Nurek w Stolicy – Sprzątanie Glinianki Cietrzewia – G.E.P.N.

Na 10:00 w niedzielę 19 maja 2013 roku ustalono rozpoczęcie bardzo specjalnego wydarzenia. Dla nurków o tyle specjalne, że można było zalogować nurkowanie w środku Warszawy, wcale nie na jakimś basenie, tylko w normalnej otwartej wodzie. Specjalne dla mieszkańców dzielnicy Stare Włochy, że nagle załadowało im się do parku przy stawach zwanych Gliniankami jakieś kilkadziesiąt osób, duża część ze sprzętem do nurkowania, co stanowiło nie lada uatrakcyjnienie niedzielnego wypadu na trawkę. Specjalne dla samych Glinianek, że te dwadzieścia parę osób wykonało nurka w słusznym celu uprzątnięcia zalegających pod wodą śmieci. Wszyscy coś zyskują, nikt nic nie traci, wszyscy zadowoleni. Nawet Pan Stefan, lokalny specjalista do spraw odzyskiwania i utylizacji złomu. Nie było więc w tym nic dziwnego, że akcja zorganizowana przez znanego wśród stołecznych nurków animatora Kamila Jakuzę Jaczyńskiego dostała zielone światło od lokalnych władz, które jeszcze  dostarczyły kontener na odpady. Do imprezy dorzuciło się Lotto i paru innych sponsorów, zatem uczestnicy dostali różne fanty na pamiątkę. Na miejscu pojawił się Kurier Warszawski i obiecał dać relację w głównym niedzielnym wydaniu.

Sprzątanie Glinianki Cietrzewia to bardzo pożyteczna i radosna inicjatywa dla wszystkich zainteresowanych, jednak jej początki nie zwiastowały niczego dobrego. Najpierw impreza była przesuwana w czasie. Zawdzięczamy to okrutnie długiej zimie. Pierwotny termin – 7 kwietnia, upadł po wizji lokalnej pod koniec marca – lód na wodzie miał się dobrze. Potem przyszły kolejne złe wieści. Nastał kwiecień, a zima wcale nie odpuszczała, ja brykałem po lesie na nartach, a Glinianka dalej spała spokojnie pod grubą kołderką lodu. Kolejne terminy kwietniowe szybko upadały aż w końcu ustalono – 19 maja, wtedy lód już na pewno pójdzie precz. No i poszedł, wreszcie! Woda zdołała nabrać przyjemnej temperatury na powierzchni, wielu z nas zdążyło rozpocząć sezon nurkowy w różnych częściach kraju i świata (a miała to być impreza otwierająca sezon…), a Jakuza podrzucał kolejne wiadomości na stronę wydarzenia na Facebooku o kolejnych sponsorach, szczegółach, fantach i atrakcjach. Przybywało chętnych do wzięcia udziału w sprzątaniu. Liczba spodziewanych uczestników urosła do ponad stu osób. Pojawiły się pierwsze głosy niepokoju – jeżeli te sto osób to nurkowie, to co to będzie za akcja, jak tyle ludu w jednym czasie wskoczy do tej niezbyt głębokiej, niezbyt obszernej i mocno zamulonej sadzawki? Zasugerowałem, że to wcale nie jest zła wiadomość, w końcu teraz wystarczy w tej liczbie wskoczyć naraz do wody, woda wystąpi z brzegów, osuszy się dno, zbierze śmieci i poczeka na zapowiadany na kolejne dni deszcz. Ktoś tam jeszcze dopytywał, czy ktoś ma pożyczyć butlę, ktoś tam jeszcze dopytywał się, gdzie leży legendarny czołg. W końcu nadszedł dzień sprzątania. Do auta załadowałem sprzęt, szanownego brata (miał robić dokumentację), Aśkę – partnurkę z poprzedniego GEPNowskiego nurkowania i ruszyliśmy na miejsce. Okolice są mi dość dobrze znane, jeszcze przed przeprowadzką za miasto, tamtędy zdarzało mi się pokonywać drogę do/ z pracy, także na rowerze. Urokliwy zakątek Warszawy wciśnięty między dwie dynamiczne arterie: Połczyńską i Aleje Jerozolimskie, w kilka minut od centrum można znaleźć się w enklawie ciszy, spokoju, zieleni i jednorodzinnych domków, które ukrywają przed oczami nieświadomych obcych swój skarb, Park Cietrzewia. Park Cietrzewia wyrósł wokoło kilku stawów zwanych Gliniankami. Stawy powstały w miejscu wydobywania gliny, z której wytwarzano cegły tak potrzebne do rozbudowy kwitnącej Warszawy. Cegielnie działały od 1842 roku, także po przejęciu terenu wioski Włochy i okolic przez holenderską rodzinę Koelichenów, która zaczęła przekształcać wieś w osadę fabryczną ( zwłaszcza, że rozpoczęto w okolicy budowę kolei). W 1928 roku posiadłość Koelichenów podzielono i okolice zagospodarowano zgodnie z koncepcją miast-ogrodów Stefana Starzyńskiego. Wyrobiska po cegielniach zostały zalane wodą i już jako stawy funkcjonowały głównie jako ostoja dzikiej przyrody aż do lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. W międzyczasie teren dziczał, a okoliczni przedsiębiorcy odprowadzali nieczystości do stawów. W końcu znalazły się pieniądze na rewitalizację stawów i zieleni wokoło. Nie wszystkim oczywiście pomysł przypadł do gustu, dzikość ma także swój urok, a w dodatku bano się o los lokalnej społeczności żab, których koncerty z pewnością były atrakcją dla spacerowiczów. Prace jednak ruszyły pełną parą i pod koniec 2011 roku park odżył na nowo. Wytyczono i wybrukowano nowe eleganckie alejki, postawiono ławki, pomosty, wybudowano plac zabaw dla dzieci i inne atrakcje dla mieszkańców, zaopiekowano się zielenią, wyregulowano i wyczyszczono brzegi stawów. Nie wiem, czy żaby przeżyły, czy wróciły nad stawy. Nie wiem też nic o losach ryb zamieszkujących stawy, choć w niedzielę wędkarzy nie brakowało – pytanie, czy nie siedzą tam tylko dla samej idei moczenia kija. Generalnie w moich oczach mieszkańcy nic nie stracili, a wręcz zyskali. Park prezentuje się naprawdę okazale i elegancko. Jest tu zielono, przytulnie, spokojnie, cicho. Wymarzone miejsce na odpoczynek po ciężkim dniu pracy w mieście. Może kogoś martwi długa lista zakazów i nakazów dotycząca użytkowników parku, albo wszędobylski monitoring. Niemniej jednak w zamian park oferuje czystość, bezpieczeństwo i święty spokój. Za krzakami nie kryją się żadni amatorzy tanich wyrobów procentowych, nie widziałem nigdzie stert zalegających śmieci, co niestety jest w moich okolicach (tych „prawdziwie dzikich”) dość powszechnym widokiem.

Dotarliśmy na miejsce grubo przed wyznaczoną na start godziną dziesiątą. Mimo to organizatorzy i pierwsi uczestnicy już się rozkładali ze sprzętem nad brzegiem stawu. Dotaszczyliśmy więc nasze szpejki do punktu zbiórki, przywitaliśmy się i poznaliśmy z organizatorem i czekaliśmy spokojnie na odprawę, która miała nastąpić krótko po dziesiątej. Nurków przybywało, jednak dość szybko okazało się, że nie grozi nam przeludnienie w wodzie i osób nurkujących jest dwadzieścia parę. Kamil szybko opowiedział co i jak robimy, gdzie się rejestrujemy, gdzie oświadczamy, że nurkujemy na własną odpowiedzialność (a gdzie ubezpieczenia DAN?), gdzie pobieramy worki na wydobyte skarby i gdzie  pobieramy pamiątki z imprezy – bardzo zacne koszulki okolicznościowe, oraz losowane fanty od sponsorów. Wszystko poszło bardzo sprawnie, zatem praktycznie już o wpół do jedenastej zaczęliśmy się ubierać w sprzęt i włazić do wody. My z Aśką uznaliśmy, że pójdziemy dalej od punktu zejścia do wody i będziemy eksplorować część północną zbiornika. Odbyliśmy krótką dyskusję, czy zabierać kompasy (akwen mały, płytki, kto by tam się martwił orientacją), ja porzuciłem rękawiczki uznając, że bez nich lepiej będzie mi poszukiwać i wydobywać skarby. Weszliśmy do wody, odpłynęliśmy na środek, ustaliliśmy kierunek nurkowania i ruszyliśmy do dna. Latarki włączone, kamizelki opróżnione, idziemy w dół, pierwsza obserwacja – widoczność grubo poniżej metra. Aśka znika mi co chwila z oczu, dno bardziej się wyczuwa niż widzi (gąbczasta zawiesina mułu), człowiek nie ma pewności, czy zachowuje głębokość, czy go właśnie wynosi do góry, czy ciągnie po dnie. Cały czas trzeba się gapić na komputer, próbować zobaczyć coś w świetle latarki, szukać partnura, szukać śmieci, transportować wór pełen skarbów. Wynurzamy się i korygujemy plany. Idziemy na powierzchni do punktu eksploracji, tam się zanurzamy i operujemy ciasno w wyznaczonym punkcie, wynurzając się co jakiś czas i kontrolując obecność partnura. Inaczej nie będziemy w stanie sensownie zająć się poszukiwaniem i wydobywaniem śmieci. Docieramy na pozycję i zaczynamy sprzątanie. Dno głównie przykryte zawiesiną mułu, dywanem skorup Szczeżui, a tylko czasem – piasku. Coś przy dnie widać, ale najlepiej poszukiwania idą metodą na „macanta”. Wydobywam głównie słoiki, oczywiście natychmiast w tym miejscu wzburzam chmurę mułu, więc zmieniam pozycję. Po chwili worek zaczyna mocno ciążyć, ciężko go utrzymać nad dnem. Wynurzam się i dowożę zdobycze na pobliski brzeg, skąd zostają pobrane przez lądowych pomocników. Dorzucam jeszcze parę gumowych woblerów (rodzaj wędkarskiej przynęty), których wolałem nie umieszczać w worku, bo znając moje szczęście zaraz bym je o coś zaczepił, zapewne o siebie. Wyławiam jeszcze różne pojemniki, przez chwilę myślałem, że natrafiłem na jakiś hełm, ale niestety bliższa inspekcja skreśla szanse na sensację – to tylko garnek. Trafiam też na kilka pustaków i różnych typów cegieł, ale uznaję je za ważny materiał podłożenia, nie szkodzący wodzie i jej użytkownikom. Zostają więc na dnie. Po mniej więcej godzinie uznajemy, że plan na ten czyn społeczny został zrealizowany, obieramy kurs do portu macierzystego. Aśka decyduje się iść przy dnie, ja głównie na głębokości „peryskopowej”. Wychodzę z wody, oddaję worek. Jakiś chłopiec dopytuje się, czy woda mokra. Odpowiadam, że sucha jak pieprz. Kolejne pytanie o czołg – odpowiadam, że widziałem, ale czołg też mnie zauważył i uciekł. Aśka jeszcze nie wychodzi, bawi się jak dziecko w wodzie. Osoba rejestrująca powroty par nurków niepokoi się faktem, że z wody wychodzę w pojedynkę – muszę więc poczekać na wynurzenie się Aśki i wskazuję ją paluchem – to mój partnur, zara kończy. Zrzucam sprzęt i w końcu mam szansę obejrzeć urobek innych. Widok jest zaiste imponujący. Moje kilka słoików robi przy tym marne wrażenie. Wyłowiono kilka opon, w tym jedną gigantyczną – od traktora, wannę (!), kubły, wiosła i niezliczoną ilość worków wypchanych różnym szmelcem. Nieźle jak na imprezę powtarzaną cyklicznie (ostatnie sprzątanie w sierpniu 2012 roku).  Praca wykonana, dobry uczynek spełniony, wszyscy nurkowie w wyśmienitych nastrojach, czas jeszcze na pamiątkowe zdjęcia ze skarbami, podsumowania i opowieści (niestety, ekipa Kuriera Warszawskiego pojawiła się jak siedziałem pod wodą, nie załapałem się do głównych wiadomości, skandal!). Ja jeszcze przy okazji nawiązałem kontakt z paroma forumowiczami z nurasa.info, umówiłem się na wspólnego nurka za tydzień, więc  tym bardziej uważam, że niedzielna impreza była bardzo satysfakcjonująca. Wdzięczność mieszkańców przyjemna dla serca, szum medialny gwarantowany (liczba relacji z tego wydarzenia mocno mnie zaskoczyła), dostąpienie zaszczytu wejścia w skład Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska i nawiązanie nowych kontaktów do tego. No sami przyznajcie, że lepiej nie mogło być. No dobrze – mogło być, ten wredny legendarny czołg mógł się jednak nie chować, to by była dopiero sensacja!

(mała poprawka po publikacji: rok temu w sierpniu odbyła się jedynie eksploracja i rekonesans na Gliniance, bez sprzątania)

Kilka zdjęć z imprezy (foto: Antoni Cieślak):

966855_467971783284065_1496867744_o 965689_467971703284073_1339866655_o 976830_467971939950716_1618431537_o 977049_467971923284051_1065141104_o 981792_467972169950693_734337453_o

Więcej zdjęć: GALERIA (Facebook)

Się podoba? Niech kliknie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *