Zakrzówek = AOWD

Z Zakrzówka wróciłem pełen podejrzeń. Miałem wrażenie, że odbyło się coś tylko a-la kurs, coś po łepkach, coś nie do końca odpowiedniego do rangi, którą uzyskałem. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że zdobycie AOWD to wcale nie jest żaden egzamin czy test. To są po prostu nurkowania, podczas których wykonałem kilka ćwiczeń lepiej bądź gorzej, ale to tyle. Można by się spierać, czy tak się powinno odbywać podnoszenie kwalifikacji nurka.

Sprawa ma kilka aspektów. Fundamentalne jest to, czy różnica pomiędzy 18 metrami dozwolonymi dla OWD, a 30 metrami dostępnymi dla AOWD jest tak znaczna? Zdecydowanie jest, co podkreślane jest w trakcie zajęć. Na 30 metrach jest zdecydowanie chłodniej, ciemniej (zależy od miejsca, ale można przyjąć, że generalnie jaśniej to tam nie ma). Przede wszystkim trzeba pamiętać, że z tej głębokości wyskok na powierzchnię jest już poważnym wypadkiem, który może być bardzo niebezpieczny dla nurka. Różnica ciśnień robi swoje. Czyli kontrolowanie pływalności i panowanie nad sprzętem, a także nad sobą samym to podstawa. Tu nie ma pola na podstawowe błędy. To jest jasne dla wszystkich. No to dla mnie największa zagadka, czemu do AOWD są dopuszczani ludzie świeżo po kursie OWD, bez żadnego bagażu, lub z minimalnym bagażem oddanych nurków rekreacyjnych, w czasie których mogli potrenować swoje umiejętności i po prostu się opływać? Praktycznie za jednym zamachem podnosili swoje kwalifikacje do poziomu AOWD, dzięki czemu kolejnego dnia mogli już samodzielnie (w parach) schodzić na 30 metrów. Usiadłem po powrocie i zacząłem studiować różne strony dotyczące szkolenia w systemie PADI i potwierdziłem swoje przypuszczenia. Nigdzie nikt nie broni przystąpić do kursu AOWD świeżo upieczonym kursantom OWD. Ba, nawet się zachęca by przystąpić do kolejnego stopnia niezwłocznie, żeby poczuć pełną moc wrażeń związaną z podniesieniem swoich umiejętności. Zapewne ktoś zechce podyskutować ze mną na ten temat, ale mi się ten pomysł nie podoba. Ja bym wolał jednak by AOWD było jednak kursem. Kursem, który potwierdzi umiejętności uczestników i dopiero na koniec, pozwoli im zejść na 30 metrów i potwierdzi, że nadają się do tego by siedzieć na takiej głębokości. Z czystym sumieniem można byłoby wielu osobom powiedzieć „nie, stary, ty jeszcze poczekasz na to, by zdobyć AOWD. Popływaj, ogarnij się ze sprzętem, naucz się nie walczyć z nim, popracuj nad pływalnością, oducz się machać łapkami cały czas. Wtedy wróć, podejdziemy raz jeszcze do tematu.” Przy czym wcale nie domagam się by AOWD wymagało zalogowania wcześniej jakiejś konkretnej liczby nurkowań. To się przyda na pewno, ale nie jest warunkiem koniecznym. Grunt, żeby pierwsze nurkowania na kursie AOWD były sprawdzeniem umiejętności kursantów i potwierdzeniem, że mogą iść głębiej, dalej, w trudniejsze.

Podręcznik PADI mówi, że AOWD to nurkowania z przygodą. Oddałem więc pięć nurkowań z przygodą: powtórzenie kontroli pływalności, nawigacyjne, nocne, głębokie i wrakowe. I uzyskałem tym samym kolejny stopień. A ja tyle lat zwlekałem, mając wrażenie, że to na serio poważne wyzwanie. Odnosiłem wrażenie, że to już nie przelewki. Traktowałem to jeszcze poważniej niż w ogóle przystąpienie do kursu nurkowania. Chyba nikt tak długo nie siedział na poziomie OWD jak ja. Dziewięć lat minęło od kursu OWD, zdołałem zrobić w tym czasie dwadzieścia sześć nurkowań. Na początku nurkowałem dosłownie raz do roku, potem się mogłem trochę rozpędzić i poczułem mocny wiatr w żagle. Wszyscy moi współkursanci byli zwykle świeżo po kursie OWD, cztery – osiem nurkowań zalogowanych. Niektórzy z pływalnością mieli poważne problemy, to ich ciągnęło w dół, to wystrzeliwało na powierzchnię, niektórzy machali łapkami pod wodą jakby próbowali fruwać. A instruktor spokojnie wyznaczał kolejne zadania i cele. Zejść pod wodę, nawigować po kwadracie. Raz wyszło „S”, drugi raz jego odwrotność, ale jakoś szło. Nikt nie kazał wszystkiego po pięć razy powtarzać. Głównie dostawaliśmy brawa. Wróciłem do domu, studiowałem materiały i różne strony. Dowiedziałem się, jak już o tym pisałem, że to tak naprawdę tylko pięć nurkowań z przygodą. Podchodząc do AOWD jestem już nurkiem z uprawnieniami, teraz je tylko potwierdzam, nikt nie wisi nade mną i w razie czego wyciąga z wody, albo przejmuje za mnie kontrolę nad sprzętem. Zrobię kilka ćwiczeń i już frunie koperta do centrali PADI ze zgłoszeniem, że należy mi się certyfikat AOWD. No fajnie, ale jakieś wrażenie pozostaje, że to nie do końca tak powinno być. Ja rzeczywiście już nieźle radzę sobie pod wodą, nie próbuję walczyć z wodą jako żywiołem, nie zużywam tony energii i powietrza by ułożyć się odpowiednio, albo wykonać prosty manewr. Niemniej jednak zdarza mi się jeszcze trzepnąć o dno. Na trzydziestu metrach trzeba lekko osiąść by zrobić kilka ćwiczeń sprawdzających, czy azot nie zaczyna nam mącić w głowach. Na Zakrzówku ciężko jest znaleźć takie miejsce by dało się wygodnie usiąść na dnie. A tam zalega masa syfu, który za jednym dotknięciem unosi się i powoduje spadek widoczności do kilku centymetrów. Jak usiedliśmy na dnie, nie widziałem dalej jak na dziesięć centymetrów. Kula światła dostarczana przez potężną lampę instruktora znikała mi z pola widzenia pomimo, że była ode mnie oddalona z dwadzieścia centymetrów. Musiałem się trzymać pozostałej dwójki by się nie zgubić. Mam wrażenie, że to nurkowanie niczego mnie nie nauczyło, oprócz tego, że utwierdziło mnie w przekonaniu, że regularne nurkowanie w Polsce wymaga suchego skafandra. Chyba to jest główny cel tego nurkowania. Chłód na tej głębokości właził każdym szwem pianki, choć to solidna 7mm pianka z ocieplaczem, więc na korpusiku mam prawie 14mm warstwy ochronnej. Wylazłem z wody z mocnym postanowieniem, że trzeba przesegregować listę zakupów i suchy skafander przesunąć na wyższą pozycję.

Co my tam jeszcze mieliśmy ciekawego? Nurkowanie nocne, nurkowanie „wrakowe” (na Zakrzówku wrakiem okazał się być stary dobry Ikarus pewnie z lokalnej Komunikacji Miejskiej, ale mieli tam jeszcze taki fajny samolot – sam korpus, ale fajnie wyglądał). Z tych trzech: głębokie, nocne i wrakowe – dla mnie najfajniejszy nurek to nocny. Może to zasługa Zakrzówka, ale strasznie mi się podobało zwiedzanie ścianki w nocy. To prawda co mówią o nocnych, człowiek skupia wzrok na tym, co pokazuje światło latarki, nie biegają mu oczy dookoła głowy. Wyłapujemy łatwiej drobne szczegóły, latarka wszystko ukazuje w innym kształcie, nadaje całości niesamowite  kształty, wzory. Jest tajemniczo do kwadratu, a przecież ja to właśnie lubię w nurkowaniu. Dlatego tak lubię nurkować w polskich wodach. Do tego te ryby, które idą właśnie spać. Niektóre są już tak śpiące, że można je schwycić delikatnie i przemieścić. W nocy wychodzą na żer inne ryby, których za dnia nie spotkacie w otwartej toni.  Potem nurkowanie wrakowe ? zadanie polega na wykonaniu rysunków wraku z różnych stron. Opadliśmy więc na ikarusa z różnych stron, zjeżdżając doń na poręczówce. Próbowaliśmy nie dygotać z zimna i w miarę sprawnie orysować zadany odcinek, modląc się tylko, by szybko dano sygnał do płynięcia dalej, płycej, do cieplejszej wody. Suchy skafander po raz drugi się przypomina – kup mnie! Nurkowanie głębokie już opisałem, nie było ekscytujące. Człowiek nie ma czasu się zastanawiać, że ma nad sobą trzydzieści metrów wody. Dygoce z zimna, siada na dnie, wzbudza osad, zmienia więc pozycję, tym razem wznieca trochę mniej osadu. Wykonuje zadanie matematyczne, żeby sprawdzić, jak mu idzie myślenie w tych warunkach. Ja bym jeszcze chętnie sprawdził, jak to zadanie wykonuje się w ciepłym sucharze. Efektów narkozy azotowej nie poczułem ani ja, ani drugi kursant. Z radością wypłynęliśmy. Pozostało jedynie mgliste wspomnienie magicznego podwodnego lasu, przez który się przepływa do jednej z najgłębszych dziur na Zakrzówku.

Tym chaotycznym sposobem opisuję wam wrażenia z tego wypadu. Długo zbierałem się do dokończenia tekstu, bo wciąż nie wiedziałem jak opisać moje wrażenia. Z jednej strony ogromnie się cieszę, że zdobyłem kolejny stopień i dalej mam mocne postanowienie zdobywania kolejnych stopni, łącznie ze ścieżką profesjonalną ? instruktorską. Z drugiej strony uważam, że jeszcze sporo PADI może zdziałać w temacie metody uzyskiwania certyfikatu AOWD.  Ja osobiście nie czuję się usatysfakcjonowany sposobem uzyskania tego poziomu uprawnień. Chyba w kilku wschodnich krajach odbywają się egzaminy na prawo jazdy w taki sposób, że człowiek wsiada do auta i ma przejechać kilkadziesiąt metrów prostej i pustej drogi. I to tyle. W ten sposób decyduje się o bezpieczeństwie uczestników ruchu drogowego. To porównanie świetnie tu pasuje, właśnie w ten sposób zdobyłem uprawnienie do schodzenia na 30 metrów, że przepłynąłem się kawałek tu i tam. To nie był żaden wyczyn, żadne sprawdzenie się. Może o to chodzi włodarzom PADI? To uczucie niedosytu okropnie pobudza do kolejnych kroków i zdobywania kolejnych stopni. Na przyszły rok plan jest więc taki, że robię co najmniej Rescue Diver, a może i zacznę podchody pod Divemastera. Divemaster już wymaga odpowiedniego pakietu doświadczenia.