Ocieplacze – pojedynek Bare vs Element

halo3d-mens-zoom

Foto 1. (producent) Już z daleka widać, że ocieplacz nadaje się jako kostium do filmu Sci-Fi.

Przy okazji wyjazdu nad Hańczę miałem możliwość przetestować ocieplacz 4th Element Halo 3D. Jest to ocieplacz z górnej półki cenowej, a może nawet innego regału cenowego. Zabierałem go ze sobą dzięki uprzejmości Tomka Grzyba z Shop4Divers.pl. W bagażach wiozłem także swój ocieplacz Bare Hi-loft Polarwear Extreme. Sprawdzony już w różnych warunkach polskich wód. Nie zdarzyło mi się w nim zmarznąć. Widziałem, jakie cuda potrafi on nawet po totalnym zalaniu. Wystarczy wycisnąć dobrze z wody, powiesić w przewiewnym miejscu, jeżeli pogoda dopisuje, za godzinę ocieplacz będzie prawie suchy. Bare też do najtańszych nie należy, jednak nie należy do czołówki w kwestii cenowej. Niemniej jednak nie miał niczym ustępować pod względem parametrów droższemu koledze.

halo3d-womens-zoom

Foto 2. (producent) Damska wersja. „Zameczek ulgi” w ciut innym ułożeniu.

Już z dala widać, że te ocieplacze reprezentują zupełnie inną szkołę projektowania. Bare – typowy pikowany ocieplacz, jaki widujemy regularnie na polskich nurkowiskach, na wierzchu śliska powierzchnia, pod spodem przyjemny polarowy misio. Czwarty element to super futurystyczny wygląd, taka zbroja z jakiegoś filmu sci-fi. Dzianinowa powierzchnia skrywa sztywne panele pokrywające najbardziej narażone na zimno części ciała. Ubierając tą zbroję mamy wrażenie, że zamieniamy się w jakiegoś kosmicznego komandosa i że całość będzie nas chronić od ataków potworów i postrzałów z miotaczy. Jeżeli chodzi o wygląd, zdecydowanie Element dodaje nam charyzmy i niesamowitego szyku. Moim zdaniem w tym ocieplaczu możemy udać się nie tylko na nurkowanie, ale i do teatru, koniecznie na przedstawienie modnego reżysera, na którego przedstawieniach pojawia się artystowsko zwichrowana młodzież. Lans murowany. Mój Bare w tym pojedynku przegrywa. Wygląd klasyczny, nieco workowaty. Szyku w nim nie zadamy.

hlpolarm_2

Foto 3. (producent) Bare hi loft w wersji męskiej.

Niektórzy kupują oczami, ale większość z nas zanim wyda ten tysiąc złotych przynajmniej, przymierzy oba ocieplacze. Sprawdzi wygodę zakładania, noszenia i zdejmowania. I tutaj bitwa będzie nie rozstrzygnięta, choć w kilku punktach widać małą przewagę Elementu.

halo3d-spacetek-panels

Foto 4. (producent) Grube panele na piersi sprawiają, że czujemy się „kuloodporni”.

Bare zakłada się szybko i bezproblemowo. Układa się na człowieku jak druga skóra. Wewnętrzny misio jest bardzo przyjemny w dotyku. Nosiłem już ten ocieplacz nieraz, prowadziłem w nim samochód. Ba, spędzałem nawet chłodny wieczór w domowym zaciszu. Diabelsko wygodne odzienie. Żadnych ograniczeń ruchu, uwierania, czy niedogodności. Workowaty wygląd to tylko pozory, ocieplacz nosi się bardzo dobrze zarówno „na sucho” jak i pod sucharem – nie zwisa, nie ma luzów, które mogłyby jakoś przeszkadzać. Dwie rzeczy uważam za mniej przyjemne. Tasiemki na kciuki czasem się tak zrolują, że po założeniu potrafią nieprzyjemnie uciskać. Druga rzecz to ściąganie ocieplacza – wyraźnie ciężej się go zdejmuje niż zakłada. Nie jest to duża wada, ale jednak zauważalna. Za to na pewno wyżej sobie cenię odprowadzanie ciepła w Bare. W Elemencie nie znajdziemy tylu bajerów, które mają nam ułatwić oddawanie ciepła (i wilgoci, i różnych ludzkich zapachów) na powierzchni. W obu ocieplaczach brakuje szelek, więc założenie jest, że jak się już przebierzemy w ocieplacz to musimy w nim paradować ubrani kompletnie weń. I tu wygrywa Bare ze swoimi otworkami i zastosowanym innym, cieńszym materiałem na zgięciach przy kolanach i pod pachami.

HLPolarW_2kobiecy

Foto 5. (producent) Bare w wersji kobiecej. Trzeba się dobrze przyjrzeć by zobaczyć różnicę.

Element pomimo sztywnych paneli na piersiach zakłada, nosi i zdejmuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Oba ocieplacze w wersji męskiej wyposażono w dwustronny suwak. Dodatkowo Element otrzymał otworki pod zawór ulgi. Element ma też wygodniejsze pętelki na kciuki i ciut dłuższy kołnierzyk.

Obydwa ocieplacze mają małe zapinane kieszonki na górze. Bare na piersi, Element – na ramieniu. Obie mikre, niewiele się w środku zmieści (raczej nie smartfon). To niby żadna wada – nikt na nura nie zabiera telefonu. Jednak na powierzchni potrafimy spędzić sporo czasu w ocieplaczu – zwłaszcza instruktorzy, ja lubię sobie wypychać kieszenie różnymi przydatnymi (w mojej opinii) rzeczami – telefonem, kluczykami do auta, dokumentami – kieszonki w obu ocieplaczach są w stanie przyjąć część rzeczy, ale już poważniejszy smartfon tam nie wejdzie. Obydwa ocieplacze posiadają taśmy na stopy, w obu bardzo wygodne.

halo3d-pocket

Foto 6. (producent) Kieszonka w Elemencie na ramieniu. Na iPoda chyba.

 Tak uzbrojeni w wiedzę wskakujemy do wody i testujemy ocieplacze podczas nurkowania. Dwa totalnie odmienne projekty, zupełnie inne założenia konstrukcyjne, ale efekt jest ten sam. Nie zauważyłem żadnych różnic w utrzymywaniu ciepła, a przypominam, że miałem cały weekend nad Hańczą i siedziałem w wodzie zdecydowanie dłużej niż przeciętny nurek. W obu ocieplaczach robiło mi się zimno mniej więcej po tym samym czasie braku aktywności (w oczekiwaniu na kolejną grupę kursantów na powierzchni, albo pod wodą czekając na wykonanie ćwiczeń, albo ponowne sformowanie grupy). Nie zalewałem specjalnie suchara, nie miałem ochoty testować szybkości schnięcia Elementu. Mam to przetestowane w Bare i wiem, że ocieplacz zachowuje dalej właściwości izolacyjne i nurkowanie z „podlanym” sucharem nie stanowi straszliwej tortury. Schnie też pioruńsko szybko. Nie wiem jak zachowa się Element w tej sytuacji i jak szybko wyschnie. Same końcówki rękawów – rzecz, którą regularnie moczę – schły szybko i bezproblemowo.

kieszenbare

Foto 7. (producent) Kieszeń Bare na sercu. Pojemność równie znikoma.

Dwa słowa o wyporności. Podobno Element ma minimalizować dodatnią wyporność. Nie stwierdzono. Wręcz odwrotnie. Zaskoczyło mnie, że w tej samej konfiguracji sprzętowej, na basenie do trzech metrów głębokości miałem problemy z zanurzeniem się. Musiałem sobie dorzucić kilo w stosunku do ocieplacza Bare. Czyli Bare tu wygrywa.

Gdybym miał teraz wybierać ocieplacz i miałbym pieniądze na Element, pewnie bym go wybrał. Podpowiadano mi, że przy zastosowaniu odpowiedniej bielizny ocieplacz ten jest odporny na każdy chłodek. Nie będę ukrywał, że lubię ładne rzeczy i czasem kupuję rzeczy oczami. W tej kategorii Element wygrywa. Doceniam jednak Bare i uważam, że jest to równie dobry ocieplacz. Brakuje mu takich bajerków jak otworki na zawór ulgi, chętnie dorobiłbym mu szelki (ale tych także brakuje w Elemencie) i wymienił tasiemki na kciuki. Niemniej jednak w tej cenie Bare jest niepokonany, zapewnia znakomite warunki cieplne, jest bardzo wygodnym ocieplaczem.

Oba ocieplacze nadają się na nasze trudne warunki, na długie godziny pluskania się w naszych wodach. Bare to wydatek rzędu tysiąca złotych, Elementowi bliżej już do dwóch tysięcy. Stosunek ceny do jakości zdecydowanie więc bardziej korzystny w przypadku Bare. Z tym że otworki na zawór ulgi w Elemencie wskazują, że zamysłem autorów było zdobycie konkretnego typu klienta – nurka technicznego.

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.

DCIM100GOPRO

Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.

DCIM100GOPRO

Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.

DCIM100GOPRO

Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA

Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA

Foto 6. (kubaCE) Startujemy!

DCIM100MEDIA

Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.

DCIM100MEDIA

Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO

Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO

Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.

DCIM100GOPRO

Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!

DCIM100GOPRO

Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.

DCIM100GOPRO

Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!