słońce nie będzie tak palić niemiłosiernie. Mi dwadzieścia stopni pasuje. Ekipa zebrana, kursy ustalone – ktoś kończy OWD, kilku ktosiów robi AOWD, dwaj inni ktosie mają zdecydować na miejscu o ewentualnej specjalizacji głębokiej. Reszta ekipy zaskakująco mocna: jeden aktywny instruktor, jeden „emerytowany” instruktor, jeden rebriderowiec z dużym bagażem zejść poniżej stu metrów, divemaster do zestawu i reszta też z niezerowym bagażem doświadczeń. Kilku było w Dahabie dziesięć razy częściej niż ja. I ja mam tą grupę zgarnąć i zorganizować na miejscu? Fiu, fiu. Łatwo nie będzie. A do tego jeszcze… Sami samce. O raju! No to będzie…

Jedziemy więc. Pakowanie niby opracowane do perfekcji. W podręczny plecak wrzucamy cały elektroniczny złom i automat, bo ciężki, a plecak niepozorny, więc ważyć raczej nikt nie każe i możemy przeginać do woli. W główną torbę podstawowy ekwipunek, ale  w domu zostawiam skrzydło Dive System, a zabieram jackecik Tusy. Pożyczam do testu, bo ciut lżejszy i lepiej pakowny, ale generalnie po podsumowaniu szału nie ma. Pięć razy zmiana koncepcji zawartości torby, wywalenie rzeczy zbędnych. Ponowne ważenie. No to teraz mniej potrzebnych… Kolejne ważenie. No to potrzebnych, ale jakoś dam sobie radę… No dobra, to może to też pożyczę na miejscu. Uf, jest dwadzieścia kilo i to z malutkim zapasikiem na powrotną sól i wodę. Za pięć minut odjazd i w końcu torba spakowana. Na lotnisku zbieramy ekipę, odprawiamy się i szczęśliwie przedzieramy przez kolejne systemy odprawy, choć niektórzy mają mało szczęśliwe miny, bo obsługa lotniskowa nie była na tyle miła by nie zauważyć kilku kilogramów nadwyżki i kazała sobie słono zapłacić za ten luksus. W samolocie obowiązkowa drzemka, w końcu to czarter, więc lot jest o chorej godzinie, kiedy człowiek ma najwyższą potrzebę snu. W końcu lądujemy w Sharm, jest ciepło, można zrzucić kurtkę i bluzę. Jest słońce, jest fajnie, wracają jakieś ukryte siły, które hibernowały w polskim zimowym klimacie, chce się żyć. Uśmiecham się sam do siebie. Wróciłem i jestem zadowolony. Ci, co nie byli, dostają instrukcję, który i jak papier wypełnić, że wizy nam nie potrzeba, bo my z Dahabu to tylko do wody wyskakujemy. Odbieramy bagaże, ładujemy się do busa i mkniemy do hotelu. Sytuacja na miejscu stabilna, nie ma potrzeby jechania w konwoju, więc dość szybko docieramy do celu podróży. W Tropitelu oczywiście lekki burdel, kogoś z listy nie ma, ktoś jest inaczej zapisany. Standard. Trzeba to lubić, skoro się płaci za to takie pieniądze. Hotel brzydki nie jest, ma swój dobry poziom. Tylko ta obsługa wyjęta kompletnie z kontekstu rzeczywistości. Tym razem dostajemy opaski – a jakże. Teraz obrączkuje się nawet tych, co nie mają all inclusive. Przynajmniej w ten sposób od razu wiadomo, kto na jakich prawach może dobierać się do hotelowej kuchni, wciąż okrutnie nudnej, mało wyszukanej i doprawianej beznadziejnie. Z kuchni, kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, bez zbędnych ceregieli przenieśliśmy się na pierwsze nurkowisko. Tym razem jako pies przewodnik ekipy zażyczyłem sobie, żeby naszym punktem rozruchowym był region południowego Dahabu z dostępem do takich miejsc jak Moray Garden, Golden Blocks, a zaraz obok Three Pools, The Caves i Umm Sid. Ja mogłem skupić się na pierwszym kursie, mniej doświadczeni mogli się rozpływać pod okiem niezawodnego jak zwykle Mohameda Elattara z Dahab Days, a kozacy mogli już atakować głębiny, albo zaliczać the Caves.

Fot.1. (kubaCE) Mohamed Elattar

Wszyscy dzięki temu byli zadowoleni i nie było żadnego protestu by miejsce powtarzać kolejnego dnia, celem zaliczania kolejnych tras, a ja spokojnie kończyłem OWD i zaczynałem AOWD. W ciągu tych dwóch dni dużo nie zdążyłem pooglądać pod wodą, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że pod wodą jakby życie zubożało. To mój trzeci raz w Dahabie i nigdy życia mi tu nie brakowało, a rok wcześniej byłem w niemal tym samym okresie. A teraz odczuwalne było wręcz zmniejszenie natężenia ruchu podwodnego. Debiutanci byli zadowoleni, region południa to dobry punkt startowy dla nurków nie znających tej części Egiptu, pod wodą jest ciekawie, rafy są w niezłym stanie, a ukształtowanie dna bardzo urozmaicone. Ja się tylko cieszyłem, że udało mi się uniknąć wizyty w Lighthouse, które jest punktem obowiązkowym wielu wizyt w Dahab, a ja miejsca zwyczajnie nie lubię. Jest nudne jak kuchnia w Tropitelu. Trzeci dzień to Canyon. Rzut beretem od hotelu, spacerkiem po plaży trzy minuty i już byliśmy w Sadeeki Restaurant na odprawie przed nurkowaniami. Miejsce idealne na trzy nurki, dwa dzienne i jeden nocny. W Canyonie idealnie robi się nurkowanie głębokie na zaliczenie z AOWD, jest to też idealne miejsce na nocnego nurka. Plan dla moich podopiecznych był więc prosty, pierwszy nur w ramach AOWD – głębokie, potem zwykła wycieczka i kolejny nur z AOWD – nocniak. Mohamed tym razem wziął sobie na plecy głębinowców 40+, więc wycieczkowiczów oddał mnie i drugiemu instruktorowi, który wolał oddać mi przewodnictwo. Miałem zatem pociągnąć peleton nurków do Canyonu, zrobić z moimi ćwiczenia AOWD, pokazać im cud, jakim jest Canyon, wycofać się i trafić w wąskie siodło prowadzące z powrotem do laguny, z której zaczynaliśmy nura. Moje pierwsze poważne przewodnictwo w Dahabie bez żadnej pomocy kogoś, kto w razie czego stuknie się w czoło i mi pokaże „człowieku, nie tędy”. Nie będę ukrywał, miałem pietra, że przestrzelę, albo pomajtam coś w nawigacji w takiej sytuacji. Całe nurkowanie byłem więc napięty jak struna i cały czas zajmowałem się ogarnianiem całej grupy, nur minął mi błyskawicznie i nim się spostrzegłem, już wracaliśmy do siodła. Okazuje się, że właśnie ten moment najłatwiej jest przegapić i w paru miejscach się zmylić. Cieszyłem się, bo nie dość, że trafiłem, to jeszcze mogłem pozgarniać kilku takich, którym się wydawało, że zatoczka w rafie obok to właśnie wejście do laguny. Duma młodego instruktora rosła okrutnie. Na drugiego nura znowu skoczyliśmy do Canyonu, bym wreszcie sam mógł nacieszyć nim swoje oczy, bo tym razem nie miałem ciężaru w postaci przewodnictwa całego stada. Nocne to z kolei wizyta w Canyon Garden, czyli na prawo z laguny. Dla mnie niespecjalnie interesujące miejsce, nie oferujące niczego nowego, spokojnie trzeciego nura mógłbym zrobić w Canyonie, który jest zwyczajnie piękny. Pionowe ściany powoli zamykające się nad głowami nurków i tworzące bardzo wąziutkie przesmyki, którymi uciekały strumienie bąbelków powietrza wydychanego przez nas. I tajemnicza ścieżka prowadząca w głębiny, wciąż dla mnie niedostępne, ale kuszące mnie i mówiące mi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Tym razem nie obeszło się bez przygód, bo część grupy oddzieliła się i nie mogła trafić w siodło. My sobie spokojnie robiliśmy przystanek sprawdzając jak fluorescencyjne żyjątka reagują na nasze intensywne machanie łapkami, a część ekipy krążyła szukając właściwego wejścia do laguny. Dopiero po wynurzeniu przewodnik zlokalizował światła maruderów, oczywiście daleko od przesmyku, którym można było wrócić. Wszyscy jednak szczęśliwie wrócili z nurkowania i nic nikomu się nie stało. Mieliśmy za sobą trzeci dzień nurkowań, apetyty rosły, zwłaszcza tych, którzy w Dahabie już byli.

Fot. 2. (kubaCE) Znikamy w Bells.

 

Czas więc na Blue Hole i Bells. Moje ukochane i wciąż zachwycające Bells, w którym rok wcześniej zrobiłem swoją specjalizację DEEP. To miejsce bezsprzecznie magiczne, w którym nurkowałem kolejny raz a czułem się ponownie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, kiedy opadam w dół szczeliny, delikatnie zmieniam ułożenie ciała by wpasować się w wąski komin na trzydziestu paru metrach, wyskakuję z komina, jestem na czterdziestu metrach, spoglądam w górę czekając na resztę. Widzę czterdzieści metrów przepięknej pionowej ściany skalnej, kipiącej życiem, przytłaczającej swoją potęgą. Jak na dłoni widzę kolejnych nurków opadających szczeliną. Do samej niemal powierzchni mogę śledzić każdy swój bąbelek wydychanego powietrza. Oglądam się w dół, w ziejącą pode mną atramentową głębię. Jestem zakochany, serce bije mi coraz mocniej. Czy to jest ten poziom mistycznych uniesień, jakie przeżywają zdobywcy najwyższych szczytów gór? To musi być coś w tym stylu. Zbieramy zespół i rozpoczynamy powolną wędrówkę ku Blue Hole, delikatnie się wynurzając. Zaglądamy pod wszystkie nawisy, cieszymy oczy pięknem tego miejsca. Przechodzimy siodłem do Blue Hole, jeszcze przystanek bezpieczeństwa i już jesteśmy z powrotem w restauracji Camel by zachwycać się przeżyciami z tego nurkowania. To jest ten typ miejsca nurkowego, które łączy wszystkich nurków różnych specjalizacji, doświadczeń i poziomów wykształcenia. Tutaj wszyscy mogą spędzić wspólnie świetne chwile rozkoszując się wspaniałym światem Bells. Drugi nur obiecuję swoim podopiecznym w samym Blue Hole, choć też planujemy krótką wizytę za siodłem, w prawo od Blue Hole. Wskakujemy więc do studni, układamy się na spadochroniarza i prujemy w dół. Leci się tak dobrze, że nawet ciut przy późno się łapię, że czas skontrolować głębokościomierz. W ostatniej chwili hamujemy na zakładanym limicie głębokości. Widzimy dobrze załamanie skalne, które prowadzi do legendarnego łuku w tym miejscu. Nam jednak nie wolno tam iść, pora się powoli wynurzać i cieszyć oko widokami w studni. Za każdym razem przed nurkowaniami w Blue Hole powtarzano mi, że akurat tutaj życie nie jest zbyt bogate, że pod wodą poza samą studnią nie ma specjalnie co oglądać. Zwróciłem na to uwagę w trakcie nurkowania i wracałem z przeświadczeniem, że nie do końca jest to prawda i że całkiem sporo się dzieje w samej studni. Dotarliśmy do siodła, zajrzeliśmy jeszcze za róg, w lewo. Wiadomo, pod nami atramentowa głębia, pionowa ściana, ale my płynęliśmy krótko i płytko oglądając tylko to, co było w zasięgu tych najbliższych metrów. Nie odkrywszy niczego niezwyczajnego zawróciliśmy czując, że wykorzystujemy już zdecydowanie za dużo powietrza potrzebnego nam na powrót. Wracaliśmy zadowoleni z nurka, chłopakom podobało się i w Bells i w Blue Hole. Ja wiedziałem, że nie widzę problemu by wrócić tu chociażby jutro, by znów spotkać się z Bells. Do Blue Hole jednak chciałbym już wrócić tylko po to by zobaczyć łuk. Dzień się jednak kończył, a na kolejny planowaliśmy wyprawę łodzią. Nie wszyscy, część postanowiła wyrwać się spod opieki i wrócić do Bells i Blue Hole. Ja nie mogłem, czekało mnie jeszcze dokończenie AOWD na łodzi, z resztą czułem, że powrót do Gabr El Bint też mi się przyda, bo też ostatnim razem podobało mi się bardzo. A zatem wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na łodzi i wyruszyliśmy w stronę dalekiego południa. Mohamed miło zaskoczył mnie pierwszym nurkiem w miejscu mi kompletnie nieznanym – El Shugurat, leżącym na trasie do Gabr El Bint. Nurka rozpoczynamy w rozpadlinie skalnej – prostym i szerokim korytarzu opadającym do czterdziestu metrów, wychodzimy z korytarza pod rozłożystą Gorgonią, Mohamed prowadzi nas w lewo i wzdłuż skalnej ściany meandrujemy w lesie imponujących Gorgonii. Wypłycamy się w piaszczystej lagunie, gdzie pod stołowymi koralowcami można szukać płaszczek i innych ciekawych stworzeń. Ja mam szczęście natrafić na naprawdę sporego Crocodile Fisha, który do końca uparcie udawał wyposażenie dna, choć wyraźnie czuł, że jak na kawałek dna za bardzo przyciąga uwagę dużego stada bąblujących intruzów. Z laguny odebrała nas łódź i ruszyliśmy nad Gabr El Bint oddać dwa pozostałe nury, najpierw na prawo od łodzi, do cypla i schowanej za nim lagunki, a potem w drugą stronę. Znowu okazja do podziwiania majestatycznych Gorgonii, ale nic poza tym, ogólnie rzecz biorąc.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Trzeba pamiętać, że Gabr oferuje możliwość podziwiania niezniszczonej i bogatej rafy, jest to miejsce bardzo malownicze, dno tutaj opada zdecydowanie, ale nie tak gwałtownie, jest tu cała masa kryjówek dla ciekawych stworzeń. Niektórzy mieli szczęście w tym miejscu spotkać całe stado delfinów. Ja takiego farta nie miałem i tym razem nieco byłem zawiedziony nurkowaniem w tym miejscu. Wracaliśmy jednak posłuchać opowieści tych, którzy się wyrwali z naszej grupy by spędzić kolejny dzień w Bells – Blue Hole. Ci z kolei zrobili sobie maraton: z Bells w lewo dobre pół godziny, zawrotka, do Blue Hole i tu zakończenie nura. Nasycili się Bellsem po uszy i byli bardzo zadowoleni, dokonali lekko kozackiego wyczynu, bo całą trasę pokonali na standardowych dwunastolitrowych butlach. Szósty dzień to dzień dodatkowych nurkowań. Chętni się znajdują, więc ustalamy plan – The Caves a potem The Islands. Wreszcie mam okazję zaliczyć The Caves. Na każdym wyjeździe omijała mnie okazja poznania jaskiń, ale w końcu udało się i mi. Powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało i dodałem je do swoich ulubionych miejsc w Dahab. Podsunęło mi też koncepcję, że to nurkowanie jaskiniowe można by kiedyś pociągnąć i rozwinąć. W końcu, czemu nie? Tu rafy praktycznie brak. Są głównie skały, załomy i nawisy, kilka mniejszych pieczar i ta główna, otwarta wielka, przepiękna. Nurek jest dość krótki, ale kończymy go bardzo zadowoleni. Wracamy do kafejki, pałaszujemy obiad i przemieszczamy się do Islands. Jest już dość późno, w końcu to zima. Niedługo słońce schowa się za górami. Już wiemy, że nie będziemy mieć idealnych warunków jak na to miejsce. Nie będzie tego falowania promieni słońca, słonecznego tańca na rafie. Do tego okazuje się, że wizura pod wodą jak na standardy lokalne jest słaba (czyli taka wizura, jak w najlepsze dni na Zakrzówku). Jest trochę mroczno i tajemniczo, zatem mi się podoba. Wciskamy się w wąską szczelinę w rafie, zanurzamy się i przeciskamy okienkiem do małego baseniku. Rozpoczynamy wycieczkę po Islands. Nie dość, że ciemnawo, nie widać wszystkiego dobrze, to jeszcze życia mało, ale to Islands, które wszystkich zawsze porusza. Poznaję miejsca z poprzedniej wycieczki, choć nie było mnie tu rok i miałem zupełnie inne warunki. To kolejny obowiązkowy punkt do odwiedzenia w Dahabie, nigdzie nie ma tak specyficznie ukształtowanej rafy tworzącej rój niewielkich wysepek wypiętrzających się niemal na samą powierzchnię wody, tworzących wąskie korytarze, ciasne zakręty i wielopiętrowe tarasy. Wracamy tym samym okienkiem, czując, że słońce już całkowicie schowało się za górami. Dodatkowa dawka adrenaliny dostarczona zostaje przez cwanego jeżowca wystawiającego swoje kolce w wąskim przejściu i parkę ciekawskich skrzydlic, które akurat teraz postanowiły tutaj zaparkować. A w okienko niełatwo jest wpłynąć powoli z powodu przyboju. Kończymy jednak wszyscy cali i szczęśliwi. To był ostatni, kolejny dzień to suszenie sprzętu, pakowanie i długi powrót do domu, do polskiej zimy, do szarówki. Wsiadając do samolotu zastanawiam się, które miejsca mógłbym znowu odwiedzić w moim (bo jakże by inaczej) mieście Dahab. I kiedy. Kiedy znowu usiądę w cichym zakątku restauracji Crazy Mummy, zjem przepyszne Om Ali i zaplanuję kolejne nurkowania w miejscach mi znanych, oraz tych, których jeszcze nie miałem okazji odkryć. A tych nie brakuje.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 5. (kubaCE) Sałata podwodna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 6. (kubaCE) Stołowy koralowiec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 7. (kubaCE) W takich warunkach człowiek strzela zdjęcia jak opętany próbując uchwycić choć cząstkę otaczającego go piękna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 8. (kubaCE) kipiel życia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 9. (kubaCE) A to moi drodzy kursanci jest znak nurkowy przedstawiający rybę o nazwie… ?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 10. (kubaCE) Błazenków od groma i ciut ciut.

 

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki

Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.

Koparki

Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.

Koparki

Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki

Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.

Koparki

Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.

Koparki

Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki

Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.

Koparki

Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.

Koparki

Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.

Koparki

Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.

Koparki

Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.

Koparki

Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.

Koparki

Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.

Koparki

Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.

Koparki

Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).

Koparki

Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.

Koparki

Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.

Koparki

Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.

Literatura nurkowa

Kiedyś umieściłem ten wpis na forum Nuras. Teraz zainspirowany jedną rozmową uznałem, że miejsce tego wpisu jest na Nurkologu. Trochę dodałem, trochę poprawiłem.

ksiazka-glebokie-zanurzenie

Głębokie zanurzenie: Tragiczne przygody podczas nurkowań na Andrea Dorii

Kevin F. McMurray.

Andrea Doria – włoski liniowiec pasażerski zatonął w 1956 roku podczas podróży do Nowego Jorku. Spoczął na głębokości 76 metrów u wybrzeży wyspy Nantucket (USA). Przez wiele lat statek ten stanowił cel wypraw nurkowych (w tym wielu takich, które kłócą się z moim pojmowaniem etycznego nurkowania – czyli polowań na artefakty). Ciekawostką jest to, że statek, z którym zderzyła się Andrea Doria, pływa do dzisiaj i czasem zawija do polskich wybrzeży. Wtedy nazywał się „Sztokholm”, teraz nosi imię „MS Athena”. (za Wikipedią).

Książka jest wciągającą kroniką nurkowań na Andrea Dorii w tym oczywiście tych, które nie zakończyły się szczęśliwie. Ciekawie opowiada o amerykańskim biznesie nurkowym (głównie o łodziach organizujących wyprawy nurkowe), o rywalizacji pomiędzy nurkami, o ciekawych postaciach amerykańskiej historii nurkowania. Wśród pojawiających się bohaterów odnajdziecie tych ulubionych, którzy pojawiają się w innych wymienianych poniżej tytułach. Autor ma smykałkę do pisania, stara się bardzo obiektywnie przedstawiać wszystkie wydarzenia, tłumacze dali radę, choć niestety edytor się nie postarał i jest sporo błędów.
8/10

gladiator-oceanu-b-iext8645869Gladiator Oceanu

Mark Ellyatt

Mark Ellyat to ciekawa, bardzo barwna postać. Techniczny nurek, instruktor nurkowania, posiadacz rekordu głębokiego nurkowania z 2003 roku (313 metrów) na obiegu otwartym. Tytuł książki jest wręcz kretyński, trudno podejrzewać, że za nim skrywa się bodaj najfajniejsza, najbardziej jajcarska i urocza opowieść o bardzo barwnym życiu i karierze nurkowej Marka. Można traktować to jako pseudo autobiografię, gdyż czuć wyraźnie, że autor lubi przejaskrawiać pewne rzeczy i pisze z mocnym przymrużeniem oka. Styl jednak jest wręcz wybitny, czuć w nim brytyjską smykałkę do zjadliwego humoru. To jest książka, przy której niejednokrotnie będziecie głośno rechotać. To tak jakby Terry Pratchett postanowił zanurkować i opisać swoje doświadczenia. Na mojej prywatnej skali mocna dziesiątka, pomimo znowu średniej korekty tekstu, która przepuściła sporo baboli. Tłumacz dał radę. 10/10

Mrok

Phillip Finch

Znowu bardzo wciągająca książka, niemalże czułem się jakbym był blisko związany z wydarzeniami i osobami, które uczestniczyły w ostatnim zanurzeniu Davida Shawa. David upodobał sobie nurkowanie jaskiniowe i miał niesamowite osiągnięcia w głębokich nurkowaniach na obiegu zamkniętym, w jaskini Boesmansgat (Bushman’s Hole w Afryce). Zszedł niemalże na samo dno jaskini, na głębokość 270m w 2005 roku. Odnalazł tam ciało Deona Dryera, który zginął w jaskini w 1994 roku. Postanowił wydobyć ciało na powierzchnie. Niestety, los chciał, że David zginął w trakcie próby wydobycia zwłok. Przewrotność opatrzności polegała na tym, że ekipa likwidująca osprzęt zamontowany w trakcie tego nurkowania zupełnie nieświadomie pociągnęła ku powierzchni oba ciała. David osiągnął więc swój cel, choć zapłacił najwyższą możliwą cenę. Po prostu dech z piersi wyciska do ostatniej strony. Brawa dla autora. Brawa także dla tłumaczenia i korekty.

9/10

28516de705e149fb81c24e7ec6df8628
W pogoni za cieniem

Robert Kurson

Niesamowita opowieść, nadająca się na film (chodzą bardzo poważne ploty, że już powstaje, ale na tym etapie może się jeszcze wszystko zmienić pięć razy), takie historie bardzo lubimy i bardzo nam uruchamiają wyobraźnię. Odnaleziony wrak U-boota w okolicach Jersey, niebezpieczne nurkowania by odkryć jego tajemnice i żmudne śledztwo by go zidentyfikować. Nurkowanie z wydobywaniem artefaktów z wraków uważam za nieetyczne, nie podoba mi się to, czym parają się bohaterowie tej książki, ale ich chęć identyfikacji okrętu podwodnego i poznania jego historii i mi się udzieliła. Niestety, albo fatalne tłumaczenie, albo autor niespecjalnie ma smykałkę do pisania. Historia fantastyczna, ale pisana takim stylem, że można czasami dostać szczękościsku. No i takie błędy przeszły w korekcie, że szczęka po prostu odpada, bo już nie opada. 6/10

Wakacje z deszczami

Uf, uf… ufff…. Uffff. Dotarłem do tego momentu w życiu nurka, że potrzebowałem przerwy od nurkowania. Nurkolog milczał przez wakacyjne miesiące, gdyż Nurkolog – instruktor był całkiem zajęty. Nurkolog – instruktor odkrywał w czasie wakacji uroki życia instruktorskiego. Pracował, nurkował, rozwijał własną działalność instruktorską, zakładał działalność gospodarczą, poszukiwał klientów, tworzył oferty. To był dla mnie intensywny okres. Mówi się, że człowiek z własną „firmą” nie miewa wakacji. Ja muszę się przyznać, że jednak miałem. I były to wakacje od nurkowania. Po kilku tygodniach pracy miałem zaplanowany wypad z rodziną w Pieniny nad jezioro Czorsztyńskie. Przyznam się szczerze, że jechałem nań wielce uradowany, że odpocznę od nurkowania. Co zatem się działo ze mną przed wyjazdem?

Załapałem trochę fuszek od mojego guru, Rudiego. Poprowadziłem różne części kursu OWD w różnych częściach Polski. Do tego podłapałem swoich pierwszych klientów i poprowadziłem swoje własne pierwsze kursy pod moim własnym szyldem (oprócz Nurkologa doszło jeszcze GoDiving.pl). Sprawiedliwie jednak należy zaznaczyć, że to nie oznacza, że już zarobiłem straszne pieniądze, odpracowałem kosmiczne koszty kursu instruktorskiego i zaczynam żyć po królewsku. Coś zarobiłem, ale szału nie ma. Jest sporo nadziei na przyszłość, kilka rzeczy może wyjdzie, pewnie część nie wyjdzie. Niemniej jednak jestem pełen nadziei. Podoba mi się wybrana ścieżka. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja praca łączy się z moją pasją. Te pierwsze chwile, kiedy uzmysławiałem sobie – to jest moja praca, to jest moje miejsce pracy – leżę sobie na powierzchni jeziora Leleskiego, czekam na kolejnych kursantów i mam dookoła cudowne okoliczności przyrody. Przychodzi ta myśl do głowy „kurna, jestem w pracy!”. Wołam do ludzi na brzegu, którzy przyglądają się mi z rozbawieniem – ja tu pracuję! Ciężką mam pracę! Trochę zrozumienia!

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Nasz „domek” w Leleszkach.

Zostawmy jednak samo instruktorowanie. Dalej jestem też nurkiem. Odkrywam nowe miejsca w Polsce. Dalej się uczę i odkrywam nowe rzeczy w nurkowaniu. Tu się nic nie zmieniło w moim życiu. Na pierwszy ogień Leleszki i jezioro Leleskie. Baza Warszawskiego Centrum Nurkowego (WCNUR). Zaledwie sto osiemdziesiąt jeden kilometrów z centrum stolicy. Rzut beretem dla stołecznych nurków. Miejscowość typowo letniskowa. Rolnicze gospodarstwa niewidoczne, głównie same kwatery, pensjonaciki i agroturystyki. Ładnie, kolorowo, czysto i porządnie. Pensjonat Leleszki – nasza baza noclegowa – zgrabny i zachęcający do powrotu. Zabudowania starego pruskiego gospodarstwa odnowione i przystosowane dla gości w sposób bardzo zgrabny. Nie sposób nie polubić tego miejsca. Dodać należy do tego znakomite jedzenie, jakim nas tu karmią. Gospodarze zajmują się nami po królewsku, dokarmiają, przygotowują znakomity wieczór z grillem, oddają do dyspozycji porządny ekspres do kawy (niby mała rzecz, ale dla kawoszy coś genialnego), żywo interesują się gośćmi. Nad jezioro rzut beretem, ale my z tą ilością nurkowych bambetli musimy podjeżdżać autami. Nurkujemy z miejscowej plaży. Na miejscu jedna wiata, miejsce na ognisko i ławki. Nam to wystarczy w zupełności. Niestety wyjazd mam zaplanowany na gęsto. Z kursantami siedzę całe dwa dni w wodzie. Śmieją się ze mnie, że wyrosną mi skrzela, bo cały dzień wiszę w wodzie. Nie mam w związku z tym okazji pozwiedzać jeziora. Donoszą mi, że nie mam czego żałować. Wizura nie dopisuje. Nie ma co się uprzedzać. W tym roku nigdzie w Polsce szału nie ma. Jeziora dostają potężne lanie. Nad nami przechodzi co najmniej jedna spora burza. Nie skreślam jeziora. Dam mu jeszcze szansę, właśnie ze względu na odległość (nota bene, rzut beretem od moich ukochanych Nart) i noclegownię. Uwaga dla zainteresowanych zorganizowaniem wypadu nurkowego – weźcie pod uwagę, że w Pensjonacie, pomimo, że zorientowany na nurków, nie ma zestawu tlenowego (WCNUR dementuje informację, którą otrzymał Rudi na miejscu – zestaw jest w piwnicy), a lokalna sprężarka Gera nie jest super wydajna. Warto zabrać swoją do pomocy.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 2. (kubaCE) Dzielni kursanci przygotowują sprzęt.

Foto 3. (kubaCE) Briefing na powitanie.

Potem przenoszę się daaaaaaleko, daaaaleko stąd. Pod granicę niemiecką, gdzieś nawysokości Gorzowa Wielkopolskiego. Jezioro Lipie koło miejscowości Długie przed Dobiegniewem. Cholernie daleko dla mnie. Fajnie, że jest autostrada i mknie się zgrabnie (niestety, nie dość zgrabnie na odcinku Warszawa – Łódź, gdzie korki są codziennością). Jedziemy tam odkryć nowe potencjalnie nurkowisko dla Rudiego. Jedziemy. Jedziemy… Jedziemy i jedziemy. W końcu dojeżdżamy, jest już późny wieczór – jest jednak środek wakacji, dzień jest długi, słońce chowa się dopiero po dwudziestej drugiej. Ośrodek Wodnik. Nic specjalnego. Taki polski standard. Niedostatki w obsłudze, pokoje niby przyzwoite, ale zawsze coś gdzieś nie działa, nie domaga (prysznic), albo kuleje (smętnie zwisająca półka w łazience). Dostajemy pokój z dostawką. Dostawka ulokowana… w szufladzie od szafy… Kolega spał dosłownie w szufladzie. Ubaw mieliśmy po pachy. Następnego dnia odkrywamy jezioro i lokalną bazę nurkową. Jezioro z powierzchni robi miłe wrażenie. Malownicza miejscowość nad brzegiem, pozostała część linii brzegowej zajęta przez piękny las – nietrudno o skojarzenia z Łagowem. Ładnie, spokojnie, elegancko. Nie cicho, trwa lato, jesteśmy na „miejskiej” plaży. Rozkręca się już stanowisko letniego DJa, muzyka gra, a ja zaczynam czuć, że to nie mój klimat. Baza nurkowa zacna. Chłopaki goszczą nas elegancko, niczego nam nie brakuje. Ja mam zaplanowane zajęcia z OWD, więc znowu znikam pod wodą przy brzegu i nie mam możliwości zwiedzić jeziora. Brzeg mam piaszczysty, niby w porządku, niepokój jednak budzi ruch łodzi (w tym motorowych) w naszym pobliżu. Brak jasno wydzielonych stref ruchu dla łodzi i luzackie podejście sterników nie wpływa pozytywnie na nasz komfort nurkowania. Tym razem nie mam dużej ekipy kursantów, więc zajęcia kończę szybko. Drugi instruktor, Kuba, proponuje mi, bym w ramach rozrywki popłynął z kursantami AOWD na nocne. Będę miał okazję zobaczyć jezioro. Oczywiście się rzucam na tą okazję ponurkowania. Powstaje plan nurkowania po ósmej z zakończeniem przed dziesiątą w nocy – bo jakiś ważny mecz finału jakiegoś tam mundialu (totalnie nie śledziłem, jakieś lata wcześniej jeszcze coś tam od czasu do czasu pooglądałem, ale z czasem okrutnie mi to zbrzydło). Szkoda tylko, że jak się wynurzaliśmy to było jeszcze jasno. Używaliśmy latarek chyba bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Akwen niestety mnie nie oczarował. Nic specjalnego, wizura do tego słaba (ale to znów nie wina akwenu, ile kapryśnego lata), płynęliśmy do zatoki, gdzie miało być fajnie, wynudziliśmy się jednak okropnie. Musiałem się pilnować by nie zgubić automatu, bo tak mi się ziewać chciało. W końcu nie wytrzymałem i w drodze powrotnej zarządziłem wynurzenie. Nie chcę narzekać na to jezioro. Z pewnością lokalni nurkowie mają tu ubaw po pachy, jeżeli dopisuje wizura – ale z racji tego, że blisko mają do niemieckich kamieniołomów, chyba tak często nie goszczą nad jeziorem Lipie. Dla nurków z Polski centralnej to raczej strata czasu i pieniędzy. Już lepiej jechać do Łagowa, albo do Niemiec. Nurkowanie w jeziorze Lipie nie dostarcza żadnych nowych wrażeń dla znawców polskich jezior. Są w Polsce ciekawsze akweny i nie warto pchać się przez całą Polskę by poznawać uroki tego zbiornika.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 4 – 11. (kubaCE) Jezioro Lipie. Wesoła gromadka moich Owudziaków to ogromny plus tego wyjazdu.

Pomiędzy kolejnymi wyjazdami w nowe miałem okazję zajrzeć nad stare i znajome jezioro Piaseczno koło Łęcznej. Zrobiłem tam indywidualny kurs OWD (samo zakończenie). Na miejscu platformy, wszystko oporęczowane, jest co zwiedzać. Warunki wydają się idealne do przeprowadzenia kursu. Niestety, jezioro postanowiło zrobić nurkom psikusa i nażarło się sinic. Od siódmego metra w dół woda totalnie mętna. Gdzieś tam na dole poniżej nastego metra widoczność wraca. Jednak przejście przez warstwę zerowej widoczności to żadna przyjemność. W dodatku Przemo, naczelnik bazy Nureczno strasznie klął na pogodę – non stop oberwania chmur, zlewy i ulewy. To nie jest dobry rok dla tego jeziora, niestety.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Potwór z jeziora Piaseczno!

Po tym wypadzie przyszedł czas na moje osobiste AOWD na Zakrzówku. Nie będę się rozpisywać o walorach dobrze znanego wszystkim akwenu (już lepiej zrobił to mój dobry przyjaciel, mój współinsturktor Błażej – na stronie naszej grupy nurkowej Go Diving), choć nieco pozmieniał się pod wodą, a i ja miałem wreszcie okazję go sobie spokojnie pozwiedzać (dotąd wpadałem na Zakrzówek tylko w charakterze kursanta i niespecjalnie miałem okazję go porządnie zwiedzić). Doszły rury i samolot z „Koparek Jaworzno”, drewniany statek „Gruby” w końcu osiadł na dnie. Mieliśmy więc co zwiedzać ze współnurkami i wreszcie czułem, że akwen mam obcykany, aż napadła mnie myśl, że nie bardzo mam pomysł, co dalej w nim zwiedzać.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 13 – 17. (kubaCE) Zakrzówek, wycieczki i AOWD.

Właśnie na tym etapie kończyłem mój maraton nurkowy i udawałem się na rodzinny urlop myśląc o tym, jak przyjemnie będzie rzucić sprzęt nurkowy w kąt i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście stan ten nie trwał długo, już po tygodniu zacząłem kombinować, gdzie tu zanurkować. Jednak od początku urlopu lało często i gęsto. Na dobitkę dopadł mnie okrutny wirus, pognębił gorączką, kaszlem i paskudnym katarem. Moje plany, by dać nura w jeziorze Czorsztyńskim, poszły precz. Zaraz potem jednak przemieszczałem się ze swoim synem w region suwalski by tu spędzić kilka dni z moimi rodzicami. Sprzęt miałem w pogotowiu czując, że tym razem nur będzie nieunikniony. Nie tak daleko w końcu miałem do Hańczy, nie tak daleko miałem też do innego akwenu, który chodził mi po głowie. Lata temu mój guru napisał o niewielkim, uroczym jeziorze skrytym w lasach. O jeziorze krystalicznie czystym, nieskalanym cywilizacją. O boskich podwodnych łąkach, o bogactwie podwodnego życia, o niesamowitej wizurze.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 18 – 21. (kubaCE) „Fatalna” wizura w jeziorze Staw.

Jezioro Staw. Tyle razy sobie obiecywałem, że tu zanurkuję. Tyle razy bywałem gdzieś w tych okolicach, albo przejazdem, a jednak nie zajrzałem nad nie. W końcu rozpocząłem przygotowania. Odszukałem jezioro na mapie. Na mapie wygląda to już mniej romantycznie niż w opisach Rudiego. Jezioro jest praktycznie przedłużeniem jeziora Wigry, a dookoła mamy co najmniej dwie spore miejscowości – Płociczno – Tartak i Gawrych – Ruda. Moja wizja odkrywania dzikiego jeziora w środku lasu legła w gruzach – brutalna rzeczywistość. Nic to, z miejsca wypoczynku miałem do jeziora jakieś czterdzieści kilometrów. Zapakowałem sprzęt, mojego syna, siostrzenicę i mojego brata. Dzieciaki miały się doskonale ukąpać, a brat występował w roli opieki do dzieci. Ruszyliśmy. Pogoda nie zapowiadała się na rewelacyjną, gorzej – jak tylko dotarliśmy nad jezioro, zaczęło padać. Najpierw dotarliśmy w opisany punkt zejścia do wody prosto z drogi. Po jednej stronie gospodarstwo rybne, po drugiej stronie drogi jezioro. Zejście w samym szczycie jeziora z widokiem na jego strome, zalesione zbocza. Jezioro niezbyt duże, ale urokliwe. Cała linia brzegowa to strome zbocze, więc nad brzegiem nie straszą żadne zabudowania. Dookoła tylko las. Wygląda to naprawdę sympatycznie, niestety nasze miejsce nie zachęca do wejścia do wody. Gęsta rzęsa na wodzie i śmieci na brzegu. W dodatku ten deszcz. Wsiadamy do auta i ruszamy na objazd jeziora. W ten sposób próbujemy przeczekać deszcz. Najpierw zwiedzamy wschodni brzeg. Kilka gospodarstw i gęsty las. Nie wykryłem żadnego ogólnodostępnego zejścia do wody. Objeżdżamy jezioro i wracamy do miejscowości, badamy lokalne uliczki idące w stronę jeziora. Jedna z nich prowadzi nad brzeg skarpy, dalej wąska ścieżynka schodzi ostro w dół i niknie między drzewami. Zostawiam auto i idę na zwiad. Dochodzę do lokalnej dzikiej „plaży”. Uwielbiam takie miejsca. Brzeg skryty w cieniu drzew. Las jednak niezbyt gęsty, nie z tych mokrych i zarośniętych. Woda… Szok. Kryształ. Przecież świeżo padało! A tu widać pod wodą wszystko. W dodatku to dno. Sam piaseczek i drobne kamyki. Łagodnie opadające dno, przy brzegu płytko. Dla dzieciaków miejsce idealne. Zakładamy obóz a ja lecę po sprzęt. Ubieram się prędko i wskakuję do wody. Jest dopiero co po deszczu a wizura jak w lepsze dni na jeziorze Narty, albo w przeciętne dni w kamieniołomach typu Piechcina czy Zakrzówka. Pamiętam opis Rudiego, który tłumaczy niesamowitą klarowność wody obecnością licznych podwodnych źródeł zasilania jeziora. Schodzę na chwilę głębiej, płynę w pojedynczej piance bez rękawic więc od razu wyczuwam granicę termokliny na pięciu metrach. Docieram na osiem metrów. Jedynymi oznakami tej „znacznej” głębokości jest chłód wody i ubogość szaty roślinnej. Nie ma jednak żadnej ciemności, ani krajobrazu księżycowego. Wracam nad termoklinę i zwiedzam okolice. Oczom nie wierzę. Trawy, rdestnice takie i owakie, moczarki, inne piękne podwodne rośliny, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Gąbka słodkowodna do tego. Po dłuższej chwili wpadam na pomysł by jednak trzymać się bliżej brzegu, samych płycizn, bo właśnie tam jest najciekawiej – szczupaczki, szczupaki i szczupaczydła. Powalone drzewa, konary i inne dekoracje podwodne skryte w cieniu drzew zwisających nad wodą. Ach, ten kolor wody! Coś cudownego! Przełączam kamerę GoPro na wyższą rozdzielczość i filmuję jak wariat. Wynurzam się po półgodzinie i dopytuję pozostałych, czy już mają dosyć i mam kończyć. Nie, im też się tu podoba. Znikam dalej, idę w drugą stronę. Całe jezioro tętni życiem i zachęca do zwiedzania. Gdzieś tam, w stronę jeziora Wigry, rozciągają się całe łąki gąbek słodkowodnych, o których pisał Rudi. Ja spotykam ich niewielkie skupiska, ale widok robi wrażenie. Do tego bardzo przystojny król Szczupak Wielki. Nieśmiały. Nie daje sobie zrobić porządnego zdjęcia. Nie to co zielonkowskie szczupaczydła z parciem na szkło. Wychodzę z wody z żalem i już planuję, kiedy tu wrócę. Siadam do planów, we wrześniu chcę tu wrócić z większą grupą.

Potem jeszcze powtórka Zakrzówka – kolejny kurs AOWD. Zaczynam się czuć na Zakrzówku jak w domu. Fajne to miejsce, dobre do prowadzenia kursów. Z ogromną przyjemnością nurkuje się tutaj w tygodniu. Wiaty wolne, butle ładuje się w kilka minut, jest gdzie stanąć autem tuż przy wiacie. Brakuje Pana Kiełbaski, ale ja za nim i jego kuchnią nie tęsknię. Wyjazd sobie bardzo chwalę, doskonałych kursantów mam, bawimy się w wodzie doskonale, do tego pysznie się obżeramy w Karczmie Rzym. Wracam wypoczęty i zrelaksowany. Zrzucam logi z komputera nurkowego na komputer stacjonarny. Dive Manager pokazuje mi, że załadowałem w sumie ponad 50 nurkowań. W sumie wykonałem w tym roku więcej zanurzeń niż przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, część logów będę musiał zsumować – siedzenie w wodzie przez cały dzień potraktuję jako jedno nurkowanie… 🙂

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 22 – 26. (kubaCE) I znowu Zakrzówek!

Co w najbliższym czasie chciałbym tutaj wrzucić? Mam już kilka przemyśleń o sprzęcie, na którym nurkuję. Mam sprecyzowane wizje dalszego rozwoju (nie tylko jako instruktor, ale także jako nurek). Wciąż nie zrealizowałem marzeń i planów na temat oświetlenia do video. Sprzętowo ostatnio niespecjalnie się rozwinąłem. Najważniejszym zakupem był zakup suchego skafandra na początku tego sezonu nurkowego i potem praktycznie nic. Poczyniłem za to pierwsze zakupy w imieniu moich kursantów i znajomych. Postaram się wkrótce naskrobać kilka słów na ten temat jak i na temat mojego wyboru suchego skafandra.

Dahab – repeta

Powrót do Dahabu był kwestią czasu. Jednak w najdziwniejszych snach nie mogłem przewidzieć, że stanie się to tak szybko. Ledwie cztery miesiące minęły, a ja znowu kłaniałem się znajomym recepcjonistom z hotelu Tropitel pod Dahabem. Nawet bez zaglądania w komputer pierwszy z nich powiedział na powitanie: Ty tu nie jesteś pierwszy raz. Był to mój drugi raz w Dahabie, ale pierwszy raz pod wieloma względami. Niektórymi baaaardzo przyjemnymi dla mnie. Tym razem występowałem jako instruktor, jako pies przewodnik wyprawy. Za każdym razem przywołane myśli na ten temat mile łechcą moją małą pyszkę. Jest i duża odpowiedzialność za uczestników, za kursantów, za jakość dostarczanych nurkowań i rozrywek. Jest i stres, bo wszystkie problemy, nieporozumienia, niezadowolenie uczestników prędzej czy później stają się moimi zagadnieniami. Entuzjazm nie gasł jednak ani razu. Czułem się z tym wszystkim jak ryba w wodzie. To jest właśnie to, co mnie kręci. Nie od dziś organizowałem różne wydarzenia i różne przedsięwzięcia, nie pierwszy raz starałem się organizować komuś czas. Sam nudy na wczasach nie znoszę, leżenie plackiem przy basenie jest mi totalnie obce. Nawet jak się położę, to zwykle wytrzymam godzinę i już będzie mnie nosić.

GOPR3217 GOPR3212 GOPR3201

Uczestnikami wyjazdu okazali się być ludzie nadzwyczajnie idealni jak na mój pierwszy raz. Praktycznie brak indywidualistów, towarzystwo szybko znalazło wspólny język i łatwo się zintegrowało. Wszyscy zmotywowani do nurania, do odkrywania uroków podwodnego świata Dahabu. Przed nimi takie miejsca do odkrycia jak Blue Hole, Gabr El Bint, Two Caves, Morray Garden, czy Canyon.

Pierwszy atak przeprowadziliśmy na Lighthouse. Dla mnie o tyle dobre miejsce, że na start do poprowadzenia miałem wody otwarte OWD. Dla pozostałych może niezbyt ciekawa miejscówka, łysa i mało atrakcyjna widokowo, jednak doskonały punkt by Mohamed z Dahab Days mógł sprawdzić nurków rekreacyjnych. Tym razem bez Achmeda, tym razem nurkował dzień w dzień z nami, prowadząc wszystkie nurkowania rekreacyjne. Ja w tym czasie oddawałem się czystej przyjemności, jaką była współpraca z moimi kursantami. Ewa i Paweł wyraźnie czuli wodę i szybko opanowywali wszystkie umiejętności pod wodą. Ani strachu, ani paniki. Pawła wręcz łapałem na tym, że dość szybko przyjął rolę doświadczonego nurka, pomagając Ewie w różnych sytuacjach, samemu jednak nie zwracając uwagi na pewne szczegóły. Ewa potrzebowała więcej czasu na opanowanie neutralnej pływalności i reagowanie na jej zmiany, jednak nadrabiała prędkością. Paweł praktycznie nie mógł jej nigdy dogonić. Ewa tym sposobem szybko zapracowała na przezwisko „Torpeda”.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kolejnego dnia, na południu Dahabu, siedzieliśmy w mojej ulubionej, uroczej restauracji Camel z dostępem do takich miejscówek nurkowych jak: Morray Garden, Golden Blocks, Three Pools, czy dalej Two Caves, Umm Sid. Knajpki z Lighthouse idąc za modą europejską, oferują normalne stoliki i siedzenia zupełnie nie rozumiejąc, że cały urok egipskich knajpek to możliwość rozkładania się po królewsku na ziemi przykrytej dywanami i poduchami. W ten sposób czas między nurkowaniami można wygodnie spędzić sjestując na leżąco w cieniu palmowych zadaszeń. Rekreacyjni podzieleni na dwa zespoły rozbiegli się do swoich nurkowań: świeżo upieczeni OWD udali się na spokojnego płytkiego nurka z Divemasterem Hummym, a reszta zwiedzała głębie Two Caves. Ja kończyłem OWD z Ewą i Pawłem w okolicach Golden Blocks czując rosnącą we mnie zazdrość o nurkowanie w Two Caves. Najgorsze się potwierdziło, grupa z Two Caves wróciła bardzo zadowolona uznając to miejsce jako jedno z fajniejszych. Mnie nie dane było tam zanurkować i szczerze tego żałuję. Cóż, kiedyś będzie ten trzeci raz w Dahab… Niemniej jednak ja też miałem powody do dumy. Moi dzielni kursanci zaliczyli wszystkie zajęcia z OWD i tym samym mogłem im pod wodą pogratulować dołączenia do zacnego grona certyfikowanych nurków. Szczęście malujące się na ich twarzach było najlepszą nagrodą dla mnie.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Na trzeci dzień za  planowaliśmy sobie wyprawę łodzią. Moi kursanci dzięki temu mogli poczuć smak nurkowań z łodzi, zaliczyć co najmniej dwa nurkowania AOWD (nurkowanie z łodzi i tzw. „drift dive”), a wszyscy razem zaliczaliśmy trzy nurkowania w nieznanym mi dotąd miejscu Gabr El Bint. Bardzo ładna, bogata rafa, wciąż niezniszczona i nie zadeptana przez hordy nurków. Z Dahabu łódź dopływa w to miejsce w około godzinę. Kotwiczymy przy brzegu w rzędzie łodzi nurkowych, zakładamy sprzęt i dajemy susa do wody. Pod nami od razu robi się głęboko. Półka na około osiemnastu metrach a potem powoli, ale zdecydowanie dno się obniża. Jest to miejsce obfitujące w piękne gorgonie. To miejsce wręcz kipi podwodnym życiem. Wycieczki odbywa się wzdłuż linii brzegowej na północ, lub południe. W obie strony każdy znajdzie coś dla siebie. Głębinowcy mogą posiedzieć na trzydziestu metrach, płytcy będą mieli dużo dobrej zabawy w przedziale od powierzchni aż do osiemnastu metrów. My pierwszego nurka kończymy szybko – Ewę łapią mdłości. Wyhuśtana przez łódź nie zniosła tego najlepiej i sygnalizuje powrót do powierzchni. Daję znać Mohamedowi, że mój zespół kończy nura i wraz z Pawłem wychodzimy na powierzchnię. Odprowadzamy Ewę do łodzi, oddajemy w ręce obsługi i sami zanurzamy się jeszcze na płytkiego nureczka w okolicy. Dochodzimy do północnego cypla, chwilę się tam kręcimy i wracamy do łodzi. Drugie nurkowanie miało być nurkowaniem totalnie rekreacyjnym, jednak los chce inaczej. Zauważam brak swojej szpulki, która musiała się bezczelnie odpiąć w trakcie poprawiania ułożenia bojki. Mam mniej więcej pomysł, gdzie to mogło się stać, więc zarządzam moim kursantom „Search & Recovery” – ustalamy najlepszy plan poszukiwania, omawiamy co i jak ma wyglądać i ruszamy na poszukiwania. Reszta robi nurka na południe od łodzi. Oczywistością jest, że znalezienie małej szpulki w tak kolorowym środowisku to jak szukanie nie igły, ale wręcz bakterii i nie w stogu siana, ale w całym lesie gęsto zadrzewionym. Mam tylko nadzieję, że sznurek się choć trochę rozwinął i wychwycimy jego wciąż intensywną biel na tle raf. Znowu muszę pogratulować moim dzielnym kursantom, choć wiem dobrze, że mamy dużo szczęścia. Już nie pamiętam, jaka rzecz, ale coś zmusiło nas do zejścia do dna na osiemnasty metr, na półkę pod łodzią. Coś tam sobie poprawialiśmy w sprzęcie i właśnie wtedy Ewa wykonuje dramatyczny ruch ręką i pokazuje coś między koralowcami. Co? Oczywiście moją szpulkę. Ładnie zwiniętą – sznurek nie raczył się rozwinąć, ładnie zaparkowaną w cieniu koralowców. Gdybyśmy nie spadli obok niej – nigdy byśmy jej tam nie dostrzegli. Kończymy więc S&R i wracamy na łódź. Dumni i zadowoleni z osiągnięć. Trzeci nurek to już pożegnanie z Gabr El Bint. Ruszamy na północ, w stronę Dahabu. Cała grupa ma przed sobą około pięćdziesiąt minut płynięcia wzdłuż brzegu. Oczywiście, w razie czego dzielimy się na zespoły, jeżeli komuś wcześniej powietrze dojdzie do rezerwy. Wynurzeni czekają na łódź, która ich zgarnie z wody. To długi nur, który daje nam możliwość zwiedzenia naprawdę dużego obszaru rafy. Jednak w moim zespole, w około trzydziestej minucie nurkowania, dojeżdżamy do rezerwy i kończymy nurka. Wynurzamy się i czekamy na łódź. Na powierzchni spore falowanie. Cieszę się, że mój zespół nauczony jest, że fajka to niezbędny sprzęt i zawsze musi być na wyposażeniu, nawet jeżeli ma się nie przydać. Tu się bardzo przydaje. Wymęczeni krótkim dystansem na powierzchni czekamy aż łódź się ustawi, wyłączy silniki i wyciągną nas na linach. Dwadzieścia minut później pozostali wychodzą na łódź. Wszyscy mocno wymęczeni wracamy do Dahabu.

dahab0050 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Czwarty dzień – Bells i Blue Hole. Punkt obowiązkowy wypadu. Tym razem Blue Hole tętni życiem. W lutym były tu zwyczajne pustki. Trzech nurków, kilka psów i walające się śmieci. W czerwcu, pomimo, że wakacje jeszcze nie wystartowały, tłum, tłoczno, gwarno, głośno. Tym razem kursantom robię przerwę. Robimy dwa pyszne nurkowania rekreacyjne. Pierwszy oczywiście z Bells do Blue Hole. Głębinowcy przechodzą pod małym łukiem w Bells, ja z moimi podopiecznymi odbijam ze „szczerbinki” wcześniej i idziemy płycej. Zawisam nad łukiem. Uzmysławiam sobie, że totalnie nie pamiętam przejścia przez łuk za pierwszym razem. Ledwo wyleczony z dość podłego przeziębienia okropnie bałem się, że nie będę w stanie wyrównać ciśnienia i nie wykonam planowanego wtedy zejścia na czterdziesty metr. Leciałem w dół cały czas walcząc z wyrównywaniem ciśnienia – czy to mnie wtedy tak pochłonęło, czy dopadła mnie lekka narkoza? Łuk nie sposób minąć nie zauważając go. Grunt, że udało się wtedy. Osiągnąłem czterdzieści metrów. Teraz patrzyłem na to wszystko z góry i nie żałowałem, że nie schodzę na 40 metrów. Ściany ciągnące się od Bells do Blue Hole to istna skarbnica życia morskiego. Taka kotłowanina rozpościera się na całej wysokości osiągalnej dla rekreacyjnych nurków. Ja i moi kursanci nie narzekaliśmy na brak atrakcji. A że Ewa pędziła jak torpeda, nie było czasu na skupianie się na detalach…

DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Na drugiego nurka zamieniłem się kierownictwem. Mohamed wziął moich dzielnych studentów na wycieczkę poza Blue Hole, a ja z głębinowcami dałem susa do Blue Hole by spróbować dojrzeć ten Łuk. Ten właściwy. Ten znany, ten legendarny. Na pięćdziesięciu trzech metrach studnia tworząca Blue Hole rozchyla się pięknym łukiem i otwiera na otwarte morze. By jednak przejść pod łukiem należy zejść do pięćdziesięciu pięciu metrów i przepłynąć kilka ładnych metrów by móc rozpocząć wynurzanie po drugiej stronie. Nie jest to wyczyn dla nurków rekreacyjnych i nie na naszą konfigurację – pojedyncze butle 12 litrów. My chcemy tylko go zobaczyć. Wiem, słyszałem, filmy widziałem. Są ludzie, którzy decydują się na przejście pod łukiem łamiąc te podstawowe zasady bezpieczeństwa. Ładują się na głębokości, gdzie zaczyna się nurkowanie dekompresyjne, walą pod łuk z jedną butlą, w której powietrze na tej głębokości znika w oczach. To jak z włażeniem na Kasprowy, czy inne góry polskie w klapeczkach. Nikt nikomu tego nie zakaże, ktoś może parsknie śmiechem, ktoś inny pokręci głową z politowaniem, trzeci skomentuje. Brak wyobraźni jednak jest nieuleczalny. Ci, którzy mają okazję przekonać się o swoim braku, zwykle nie mają szansy przekazać tej cennej wiedzy swoim następcom. A tych nie brakuje. My dochodzimy do czterdziestego metra, ja zawisam na czterdziestce, koledzy z drugiego zespołu schodzą jeszcze ciut niżej. Niestety, jesteśmy w złym miejscu. Zanurzanie zaczęliśmy w dobrym punkcie, ale za wolno się opuszczaliśmy i za wolno płynęliśmy do celu. Za mało powietrza by jeszcze pokonać jeden załom. Tym razem nie mamy okazji obejrzeć łuku. Następnym razem. Z radością zaczynam wynurzanie czując efekt narkozy azotowej. Dokładnie tak jakbym strzelił sobie kilka porządniejszych drinków. Nieco przymroczony, czuję lekki stres i mam wrażenie, jakbym nie rejestrował wszystkich klatek obrazu. Efekt znika dosłownie po paru metrach wynurzenia. Wyłazimy na powierzchnię dokładnie w tym samym momencie co grupa nurkująca na zewnątrz. Wszyscy wracają zadowoleni, a łuk na nas poczeka.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Ostatni „pakietowy” dzień nurkowy spędzamy w Canyonie. Grupa dokupuje sobie nurkowanie nocne. Czekają więc nas trzy nurkowania. Ja tego dnia kończę kurs AOWD. W Canyonie opadamy na trzydziesty metr, robimy nasze zadania, po czym dołączamy do wycieczki, która rozpoczyna wychodzenie z Canyonu i powolutku wracamy do laguny. Spokojny nureczek, choć odczuwamy pchający nas na południe  prąd. Pawłowi udaje się strzelić bojkę i szybko zmiatamy do laguny by nas prąd nie porwał w dalszą drogę. Drugi nurek my spędzamy głównie w lagunie robiąc nurkowanie nawigacyjne. Ja jeszcze pokazuję Ewie kilka ćwiczeń by lepiej zrozumiała pływalność i odpuściła sobie wyścigi podwodne. Ewa właśnie tym tłumaczyła swój sprint podwodny (z nieustającym użyciem rąk), że jak zwalniała, miała wrażenie ciągłego opadania. Po tych kilku dodatkowych ćwiczeniach nagle się okazuje, że ręce mogą głównie spoczywać sobie, ale „speed” się nie wyłącza. Ewa zawsze musi być pierwsza! Robimy krótką wycieczkę na zewnątrz laguny, ale prąd lekko się wzmaga. Odpuszczam Ewie strzelenie bojki i wracamy do brzegu.

dahab0069 dahab0080 dahab0075

Na nocny nurek idzie nas tylko pięciu wraz z Mohamedem. Idziemy zobaczyć Canyon w nocy. Zapowiadane są mureny, duże ilości skrzydlic i inne atrakcje. Rzeczywiście Canyon tętni nocnym życiem, ale ani skrzydlic, ani muren. Murenę dopiero spotykamy przy brzegu, a na jednej skrzydlicy o mało nie usiadłem tuż przy brzegu. Widok Canyonu w światłach latarek robi jednak niesamowite wrażenie.

Ostatni dzień nurkowania – tu już tylko dla chętnych, za dodatkową opłatą. Jednak odlot mamy tak ustawiony, że spokojnie możemy spędzić ten dzień na nurkowaniu. Marzeniem moim było pokazanie Islands tym, którzy tu nie byli. Niestety zbyt wysoka fala nie pozwalała na odbycie nurkowania w tym miejscu. Zdecydowaliśmy się na powrót na południe, do knajpki Camel i stąd wyprawy w niezbadane przez nas nurkowiska – Umm Sid i Golden Blocks. W Umm Sid można zobaczyć naprawdę duże gorgonie, często spotykałem też nadymki. Jest to też miejsce, gdzie można podziwiać Garden Eels – niesamowite grupy wstążkowatych kreatur wystające z białego piasku. Arcyciekawy widok. Z kolei Golden Blocks to królestwo żółtego koralowca i znowu mamy okazję spotkać majestatyczne wachlarze gorgonii. Na zakończenie nurka Ewa zalicza strzelenie bojki i powoli, z ociąganiem zbieramy się do brzegu. Czas kończyć nurkowania, płukać i suszyć sprzęt. Następnego dnia trzeba będzie odlecieć do Polski. Jak szybko zatęsknię za Dahabem? Pewnie szybko. Mam tu do zaliczenia jeszcze Two Caves, chętnie wrócę do Bells, do Blue Hole, do Gabr El Bint, Islands, czy Canyonu. Niemniej jednak z radością wracałem do Polski. Do naszej kuchni, do naszego chleba. Nie pokochałem się z kuchnią egipską, wyżej cenię sobie dokonania kuchni tureckiej, czy libańskiej, a w Egipcie wręcz okrutnie bolał mnie totalny brak przyzwoitego pieczywa – wszystko to słodkawe białe pieczywo. Tydzień na diecie egipskiej wywołał u mnie poważną tęsknotę do polskich smaków. Z ogromną radością wracałem do domu marząc o kromce ciemnego chleba na zakwasie upieczonego przez mą zacną małżonkę. Bo czyż nie po to się wyjeżdża, by móc potem z radością wracać w swoje cztery kąty?

DCIM100GOPRO DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO dahab0105 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA dahab0091 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Znowu stolica… Foto-video-relacja z Fortu Zbarż

Tak, znowu lokalne nurkowanie. Znowu z GEPNem. Ile można… Ano można, można, a nawet się chce! Tym razem zaskoczyła nas spora ilość przybyłych. Czyżby rosła popularność, czyżby ludzie nie mieli czasu wyjeżdżać za miasto, czyżby jednak popularność stołecznych akwenów rosła? Kałuże kałużami, ale nie ma co kręcić nosem, można tu wykonać całkiem fajne nurkowania. Tym razem Fort Zbarż. Miałem obawy co do wizury. Deszcze ostatnio do nas często zaglądały, był ledwie może dzień przerwy od deszczu. Jednak jak wcześniej pisałem, akwenowi trzeba dać szansę. I tym razem było sympatycznie. Widoczność była, okoliczności nurkowania całkiem zacne, ba, nawet konkretny upał i bezchmurne niebo. Tym razem jednak nie dane było mi spokojnie ponurkować i cieszyć się „samotnością” pod wodą. Momentami czułem się jak na Zakrzówku. Nurkowie obok nas, nurkowie przecinający nam drogę, nurkowie przed nami, za nami. A że zbiornik nijak nie może mierzyć się z Zakrzówkiem wielkością, woda dość szybko została zabełtana i co chwila wpływaliśmy w strefę zerowej widoczności. Aż żałuję, że nie zrobiłem tak jak Kamil i nie popłynąłem zwiedzać miejsca dotąd niebadanego, czyli części pod wiaduktem. Wychodziłem jednak z wody zadowolony. Widać, że nasze grono się powiększa, że ludzie zauważają, że da się tutaj nurkować. Na miejscu, oprócz licznych nurków, pojawił się Adam Wasiak z Freefrog.tv i nakręcił krótką relację z naszego bąblowania. Wpadli też na chwilę nasi dyżurni Ecepowcy, czyli stali bywalcy zalanych fundamentów elektrociepłowni pruszkowskiej. Sam już zaczynam marzyć o zanurkowaniu w ECP, jednak wciąż czuję, że jeszcze w sztuce nurkowej nie jestem aż tak dobry, ani też sprzętu odpowiedniego nie mam by zacząć odkrywać nurkowanie „overhead”. Na to przyjdzie czas. Tym czasem wrzucam kilka naszych zdjęć i film Adama z Fortu Zbarż. Zapraszam Was na kolejne nurkowania GEPNu, już w najbliższą niedzielę w Zielonce duża impreza GEPN pod hasłem „Bezpiecznie i czystko na Gliniankach„. Zielonka to dobry poligon dla doświadczonych i bardzo początkujących nurków.

Film FreeFrog.tv z Fortu Zbarż

DSC_0126

Fot.1. Obowiązkowe wspólne.

DSC_0112Fot.2. Tłum nurków, góra szpeju. Widok typowy raczej dla parkingów nad Hańczą, albo na Zakrzówku.

DSC_0118Fot.3. Forty czekają.

DCIM100GOPROFot.4. Rekonesans linii brzegowej.

DCIM100GOPROFot.5. Adam Wasiak biega z kamerą wśród nurków.

DCIM100GOPROFot.6. Upał, słonko grzeje niemiłosiernie, a tu trza się wcisnąć w piankę, albo w suchy skafander.

DCIM100GOPROFot.7. I jeszcze fotografowie krzyczą by poczekać, bo zdjęcie. A tu człowiek się po prostu gotuje.

DCIM100GOPROFot.8. Nareszcie w wodzie.

DCIM100GOPROFot.9. Karol w stylowym szyszaku wybiera się by zajrzeć pod arkady.

DCIM100GOPROFot.10. Łukasz kontempluje widoki.

DCIM100GOPROFot.11. Samostrzał na tle arkad.

DCIM100GOPROFot.12. Jest OK!

10333312_692103117493148_7610300899716539501_oFot.13. (autor: Kamil Jakuza Jaczyński). Zbiornik pod wiaduktem.

DCIM100GOPROFot.14. Co nur to inna konfiguracja.

GOPR2963Fot.15. Fort z bliska.

DCIM100GOPROFot.16. Tłumy pod wodą.

DCIM100GOPROFot.17. Świeżo upieczona nurczyni bardzo zadowolona.

DCIM100GOPROFot.18. Słonko i szuwary podwodne. Jak ja to lubię.

DCIM100GOPROFot.19. Dyżurny Ecepowiec z kurtuazyjną wizytą na zakończenie naszego nura.