Hańcza

Mam wrażenie, że to ulubione miejsce mojego Guru, Rudiego Stankiewicza. Taki dyżurny akwen – baza. Jak nie ma się pomysłu co zrobić to zawsze można pojechać nad Hańczę. A jak jest jakiś pomysł, to może jednak nad Hańczę? Nie, w sumie po co, jak można pojechać nad Hańczę. Widać tą fascynację za każdym razem jak tam jedziemy. I nie dziwi mnie ona ani trochę. Nad Hańczę dotąd jeździłem z papierem OWD i raczej szczęścia do dobrych nurków nie miałem. A to niespecjalnie było co widać na tych kilkunastu metrach, na które schodzili ludzie mający mnie pod opieką (a ja wystawiałem ich cierpliwość na poważną próbę, oj poważną), a to ja miałem jakieś problemy, z przedmuchaniem, ze sprzętem (jeden przypadek był kompletnie niefajny, bo okazało się, że dostałem „jacket” uszkodzony przy połączeniu inflatora z kamizelką – ktoś albo na tym usiadł, albo za mocno dokręcił). Nie zraziło mnie to jednak do Hańczy, teraz z papierem AOWD mam zamiar poznać jej właściwe zakamarki, które tak ładnie opisuje m.in. Rudi na swojej stronie. Te krótkie i pobieżne wizyty każą mi wierzyć, że owe malownicze iłowe ścianki są rzeczywiście magnetyzujące. Dodatkowo, widziałem wspaniałe zdjęcia z nieznanej mi strony – zachodniego brzegu, gdzie bogactwo fauny i flory urzeka równie mocno jak to z jeziora Narty. Jezioro może pochwalić się niezwykłą czystością i świetną widocznością. Od wschodniej strony dojazd do jeziora jest poprowadzony jak po sznurku, nie sposób się zgubić. W Bachanowie kierujemy się na Błaskowiznę, potem polna droga skręca nad samym brzegiem jeziora, mijamy ostatnie zabudowania, polna droga się rozwidla. Są dwie drogi pod górę i jedna idzie w prawo po płaskim wprost do gospodarstwa. My wspinamy się pod górę – dwie dróżki zaraz się łączą. Auto ma tu trudny odcinek do pokonania. W zimę pewnie tylko terenowym autem z łańcuchami można próbować. Stromy podjazd wyprowadza nas na pastwisko, tu już są tylko drogi na parkingi dla nurków. Są trzy parkingi, a raczej dwa, tylko, że pierwszy, wyższy, jest podzielony na dwa mniejsze, a drugi jest schowany w lasku, na wysokości tafli wody. Ja nurkowałem głównie z drugiego parkingu. Z trzeciego tylko raz. Z drugiego są trudne strome zejścia do wody. Dźwiganie sprzętu, albo schodzenie w pełnym ekwipunku w tych warunkach jest dość karkołomne. Jednak to właśnie stąd najłatwiej dostać się do osławionych dwóch ścianek. Z trzeciego parkingu dostępna jest największa ścianka. Właściciel łąki robi świetny interes na nurkach, pobierając 5zł od każdego pojazdu, który stanie tu choćby na chwilę (ciężko się wyłgać), a w zamian oferuje kilka zbitych naprędce barierek do suszenia pianek i dosłownie kilka chybotliwych ławek do skręcania sprzętu. Trzeci parking, o ile dobrze pamiętam, wyposażony jest w wygódkę – jedną na całą okolicę. Mam wrażenie, że większość utargu idzie na inne „potrzeby” właściciela, ale może zbyt pochopnie osądzam go po jego wyglądzie. Grunt, że ustawił się chłopina świetnie, robiąc niezły utarg na nurkach (5 zł to niby nic, ale w kwietniu i maju sporo aut widywałem, ciekawe, co tu się dzieje w wakacje). Strzelam, że pastwiska wynajmuje sąsiadom do wypasu zwierzątek i sam nie musi robić kompletnie nic by żyć w miarę przyzwoicie. Mógłby zainwestować w lepszą infrastrukturę, a jakby był bardzo ambitny, to jeszcze by jakąś gastronomię skołował, pewnie szybko zwróciłaby mu się też inwestycja w punkt nabijania butli. Od tych kilku lat (mam mocne podejrzenia, że ten stan trwa od kilkunastu lat, ale nie mam pewności) jednak nad jeziorem nic się nie zmienia, a raczej niszczeje to, co postawione było już dawno temu. Koniec jednak narzekania na właściciela łąki, bo nie dla niego tam jedziemy. Jedziemy ponurkować i chyba każdy nurek, który lubi nurkować w polskich wodach, musi zaliczyć najgłębszy zbiornik Polski.

Dla mnie Hańcza jest o tyle ciekawa, że jest położona w malowniczym Suwalskim Parku Krajobrazowym. Nawet jak się nie nurkuje, jest tu masa atrakcji do zaliczenia. Każdy rowerzysta natychmiast odkryje, że ten region Suwalszczyzny jest po prostu wymarzonym miejscem do rowerowych wycieczek (raczej dla ambitnych rowerzystów lubiącym intensywny wysiłek, bo morenowe ukształtowanie terenu wymusza ciągłe zjazdy i wspinaczki pod strome pagórki). A jak się nie ma roweru, to idzie się na spacer w każdą stronę. Tyle wycieczek tam zrobiłem sam, albo z żoną, a wciąż mi mało. Tam jest tak pięknie, że czasem bez żalu człowiek rezygnuje z nurka tylko po to by przeleźć się po okolicy. Polecam gorąco rezerwat „Głazowisko”, obok wsi Rutka, jako początek dla kilku fajnych wycieczek. Na przeciwko niego spałem w gospodarstwie agroturystycznym Adama Kułakowskiego (gorąco polecam, choćby dlatego, że Adam zajmuje się wyrobem genialnych serów). Niby gospodarstwo położone jest daleko od Hańczy, ale nigdy nam to nie przeszkadzało – jazda samochodem zajmuje około 10 minut. Nad samą Hańczą też można zrobić kilka pięknych spacerów. To jest jeden z najbardziej malowniczych regionów w Polsce. Wiem o czym mówię, bo nurkiem doświadczonym może nie jestem, ale aktywnym podróżnikiem – owszem. Jeżdżę po Polsce dużo i niewiele mam już do zobaczenia. Warto zwrócić uwagę, że ten region Polski nazywany jest biegunem zimna. Zwykle bywa tu chłodniej niż w innych regionach, wiosna startuje później (docieracie tam przez kwitnące, zielone regiony kraju, a na miejscu zastajecie jeszcze śpiącą przyrodę), ale jest tu po prostu pięknie. Wielu też chwali regionalną kuchnię (słynne Kartacze). Ja fanem kuchni opartej na ziemniakach nie jestem, więc polecać nie będę.

Hańcza  to taki punkt pielgrzymek nurków. Każdy nurek, który zakosztował nurkowania w kraju, musi przynajmniej raz zanurkować na Hańczy. Jak już tu dotrze, ciężko mu będzie nie zakochać się w tych okolicach i nie poczuć okrutnej potrzeby powtórzenia wizyty, co stwierdzam na podstawie własnego przykładu. W tym roku sezon nurkowy po raz kolejny zainauguruję na Hańczy. Do zobaczenia na miejscu!

Parking górny nr 2 w maju. Foto – A.P. CieślakParking nr 2 w maju

Wejście do wody z górnego parkingu nr 2. Sporo tu śliskich kamieni, trzeba bardzo uważać by się nie wykopyrtnąć. Foto – A.P. CieślakWejście do wody z parkingu nr 2

Jezioro Świętajno (Narty) k. Szczytna

Gdzieś ktoś napisał, że od Warszawy najbliższym nurkowiskiem jest jezioro Białe k. Włodawy. No to chyba nie słyszał o jeziorze Świętajno (Narty) koło Szczytna. A jak nie słyszał to tam nie nurkował, a jak nie nurkował to jest osioł. Jest to moim zdaniem najfajniejszy polski zbiornik. Wiem, że mam skromny dorobek i pewnie jeszcze zmienię zdanie co do tego najlepszego. Mimo wszystko Narty pozostaną w mojej pamięci na zawsze i zawsze będę miał duży sentyment do tego miejsca. I będę go gorąco polecać innym. Ustalmy więc fakty – do Białego guglowa mapa pokazuje 231km z Warszawy. Do Nart mamy jedynie 190km według Wujka Gugla. No dobra, ale o co chodzi z tą nazwą Świętajno – Narty? Rzecz prosta. Polską tradycją jest pożyczać nazwy geograficzne. Dzięki temu mamy w Polsce ileś tam Nowych Wsi, nazwy jezior lubią się powtarzać, a jeszcze się okazuje, że nazwa oficjalna w ogóle nie jest używana, zwłaszcza przez „lokalsów”. Tak jest ze Świętajnem. Zapytajcie w okolicznych wioskach o drogę nad Świętajno, a ludzie pokierują was nad jezioro za Szczytnem. Z powodu bliskiej obecności drugiego Świętajna mieszkańcy okolic nazywają ich jezioro Narty. W to mi graj, bo fajnie jest rzucić komuś nieznającemu temat krótkie „jadę na Narty zanurkować”. Niejeden zrobi głupią minę.

Na Nartach (no przyznajcie, że brzmi to pysznie) przyszło mi kończyć kurs, potem głównie jeździłem nad Hańczę. Po długiej przerwie wróciłem nad to jezioro i długo nie mogłem zrozumieć, czemu kompletnie nie zapamiętałem walorów widokowych z tego zbiornika. Narty nie tylko oszałamiają widocznością jak na polskie warunki jeziorowe, ale przede wszystkim urokliwą podwodną szatą roślinną. Człowiek czuje się jakby pływał w akwarium. Jak ja mogłem tego nie pamiętać? Chyba to jednak nie wina cholesterolu, ale tego, że to był kurs OWD i ja niespecjalnie miałem czas podziwiać okoliczności przyrody. Skupiony byłem na ćwiczeniach i na walce ze sprzętem, z którym sobie wtedy słabo radziłem. Teraz odkrywałem to jezioro na nowo i byłem nim po prostu zachwycony. Jezioro poznałem od zachodniej strony, gdzie występują te malownicze łąki, przy czym zalogowane głębokości to zwykle 3-5 metrów i mówię wam, że głębiej schodzić nie ma sensu. Oczywiście można, ale tylko po to by odkryć, że nie ma tam praktycznie nic ciekawego. Wszystko co najfajniejsze jest bliżej brzegu i na głębokościach do 5 metrów. Bazę mieliśmy w położonym wyżej, lokalnym gospodarstwie agroturystycznym, które nie reklamuje się w Internecie i nastawione jest na przyjmowanie sprawdzonych gości. Miejsce urokliwe, ciche i spokojne, z którego krótkim spacerkiem dochodzi się do miejsca wodowania. Nurkować można spokojnie z plaż od zachodniej strony, obszerny dostęp do wody. Dużo dobrego opowiada się też o wschodniej stronie (dostęp z plaż przy ośrodkach wypoczynkowych, w lato płatnych, ale podobno warto) – głębokości rzędu 15 – 18 metrów. W najgłębszym punkcie jezioro ma 30 metrów. Mnie tam jeszcze nie było. Zobaczę, czy warto. Na pewno w najbliższym czasie marzę o nurkowaniu nocnym od zachodniej strony. Przygotowując opis posiłkowałem się artykułem mojego „Guru”, Rudiego Stankiewicza z Bestdivers.pl. Polecam lekturę jego opisu:

Jezioro Świętajno (Narty) – R. Stankiewicz

Narty „z zewnątrz”, foto – J. Cieślak

Jezioro Narty 2012

Zakrzówek

Tytułem przypomnienia o sobie, w ramach udowodnienia, że nie zdechłem, ani się nie znudziłem blogowaniem, postanowiłem skrobnąć kilka słów na temat Zakrzówka. W planach mam by na Nurkologa wrzucić dużą ilość opisów polskich zbiorników „nurkowalnych”. Zacznę od tych, które ja znam, potem chciałbym pozbierać najciekawsze opisy innych zbiorników, które mam nadzieję sam odwiedzić. A po wizycie postaram się szybko dać swój opis danego nurkowiska. Zaczniemy od Zakrzówka.

Zazdroszczę Krakałerom takiego zbiornika pod nosem. Zakrzówek dostali po prostu w prezencie i umieli ten prezent wykorzystać w sposób znakomity. Zazdraszam im tego okrutnie. Stołeczni nurkowie są na kompletnie straconej pozycji. Gdzieś czytałem o jakimś sztucznym zbiorniku, jakichś zalanych silosach, ale podobno temat umarł, bo było za mało zainteresowanych. Są też różne glinianki eksplorowane przez ambitną Grupę Eksplorującą Podwarszawskie Nurkowiska. Kibicuję chłopakom, ale jak dotąd brak spektakularnych sukcesów. Głównie jakieś błotka z minimalną widocznością i wielkością kilku wanien. Jest jakaś tajemnicza zalana elektrownia, ale warunki też tam raczej dla doświadczonych i odważnych nurków. A nasi drodzy podwawelscy bracia mają akwen pełną gębą i to niemal w samym centrum miasta. Nic tylko wrzucić sprzęt do autobusu miejskiej komunikacji i prosto z jego drzwi wskoczyć do wody. Zaraz po pracy zrelaksować się szybkim nurem, wyciągnąć tylko butlę, sprzęt i hop do wody. Czegoś brakuje, albo trzeba dobić butlę? Nie ma problemu, lokalna baza jest „wszystko mająca”. Sprężanie w try miga, sprzętu nie brakuje. Do tego porządne wiaty dla grup nurkowych, parking. Na paskudne tojtojki i smutnego pana od gastronomii (co najgorsze, ustawionego świetnie, bo nie ma tam żadnej konkurencji dla jego średniutkich i wyśrubowanych cenowo usług) spuśćmy zasłonę niepamięci. Te detale nie psują obrazu całości czyli okoliczności przyrody. Nie dość, że Krakusy mają swój pełnowartościowy, głęboki akwen, to jeszcze tak malowniczy, że szczęka opada. Zakrzówek poznałem we wrześniu, więc już paleta barw jesienna – to powinien opisać poeta. Piękne skałki tworzą pionową ścianę strzelającą wysoko w górę ponad taflę wody. A na jej szczycie las. Wszystko tak schowane w niecce, że miasta ani widać, ani słychać. Zupełnie jakby człowiek został teleportowany gdzieś w kompletną głuszę. Kolejny powód do zazdrości. Urzeczony tymi widokami uzbraja się człowiek w sprzęt, zarzuca butlę i wskakuje do wody. A raczej maszeruje, bo na nurkowanie można wmaszerować dwoma wygodnymi, łagodnie opadającymi ścieżkami. A dokładniej drogami. Warto poczytać o Zakrzówku w Internecie. Ja tylko wspomnę, że jest to zalany kamieniołom, więc pod wodą dość szybko zauważamy pierwsze ślady działalności ludzkiej ręki przy kształtowaniu ścian zbiornika. Przejrzystość wody potrafi zaskoczyć tych, którzy lubią tylko ciepłe morza. Potwierdzam to, bo na Zakrzówek udałem się niemal prosto z włoskich nurkowisk. Porównanie miałem idealne i Zakrzówek nie ma się czego wstydzić. Oczywiście, nurkowie potrafią zabełtać wodą, a akwen należy do bardzo popularnych, zatem na pewno jest wiele dni, kiedy przejrzystość nie oszałamia. Jest to jednak głównie zasługa machających płetwami. Tam chyba nie ma dnia wolnego od obecności nurków, a tym bardziej takiego, żeby nie trwał tam jakiś kurs. W weekend, w który ja tam zdobywałem stopień AOWD, wokoło toczyło się kilkanaście kursów. Wszystkie wiaty zajęte były przez różne grupy nurkowe, kilka kursów OWD, co najmniej trzy kursy Rescue, ciekawe ile jeszcze innych nie zauważyłem. A ilu wtedy nurkowało tylko rekreacyjnie? Trudno powiedzieć. Parking był zapełniony samochodami, nie było pustego miejsca. Nie myślcie tylko sobie, że wpłynęło to na komfort nurkowania. Można podejrzewać, że woda Zakrzówka powinna przypominać wodę gazowaną zaraz po otwarciu butelki, albo jacuzzi większych rozmiarów. Nic podobnego, Zakrzówek jest na tyle duży, że grupy się rozpraszają. Do tego jest cała masa atrakcji dla kursantów – tory przeszkód dla trenujących pływalność, lustra, platformy do ćwiczeń. Do tego jeszcze masa złomu zatopionego dla podniesienia atrakcyjności. Akurat moim skromnym zdaniem większość tych bajerów jest zupełnie zbędna. Akwen broni się sam w zupełności swoją naturalną urodą. Uważam, że niepotrzebnie usiłuje się go uatrakcyjniać. Jakieś radiowozy, nyski, komputery – po co to komu? Człowiek ma wrażenie, że zamienił się miejscami z rybami w akwarium i że go wsadzono do jakiejś sztucznej szklanej kostki z plastikowymi skrzyniami ze skarbami, statkiem piratów i przyklejonym zdjęciem roślinek wodnych. Jest tam jednak kilka wyjątków, które robią wrażenie. Stary Ikarus zatopiony na 18 metrach i korpus samolotu na 12 metrach. Bledną jednak w moich oczach wobec genialnych ścianek i „Bajkowego Lasu”. Dużą atrakcją są też ryby. Absolutnie przyzwyczajone do widoku nurków, nie czmychają tak szybko jak ich kuzynki z innych zbiorników. Radosny to widok, jak całe zgraje tych cwaniaków siedzą w cieniu platformy, człowiek zagląda tam do nich i ma wrażenie, jakby ich spojrzenia wyraźnie mówiły: „A pan do kogo? Czy był pan umówiony?”. Amatorzy głębokich zanurzeń znajdą miejsca rzędu 30 metrów. Widoki tam też bajkowe. Słyszałem dużo o zalegającym tam siarkowodorze, który pogarsza widoczność. No to nie w tym miejscu, w którym ja siedziałem, czyli na 27 metrach za Bajkowym Lasem. Tam ten bełt wziął i się schował a wizury nie można było krytykować, no do momentu aż nie trzepnęło się o dno i wtedy wiadomo co…

Uznaję więc Zakrzówek za bardzo fajne miejsce. To niesprawiedliwość dziejowa, że oni tam mają taki fajny zbiornik a my tu kompletnie nic. Jedynie nie zazdraszczam im tłumów, które pewnie dość regularnie muszą się tam tłoczyć w letnie dni. Ja tam chętnie jeszcze wpadnę, ale będę celował w mniej popularne daty.

Zakrzówek