Dahab – repeta

Powrót do Dahabu był kwestią czasu. Jednak w najdziwniejszych snach nie mogłem przewidzieć, że stanie się to tak szybko. Ledwie cztery miesiące minęły, a ja znowu kłaniałem się znajomym recepcjonistom z hotelu Tropitel pod Dahabem. Nawet bez zaglądania w komputer pierwszy z nich powiedział na powitanie: Ty tu nie jesteś pierwszy raz. Był to mój drugi raz w Dahabie, ale pierwszy raz pod wieloma względami. Niektórymi baaaardzo przyjemnymi dla mnie. Tym razem występowałem jako instruktor, jako pies przewodnik wyprawy. Za każdym razem przywołane myśli na ten temat mile łechcą moją małą pyszkę. Jest i duża odpowiedzialność za uczestników, za kursantów, za jakość dostarczanych nurkowań i rozrywek. Jest i stres, bo wszystkie problemy, nieporozumienia, niezadowolenie uczestników prędzej czy później stają się moimi zagadnieniami. Entuzjazm nie gasł jednak ani razu. Czułem się z tym wszystkim jak ryba w wodzie. To jest właśnie to, co mnie kręci. Nie od dziś organizowałem różne wydarzenia i różne przedsięwzięcia, nie pierwszy raz starałem się organizować komuś czas. Sam nudy na wczasach nie znoszę, leżenie plackiem przy basenie jest mi totalnie obce. Nawet jak się położę, to zwykle wytrzymam godzinę i już będzie mnie nosić.

GOPR3217 GOPR3212 GOPR3201

Uczestnikami wyjazdu okazali się być ludzie nadzwyczajnie idealni jak na mój pierwszy raz. Praktycznie brak indywidualistów, towarzystwo szybko znalazło wspólny język i łatwo się zintegrowało. Wszyscy zmotywowani do nurania, do odkrywania uroków podwodnego świata Dahabu. Przed nimi takie miejsca do odkrycia jak Blue Hole, Gabr El Bint, Two Caves, Morray Garden, czy Canyon.

Pierwszy atak przeprowadziliśmy na Lighthouse. Dla mnie o tyle dobre miejsce, że na start do poprowadzenia miałem wody otwarte OWD. Dla pozostałych może niezbyt ciekawa miejscówka, łysa i mało atrakcyjna widokowo, jednak doskonały punkt by Mohamed z Dahab Days mógł sprawdzić nurków rekreacyjnych. Tym razem bez Achmeda, tym razem nurkował dzień w dzień z nami, prowadząc wszystkie nurkowania rekreacyjne. Ja w tym czasie oddawałem się czystej przyjemności, jaką była współpraca z moimi kursantami. Ewa i Paweł wyraźnie czuli wodę i szybko opanowywali wszystkie umiejętności pod wodą. Ani strachu, ani paniki. Pawła wręcz łapałem na tym, że dość szybko przyjął rolę doświadczonego nurka, pomagając Ewie w różnych sytuacjach, samemu jednak nie zwracając uwagi na pewne szczegóły. Ewa potrzebowała więcej czasu na opanowanie neutralnej pływalności i reagowanie na jej zmiany, jednak nadrabiała prędkością. Paweł praktycznie nie mógł jej nigdy dogonić. Ewa tym sposobem szybko zapracowała na przezwisko „Torpeda”.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kolejnego dnia, na południu Dahabu, siedzieliśmy w mojej ulubionej, uroczej restauracji Camel z dostępem do takich miejscówek nurkowych jak: Morray Garden, Golden Blocks, Three Pools, czy dalej Two Caves, Umm Sid. Knajpki z Lighthouse idąc za modą europejską, oferują normalne stoliki i siedzenia zupełnie nie rozumiejąc, że cały urok egipskich knajpek to możliwość rozkładania się po królewsku na ziemi przykrytej dywanami i poduchami. W ten sposób czas między nurkowaniami można wygodnie spędzić sjestując na leżąco w cieniu palmowych zadaszeń. Rekreacyjni podzieleni na dwa zespoły rozbiegli się do swoich nurkowań: świeżo upieczeni OWD udali się na spokojnego płytkiego nurka z Divemasterem Hummym, a reszta zwiedzała głębie Two Caves. Ja kończyłem OWD z Ewą i Pawłem w okolicach Golden Blocks czując rosnącą we mnie zazdrość o nurkowanie w Two Caves. Najgorsze się potwierdziło, grupa z Two Caves wróciła bardzo zadowolona uznając to miejsce jako jedno z fajniejszych. Mnie nie dane było tam zanurkować i szczerze tego żałuję. Cóż, kiedyś będzie ten trzeci raz w Dahab… Niemniej jednak ja też miałem powody do dumy. Moi dzielni kursanci zaliczyli wszystkie zajęcia z OWD i tym samym mogłem im pod wodą pogratulować dołączenia do zacnego grona certyfikowanych nurków. Szczęście malujące się na ich twarzach było najlepszą nagrodą dla mnie.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Na trzeci dzień za  planowaliśmy sobie wyprawę łodzią. Moi kursanci dzięki temu mogli poczuć smak nurkowań z łodzi, zaliczyć co najmniej dwa nurkowania AOWD (nurkowanie z łodzi i tzw. „drift dive”), a wszyscy razem zaliczaliśmy trzy nurkowania w nieznanym mi dotąd miejscu Gabr El Bint. Bardzo ładna, bogata rafa, wciąż niezniszczona i nie zadeptana przez hordy nurków. Z Dahabu łódź dopływa w to miejsce w około godzinę. Kotwiczymy przy brzegu w rzędzie łodzi nurkowych, zakładamy sprzęt i dajemy susa do wody. Pod nami od razu robi się głęboko. Półka na około osiemnastu metrach a potem powoli, ale zdecydowanie dno się obniża. Jest to miejsce obfitujące w piękne gorgonie. To miejsce wręcz kipi podwodnym życiem. Wycieczki odbywa się wzdłuż linii brzegowej na północ, lub południe. W obie strony każdy znajdzie coś dla siebie. Głębinowcy mogą posiedzieć na trzydziestu metrach, płytcy będą mieli dużo dobrej zabawy w przedziale od powierzchni aż do osiemnastu metrów. My pierwszego nurka kończymy szybko – Ewę łapią mdłości. Wyhuśtana przez łódź nie zniosła tego najlepiej i sygnalizuje powrót do powierzchni. Daję znać Mohamedowi, że mój zespół kończy nura i wraz z Pawłem wychodzimy na powierzchnię. Odprowadzamy Ewę do łodzi, oddajemy w ręce obsługi i sami zanurzamy się jeszcze na płytkiego nureczka w okolicy. Dochodzimy do północnego cypla, chwilę się tam kręcimy i wracamy do łodzi. Drugie nurkowanie miało być nurkowaniem totalnie rekreacyjnym, jednak los chce inaczej. Zauważam brak swojej szpulki, która musiała się bezczelnie odpiąć w trakcie poprawiania ułożenia bojki. Mam mniej więcej pomysł, gdzie to mogło się stać, więc zarządzam moim kursantom „Search & Recovery” – ustalamy najlepszy plan poszukiwania, omawiamy co i jak ma wyglądać i ruszamy na poszukiwania. Reszta robi nurka na południe od łodzi. Oczywistością jest, że znalezienie małej szpulki w tak kolorowym środowisku to jak szukanie nie igły, ale wręcz bakterii i nie w stogu siana, ale w całym lesie gęsto zadrzewionym. Mam tylko nadzieję, że sznurek się choć trochę rozwinął i wychwycimy jego wciąż intensywną biel na tle raf. Znowu muszę pogratulować moim dzielnym kursantom, choć wiem dobrze, że mamy dużo szczęścia. Już nie pamiętam, jaka rzecz, ale coś zmusiło nas do zejścia do dna na osiemnasty metr, na półkę pod łodzią. Coś tam sobie poprawialiśmy w sprzęcie i właśnie wtedy Ewa wykonuje dramatyczny ruch ręką i pokazuje coś między koralowcami. Co? Oczywiście moją szpulkę. Ładnie zwiniętą – sznurek nie raczył się rozwinąć, ładnie zaparkowaną w cieniu koralowców. Gdybyśmy nie spadli obok niej – nigdy byśmy jej tam nie dostrzegli. Kończymy więc S&R i wracamy na łódź. Dumni i zadowoleni z osiągnięć. Trzeci nurek to już pożegnanie z Gabr El Bint. Ruszamy na północ, w stronę Dahabu. Cała grupa ma przed sobą około pięćdziesiąt minut płynięcia wzdłuż brzegu. Oczywiście, w razie czego dzielimy się na zespoły, jeżeli komuś wcześniej powietrze dojdzie do rezerwy. Wynurzeni czekają na łódź, która ich zgarnie z wody. To długi nur, który daje nam możliwość zwiedzenia naprawdę dużego obszaru rafy. Jednak w moim zespole, w około trzydziestej minucie nurkowania, dojeżdżamy do rezerwy i kończymy nurka. Wynurzamy się i czekamy na łódź. Na powierzchni spore falowanie. Cieszę się, że mój zespół nauczony jest, że fajka to niezbędny sprzęt i zawsze musi być na wyposażeniu, nawet jeżeli ma się nie przydać. Tu się bardzo przydaje. Wymęczeni krótkim dystansem na powierzchni czekamy aż łódź się ustawi, wyłączy silniki i wyciągną nas na linach. Dwadzieścia minut później pozostali wychodzą na łódź. Wszyscy mocno wymęczeni wracamy do Dahabu.

dahab0050 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Czwarty dzień – Bells i Blue Hole. Punkt obowiązkowy wypadu. Tym razem Blue Hole tętni życiem. W lutym były tu zwyczajne pustki. Trzech nurków, kilka psów i walające się śmieci. W czerwcu, pomimo, że wakacje jeszcze nie wystartowały, tłum, tłoczno, gwarno, głośno. Tym razem kursantom robię przerwę. Robimy dwa pyszne nurkowania rekreacyjne. Pierwszy oczywiście z Bells do Blue Hole. Głębinowcy przechodzą pod małym łukiem w Bells, ja z moimi podopiecznymi odbijam ze „szczerbinki” wcześniej i idziemy płycej. Zawisam nad łukiem. Uzmysławiam sobie, że totalnie nie pamiętam przejścia przez łuk za pierwszym razem. Ledwo wyleczony z dość podłego przeziębienia okropnie bałem się, że nie będę w stanie wyrównać ciśnienia i nie wykonam planowanego wtedy zejścia na czterdziesty metr. Leciałem w dół cały czas walcząc z wyrównywaniem ciśnienia – czy to mnie wtedy tak pochłonęło, czy dopadła mnie lekka narkoza? Łuk nie sposób minąć nie zauważając go. Grunt, że udało się wtedy. Osiągnąłem czterdzieści metrów. Teraz patrzyłem na to wszystko z góry i nie żałowałem, że nie schodzę na 40 metrów. Ściany ciągnące się od Bells do Blue Hole to istna skarbnica życia morskiego. Taka kotłowanina rozpościera się na całej wysokości osiągalnej dla rekreacyjnych nurków. Ja i moi kursanci nie narzekaliśmy na brak atrakcji. A że Ewa pędziła jak torpeda, nie było czasu na skupianie się na detalach…

DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Na drugiego nurka zamieniłem się kierownictwem. Mohamed wziął moich dzielnych studentów na wycieczkę poza Blue Hole, a ja z głębinowcami dałem susa do Blue Hole by spróbować dojrzeć ten Łuk. Ten właściwy. Ten znany, ten legendarny. Na pięćdziesięciu trzech metrach studnia tworząca Blue Hole rozchyla się pięknym łukiem i otwiera na otwarte morze. By jednak przejść pod łukiem należy zejść do pięćdziesięciu pięciu metrów i przepłynąć kilka ładnych metrów by móc rozpocząć wynurzanie po drugiej stronie. Nie jest to wyczyn dla nurków rekreacyjnych i nie na naszą konfigurację – pojedyncze butle 12 litrów. My chcemy tylko go zobaczyć. Wiem, słyszałem, filmy widziałem. Są ludzie, którzy decydują się na przejście pod łukiem łamiąc te podstawowe zasady bezpieczeństwa. Ładują się na głębokości, gdzie zaczyna się nurkowanie dekompresyjne, walą pod łuk z jedną butlą, w której powietrze na tej głębokości znika w oczach. To jak z włażeniem na Kasprowy, czy inne góry polskie w klapeczkach. Nikt nikomu tego nie zakaże, ktoś może parsknie śmiechem, ktoś inny pokręci głową z politowaniem, trzeci skomentuje. Brak wyobraźni jednak jest nieuleczalny. Ci, którzy mają okazję przekonać się o swoim braku, zwykle nie mają szansy przekazać tej cennej wiedzy swoim następcom. A tych nie brakuje. My dochodzimy do czterdziestego metra, ja zawisam na czterdziestce, koledzy z drugiego zespołu schodzą jeszcze ciut niżej. Niestety, jesteśmy w złym miejscu. Zanurzanie zaczęliśmy w dobrym punkcie, ale za wolno się opuszczaliśmy i za wolno płynęliśmy do celu. Za mało powietrza by jeszcze pokonać jeden załom. Tym razem nie mamy okazji obejrzeć łuku. Następnym razem. Z radością zaczynam wynurzanie czując efekt narkozy azotowej. Dokładnie tak jakbym strzelił sobie kilka porządniejszych drinków. Nieco przymroczony, czuję lekki stres i mam wrażenie, jakbym nie rejestrował wszystkich klatek obrazu. Efekt znika dosłownie po paru metrach wynurzenia. Wyłazimy na powierzchnię dokładnie w tym samym momencie co grupa nurkująca na zewnątrz. Wszyscy wracają zadowoleni, a łuk na nas poczeka.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Ostatni „pakietowy” dzień nurkowy spędzamy w Canyonie. Grupa dokupuje sobie nurkowanie nocne. Czekają więc nas trzy nurkowania. Ja tego dnia kończę kurs AOWD. W Canyonie opadamy na trzydziesty metr, robimy nasze zadania, po czym dołączamy do wycieczki, która rozpoczyna wychodzenie z Canyonu i powolutku wracamy do laguny. Spokojny nureczek, choć odczuwamy pchający nas na południe  prąd. Pawłowi udaje się strzelić bojkę i szybko zmiatamy do laguny by nas prąd nie porwał w dalszą drogę. Drugi nurek my spędzamy głównie w lagunie robiąc nurkowanie nawigacyjne. Ja jeszcze pokazuję Ewie kilka ćwiczeń by lepiej zrozumiała pływalność i odpuściła sobie wyścigi podwodne. Ewa właśnie tym tłumaczyła swój sprint podwodny (z nieustającym użyciem rąk), że jak zwalniała, miała wrażenie ciągłego opadania. Po tych kilku dodatkowych ćwiczeniach nagle się okazuje, że ręce mogą głównie spoczywać sobie, ale „speed” się nie wyłącza. Ewa zawsze musi być pierwsza! Robimy krótką wycieczkę na zewnątrz laguny, ale prąd lekko się wzmaga. Odpuszczam Ewie strzelenie bojki i wracamy do brzegu.

dahab0069 dahab0080 dahab0075

Na nocny nurek idzie nas tylko pięciu wraz z Mohamedem. Idziemy zobaczyć Canyon w nocy. Zapowiadane są mureny, duże ilości skrzydlic i inne atrakcje. Rzeczywiście Canyon tętni nocnym życiem, ale ani skrzydlic, ani muren. Murenę dopiero spotykamy przy brzegu, a na jednej skrzydlicy o mało nie usiadłem tuż przy brzegu. Widok Canyonu w światłach latarek robi jednak niesamowite wrażenie.

Ostatni dzień nurkowania – tu już tylko dla chętnych, za dodatkową opłatą. Jednak odlot mamy tak ustawiony, że spokojnie możemy spędzić ten dzień na nurkowaniu. Marzeniem moim było pokazanie Islands tym, którzy tu nie byli. Niestety zbyt wysoka fala nie pozwalała na odbycie nurkowania w tym miejscu. Zdecydowaliśmy się na powrót na południe, do knajpki Camel i stąd wyprawy w niezbadane przez nas nurkowiska – Umm Sid i Golden Blocks. W Umm Sid można zobaczyć naprawdę duże gorgonie, często spotykałem też nadymki. Jest to też miejsce, gdzie można podziwiać Garden Eels – niesamowite grupy wstążkowatych kreatur wystające z białego piasku. Arcyciekawy widok. Z kolei Golden Blocks to królestwo żółtego koralowca i znowu mamy okazję spotkać majestatyczne wachlarze gorgonii. Na zakończenie nurka Ewa zalicza strzelenie bojki i powoli, z ociąganiem zbieramy się do brzegu. Czas kończyć nurkowania, płukać i suszyć sprzęt. Następnego dnia trzeba będzie odlecieć do Polski. Jak szybko zatęsknię za Dahabem? Pewnie szybko. Mam tu do zaliczenia jeszcze Two Caves, chętnie wrócę do Bells, do Blue Hole, do Gabr El Bint, Islands, czy Canyonu. Niemniej jednak z radością wracałem do Polski. Do naszej kuchni, do naszego chleba. Nie pokochałem się z kuchnią egipską, wyżej cenię sobie dokonania kuchni tureckiej, czy libańskiej, a w Egipcie wręcz okrutnie bolał mnie totalny brak przyzwoitego pieczywa – wszystko to słodkawe białe pieczywo. Tydzień na diecie egipskiej wywołał u mnie poważną tęsknotę do polskich smaków. Z ogromną radością wracałem do domu marząc o kromce ciemnego chleba na zakwasie upieczonego przez mą zacną małżonkę. Bo czyż nie po to się wyjeżdża, by móc potem z radością wracać w swoje cztery kąty?

DCIM100GOPRO DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO dahab0105 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA dahab0091 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Znowu stolica… Foto-video-relacja z Fortu Zbarż

Tak, znowu lokalne nurkowanie. Znowu z GEPNem. Ile można… Ano można, można, a nawet się chce! Tym razem zaskoczyła nas spora ilość przybyłych. Czyżby rosła popularność, czyżby ludzie nie mieli czasu wyjeżdżać za miasto, czyżby jednak popularność stołecznych akwenów rosła? Kałuże kałużami, ale nie ma co kręcić nosem, można tu wykonać całkiem fajne nurkowania. Tym razem Fort Zbarż. Miałem obawy co do wizury. Deszcze ostatnio do nas często zaglądały, był ledwie może dzień przerwy od deszczu. Jednak jak wcześniej pisałem, akwenowi trzeba dać szansę. I tym razem było sympatycznie. Widoczność była, okoliczności nurkowania całkiem zacne, ba, nawet konkretny upał i bezchmurne niebo. Tym razem jednak nie dane było mi spokojnie ponurkować i cieszyć się „samotnością” pod wodą. Momentami czułem się jak na Zakrzówku. Nurkowie obok nas, nurkowie przecinający nam drogę, nurkowie przed nami, za nami. A że zbiornik nijak nie może mierzyć się z Zakrzówkiem wielkością, woda dość szybko została zabełtana i co chwila wpływaliśmy w strefę zerowej widoczności. Aż żałuję, że nie zrobiłem tak jak Kamil i nie popłynąłem zwiedzać miejsca dotąd niebadanego, czyli części pod wiaduktem. Wychodziłem jednak z wody zadowolony. Widać, że nasze grono się powiększa, że ludzie zauważają, że da się tutaj nurkować. Na miejscu, oprócz licznych nurków, pojawił się Adam Wasiak z Freefrog.tv i nakręcił krótką relację z naszego bąblowania. Wpadli też na chwilę nasi dyżurni Ecepowcy, czyli stali bywalcy zalanych fundamentów elektrociepłowni pruszkowskiej. Sam już zaczynam marzyć o zanurkowaniu w ECP, jednak wciąż czuję, że jeszcze w sztuce nurkowej nie jestem aż tak dobry, ani też sprzętu odpowiedniego nie mam by zacząć odkrywać nurkowanie „overhead”. Na to przyjdzie czas. Tym czasem wrzucam kilka naszych zdjęć i film Adama z Fortu Zbarż. Zapraszam Was na kolejne nurkowania GEPNu, już w najbliższą niedzielę w Zielonce duża impreza GEPN pod hasłem „Bezpiecznie i czystko na Gliniankach„. Zielonka to dobry poligon dla doświadczonych i bardzo początkujących nurków.

Film FreeFrog.tv z Fortu Zbarż

DSC_0126

Fot.1. Obowiązkowe wspólne.

DSC_0112Fot.2. Tłum nurków, góra szpeju. Widok typowy raczej dla parkingów nad Hańczą, albo na Zakrzówku.

DSC_0118Fot.3. Forty czekają.

DCIM100GOPROFot.4. Rekonesans linii brzegowej.

DCIM100GOPROFot.5. Adam Wasiak biega z kamerą wśród nurków.

DCIM100GOPROFot.6. Upał, słonko grzeje niemiłosiernie, a tu trza się wcisnąć w piankę, albo w suchy skafander.

DCIM100GOPROFot.7. I jeszcze fotografowie krzyczą by poczekać, bo zdjęcie. A tu człowiek się po prostu gotuje.

DCIM100GOPROFot.8. Nareszcie w wodzie.

DCIM100GOPROFot.9. Karol w stylowym szyszaku wybiera się by zajrzeć pod arkady.

DCIM100GOPROFot.10. Łukasz kontempluje widoki.

DCIM100GOPROFot.11. Samostrzał na tle arkad.

DCIM100GOPROFot.12. Jest OK!

10333312_692103117493148_7610300899716539501_oFot.13. (autor: Kamil Jakuza Jaczyński). Zbiornik pod wiaduktem.

DCIM100GOPROFot.14. Co nur to inna konfiguracja.

GOPR2963Fot.15. Fort z bliska.

DCIM100GOPROFot.16. Tłumy pod wodą.

DCIM100GOPROFot.17. Świeżo upieczona nurczyni bardzo zadowolona.

DCIM100GOPROFot.18. Słonko i szuwary podwodne. Jak ja to lubię.

DCIM100GOPROFot.19. Dyżurny Ecepowiec z kurtuazyjną wizytą na zakończenie naszego nura.

Mazowieckie nury

Czorsztyńskie

Ostatnimi czasy nie za dużo miałem okazji do czysto rekreacyjnych nurów. Po przejściu przez mordownię w postaci kursu instruktorskiego praktycznie zdołałem tylko dać nura w Jeziorze Czorsztyńskim (wyjątkowo podła wizura po tygodniu ulew, strasznie się wkurzyłem, bo chciałem pochwalić się przed znajomymi fajnym akwenem, a tu totalne mleko pod wodą) i resztę nurów zaliczyłem tu, niemal pod domem, czyli w mieście stołecznym Warszawa. Po pierwsze, w końcu miałem okazję sprawdzić Fort Zbarż.

DCIM100GOPRO

fortzbarz_planFort Zbarż to bardzo wdzięczna kałuża (tak się już przyjęło nazywać akweny, w których my, GEPNowcy, nurkujemy). Położona w samym sercu miasta, na Okęciu, tuż obok nowej „ekspresówki”. Dojazd ulicą Wirażową, auto stawiamy na parkingu przy budynku rozdzielni, tu także możemy się przebrać. Jest to o tyle genialne miejsce, że nocne tutaj są stu procentowo komfortowe. Latarnie przy parkingu oświetlają przebierających się, wszystko widać. Parking jest elegancki, wyłożony „ulubioną” kostką, więc jest gdzie się rozłożyć na płaskim i (w miarę) czystym ze szpejem. Żadnego stania w błocku, jak leje, żadnego poszukiwania sprzętu w trawie. Potem dwa kroki do wody i siup, znikamy pod wodą.

DCIM100GOPRO

Pod wodą akwen ma sporo do zaoferowania, choć nie jest zbyt głęboki. W zbadanej części do czterech i pół metra. Jest to jego naczelna wada. Nie mam nic przeciwko płytkim zbiornikom, ba, nawet je bardzo lubię. Jednak jeżeli jest to nieduży zbiornik i nie ma zdolności do szybkiego samooczyszczania, byle deszczyk powoduje, że wizura robi się kibelkowata. I właśnie tak miałem przy każdym z dwóch nurków, jakie tam ostatnio oddałem. Wciąż daję szansę zbiornikowi, bo jest ładnie położony, ma atrakcje pod wodą i przy wodzie. Jest w nim zatopiona żaglówka, jest sporo pozostałości po zabudowaniach, pod wodą wciąż na coś można się natknąć. Jednym z zaskakujących artefaktów, zdecydowanie współczesnych, była wanna z hydromasażem. Długi czas o tym dyskutowaliśmy z różnymi nurkami, że ludziom się chce poświęcać swój czas i energię by dotaszczyć taki kawał złomu do wody i tu to utopić. Wanna w pełni akrylowa, więc nie mam pewności czy poszła tak łatwo na dno. No nic, generalnie smutne jest to, że ludzie traktują zbiorniki wodne jako magazyny na rzeczy, których nie chcą oglądać. Nie dotyczy to tylko Mazowsza. Zostawmy jednak wannę, wróćmy do atrakcji – jest żaglówka, są zwalone drzewa, jest i bogate życie – dość łatwo spotkać dorodnego szczupaka. Dużą atrakcją są tak zwane koszary szyjowe, w których stoi woda. Zbyt daleko wpłynąć się nie da, nie ma tam też jakiejś znaczącej głębokości – ledwie dwa metry. Jest to dość niebezpieczne miejsce, w które wpływamy tylko w kasku. Wynurzyć, wynurzymy się w każdym miejscu, ale nieopatrzne dotknięcie ręką cegieł uzmysławia nam jak krucha jest to konstrukcja – cegły i zaprawa, które miały częsty kontakt z wodą, po prostu rozsypują się w rękach. Jest to jednak jedyne w swoim rodzaju miejsce nurkowe, drugiego takiego nie znajdziemy. Miejsce nie ma aktualnie żadnego przyznającego się do akwenu opiekuna. Trafiają się wędkarze, ale żadne koło tutaj oficjalnie nie działa. Teren należy do Agencji Mienia Wojskowego, ale wszyscy zaznajomieni z tematem zgodnie donoszą, że sama Agencja nie chce przyznawać się do miejsca, bo nic z nim specjalnie nie da się zrobić bez ogromnego nakładu pracy. Akwen powstał z wód podskórnych, których poziom kiedyś był sztucznie obniżany z pomocą sąsiadującej „fosy”. Połączenia między zbiornikami zarosły i się urwały, woda podeszła i tak już zostało. Co ciekawe, doniesiono nam, że owa „fosa” to też fajne miejsce, bo można złapać i z dziesięć metrów i wizura niezgorsza. Koledzy ograniczyli się do spuszczenia kamery, nic nie zarejestrowali i póki co nikt nie jest w stanie potwierdzić jaki jest stan tego drugiego zbiornika.

DCIM100GOPRO

Uważam, że Fort ma potencjał i może być fajnym nurkowiskiem, o ile pogoda będzie dopisywać. Mnie pokarała i dwa razy nurkowałem po niedawnych opadach. Za pierwszym razem na nocnym coś jeszcze było widać, za drugim razem – na dziennym nurku już czasami było tragicznie (ale wannę zdołaliśmy znaleźć!). Oba nurkowania organizowałem pod szyldem GEPNu. Na obu pojawili się stali bywalcy GEPNowskich nurkowań, z którymi mi się zawsze miło zwiedza mazowieckie kałuże, tłumów jednak nie było, jakby je pogoda lekko odstraszyła. Tym bardziej byłem mile zaskoczony frekwencją, kiedy skrzyknąłem nurkowanie w Zielonce.

DCIM100GOPRO

Zwiedzanie Zielonki obiecałem kilku osobom, które zabrałem ze sobą na Czorsztyńskie. Obiecałem im fantastyczną wizurę i w duchu tylko marzyłem, by pogoda była tym razem łaskawa. Zielonka jest bardziej odporna na deszcze i lepiej znosi ulewy, niemniej jednak każdy deszcz odciska jakieś swoje piętno na wizurze. Data została wyznaczona, pogodę prognozy obiecywały znośną, ogłoszenie na GEPN poszło, że robimy nura w weekend. Z mojej strony spodziewałem się około sześciu nurków i mogłem tylko zgadywać, ilu pojawi się nurków na ogłoszenie GEPNowskie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu pokazało się trzynastu gotowych na nurkowanie, kilku z „opcją nurkowania” (w końcu na ich nieszczęście nie zdecydowali się zanurkować) i kilka osób towarzyszących. Potem jeszcze dotarł jeden spóźnialski nurek, kiedy my już bąbelkowaliśmy pod powierzchnią. Widzę, że popularność akwenu rośnie i nie dziwota, jest to obecnie najbardziej atrakcyjny nurkowy akwen w naszej stołecznej okolicy.

DCIM100GOPRO

Tym razem na brzegu dopisali także wędkarze, których staraliśmy się nie denerwować swoją obecnością. Dobrze żyjemy z zielonkowskimi wędkarzami i nie chcemy sobie psuć stosunków z nimi. Wybraliśmy więc wolne miejsce na wejście do wody, podzieliliśmy się na zespoły i zniknęliśmy pod powierzchnią. Uff, co za ulga. Wizura całkiem pyszna, jest co oglądać, ryba też chodzi, nigdzie się nie chowa. Od razu na dzień dobry dorodny szczupaczek. Szczupaki chyba się już do nas przyzwyczaiły. Nie zwiewają od razu na nasz widok. Tak jakby zdawały się mówić na nasz widok: „O, znowu te dziwne ryby z dziwnymi wypustkami na plecach i wielkimi oczami, produkujące straszliwą ilość bąbli”. Postoją, popatrzą na nas, dadzą się opłynąć, czasem udają, że są tylko szuwarem, że to wcale nie ryba. Jak już się zorientują, że nie daliśmy się nabrać, albo poczują, że nasza obecność jest dość irytująca, wtedy jeden strzał płetwy i tylko widać kłębek drobinek unoszących się w wodzie w miejscu, gdzie przed chwilą stał szczupak. Nurkowałem tym razem z Pawłem, obaj uzbrojeni w małe kamery buszowaliśmy między gęstwinami zielonkowskiej zieleniny w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Zabrnęliśmy aż pod drugi brzeg, pokręciliśmy się po jeziorze regularnie gubiąc kierunek (w Zielonce często sobie pozwalam na ten luksus, do powierzchni blisko, wystarczy łeb wystawić na sekundę by zorientować się, którędy do domu), odkryliśmy tym razem tylko jednego raka i żadnych innych ciekawych potworów nie spotkaliśmy. Szczupaki dopisały jeszcze dwa, ale to już taki nasz zielonkowski standard, więc o czym tu się rozpisywać. W zielonkowskiej wodzie można siedzieć ile wlezie, póki butla się nie skończy, albo póki skóra z człowieka nie zejdzie (przeszedłem z ligi piankowców do ligi sucharów, więc ten problem mi odszedł). Spędziliśmy więc dobrą godzinę i zaczęliśmy powoli zwijać się do brzegu, jeszcze czekając na pozostałych, z którymi się umówiliśmy, że po godzinie chcemy zobaczyć wszystkie zespoły na powierzchni. W tym momencie nadeszły paskudne chmury i lunęło. Niespecjalnie nam to przeszkadzało, ale co poniektórzy musieli przebrać się z pianek (w wodzie nie zmarzli, bo już miała naście stopni). A że wystąpił urzekający widok ulewy na wodzie połączony z promieniami słońca przebijającymi się na chmury na horyzoncie, szybko jeszcze ciachnąłem kilka zdjęć przy brzegu. Z wody jednak kiedy wyleźć trzeba. Wyłaziłem z niej w pełni usatysfakcjonowany, wiedziałem, że mam kolejnych fanów akwenu na swoim koncie, już tylko czekać aż urządzimy tam nocnego nura, który jest specjalnością zielonkowskiej glinianki!

DCIM100GOPRO

Od zera do „Owsika”

Skłamałbym, gdybym powiedział, że pamiętam to jakby to było dziś. Jednak dość dobrze umiem umiejscowić to wspomnienie w czasie. Był dziewiętnasty maja dwutysięcznego trzeciego roku. Miałem dwadzieścia trzy lata i właśnie wracałem z weekendu spędzonego nad jeziorem Narty. Byłem szczęśliwy jak nigdy, właśnie wracałem jako świeżo upieczony nurek OWD. Podróżowały ze mną jeszcze dwie nowo certyfikowane nurczynki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, co dalej. Pamiętam, że już wtedy padło to słynne „pewnego dnia będę instruktorem nurkowania”. Jedna z koleżanek też złożyła taką obietnicę. Nie pamiętam już ich imion, nasze drogi się rozeszły. Siedzę przed komputerem, z lewej leży mój certyfikat OWD. W kuchni, na lodówce wisi dyplom potwierdzający, że trzynastego kwietnia tego roku pomyślnie zdałem wszystkie egzaminy kończące kurs IDC (Instructor Development Course) i potwierdzające, że od teraz mogę uczyć innych jak nurkować. Wciąż przed oczami mam ten moment, kiedy włoski egzaminator, bardzo sympatyczny (co zaskakujące – świetnie mówiący po angielsku, co zabawne – okrutnie przypominający mi nieśmiałego właściciela sklepu z komiksami w serialu „Big Bang Theory”) Marco ściska moją rękę i mówi „Congratulations, Open Water Scuba Instructor”. Najważniejsze słowa dla mnie. Kończące pewien etap w życiu, zamykające długą drogę od marzenia do realizacji, otwierający nową, zapewne równie trudną część życia przede mną. W końcu wymyśliłem sobie, że z tego bycia OWSIkiem da się utrzymać. Może wtedy, w dwutysięcznym trzecim było to dość oczywiste, teraz – coś jakby mniej. Instruktorów jest jak psów, pieniądze nie leją się z nieba, hasło „kryzys” wciąż ochoczo hula sobie po rynku, choć już chyba co najmniej rok temu oficjalnie odwołano tą imprezę. Czemu ja więc jak osioł uparcie dążyłem do swojego celu, wydając okrutnie nieprzyzwoite kwoty pieniędzy na ten temat, skreślając poważną liczbę cyferek ze swojej prywatnej świnki skarbonki, która miała mi zapewnić dostatnie życie emeryta? Bo człowiek żyje po to by realizować swoje marzenia. Jednym z moich marzeń było zostanie instruktorem nurkowania. Właśnie przy nim teraz mogę postawić „fistaszka” – właśnie to odfajkowałem. Wiecie, jak fajne jest to uczucie? Jest taka dość banalna i patetyczna fraza umieszczona na początku podręcznika instruktora PADI „To, co dostajemy pozwala nam żyć, ale to, co dajemy nadaje życiu sens”. Tak powiedział/ napisał imć Winston Churchill. Niegłupie nawet i właśnie ja teraz czuję, że życie ma sens. Czy zmieni to mój stosunek do tego bloga, czy wpłynie to jakoś na bloga? Niespecjalnie, wcale nie uważam, że ów dyplom spowodował nagle, że już wiem wszystko o nurkowaniu, nurkuję świetnie i mogę teraz wszystkim mówić jak mają nurkować. Wciąż się uczę, wciąż będę się uczył, poprawiał swoje techniki, trenował, kupował, wymieniał sprzęt i tak dalej, i tak dalej. Tyle jeszcze jest rzeczy do poznania, zobaczenia i opisania. Z pewnością nie zabraknie mi tematów do opisywania. 10175905_842489205768486_2029824555_o

Kurs i egzamin kończący to była dla mnie prawdziwa droga przez mękę. Dawno nie musiałem zdawać egzaminów, a nie jestem fanem takich wrażeń. Stresu było dużo. Generalnie do testów z wiedzy przygotować się jest łatwo (ale ja nigdy dobrym uczniem nie byłem, ciężko mi idzie „siadanie do książek” i długo nad nimi nie wytrzymuję), ja jednak pietra miałem przed wszystkimi częściami praktycznymi egzaminu, gdzie nawet najlepsze przygotowanie nie zapewnia stu procent pewności przejścia. Łatwo jest pomylić jakąś sekwencję ćwiczenia, z nerwów zapomnieć o jakimś elemencie demonstracji. Sporo potu i nerwów mnie kosztowały części praktyczne. Piotrek Kędzia dawał z siebie wszystko w trakcie dwóch tygodni nauki, przygotował nas dobrze do egzaminu, spędzając z nami całe dni od rana do… kolejnego rana czasami. Wracaliśmy z basenów o trzeciej, o czwartej nad ranem. Wypluci, wypruci, wymęczeni. Jechaliśmy potem na kolejne zajęcia, z niesłabnącym entuzjazmem i energią. Zdawaliśmy kolejne testy sprawdzające nasze przygotowanie do egzaminu. To były najbardziej intensywne dwa tygodnie nauki, jakie przeżyłem w swoim życiu. W piątek przed egzaminami ruszyliśmy na Kraków. Do hotelu dotarliśmy koło północy by zameldować się o 7:30 w sobotę na rozpoczęciu egzaminów. Już i tak byłem totalnie wybity z normalnego rytmu spania, niespecjalnie mi przeszkadzało to, że realnie przespałem wtedy może z pięć godzin. Adrenalina buzowała od samego rana. Pamiętam, że jak już kończyłem sobotnie zajęcia wiedząc, że wszystko poszło dobrze, wiedziałem, że niedzielne zajęcia na wodach otwartych to już formalność, że już jestem jedną nogą instruktorem. Bezczelne to było przeczucie, jednak tak właśnie się czułem – skoro wykłady i baseny ogarnąłem, na wodach otwartych będę się musiał mocno postarać by to spartolić. Sobotnia noc była pierwszą kiedy porządnie się wyspałem. W niedzielę miałem wylosowane dwa dość złożone ćwiczenia do poprowadzenia – CESA przy linie i oddychanie z octopusa. Oba jednak już miałem mocno przetrenowane, układ znałem, plan poprowadzenia miałem w głowie. Poszło tak szybko, że się nie zorientowałem nawet jak już wracałem do brzegu. Tutaj tylko szybka prezentacja podejmowania nieprzytomnego nurka z powierzchni, rozebranie go ze sprzętu i doholowanie do brzegu z prowadzeniem sztucznego oddychania i już wyłaziłem z wody by robić odprawę końcową. Kilkanaście minut później już wręczano dyplomy, gratulacje, zdjęcia, uśmiechy i ten niesamowity moment, kiedy cały stres z człowieka schodzi. Kiedy dociera do ciebie pierwszy raz ta myśl: zdałeś, jesteś już instruktorem nurkowania.

10006195_10201800611357935_2107985383307111448_n

Koparki z kiełbasą w tle

koparki 146

fot. Błażej Kabziński. Pierwsze zanurzenie w nowym sucharze, z nowym ocieplaczem w wodach otwartych. Lekko niedoważony.

Poznawanie polskich akwenów, ciąg dalszy. Z jakiegoś powodu od dłuższego czasu żyłem w głębokim przeświadczeniu, że kamieniołom w Jaworznie ze swoimi słynnymi koparkami jest mekką dla nurków technicznych. Miejsce, gdzie mogą testować swoje techniczne umiejętności, wyliczone czasy, ustalone przystanki, sytuacje awaryjne i ich okiełznanie, wydawało mi się, że musi być miejscem nieziemskim. Na myśl o koparkach myślałem o jakimś połączeniu jaskini Boesmansgat z wielkością Hańczy i urokiem Piechcina z Zakrzówkiem razem wziętych. Bezkresna głębia i super „techniczne” warunki.    koparki 151

foto. Błażej Kabziński. Ładna gąsienica podwodna.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Kopara opada przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Się aż nurek z wrażenia przewrócił.

Byłem bardzo mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Koparki ledwo dobijają do 18 metrów. Jak to? 18 metrów? Toż to powinna być mekka dla owudziaków. Nawet jakby się znalazł jakiś renegat i próbował złamać limit nurkowania OWD, mógłby co najwyżej ostro zaryć w dno. Do tego jest to mikrozbiornik z bardzo wysokiej czystości wodą. W kiepskie dni (czyli takie, jak teraz na przykład) wizura spada do „marnych” pięciu metrów. Trudno jest się tu zgubić, przy dnie zawsze jest światło, jest miło i sympatycznie. Jak się ktoś zawieruszy, to znaleźć go nietrudno. Cały zbiornik można dziarskim tempem opedałować w jakieś trzy kwadranse. Snując się okropnie, pewnie w godzinę do półtorej (zatrzymując się przy każdym kamieniu i studiując jego strukturę). Wielką atrakcją są same koparki, a raczej Koparki. A nawet KoparKi. Wielkie, majestatyczne gigantomachiny, mechagodzille pod wodą. Robią wrażenie, są wdzięcznym tematem zdjęć i magnesem dla nowych nurków. Rezydentom było jednak mało, nie odpuszczono sobie dodania kilku atrakcji już po zalaniu (kamieniołomu) – jest i samolot, jest i pół/ ćwierć/ jedna ósma Poloneza Caro. Ja jednak nie jestem fanem takich bajerów. Same kopary jako element, który znalazł się tam zanim zbiornik się zalał dokumentnie, są jak najbardziej na miejscu. Dodano także wygodne platformy na powierzchni, celem zejścia do wody (łagodnego zejścia nie uświadczycie, od razu głęboko) i platformy po wodą, celem wygodnego leżakowania na 5m.

koparki 165

foto. Błażej Kabziński. Podryw na platformie.

Baza też cieszy oko, jest czysto, schludnie, nie wygląda to wszystko jak zbieranina przypadkowych, na szybko skleconych baraków i ogólnie panującej na polskich nurkowiskach prowizorki. Są wiaty, jest fajnie. Mi jednak szczęki nie urwało. Cieszę się, że Jaworzno zaliczyłem, ale nie jest to miłość od pierwszego nurkowania, jak to było w przypadku Piechcina. Nie mam ciśnienia, żeby tam natychmiast wracać. Owszem, to jest ładny, nawet bardzo ładny akwen. Mikruśny jednak i dość monotonny. Zaliczyć koparki warto, ale je zalicza się za jednym nurem. Ścianki są klasycznie ładne, ale czegoś mi tam brakowało. Życia może? Okonki jakieś się kręciły, podobno gdzieś siedziały naprawdę duże. Były i jesio(s)try i to na serio takie napakowane, po prostu góra mięsa. Ale to wszystko.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Pojedynek fotografów.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Imć Błażej testował na wyjeździe nową chińską latarkę za pięć złotych. Fajna ta chińska latarka bo była tania i fajna. I świeciła. I świeciła nawet wtedy kiedy nie świeciła, to znaczyć świecić nie powinna. Posiadacz nie był nawet świadomy tego, ale i tak jest zadowolony, bo świeciła także po nurkowaniu.

koparki 160

foto. Błażej Kabziński. Drzemka na „deco”.

Nie jestem do końca w stanie sformułować zarzut w stosunku Koparek, dlaczego mnie nie urzekły, ale wracałem z uczuciem niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, to dobry akwen, z doskonałymi warunkami dla nurków, świetnie skomunikowany z całą Polską i ze stolicą. Dojazd wygodny, baza super. Zachęcam zwłaszcza początkujących nurków do odwiedzenia tego kamieniołomu, jest do doskonały akwen dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki samodzielnie. Baza jest świetnie wyposażona, a wjazd i serwis kosztują sensowne pieniądze. Jestem tylko ciekaw, czy chętnie tu będziecie wracać na kolejne nurkowania.

Wyjazd zorganizowałem na zasadzie szybkiego zrywu na jeden dzień. Komplet nurków w aucie (kombiaczek, ale i tak dołożyłem mu trumienkę na dach – niemniej sporo mieliśmy gimnastyki by wszystko dobrze spakować). Zespół stanowili: obowiązkowy Gazela – kompan już sprawdzony, bezpieczny partnur, z którym po prostu dobrze mi się jeździ i nurkuje, znany mi i ceniony przeze mnie Błażej K. (doświadczony i bardzo solidny nurek, od którego sporo można się nauczyć) i ledwo co poznana (choć twarz mi migała na GEPNowskich mitingach) Aśka o ksywie kojarzącej mi się z fabularnymi grami fantasy. Ekipa urocza, pozytywna i dobrze ogarnięta. Ruszyliśmy już nie takim bladym świtem by dotrzeć na okolice dwunastej na Koparki. Po drodze było zwiedzanie trudnych okolic Olkusza, pobieranie twina (samochód ledwo to przeżył), jak zwykle udane zakupy w Biedronce (w końcu sklep dla biednych ludzi) i w końcu doturlaliśmy się mocno dociśniętym nurkowozem na kamieniołom. Straszono nas porannym najazdem tłumów nurków, ale widocznie nurkowie najazd zrobili poranny i o dwunastej rozjechali się w różne kierunki, bo tłumów nie uświadczyliśmy, podpięliśmy się pod wiatę z uroczą ekipą i mogliśmy szykować się na nurki. Dla mnie o tyle ważny wyjazd, że wreszcie mogłem opływać w wodach otwartych nowego suchara z grubym ocieplaczem. Czekało mnie wyważanie i ogólnie nauczenie się współżycia z bestią. W końcu robienie kursu instruktorskiego na nieopływanym sucharze wydawało mi się niepotrzebnym hazardem. Do nura podchodziłem więc z niemałym napięciem. W końcu skok do wody i jedziemy. A tu pierwszy, nieprzyjemny zonk – czuję stróżkę wody na tyłku. Poszło coś w suchaczu, czy przy skoku kryza nie utrzymała? Neoprenowa kryza. Są różne szkoły, jedni kochają neoprenowe kryzy, inni tolerują tylko lateks. Ja zdania wyrobionego nie miałem. Nurkowałem w lateksie – nie przeszkadzał mi, kupowałem jednak suchego z neoprenową kryzą w standardzie, stwierdziłem, że nie będę kombinował, wypróbuję neopren. Zwrócono mi uwagę, że neopren fajny, ciepły i milusi w dotyku, ale potrafi grymasić i to układanie go czasami właśnie może się zakończyć podlaniem. Lateks tego problemu nie ma, ale za to nie jest już taki milusi w ubieraniu i w dotyku, ciepła nie trzyma i jest mniej trwały (podobno). Ja nie byłem ani za, ani przeciw. Po obu nurkach, gdzie ewidentnie mi pociekła woda, ale potem już się nic nie dolewało, obstawiam, że kryzą mi się wlewała woda przy skokach. Jest moją główną podejrzaną. Dobrze obciska szyję, nie sądzę by musiała być ciaśniejsza, ale potestuję ją jeszcze i ewentualnie powiem jej bez żalu „papa”.

Nie ja jeden miałem walkę sprzętową. Gazela miał spektakularną kiełbasianą przygodę pod wodą, nadającą się do „Wypadków nurkowych” opisywanych na łamach nie tylko bloga Zanurzonej w Błękicie, ale i do podręczników. Zapewne przydałaby się też dogłębna analiza przypadku na forach, koniecznie z udziałem Mottiego*, który wyliczy masę, strukturę, skład substancji i ich wpływ na pracę automatu. Kochane dzieciaczki, od razu wam zdradzę morał tej bajki – nie jemy zbyt dużo kiełbasy przed nurkowaniem. Wujek Gazela wziął i skonsumował znakomicie zgrillowaną kiełbasę, poczem szczęśliwy udał się na zasłużonego nura (już podejrzliwi mogą mu wytykać za krótką przerwę powierzchniową po jedzeniu, że nie zdążył się odsycić z azotu zawartego w kiełbasie). W trakcie owego nura gazy pokonsumpcyjne (taka ich natura – pod wpływem zmian ciśnień lubią się przemieszczać) postanowiły się wydostać. Klasycznie odbić się każdemu zdarza pod wodą. Nie każdemu jednak wypada wtedy kawałek – drobina dosłownie kiełbasy. A jak drobina taka wypada w trakcie nurkowania to ląduje oczywiście w automacie. Automat (było nie było Poseidon) choćby i najlepszy, jednak nie jest przystosowany do pracy z mieszanką uszlachetnioną kiełbasą, więc wziął się i zablokował. Gazela opanowany, więc spokojnie wymienia na drugi automat i próbuje tamtego oczyścić z kiełbasy. Ta jednak za diabła nie zamierza opuszczać nowego miejsca zamieszkania. Oczywiście pozostali nurkujący nie mają pojęcia o naturze problemu, ale widzą, że nurek ogarnięty, więc nurkowanie odbywa się dalej. Dopiero po zakończeniu nurkowania Gazela dość obrazowo przedstawia całą historię i oczywiście cała wiata wraz z okolicami trzęsie się ze śmiechu. Wnioski, moi kochani? Dodatkowe filtry w ustnikach drugich stopni? Procedury przednurkowe wykreślające kiełbasę z menu? Czekam na propozycje. To jednak tyle, jeżeli chodzi o przygody. Wszyscy pozwiedzali co chcieli, zdjęcia zostały wykonane, z pogody skorzystaliśmy, bo było bardzo przyjemnie wiosennie. Wracaliśmy w dobrych humorach do swoich domów. Bogatsi o nowe doświadczenia. Ja wracałem z małym niedosytem, ale wyjazdu nie żałuję. Kolejne ważne nurkowe miejsce na polskiej mapie zaliczone.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Błażej przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Samolot linii Mares.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Znowu kopara.

DCIM100GOPRO

foto. JC. To prawdopodobnie wciąż ta sama kopara.

koparki 159

foto. Błażej Kabziński. Tak, to prawdopodobnie TA kiełbasa.

*) jeżeli komuś nic nie mówi pseudonim Motti, to znaczy, że albo nie był na forum np. Nuras, albo miał to szczęście, że nie wlazł w wątek z jego wypowiedziami. Uważaj się za szczęściarza.

Błękitna dziura – film

Tym razem nie będzie słowa pisanego. Wrzuciłem zdjęcia z krótkim opisem. Teraz dodaję ten film. To zdecydowanie lepiej oddaje moje wrażenia na temat Dahabu i jego nurkowalnych okolic. Życzę Wam równie udanych wyjazdów nurkowych.

Dahab – od Morenowego Ogrodu aż po Błękitną Dziurę.

Egipt był na szarym końcu moich nurkowych miejsc do odwiedzenia. Jak ktoś mi wspominał o wyjeździe nurkowym do Egiptu to mi było szkoda pieniędzy na taki wyjazd – wyślizgane rafy, tłumy nurków nade mną i pode mną. Nurkowie depczący po rafach, zblazowani Egipcjanie obsługujący rzesze nurków. Miejsca nurkowe może i ciekawe, ale już tak wyślizgane przez turystów, że szkoda gadać. Taki nasz Malbork, takie nasze Wilcze Szańce, albo raczej „ekstremalne” zdobycie Giewontu, gdzie esktremalnym wyczynem jest wytrzymać w długaśnej kolejce czekających na wejście na szczyt. Po co mam jechać do Egiptu, jak jest tyle jeszcze niezbadanych, mało popularnych miejsc nurkowych?

Swoje zdanie jednak musiałem zrewidować. Kończyłem kurs DM, zapisany byłem na kurs IDC, a tu jeszcze brakowało mi asyst instruktorskich. Najłatwiej je zaliczyć za jednym zamachem na wyjeździe nurkowym, a ten u Rudiego (u którego kończę DM) był w pasującym mi terminie tylko jeden – Egipt, Dahab. Trudno. Trzeba jechać.

DCIM100GOPRO

I pojechałem. Pierwsze wrażenie potwierdzało moje zdanie. Brud, porzucone budynki, nieskończone budynki, kozy w śmietnikach. Dahab nigdy nie było rozwiniętym centrum turystycznym, a jeszcze dołóżmy do tego Arabską Wiosnę, która przegoniła turystów i zrujnowała lokalną gospodarkę. Porzucone hotele, puste knajpy, trzech turystów na krzyż. Dodatkowo jeszcze widok jakiejś lokalnej służby „wojskowej” z kałaszami pod pachami nie jest widokiem niecodziennym. Nie jest to widok, który turyści szczególnie lubią. Przynajmniej jednak jest luźno. Nie ma tłumów. Ja to lubię.DCIM100GOPRO

Hotel Tropitel na północy od Dahab. Cisza i spokój. Góry z jednej strony, morze – z drugiej. Hotel o dobrym standardzie. Niezłe jedzenie w postaci szwedzkiego bufetu, codzienna zmiana pościeli i ręczników, sprzątanie pokoi. Widać już działanie „zęba czasu”, ale hotel wciąż ma się nieźle i jest dobrą bazą dla naszej ekipy. Odchodzą stąd darmowe busiki do miasta, wygodny sposób na załatwienie swoich spraw w mieście.DCIM100GOPRO

Pierwszego dnia, kiedy przylecieliśmy, pogoda nie szokuje nas temperaturą. W najgorętszym momencie dnia są 22 stopnie, a wieczorem robi się chłodniej. Kolejne dni przyniosą jednak więcej ciepła, a nawet pojawią się upalne dni.DCIM100GOPRO

Czas odkryć uroki nurkowania w Egipcie. Pojawia się ekipa z Dahab Days – Mohamed Elattar i Achmed Elmehedawy. Ogromne zaskoczenie od pierwszego kontaktu aż po końcowe spotkanie. Sto procent zaangażowania, dbałości o nasze bezpieczeństwo i zadowolenie. Zero kombinatoryki. Chłopaki oddane swojej pracy. Wielki szacun dla nich za wykonaną przez nich pracę. Sprzęt odebrali pierwszego dnia i zajmowali się nim do samego końca. Nas dowozili na nurkowiska, na nich obsługiwali, prowadzili wszystkie odprawy i podsumowania nurkowań, niczego sobie i nam nie odpuszczali. Za każdym razem, do znudzenia powtarzali procedury, znaki nurkowe, itp. Strasznie ujęli mnie swoim podejściem do tej roboty. Widziałem już różne podejścia, nie tylko za granicą, ale i u nas w kraju. Chłopaki z Dahab Days stoją na szczycie drabiny jakości na tym tle.DCIM100GOPRO

Naszym zadaniem było tylko omawiać sprawy kursowe i planować poczynania z kursantami. Zawsze w miłych okolicznościach w zacienionej knajpce.DCIM100GOPRO

Za każdym razem i tak pojawiał się Mohamed i robił swój briefing, albo debriefing, podkreślał najważniejsze rzeczy i powtarzał do znudzenia rzeczy niby oczywiste, ale czuło się, że pod jego okiem ciężko będzie wpędzić się w tarapaty. A już po nurkowaniach też można było liczyć na pomoc – jechać do miasta na zakupy w sprawdzone miejsca, zaliczać „suche” atrakcje za rozsądne pieniądze. Pod jego opieką człowiek czuł się totalnie zrelaksowany w świecie naganiaczy, handlarzy lubujących targować się zaczynając od ceny trzykrotnie przewyższającej wartość sprzedawanej rzeczy czy usługi.DCIM100GOPRO Zaliczałem kursowe elementy zezując na kolorowe rafy nas otaczające. W końcu po pierwszym dniu ćwiczeń miałem okazję zrobić kilka krótkich wycieczek, które pokazały mi i kursantom przedsmak bogactw świata podwodnego Egiptu.DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROTrzy dni minęły jak z bicza strzelił. Odkryłem urok nurkowego Egiptu. Dobra, miliardy ludzi nurkowały przede mną tutaj, ale wciąż jest to magiczne miejsce, warte odwiedzenia. Niestety, trzeciego dnia nurkowego zaczęło brać mnie przeziębienie i miałem spore problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach. Ledwo udało mi się zejść na trzydzieści metrów w ramach kursu AOWD.  DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kursanci zaliczyli wszystkie przygody AOWD – nurkowanie głębokie, nocne, w prądzie. Na dokładkę dostaliśmy wszyscy jeszcze spotkanie z delfinami. Nawet tubylcy byli zaskoczeni tym spotkaniem. Delfiny rzadko wpływają do tej zatoki. DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROPunktem kulminacyjnym było nurkowanie w Blue Hole. Ostrzyłem sobie zębiska na to miejsce. Historie kilku ważnych dla mnie nurków splatają się z tą lokacją. Rzadko który nurek nie pragnie zaliczyć tego miejsca. Miejsce oczywiście jest mekką dla nurków technicznych i freediverów, ale i rekreacyjni lubią odwiedzać tą legendarną dziurę w rafię. Dla mnie był to dobry powód by zrobić tu kurs Deep i poszerzyć swoje uprawnienia do nurkowania na 40 metrów. A same nurkowania (na szczęście udało mi się opanować przeziębienie) były dla mnie doznaniem wręcz erotycznym. Najpierw zejście rynną w Bells na czterdzieści metrów. Powolne wynurzenie do siodła przy Blue Hole, przepłynięcie Blue Hole. Kolejne czterdzieści metrów zaliczone już w samym Blue Hole. Oczywiście już w tym momencie pojawiły się w mojej głowie myśli, że kiedyś przyjdzie czas, żeby zabrać się za nurkowania techniczne. DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO Wad Egipt posiada bez liku, ale równoważone są one przez liczne zalety. Między innymi zaletą jest miejscówka Islands na południe od Dahabu. Coś urywającego szczękę. Zespół wysp raf, pomiędzy którymi ciągnie się system wąskich korytarzy. Płynie się tymi korytarzami, tunelami, studniami. Podziwia się niesamowite formacje podwodne, kolorowe życie, piękne koralowce. Nurkowanie nie jest głębokie – do kilkunastu metrów. Pozostawia jednak niesamowite wrażenie. Potwierdza to moją tezę, że nurkować nie trzeba głęboko by mieć niezapomniane widoki zaliczone.DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROZostawiam Was z moimi fotografiami. Za chwilę udostępnię też film. Tym razem nie napiszę długiego artykułu. Niech obraz przede wszystkim na Was zadziała. Żadne słowa nie oddadzą tego, co czułem nurkując w Egipcie.

Na kurs instruktora biegiem marsz!

Czyli dlaczego długo nie będę Divemasterem.

Tak, proszę Państwa, czas się brać ostro do roboty. Obiecywałem sobie to dawno temu, kilka razy odkładałem, były lata, że myślałem, że nic z tego nie będzie. Pierwszy raz pomyślałem o tym, że chcę zostać instruktorem, jak byłem na kursie OWD. Było to ponad dziesięć lat temu. Mijały lata, uciekały mi kolejne okazje by dążyć do tego celu. Splot różnych wydarzeń, ogólnie przeciętny zawodowo 2013 rok (ale nie nurkowo, to trzeba przyznać!) – przesądziły o tym, że wziąłem i przed się wziąłem odpowiednie kroki. Czas iść na kurs. Jestem w 3/4 kursu Divemastera, praktycznie nie zabawię długo na tym poziomie, bo to będzie jakiś miesiąc może i 29 marca rozpocznę kurs instruktorski (jak nic nie stanie na przeciwko). Kosztuje to straszne pieniądze, nie mniejsze pieniądze wydaję by skończyć kurs Divemastera, do tego w końcu trzeba kupić suchy skafander, bez tego nie ma jak w ogóle podejść w Polsce do zaliczenia kursu instruktorskiego. Nic tylko pożyczać, wybierać ostatnie oszczędności, kombinować jak koń pod górę.

Dlaczego tak nagle i tak prosto z marszu? Dlaczego nie pobyć jakiś czas divemasterem? W moich oczach na polskim rynku divemaster to tylko taka droga zabawa w „profesjonalnego nurka”. Dla polskich centrów nurkowych divemaster nie jest ważnym ogniwem w prowadzeniu nurkowego biznesu. U nas to raczej forma aplikacji przed podejściem do instruktorskiego kursu. Zrobisz Divemastera tylko dla własnej satysfakcji, być może nawiążesz relację z jakimś centrum nurkowym i będziesz od czasu do czasu przewodniczył jakiejś wyprawie nurkowej w Polskę, czy zagranicę. Pieniędzy jednak na tym nie zarobisz, tylko wydasz może trochę mniej. Jeżeli jednak zamierzasz utrzymywać się z nurkowania, o divemasterze w Polsce zapomnij. Za granicą, w popularnych kurortach – owszem, praca się znajdzie. Jednak to już krok od instruktora, a to już porządniejsze pieniądze, więc tam też parcie będziesz mieć by zostać instruktorem. Niezależnie więc od tego, gdzie będę szukać pracy w biznesie nurkowym, wychodzę z założenia, że jako instruktor będę miał łatwiej/ lepiej.

Czy ja z tego wyżyję? Dużo się o tym ostatnio mówi. Kryzys nie pomógł rynkowi nurkowemu, choć bardzo go nie potargał. Nastroje w polskiej części tej branży dość mieszane ze wskazaniem na mało pozytywne. To jest to, co właśnie mnie tknęło jak zacząłem pracować u polskiego przedstawiciela Tusy i Poseidona. Wiele czynników wskazuje, że z branżą źle nie jest. Ba, niektóre wskaźniki pokazują, że jest nawet coraz lepiej. Skąd więc tak liczne głosy narzekania? Mogę tylko domniemywać, że z tego, że rynek się zmienił – przeprofilował. Klientów nie brakuje, ale konkurencja jest ostra. Łatwo jest wypaść z obiegu, albo być zepchniętym na boczny tor. Centra nurkowe to już nie towarzyskie kluby – takie dość hermetyczne towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie spora grupka oddanych ludzi orbituje wokół Szefa firmy/ głównego instruktora i jakoś się to kręci w ramach tej grupki. W tym układzie nie trzeba było specjalnie wysilać się by choćby skromne gromadki ludzi się pojawiały na zajęciach i wyjazdach. Teraz trzeba być maksymalnie otwartym, wciąż poszukiwać zainteresowanych, wciąż dawać o sobie znać, że tu jestem, że zapraszam. Walczyć o uwagę. Dochodzą jeszcze różne mechanizmy rynkowe, które ograniczają nam pole manewru w ustalaniu cen. Są groupony i inne wynalazki „kup pan tanio”, każdy chętnie trąbi swoją niską ceną na swoich stronach, fanpage’ach na facebooku, na forach. Nie wszystkim to odpowiada i czuć to w środowisku. Tak ja to widzę przynajmniej. I widzę, że nie ma co rąk załamywać, że wciąż jest przestrzeń do rozwoju i do pracy. Dlatego też nie załamuję się i zamierzam spróbować. Już w tym roku. W końcu to zawsze chciałem robić. Utwierdzam się w tym przekonaniu mogąc obecnie prowadzić (w ramach zaliczeń divemasterowskich) różne zajęcia z potencjalnymi nurkami i kursantami (program PADI „Odkryj nurkowanie” * i niektóre zajęcia z kursów OWD). Czuję wręcz rozpierającą mnie satysfakcję z każdych zajęć, po zakończeniu których moi podopieczni wychodzą z basenu z otwartymi szczękami, z wielkimi uśmiechami na twarzach (tak wielkimi, że gdyby nie uszy, toby się śmiali dookoła głowy). Czuję ogromną radość, jeżeli słyszę od któregoś, że chciałby się dalej szkolić pod moją opieką. To jest niesamowita przyjemność.

1003198_632949453409431_818933264_nfoto.1.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Instruktor nurkowania to dla mnie naturalna kolej rzeczy. Długi czas zajmowałem się szkoleniem ludzi w biznesie. Długi czas myślałem, że to będzie moja ścieżka kariery. Okazało się, że mogę pogodzić jedno z drugim. Zawsze czułem się dobrze z tym całym zagadnieniem szkolenia, prezentacji. Wydaje mi się, że posiadam właściwe cechy by być dobrym nauczycielem. Rozumiem proces uczenia się ludzi (a sam okropnie się uczę),  umiem efektywnie przekazywać wiedzę. Przy okazji każda forma prowadzenia takiej edukacji sprawia mi dużo frajdy.

W tym miejscu zwrócę uwagę, że spotykałem się nieraz z różnymi divemasterami i kandydatami na divemasterów. Stwierdzam kategorycznie, że spora grupa tych ludzi kompletnie nie zrozumiała idei tego etapu w karierze nurkowej. Spora część ludzi dochodzi do tego poziomu tylko dla własnej satysfakcji, wcale nie po to by coś jako ten divemaster przed się brać. Ot po prostu, fajnie jest móc tytułować się divemasterem. W końcu master jest master – nic tu nikomu tłumaczyć nie trzeba. Spora grupa ludzi nigdy nie planowała i pewnie nigdy nie pójdzie ścieżką instruktorską. Nie mówiąc już o ludziach, którzy są pozbawieni jakichkolwiek predyspozycji by iść w tym kierunku. Divemaster to przedsionek w wielkiej chałupie PADI, w której większość mieszkańców żyje z edukowania innych. Po zaliczeniu „kursu” uiszcza się opłatę członkowską PADI i staje się jednym z mieszkańców tej chałupy. Ten czynsz należy opłacać co roku by móc dalej mieszkać w PADI. A mieszkać w PADI opłaca się tylko wtedy, kiedy ma się z tego jakieś pieniądze – to chyba oczywiste. Do tego proszę się przyjrzeć programowi kursu DM. Cała zabawa w ramach „kursu” DM to przecież przygotowanie do instruktorstwologii. Siedzimy całe dnie na basenach i uczymy się jak prezentować kolejne ćwiczenia z kursów PADI. Musimy posiąść wiedzę teoretyczną równorzędną tej posiadanej przez instruktora. Do zaliczenia mamy masę asyst instruktorskich, gdzie po prostu terminujemy przy wybranym instruktorze podczas prowadzonych przez niego kursów. Jeżeli to wszystko zaliczamy tylko po to by móc tytułować się DM i od czasu do czasu pojechać gdzieś jako „jeden z kadry organizującej wyjazd”, albo by komuś pomóc przy kursie (i nie mówimy tutaj o zarobieniu z tego tytułu pieniędzy) to dla mnie jest to pomysł dość szalony. Osobiście znam jednego człowieka na poziomie DM, który próbuje na tym poziomie żyć z nurkowania. Jak mu idzie, nie wiem. Chyba muszę go o to zapytać.

1017633_632949380076105_405548295_n

foto.2.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Reszta potencjalnych DM albo w końcu zostanie instruktorami, albo w końcu przestanie płacić czynszu w PADI i tym samym przestanie być DM. Tutaj trzeba pamiętać, że DM tak naprawdę nie jest już stopniem nurkowym – nie dostanę nowej plastikowej karty do kolekcji. DM to jest status w PADI. Jeżeli więc walczę o ten status to tylko po to by coś z tego statusu wyniknęło. DM nie uprawnia mnie do nurkowania głębiej, inaczej, w innym sprzęcie, w innych miejscach. Jeżeli chcę piąć się po kolejne umiejętności, specjalizacje i możliwości – idę odrębną ścieżką. Dopinam ścieżkę rekreacyjną zdobywając wszystkie specjalizacje, nurkuję do 40 metrów, zostaje mi nadany tytuł Master Scuba Divera. Jeżeli czuję niedosyt, ruszam ścieżką nurkowań technicznych. Pomijam jednak całe to divemasterostwo szerokim łukiem, bo dla mnie jako dla nurka to kompletnie nic nie oznacza, że jestem DM. Tak więc nieważne, na jakim jesteś etapie ścieżki nurkowej, ale już zacząłeś myśleć o tym całym zamieszaniu z byciem divemasterem, z instruktorem to fajnie. Zrób tylko rachunek sumienia, sprawdź, czy jesteś naturalnym przywódcą (cecha opcjonalna, ale bardzo przydatna), czy lubisz udzielać się wśród ludzi (cecha obowiązkowa), czy lubisz im przekazywać wiedzę i widzisz, że dobrze ci to wychodzi. Jeżeli tak, to gratuluję, jesteś na dobrej drodze – w końcu osiągniesz swój cel. Nie wątpię w to.

1524773_626211664083210_321761051_nfoto.3.: Rudi Stankiewicz: Zajęcia „Odkryj nurkowanie”.

1546032_632948820076161_1832181706_n foto.4.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

1609772_632948540076189_676123864_nfoto.5.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

*) Z pełną premedytacją nie używam nazw angielskich. Nie jestem pewien czy to polityka PADI, czy nie/świadoma decyzja, czy lenistwo polskiej grupy decydującej o tym jak tłumaczyć materiały PADI, ale używanie angielskich nazw uważam za błąd.

Podsumowanie podsumowania

W dniu wczorajszym Grupa Eksplorująca Podwarszawskie Nurkowiska zaprosiła wszystkich zainteresowanych na podsumowanie tego roku. Było mi o tyle miło, że tym razem Znakomity Dyrygent Grupy, Kamil „Jakuza” Jaczyński zaprosił mnie do zrobienia i poprowadzenia krótkiej prelekcji, która zgrabnie podsumowałaby ten rok z GEPNem. Był to mój pierwszy rok z GEPNem, zaczęty gdzieś w okolicach kwietnia a tu proszę bardzo, już miałem podsumowywać ten rok działalności grupy na scenie mazowieckiej. Przygotowałem się więc do zadania jak najlepiej potrafiłem. Zebrałem wszystkie stosowne informacje, zdjęcia, filmy i relacje, jakie pojawiały się na fejsbukowym fanpage’u i oficjalnej stronie gepn.pl. Zliczyłem, dodałem, odjąłem, pomnożyłem i podzieliłem i wyszło mi, że GEPN jest ewenementem na skalę polską, jeżeli nie europejską, a może i światową.

Grupa była w tym roku bardzo aktywna, ostro udzielała się w różnych akcjach proekologicznych, dużo szumu robiła na temat nurkowania na mazowszu, bardzo przy tym przyczyniając się do robienia szumu w ogóle wokół nurkowania. Mi z tymi działaniami jest bardzo po drodze, gdyż sam sobie wręczyłem jakiś czas temu zadanie – misję (quest!), że będzie dzielnie i mocno propagować nurkowanie w Polsce i to właśnie też GEPN robi – pokazuje, że w Polsce można nurkować, że jest to nurkowanie fajne, nie zawsze ekstremalne. A do tego, da się też zanurkować na Mazowszu, co dla wielu może okazać się poważnym szokiem.

Zamknijmy więc w kilku liczbach ten rok 2013 z GEPNem:

W sumie ponad 20 nurkowań pod szyldem GEPN:

– 2 duże imprezy ekologiczne przy wsparciu lokalnych władz i społeczności

– 8 imprez nie tylko dla nurkujących (tym kilka o randze międzynarodowej)

– 21 zorganizowanych nurkowań wspólnych

– do 31 nurków uczestniczących w jednym wydarzeniu

– do 55 zarejestrowanych osób nienurkujących biorących udział w imprezie GEPN

A gdzie nurkowaliśmy:

– co najmniej 10 nurkowań w Zielonce

– co najmniej 3 wizyty w Forcie Zbarż (w końcu muszę odwiedzić ten akwen, koledzy na spotkaniu dużo dobrego opowiedzieli o tym zbiorniku)

– co najmniej 3 wizyty w jeziorze Mamucim (w tym roku jezioro nie zachwycało wizurą, a doniesiono mi, że bywało lepiej, zobaczymy za rok)

– 2 nurkowania w Gliniance Cietrzewia (niespecjalna to przyjemność, bo wizury tam raczej nie ma, ale za to nurkowanie praktycznie w centrum stolicy to jest coś!)

– w sumie do 9 akwenów odwiedzonych (w tym jako ostatni – ten w Parku Moczydło)

To naprawdę solidny kawał solidnej roboty. Pamiętajmy, że grupa jest nieformalna, jest to po prostu spontaniczna inicjatywa nie nastawiona na żaden zysk, czy reklamę. Oczywiście, dzięki Kamilowi, o GEPNie jest dość głośno. Kamil, człowiek mający duże doświadczenie w public relations, umie zrobić odpowiedni szum, wie, gdzie zadzwonić i z kim pogadać. O GEPNie więc można było usłyszeć co nieco na antenie kilku stacji radiowych, były relacje w lokalnej i ogólnokrajowej telewizji, nie mówiąc już o Internecie. O tym właśnie opowiedziałem zebranym słuchaczom, którzy wypełnili salę na wydziale archeologii na Uniwersytecie Warszawskim. Pokazałem im przy okazji cały kalendarz imprez GEPNu w tym roku, dodając krótki komentarz i na koniec puściłem im filmowe podsumowanie tego roku. Ucieszyła mnie reakcja zebranych ludzi, a zwłaszcza Kamila, który się autentycznie wzruszył. Było, nie było, tatuś całej afery. Może nie jedyny tatuś, bo tatusiów GEPNu podobno było kilku, ale obecnie widać w działaniach GEPNu głównie jego sprawną rękę. Dziękuję więc Kamilu za ten fantastyczny rok, za wspólne nurkowania, za wspólne imprezy, do których zapraszałeś mnie nie tylko jako uczestnika, ale i jako wsparcie organizatorskie. Kolejny rok przed nami, liczę, że równie intensywny i ciekawy. Każdego, kto jeszcze nie wierzy w udane nurkowanie w Polsce, a tym bardziej w okolicach stolicy, gorąco zapraszam do kontaktu z nami. To się da i to się da robić z dużą przyjemnością.

O to fragment mojej prezentacji, filmowe podsumowanie GEPN 2013:

7691_595040940532700_325797499_n

Foto 1. Diversnight. Sprawdzanie trzeźwości uczestników. 😉

967216_528636913839770_246513061_o

 

Foto 2. Chłopaki eksplorują Fort Zbarż. Pogoda nie dopisuje, ale humory – jak widać – owszem.

560041_553951101308351_1971892835_n

Foto 3. Lato w mieście, czyli nurkowanie w Zielonce – bez termokliny.

547306_573896479313813_665686565_n

 

Foto 4. Sprzątanie Świata. Sprzątanie Glinianek w Zielonce. Sadzenie pierwszego w kraju dębu „nurkowego”. Dąb „Nitrox” wciąż sobie spokojnie rośnie na plaży w Zielonce. Zapraszamy do odwiedzania.

44609_553951094641685_2128897304_n

Foto 5. Zielonkowskie nurkowania to praktycznie zawsze duża frajda.

1012213_543016495735145_623704778_n

Foto 6. Jezioro Mamucie. Big Jump. Jak zwykle duże wsparcie brzegowe jest nam bardzo pomocne.

1010333_543016995735095_811142217_n

Foto 7. Obowiązkowe zdjęcie pamiątkowe z akcji – tutaj Big Jump.

1048136_543015285735266_861368833_o

Foto 8. Jezioro Mamucie – taka ryba!

1383402_581735048529956_1134016874_n

Foto 9. Akcja – animacja stołeczna „Now We Move” przy Gliniance w Cietrzewii.

1377504_581734958529965_1311685487_nFoto 10. Now We Move – Michał „Domel” Dąbrowski z entuzjazmem opowiada o sprzęcie nurkowym.