Agama – test suchych skafandrów

Artykuł ukazał się oryginalnie w sierpniowym numerze magazynu „Blue Life”

okladka_800_net

Na naszym rynku mamy bardzo bogaty wybór suchych skafandrów, choć to przecież nie jest znowu taki duży rynek. Miłe dla mnie jest to, że nie brakuje polskich producentów – co więcej, są oni obecni na zagranicznych rynkach i cieszą się uznaniem zagranicznych klientów. To bogactwo oferty, oraz nasza silna pozycja na rynku światowym może wynikać z faktu nie tylko samej popularności nurkowania  w Polsce, ale i z tego, że każda osoba regularnie nurkująca u nas koniec końców przesiądzie się ze skafandra mokrego na skafander suchy. Zalet rozwiązania wymieniać nie ma sensu. Chcesz nurkować regularnie w Polsce, przyjdzie moment, że kupisz sobie suchara. Złapałaś, złapałeś zajawkę na nurkowanie i podoba Ci się w Polsce? Rozważ, czy warto wydawać dużo pieniędzy na dobrą i grubą piankę, czy nie lepiej już rzucić się na suchara. Oczywiście, zakup suchego skafandra to poważny wydatek. Nowy skafander kosztuje powyżej trzech tysięcy złotych. Czasem trafiają się jakieś okazje i można utrafić coś poniżej trzech tysięcy złotych. Jednak są to zwykle jakieś końcówki serii, na które trafić  można przy dużej porcji szczęścia. Z używkami jak z samochodami, bywa tak czasem, że w genialnej cenie trafiamy na doskonale utrzymane skafandry. Nie są zwykle piękne, ale to nie musi być najważniejsze kryterium wyboru. Niestety, dużo łatwiej jest trafić na mocno zużyty skafander. I tu wcale nie musi być zła wola sprzedającego. Materiał z wiekiem ulega degeneracji i nawet pomimo dobrego wyglądu i sprawnych łączeń, suchar może gdzieś zacząć puszczać. Usterki dopiero zwykle wychodzą w wodzie.

Jeżeli chodzi o nowe skafandry to od opcji do wyboru wprost boli głowa. Mamy fantastyczne marki premium – skafandry Santi, Waterproof, Ursuit, czy Fourth Element chociażby. Ciut taniej wypada Bare. W sucharach ?tańszych? (do czterech tysięcy) miałem możliwość przyjrzenia się polskiemu Seawolfowi i brytyjskiemu Typhoonowi. Seawolf ogólnie ma konkretny i niepowtarzalny pomysł na szycie skafandrów i ciężko jest go porównywać do innych producentów. Typhoon – brytyjska marka wydaje się nie zauważać najnowszych trendów w produkcji skafandrów suchych i choć szyje solidne skafandry to nie są to na pewno nowoczesne konstrukcje. Skupmy się przede wszystkim na najpopularniejszych u nas skafandrach powłokowych. Neoprenowe, owszem, fajne są, ale mają wszystkie wady pianki i ciężko je dostosować do każdej temperatury nurkowania. Szukając więc skafandra powłokowego z pewnością zwrócimy uwagę na wymienione właśnie marki. Nie wspomnę innych producentów, których rozpatrywałem przy poszukiwaniu skafandra dla siebie, ponieważ zwyczajnie odradzono mi te rozwiązania. I nie były to słowa sprzedawców, którzy mogliby mieć w tym interes, ale od użytkowników. Zatem generalnie w tym segmencie za dużego pola do popisu nie było. Do teraz. Na nasz rynek zostaje właśnie wprowadzona oferta czeskiej firmy Agama, o której dotąd kompletnie nic nie słyszałem. Co ciekawe, nie jest to wcale kwestia świeżości marki, ponieważ firma szyje skafandry nawet dużo dłużej niż nasze Santi. Zwyczajnie chyba nikt dotąd nie wpadł na to by wprowadzić na nasz rynek Agamy, co uważam za duży błąd. Nieduża firma prowadzona przez jedną rodzinę istnieje od 1991 roku i od tego czasu szyją skafandry nurkowe – czy to mokre, czy suche. W ofercie mają jeszcze ocieplacze, kaptury i obuwie nurkowe. W przypadku mokrych pianek część modeli produkowana jest przez zewnętrzne fabryki, ale cała główna produkcja, w tym suche skafandry, wykonywana jest na miejscu, w czeskiej fabryce firmy, w niewielkim mieście Zlin.

agama008

Fot. 1. Light 200. Baaaardzo wygodny.

Ja wziąłem pod lupę i na testy dwa skafandry suche – cordurowy Extra Plus i typowego lekkiego trylaminata Light200. W obu przypadkach materiał do szycia dostarcza brytyjska firma Ferguson.  Na pierwszy ogień poszedł Light200. Leciutki skafander. Materiał w tym modelu składa się z zewnętrznej warstwy nylonu, środkowej membrany z gumy i wewnętrznej nylonowej wyściółki. Waga: 225-255 g/m2. Łaty cordurowe na kolanach, na pośladkach i kieszeniach, buty w standardzie też bardzo porządne i przede wszystkim o odpowiednio sztywnej podeszwie – czego brakuje kilku producentom premium. Co fajne – kieszenie są wszywane w standardzie, bez dopłat – a to już nie jest norma, szczególnie w tańszych konstrukcjach. Kieszenie są odpowiednio pojemne i wyposażone w D-ringi. Wewnątrz suchara znajdziemy obowiązkowe szelki – też w standardzie i bez dopłat. Zamek TZIP zabezpieczony zewnętrznym zamkiem. Też rozwiązanie znane z droższych konstrukcji. Zawory SITECH – czyli standard rynkowy. Na plecach ściągacz. Przyglądam się wnętrzu – skafandry są zszywane i klejone taśmą 28mm. Wszystko wygląda estetycznie i bardzo porządnie. Nie ma do czego się przyczepić. Oglądam kryzę, która wyposażona jest dodatkowo w neoprenowy kołnierz dla podniesienia komfortu cieplnego. Wygląda to naprawdę zacnie. Wielu rozwiązań tego typu nie znajdziemy w droższych propozycjach. W testowanym modelu miałem zamontowane silikonowe manszety i kryzę – nie jestem ogromnym fanem silikonowej kryzy, przyzwyczaiłem się okrutnie do mojej neoprenowej, mile opatulającej mnie kryzy, ale sprawdziłem – w opcji jest oczywiście i neoprenowa kryza – co kto woli. Po zewnętrznych oględzinach przyszedł czas na założenie i przetestowanie. Skafander więc pojechał ze mną nad jezioro Narie, na nurkowania rekreacyjne. Pod spód zdecydowałem się założyć bieliznę termoaktywną i cienki ocieplacz-pajacyk Typhoona – idealny na płytkie nurkowania w niezbyt chłodnych wodach. Temperatura w płytkiej zatoczce wahała się pomiędzy czternastoma o osiemnastoma stopniami. Nie będę ukrywał, że ja takie rzeczy jak suchy skafander kupuję też oczami. Przyznam się, że po założeniu Agamy byłem pod ogromnym wrażeniem tego jak się na mnie układała i jak mi było w niej wygodnie. A przede wszystkim, że temu skafandrowi nie brakuje niczego i że wygląda bardzo porządnie. Nie wstydziłbym się ani trochę pojawiać się wśród posiadaczy droższych skafandrów. A przede wszystkim zaskoczyła mnie lekkość i wygoda przy wykonywaniu wszystkich manewrów. To było bardzo zbliżone do komfortu jaki towarzyszy używaniu lekkich skafandrów Seawolfa. W wodzie skafander zachowywał się bardzo porządnie. Powietrze się nigdzie nie blokowało i ładnie przepływało tam, gdzie tego sobie życzyłem. Żadnych problemów z zaworem dodawczym, czy upustowym. Oczywiście, po kilku nurkowaniach mogłem też ocenić schnięcie suchara – jego zewnętrznej i wewnętrznej strony. Materiał oddawał wilgoć bardzo szybko. Według mnie to jest doskonała konstrukcja dla ludzi poszukujących przede wszystkim lekkiego skafandra. Skafander w tej konfiguracji był naprawdę lekki i ładnie się składał. Jedyną wadą, jaką mogę wskazać to poślizg powodowany przez zewnętrzną warstwę materiału – ciężko go utrzymać w złożonej pozycji, jeżeli natychmiast nie schowamy go do torby.

Po dogłębnych testach Lighta200 przyszedł czas na model Extra Plus. Tutaj mamy do czynienia z zewnętrzną warstwą cordury, środkową gumową membraną i polyestrem wewnątrz. Waga materiału 560-620- g/m2. Skafander mimo to wcale nie był specjalnie ciężki, a już na pewno po założeniu w ogóle nie stwarzał takiego wrażenia. Odczuwalnie sztywniejszy materiał – taka jest cena wytrzymałości – generalnie jednak nie wpłynął na moją swobodę ruchów. Nie odczułem specjalnej różnicy w stosunku do Lighta200. Extra Plus ma wszystkie te same rozwiązania, co jego lżejszy brat: ściągacz, szelki, kieszenie, dodatkowy zamek i dodatkowy kołnierz wokół kryzy. Pływało mi się w nim tak samo dobrze. W obu przypadkach z resztą próbowałem też konfiguracji z grubszym ocieplaczem – Hi Loft Polar firmy Bare. Poprawa termiki oczywista, a przy tym jednak nie odczułem ograniczeń w ruchach – skafandry dobrze współdziałały i z cienkim ocieplaczem i z grubym.

Jeżeli chodzi o mnie to ja bym wybrał dla siebie cieńszy skafander. Urzekła mnie w nim jego lekkość. Oczywiście, póki co nie planuję czołgać się po rozerwanych fragmentach wraków, ani innych ekstremalnych wyczynów, bo wtedy sięgnąłbym po Extra Plusa, ale być może wcale nie ma co martwić się tak bardzo o wytrzymałość materiału Light200 – może się okazać, że skafander zaskoczy niejednego użytkownika swoją wytrzymałością. Testowane skafandry występowały w „jedynym, słusznym” kolorze – w czerni, niemniej jednak producent deklaruje, że zgodnie z życzeniem klienta, uszyje skafander w innych kolorach (potwierdziłem na pewno kolory: niebieski, czerwony, żółty). Tu ciekawostka – klient może sam zdecydować o konfiguracji kolorystycznej (jeżeli zażyczy sobie cały skafander żółty – proszę bardzo) i nie dopłaci za to ani złotówki. . Skafandry są oczywiście testowane pod ciśnieniem i  spełniają unijne normy EN 14225-2. Dostępne są w piętnastu różnych rozmiarach, a i oczywiście szycie na miarę też wchodzi w grę. W pakiecie ze skafandrem klient otrzyma torbę do transportu. Uważam, że skafandry Agamy mocno wykraczają poza ramy półki cenowej, na której producent postanowił się skupić. Wróżę marce powodzenie na naszym rynku.

agamadouble

Fot. 2. To nie jest nasze najlepsze zdjęcie, ale przynajmniej widać na nim Extra Plus – z prawej. A po lewej Light 200 oczywiście.

Tribord Subea 500 – tanie jest dobre, bo tanie i dobre.

trib03

W moje lepkie testerskie łapy wpadł jeden z flagowych produktów decathlonowskiej marki Tribord. BCD/jacket/ kamizelka KRW czy jak kto tam to nazywa: Tribord Subea 500. Jak myślimy o produktach z sieciówek sportowych to myślimy – tanio kosztem jakości. Nie do końca ufamy, nie do końca wierzymy w te produkty. Z markami spod strzechy Decathlona chyba tak do końca nie jest. Niektóre rzeczy potrafią być wręcz drogie, a niektóre z tanich produktów potrafią zaskoczyć jakością. Brałem sprzęt na test będąc w pełni świadomym, że towar ten ma przede wszystkim znaleźć nabywcę w segmencie low cost. Spodziewałem się różnych zjawisk świadczących o minimalizacji kosztów produkcji. Przyznam szczerze, że pod kilkoma względami Tribord mnie mile zaskoczył. Zacznijmy od ceny – niecałe 650zł. Nie ma co szukać specjalnie, na polskim rynku z polskiej dystrybucji nie dostaniemy niczego w podobnej cenie. Mamy na przykład od Scubatecha BCD w cenie ok. 790zł. Najtańszy, ale wciąż bardzo mocny Liberator Sigma II od Tusy, to wydatek rzędu tysiąca złotych. Czy przy tak niskiej cenie Tribord był w stanie wykonać dobry sprzęt wypornościowy? Na pierwszy rzut oka wygląda, że tak.Zacznijmy od opakowania, ponieważ BCD przyjechało do mnie w eleganckim meshbagu. Zaskok dla mnie spory. Widziałem dostarczane od producentów BCD i to takie nie najtańsze – żaden nie trafiał do klienta w jakimś elegantszym opakowaniu poza ewentualną folią. Nie, że BCD potrzebuje jakiegoś worka do transportu na nurkowania. Większość z nas wrzuca BCD do kuwety, lub innego ogólnego wora ze szpejem i tyle. Niemniej jednak, jeżeli nie zdecydujemy się na transport Subea 500 w worku, to mamy całkiem spory meshbag to wykorzystania do różnych (niecnych) celów. Samo BCD wygląda całkiem porządnie i konkretnie. Myślę sobie, pewnie waży dużo, albo podejrzanie mało. Ważę je. Waga 3,380kg. Mój ciężki Dive System waży 4,180kg. Najlżejszy znany mi jacket waży ok. 2kg. Czyli Tribord wypada przyzwoicie w tym zestawieniu, ba – śmiem twierdzić, że tak przyzwoita waga przy tej cenie to może być jego duża zaleta. Przyglądam się kamizelce. Wszystko na miejscu i wygląda w porządku.

trib06

Mamy dwie spłuczki (jedna na prawym ramieniu, druga z tyłu na dole), inflator z opcją wypuszczania powietrza poprzez pociągnięcie całej głowicy, trzy metalowe D-ringi, stabilizujący noszak z gumową warstwą antypoślizgową, plecy wyłożone komfortową wyściółką, system zintegrowanych kieszeni balastowych, dobrze wyprofilowane pasy naramienne.

trib07

Głowica inflatora przypomina tą z Cressi, sprawdzam ustnik do awaryjnego napełniania – zdecydowanie lepszy niż w Aquatecu (który został skonstruowany przez jakiegoś sadystę – trzeba się mocno postarać by przy jednoczesnym przyciskaniu guzika spustu z pompowaniem nie przyszczypać sobie wargi), jest nawet gumowa osłona na króciec od szybkozłączki do węża zasilania z butli.

trib01trib02

Biorę więc BCD na basen przetestować go w praktyce. Montowanie sprzętu przebiega bez problemów. Butlę trzyma jeden szeroki pas z plastikową klamrą. Jednak dzięki wyściółce na płycie butla, nawet bez siatki, trzyma się mocno i stabilnie. Pas oczywiście wyposażono w gumowy stoper, a klamra pracuje dobrze i wygląda na solidną. Kieszenie na balast wpina się nieźle, choć z balastem w środku zabawa wymaga sporej precyzji. PRzy okazji, kieszenie spokojnie przyjmą po cztery kilogramy balastu. A podejrzewam, że jakby kto chciał tam upchnąć jeszcze po płaskiej kostce 1kg, też by dało radę.

trib05

Sprawdzam pracę spłuczek, wszystko działa dobrze, rozmieszczone jest całkiem wygodnie. Wypuszczać powietrze możemy na cztery sposoby, dwoma spłuczkami, inflatorem za pomocą guzika spustowego, lub poprzez pociągnięcie całej głowicy inflatora. Pasy i klamerki zapinające są dopracowane, plastik jest nie za miękki i wygląda solidnie. Pas brzuszny łatwo jest zdemontować – zatem istnieje możliwość prostej wymiany. Tak samo łatwo demontuje się wyściółkę na plecach. Jedynie taśmom ściągającym brakuje elastyczności i pracują one dość ciężko.

trib08

D-ringów na akcesoria nie brakuje. Mamy gdzie powiesić uchwyt do octopusa, na manometr. Mamy dwa dodatkowe D-ringi na dole BCD. Ta ilość w zupełności zaspokaja nasze potrzeby.

Całość zakłada się wygodnie i bez większych problemów. Nie bardzo rozumiem, po co pasy naramienne są wyprofilowane. Nigdy nie miałem problemów z pasami prostymi. Dla mnie to zbyteczny bajer, ale może komuś to poprawia komfort użytkowania. Wskakujemy do wody – BCD Decathlonu posiada wszystkie wady i zalety konstrukcji typu „jacket”. Ja wielkim fanem tego typu urządzeń nie jestem – nie lubię tego efektu bezwładności, oraz pęcherzy wokół brzuszyska. Jak na jacket jednak nosi się to ustrojstwo nadzwyczaj wygodnie i nigdzie specjalnie mnie nie uwierał – a kilka kamizelek potrafiło mnie zirytować. Fajnie, że płyta ma sztywny noszak, wyciąganie sprzętu z wody to żaden problem. Jeszcze o systemie zrzucania balastu – klasyczny, wystarczy chwycić szare uchwyty i je pociągnąć. Ciekawe, czy z czasem się mocowania nie wyrobią? Czas pokaże. Tak samo dopiero po jakimś czasie będę mógł stwierdzić, jak całe BCD znosi swoją pracę. Póki co jestem zadowolony z użytkowania.

trib04

Ja takie rzeczy „kupuję oczami”. BCD Triborda prezentuje się naprawdę zacnie i niczego mu nie brakuje. Dodatkowo urzekła mnie ta siatka. Niby zbędny bajer, ale kurde – nawet producenci premium dostarczają nam takie rzeczy w foliowych worach, albo po prostu bez niczego. A taki meshbag nawet jak nie będzie służył do transportu kamizelki, z pewnością przyda się nam do innych rzeczy.     trib09

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025

Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030

Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Ocieplacze – pojedynek Bare vs Element

halo3d-mens-zoom

Foto 1. (producent) Już z daleka widać, że ocieplacz nadaje się jako kostium do filmu Sci-Fi.

Przy okazji wyjazdu nad Hańczę miałem możliwość przetestować ocieplacz 4th Element Halo 3D. Jest to ocieplacz z górnej półki cenowej, a może nawet innego regału cenowego. Zabierałem go ze sobą dzięki uprzejmości Tomka Grzyba z Shop4Divers.pl. W bagażach wiozłem także swój ocieplacz Bare Hi-loft Polarwear Extreme. Sprawdzony już w różnych warunkach polskich wód. Nie zdarzyło mi się w nim zmarznąć. Widziałem, jakie cuda potrafi on nawet po totalnym zalaniu. Wystarczy wycisnąć dobrze z wody, powiesić w przewiewnym miejscu, jeżeli pogoda dopisuje, za godzinę ocieplacz będzie prawie suchy. Bare też do najtańszych nie należy, jednak nie należy do czołówki w kwestii cenowej. Niemniej jednak nie miał niczym ustępować pod względem parametrów droższemu koledze.

halo3d-womens-zoom

Foto 2. (producent) Damska wersja. „Zameczek ulgi” w ciut innym ułożeniu.

Już z dala widać, że te ocieplacze reprezentują zupełnie inną szkołę projektowania. Bare – typowy pikowany ocieplacz, jaki widujemy regularnie na polskich nurkowiskach, na wierzchu śliska powierzchnia, pod spodem przyjemny polarowy misio. Czwarty element to super futurystyczny wygląd, taka zbroja z jakiegoś filmu sci-fi. Dzianinowa powierzchnia skrywa sztywne panele pokrywające najbardziej narażone na zimno części ciała. Ubierając tą zbroję mamy wrażenie, że zamieniamy się w jakiegoś kosmicznego komandosa i że całość będzie nas chronić od ataków potworów i postrzałów z miotaczy. Jeżeli chodzi o wygląd, zdecydowanie Element dodaje nam charyzmy i niesamowitego szyku. Moim zdaniem w tym ocieplaczu możemy udać się nie tylko na nurkowanie, ale i do teatru, koniecznie na przedstawienie modnego reżysera, na którego przedstawieniach pojawia się artystowsko zwichrowana młodzież. Lans murowany. Mój Bare w tym pojedynku przegrywa. Wygląd klasyczny, nieco workowaty. Szyku w nim nie zadamy.

hlpolarm_2

Foto 3. (producent) Bare hi loft w wersji męskiej.

Niektórzy kupują oczami, ale większość z nas zanim wyda ten tysiąc złotych przynajmniej, przymierzy oba ocieplacze. Sprawdzi wygodę zakładania, noszenia i zdejmowania. I tutaj bitwa będzie nie rozstrzygnięta, choć w kilku punktach widać małą przewagę Elementu.

halo3d-spacetek-panels

Foto 4. (producent) Grube panele na piersi sprawiają, że czujemy się „kuloodporni”.

Bare zakłada się szybko i bezproblemowo. Układa się na człowieku jak druga skóra. Wewnętrzny misio jest bardzo przyjemny w dotyku. Nosiłem już ten ocieplacz nieraz, prowadziłem w nim samochód. Ba, spędzałem nawet chłodny wieczór w domowym zaciszu. Diabelsko wygodne odzienie. Żadnych ograniczeń ruchu, uwierania, czy niedogodności. Workowaty wygląd to tylko pozory, ocieplacz nosi się bardzo dobrze zarówno „na sucho” jak i pod sucharem – nie zwisa, nie ma luzów, które mogłyby jakoś przeszkadzać. Dwie rzeczy uważam za mniej przyjemne. Tasiemki na kciuki czasem się tak zrolują, że po założeniu potrafią nieprzyjemnie uciskać. Druga rzecz to ściąganie ocieplacza – wyraźnie ciężej się go zdejmuje niż zakłada. Nie jest to duża wada, ale jednak zauważalna. Za to na pewno wyżej sobie cenię odprowadzanie ciepła w Bare. W Elemencie nie znajdziemy tylu bajerów, które mają nam ułatwić oddawanie ciepła (i wilgoci, i różnych ludzkich zapachów) na powierzchni. W obu ocieplaczach brakuje szelek, więc założenie jest, że jak się już przebierzemy w ocieplacz to musimy w nim paradować ubrani kompletnie weń. I tu wygrywa Bare ze swoimi otworkami i zastosowanym innym, cieńszym materiałem na zgięciach przy kolanach i pod pachami.

HLPolarW_2kobiecy

Foto 5. (producent) Bare w wersji kobiecej. Trzeba się dobrze przyjrzeć by zobaczyć różnicę.

Element pomimo sztywnych paneli na piersiach zakłada, nosi i zdejmuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Oba ocieplacze w wersji męskiej wyposażono w dwustronny suwak. Dodatkowo Element otrzymał otworki pod zawór ulgi. Element ma też wygodniejsze pętelki na kciuki i ciut dłuższy kołnierzyk.

Obydwa ocieplacze mają małe zapinane kieszonki na górze. Bare na piersi, Element – na ramieniu. Obie mikre, niewiele się w środku zmieści (raczej nie smartfon). To niby żadna wada – nikt na nura nie zabiera telefonu. Jednak na powierzchni potrafimy spędzić sporo czasu w ocieplaczu – zwłaszcza instruktorzy, ja lubię sobie wypychać kieszenie różnymi przydatnymi (w mojej opinii) rzeczami – telefonem, kluczykami do auta, dokumentami – kieszonki w obu ocieplaczach są w stanie przyjąć część rzeczy, ale już poważniejszy smartfon tam nie wejdzie. Obydwa ocieplacze posiadają taśmy na stopy, w obu bardzo wygodne.

halo3d-pocket

Foto 6. (producent) Kieszonka w Elemencie na ramieniu. Na iPoda chyba.

 Tak uzbrojeni w wiedzę wskakujemy do wody i testujemy ocieplacze podczas nurkowania. Dwa totalnie odmienne projekty, zupełnie inne założenia konstrukcyjne, ale efekt jest ten sam. Nie zauważyłem żadnych różnic w utrzymywaniu ciepła, a przypominam, że miałem cały weekend nad Hańczą i siedziałem w wodzie zdecydowanie dłużej niż przeciętny nurek. W obu ocieplaczach robiło mi się zimno mniej więcej po tym samym czasie braku aktywności (w oczekiwaniu na kolejną grupę kursantów na powierzchni, albo pod wodą czekając na wykonanie ćwiczeń, albo ponowne sformowanie grupy). Nie zalewałem specjalnie suchara, nie miałem ochoty testować szybkości schnięcia Elementu. Mam to przetestowane w Bare i wiem, że ocieplacz zachowuje dalej właściwości izolacyjne i nurkowanie z „podlanym” sucharem nie stanowi straszliwej tortury. Schnie też pioruńsko szybko. Nie wiem jak zachowa się Element w tej sytuacji i jak szybko wyschnie. Same końcówki rękawów – rzecz, którą regularnie moczę – schły szybko i bezproblemowo.

kieszenbare

Foto 7. (producent) Kieszeń Bare na sercu. Pojemność równie znikoma.

Dwa słowa o wyporności. Podobno Element ma minimalizować dodatnią wyporność. Nie stwierdzono. Wręcz odwrotnie. Zaskoczyło mnie, że w tej samej konfiguracji sprzętowej, na basenie do trzech metrów głębokości miałem problemy z zanurzeniem się. Musiałem sobie dorzucić kilo w stosunku do ocieplacza Bare. Czyli Bare tu wygrywa.

Gdybym miał teraz wybierać ocieplacz i miałbym pieniądze na Element, pewnie bym go wybrał. Podpowiadano mi, że przy zastosowaniu odpowiedniej bielizny ocieplacz ten jest odporny na każdy chłodek. Nie będę ukrywał, że lubię ładne rzeczy i czasem kupuję rzeczy oczami. W tej kategorii Element wygrywa. Doceniam jednak Bare i uważam, że jest to równie dobry ocieplacz. Brakuje mu takich bajerków jak otworki na zawór ulgi, chętnie dorobiłbym mu szelki (ale tych także brakuje w Elemencie) i wymienił tasiemki na kciuki. Niemniej jednak w tej cenie Bare jest niepokonany, zapewnia znakomite warunki cieplne, jest bardzo wygodnym ocieplaczem.

Oba ocieplacze nadają się na nasze trudne warunki, na długie godziny pluskania się w naszych wodach. Bare to wydatek rzędu tysiąca złotych, Elementowi bliżej już do dwóch tysięcy. Stosunek ceny do jakości zdecydowanie więc bardziej korzystny w przypadku Bare. Z tym że otworki na zawór ulgi w Elemencie wskazują, że zamysłem autorów było zdobycie konkretnego typu klienta – nurka technicznego.

Light 4 Me Go Pro 1800 lumenów

l4m001 Do Dahabu jechałem z mocnym postanowieniem, że nakręcę dużo materiału video. Do torby wrzuciłem więc moją wysłużoną GoPro Hero 1 i zacząłem rozglądać się za jakimś poręcznym, lekkim (lotnicze ograniczenia wagowe bagaży są dla nurków prawdziwą torturą) oświetleniem. Testowałem już różne potężne oświetlenia z oferty Gralmarine. Czas by sprawdzić ofertę konkurencji. Na egipski wyjazd zabrałem ze sobą oświetlenie Light 4 Me Go Pro. Zestaw do testów wypożyczyłem z Shop4divers.eu. Od razu podkreślę wielką zaletę tego zestawu, czyli jego wymiary i waga. Po odpowiednim złożeniu zestaw możemy włożyć do niewielkiej płaskiej torby 24x17cm. Sam zestaw, bez akumulatorów waży 921g. Wyniki więc doskonałe by zestaw stał się naszym podróżnym kompletem oświetleniowym. l4m002

Testowy zestaw dostałem w przepięknej miękkiej walizeczce, ale natychmiast ją skreśliłem z listy rzeczy do spakowania – była za duża. l4m003Parametry załączonych świateł nie urywają głowy. Każda z latarek wyposażona jest w diody Cree z serii XPG. Daje to nam około 900 lumenów na każdą latarkę z zestawu. Kąt światła 120 stopni. Na zdjęciu poniżej widać jak światło rozkłada się na powierzchni płaskiej.  l4m004 l4m005W zestawie podoba mi się na pewno jego kompaktowość, lekkość i poręczność. Idealne rozwiązanie na dalekie wyprawy nurkowe, gdzie nie idzie o moc oświetlenia, ale o jego minimalne wymiary. Wprost idealnie zestaw wpisuje się w przeznaczenie GoPro jako aparatu/ kamery, którą możemy zabrać wszędzie. Małe, zgrabne i poręczne. Przy czym pamiętajmy, że jeżeli chcemy zminimalizować przypadkowe ruchy i drgania kamery w trakcie filmowania, zapomnijmy o trzymaniu zestawu w jednej ręce. Uchwyt Goodmana da się jednak nieźle trzymać w dwóch rękach, a zabezpieczyć zestaw przed zgubieniem można dokładając opaskę na rękę (nie wchodzi w część zestawu).

Są i wady zestawu. Zestaw stworzony pod GoPro, ale jednak patent na zamontowanie kamery trzeba wykombinować samemu. Producent sugeruje wykorzystać przylepny uchwyt z podstawowego setu GoPro, przewiercić go i przyśrubować dołączoną śrubką. W moim odczuciu jeżeli zestaw jest reklamowany jako zestaw GoPro, to małym nakładem producent powinien zadbać o to by szczęśliwy nabywca zestawu nie musiał go przygotowywać do pracy z kamerą.

Lampy znajdują się bardzo blisko kamery, co może wpływać na jakość doświetlania planów (a raczej ich prześwietlania przy bardzo bliskich obiektach). Trudno ustawić światła tak by efektywnie rozłożyć poświatę i pracować z cieniami. Zestaw warto wyposażyć w dodatkowe przeguby dla oświetlenia by poszerzyć jego możliwości i odsunąć latarki od kamery.

Dołączone latarki czerpią prąd z akumulatorków 18650 (nie wchodzą w skład zestawu) dających średnio 3000 mAh (warto poszukać dobrych akumulatorków o wysokich parametrach, na tym zakupie nie warto oszczędzać), na tygodniowy wyjazd zabrałem ze sobą ładowarkę do nich, ale ani razu nie odczułem potrzeby skorzystać z niej, choć latarki pracowały pod wodą dość regularnie.

1800 lumenów to niedużo. GoPro Hero 1 w ciemnych warunkach potrzebuje zdecydowanie więcej lumenów. Niemniej na wody ciepłe, słone i doświetlone pięknym egipskim słońcem jest to zestaw wystarczający. Zwłaszcza, że całość kosztuje około 1200zł więc są to naprawdę niezłe pieniądze za taki zestaw. Największą zaletą zestawu jest jego kompaktowość i lekkość – żadnych zewnętrznych czy zamontowanych na sztywno ciężkich zasobników na akumulatory, żadnych kabli i długich ramion. Taki fikuśny zestaw mini video dla fanów małych kamer (niekoniecznie GoPro, w końcu na rynku jest coraz szersza oferta kompaktowych kamer nurkowych).

Zestaw przetestowany dzięki uprzejmości:

logo

Światło nurkowe w sam raz

Poczułem potrzebę wypowiedzenia się w temacie opisanym przez mojego dobrego przyjaciela, Pawła Kaczmarskiego (obecnego na forum Nuras.Info pod pseudonimem „pmk”), który na forum, oraz przez ostatnie dwa numery Nurasa dokonał fantastycznych testów latarek w grupie cenowej do tysiąca złotych. Paweł podszedł do tematu bardzo profesjonalnie, zrobił bardzo rzetelne porównanie parametrów dostarczonych do testów latarek. Dzięki temu otrzymaliśmy bardzo dobry zestaw informacji o latarkach, które z powodzeniem mogą służyć za główne światło dla rekreacyjnego nurka. Wcale nie musimy wydawać dwóch tysięcy polskich złotówek, uzbrajać się w ciężkie zasobniki z akumulatorami i bardzo profesjonalnie wyglądające głowice latarek zamontowane na uchwycie Goodmana. Jeżeli mamy dużo pieniędzy, kupujemy sobie światło ostrego, letniego, południowego słońca w bezchmurny dzień na Karaibach. Zdolne oślepić nawet już na wpół oślepłego nurka z odległości czterdziestu metrów. Dzięki takiemu światłu jesteśmy widziani z powierzchni, nawet jeżeli siedzimy na trzydziestu metrach najbardziej zabełtanego bajora, ale też musimy uważać, bo jakiś samolot może uznać, że właśnie wskazujemy mu naszym światłem miejsce lądowania. Świecenie sobie takim światłem w oczy nie tylko powoduje oczywistą ślepotę, ale też ścina białko w oczach i gotuje mózg na twardo. Odpalanie takiej latarki nie będąc w zanurzeniu dozwolone jest tylko w najgrubszych hutniczych rękawicach, gdyż obudowa osiąga temperatury godne powierzchni słońca.

Jeżeli jednak nie mamy na koncie nudzących się dwóch tysięcy złotych z jakimś miłym ogonkiem, wtedy zaczynamy eksplorować te niższe półki, omijane przez nurków technicznych i „technicznych” (czyli takich, co mają pieniądze, ale jeszcze nie umiejętności). Okazuje się, że wcale nie ma na tych półkach obrazu nędzy i rozpaczy, jest w czym wybierać, a światła sprzedawane jako „backup” wcale nie muszą być światłem zapasowym – używać tylko w ostateczności, jeżeli twoje główne boskie światło przestanie świecić swoją boską mocą. Okazuje się, że półki wręcz uginają się pod dużą ilością propozycji latarek rodzimej i zagranicznej produkcji – latarek mocnych, solidnych, wytrzymałych i świecących bardzo dobrą wiązką światła. Nie musimy kupować uroczo żółtych, plastikowych lampek, które środowisko uznaje jako dobre dla dzieci, albo pseudo turystów nurkowych w Egipcie. Mamy do dyspozycji solidne metalowe maczugi, które w razie czego mogą służyć za całkiem skuteczne narzędzie do samoobrony przed rekinami, czy nachalnymi nurkami, którzy próbują się przyssać do naszego powietrza.

Jak już wiecie, ja sam wybrałem Tecline’a LED US 15. Tecline to polska marka, sama latarka produkowana jest w Azji. Latarki porównywalne do Tecline LED US 15 znajdziecie w ofercie Gralmarine, Light4me, Light Monkey. Mowa tu głównie o latarkach w przedziale cenowym 300 – 400zł. Niektóre opcje będą droższe. Co mi się spodobało w Tecline to stosunek ceny do mocy i jakości latarki. Za trzysta z kawałkiem dostałem latarkę, dokupiłem porządne akumulatorki (zwracam uwagę, że wcześniej producent wypuszczał latarki z instrukcją zakazującą używania akumulatorków), do tego solidna ładowarka do akumulatorów (do latarki wkładamy trzy pociski, dobrze więc by ładowarka mogła ładować nieparzystą liczbę aku). Producent deklaruje dużą ilość lumenów. Tak dużą, że całe środowisko nurkowe (nawet to znające się na technicznej stronie świecenia) nie wierzy producentowi. Wiem tylko, że LED US 15 daje mi mocne światło na pięć, sześć normalnych nurkowań, potem moc światła spada i warto podładować aku.

Paweł do testów wyciągnął z Gralmarine latarkę KX Spot – nie widzę jej teraz w ofercie, rozumiem, że to chwilowe. Wersja KX Spot T może też być ładowana akumulatorkami R14. Wersja bez T może być tylko zasilana bateriami zwykłymi bądź alkalicznymi. Wymiary i kształt zbliżone do Tecline’a. Parametry także. Pawłowi jednak trochę bardziej przypadła do gustu Gralmarine – subiektywna to ocena. Rozumiem jeden zarzut wobec Tecline’a – żebrowanie wokół głowicy, które nie ma żadnego praktycznego zastosowania, za to świetnie zbiera drobne kamyczki i brud. Ja na to kompletnie nie zwróciłem uwagi, dopóki Paweł o tym nie napisał. Rzecz to względna, ale na pewno Gralmarine tu wygrywa, bo takiego żebrowania nie posiada. Gralmarine za to jest ciut droższy. Wybór należy do was, oparty raczej na zaufaniu do danych marek, niż na parametrach, bo te są niemal identyczne.

Mi za to w moje testerskie ręce wpadła latarka KX Narrow. Paweł miał ją wcześniej i zdołał wykonać wszystkie pomiary parametrów, pozwolę sobie więc tylko przedstawić te wyniki, a sam skupię się na wrażeniach z użytkowania. Pierwsza, najważniejsza rzecz to wielkość latarki – króciutka, poręczna i bardzo solidna latarka. Średnica podobna do tych poprzednich latarek, ale latarka jest za to o co najmniej połowę krótsza. Kapitalna więc latarka, tym właśnie wygrywająca z moim Teclinem i z KX Spot. Tamte to takie miecze dwuręczne. Spokojnie mogą służyć do zabaw w rycerzy Jedi. Jeżeli jednak mają sobie wisieć nieużywane, albo spoczywać w kieszeni podczas nurkowania, wtedy zauważamy ich nieporęczność. Kieszenie w naszej kamizelce, czy suchym skafandrze powinny być długie, żeby pomieścić te maczugi. A jak je powiesić, to warto jakoś jeszcze złapać dodatkową gumką by nie przeszkadzały zwisając bezwładnie. I tutaj wkracza króciutki KX Narrow, taki knypek chowający się niemal w pięści, ale nie jest to byle trzcinka, ale kawał granatu, który parametrami za daleko nie odbiega od dłuższych braci. Moc świecenia oczywiście niższa, długość świecenia na dostarczonym akumulatorze też słabsza, ale nie są to parametry złe. To fajna konstrukcja dla ludzi, którzy chcą mieć dobre, mocne światło, ale nie mają bądź nie lubią zajmować sobie miejsca długimi pochodniami. Taki „krasnal” spokojnie zmieści się w każdej kieszeni, a powieszony bez żadnej dodatkowej gumki przytrzymującej w ogóle jest niezauważalny. Jedyne, co przyprawia o ból głowy to cena. Jak zobaczyłem cenę tego skubańca to złapałem się za głowę. Ponad siedemset złotych. Wniosek jest taki, chcesz oszczędzić miejsce, musisz wydać więcej. W zestawie jednak od razu otrzymujesz akumulatorek i ładowarkę. Oczywiście zapewne można znaleźć akumulator o lepszych parametrach, bo ten w moim testowym zestawie po drugim nurkowaniu już nadawał się do ładowania – moc świecenia dość szybko spada.

Tym sposobem zauważyć jest łatwo, że przeciętny rekreacyjny nurek, który nie musi pod wodą kręcić filmu klasy kinowej, nie znajduje przyjemności w wypalaniu wszelkim wodnym stworzeniom oczu swoim super HIDem z akumulatorowym zasobnikiem wagi amerykańskiej półciężarówki, może spokojnie zaplanować swój latarkowy budżet w kwocie do tysiąca złotych.

Kłopot się robi, jak zapragniemy filmować nasze nurkowania, bo wtedy można kombinować nawet z tego typu latarkami, ale należy dokupić, albo zamówić u producenta odpowiednie rozwiązania (Gralmarine bez problemu prawie każdą swoją latarkę przystosuje do świecenia rozproszonym światłem), które spowodują, że te punktowe latarki zamienią się w lampy wideo, no i dla przykładu, żeby przyjemnie doświetlić plan filmowy podczas nocnego nurkowania musielibyśmy się wyposażyć w co najmniej dwie latarki typu LED US 15. Do tego trzeba pomyśleć o wygodnych ramionach dla latarek, połączonych z naszą kamerą, o jakimś uchwycie na to wszystko, no i pieniądze same uciekają w popłochu z portfela.

Powyższe grafiki i zdjęcia przygotowane przez Pawła Kaczmarskiego (pmk).

Artykuły Pawła dostępne są w numerze 44 i 45 z 2013 Nuras info.

Zapraszam do ich lektury, kawał solidnej roboty.

A na koniec jeszcze krótki filmik, który już gdzieś kiedyś publikowałem. Na filmiku zobaczycie, o ile „gorsze” jest światło Tecline’a od tego super boskiego światła 7 LED WIDEO. Nie porównujcie tylko właściwości oświetlenia. US 15 jest latarką punktową – sygnalizacyjną – służy do punktowego oświetlania i komunikowania się pod wodą (tak, podstawiamy latarkę pod maskę i udajemy ducha robiąc głupie miny). A 7 LED WIDEO to potężny zwierz do kręcenia filmów w totalnym mroku. Latarka mocą przyćmiewa pełnię księżyca, powoduje, że bledną gwiazdy, producent powinien na obudowie pisać, żeby nie celować światłem w inne planety, gdyż efekt może być podobny do tego, co potrafiła zrobić Gwiazda Śmierci z Gwiezdnych Wojen.

Jezioro Piaseczno

Jezioro Piaseczno koło Łęcznej, prawie czterdzieści metrów głębokości, osiemdziesiąt sześć hektarów powierzchni, długie na półtorej kilometra, a szerokie – na prawie kilometr. Od północy i zachodu linię brzegową wyznacza las, pozostałą część brzegu zajmują zabudowania Kaniwoli. Jest tu cicho, spokojnie. Dla Lublinian jest to na pewno ważny punkt rekreacyjny, nurkowie szczególnie sobie go upodobali ze względu na bliskość i warunki podwodne. Dla nas, ludzi z Warszawy i okolic też daleko nie jest – dwieście kilometrów, da się zorganizować całodniową wycieczkę z dwoma nurkowaniami. Wyskakujemy z Warszawy na Lublin, za Rykami odbijamy na Kock, zaczynamy podróż lokalnymi, mocno pofalowanymi drogami (czasami czułem się jak na pełnym morzu przy mocniejszym wietrze). W Kocku kierujemy się na Łęczną, ale nie dojeżdżamy do niej, tylko przez Ludwin docieramy do Kaniwoli. A za Kaniwolą szukamy dojazdu do jeziora. Jednym z doskonałych miejsc dla nas, nurków, będzie baza nurkowa u Przemka Widomskiego, nureczno.pl. Jedna z piaszczystych dróg odbijających od głównej drogi prowadzi do jego gospodarstwa. Prosta wiejska chałupa, specjalnie żadnych reklam – dość ciężko tu trafić, ale pomęczyć się warto. Na miejscu sprężarka, możliwość noclegu, ławy, stoły, gastronomia. Wychodzimy przez furtkę na lokalną plażę i już mamy dostęp do nurkowiska od południowo wschodniej strony jeziora. Jezioro charakteryzuje się naprawdę dobrą widocznością – do termokliny średnio do dwóch, trzech metrów, jak różni pływacy i nurkowie za mocno nie nakopią, poniżej termokliny zaczyna się bajka nawet do siedmiu, ośmiu metrów widoczności, oczywiście spadająca mocno po przepłynięciu kilku mniej wprawnych nurków grabiących sprzętem dno. Pod wodą znajdziemy kilka atrakcji zatopionych pod wodą – wszystkie oporęczowane, idzie się do nich jak po sznurku do kłębka. Znajdziemy pod wodą wrak holownika, kajaki, platformy do ćwiczeń.

jez.piaseczno

Na naszą wyprawę eksploracyjną wybrałem się ze sprawdzoną paczką znajomych partnurów i rodziną. Dla rodziny była to doskonała okazja by złapać trochę słońca i pokąpać się w dobrze już nagrzanej wodzie. O tyle udana jest baza Przemka, że dzika plaża przylega do nurkowiska, więc nienurkujący uczestnicy wyprawy nie muszą się specjalnie oddalać od nas. Z kolei plażowicze i pływacy nie mieli wpływu na komfort nurkowania i widoki pod wodą. Ryby nie uciekały specjalnie – praktycznie przy plaży, w pobliskich szuwarach natchnąłem się na małe grupki zawsze ciekawskich okoni, małe ławice jakichś niezidentyfikowanych rybek, kilka sumików karłowatych dało się sfilmować niespecjalnie przejmując się moją obecnością. Na pierwszego nurka zaplanowaliśmy wizytę na wraku holownika. Trasa nie jest specjalnie skomplikowana. Do pierwszej platformy ćwiczebnej, z niej poręczówką na północny zachód, na głębokości około czternastu metrów odbijamy od poręczówki w prawo i dopływamy do kolejnej. Ta już prowadzi nas prosto do holownika. Z tym, że my nie docieramy do holownika, bo mniej więcej na głębokości czternastu metrów jeden z nurkujących sygnalizuje problem z automatem. Pytamy, czy chce skorzystać z naszych zapasów. Nie. Przeszedł już na alternatywny automat, ale zawraca. Decydujemy się eskortować go w drodze powrotnej. Chłopak chyba nie jest pewny, czy dobrze go zrozumieliśmy, bo kilka razy nam sygnalizuje, że może wynurzyć się sam, ale my odmawiamy. Docieramy do platformy na pięciu metrach, tu stajemy na przystanek bezpieczeństwa. Korzystam po raz pierwszy ze swojej tabliczki do pisania – najnowszy zakup. Niby kawałek plastiku z ołówkiem, ktoś by pomyślał, że to przydaje się tylko na ćwiczeniach, ale proszę, jednak może się niemal od razu przydać. Nurek pisze, że automat podaje wodę. Ustalamy, że stąd już sam się wynurzy a my pójdziemy jeszcze na krótką wycieczkę. Odprowadzamy go wzrokiem do powierzchni i ruszamy na kajak. Drogi dokładnie nie pamiętam, ale to była chyba poręczówka skręcająca bardziej na zachód. Kajak nie jest może oszałamiającym artefaktem, w środku obowiązkowy manekin, ubranko. Dla mnie to nie jest cel nurkowania, ani atrakcja. Wracamy meandrując nad szarym dnem nie oferującym żadnych ciekawych widoków, dopiero nad termokliną pojawiają się rośliny i zaczyna pojawiać się życie. Kończymy nurkowanie. Czas nabić butle, odpocząć i dowiedzieć się, co z tym automatem się działo. Na powierzchni pogoda dopisuje, rodzina moczy się w wodzie, albo dla odmiany pracuje nad opalenizną. My też korzystamy z pogody, grzejemy się, dożywiamy. Z automatem, tutaj uwaga dla wszystkich przyszłych posiadaczy swoich własnych automatów, wyszła prozaiczna sprawa. Proszę sobie wbić do głów i nigdy, ale to przenigdy nie lekceważyć zaleceń co do przeglądów sprzętu. To jest sprzęt, od którego zależy nasze bezpieczeństwo i życie. Takie przykłady pokazują, że lenistwo, albo chwila zapomnienia może kosztować nas sporo. Automaty nie przeszły przeglądu od dwóch lat. Kolega wcześniej regularnie, co roku, wykonywał przeglądy, potem zrobił sobie przerwę w nurkowaniu i tym samym nie przyszło mu do głowy zrobić przegląd. Sprzęt przeleżał na sucho cały sezon, a więc tym bardziej wymagał przeglądu na początek tego sezonu. Tym razem skończyło się bez specjalnych problemów, kolega musiał zrezygnować z kolejnego nurka i zaraz po powrocie oddał automaty do przeglądu. My z kolei wróciliśmy do wody by w końcu zaliczyć holownik. Nurkowanie zaczęliśmy od wizyty w szuwarach u sumików karłowatych, potem popłynęliśmy prosto na holownik. Każdy debiutant ma swój pierwszy wrak przed oczami. Ja wciąż czekam na ten swój pierwszy. To, co dotąd widziałem, to zakrzówkowe „atrakcje” i inne zatopione celowo jednostki. Niemniej jednak okoliczności nurkowania mogą sprawić i w tym przypadku sprawiły, że nurkowanie na holowniku będę jeszcze długo wspominał bardzo przyjemnie. Warunki mieliśmy znakomite, trochę światła docierało z góry, przejrzystość była całkiem do rzeczy. Holownik stał sobie dostojnie w swoim zagłębieniu. Oczyszczony z wszelkich elementów metalowych, wyposażenia –  praktycznie goła skorupa. Na nadbudówce ktoś ustawił piękną ogrodową rzeźbę przedstawiającą żabę. Nie omieszkaliśmy wykonać zdjęcia pamiątkowego z żabą. Aparat pożyczyliśmy od już nienurkującego kolegi. Niezbyt skomplikowany, ale całkiem przyzwoity aparat w wodoszczelnej obudowie. Ja tym razem nie miałem sprzętu do filmowania, kamerę miałem, ale bez porządnego światła. Stąd chętnie pozowałem do zdjęć. Z tym, że dopiero po kilku zdjęciach zorientowaliśmy się, że z aparatem coś nie tak. Czy na obiektywie powinna spoczywać taka ładna czerwona pokrywka Kolega spojrzał na pokrywkę, spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w życiu o mało nie wyplułem automatu ze śmiechu. Pokazał wymowny gest pukania w głowę. Tym razem bez pokrywki powtórzyliśmy serię zdjęć, jeszcze tylko stanąłem na nadbudówce i rozłożyłem ręce by sprawdzić jak się czuł Jack Dawson na Titanicu krzycząc, że jest królem świata. Nie poczułem niestety takiej ekscytacji, zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Zaczęliśmy więc powrót do brzegu. To było bardzo przyjemne nurkowanie, zakończone jeszcze myszkowaniem w litoralu, ściganiem rybek i krótkim filmowaniem „przelotu” nad roślinnością. Po równej godzinie wyszliśmy z wody bardzo usatysfakcjonowani tym nurkowaniem. Z pewnością będę chciał powtórzyć nurkowanie w jeziorze Piaseczno, bardzo spodobały mi się okoliczności tego nurkowania, otoczenie jeziora i samo jezioro. Do sprawdzenia są jeszcze dwie bazy nurkowe położone nad jeziorem, ciekawe, z jakimi atrakcjami pod wodą? Na pewno warto będzie dotrzeć do najgłębszego punktu w jeziorze, do którego też można dotrzeć po poręczówce.

Kolejny sprzęt

Należą się wam kolejne informacje na temat wyposażenia, które dodałem, lub które miałem przyjemność testować ostatnio. Nurkuję ostatnio jak szalony, praktycznie co tydzień gdzieś wyskakuję przynajmniej na jedno nurkowanie. Podkreślam w tym miejscu duże znaczenie forum nuras.info, dzięki któremu grono moich znajomych nurków rozrosło się niesamowicie i praktycznie cały czas mam okazję z kimś nurkować. Wcześniej było tragicznie. A teraz? Albo ktoś daje znać, że gdzieś nurkuje, albo wystarczy, że ja wspomnę i już za kilka minut ktoś odpowiada. Co jeszcze dało mi forum? Wystarczyło, że się w jednym wątku poskarżyłem, że idę na nocne nurkowanie i nie mam porządnego światła do filmowania. Za chwilę dzwonił do mnie Bartek Grynda z Gralmarine, że wysyła jednemu józefowskiemu nurkowi latarki do testów i mógłby do paczki dorzucić coś dla mnie. Genialnie, prawda? Tak więc na nocne szedłem z porządną latarką.

DSC_0050

Foto. 1. Zestaw gotowy do nurkowania na uchwycie własnej roboty. Uchwyt może nie jest szczytem finezji i funkcjonalności, ale swoje zadanie spełnia znakomicie. Światło i kamera są bardzo stabilnie zamocowane i dają możliwość doskonałej pracy pod wodą.

Niestety, nie pokarzę wam tego całego bogactwa przyrody, które miałem przyjemność podziwiać na nocnym. Udało mi się przypadkowo wyłączyć kamerę na początku nurkowania. A światło Gralmarine było tak mocne, że nie miałem jak spojrzeć na umieszczone z przodu kamery kontrolki. Nie wpadłem na to, żeby wyłączyć światło i obserwować czy miga dioda nagrywania. Człowiek uczy się całe życie, szkoda, że na błędach. Błąd to bolesny, bo na filmie miałbym trzy dorodne szczupaki, masę pięknych okoni, płoci, krąpów, raków. Umykał przede mną jakiś rosły leszcz, albo lin, nie widziałem go dobrze, bo cały czas utrzymywał się na granicy mojego światła. Powiem jedno, to światło po prostu jest rewelacyjne, miałem jasno jak w dzień. Gralmarine LED7 WIDEO ma dwa tryby świecenia – w oszczędnym włączasz 5 diod i widoczność już jest znakomita. Jak odpalisz wszystkie 7 diod, czujesz się jakbyś pływał w piękny słoneczny dzień. W żadnym trybie nie próbuj świecić sobie lub komuś w oczy. Ta lampa ma naprawdę moc. Tak samo nie radzę używać jej na powierzchni. Lampa szybko się nagrzewa i można się nieźle poparzyć dotykając obudowy. Był to mój pierwszy raz z latarką z osobnym zasobnikiem na akumulator. A do testów dostałem całkiem pokaźny i mocny akumulator 11Ah. Zamocowałem go do pasa do butli. Cały zestaw waży tyle, że spokojnie z balastu można odjąć 1,5kg. Ja nie wyjąłem, byłem przeważony, ale na płytkim akwenie mi to nie przeszkadzało. Pływało mi się stabilnie, akumulator zamocowany tak wysoko nie powodował obracania, ponieważ większość ciężaru mam z przodu.

DSC_0045

Foto 2. To moje światło – Tecline LED US15. Mocne światło, ale skupione, do filmowania, czy zdjęć nie nadaje się.

DSC_0042

Foto 3. Tryb 5 diod w Gralmarine.

DSC_0043

Foto 4. Wszystkie diody świecą.

I krótkie nagranie pokazujące latarki w akcji:

To jeżeli chodzi o światło to tyle. Bardzo dziękuję Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za wypożyczenie sprzętu do testów. Jak będę miał budżet na oświetlenie, z chęcią wybiorę Gralmarine. Budżet jednak powinien porządny, bo tego typu światła z oferty Gralmarine swoje kosztują (ponad 2 tyś. złotych).

Kolejnym zakupem, do którego dojrzałem to sprężyny do płetw. Niby drobnostka, ale bardzo użyteczna. Długi czas zwlekałem z tym, zupełnie nie wiem dlaczego. Cała logistyka wejścia do wody upraszcza się okrutnie. Przedtem rękawice zakładałem na samym końcu, już w wodzie. Dociąganie pasków od płetw w grubych rękawicach jest sztuką trudną. Nie dość, że ciężko złapać końcówki pasków, to jeszcze obracanie się w całym ekwipunku by do nich sięgnąć to dopiero „zabawa”. Z całym moim ekwipunkiem – latarką, kamerą wejście do wody to droga przez mękę, jeszcze boksowanie się z płetwami, ludzie w wodzie czekają tylko na mnie, a ja morduję się z tym wszystkim. Koniec! Basta! Zamontowałem sprężyny, pojechałem na pierwszego nurka i stał się cud. Szast prast, byłem w wodzie, dwa ruchy i płetwy założone. Rewelacja. Jeżeli jeszcze się zastanawiasz nad sprężynami, jeżeli dalej myślisz, że to zbędny wydatek, przecież paski dobrze ci służą – spróbuj ze sprężynami! Wydatek rzędu 100zł a komfort ubierania jest nie do opisania. Teraz uważaj, bo sprężyny dostępne są w dwóch rodzajach, jeżeli idzie o montaż do płetw. Zależnie od typu płetw wybierasz model montażu. Posiadacze płetw typu jetfin zwykle dostają sprężyny w zestawie, jeżeli nie – wybierają sprężyny montowane za pomocą „pazurków”. Pozostali wybierają uchwyt „o”, który nakłada się na bolce z boków płetw.

2013-06-09 08.51.34

Foto 5. Płetwy full profeska ze sprężynami Scubatech.

To jeszcze raz gorące dzięki należą się Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za testową latarkę!

Czy nurkowanie to rzeczywiście taka droga „impreza”? Jak inwestować w sprzęt? Co kupić na start, a co potem dokupować?

Artykuł zaktualizowany: 9 sierpnia 2013 – trochę więcej wiedzy w głowie, trochę nowinek.

Zła wiadomość na start – taniej dyscypliny sobie nie znaleźliście. Z drugiej strony jednak zapaleniec w każdej dziedzinie sportowej może utopić masę pieniędzy. Wspomnę o drugim moim ukochanym sporcie – w rower też można inwestować bez końca, do tego kupować różne stroje, wyposażenie, plecaki, sakwy, lepszy osprzęt. Miałem też długi epizod z wędkarstwem (ale polityka odpowiedzialnych krajowych organów w sprawie kontroli ilości ryb zdatnych do wyławiania skutecznie mnie zniechęciła do chwytania za kij) – to przecież też studnia bez dna, kolejne wędki, kołowrotki, spławiki, błystki, wymiana żyłek, pudełka, przynęty, zanęty, pozwolenia na odłów, wynajem łódki, i tak dalej. Nurkowanie jednak w wersji minimum pociągnie za sobą kilka poważnych wydatków. Już sam kurs i zorganizowanie przyzwoitego ABC to wydatek rzędu tysiąca złotych. A potem, jak człowiek wsiąknie i zechce zyskać trochę samodzielności, zacznie się inwestowanie w swój sprzęt. Jednak jeżeli będziemy nurkować z konkretną grupą nurkową, która zwykle dysponuje swoim bogatym zapleczem sprzętowym, a będziemy dawać nura kilka razy do roku, to nawet często lepiej jest pożyczać odpłatnie sprzęt, niż kupować własny, który potem będzie kurzył się w piwnicy. A zakupiony sprzęt też wymaga kosztownych zabiegów – serwisu, przeglądu kontrolnego, ładowania, czasem legalizacji (butle). Zakup zatem nie oznacza wcale uniknięcia kolejnych kosztów w przyszłości. Zastanów się zatem dobrze, czy chcesz od razu inwestować we własny sprzęt. Ja tylko podpowiem, że warto zwlekać. Warto skończyć kurs na nieswoim sprzęcie. Warto potem wyjechać na kilka nurków z pożyczonym sprzętem. Warto opływać się, oswoić z wodą, poznać środowisko wodne, zobaczyć jak my zachowujemy się w wodzie i z jakim sprzętem jak nam się pływa. Im więcej opcji wypróbujecie, zwłaszcza przed zakupem, tym łatwiej będzie wam wybrać najlepszy sprzęt dla siebie. Można słuchać mnóstwa porad na temat wyboru, można sugerować się opiniami doświadczonych nurków, którzy widząc was w wodzie, powiedzą – wybierz to, czy tamto. Ja jednak uważam, że te porady są o tyle niepewne, że nie uwzględniają naszych własnych preferencji, które musimy po prostu poznać próbując różne rozwiązania. Pożyczaj zatem dużo, to nie jest duży wydatek (jak robisz jakikolwiek kurs, wypożyczenie masz w cenie, a na nurek rekreacyjny wynajem sprzętu za dzień to około 10 zł). Nie ma lepszej szkoły jeżeli chodzi o poznanie sprzętu, wariantów i konfiguracji. Ja kurs skończyłem mając własną maskę, rurę, płetwy kaloszowe (używałem na pierwszych zajęciach basenowych), dokupiłem w trakcie kursu rękawice (grube, bo mi łapy strasznie marzną), buty i płetwy paskowe.  Po zakończeniu kursu zainwestowałem we własną piankę. Resztę pożyczałem regularnie i wychodziło mnie to około stówki za weekend – pas balastowy, kamizelka, automat, butla. Wyjazdy organizowane mają taką zaletę, że jak pożyczasz od organizatorów to liczą oni zwykle jedną, konkretną i atrakcyjną stawkę za wypożyczenie na okres wyjazdu, a nie rozliczają za każdy dzień. Pytaj, dowiaduj się, może jest to kolejny element, który wpłynie na twoją ocenę, czy warto wiązać się z daną grupą nurkową. Płetwy i buty to wydatek rzędu 400zł. Kurs to okolice 1000zł.

Teraz kilka informacji o tym, co ja kupiłem i gdzie trafiłem dobrze, a gdzie – źle. Korzystajcie z tych doświadczeń, bo są one dość świeże. Ostro zacząłem inwestować dopiero niedawno. Po zakupieniu pianki (z polecenia mojego instruktora, który także dystrybuował dany sprzęt, zjawisko chyba normalne w polskim środowisku nurkowym, ma swoje wady, ale chyba dużo więcej zalet, o tym później) – tu akurat zakup bardzo trafiony. Pianka ma już prawie dziesięć lat i wciąż mi bardzo dobrze służy. Mój model składa się z kompletnego kombinezonu z długim rękawem i długą nogawką, pianka o grubości 7mm, na to idzie ocieplacz z krótkim rękawkiem, nogawką i kapturem na łeb. Też 7 mm grubości pianki. Na polskie wody jak znalazł, nurkowałem już w różnych temperaturach i nawet w zimnej wodzie wytrzymywałem spokojnie pół godziny. To nie oznacza, że tyle wytrzymywałem z zaciśniętymi zębami, ale do trzydziestu minut nie czułem chłodu wody. Na ciepłe wody mogę założyć sam ocieplacz. Rozwiązanie jak na razie dla mnie idealne na każde warunki. Teraz na piankę tego typu należy wydać kwotę rzędu 1200zł. Doliczcie rękawice – ok. 150zł.

Pas balastowy był następny. Zdecydowałem się kupić własny, bo ten zakup nie jest specjalnie drogi, a koniecznie już chciałem zacząć kolekcjonować swoje wyposażenie. Tutaj specjalnie nie ma co filozofować. Pas to pas, na nim ciężarki, są też pasy z kieszeniami na rzepy welcro. Ciężarki mogą być w postaci worków ze śrutem (nie niszczą ostrymi krawędziami odzieży), prostych klocków (najtańsze, ale czasem człowiek musi je przenieść na pasie na ubraniu, ostre kanty mogą zniszczyć odzież) i klocków powlekanych gumową powłoką (moim zdaniem najlepsze rozwiązanie). Można niby narzekać, że sam goły pas z gołymi ciężarkami może uwierać, ale tylko jeżeli nie założymy pianki. Pamiętajcie, że większość kursów zawiera różne ćwiczenia ze zdejmowaniem pasa pod wodą i posiadanie pasa jest wręcz wymagane na kursie. A po kursach możecie pas wykorzystywać tylko do przenoszenia balastu, a sam balast upychać w kieszenie balastowe zintegrowane z waszą kamizelką lub skrzydłem wypornościowym. Wydatek około 200zł.

Po pasie balastowym była kamizelka, albo nawet równocześnie. Już nie pamiętam dokładnie. Do wyboru mamy albo klasyczny „jacket”, czyli po naszemu po prostu kamizelka, albo „skrzydło”. Popularna jest opinia, że „jacket” dobry jest na start, a potem i tak większość przesiada się na skrzydło. Jeżeli jednak będziecie mieli okazję wcześnie przetestować skrzydło, spróbujcie. Zupełnie inne doznania. Długo myślałem, że kupię jacket. Cały kurs zrobiłem na tym rozwiązaniu, potem rekreacyjne nurki też na kamizelce. Jednak zawsze miałem wrażenie, że jacket zabiera mi sporo swobody pod wodą. Znowu Rudi dał mi szansę przetestować skrzydło. I to było po prostu BINGO, jak mawiał Porucznik Frank Drebin. Z przodu swoboda, cały balon gdzieś z tyłu. Różnice pomiędzy tymi patentami są ogromne. Dużą zaletą kamizeli jest jej praca na powierzchni. Pompujemy jacket do pełna i po powierzchni pływamy jak królowe i królowie. Brakuje tylko drinka z palemką i kapelusza słomkowego. Skrzydło na powierzchni to dla niektórych mordęga. Skrzydło cały czas próbuje nas położyć. Jeżeli go nie opanujemy, będziemy kładli się na twarz, ale jak się nauczymy z nim żyć w zgodzie, nagle się okaże, że całkiem wygodnie da się położyć na plecach. Tylko warto to przetestować na samym sobie. Ja dość szybko opanowałem skrzydło i na powierzchni nie mam z nim problemów, ale na przykład w sytuacjach awaryjnych podejrzewam, że skrzydło nie ułatwi mi życia. Stawiam jednak na to, że nurkowanie głównie odbywa się pod wodą, więc mam w nosie tą wadę skrzydła. Pod wodą chyba nie znajdziecie takiego, który nie odczuje wyższości skrzydła nad kamizelą. To po prostu bajka, czysta przyjemność. Żadnego balona z przodu (ci z brzuchem zwłaszcza docenią tą cechę), ustawienie pod wodą jak w szwajcarskim zegarku, żadnego bujania, żadnego obracania się. Mniam, mniam. Przetestujcie, pokombinujcie. Podejrzewam, że pływając często na pożyczonym sprzęcie zechcecie dość szybko posiąść własną kamizelkę KRW. Kamizelki źle znoszą częste używanie przez różnie doświadczonych nurków, zwłaszcza jak jeszcze służy tym uczącym się. To w sumie delikatny sprzęt, dodatkowo musi leżeć na człowieku jak dobrze skrojony garnitur. Jeżeli dobrze ułożymy się z konkretnym modelem, będzie nam się pływać idealnie, ale na następny nurek dostaniemy troszkę inny model, albo inaczej używany i będziemy z nim walczyć od nowa. Łatwo też trafić na kamizelki z jakimiś wadami, uszkodzeniami, których nie wykrył (lub udaje, że nie wykrył) wypożyczający. Mi udało się trafić na kamizelkę z uszkodzonym mocowaniem inflatora (był po prostu pokruszony, a że na mocowanie zasłonięte jest nakrętką, o uszkodzeniu dowiedziałem się dopiero w wodzie), na zerwane plastikowe złączki, na przetarte paski, na zbyt luźne konstrukcje. To było po prostu męczące. Skrzydło kosztowało coś koło 1600zł i ani trochę nie żałuję tego zakupu.

Długa przerwa w finansowaniu nurkomanii i w końcu zakup automatu. Decyzja spowodowana tym, że na jednym wyjeździe dostałem automat z bardzo, bardzo, bardzo… bardzo długim przewodem do drugiego stopnia. A do tego, chyba żeby zachować jakąś równowagę w przyrodzie, ultrakrótki przewód do manometra. Tak krótki, że o odczyt ciśnienia w butli musiałem prosić partnera. A wszystko przez to, że organizator wyjazdu (przez sympatię nie wymienię z nazwiska) zapomniał sprzętu dla mnie i pożyczaliśmy na miejscu. Kolejny impuls, żeby wydać pieniądze. No to ciach. Tu się przyznam, że chyba przedwcześnie podjąłem decyzję, nie mając jeszcze dość wiedzy o doborze tego urządzenia, zdałem się znowu na wiedzę Rudiego, który zaproponował coś ze swojej oferty. Na szczęście był to bardzo popularny model ScubaTech R2 Ice, któremu już się przyglądałem na Allegro i w innych sklepach internetowych. Model okazuje się być idealnym rozwiązaniem na debiut. Ma wszystko co potrzeba, firma solidna, dobre opinie, niedrogi serwis. Jednak w tej kwestii doradzam brak pośpiechu, pływanie na wypożyczonym sprzęcie, na możliwie najróżniejszym sprzęcie, pytanie innych nurków, słuchanie ich opinii. Nie idzie o ich pochwały dla sprzętu, ale warto badać, co skłoniło ich do wyboru danego modelu, czyli na co oni zwrócili uwagę i czy przypadkiem ten element nie będzie miał dla nas znaczenia. Ci nurkujący w polskich wodach i w trudnych warunkach będą stawiać zawsze na sprzęt dostosowywany do takich warunków, posiadający dodatkowe patenty zmniejszające ryzyko zamarzania układów. Koszt rzędu 1000zł.

Komputer nurkowy był następny. I tutaj chyba niespecjalnie jest co testować. Wystarczy znowu popatrzyć na wyposażenie innych, posłuchać, jakie cechy komputera mają znaczenie przy wyborze. Jak człowiek nie chce szaleć, sięgnie pewnie po Suunto Vyper. Tak jak ja. W tym komputerze brakuje mi tylko kompasu, ale ten już sobie dokupiłem jako osobne urządzenie. Komputer jest obecny na rynku od kilku ładnych lat i kolejne opinie tylko potwierdzają, że to bardzo udana konstrukcja. Prostszy ZOOP pozbawiony jest podświetlenia i w moich oczach jest już naprawdę dobrym rozwiązaniem budżetowym dla tych, którzy nurkowanie zaliczają do kilku razy w roku. Po prostu kupując Zoopa musicie posiadać, lub przewidzieć od razu zakup światła. Generalnie Suunto jest dobrym wyborem. Spróbujcie trafić na złe opinie o Suunto. Wybór może być trudny, jeżeli wahamy się pomiędzy montażem komputera na konsoli (lub kupienia konsoli od razu z komputerem), a noszeniem na ręku jak zegarek. Z mojego punktu widzenia konsola jest niezbyt wygodna. Po nurkowaniu komputer trzeba wysuszyć bo mokre styki utrzymują komputer cały czas aktywny, co zjada baterię. Po nurkowaniu człowiek siada sobie w różnych warunkach by wypełnić logbooka, przepisać dane z komputera, podać innym uczestnikom dane z nurkowania. I jak tu z całym automatem, konsolą iść pod wiatę, walić to na stół i spisywać z komputera dane? Zdecydowanie wygodniejszy jest komputer na rękę. Zwłaszcza, że na komputer powinniśmy zerkać pod wodą często. Kompas i komputer powinny być samodzielnymi patentami, montowanymi tam, gdzie wam wygodnie. Koszt 1100zł.

Przejdźmy płynnie do kompasu. Miałem okazję przetestować kompas na konsoli – jak dla mnie beznadzieja, ciężko dobrze ustawić kompas by sprawdzić czy dobrze pokazuje, czy dobrze płyniemy. Jeżeli jeszcze jesteśmy mało doświadczeni, zwłaszcza, jeżeli jeszcze mamy kłopoty z pływalnością, konsola lubi ciągać się po różnych krzakach, mułach, piachach i innych podwodnych elementach. Na kompas za dobrze to nie wpływa. Kolejne popularne rozwiązanie, polecone mi przez Rudiego, to montaż kompasu na retraktorze. Czyli kompas w tej wersji ma jeden prosty mocny uchwyt, za który łapiemy go na retraktor (samozwijająca się linka), a retraktor zapinamy sobie na przykład do D-ringa w kamizelce. To przetestowałem pod wodą zanim zdecydowałem się na zakup. Po wyjściu z wody wiedziałem, że ten patent jest kompletnie nie dla mnie. Dobrze, może bardziej doświadczeni nurkowie rzadko patrzą na kompas, no chyba, że trafią w zamuloną wodę. Ja jednak zerkam na kompas dość często, bo łatwo gubię orientację i nieświadomie skręcam. A kompas na retraktorze pływa sobie dość swobodnie. Zaczepiony po lewej stronie ukrywał mi się zawsze sprytnie pod manometrem złapanym na zaczep przy kamizelce, albo podpływał pod inflator. Przy kolejnym nurku zapiąłem więc kompas po prawej stronie, ale i tu pływał wszędzie tylko nie pod ręką i ciężko go było namierzyć nie gapiąc się. Tylko on czasem się tak ustawiał, że nie sposób go było zobaczyć. No jak dla mnie beznadzieja. Może czytający to teraz eksperci zaczną się głośno rechotać, ale mniej doświadczeni nurkowie z pewnością powinni wziąć sobie do serca moje doświadczenie z kompasem na retraktorze. Zwłaszcza, że podobne opinie znalazłem w Internecie. A zatem zostaje noszenie kompasu na pasku, jak zegarek (większość nurków odradza ten patent, chyba głównie dlatego, że producenci nie przykładają się do produkcji dostatecznie trwałych wersji zegarkowych, wszyscy uważają, że ten wariant kompasu jest nietrwały, albo niewygodny w użytkowaniu), lub montaż kompasu na specjalnych mocnych gumkach na przegubie ręki. Wtedy można go sobie dowolnie ułożyć blisko komputera, albo na drugim ręku, albo tam, gdzie wygodnie. No i ja ten patent wybrałem. Jeżeli zakładam grubą piankę z długim rękawem, kompas mocuję na przegubie tuż za komputerem i mam dwa źródła wiedzy obok siebie. W przypadku pływania w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem, montuję go jak zegarek na wolnym przegubie, na drugim mam komputer. Wtedy gumki nie uciskają, a kompas jest dobrze ułożony. Widziałem też patenty, że ktoś de facto przekładał gumki tylko na dłoni i kompas miał na wierzchu dłoni. Wyglądało na wygodne rozwiązanie, bo dłonią można lepiej manewrować niż przegubem. Grunt by busolę móc łatwo ustawić w jednej linii z oczami, tak by orientacyjna linia na kompasie wskazywała idealnie na wprost przed nas. Tylko wtedy mamy pewność, że wyznaczamy kierunek prawidłowo. W mądrych książkach wręcz pokazują, że rękę z kompasem należy ująć drugą ręką i ustawić kompas prostopadle do twarzy. Montaż busoli na gumkach gdzieś w innych miejscach nie ma więc sensu. Kompas to prosta konstrukcja, do wyboru mamy kilka firm produkujących kompasy. Liczy się dosłownie pięć, może cztery firmy. Wszyscy jednak polecają Suunto SK7, bo zakres wychylenia największy (czyli teoretycznie możesz płynąć głową w dół, do góry, albo pod dziwnym kątem i kompas będzie w stanie wskazać północ w tej pozycji). Coś jest na rzeczy. Ja się z tłumem kłócić nie będę. Cena 260zł.

Następny zakup to butla. Koniecznie pragnąłem mieć już komplet by uniezależnić się od grupy i móc w razie czego pojechać gdzieś sam. Tak, tylko co z tego, jak sobie nie wystrugam partnera do nurkowania. Żony jeszcze nie namówiłem na kurs, jeden znajomy, co kiedyś nurkował, teraz ukochał sobie latanie na „glajcie” (paragliding), na nurkowanie szkoda mu kasy, a poza tym już tak długo nie nurkował, że musiałby sobie przypomnieć wszystko. Wymyśliłem sobie, że kupię butlę 12l, bo kręgosłup mam dość słaby, trzeba ograniczać obciążenie, a 15l jest do tego strasznie nieporęczna. Szkoda tylko, że wybrana 12stka jest tak smukła, że nawet z siatką ochronną słabo trzyma się w pasach mojego skrzydła. Znaczy trzyma się dobrze, ale pasy dobrze byłoby skrócić, albo kombinować z takim przewlekaniem przez klamry by nie wystawały poza sylwetkę na kilometr i nie prosiły się o łatwy zaczep… No a zakup butli wcale nie zdejmuje z nas regularnych kosztów – własną butlę trzeba jeszcze ładować, przeglądy i legalizacje robić. Chyba się pospieszyłem z tym zakupem. Były momenty, że żałowałem zakupu 12l, bo w końcu większość posiadaczy 15l potrafi na jednym ładowaniu zaliczyć dwa pełne nurki. Na 12l to już jest trudna (ale nie niemożliwa) sztuka. Jednak różnice w kg są znaczące, kręgosłup mój i tak już mocno mam zmęczony, cenne są więc każde oszczędności na ciężarze. A z czasem, jak znajdzie się pieniądz, kupi się kolejną 12 i zrobi się zestaw dwubutlowy – łączony, albo każda butla oddzielnie. W ostatecznym rozrachunku uważam, że dokonałem dobrego wyboru. Koszt 1000zł.

Latarka – nie ograniczajmy się do samego Allegro i swojego centrum nurkowego. Na rynku polskim są wyspecjalizowane firmy, które produkują wysokiej jakości światła od modeli najprostszych do bardzo drogich i mocnych systemów oświetleń. Ja szukałem na początek dobrego światła typu backup, który mógłby mi służyć póki co za główne światło. Są tego typu światła. Między innymi wybrany przeze mnie Tecline LED US 15, ale i Gralmarine (np. fajny KX Narrow) i Light for Me mają w swoich ofertach tego typu światła z jednym lub trzema LEDami. Ekonomiczne, wydajne i mocne światła. W zupełności wystarczą na nurkowania w polskich wodach. Wyposażyć się tylko w dobre ładowane akumulatorki i ładowarkę i można z powodzeniem używać tych latarek jako głównego światła. LED US 15 jest dość długą latarką, jak chcę ją schować w kieszeń balastową przy skrzydle, to ledwo się mieści. Dodatkowo zasilana jest trzema bateriami R14 (bądź porównywalnymi akumulatorkami, bądź mniejszymi akumulatorkami z zastosowaniem odpowiednich reduktorów) – jeżeli zdecydujemy się na ładowane akumulatorki, trzeba będzie myśleć o ładowaniu – nie każda ładowarka obsługuje ładowanie nieparzystej ilości akumulatorków. A jak kupujemy baterie nieładowane – nie wszędzie sprzedają te baterie na sztuki. Zatem nieparzystość zaliczam jako wadę latarki. Latarka tego typu to wydatek rzędu 300zł. A jak ktoś marzy o nagrywaniu wideo, niech koniecznie pomyśli o odpowiedniej wersji takiej latarki z nieskupionym światłem – na przykład Gralmarine proponuje takie wersje swoich latarek. No i nie zapomnijmy – w polskich warunkach oświetlenie wideo musi być porządne – żeby to miało sens, oświetlenie powinno dawać przynajmniej 1500 lumenów – dobrze, by były to dwie latarki na odpowiednio regulowanych wysięgnikach.

No i mamy ponad siedem tysięcy złotych, za jakiś czas człowiek dojrzeje do zakupu suchego skafandra, bo jest to normalna decyzja w przypadku nurków zwiedzających regularnie polskie zbiorniki. Za chwilę trzeba brać się za kolejny poziom, specjalizację, doskonalić się. A jeszcze, o zgrozo, przyjdzie mi pomysł na wymianę jakiegoś sprzętu na lepszą klasę. Chyba nieprędko. To, co mam, prezentuje się i służy mi dobrze. Buty (te bez zamka) już czas wymienić. Nie chcę straszyć, ale podliczając ten sport, raczej małych sum nie osiągniecie. Tylko porównajcie to sobie z innymi sportami. Ile jest dyscyplin, które wymagają skomplikowanego sprzętu ratującego, lub podtrzymującego życie, które w ogóle wymagają specjalistycznego sprzętu? Wspinaczki, różne formy latania, czy skakania z jakimś kawałkiem materiału na plecach. Ktoś coś dorzuci? Ktoś przedstawi koszty z tym związane?  A teraz najważniejsza sprawa – trzy czwarte sprzętu kupiłem na raty. To też kolejny plus korzystania z usług swojej grupy nurkowej. To wszystko rozkłada się jeszcze na dobre dziesięć lat inwestowania. Jak ktoś będzie zacięty, będzie mógł częściej inwestować w nurkowanie, ale też nie będzie posiadać niezwykłego budżetu, podobnie jak ja, zapewne będzie w stanie w ciągu dwóch, trzech lat to wszystko zdobyć. Ja jednak do tego nie namawiam, nie idzie o szybkie zdobycie sprzętu, ale o zdobycie sprzętu odpowiadającego naszym upodobaniom i potrzebom. Bez opływania się na cudzym sprzęcie, bez opływania się w ogóle, bez posprawdzania wielu opcji nie wyobrażam sobie by wszystkie zakupy były udane. Nie spieszmy się z zakupami. Na kurs idziemy ze sprzętem ABC (maska, płetwy, rura, ewentualnie płetwy paskowe plus buty nurkowe). Po zakończeniu kursu zaczynamy inwestować: skafander, kamizelka. Te sprzęty są bardzo osobiste i muszą być do nas dobrze dopasowane. Wydaje się, że własne narzędzia nawigacyjno rejestrujące powinny pójść przed automatem i butlą. Własna latarka też chyba powinna zmieścić się przed automatem i butlą. Pas balastowy i inne detale to nie są duże koszty, więc wykonujemy je w tak zwanym międzyczasie, zależnie od okazji i potrzeb.

Jak zacząć ? instrukcja podparta przykładem początku mojej przygody nurkowej

Artykuł edytowany 17 września 2013 roku. Poprawki merytoryczne.

W znaki zodiaku niespecjalnie wierzę, lub przynajmniej dobrze udaję, że nie wierzę. Wodnik według znaków jestem i coś w tym jest. Woda od zawsze była moim żywiołem. Nawet już dobrze nie pamiętam, kiedy dokładnie to było, ale dobrze pamiętam, jakie wydarzenie wzbudziło we mnie żądzę nurkowania. Byłem na wakacjach nad jakimś podolsztyńskim jeziorze. Miałem może trzynaście, czy czternaście lat. Nie pamiętam, czy miałem własne, czy pożyczone płetwy, rurkę i maskę. Nawet chyba wtedy jeszcze nie za dobrze pływałem (bardzo późno nauczyłem się prawidłowo pływać), ale do wody ciągnęło mnie od zawsze, więc ten brak umiejętności nie był dla mnie specjalną przeszkodą, nawet raz z tego powodu się podtopiłem. A z rurą, maską i płetwami można pływać bez żadnego problemu. No to ciach do wody i nagle wielkie odkrycie, ryby takie i siakie, na wyciągnięcie ręki, piękne podwodne widoki, krainy, rośliny. Podpływanie pod grążele, do trzcin, zaglądanie w różne ciemne zakamarki. Pływać mogłem godzinami. Gapić się na to wszystko, to było lepsze od telewizji. Ciężko mnie było wyciągnąć z wody. Wtedy też postanowiłem, że nauczę się nurkować. Lata mijały, temat czekał. W międzyczasie jeszcze połknąłem wątek Titanica, który podsycał potrzebę rozwijania zainteresowań w tą stronę. Niestety, ceny kursów, całe to skomplikowanie związane z całym ekwipunkiem nurka budowały w mojej świadomości obraz świata nurków jako zabawy dla bogatych, albo dla tych, których praca związana jest/ będzie z nurkowaniem. Po prostu nie wierzyłem, że będzie mnie na to stać i że opanuję kiedyś tą dziedzinę. Chyba już w 2001 roku zacząłem jednak temat badać dokładniej, okazało się, że nawet w Warszawie jest kilka grup nurkowych, które przeprowadzają kursy w basenach, a finał kursu robiony jest na jakimś mazurskim jeziorze. Pojawiało się sporo informacji w Internecie, które odwracały wizję nurkowania jako sportu elitarnego. Wg zapisanych tam słów nurkować mógł każdy. Ja miałem czas, okazało się, że stać mnie na ten kurs, na wstęp miałem tylko zorganizować sobie maskę z rurą i płetwy. Wszystko już miałem. Znalazłem szkołę niejakiego Erzeta i Rudiego, którzy chyba już wtedy łapali magię pozycjonowania stron w Google, bo ich strona była na samym szczycie wyników szukania. I szast prast, wziąłem udział w kursie. Zdziwicie się jakie to proste i łatwe wszystko po kolei, zapisać się, dowiedzieć się, co potrzeba na start, a w co należy zainwestować przy pierwszym podejściu (płetwy paskowe i buty nurkowe, zamiast płetw kaloszowych, które dobre są tylko do pływania z rurką i do zajęć na basenie). Zajęcia pokazywały głównie jak fajny i ciekawy może być to sport, a poznawanie sprzętu przynosiło tylko kolejne zaskoczenia – że nie trzeba kończyć elitarnej wojskowej szkoły nurków by połapać się w wyposażeniu, że to wszystko tylko z zewnątrz wygląda tak groźnie i skomplikowanie.

Teoretyczne zajęcia dają podstawy wiedzy o środowisku, do którego chcemy zawitać, o zachowaniu naszego organizmu w tych warunkach, o zjawiskach, które spotkamy w trakcie nurkowania. Tą wiedzę warto uzupełniać dodatkowymi książkami. I z całą pewnością tej wiedzy nie należy olewać. To nie jest wiedza potrzebna nam tylko do przejścia przez egzamin i zapomnienia. Ta wiedza pozwoli nam zrozumieć naszą sytuację pod wodą.

Praktyczne zajęcia przygotowują nas do wielu sytuacji awaryjnych. Miałem wrażenie, że to tak naprawdę kurs ratunkowy. Co zrobić jak nam maskę zaleje, jak ją zgubimy, jak ucieknie nam automat do oddychania, jak zabraknie nam albo partnerowi powietrza, jak holować nieprzytomnego. Z rzeczy niedotyczących ratowania zostaje chyba tylko nauka kontroli pływalności, prawidłowej pracy płetw, montowania i użytkowania sprzętu. Z czasem człowiek pojmuje, że mnogość tematów związanych z jakimś kryzysem podwodnym ma dać nam szansę przygotować się na niespodzianki. Ma dać nam szansę zareagować automatycznie w takiej sytuacji. Pod wodą nie ma co myśleć, zastanawiać się, nie ma kogo pytać „a co ja mam teraz zrobić”?. Trzeba działać instynktownie. To ma być odruch. Ktoś ma problem? Nie czekasz na zaproszenie na kredowym papierze – reagujesz. Można nabrać wrażenia, że czekają nas pod wodą same niebezpieczeństwa, że nic tylko dać sobie spokój z nurkowaniem, lepiej grać w szachy. Nic bardziej mylnego. Te wszystkie zajęcia pozwalają nam oswoić się z tym środowiskiem, dają nam szansę „opływać się” w sprzęcie, zupełnie przy okazji nasze ciało powoli oswaja się ze światem podwodnym i uczy się w nim poruszać. Poruszamy się w końcu zupełnie inaczej. Nie ma co szarpać się, miotać, pewne efekty osiągamy z lekkim opóźnieniem, musimy współpracować z wodą, a nie podporządkować ją sobie. Przy okazji dowiadujemy się, że w naszej grupie nurkowej są ludzie słabo pływający, albo ludzie, którzy robią kurs żeby przewalczyć jakieś własne lęki. Jest to dla nas szok, bo gdyby nam tego nie powiedziano, nie zorientowalibyśmy się, że w naszej grupie są takie osoby.

Na koniec największa atrakcja, wyjazd na wody otwarte. Przy okazji weekend spędzony nad wodą w pięknych okolicznościach przyrody, jakiś wspólny grill, jakieś zajęcia integracyjne, po prostu mile spędzony czas. Pierwszy kontakt początkującego nurka z otwartą wodą. Dużo adrenaliny, jakieś obawy, ale cały czas jesteśmy w grupie, cały czas na wyciągnięcie ręki są instruktorzy, którzy nas bacznie obserwują i reagują na każde zamieszanie, które powodujemy. Zaliczamy kolejne punkty programu i po chwili orientujemy się, że właśnie zaliczyliśmy pierwszego nurka na znaczną głębokość. Pokonaliśmy jakąś niesamowitą barierę. Przenieśliśmy się do innego świata. A przy okazji się dowiadujemy, że właśnie ukończyliśmy kurs i mamy licencję nurka. Duma nas rozpiera, bo w końcu nie każdy może się pochwalić taką licencją, albo takim hobby, póki co to wciąż nieco egzotyczne zajęcie w Polsce.

Podsumujmy zatem, co nas czeka na start. Posiadamy zapewne jakieś sprzęty do pływania z rurą (snorkelowania). Na jakichś wakacjach, albo tuż przed wyjazdem do Turcji, czy Egiptu poszliśmy do sportowego supermarketu, sklepu i sobie kupiliśmy jakąś kolorową maskę, jakąś rurkę i zgrabniutkie płetwy kaloszowe. Można z tym zacząć kurs. W czasie kursu instruktor będzie miał czas się przyjrzeć temu naszemu ekwipunkowi i nam powie, czy z czymś takim damy radę ukończyć kurs, czy czeka nas inwestycja. Wszystko zależy od tego, kiedy i gdzie będziemy kończyć kurs na otwartych wodach. W sezonie wakacyjnym nawet polskie wody dają szansę na użycie płetw kaloszowych, ale jeśli są one odpowiednio długie i dają nam wystarczającą siłę napędową (jeżeli spodziewamy się zakończyć kurs w kwietniu, lub maju, w polskiej wodzie – czeka nas zakup butów nurkowych i pewnie też od razu płetw paskowych, które zakłada się na te buty).

Maska nie musi być z najwyższej półki, często ta kupiona do nurkowania z rurką będzie dobra na początek przygody. Grunt, żeby miała dobrej jakości kołnierz uszczelniający, który pasuje do naszej twarzy – dobrze się na niej uszczelnia i nie powoduje dyskomfortu przy dłuższym jej noszeniu. Idąc do sklepu sprawdzamy każdą maskę dociskając ją do twarzy, nie oddychamy nosem i sprawdzamy, czy sama – bez użycia paska – utrzyma się na twarzy gdy pochylimy się do przodu. Jakikolwiek dyskomfort, albo brak efektu zassania po kilku próbach ułożenia dyskwalifikuje daną maskę. Czy czarny sylikon, czy przeźroczysty – to już kwestia gustu po prostu (choć niektórzy użytkownicy masek z przeźroczystym silikonem narzekają, że po pewnym czasie silikon żółknie i nie wygląda estetycznie). Jedni wolą takie, drudzy – siakie, praktycznego znaczenia nie ma. Zwracajmy uwagę na pole widzenia, jakie zapewnia nam maska. Jeżeli nie potrzebujemy maski z korekcją optyczną (takie rozwiązania ma Tusa i Aqualung – gotowe szkła korekcyjne, wychodzi taniej niż u optyka), przetestujmy maski jednoszybowe – wg mnie lepszy zakres widzenia. Kolor silikonu w kilku sytuacjach może mieć znaczenie. W krystalicznych wodach słońce może nam utrudniać obserwację środowiska jeżeli mamy maskę z przeźroczystym silikonem, przez który przebijają się promienie słońca i odbijają się nam od wewnętrznej strony szyby. Z czarnym, albo nieprzeźroczystym silikonem nie będziemy mieli tego problemu. Z kolei w mrocznych wodach komfort nurkowania poprawi nam „doświetlona” maska z przeźroczystym silikonem. Każdy promień słońca w takich warunkach jest na wagę złota. Niezależnie od wyboru maski – szyba obowiązkowo hartowana (tempered glass). Zacznij od czegoś niezbyt drogiego, wypróbuj, naucz się nurkować, z czasem sam dojdziesz do tego by uznać, że tego typu maska to jest to, czy jednak trzeba poszukać czegoś innego.

Rura, niby nic niezwykłego, żaden tam specjalistyczny sprzęt. A jednak mnogość wersji, rozwiązań, patentów po prostu boli w oczy. Czyste szaleństwo. Dla nurka jest to jednak sprzęt dodatkowy, używany dość rzadko. Nie ma co kombinować, nawet najprostsza da radę. Można tylko zwrócić czy wygodnie reguluje się wysokość montażu rurki do paska maski i jej ułożenie. Niektóre rurki montuje się tak niewygodnie, że po kilku użyciach wywalicie je do kosza. Dobrze jest więc kupować się od razu przy okazji kupowania maski i dobrać je wspólnie, albo przyjść z własną maską i przetestować montaż. Można pomyśleć o rurce, która ma dwa dodatkowe patenty. Są to fajne ułatwienia i w niektórych sytuacjach mogą znacznie podnieść komfort użytkowania – specjalna osłonka przed zalewaniem falami i zestaw membran ułatwiający przedmuchanie rury, kiedy dostanie się do niej woda. Pierwszy element to taka nakładka na końcówkę rury, której specjalne ukształtowanie ma zmniejszyć możliwość przypadkowego zalania wodą. Końcówką powinno dać się obracać, czasem może to się przydać, jeżeli mamy określony kierunek wiatru, pływu fal – ustawiamy sobie wtedy końcówkę w odpowiednią stronę i już. Drugi patent widać od razu – tuż przy ustniku. Podkreślam jednak, że to bajery. Nie są obowiązkowe. Można też zwrócić uwagę, czy fajka ma elastyczny przegub lub cała jest elastyczna – jedni tak nie lubią pływać z fajkami, że chowają je do kieszeni. Z fajką się jednak nie rozstajemy – nie uczmy się złych wzorców. Są sytuacje, gdy fajka się przyda, albo wręcz zapewni nam bezpieczeństwo. Nie rezygnujmy więc z fajek. W najgorszym wypadku miejmy ją w kieszeni skafandra, kamizelki czy skrzydła. Wtedy dobrze mieć taką elastyczną. Zaletą elastycznego przegubu jest też to, że jak nie używamy fajki to nie włazi nam ona tak łatwo w twarz jak to lubi się dziać w przypadku sztywnej konstrukcji. Zwróćcie też uwagę na klips mocujący fajkę do maski. Niekiedy to małe ustrojstwo potrafi nam napsuć krwi, jak jest mało ustawne i sztywne. Fajny patent ma m.in. Tusa z klipsem ruchomym.

Chcemy na start kupić sobie płetwy paskowe i buty? No dobra, to do roboty. Nie jest to żadna wyższa szkoła jazdy. Zaczynamy poszukiwania od butów. Jeżeli na start planujemy odwiedzać polskie wody – wybieramy grubsze buty (6-7 mm). Jeżeli planujemy nurkować tylko w gorące miesiące, lub tylko w ciepłych wodach – buty mogą być cieńsze. Przy czym z powodzeniem wykorzystamy grubsze buty w ciepłych wodach – odwrotnie raczej się nie da. Jak ktoś ma marznące kończyny (jak ja), niech bierze te grubsze. Podeszwa powinna być dość sztywna i z jakimś „traktorem”. W końcu to but, w którym zdarzy nam się nieraz przejść po różnych nawierzchniach. Łażenie z brzegu do głębszej wody, przed założeniem płetw to chleb powszedni nurka, a różne rzeczy leżą na dnie. Potem jeszcze zwracamy uwagę, jak łatwo zakłada się buty, czy mają zamek, czy nie.

Brać z suwakiem, czy bez? Przede wszystkim, obecnie na rynku ciężko jest trafić na buty bez suwaka. Jak ja zaczynałem przygodę, wybór był dość bogaty. Czy szukać tych bez suwaka? Są różne opinie i szkoły. Czy suwak, czy bez , ciężko jest wysuszyć buty. Jak się go dobrze nie otworzy, nie wywinie i nie wysuszy to się robi tragedia. Niewysuszony but po kilku dniach zaczyna śmierdzić. Suwak w tym nie pomoże, ale suwak ułatwi jedną rzecz. Ściąganie butów po nurkowaniu – tych bez suwaka – to po prostu mordęga. Jak jeszcze pogoda nie dopisuje, a my zziębnięci próbujemy wyrwać skostniałą nogę z podłego buta. Oj, oj, nie było to fajne. Przyszedł więc odpowiedni czas i moje stare buty bez suwaka poszły na półkę, a kupiłem sobie całkiem porządne buty firmy Waterproof 6,5mm pianki z suwaczkiem. Wada niby taka, że zamek nie trzyma ciepła, że przez zamek szybciej noga się wychłodzi. Aż tak drastycznej różnicy nie ma, a jednak wątek z mocowaniem się z butami to spora niewygoda. Zalicz kilka nurkowań w polskich wodach przy słabszej aurze pogodowej, kilka dni deszczu i wtedy powalcz z butami. No i na koniec wybór płetw. Sprawdzamy je z wybranymi butami, sprawdzamy, czy nigdzie nas nie piją po założeniu i dociągnięciu pasków (mocno się je ściąga, nie ma tu miejsca na delikatność, zgubienie płetwy pod wodą nie jest trudne, a wierz mi, nie chcesz tego zaliczyć – znam to z autopsji). Długość i kształt to już inna sprawa i tutaj też można dostać zawrotu głowy od ilości opcji. Tutaj przydaje się jednak doświadczenie z basenu i podpowiedź instruktora. Jeżeli idzie nam dobrze na basenie z krótką płetwą, instruktor stwierdza, że nieźle pracujemy swoimi kopytkami, wybierzemy pewnie płetwy ciut krótsze i twardsze (dają lepszego kopa, ale nie wspomagają sterowności). Jeżeli instruktor uważa, że nasze wiosłowanie nóżkami wychodzi nam średnio, lub wręcz tragicznie – warto pomyśleć o płetwach z dłuższym i miękkim piórem. Jeżeli pociąga nas też wizja nurkowania bez sprzętu, na bezdechu – wtedy zdecydowanie wybieramy płetwy z miękkim, długim piórem. W przyszłości zapewne wymienisz swoje pierwsze płetwy na coś konkretniej dobranego pod styl nurkowania, który będziesz uprawiać. Inne wybierzesz, jeżeli będziesz nurkować w suchym skafandrze, inne będziesz zabierać na zajęcia basenowe i na wyjazdy do Egiptu. Zapewne w tych paskowych, jeżeli nie kupisz od razu ze sprężynami – sam je sobie dokupisz po jakimś czasie. Sprężyny zamiast pasków to bardzo fajne rozwiązanie bardzo poważnie ułatwiające zakładanie i zdejmowanie płetw. Wydatek rzędu stu złotych, a Ty zamiast mordować się z płetwą przy wchodzeniu na nura i przy wychodzeniu, robisz ciach, ciach i już płetwa założona/ zdjęta.

Mamy to wszystko? Lecimy na basen na pierwsze zajęcia – nie zapominamy o klapkach, czepkach i odpowiednim stroju kąpielowym (ach, te cudowne regulacje na polskich pływalniach, faceci w luźnych szortach są persona non grata, bez czepka wejdą tylko łysi, no a klapki, żeby zminimalizować kontakt z podłogą). No i ręcznik!

A o czym jeszcze nie pomyślałaś, nie pomyślałeś, a powinnaś, powinieneś? Jest sporo rzeczy nienurkowych, które mogą się bardzo przydać, lub będą wręcz niezbędne przy planowaniu wycieczek na basen lub na wody otwarte. Nieważne, czy będziesz nurkować na swoim sprzęcie, czy na pożyczonym, będzie zdarzać się, że będziesz wozić ten sprzęt ze sobą. Warto zaopatrzyć się w odpowiednie torby lub pojemniki, które będzie łatwo nosić, które będą wodoszczelne (suszenie wnętrza samochodu jest nam zupełnie niepotrzebne). Tanim i dobrym pomysłem są torby z Ikei (ale nie zapewniają stuprocentowej szczelności) i wanienki do mieszania zapraw murarskich – do dostania w każdym solidniejszym sklepie budowlanym. Kosztują śmieszne pieniądze, a świetnie nadają się do transportu mokrych sprzętów w samochodzie. Są też droższe skrzynki narzędziowe (np. Stanley) – tutaj oprócz wodoszczelności, dostajemy kółka i uchwyty do transportu na kółkach. Warto o tym pomyśleć planując wyjazd ze sprzętem. Nie zapominajmy też o tym, że mokre pianki, rękawice, kamizelki i buty jakoś trzeba suszyć – zaopatrujmy się więc w mocniejsze, plastikowe wieszaki i zabierajmy je ze sobą. Tylko nie wydawajcie na nie kosmicznych pieniędzy (są takie wieszaki „nurkowe”, a wszystko, co zawiera określenie „nurkowe”, lubi kosztować dwa razy więcej niż to samo bez członu „nurkowe”) – wieszaki i tak lubią ginąć, łamać się, ktoś czasem je nam gwizdnie (czasem kompletnie niechcący). Dobrym pomysłem dla nurkujących w Polsce jest też mata, albo karimata, którą rozłożymy na ziemi, kiedy będziemy się przebierać. Na różnym podłożu i w różnych warunkach przyjdzie nam się przebierać, a kiepsko się zakłada mokrą, zapiaszczoną, albo zabłoconą piankę. Ważnym dodatkiem do naszego ubioru po nurkowaniu będzie odpowiednia czapka, którą osłonimy wychłodzoną głowę i uszy. Widok nurków w zimowych czapkach już od tej chwili nie powinien was w ogóle dziwić. To nie kwestia mody, jakiegoś braterstwa czapek, to kwestia zdrowia.