Głęboka miłość

Na forach nurkowych już o tym filmie pisali, na facebooku moi znajomi nurkowie też o tym piszą od dłuższego czasu. Całe środowisko wspomina o zbliżającej się premierze dokumentalnego filmu „Deep Love”. Wszyscy czekają z napięciem, wszyscy przebierają nóżkami odliczając czas do premiery. Czemu? Skąd to zainteresowanie jakimś polskim dokumentem? Szeroka publika nie często ma okazję usłyszeć, przeczytać, czy zobaczyć w TV coś, co dotyka naszej miłości. Stąd każde takie większe wydarzenie kulturalne, czy medialne jest natychmiast wychwytywane przez nasze środowisko. Samych szeroko spopularyzowanych filmów o nurkowaniu jest tyle, co kot napłakał. Zapytajmy pierwszego z brzegu człowieka (choćby i nurka) o jakiś film o nurkowaniu. Co nam odpowie? Chyba nie muszę odpowiadać. Podpowiem tylko, że to film z takim wysokim francuskim aktorem, który znany też jest z roli pewnego zawodowca Leona.

W ten sposób premiera „Deep Love” już tylko z tego powodu nie przejdzie bez echa. Z pewnością odbędzie się „narodowa” dyskusja w stylu tej, jaką odbywa nasz naród po każdym meczu reprezentacji. Ta dyskusja odbędzie się jednak na skalę polskiego środowiska nurkowego. Nie będzie tak spektakularna, ale nie będzie wcale spokojniejsza. Jedni będą analizować,  czy film spowoduje napływ kolejnych osób na kursy, czy może odpływ. Drudzy będą zastanawiać się nad sensem podejmowanych przez bohaterów filmu decyzji. Wszyscy przeanalizują znaczenie filmu dla naszego sportu, czy film zaszkodzi, czy pomoże. Oglądając ten film popatrzymy w lustro, w nasze odbicie. Zastanowimy się jak nas ludzie postrzegają i czy my ten wizerunek akceptujemy. Pomyślimy może też przez chwilę czym jest dla nas samo nurkowanie.

Ludzie postrzegają nurkowanie bardzo różnie, dla wielu jest to sport wyczynowy – potrzebna dawka adrenaliny, dla wielu innych forma rekreacji – oglądanie bajkowo kolorowych „pejzażyków” pod wodą. Ilu jednak ludzi traktuje nurkowanie jako cel w sam w sobie? Cel do samorealizacji, pokarm dla ambicji, coś bardziej wzniosłego niż tylko sposób na spędzenie wolnego czasu czy utopienie dużej ilości pieniędzy, czy niepotrzebne narażanie własnego zdrowia lub życia? Czy nurkowanie może mieć jakieś atrybuty pożyteczności, czy może nam się zwrócić z nawiązką – i nie piszę tu o stronie finansowej. Co my możemy zyskać nurkując? Na chwilę zapomnijmy o stereotypach: o pazernych szkołach nurkowych starających się wydać jak największą ilość certyfikatów nurkowych, szkolących byle jak, byle szybko. Zapomnijmy o masowych nurkowaniach w Egipcie, gdzie przeciętnie wyszkoleni nurkowie w bardzo kolorowych wdziankach  maszerują posłusznie gęsiego za przewodnikiem nurkowania, zadeptują rafy, wraki, straszą ryby i kojarzą nam się ze wszystkim najgorszym, co może nurkowania dotyczyć. Pomyślmy o tym momencie kiedy nurkowanie przestaje być tylko sportem wyczynowym o podwyższonym ryzyku utraty zdrowia lub życia. Inspiracją dla nas może być historia Janusza „Soley’a” Solarza. Za nurkopedią podaję:

SOLARZ JANUSZ, „Soley”, z wykształcenia ekonomista i prawnik (…) dwie kadencje pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Miasta i Gminy w Skawinie. Z nurkowaniem związany od 1974 r., posiada uprawnienia: instruktora płetwonurkowania w organizacjach nurkowych: CMAS; PADI; DSAT; NAUI, HSA, instruktora trenera ratownictwa – DAN i EFR,  nurka zawodowego klasycznego i kierownika robót nurkowych.

 Przez 11 lat pełnił funkcję prezesa Akademickiego Klubu Podwodnego KRAB w Krakowie, największego klubu nurkowego w Polsce, przez wiele lat był członkiem Komisji Działalności Podwodnej Zarządu Głównego PTTK.

Współzałożyciel i współudziałowiec firm „Soley” – zajmującej się robotami hydrotechnicznymi i geotechnicznymi na terenie Polski południowej i Centrum Turystyki Podwodnej „Nautica”. Jeden z animatorów i realizatorów kilku projektów realizowanych pod wspólnym hasłem WIELKI BŁĘKIT: profesjonalnego wydawnictwa podręczników nurkowych, fundacji upowszechniającej m.in. nurkowanie oraz internetowego portalu nurkowo-żeglarskiego.

Statystyka nurkowa – 4000 nurkowań/3000 godzin w zanurzeniu; 600 nurkowań głębszych od 30 m; największa osiągnięta głębokość 150 m; zaliczone wszystkie znane nurkowiska świata z wyjątkiem Wielkiej Rafy Barierowej; wyszkolone ponad 2500 osób. Autor publikacji fachowych w wydawnictwach i czasopismach nurkowych.

Przyznacie, że to nie jest byle chłystek, który sporo nurkuje, ale generalnie z tłumu się nie wyróżnia. Raz, że zjadł wszystkie możliwe certyfikaty wszystkich znaczących organizacji, dwa, że zaangażowany w rozwój dziedziny i to diabelnie. Propaguje, reklamuje, pisze, wydaje. Człowiek orkiestra. Wzorzec do naśladowania. Kimś takim chciałbym być. Chciałbym, żeby kiedyś i o mnie takie słowa można było napisać. Mam duże obawy, że nigdy mu do pięt nie dorosnę. To jednak nie koniec historii. Janusza dopada tragedia – wylew. Jest sparaliżowany, nie może mówić, chodzić. I tutaj nie chcę psuć nikomu przyjemności z oglądania dokumentu, więc w skrócie tylko powiem, że Janusz nie poddaje się i wraca do nurkowania. Do tego stawia przed sobą ambitny cel, głębokie nurkowanie w Blue Hole. Jakby jeszcze było mu mało, jakby jeszcze nie czuł, że przecież już wszystko osiągnął. Nurkowanie daje mu siłę, daje mu napęd do życia. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to obowiązkowy materiał na każdy kurs wprowadzający w nurkowanie. Historia Janusza powinna być punktem obowiązkowym w każdej pogadance o nurkowaniu. Niech sobie ludzie nie myślą, że za nurkowaniem stoi tylko komercja, żądza adrenaliny, od głupiutkiego bąbelkowania wokół kolorowych rybek aż po szalone niebezpieczeństwa nurkowań technicznych, jaskiniowych, wrakowych. Z nurkowania możemy wynieść coś więcej. Nurkowanie może być dla nas lekarstwem.

Sam widziałem na kursach ludzi, którzy w ten sposób chcieli przełamać swoje lęki, pokonać swoje słabości. To nie jest żadna fantazja instruktorów. Ja to widziałem na własne oczy. Podam bardzo malowniczy przykład. Sam nie wierzyłem, że ktoś może mieć takie dziwne fobie. Moja dobra znajoma pojechała z nami na Cypr. Były to jeszcze lata studenckie, to i taki był wyjazd – plaże, kąpiele, dyskoteki, zabawa. Żadnego nurkowania. Okazało się, że znajomej nie ciągnie do morza. Dziwiłem się, po co wyjeżdżać na wakacje na taki Cypr, skoro nie korzysta się z głównej atrakcji takiego wyjazdu – z kąpieli w morzu? Znajoma zaliczyła w końcu kilka kąpieli w morzu, ale tylko po zmroku, krótkie wejście i zaraz wyjście. Już nie pamiętam, o co konkretnie chodziło, czy przytłaczał ją ten ogrom wody, przestrzeni, czy co innego, generalnie chodziło o lęk związany z wodą. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, ja jej opowiadałem o nurkowaniu, ale nigdy nie podejrzewałem, że się nim zainteresuje sama. Potem spotkaliśmy się po dłuższej przerwie. Okazało się, że jest już po kursie, że nurkuje i nie ma już żadnych problemów z wodą. Ciach, ciach i proszę. Da się? Da się. Proszę o takich przykładach pamiętać i takie przykłady kolekcjonować. Proszę wszelkim niedowiarkom je podawać na potwierdzenie tezy, że nurkowanie wcale nie musi być zabawą dla znudzonych, niezbyt biednych ludzi. Dla wielu z nas może być terapią.

Chciałbym też by historia Janusza zwróciła oczy nurków na naszych partnerów życiowych. Przecież w tej historii jest też miejsce na jego życiową partnerkę, też nurkującą, w dodatku szkolącą osoby niepełnosprawne. Nieważne czy wasi partnerzy, czy bliscy też nurkują. Ważne, że oni często muszą walczyć ze strachem o nas. Czy my wrócimy z tego wyjazdu z Hańczy? Przecież tyle się czyta o wypadkach na Hańczy każdego roku. Choćbyśmy byli największymi mistrzami asekuranctwa – nurkowali tylko do limitów rekreacyjnych, zawsze świetnie przygotowani (wszystko zdublowane, obwieszeni butlami, zawsze na smyczy spięci z powierzchnią), z najlepszymi partnerami nurkowymi pod słońcem – zawsze może pójść coś nie tak. Problemy zdrowotne postanowią akurat w tym momencie się ujawnić, kogoś dopadnie atak paniki, narkoza azotowa, cokolwiek. A jeszcze lepiej mają ci, którzy pokonują bariery nurkowań rekreacyjnych i schodzą jeszcze głębiej, w jeszcze bardziej niebezpieczne miejsca. Ilu nurków nigdy nie wypływa z jaskiń, ilu nie wraca z głębin, nawet tych, które już sami wielokrotnie eksplorowali?

My jako tako oceniamy to ryzyko i decydujemy się je podjąć. Chyba dość często nie zdając sobie w pełni świadomości z tego, jak blisko poruszamy się granicy i jak łatwo ją przekroczyć. Czasami łapiemy się po nurkowaniu na tym, że przecież zrobiliśmy właśnie coś niekoniecznie roztropnego. Sam wam się przyznałem na łamach mojego nurkologa, że zdarzały mi się sytuacje, że przeszarżowałem, że zbliżyłem się do tej niebezpiecznej przepaści, że mogłem w nią runąć. W takich chwilach myślę o sobie przede wszystkim, oceniam ryzyko z mojej perspektywy. Rozmyślam o tym, co by się stało gdybym wpadł w śmiertelną pułapkę pod wodą. Odnoszę – może mylne – wrażenie, że jestem pogodzony z tym faktem, że kiedyś mogę nie wypłynąć. Co jednak o tym myśli moja żona? Czy wy myślicie o tym, że świat nie kończy się tylko na was, że w domu może czekać na was ona, on, ono. Co się z nimi stanie, jak nas zabraknie? Na drugiej stronie szali jest jednak nasze szczęście. Nasi bliscy widzą, ile radości nam sprawia nurkowanie, ile daje nam ono energii do życia. Wiedzą, że wielu z nas zabiłby zakaz nurkowania.

Nie chcę udzielać odpowiedzi na wszystkie pytania, nie chcę pouczać, czy wskazywać „jedyne słuszne” kierunki. Chcę byście sami odpowiadali sobie na takie pytania. Tylko w ten sposób znajdziecie swoją ścieżkę poprzez świat podwodny i odkryjecie swoje szczęście. Mam nadzieję, że „Deep Love” zainspiruje wielu z was do zadawania tych samych lub kolejnych pytań. Mnie zainspirowało jeszcze zanim obejrzałem ten film, kto wie, co mi się w głowie zakotłuje już po obejrzeniu dokumentu i co wtedy napiszę?

Deep Love

GEPN Sprzątanie Świata – Glinianki Zielonka

Galeria

Ta galeria zawiera 40 zdjęć.

W dwóch słowach podsumuję kolejną edycję Sprzątania Świata w wykonaniu GEPN. To była trzecia już impreza zorganizowana przez GEPN w ramach akcji Sprzątanie Świata. A akcja świętowała w tym roku swoje dwudziestolecie, w związku z tym dostaliśmy do posadzenia jubileuszowy dąb. … Czytaj dalej

Światło nurkowe w sam raz

Poczułem potrzebę wypowiedzenia się w temacie opisanym przez mojego dobrego przyjaciela, Pawła Kaczmarskiego (obecnego na forum Nuras.Info pod pseudonimem „pmk”), który na forum, oraz przez ostatnie dwa numery Nurasa dokonał fantastycznych testów latarek w grupie cenowej do tysiąca złotych. Paweł podszedł do tematu bardzo profesjonalnie, zrobił bardzo rzetelne porównanie parametrów dostarczonych do testów latarek. Dzięki temu otrzymaliśmy bardzo dobry zestaw informacji o latarkach, które z powodzeniem mogą służyć za główne światło dla rekreacyjnego nurka. Wcale nie musimy wydawać dwóch tysięcy polskich złotówek, uzbrajać się w ciężkie zasobniki z akumulatorami i bardzo profesjonalnie wyglądające głowice latarek zamontowane na uchwycie Goodmana. Jeżeli mamy dużo pieniędzy, kupujemy sobie światło ostrego, letniego, południowego słońca w bezchmurny dzień na Karaibach. Zdolne oślepić nawet już na wpół oślepłego nurka z odległości czterdziestu metrów. Dzięki takiemu światłu jesteśmy widziani z powierzchni, nawet jeżeli siedzimy na trzydziestu metrach najbardziej zabełtanego bajora, ale też musimy uważać, bo jakiś samolot może uznać, że właśnie wskazujemy mu naszym światłem miejsce lądowania. Świecenie sobie takim światłem w oczy nie tylko powoduje oczywistą ślepotę, ale też ścina białko w oczach i gotuje mózg na twardo. Odpalanie takiej latarki nie będąc w zanurzeniu dozwolone jest tylko w najgrubszych hutniczych rękawicach, gdyż obudowa osiąga temperatury godne powierzchni słońca.

Jeżeli jednak nie mamy na koncie nudzących się dwóch tysięcy złotych z jakimś miłym ogonkiem, wtedy zaczynamy eksplorować te niższe półki, omijane przez nurków technicznych i „technicznych” (czyli takich, co mają pieniądze, ale jeszcze nie umiejętności). Okazuje się, że wcale nie ma na tych półkach obrazu nędzy i rozpaczy, jest w czym wybierać, a światła sprzedawane jako „backup” wcale nie muszą być światłem zapasowym – używać tylko w ostateczności, jeżeli twoje główne boskie światło przestanie świecić swoją boską mocą. Okazuje się, że półki wręcz uginają się pod dużą ilością propozycji latarek rodzimej i zagranicznej produkcji – latarek mocnych, solidnych, wytrzymałych i świecących bardzo dobrą wiązką światła. Nie musimy kupować uroczo żółtych, plastikowych lampek, które środowisko uznaje jako dobre dla dzieci, albo pseudo turystów nurkowych w Egipcie. Mamy do dyspozycji solidne metalowe maczugi, które w razie czego mogą służyć za całkiem skuteczne narzędzie do samoobrony przed rekinami, czy nachalnymi nurkami, którzy próbują się przyssać do naszego powietrza.

Jak już wiecie, ja sam wybrałem Tecline’a LED US 15. Tecline to polska marka, sama latarka produkowana jest w Azji. Latarki porównywalne do Tecline LED US 15 znajdziecie w ofercie Gralmarine, Light4me, Light Monkey. Mowa tu głównie o latarkach w przedziale cenowym 300 – 400zł. Niektóre opcje będą droższe. Co mi się spodobało w Tecline to stosunek ceny do mocy i jakości latarki. Za trzysta z kawałkiem dostałem latarkę, dokupiłem porządne akumulatorki (zwracam uwagę, że wcześniej producent wypuszczał latarki z instrukcją zakazującą używania akumulatorków), do tego solidna ładowarka do akumulatorów (do latarki wkładamy trzy pociski, dobrze więc by ładowarka mogła ładować nieparzystą liczbę aku). Producent deklaruje dużą ilość lumenów. Tak dużą, że całe środowisko nurkowe (nawet to znające się na technicznej stronie świecenia) nie wierzy producentowi. Wiem tylko, że LED US 15 daje mi mocne światło na pięć, sześć normalnych nurkowań, potem moc światła spada i warto podładować aku.

Paweł do testów wyciągnął z Gralmarine latarkę KX Spot – nie widzę jej teraz w ofercie, rozumiem, że to chwilowe. Wersja KX Spot T może też być ładowana akumulatorkami R14. Wersja bez T może być tylko zasilana bateriami zwykłymi bądź alkalicznymi. Wymiary i kształt zbliżone do Tecline’a. Parametry także. Pawłowi jednak trochę bardziej przypadła do gustu Gralmarine – subiektywna to ocena. Rozumiem jeden zarzut wobec Tecline’a – żebrowanie wokół głowicy, które nie ma żadnego praktycznego zastosowania, za to świetnie zbiera drobne kamyczki i brud. Ja na to kompletnie nie zwróciłem uwagi, dopóki Paweł o tym nie napisał. Rzecz to względna, ale na pewno Gralmarine tu wygrywa, bo takiego żebrowania nie posiada. Gralmarine za to jest ciut droższy. Wybór należy do was, oparty raczej na zaufaniu do danych marek, niż na parametrach, bo te są niemal identyczne.

Mi za to w moje testerskie ręce wpadła latarka KX Narrow. Paweł miał ją wcześniej i zdołał wykonać wszystkie pomiary parametrów, pozwolę sobie więc tylko przedstawić te wyniki, a sam skupię się na wrażeniach z użytkowania. Pierwsza, najważniejsza rzecz to wielkość latarki – króciutka, poręczna i bardzo solidna latarka. Średnica podobna do tych poprzednich latarek, ale latarka jest za to o co najmniej połowę krótsza. Kapitalna więc latarka, tym właśnie wygrywająca z moim Teclinem i z KX Spot. Tamte to takie miecze dwuręczne. Spokojnie mogą służyć do zabaw w rycerzy Jedi. Jeżeli jednak mają sobie wisieć nieużywane, albo spoczywać w kieszeni podczas nurkowania, wtedy zauważamy ich nieporęczność. Kieszenie w naszej kamizelce, czy suchym skafandrze powinny być długie, żeby pomieścić te maczugi. A jak je powiesić, to warto jakoś jeszcze złapać dodatkową gumką by nie przeszkadzały zwisając bezwładnie. I tutaj wkracza króciutki KX Narrow, taki knypek chowający się niemal w pięści, ale nie jest to byle trzcinka, ale kawał granatu, który parametrami za daleko nie odbiega od dłuższych braci. Moc świecenia oczywiście niższa, długość świecenia na dostarczonym akumulatorze też słabsza, ale nie są to parametry złe. To fajna konstrukcja dla ludzi, którzy chcą mieć dobre, mocne światło, ale nie mają bądź nie lubią zajmować sobie miejsca długimi pochodniami. Taki „krasnal” spokojnie zmieści się w każdej kieszeni, a powieszony bez żadnej dodatkowej gumki przytrzymującej w ogóle jest niezauważalny. Jedyne, co przyprawia o ból głowy to cena. Jak zobaczyłem cenę tego skubańca to złapałem się za głowę. Ponad siedemset złotych. Wniosek jest taki, chcesz oszczędzić miejsce, musisz wydać więcej. W zestawie jednak od razu otrzymujesz akumulatorek i ładowarkę. Oczywiście zapewne można znaleźć akumulator o lepszych parametrach, bo ten w moim testowym zestawie po drugim nurkowaniu już nadawał się do ładowania – moc świecenia dość szybko spada.

Tym sposobem zauważyć jest łatwo, że przeciętny rekreacyjny nurek, który nie musi pod wodą kręcić filmu klasy kinowej, nie znajduje przyjemności w wypalaniu wszelkim wodnym stworzeniom oczu swoim super HIDem z akumulatorowym zasobnikiem wagi amerykańskiej półciężarówki, może spokojnie zaplanować swój latarkowy budżet w kwocie do tysiąca złotych.

Kłopot się robi, jak zapragniemy filmować nasze nurkowania, bo wtedy można kombinować nawet z tego typu latarkami, ale należy dokupić, albo zamówić u producenta odpowiednie rozwiązania (Gralmarine bez problemu prawie każdą swoją latarkę przystosuje do świecenia rozproszonym światłem), które spowodują, że te punktowe latarki zamienią się w lampy wideo, no i dla przykładu, żeby przyjemnie doświetlić plan filmowy podczas nocnego nurkowania musielibyśmy się wyposażyć w co najmniej dwie latarki typu LED US 15. Do tego trzeba pomyśleć o wygodnych ramionach dla latarek, połączonych z naszą kamerą, o jakimś uchwycie na to wszystko, no i pieniądze same uciekają w popłochu z portfela.

Powyższe grafiki i zdjęcia przygotowane przez Pawła Kaczmarskiego (pmk).

Artykuły Pawła dostępne są w numerze 44 i 45 z 2013 Nuras info.

Zapraszam do ich lektury, kawał solidnej roboty.

A na koniec jeszcze krótki filmik, który już gdzieś kiedyś publikowałem. Na filmiku zobaczycie, o ile „gorsze” jest światło Tecline’a od tego super boskiego światła 7 LED WIDEO. Nie porównujcie tylko właściwości oświetlenia. US 15 jest latarką punktową – sygnalizacyjną – służy do punktowego oświetlania i komunikowania się pod wodą (tak, podstawiamy latarkę pod maskę i udajemy ducha robiąc głupie miny). A 7 LED WIDEO to potężny zwierz do kręcenia filmów w totalnym mroku. Latarka mocą przyćmiewa pełnię księżyca, powoduje, że bledną gwiazdy, producent powinien na obudowie pisać, żeby nie celować światłem w inne planety, gdyż efekt może być podobny do tego, co potrafiła zrobić Gwiazda Śmierci z Gwiezdnych Wojen.

Zakrzówek – zakończenie kursu

Panie i Panowie, Nurczynie i Nurczaki, młodzi i starzy, kurs Ratownurka zakończony. Za mną kilkadziesiąt godzin siedzenia nad książkami, robienia kilkunastu stron notatek. Zajęć też sporo, dwa dni na Zakrzówku praktycznie po osiem godzin w wodzie. Tak wyciągamy, tak zdejmujemy sprzęt, tak uciskamy, tak dmuchamy usta usta (obowiązkowe żarty z podtekstami), tak wynosimy na brzeg, tak poszukujemy, tak radzimy sobie z paniką u nurka. Dużo tego, a jeszcze przecież zajęcia z EFR (Emergency First Risponse – kurs pierwszej pomocy przedmedycznej) – oba kursy zakończone krótkimi, raczej nieskomplikowanymi egzaminami. Dwie plakietki, które cieszą oczy. Kolejny stopień na drodze do instruktora. W międzyczasie już zaczęte zajęcie z Divemastera. Idę ostro, raczej pędzę, gnam. Kończyć trza z nudną pracą w branży, która mnie kompletnie nie interesuje. Cel jest jasny. Zostać instruktorem, znaleźć pracę w branży nurkowej. Kiedy to będzie? Za rok? Nie, do wydania jest masa pieniędzy, do zaliczenia jeszcze masa rzeczy z DM. A czy ja w ogóle się nadaję? Czy uważam się już za doświadczonego nurka z wystarczającym bagażem, którym mogę się dzielić z młodszymi? Czy pomogę im skutecznie w krytycznej sytuacji? Czy czuję się stuprocentowym ratownikiem? Kurcze, mam wrażenie, że nie. Jak to zwykle bywa z kursami tego typu, wszystkiego dużo, wszystko upchane w określonej ilości godzin zajęć. Przećwiczone dwa, czasem trzy razy. Może niektórzy łapią takie rzeczy w mig. Ja jednak należę do tych, co tego typu rzeczy musi przećwiczyć z dziesięć razy, dla mnie takie zajęcia powinny trwać z miesiąc. Do tego wszystkiego sytuacje awaryjne czasami są przedstawiane jako kompletny teatrzyk nie mający z rzeczywistością wiele wspólnego. Ot, sytuacja – spanikowany nurek na powierzchni. Ja widziałem spanikowanego nurka. Pomagałem takiemu.

Uczestniczyłem już w akcji ratunkowej, którą już tutaj opisywałem. Na kursie przedstawiano nam spanikowanego nurka na filmach, na obrazkach i na zajęciach, jako osobę wymachującą intensywnie łapkami, która uspokaja się zaraz po naszej reakcji. Nikt nie pokazywał nam nurka, który woła „podaj mi rurkę”, który wyskoczył z wody z prawie zakręconą butlą i nie może nawet napełnić kamizelki. Nikt z kursantów nie widział oczu osoby spanikowanej. Tego zwierzęcego strachu wyczuwalnego w każdym mięśniu spanikowanego nurka. Nikomu nie życzę tych doświadczeń, ale trudno nie przyznać, że tego typu doświadczenia dały mi sporą dawkę wiedzy o takiej sytuacji. Ćwicząc różne scenariusze na Zakrzówku mogłem przypomnieć sobie tamtą historię. Zastanowić się, co mogłem zrobić lepiej. Teraz wiem, że mogłem złapać tamtą osobę za butlę nogami. Położyć ją na wodzie i wtedy ustami moglibyśmy dopompować kamizelkę i spokojnie dopłynąć do brzegu.

Sam kurs PADI Rescue jest kursem mocno intensywnym, ale nie wyczerpującym tematu i nie dającym dość wiedzy i przygotowania by być skutecznym ratownikiem na 100%. To jest jak kurs na prawo jazdy. Po kursie i po egzaminie człowiek po prostu powinien dokupić jeszcze z dziesięć jazd, jak nie dwadzieścia by jako tako nauczyć się jeździć, a nie uczyć się do egzaminu jak go zdać.

Kurs kończyliśmy na Zakrzówku w sierpniowy weekend. Zakrzówek to piękny akwen, ale ja chyba lepiej czułbym się z tym kursem, gdybym go kończył na jeziorze Świętajno (Narty). Na Zakrzówku w weekendy w tym okresie panuje prawdziwy ścisk i chaos. W wodzie tłum, na brzegu tłum, na lądzie tłum. Trudno w takich warunkach skupić się na ćwiczeniach. Mimo tłumów Zakrzówek zachwycał przejrzystością wody. Dobra widoczność utrudniała jednak zajęcia z poszukiwania. Wykorzystanie jakiejkolwiek metody poszukiwawczej w takich warunkach jest bezcelowe. Nurka natychmiast namierzamy po obserwacji bąbli z odległości spokojnie pięciu metrów, jak nie więcej. Niestety w żaden sposób poszukiwany nurek nie mógł przestać produkować bąbli… Układ dna tak samo uniemożliwił przetestowanie poszukiwania według litery U, albo rozszerzającego się kwadratu. Na Nartach metody te doskonale się sprawdzają. Pod wodą jest dość płasko, widoczność, nawet w najlepszych okresach ogranicza się do mniej więcej pięciu metrów. W takich warunkach można sprawdzić metodę poszukiwania po sznurku.

Ekipę z kursu pozdrawiam, zacna to była ekipa, entuzjastycznie nastawiona do kursu, dzięki temu każde ćwiczenie było przyjemnością. A ćwiczeń było bez liku. Kurs rozpoczynaliśmy w sobotę około godziny dziesiątej, a kończyliśmy o osiemnastej, następnego dnia zajęcia kończyliśmy o piętnastej, startując o wpół do dziewiątej. Przerw dużo nie było (głównie na ładowanie, przy takich tłumach bardzo wydajna sprężarkownia zakrzówkowa i tak nie nadążała z nabijaniem butli), a my sprawnie zaliczaliśmy kolejne ćwiczenia. Wracaliśmy z zajęć wyciśnięci do samego końca, wymęczeni i wymoczeni. Brakło już energii na nurka rekreacyjnego, dopiero w niedzielę zostało nieco energii i czasu by zaliczyć jeden szybki nurek. Dziękuję bardzo Baśce, naszej świeżo upieczonej instruktorce, która dawała z siebie wszystko byśmy przysposobili najważniejszą wiedzę o ratowaniu nurków w opałach. Dziękuję też Błażejowi, który nam asystował przy ćwiczeniach, cierpliwie dawał się ratować, wynosić, resuscytować, ciągnąć po kamieniach, podtapiać i zalewać. Dużo cierpliwości potrzebuje Divemaster by to wszystko znieść. Dla mnie to o tyle cenna obserwacja, że przecież sam już podjąłem się kursu na Divemastera i mam nadzieję niebawem przeżywać te same „przygody”, co Błażej. Mam za sobą sześćdziesiąt nurkowań, skończyły mi się kartki w Logbooku. Wracam więc do mojego pytania. Czy czuję się już doświadczonym nurkiem, który może w stu procentach odpowiadać za innych nurków? Jakoś nie czuję bym mógł teraz odpowiedzieć: tak. Ile nurkowań mi jeszcze zajmie zdobycie pewności siebie, stuprocentowa pewność, że panuję nad pływalnością, że umiem zadbać o siebie, o swoje bezpieczeństwo, a do tego o bezpieczeństwo innych? Dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt, sto? Najważniejsze kursy, które są teraz przede mną to kurs divemastera (bardzie zbiór aktywności do zaliczenia, niż typowy kurs), kurs instruktora, kurs głębokiego nurkowania (bo marzy mi się schodzenie do czterdziestu metrów), kurs podlodowy. I to chyba tyle na teraz. Tylko tyle, nie? Nie. Aż tyle. A potem pewnie głód się uruchomi na inne umiejętności, na inne doświadczenia, na inne sprzęty.

Cenną wiedzę zdobywam o sprzęcie, na każdym kursie i spotkaniu oglądam sprzęt innych, oceniam ich konfigurację, podpatruję różne rozwiązania i patenty. O wszystko pytam, porównuję i sprawdzam. Mam już w głowie mniej więcej poukładane, co dalej z moim sprzętem, jakie światło zdobyć, jakiego suchego skafandra będę szukać. Jedno jest pewne, nurkowanie to czyste wariactwo, któremu można ulec i się w nim kompletnie zatracić. Ci, którzy potrafią studzić swój zapał i podchodzić do wszystkiego spokojnie, bez pośpiechu i bez szaleństwa, to prawdziwi szczęściarze. Większość z nas kompletnie wariuje na punkcie nurkowania. Pozdrawiam was, straceńcy.

Z czym zalegam

Wciąż nie mam czasu i weny by siąść i dopisać kolejne strony mojego loga, a log powinien być już bardzo bogaty i zaktualizowany dość mocno. Po pierwsze – zaliczyłem kurs Rescue + EFR i jestem już wykwalifikowanym nurkiem ratownikiem. Kolejny szczebelek na drabinie ku instruktorce zrobiony. Teraz jednak intensywnie zaliczam kolejne zadania, ćwiczenia i aktywności na Dive Mastera. A jest tego od groma i ciut, ciut. Ledwo co wróciłem znad Hańczy, gdzie robiłem kilka zaliczeń i asystowałem przy kursie OWD. To było czyste szaleństwo, ciężka robota od rana do wieczora. Pozwoliłem sobie na sobotnie szaleństwo chcąc niejako uczcić ważne zmiany w życiu (o czym wkrótce), ale to był błąd, bo następnego dnia musiałem wykazać się nie lada wytrzymałością, wykonać osiemset metrów płynięcia w ABC i tym podobne akcje. Całe szczęście, że pogoda nam dopisywała i wszyscy wrócili z uśmiechniętymi ryjkami pomimo narzuconego tempa. Być może też za chwilę będę reprezentować na polskim rynku kilku istotnych producentów sprzętu nurkowego, ale jeszcze nie wszystko pewne, więc jeszcze potrzymam te informacje w kieszeni. Tą krótką notką chciałem tylko dać znać, że jestem, że będę pisać dalej, jak znajdę trochę czasu. Chcę też przejrzeć wrzuconą treść, zrewidować kilka poglądów, które tu ogłaszałem. Człowiek dorasta, wyłapuje różne szczegóły, o których wcześniej nie miał pojęcia. Spodziewajcie się więc!

Na zakończenie krótki film z Zakrzówka.

W przygotowaniu materiały znad Hańczy.