Diversnight 2013

Diversnight – kolejne wydarzenie nurkowo kulturalne pod batutą niezawodnego Kamila „Jakuzy” Jaczyńskiego, w ramach działalności Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska. Tym razem mieliśmy przyjemność uczestniczyć w większym CZYMŚ. Diversnight to inicjatywa ponad narodowa. Tego samego dnia, o tej samej porze wszyscy uczestnicy włażą do wody. Dokładnie trzynaście po dwudziestej Polacy, Niemcy, Koreańczycy, Norwegowie, Kurakaończycy, Tajowie, Niemcy i wielu, wielu innych dało nurka. Nie u wszystkich pewnie była noc, ale nie o to chodzi. Chodzi przecież o nurkowanie. Kolejny dobry powód by ubrać się w piankę, zarzucić butlę na plecy i zniknąć pod powierzchnią wody. U nas oczywiście najlepszym akwenem na tego typu imprezy jest zielonkowska glinianka.

Wdzięczna pani jak zwykle przyjęła nas gościnnie, prezentując znakomitą wizurę, dobre warunki i podobno niemało ryb. Podobno, ponieważ mi tym razem niespecjalnie dopisało rybie towarzystwo. Oczywiście, spotkałem szczupaki, które tym razem miały mocne parcie na szkło, ale ogólnie rzecz biorąc byłem zaskoczony małością spotkań z rybim narodem. Ryby nie obijały mi się tym razem o maskę, nie musiałem ich odgarniać rękoma, rozpychać się i przeganiać co bardziej natrętne sztuki. Ryb naliczyć mogłem na palcach u mych dwóch rąk. Zapewne moc mojego oświetlenia (Gralmarine, dwie kule ognia posiadające w sumie jakieś piętnaście diod i dające światło identyczne z naturalnym słońcem Sahary, podłączone do „lekkiego” i „zgrabnego” kanistra wielkości dwulitrowej butelki Coli) spowodowała, że ryby uciekły w popłochu i tym sposobem zapewniłem mnogość rozrywki moim nurkującym kompanom, którzy na towarzystwo ryb nie narzekali. Ja tym razem węgorza nie spotkałem, choć go szukałem dokładnie. Liczyłem trochę na to spotkanie. Miałem przyjemność próbować nowej konfiguracji video – kamery Intova Sport HD na zgrabnym dwuręcznym uchwycie (żadna moja tandetna robota) z dwoma pięknymi ramionami dla przepotężnego światła, które mi Bartek Grynda wypożyczył, za co mu ponownie jestem dozgonnie wdzięczny.

Jak zwykle nurkowanie przeprowadziłem w moje ulubione zakątki glinianki. Wlazłem do wody, jak wszyscy, stromym zejściem tuż przed mostkiem. Poszedłem wzdłuż brzegu w lewo, pokręciłem się pod drzewami, zajrzałem pod pomosty, za szuwarki. Odwiedziłem niedawno powstałe łyse polany, dzieła wędkarzy walczących ze zbyt bujną roślinnością glinianki, spotkałem tam dwa raki amerykańskie. Ze szczupakami trzy razy się spotykałem, więc jest to chyba mój rekord. Coś mi umknęło, zdołałem tylko uchwycić chmurę mułu, która się podniosła w miejscu, z którego ów nieśmiały potwór dał dyla na mój widok. Ja tylko kątem oka widziałem blask łuski i cień sporego cielska, ale nie jestem w stanie zidentyfikować owego stwora. Poszedłem jego śladami, ale nie odnalazłem go. Szkoda. Kolejne nurkowanie nocne w Zielonce mam za sobą. Kolejne spotkanie z grupą GEPN, z bezbłędnym organizacyjnie Kamilem, światłofilem Pawłem, szyderczym Michałem G., swojskim Michałem K., uroczą Aśką i kilkoma innymi nurkami, którzy dołączyli do imprezy. Dla mnie to najpewniej zamknięcie sezonu, choć jeszcze jest cień szansy, że może za tydzień. Tak czy siak pianka się suszy, ja powoli przeglądam oferty na używane sucharki, marzę, że nowy sezon będę już mógł zacząć w suchym ubranku przed i po nurkowaniu. Marzną mi nóżki okropnie i odbiera to część przyjemności z nurkowania, choć w piance nie było mi tragicznie. Przebieranie z mokrej pianki w listopadową noc (choć zaskakująco ciepłą) przypomina mi o tym, jaka jest główna wada mokrej pianki. Suche skafandry tanieją, coraz więcej jest okazji do robienia podstawowych kursów w suchym skafandrze. Rozważcie to, a uroki polskich wód będą wam niestraszne ani trochę.