Glinianki Zielonka

Krakusy mają swój Zakrzówek, Warszawiacy nie mają nic, a raczej dotąd wydawało mi się, że nie mamy tutaj kompletnie nic. Na Mazowszu głównie króluje piasek i sosna, jest płasko, płyną różne rzeki. Jednak albo mamy tutaj zbiorniki, do których bym nogi nie włożył, albo można zanurzyć się najwyżej po pas. No i proszę, jednak tragedii nie ma. Coś jednak się znajdzie. Dla chcącego nic trudnego. Ot choćby Glinianki w Zielonce. Przeczytałem o nich na forum i na Facebooku, przy okazji zaproszenia z Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska. Z początku myślałem – pewnie szału nie ma, da się zanurzyć, ale jak widać coś na pół metra to będzie dobrze. No i zapewne do oglądania są głównie puszki po kukurydzy i po piwie.

Pierwsza okazja do sprawdzenia tego akwenu pojawiła się przy okazji imprezy organizowanej przez G.E.P.N. – otwarcia sezonu nurkowego 2013. Mnie niestety dopadł okrutny katar i rzuciło mi się na gardło. Musiałem zrezygnować. Na szczęście odezwała się do mnie na forum Nuras.info AsiaTKD, która też nie mogła załapać się na tamtą imprezę. Zgadaliśmy się szybko, ustaliliśmy plan, ogłosiliśmy się na forum i Facebooku. Znalazło się kilku chętnych, umówiliśmy się na 11:00 nad wodą. Oczywiście wszyscy zaliczyli spóźnienie, ponieważ w tym samym czasie połowa Warszawy rozpoczynała długi weekend majowy i właśnie próbowała wyjechać wszystkimi możliwymi drogami za miasto. Swoje odstaliśmy w obowiązkowych korkach przy Marsa i na Żołnierskiej i szybko uciekliśmy w boczne uliczki by dotrzeć do Zielonki na ulicę Spacerową. Nieutwardzona droga prowadzi między domkami letniskowymi, docieramy do parkingu, z którego prosta ścieżka prowadzi nad wodę. Niecałe 100 metrów pozostaje do pokonania na piechotę. Bierzemy więc skrzynie ze sprzętem i maszerujemy nad wodę. Glinianka już z brzegu prezentuje bogactwo roślinności podwodnej a także zaskakującą przejrzystość. Słonko grzeje, pogoda przyjemna, choć w radiu trąbią o zbliżających się do nas chmurach burzowych. Trzeba więc ruszać do wody. Wejście jest dość strome i śliskie. W wodzie natychmiast kończy się grunt pod nogami. Ustalamy trasę spływu i znikamy pod wodą. Roślinności rzeczywiście jest tyle, że wciąż człowiek przedziera się przez chaszcze. Nie jest to jednak specjalnie trudne, za to w gęstwinie kryją się szczupaki, inne ryby, rybki, raki. Są zwalone drzewa, jest kilka łączek, które pozwalają osiągnąć dno (3 metry głównie, choć podobno są miejsca głębsze). Widoczność mniej więcej na cztery metry, temperatura wody koło dwunastu stopni, warunki więc bardzo przyjemne. Ja niestety nie natrafiam na raki, ryb też za dużo nie spotykam, ale jestem usatysfakcjonowany, bo udaje się obejrzeć dwa szczupaki, no i jestem miło zaskoczony czystością akwenu. Już wiem, że zawsze w ostateczności mam dyżurny zbiornik, w którym można się pomoczyć całkiem przyjemnie, do którego dojazd nie trwa kilku godzin. Głęboko nie jest, ale nie przeszkadza mi to wcale. Mam nadzieję, że zbiornik zyska jakąś popularność, może znajdą się chętni by zrobić jakieś ułatwienia dla nurków, wygodniejsze zejście, jakieś poręcze do suszenia ciuchów. Fajnie by było, ale teraz też jest fajnie. Ja mam rozpoczęcie sezonu za sobą, przy okazji przetestowałem kręcenie kamerą GoPro, szczęśliwy, że wreszcie będę miał jakieś pamiątki z wycieczek podwodnych. Zamierzam powtórzyć wizyty w Zielonce, zapraszam chętnych. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie przeszkadzać wędkarzom (a najlepiej jest dać znać o nurkowaniu lokalnym władzom kółka wędkarskiego), których stanowisk nie brakowało. Trochę się wędkarzom dziwię, bo miejsce wybrali sobie wybitnie trudne ze względu na bogactwo roślinności, choć rzeczywiście ryba tu pływa. Szczupaki raczej wymaganego wymiaru nie miały, ale kiedyś podrosną, prawda? 🙂

A na koniec film z nurkowania:

I kilka zdjęć:

Skręcanie sprzętu

DSC_0075

Aska, sprawczyni całego wydarzenia

DSC_0105

Doposażony i obwieszony gadżetami. Następnym razem biorę jeszcze telewizor i lodówkę z zimnym piwem

DSC_0109

Na pomost!

DSC_0079

Ptactwa wodnego pod dostatkiem było

DSC_0180

No to my się żegnamy

DSC_0128

Grupa w szyku

DSC_0121

Państwo na mnie czekają?

DSC_0117

Juhu!

DSC_0111

Krótko o nieudanej próbie ukulturalnienia się

Jak nie można nurkować (to znaczy można, ale trzeba mieć sprzęt odpowiadający tym warunkom, które widzimy na zewnątrz) to trzeba się jakoś inaczej dokarmiać wrażeniami nurkowymi i nurkopodobnymi. Ja sobie wymyśliłem, że to znakomita okazja by wyciągnąć rodzinę z domu i pójść pooglądać wystawę fotografii podwodnej Tomka Stachury pt. „Wraki Bałtyku” w budynku PTTK przy Senatorskiej w Warszawie. Napaliłem się niemożebnie, że nawet dobrze nie przestudiowałem informacji o tejże. Jest sobota, na zewnątrz plucha, chmury, paskudnie ogólnie, człowiekowi nosa się za drzwi nie chce wystawiać, zatem doskonały powód by się jednak zmusić – zapakować rodzinę do auta i przewieźć na starówkę. Zaliczyć wystawę, a potem się przeleźć kawałek po okolicy. Super plan po prostu. Trzy minuty przed wyjściem człowiek siada do internetu by sprawdzić jeszcze raz informacje o wystawie, zwłaszcza godziny otwarcia. I doczytuje… Wystawa do oglądania od poniedziałku do piątku… No szlag mnie trafił. To są wybitnie nie moje dni do zaliczania takich atrakcji miejskich. Jestem człowiekiem spod miasta, uciekłem tu z wielu powodów i tu jestem szczęśliwy. Nie znoszę każdej wyprawy do Warszawy, nie lubię, nie chcę, bronię się przed tym jak mogę. Bez powodu tam nie jeżdżę. Zwłaszcza w dni pracujące. Stanie w korkach nie jest moim ulubionym sportem. Nurkowanie, rowerowanie, bieganie na nartach – proszę bardzo. Stanie w korkach? Nie. Szukanie miejsc parkingowych w dni pracujące w okolicach starówki – kolejna dyscyplina, której uprawiać nie chcę. Parkować to ja se mogę pod domem na mojej posesji. Miejsce zawsze mam, odśnieżone, bo sam sobie odśnieżam. A na mieście albo wszystko zajęte, albo zawalone śniegiem. Podziękował. Zatem tym samym muszę przyznać z bólem, że wystawy już pewnie nie zaliczę. Chciałem złorzeczyć, obsmarować włodarzy PTTK za tak absurdalne ograniczenie czasowe dostępności wystawy, ale cóż – zapewne wielu miastowych odwiedziło wystawę i dojechanie tam autobusem, albo tramwajem nie było dla nich żadnym ekstremalnym wyczynem zajmującym półtorej godziny, więc nikomu, poza mną pewnie specjalnie to nie przeszkadza. No szkoda…