Nurek w Stolicy – Sprzątanie Glinianki Cietrzewia – G.E.P.N.

Na 10:00 w niedzielę 19 maja 2013 roku ustalono rozpoczęcie bardzo specjalnego wydarzenia. Dla nurków o tyle specjalne, że można było zalogować nurkowanie w środku Warszawy, wcale nie na jakimś basenie, tylko w normalnej otwartej wodzie. Specjalne dla mieszkańców dzielnicy Stare Włochy, że nagle załadowało im się do parku przy stawach zwanych Gliniankami jakieś kilkadziesiąt osób, duża część ze sprzętem do nurkowania, co stanowiło nie lada uatrakcyjnienie niedzielnego wypadu na trawkę. Specjalne dla samych Glinianek, że te dwadzieścia parę osób wykonało nurka w słusznym celu uprzątnięcia zalegających pod wodą śmieci. Wszyscy coś zyskują, nikt nic nie traci, wszyscy zadowoleni. Nawet Pan Stefan, lokalny specjalista do spraw odzyskiwania i utylizacji złomu. Nie było więc w tym nic dziwnego, że akcja zorganizowana przez znanego wśród stołecznych nurków animatora Kamila Jakuzę Jaczyńskiego dostała zielone światło od lokalnych władz, które jeszcze  dostarczyły kontener na odpady. Do imprezy dorzuciło się Lotto i paru innych sponsorów, zatem uczestnicy dostali różne fanty na pamiątkę. Na miejscu pojawił się Kurier Warszawski i obiecał dać relację w głównym niedzielnym wydaniu.

Sprzątanie Glinianki Cietrzewia to bardzo pożyteczna i radosna inicjatywa dla wszystkich zainteresowanych, jednak jej początki nie zwiastowały niczego dobrego. Najpierw impreza była przesuwana w czasie. Zawdzięczamy to okrutnie długiej zimie. Pierwotny termin – 7 kwietnia, upadł po wizji lokalnej pod koniec marca – lód na wodzie miał się dobrze. Potem przyszły kolejne złe wieści. Nastał kwiecień, a zima wcale nie odpuszczała, ja brykałem po lesie na nartach, a Glinianka dalej spała spokojnie pod grubą kołderką lodu. Kolejne terminy kwietniowe szybko upadały aż w końcu ustalono – 19 maja, wtedy lód już na pewno pójdzie precz. No i poszedł, wreszcie! Woda zdołała nabrać przyjemnej temperatury na powierzchni, wielu z nas zdążyło rozpocząć sezon nurkowy w różnych częściach kraju i świata (a miała to być impreza otwierająca sezon…), a Jakuza podrzucał kolejne wiadomości na stronę wydarzenia na Facebooku o kolejnych sponsorach, szczegółach, fantach i atrakcjach. Przybywało chętnych do wzięcia udziału w sprzątaniu. Liczba spodziewanych uczestników urosła do ponad stu osób. Pojawiły się pierwsze głosy niepokoju – jeżeli te sto osób to nurkowie, to co to będzie za akcja, jak tyle ludu w jednym czasie wskoczy do tej niezbyt głębokiej, niezbyt obszernej i mocno zamulonej sadzawki? Zasugerowałem, że to wcale nie jest zła wiadomość, w końcu teraz wystarczy w tej liczbie wskoczyć naraz do wody, woda wystąpi z brzegów, osuszy się dno, zbierze śmieci i poczeka na zapowiadany na kolejne dni deszcz. Ktoś tam jeszcze dopytywał, czy ktoś ma pożyczyć butlę, ktoś tam jeszcze dopytywał się, gdzie leży legendarny czołg. W końcu nadszedł dzień sprzątania. Do auta załadowałem sprzęt, szanownego brata (miał robić dokumentację), Aśkę – partnurkę z poprzedniego GEPNowskiego nurkowania i ruszyliśmy na miejsce. Okolice są mi dość dobrze znane, jeszcze przed przeprowadzką za miasto, tamtędy zdarzało mi się pokonywać drogę do/ z pracy, także na rowerze. Urokliwy zakątek Warszawy wciśnięty między dwie dynamiczne arterie: Połczyńską i Aleje Jerozolimskie, w kilka minut od centrum można znaleźć się w enklawie ciszy, spokoju, zieleni i jednorodzinnych domków, które ukrywają przed oczami nieświadomych obcych swój skarb, Park Cietrzewia. Park Cietrzewia wyrósł wokoło kilku stawów zwanych Gliniankami. Stawy powstały w miejscu wydobywania gliny, z której wytwarzano cegły tak potrzebne do rozbudowy kwitnącej Warszawy. Cegielnie działały od 1842 roku, także po przejęciu terenu wioski Włochy i okolic przez holenderską rodzinę Koelichenów, która zaczęła przekształcać wieś w osadę fabryczną ( zwłaszcza, że rozpoczęto w okolicy budowę kolei). W 1928 roku posiadłość Koelichenów podzielono i okolice zagospodarowano zgodnie z koncepcją miast-ogrodów Stefana Starzyńskiego. Wyrobiska po cegielniach zostały zalane wodą i już jako stawy funkcjonowały głównie jako ostoja dzikiej przyrody aż do lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. W międzyczasie teren dziczał, a okoliczni przedsiębiorcy odprowadzali nieczystości do stawów. W końcu znalazły się pieniądze na rewitalizację stawów i zieleni wokoło. Nie wszystkim oczywiście pomysł przypadł do gustu, dzikość ma także swój urok, a w dodatku bano się o los lokalnej społeczności żab, których koncerty z pewnością były atrakcją dla spacerowiczów. Prace jednak ruszyły pełną parą i pod koniec 2011 roku park odżył na nowo. Wytyczono i wybrukowano nowe eleganckie alejki, postawiono ławki, pomosty, wybudowano plac zabaw dla dzieci i inne atrakcje dla mieszkańców, zaopiekowano się zielenią, wyregulowano i wyczyszczono brzegi stawów. Nie wiem, czy żaby przeżyły, czy wróciły nad stawy. Nie wiem też nic o losach ryb zamieszkujących stawy, choć w niedzielę wędkarzy nie brakowało – pytanie, czy nie siedzą tam tylko dla samej idei moczenia kija. Generalnie w moich oczach mieszkańcy nic nie stracili, a wręcz zyskali. Park prezentuje się naprawdę okazale i elegancko. Jest tu zielono, przytulnie, spokojnie, cicho. Wymarzone miejsce na odpoczynek po ciężkim dniu pracy w mieście. Może kogoś martwi długa lista zakazów i nakazów dotycząca użytkowników parku, albo wszędobylski monitoring. Niemniej jednak w zamian park oferuje czystość, bezpieczeństwo i święty spokój. Za krzakami nie kryją się żadni amatorzy tanich wyrobów procentowych, nie widziałem nigdzie stert zalegających śmieci, co niestety jest w moich okolicach (tych „prawdziwie dzikich”) dość powszechnym widokiem.

Dotarliśmy na miejsce grubo przed wyznaczoną na start godziną dziesiątą. Mimo to organizatorzy i pierwsi uczestnicy już się rozkładali ze sprzętem nad brzegiem stawu. Dotaszczyliśmy więc nasze szpejki do punktu zbiórki, przywitaliśmy się i poznaliśmy z organizatorem i czekaliśmy spokojnie na odprawę, która miała nastąpić krótko po dziesiątej. Nurków przybywało, jednak dość szybko okazało się, że nie grozi nam przeludnienie w wodzie i osób nurkujących jest dwadzieścia parę. Kamil szybko opowiedział co i jak robimy, gdzie się rejestrujemy, gdzie oświadczamy, że nurkujemy na własną odpowiedzialność (a gdzie ubezpieczenia DAN?), gdzie pobieramy worki na wydobyte skarby i gdzie  pobieramy pamiątki z imprezy – bardzo zacne koszulki okolicznościowe, oraz losowane fanty od sponsorów. Wszystko poszło bardzo sprawnie, zatem praktycznie już o wpół do jedenastej zaczęliśmy się ubierać w sprzęt i włazić do wody. My z Aśką uznaliśmy, że pójdziemy dalej od punktu zejścia do wody i będziemy eksplorować część północną zbiornika. Odbyliśmy krótką dyskusję, czy zabierać kompasy (akwen mały, płytki, kto by tam się martwił orientacją), ja porzuciłem rękawiczki uznając, że bez nich lepiej będzie mi poszukiwać i wydobywać skarby. Weszliśmy do wody, odpłynęliśmy na środek, ustaliliśmy kierunek nurkowania i ruszyliśmy do dna. Latarki włączone, kamizelki opróżnione, idziemy w dół, pierwsza obserwacja – widoczność grubo poniżej metra. Aśka znika mi co chwila z oczu, dno bardziej się wyczuwa niż widzi (gąbczasta zawiesina mułu), człowiek nie ma pewności, czy zachowuje głębokość, czy go właśnie wynosi do góry, czy ciągnie po dnie. Cały czas trzeba się gapić na komputer, próbować zobaczyć coś w świetle latarki, szukać partnura, szukać śmieci, transportować wór pełen skarbów. Wynurzamy się i korygujemy plany. Idziemy na powierzchni do punktu eksploracji, tam się zanurzamy i operujemy ciasno w wyznaczonym punkcie, wynurzając się co jakiś czas i kontrolując obecność partnura. Inaczej nie będziemy w stanie sensownie zająć się poszukiwaniem i wydobywaniem śmieci. Docieramy na pozycję i zaczynamy sprzątanie. Dno głównie przykryte zawiesiną mułu, dywanem skorup Szczeżui, a tylko czasem – piasku. Coś przy dnie widać, ale najlepiej poszukiwania idą metodą na „macanta”. Wydobywam głównie słoiki, oczywiście natychmiast w tym miejscu wzburzam chmurę mułu, więc zmieniam pozycję. Po chwili worek zaczyna mocno ciążyć, ciężko go utrzymać nad dnem. Wynurzam się i dowożę zdobycze na pobliski brzeg, skąd zostają pobrane przez lądowych pomocników. Dorzucam jeszcze parę gumowych woblerów (rodzaj wędkarskiej przynęty), których wolałem nie umieszczać w worku, bo znając moje szczęście zaraz bym je o coś zaczepił, zapewne o siebie. Wyławiam jeszcze różne pojemniki, przez chwilę myślałem, że natrafiłem na jakiś hełm, ale niestety bliższa inspekcja skreśla szanse na sensację – to tylko garnek. Trafiam też na kilka pustaków i różnych typów cegieł, ale uznaję je za ważny materiał podłożenia, nie szkodzący wodzie i jej użytkownikom. Zostają więc na dnie. Po mniej więcej godzinie uznajemy, że plan na ten czyn społeczny został zrealizowany, obieramy kurs do portu macierzystego. Aśka decyduje się iść przy dnie, ja głównie na głębokości „peryskopowej”. Wychodzę z wody, oddaję worek. Jakiś chłopiec dopytuje się, czy woda mokra. Odpowiadam, że sucha jak pieprz. Kolejne pytanie o czołg – odpowiadam, że widziałem, ale czołg też mnie zauważył i uciekł. Aśka jeszcze nie wychodzi, bawi się jak dziecko w wodzie. Osoba rejestrująca powroty par nurków niepokoi się faktem, że z wody wychodzę w pojedynkę – muszę więc poczekać na wynurzenie się Aśki i wskazuję ją paluchem – to mój partnur, zara kończy. Zrzucam sprzęt i w końcu mam szansę obejrzeć urobek innych. Widok jest zaiste imponujący. Moje kilka słoików robi przy tym marne wrażenie. Wyłowiono kilka opon, w tym jedną gigantyczną – od traktora, wannę (!), kubły, wiosła i niezliczoną ilość worków wypchanych różnym szmelcem. Nieźle jak na imprezę powtarzaną cyklicznie (ostatnie sprzątanie w sierpniu 2012 roku).  Praca wykonana, dobry uczynek spełniony, wszyscy nurkowie w wyśmienitych nastrojach, czas jeszcze na pamiątkowe zdjęcia ze skarbami, podsumowania i opowieści (niestety, ekipa Kuriera Warszawskiego pojawiła się jak siedziałem pod wodą, nie załapałem się do głównych wiadomości, skandal!). Ja jeszcze przy okazji nawiązałem kontakt z paroma forumowiczami z nurasa.info, umówiłem się na wspólnego nurka za tydzień, więc  tym bardziej uważam, że niedzielna impreza była bardzo satysfakcjonująca. Wdzięczność mieszkańców przyjemna dla serca, szum medialny gwarantowany (liczba relacji z tego wydarzenia mocno mnie zaskoczyła), dostąpienie zaszczytu wejścia w skład Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska i nawiązanie nowych kontaktów do tego. No sami przyznajcie, że lepiej nie mogło być. No dobrze – mogło być, ten wredny legendarny czołg mógł się jednak nie chować, to by była dopiero sensacja!

(mała poprawka po publikacji: rok temu w sierpniu odbyła się jedynie eksploracja i rekonesans na Gliniance, bez sprzątania)

Kilka zdjęć z imprezy (foto: Antoni Cieślak):

966855_467971783284065_1496867744_o 965689_467971703284073_1339866655_o 976830_467971939950716_1618431537_o 977049_467971923284051_1065141104_o 981792_467972169950693_734337453_o

Więcej zdjęć: GALERIA (Facebook)

Długi weekend majowy nad Hańczą

Zanurkować, zabąblować, zanurzyć się, zatonąć, schować się pod powierzchnię wody!

Całe miesiące wyczekiwania. Ostatnie nurkowanie we wrześniu na Zakrzówku, zaczyna się zima a potem nie chce się skończyć. Nie mam i prędko nie będę mieć suchego skafandra, ten rok nie zaczął się szczęśliwie w kwestii budżetowej i wszystkie moje bogate plany inwestycyjne w sprzęt i kolejne szkolenia póki co leżą na dnie kubła z planami finansowymi. Zmuszony więc jestem ograniczać nurkowanie tylko do ciepłych miesięcy. Mordęga wyczekiwania miała się skończyć w kwietniu. W kwietniu śnieg jeszcze leżał, większość jezior przykryta była grubą pokrywką lodu i wcale im się nie spieszyło z rozmarzaniem, mnie jeszcze dopadł okrutny katar, więc z planowanego otwarcia sezonu na imprezie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska najpierw sprzątania Glinianki Cietrzew, a potem po prostu wiosennego otwarcia sezonu na Gliniankach w Zielonce wyszły nici. Glinianka Cietrzew nie rozmarzła, a w czasie trwania otwarcia ja miałem katar na potęgę. Nadzieja mieszała się ze strachem.  Wykupiony wyjazd na Hańczę na długi weekend majowy zbliżał się nieubłaganie. Co z tego, skoro z nosa mi to leciało, to nic nie leciało, bo był totalnie zatkany. No i wieści z forum na temat warunków na Hańczy przerażały. Pokrywa lodu miała się świetnie, a tu się kwiecień powoli kończył, tu w Józefowie wiosna już powoli się rozwijała, nadrabiając zaległości, a tam jeszcze śnieg leżał na brzegach jeziora. Jezus Maria, świat zwariował. Woda będzie miała jakieś zero stopni, jeżeli w ogóle ten lód zejdzie. Ja kursu podlodowego nie robiłem i nawet jeżeli miałbym robić to raczej nie w piance. Kurcze blade, ktoś w ogóle pojedzie? Wszyscy odwołają uczestnictwo i Rudi puści wiadomość, że z powodu braku chętnych wyjazd upadł? Będziemy się przebierać na śniegu? A jak nawet zejdzie lód, to będziemy zanurzać się w sorbecie? No i niech ten cholerny katar sobie wreszcie pójdzie! I tak do początku długiego weekendu, który w tym roku postanowił być wyjątkowo długi. Trzy dni urlopu i mamy dziewięć dni wolnego. Wyjazd nad Hańczę jednak zaplanowany na pierwszego maja, więc jest kilka dni niezagospodarowanych. Powstaje plan by skrzyknąć tych, którzy nie załapali się na imprezę GEPNu i zanurkować razem w Zielonce. Ja pomimo kataru ryzykuję nura. Już nie mogę wytrzymać czekania. To już jest uzależnienie, ja już po prostu trzęsę się z powodu odstawienia nurkowania, mam pierwsze objawy nurkoholizmu. Idę na nura, woda jest pyszna, jakieś dwanaście stopni, zaskakuje niesamowita widoczność i bogactwo życia pod wodą. Rany, jaki jestem szczęśliwy. Potem są wiadomości na forum: na Hańczy lód puścił w czwartek przed długim weekendem. Widoczność nie powala, ale już nie ma tego przeklętego śniegu i lodu. Katar też chyba uznał, że krioterapia to jest to i sobie poszedł. Na Hańczę zatem! Auto tym razem wyjątkowo objuczone. Rodzina tym razem ma się nie nudzić siedząc nad brzegiem, tylko będą sobie śmigać na rowerku, a ja po zakończeniu dziennej porcji nurkowań mam dołączać i mamy zwiedzać piękne zakątki ziemi suwalskiej. Do sprzętu nurkowego dochodzą więc rowery, kaski rowerowe, sakwy, fotelik Młodego i tysiąc innych szpejów, które zwykliśmy brać na rowery. Biedne auto. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko zabrałem (nigdy nie zapomnę zeszłorocznego wyjazdu nurkowego na jezioro Narty, na który wyruszałem trzy razy, raz w okolicach jeszcze Józefowa przypomniałem sobie, że suszące się buty i rękawice leżą sobie spokojnie na parapecie, za drugim razem byłem już grubo za Warszawą, kiedy zorientowałem się, że przecież ja w ogóle pianki nie wyciągnąłem z szafy), dociskanie klapy, sprawdzenie, czy rowery się trzymają auta.

Ruszamy o siódmej trzydzieści. Jest nadzieja, że zdążymy przed tymi, którzy jak my ruszą pierwszego maja na swój krótki urlop. Rzeczywiście wyjazd przez Warszawę idzie płynnie. Na trasie tłoku nie ma. Nad Hańczę dojeżdżamy około południa. We wszystkich prognozach pogody straszą nas, że to będzie paskudny długi weekend. Ci, którzy już wyjechali, donoszą, że tak właśnie jest. Widać, nie nad Hańczą. Oczywiście, biegun chłodu, więc jest tu chłodniej, wiosna się dopiero zaczyna, ledwie widać jej zaczątki, ale jest Słońce, jest fajnie! Według planu nasza banda zjedzie się wieczorem, mamy więc czas wolny. Na rowery wskakujemy i robimy ładną trasę, z przystankiem w Wodziłkach, gdzie staroobrzędowcy postawili Molennę. Dobrze oznakowane szlaki, no i jest gdzie jeździć i co oglądać. Suwalskie to bardzo malownicze krajobrazy, zero płaskiego, gęste lasy, taka niesamowita gęsta i zwarta trawa, z której zewsząd wystają głazy przyniesione przez lodowiec. Oczywiście to wymagający teren dla rowerzystów, tu albo się zjeżdża na złamanie karku, albo pokonuje się kolejne strome podjazdy dysząc jak lokomotywa. A my nie mamy lekkich rowerków, a to sakwy z ciuchami (bo straszą deszczami), a to Młody na foteliku (w tym roku chyba będzie koniec epoki fotelika, bo górna granica dopuszczalnej wagi już bliziutko, no i chłop wystaje już z każdej strony). Po takim treningu rzucamy się na żarcie podane w Gościńcu Hańcza jakbyśmy nie jedli przez tydzień. Jest to nasz pierwszy pobyt w Gościńcu. Lubię takie sympatyczne, proste pokoje, urządzone w taki skromny ale gustowny sposób. Żarcie też niczego sobie, choć żonie nie przypada do gustu, to jednak nie karmią banalnie – nie ma obowiązkowego kotleta i tłuczonych ziemniaków z koperkiem. Kucharz wymyśla i kombinuje.

Molenna w Wodziłkach

foto 1.: Molenna w Wodziłkach, autor: kubaCE

Jest wieczór, zjeżdża się ekipa. Grupą zawiaduje Darek, divemaster z Best Divers. Cichy, pogodny i skupiony facet. Niedużo gada, ale jak gada to z sensem. Mam ambitne plany na ten wyjazd, bo padły pomysły, żeby wyskoczyć na jezioro Staw koło Wigier, a także by zanurkować z drugiej strony Hańczy, gdzie są piękne łączki. Szybko jednak wychodzi na to, że to jezioro Staw to nie bardzo, bo Darek tam nie nurał, ma tylko opis ogólny, ale chyba nie ma co się spinać. No i przepłynięcie na drugą stronę Hańczy zostawiamy sobie na ostatni dzień wyjazdu, a z tymi łączkami to chyba jeszcze za wcześnie, dopiero co jezioro rozmarzło. Zatem zaczynamy w czwartek nurkowanie z parkingu pierwszego. Nie nurkowałem jeszcze z niego. To stąd można iść na dłubanki (historyczne łódki), a pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem można stosunkowo niegłęboko zanurkować na ściance. Robert, ambitny chłopak, chce iść na dłubanki, ale ja nie mam uprawnień do głębokiego nurka, mogę jedynie do trzydziestu metrów, więc chłopaki porzucają plan na dłubanki i idziemy na trzydzieści metrów. Mój drugi nurek w tym sezonie i od razu na trzydzieści metrów? Czy aby nie za ambitnie? No i ja tylko w piance. Grubej, bo grubej i z porządnym ocieplaczem, ale jednak mokra pianka. Akurat to nie ma znaczenia, jaka głębokość, bo woda na powierzchni ma te diabelskie cztery stopnie, w porywach do sześciu. Zatem od razu poznaję smak nurkowania w lodowatej wodzie. To nie tak jak na Zakrzówku pod koniec sezonu letniego, gdy na powierzchni było całkiem pysznie, a dopiero poniżej dziesięciu – piętnastu metrów robiło się porządnie zimno. Tu od razu człowiek wchodził w zimnicę. Dobry sprawdzian mojej wytrzymałości. Obaj partnurzy mają suche skafandry, ale sami zakładają, że trzydzieści minut to będzie maks i liczą, że nie będę zgrywać twardziela i bez zwłoki poinformuję ich o tym, że mi zimno. Znikamy pod wodą. Ja wyposażony tym razem w latarkę i kamerę. Wreszcie będzie coś więcej niż tylko wspomnienia. Idziemy szybko w dół. Dajemy sobie znaki: Ok.? Ok. Wszystko póki co dobrze, jakoś ten chłód wody nie poraża i nie odejmuje oddechu. Nie jest źle. Patrzę na wyświetlacz komputera, maska lekko zaparowana, więc słabo widzę, a przepłukiwać nie zamierzam w tym mrozie. Doczytuję się jednak, że już jest trzydzieści metrów. To już? Super! Są jakieś skały, jakieś zwalone niegdyś pnie drzew, jest ten księżycowy krajobraz, jakiś miętus wystawia lekko łeb ze swojej kryjówki. Jak ja do tego tęskniłem. Nie jestem pewien czy to wina lekko zaparowanej maski, czy rzeczywiście widoczność nie jest taka, z jakiej słynie Hańcza. Nie jest jednak źle, a my powoli się wynurzamy, jest dwudziesta minuta nurkowania.  Dałem już kilka razy chłopakom znak, że jest dobrze, że jeszcze nie marznę. Czuję jednak, a raczej przestaję czuć stopy i dłonie. Zawsze miałem problem ze słabym obiegiem krwi w tych regionach i w zimę pierwsze marzną mi nogi i ręce pomimo najgrubszych butów i rękawic. Przystanek bezpieczeństwa, tu daję znać, że mi już wystarczy. Mija trzydziesta minuta nurkowania. Kończymy przystanek i powoli się zwijamy do brzegu, ale nieśpiesznie. W końcu się wynurzamy. Jest mi już rzeczywiście zimno, ale jednak jestem zaskoczony, że nie było dramatu, że dało się i nie była to wcale droga przez mękę. Chłopaki też są zaskoczone, że dałem radę, nawet im łapy i pyski zmarzły. Wyłażę z lekkim dygotem. Zgromadzeni nad brzegiem ludzie donoszą, że właśnie w trakcie naszej nieobecności odbyła się akcja ratunkowa, że właśnie wylądował helikopter przy drugim parkingu i że jedzie już karetka. Dwóch ludzi wyskoczyło z czterdziestu metrów. Pozamarzały im automaty i obu skończyło się powietrze. Jeden zaraz po wynurzeniu stracił przytomność. No pięknie, takie rewelacje na dzień dobry. Wyłażę na górkę, dobrze, że słonko grzeje. Zaczynam się suszyć, ale ciekawskość wygrywa, łapię za kamerę i filmuję start śmigłowca. Karetka przed chwilą odjechała z pierwszym pacjentem. Teraz odlatuje helikopter. Nagranie nie jest warte prezentacji, bo strasznie mi łapy dygocą. Przebieram się szybko i staram się odzyskać krążenie w stopach. Odnośnie obu poszkodowanych potem dowiaduję się, że tym razem skończyło się bez tragedii. Nie wysłano ich do komory ciśnieniowej, zostali na krótkiej obserwacji, jeden dostał półroczny zakaz nurkowania, drugi chyba zaraz wrócił do bazy o własnych siłach. A za mną było jedno udane nurkowanie na trzydzieści metrów. Było genialnie, ale w obliczu tego wydarzenia zastanawiałem się długo, czy to było roztropne, że tak na szybko zrobiłem tego pierwszego nurka na granicę moich możliwości. Co by było, gdyby mi automat zamarzł? W porządku, partnurzy mieli nawet dodatkowe butle, ale jak ja bym się zachował? Może też by mi do głowy strzelił głupi pomysł by natychmiast się wynurzyć? Chyba trochę za ambitnie wystartowałem. Dobra, kolejny nur, tym razem Darek idzie z Kamilem – Kamil ma kiepską morką piankę i chyba niedobrany do końca dobrze sprzęt i wyważenie, ja idę z Krzyśkiem. On też w mokrej piance i po długiej przerwie, więc bez ambicji robimy płytkiego nurka w prawo. Tym razem jakieś dwadzieścia pięć minut w wodzie. Nie szarżujemy. Potem się okaże, że te dosłownie kilka metrów niżej i mielibyśmy piękną ściankę do oglądania. Ja jednak nie narzekam. Mam sporo materiału filmowego do obejrzenia i zmontowania. Diabelnie się cieszę, że wreszcie będę miał jakieś namacalne pamiątki z zanurzenia. Nurkowania dnia za mną, czas pointegrować się z rodziną. Wskakujemy na rowery i robimy rozpoznanie czy da się objechać Hańczę brzegiem. Niestety, za trzecim parkingiem zaczyna się tęgie błocko, teren podmokły. Na mapie niby jest szlak w tym miejscu, ale chyba tylko dla pieszych i to w kaloszach, jeśli nie w woderach. Zawracamy i jedziemy w drugą stronę za miejscowość Hańcza. W tym kierunku jednak nic ciekawego nie ma. Wracamy, bo kolacja zaraz.

Przed nami piątek, w całej Polsce zamówiona jest paskudna pogoda. Nawet u nas. Jakieś burze, deszcze cały dzień, nic tylko pić od rana. Już wieczorem nachodzą brzydkie chmury nad Hańczę. Z gasnącą nadzieją, że to nas ominie, kładę się spać. Jestem tak wypompowany, że o dwudziestej pierwszej już smacznie śpię. Poranek nie zaskakuje. Są chmury, jest zimno, ale póki co nie pada. Umawiamy się z Krzyśkiem, że damy wspólnie nurka z drugiego parkingu. Około dziesiątej meldujemy się na miejscu by z wielkim zaskoczeniem odkryć, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Nurkowałem tu już kilka razy. Najczęściej na wiosnę. Zawsze tłumy. Zawsze wszystkie stoliki zajęte, suszarki w większości też. A tu pustka totalna. No dobra, może to z powodu podwyżek. Nowe wiadomości dla mnie to to, że nie wszystkimi parkingami zarządza jowialny pan. Pierwszym parkingiem zarządza urocza babinka, która w tym roku podniosła cenę o złotówkę, więc za auto płaci się sześć złoty. Z kolei jowialny pan zarządzający drugim i trzecim parkingiem już od jesieni winszuje sobie dziesięć złoty. Stąd może wzrost zainteresowania pierwszym parkingiem. Ustawiamy się więc jak chcemy autami i czujemy się panami na nurkowisku. Zjawia się jowialny pan. A już myślałem, że z powodu aury sobie odpuści. Nie, odpowiada, skoro my nie odpuściliśmy, to i on nie może. Płacimy więc parkingowe i wskakujemy w sprzęt. Dopiero teraz zaczyna kapać. Nam to jednak obojętne, bo znikamy pod wodą. Idziemy w prawo, tak do piętnastu metrów, bo chcę iść na granicy światła naturalnego. Pierwsze przeglądy materiału filmowego wskazały, że GoPro Hero (jedynka) słabo rejestruje ciemności na głębokości poniżej piętnastu metrów. Pewnie stałe i szerokie światło by coś dało, ale ja dopiero zaczynam zabawę i nie mam kasy na takie bajery. To nurkowanie nie przynosi żadnych odkryć. Dochodzę do wniosku, że Hańcza na sam początek sezonu jest atrakcyjnym miejscem jedynie dla nurków głębinowych, którzy schodzą zawsze poniżej trzydziestu metrów. Zwiedzają sobie ścianki, dłubanki i sięgają dna. Odczuwam z resztą to wrażenie ciśnienia w Gościńcu, poza moją ekipą (choć i w niej są świry) otaczają mnie ci napaleńcy co tylko myślą – iść dalej, głębiej, albo – mieć jeszcze bardziej wypaśny sprzęt. Na szczęście spotykam kilku podobnych do mnie ludzi w mokrych piankach, którzy nawzajem się wspierają, mówią „o, jak ty dałeś radę, to i ja dam, a już myślałem, że jestem jedynym wariatem”. Mi tylko marzy się spokojny nur na kilku metrach, wśród bujnej roślinności, gonienie z kamerą za okonkami, za szczupakami. Ścianki ściankami, ale do tego dobrze jest mieć komfort sto procent w suchym skafandrze i najlepiej mocne źródło światła do kamery. Ja na wyposażeniu mam całkiem przyzwoitego Tecline’a US 15, który na serio daje kapitalne światło jak na tą cenę, ale kamerze to nie wystarcza, zwłaszcza, że ta wymaga swojego własnego, stale z nią zsynchronizowanego dopalacza. Kamerę mam zamocowaną na łbie, na standardowym paskowym uchwycie GoPro (takim jak w latarkach czołowych). Mocowanie niezłe, ale ja jeszcze uczę się tego, że kamera dyktuje odpowiedni ruch, że nie należy machać głową jak się chce, bo z filmowania wyjdzie bubel. Do tego dojdzie wniosek, że najlepszym rozwiązaniem jest mocowanie kamery na ręcznym uchwycie. Ręką można lepiej manewrować, bardziej precyzyjnie panować nad ruchem kamery, dotrzeć do miejsc, gdzie głowy się nie przystawi, czy wsadzi. No i głową jednak nurek sporo macha, by sprawdzić, gdzie partnur, by rzucić okiem na przyrządy, instrumenty, by rozejrzeć się po prostu. Coś jednak z moich nagrań da się wykorzystać do pokazania szerszemu gronu, ale dla mnie to i tak o tyle cudowny skarb, że mogę sobie na spokojnie potem wspominać i odtwarzać caluśkie nurkowania. Tego dnia odpuszczamy sobie kolejnego nurka za dnia. Biorę familię w auto i jedziemy zaliczyć punkt obowiązkowy dla turystów – wiadukty w Stańczykach. Pogoda nie dopisuje, chmury, z nieba często coś pokapuje (choć na szczęście nie leje, a i czasem się słońce przebija), mimo tego w Stańczykach spore tłumy. Nieśpiesznie podchodzimy do wejścia na obiekt – może wystarczy tylko widok z dołu? Niekoniecznie pewni, czy chcemy w tak wątpliwych warunkach zwiedzać sam wiadukt. Jednak skoro już tu przyjechaliśmy, wypada skorzystać z okazji. Tłum na szczęście niezbyt gęsty, nie męczący (wyjątkowo jestem uczulony na zbytnie skupiska ludzkie), kupujemy bilety i włazimy. Zaskakuje sposób wyremontowania wiaduktu, który przecież powstawał z przeznaczeniem na kolej. Teraz udostępniony wiadukt wyłożony jest elegancką kostką brukową (żaden Baum na szczęście, tylko klasyczne, staromodne kamienie), poustawiane latarnie stylizowane na gazowe. Czułem się jak na praskim moście Karola. Zrobione to ładnie, ale czemu akurat taki kierunek wykończenia? Czy planują po obu stronach doliny wybudować jakieś „stare miasto”, do którego będzie pasować ta zabudowa? Grunt, że widok z wiaduktu w dół, w dolinę robi wrażenie. Schodzimy stromymi schodkami zarośniętym sosnami stokiem i przechodzimy pod imponującymi arkadami. Nielichy był to projekt i całkiem zgrabne wykonanie (na modłę włoską, bo u Włochów zamówiono projekty), szkoda, że wiadukty nigdy nie miały szansy spełnić swojej roli. Jeden wiadukt był użytkowany okrutnie krótko, drugi nigdy nie był eksploatowany. Przez lata tylko stały i niszczały, a dopiero teraz zabrano się za ich remont i w wiadukty na nowo odżyły. Warto zaliczyć ten widok. Jako dodatek ciekawostka na temat sąsiadującego ze Stańczykami jeziora, które swego czasu… wybuchło. Zapraszam do przewodników, niespodzianki psuć nie będę.

DSC_0100

foto 2.: Wiadukty w Stańczykach, autor: kubaCE

Po powrocie do Gościńca umawiam się na nocne nurkowanie. Plan pierwotny – jedziemy na trzeci parking – upada, dostajemy cynk, że na nocne najwygodniej jest pójść prosto z Gościńca, zejść stromizną nad brzeg i wskoczyć do zatoczki, gdzie głębokość średnia to pięć metrów. Praktycznie więc można ubrać się we wszystko w pokoju, najzwyczajniej świecie wymaszerować przez jadalnię na podwórko, dookoła budynku, przez ulicę i już schodzimy do jeziora. Ja jednak nie powtarzam numeru z Moneglii. Ubieram się dyskretnie przy aucie. Kamery nie zabieram. Razem z Darkiem maszerujemy nad brzeg i czekamy na naszego partnura, Piotrka. Czekamy dość długo, bo Piotrek ma jakieś problemy ze sprzętem. W końcu jednak znikamy pod wodą. Z Zakrzówka wyniosłem wspaniałe wspomnienia nocnego nurkowania, bogactwo życia nocnego, te wyławianie szczegółów za pomocą latarki. Nurkowanie jest fajne, choć czegoś mi w nim brakuje, chyba tych ryb. Owszem, spotykamy raki i jednego szczupaka i różne małe rybki, ale nie jest to bogactwo życia, jakiego bym się spodziewał po polskim zbiorniku tej klasy. Nie zniechęca mnie jednak do kolejnych prób. Marzy mi się nocny nurek przy zachodniej stronie jeziora Narty w jakimś czerwcu. My jednak kończymy naszego nurka nocnego w Hańczy. Wyłazimy na powierzchnię. Przytomnie przed nurkiem wręczyłem pilnującemu nas z brzegu Kamilowi dwie czołówki, by nam nimi świecił i służył za punkt nawigacyjny do powrotu. Okazuje się, że wynurzyliśmy się z drugiej strony zatoczki. Daleko nie ma, ale jednak trzeba popedałować płetwami. To pedałowanie wysysa ze mnie całą moc, dyszę jak stara lokomotywa, a tu jeszcze strome podejście po wyjściu z wody, by dojść do ośrodka. Wypluwam płuca, to już nie dyszenie, ale rzężenie astmatyka, ledwo doczłapuję do auta i z ulgą zrzucam sprzęt.  W pokoju jeszcze mam siłę przejrzeć nagrany wcześniej film, nie ma jednak na nim nic porywającego, więc idę szybko spać.

114_2354

foto 3.: Nurkowanie nocne, autor: Kamil

Przede mną ostatni pełny dzień nad Hańczą. Sobota. Wraca pogoda, robi się cieplej, poranna mgła szybko znika, pojawia się słonko. Nurkujemy z trzeciego parkingu. Oba nurki w tym samym składzie – Darek prowadzi, a ja z Krzyśkiem za nim. Pierwszy nur na dwadzieścia metrów, drugi przy brzegu, do dziesięciu. Mamy ładne okoliczności pogodowe, zanurzenie więc jest całkiem przyjemne. Widoczność wciąż dość przeciętna. Ja znowu filmuję. Mijamy kilka ładnych formacji skalnych, ale najciekawsze na filmie jest praktycznie samo zakończenie pierwszego nurka, kiedy spotykamy raka. Podpływam go sfilmować z bliska i wtedy spostrzegam, że niemalże wcisnąłem w dno szczupaka, który się świetnie kamuflował w krzaczkach pode mną. Szczupak dostojnym ruchem znika z pola widzenia a my jeszcze sprawdzamy czy rak jest z atakujących, czy uciekających. Trafiamy na „fajtera”, który zamiast uciekać, wystawia szczypce i wyraźnie daje znać „nie zbliżaj, bo cię urządzę”. Potem kolejny rak, sąsiad, też nie oddający pola, zostawiamy więc je w spokoju i wynurzamy się. Drugi nur już pozbawiony takich atrakcji, roślinność litoralu niezbyt bujna, życia niewiele. Szkoda. Po obiedzie przesiadka na rowery. Znaleźliśmy trasę dookoła Hańczy. Niestety, głównie w sporym oddaleniu od jeziora, ale za to bardzo widowiskową. Czasami czuję się jak Tatrach, niesamowite stoki porośnięte gęstymi lasami świerkowymi, górki, pagórki, skałki, rozsypane kamienie. Czasem tak strome podjazdy, że nie było szansy podjechać. Widoki ze szczytów zapierające dech, te jeziorka obecne praktycznie w co drugiej niecce, każde tak urokliwe i pysznie ulokowane, że do każdego chciałoby się wskoczyć, choćby popluskać. Docieramy do przeciwległego końca Hańczy, do tak zwanej Starej Hańczy. Znajdujemy tutaj dogodny dojazd do brzegu jeziora, także dla samochodów. Ciekawe, czy ktoś stąd próbował nurkować i czy może widział tu coś fajnego pod wodą? Liczę, że kiedyś będę miał więcej czasu i przyjadę w to miejsce by sprawdzić, jakie tajemnice skrywa północny kraniec Hańczy. A może już ktoś poznał i opisał ten koniec jeziora?

Ostatni dzień pobytu nad Hańczą przywitał nas niebem niemal bezchmurnym, dość wysoką temperaturą, ale też dość silnym wiatrem na jeziorze. Szedłem tym razem z samym Darkiem. Porzucamy plan płynięcia łódką na drugi brzeg. Wszyscy czujemy wzbierający strach przed czekającymi nas korkami na wszystkich trasach do Warszawy. Nie chcieliśmy opóźniać wyjazdu. Szybka decyzja – nurkujemy z pierwszego parkingu, idziemy w prawo szukać ścianki pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem. Mamy ją spotkać od dwunastu metrów w dół. Idziemy zgodnie z instrukcją i rzeczywiście szybko na nią trafiamy. Robi na nas piorunujące wrażenie. Majestatyczne skały gładko wyrzeźbione przez wodę, podziurawione małymi jamkami, w których skrywały się przeważnie miętusy. Tym razem jeden z miętusów postanawia zrobić nam piękny prezent. Wystawia się ze swojej kryjówki by pokazać coś więcej niż tylko czubek nosa. Nie wiem czy jest tylko nami zaciekawiony, czy w ten sposób próbuje nam przekazać, że uważa nas za intruzów, którzy powinni bezzwłocznie opuścić jego teren. Grunt, że nam się prezentuje całkiem okazale. Wymieniamy znaki, że to jest to, że mamy zaliczony genialny nurek. Idziemy dalej zwiedzać skałki, dostajemy dodatkowego kopa do nura, więc złazimy ciut niżej, do dwudziestu metrów. Piękne formacje skalne są dla nas poezją, pięknym poematem wieńczącym nasz wyjazd. Darek trochę wygłupia się przed kamerą, ja zdejmuję kamerę z głowy i próbuję filmować z ręki. Po trzydziestu paru minutach kończymy nurka szczęśliwi jak prosięta po świątecznej wyżerce. Mijamy jakiegoś przybysza zza wschodniej granicy wyposażonego w lśniącego rebreathera, wynurzamy się tuż koło łodzi, którą mieliśmy plan przepłynąć na drugą stronę jeziora. Na łodzi krzątają się jacyś ludzie z obsługi i jacyś „lepsi” nurkowie, atmosfera jest wesoła, a to żarciki na temat smarków pana z rebreatherem, a to kilka grubych przecinków na ogólny temat, ja jestem wdzięczny, że zrezygnowaliśmy z planów płynięcia. Niespecjalnie leży mi takie towarzystwo samców alfa. Ja mam za sobą genialnego nura, jestem już mocno przekonany o tym, że jestem straconym nurkoholikiem, że muszę wyposażyć się w suchy skafander, że marzę o tym by w tym roku przynajmniej zaliczyć kurs Rescue. Chcę za rok zrobić DiveMastera, chcę zostać instruktorem, chcę by nurkowanie było nie tylko moim hobby, ale też moim życiem – towarzyskim, prywatnym i zawodowym. Nie chcę bić rekordów głębokości, choć chcę móc schodzić na czterdzieści metrów, a kto wie, czy kiedyś nie zapragnę osiągnąć poziomu nurkowania technicznego. Jednak wiem już dobrze, że kocham polskie wody i nie zamierzam z nich rezygnować. Nigdy.

114_2297

foto 4.: Ekipa w wodzie na pierwszy nurek, autor: Kamil

No i filmiki z nurkowań.