Titanic – wszystko to, o czym mogliście nie wiedzieć. Część I

001

Mija właśnie sto piąta rocznica tragicznego rejsu Titanica, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku świat dumnych ludzi uległ dramatycznej zmianie kiedy bardzo nowoczesny i bardzo luksusowy statek po lekkim otarciu o kawałek lodu dryfujący po ogromnej kałuży oceanu atlantyckiego zaczął szybko nabierać wodę wbrew zamysłom projektantów, którzy byli przekonani, że zbudowali „prawie niezatapialny statek”. W niecałe dwie godziny statek poleciał na dno Atlantyku zabierając pod wodę ponad tysiąc pięćset osób. Tekst ten siedział mi w głowie już długi czas.

Zgromadzona wiedza nie jest wcale tajna, ani szczególnie niedostępna. Wszystkie te wiadomości można znaleźć w Internecie i różnych książkach. Ja je tylko zebrałem, wybierając najciekawsze i najistotniejsze informacje. Wybór jest absolutnie nie obiektywny. Po raz pierwszy usiadłem nad uporządkowaniem tej treści, kiedy przygotowywałem się do wykładu, który poprowadziłem na spotkaniu Klubu 4divers. Materiał jest na tyle obszerny (a jak wiecie, lubię się rozpisać), że postanowiłem go podzielić na dwie części. Zapraszam więc do lektury części pierwszej.

002
Clive Cussler. Autor serii powieści przygodowych.

GDZIE LEŻY MAGNES?

Jest coś w tej historii, co bardzo mnie pociągało już od dawnych młodzieńczych lat, daleko przed tym, zanim zapisałem się na kurs nurkowania (ale już w kościach czułem, że kiedyś będę nurkować). Wszystko zaczęło się od serii powieści Clive’a Cusslera o przygodach dzielnego i bardzo szczęśliwego nurka – badacza, Dirka Pitta, który wraz z przedsiębiorczą grupą pracującą dla niesamowitej narodowej agencji poszukiwań podwodnych NUMA poszukiwał różnych obiektów pod wodą, lub w jakiś sposób z nią związanych. Szczęśliwy dlatego, że posiadał niekończące się pokłady fartu, z każdej najgorszej kabały ratował się głównie dzięki szczęściu. Trzeba było trafu, że akurat gdy leżał spętany i pilnowany przez uzbrojonych zbirów coś zdarzało się takiego, że za chwilę jego wrogowie leżeli na ziemi a on już biegł w stronę cennego skarbu. Literatura przygodowa może nie najwyższej próby, ale bardzo działająca na moją wyobraźnię. Bardzo chętnie chłonąłem kolejne przygody Dirka. Bodajże najpierw był „Vixen 03” a potem „Lodowa Pułapka” i wtedy nastąpił ten błysk, to coś. Zaiskrzyło. Kolejna powieść w moich rękach, „Podnieść Titanica”, uruchomiła mnie. Dostałem absolutnego kręcioła na punkcie statku. Jakże mocno działało na moją wyobraźnię całe to zamieszanie z wrakiem luksusowego liniowca, w ładowniach którego miał znajdować się tajemniczy radioaktywny pierwiastek, który miał zmienić losy świata i zmienić bieg zimnej wojny. Najpierw mozolne poszukiwania wraku, podniecające odkrycie, a potem dramatyczne wydobycie statku na powierzchnię wody. Już we wstępie autor podkreślał, że pisząc powieść nie spodziewał się, że statek zaraz właśnie zostanie odnaleziony i że będzie się znajdować w tak świetnym stanie, choć niestety nie w jednym kawałku. Musiałem wiedzieć jak najwięcej o nim, musiałem zbadać jego prawdziwą historię. Źródłem informacji nie był na pewno film, który obejrzałem wiele lat później – na podstawie książki Cusslera, o tym samym tytule „Podnieść Titanica” – solidna, ale okropnie nudna produkcja amerykańska z lat osiemdziesiątych. Dość porządne tradycyjne efekty specjalne robiły niezłe wrażenie. Filmowcy zbudowali na serio ogromny model zniszczonego ale kompletnego wraku, który wydostaje się na powierzchnię oceanu  i kończy swój rejs wpływając triumfalnie do portu w Nowym Jorku.

005
Tak w ujęciu filmowców miał wyglądać Titanic po wydobyciu z dna oceanu atlantyckiego.

Opis statku w książce był bliższy realizmowi niż w filmie, w którym filmowcy stwierdzili, że realizm nie jest tak romantyczny jak wizja, gdy wrak, który najpierw opadał szybko cztery kilometry na dno (pęd wody, wiadomo, zrywa wszystko, opór jest silny), a potem szybko frunął do góry, równie daleko – mógł zachować wciąż takie elementy wyposażenia jak kominy, maszty i olinowanie! Film warto obejrzeć tylko dla samego odnalezienia i wyciągnięcia statku z dna. Cała fabuła jest jedynie wspomnieniem po całkiem wciągającej i zawiłej historii z książki. Miły dla oczu jest epizod sir Aleca Guinessa – odtwórcy roli Obi Wan Kenobiego w starych Gwiezdnych Wojnach.

004
Plakat filmu

Wróćmy jednak do rzeczywistości i do mojej świeżo rozkwitłej miłości do historii statku z początku dwudziestego wieku. Wyobraźcie sobie młodego człowieka, który wydaje swoje niezbyt pokaźne kieszonkowe na ogromniastą książkę – album „Odnalezienie Titanica” autorstwa Roberta D. Ballarda. Książka kosztowała wtedy trzydzieści jeden złotych (na okładce znajdują się dwie ceny, znak, że kupowałem ją w czasach, gdy Polska przechodziła denominację, stara cena – trzysta dziesięć tysięcy i pod spodem dopisane 31zł), nie była to więc dla mnie mała kwota. Myślę, że ówcześni pracownicy księgarni jak i moi rodzice byli ze mnie dumni, że postanowiłem w tak szlachetny sposób wydać swoje kieszonkowe. Dlaczego sięgnąłem po tą książkę? Otóż już od Cusslera dowiedziałem się, że to właśnie doktor Robert D. Ballard był owym człowiekiem, który odnalazł naprawdę Titanica, a stało się to w roku 1985. I to właśnie na jego książkę opisującą to wydarzenie natrafiłem w jednej z księgarni. Musiałem ją mieć!

okladka

O samych poszukiwaniach i badaniu wraku opowiem później, warto najpierw zastanowić się dlaczego historia Titanica rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń ludzi. Przecież to nie był wcale jedyny największy statek – miał przecież równie potężnych braci: Olympica i Britannica. Przecież nie była to największa katastrofa morska na świecie. Titanic ze swoim „żałosnym wynikiem” ponad tysiąca pięciuset ofiar nie znajduje się nawet w pierwszej piątce największych katastrof morskich (warto wspomnieć, że największa tragedia wydarzyła się u naszych brzegów na Bałtyku pod koniec drugiej wojny światowej i dotyczyła zatonięcia niemieckiego Gustloffa zatopionego przez rosyjski okręt podwodny i pociągającego za sobą życie sześciu tysięcy i pięćdziesięciu osób!). Chodzi tutaj jednak o ogromną zmianę w świadomości ówczesnych ludzi. Musimy pamiętać, że początek dwudziestego wieku to były specjalne czasy dla ludzi. Byliśmy piekielnie przedsiębiorczy, wynalazczy i rozwijający się. Wszystko nam wychodziło. Wiek wynalazków, wiek rozwoju przemysłu, maszyn parowych, rosnących majątków pojedynczych przedsiębiorców (a nie tylko już lekko zmurszałej klasy arystokratycznej – od teraz pieniądz i wpływy mogły znaleźć się w rękach każdego przedsiębiorczego osobnika). Ludzie czuli, że mają moc, są w stanie pokonać wszystkie żywioły i że przyroda nie jest im straszna. Jednym z dowodzących tego przeświadczenia wydarzeń miał być właśnie rejs między innymi Titanica, choć nie był on pierwszym z trójki ogromnych statków. Jednak to właśnie Titanic miał być tym najwspanialszym (jego młodszy brat – Britannic mógł go przyćmić, ale w tym czasie dopiero się rodził). Synonim luksusu, potwór, największy z największych. No i „praktycznie niezatapialny” – tu ważne jest podkreślenie, że autorami tego sloganu wcale nie byli twórcy statku, czy armator – w zasadzie hasło narodziło się w prasie, ale ani armator, ani stocznia nie dementowali, ale też nie potwierdzali tego stwierdzenia. Jakież ogromne zdziwienie było wszystkich, że ten synonim luksusu i bezpieczeństwa poszedł spektakularnie na dno po lekkim draśnięciu lodowej góry. Jak bardzo to wpłynęło na świadomość ówczesnych ludzi. Lekcja pokory – nic co ludzkie nie jest niezniszczalne, a żywioły dalej rządzą – ludzie nie mają szans. Ta gorzka lekcja pokory przede wszystkim przyczyniła się do zasadniczych zmian w przepisach bezpieczeństwa żeglugi morskiej.

043

Trzeba sobie uzmysłowić, że przestarzałe przepisy Brytyjskiej Izby Handlowej nie uwzględniały tak dużych statków w żegludze morskiej, a zatem chociażby liczba szalup nie zależała od ilości pasażerów, ale od tonażu statku i mówiła jedynie o tym, że statki powyżej masy dziesięciu tysięcy ton miały zapewnić przynajmniej szesnaście szalup mogących pomieścić przynajmniej dziewięćset dziewięćdziesiąt osób (i tak decydenci w sprawie Titanica wspaniałomyślnie dołożyli cztery składane łodzie ponad ten limit). Następną ważną zmianą po katastrofie była rewolucja w systemie komunikacji radiotelegraficznej – dotychczas radiotelegrafiści nie byli członkami załogi tylko pracownikami firm radiotelegraficznych, a ich głównym zadaniem było przekazywanie wiadomości od i do pasażerów. Co ciekawe, radiooperatorzy nie pracowali całą dobę – kończyli swoją zmianę i szli normalnie spać nie prowadząc całodobowego nasłuchu. Po katastrofie wprowadzono całodobowe zmiany przy radioodbiornikach, a radiotelegrafiści przeszli pod komendę kapitanów statków i głównym ich zadaniem odtąd było wymienianie się informacjami pomiędzy statkami dotyczącymi bezpieczeństwa żeglugi.

010
Titanic i Olympic

TRZEJ SYNOWIE WHITE STAR LINE

Zacznijmy naszą historię od rodziców statku. Wszystko zrodziło się w prężnych i nie znających określenia „nie da się” umysłach włodarzy linii White Star Line. I tu ciekawostka numer jeden. Przez długie lata opierając swoją wiedzę o Titanicu z książek Cusslera i Ballarda żyłem w przeświadczeniu, że ów statek jest tak brytyjski jak to tylko możliwe. Jest po prostu brytyjski aż do bólu. W końcu stocznia irlandzka go zbudowała, a port macierzysty – Wielka Brytania. Statek wyruszył w rejs z Wielkiej Brytanii, na pokładzie głównie śmietanka brytyjskiego „high class”. Jakież moje zdziwienie było kiedy dowiedziałem się, że owszem WSL główną siedzibę miało w Zjednoczonym Królestwie, ale właścicielem WSL  był amerykański holding – stąd na statku obowiązywało nazewnictwo amerykańskie (windy nie jak po brytyjsku „lift”, ale „elewator”, itp.). Jak już wspomniałem – Titanic miał dwóch braci. Najstarszy – „Olympic”, powstał nieco wcześniej i już regularnie kursował w czasie, kiedy Titanic opuszczał suchy dok i przygotowywał się do swojego dziewiczego rejsu. Jednak trzeba pamiętać, że od początku zakładano wybudowanie trzech ogromnych transatlantyków. Miała być to odpowiedź na konkurencyjną flotyllę statków należących do Cunnard Lines. Cunnard szczycił się luksusowymi i bardzo szybkimi statkami. WSL od początku założyło, że nie będzie walczyć o pałeczkę pierwszeństwa na polu prędkości – zwyczajnie nie dysponowali ani wiedzą ani technologią, która mogła pomóc im w pokonaniu konkurencji. Postawiono więc na wielkość i luksus. Trzy statki miały stanowić wzorzec w kwestii luksusu i wielkości – wszystko miało być „naj” i nie było czynionych w tej kwestii żadnych skrótów czy oszczędności. „Olympic” był pierwszym, a więc doświadczenia z jego budowy i użytkowania miały ogromny wpływ na zmiany czynione w projektowaniu i budowaniu młodszych braci. To „Olympic” służył najdłużej i pracował zgodnie z założeniem projektantów. Jego służba trwała od 1911 roku do 1935, kiedy po kolejnej kolizji zdecydowano, że nie opłaca się wykonywać remontu i należy pociąć statek na żyletki. Ciekawostka numer dwa – „Olympic” miał co najmniej dwie niebezpieczne przygody w trakcie swojej służby. Jedna z nich – kolizja z HMS Hawke tak poważnie uszkodziła statek, że ten musiał zawinąć do stoczni remontowej, w której powstawał Titanic. Do jego remontu (kolizja spowodowała zalanie dwóch wodoszczelnych przedziałów statku) skierowano dużą część robotników pracujących przy „Titanicu”, co spowodowało opóźnienie daty dziewiczego rejsu „Titanica”. Teraz rzecz najzabawniejsza w całym tym nieszczęściu – kapitanem odpowiedzialnym za tą kolizję był Edward John Smith – ten sam, który dowodził Titanicem podczas jego feralnego rejsu. To poniekąd obrazuje logikę działań ludzi odpowiedzialnych za żeglugę morską. Gość, który niespecjalnie dobrze sobie radził z prowadzeniem „Olympica” i przyczynił się do poważnej kolizji, dostał pod komendę najwspanialsze cacuszko White Star Line.

Ciekawostka numer trzy – swego czasu popularna była teoria spiskowa dotycząca zamiany statków. Według tejże Titanic miał być zamieniony z Olympiciem właśnie w momencie, kiedy Olympic został uszkodzony. Uznano, że naprawa jest nieopłacalna, przemalowano statek, zamaskowano uszkodzenia, wsadzono pasażerów i wysłano na ocean by ten zatonął w miejscu umówionym z innym statkiem (rzekomo z Californianem, który miał swój udział w smutnej historii Titanica), który miał zebrać pasażerów. To się ładnie nazywa oszustwem ubezpieczeniowym – Olympic idzie na dno, kasa idzie na konto WSL, zepsuty Olympic przestaje być problemem. Jednak Titanic/Olympic nie dopłynął do umówionego miejsca, stuknął w górę i poleciał na dno dużo wcześniej. Ciekawa teoria godna Foxa Muldera, co nie?

013

Już zostawmy w spokoju zwyczajną niemożliwość utrzymania tajemnicy – rzesze robotników pracujących przy obu statkach mieliby nie wypaplać takiej tajemnicy, że załoga nie pisnęła słowa – Jaaasne.

Od razu widać, że teoria musi mieć stary rodowód, kiedy prasa jeszcze nie była prężna, ludzie nie mieli takiego dostępu do informacji i zdjęć obu statków i na wszystkich wyobraźnię działało hasło „bliźniacze statki”. Wystarczy porównać zdjęcia obu statków, które jednak nie były tak do końca bliźniacze. Olympic powstał wcześniej.

014

Jego pasażerowie z pierwszej klasy skarżyli się załodze i armatorowi, że podczas wysokiej fali woda zalewa ich elegancki pokład spacerowy A. Wyciągnięto wnioski z tych skarg podczas projektowania Titanica i Britannica, których jedna trzecia długości pokładu spacerowego A jest zabudowana od strony dziobu. Na potrzeby takiej machlojki nikt nie przebudowałby statku, bo to już tym bardziej nie opłacało się nikomu, już nie mówiąc o skali przedsięwzięcia, a więc znowu o utrzymaniu tej całej mistyfikacji w tajemnicy.

015
RMS Gigantic/Britannic

Britannic – a tak naprawdę Gigantic, bo tak oryginalnie miał się nazywać ostatni z trzech braci. Zwodowany już po zatonięciu Titanica. Uznano, że Gigantic w takiej sytuacji byłoby zbyt pretensjonalną nazwą i spuszczono z tonu nazywając statek Britanniciem. Po katastrofie Titanica oba statki zatrzymano w dokach stoczni Harland and Wolff i dokonano poważnych poprawek konstrukcyjnych – podwyższono grodzie, dodano szalupy. Kiedy Britannic był gotowy do swojego rejsu wybuchła I Wojna Światowa i statek został zarekwirowany przez Brytyjską Marynarkę Wojenną. Jeszcze długi czas przystosowywano go do służby wojskowej, zanim tak się stało, statek pływał regularnie przez trzy miesiące na trasie Anglia – Irlandia – Francja. Potem przyszły pierwsze rejsy w nowej roli – statku szpitalnego. Britannic wykonał pięć rejsów, głównie do Włoch. Szósty rejs zakończył się dla statku tragicznie. Statek po wyjściu z kanału egejskiego wpadł na minę i zatonął w ciągu pięćdziesięciu pięciu minut. Tym razem obyło się bez spektakularnej liczby ofiar. Szalup było wystarczająco dużo, morze egejskie to nie zimny Atlantyk, a katastrofa miała miejsce blisko lądu. Jedyne ofiary to nieszczęśnicy, którzy wpadli pod pracujące cały czas śruby okrętowe – kapitan do końca próbował doprowadzić tonący statek do brzegu. Wrak statku odkryty i zbadany został przez samego Jacquesa Cousteau w 1975 roku, leży na głębokości 133 metrów

PROJEKT STATKU

Odnośnie samego Titanica, warto sobie uzmysłowić, że jego los został przypieczętowany już w momencie projektowania konstrukcji. O losie statku zadecydowały takie czynniki jak:

Dobór stali i nitów. Początkowo popularna teoria była o tym, że wszystkiemu winna była krucha stal, która w wyniku kontaktu z zimną wodą i pod naporem góry lodowej zwyczajnie popękała. Jak późniejsze badania wykazały, najbardziej wadliwym elementem całej konstrukcji był materiał użyty do produkcji nitów. Dobrze jest wiedzieć, że to były czasy pary i wynalazków. Ludzie czuli coraz większą presję czasu, maszyny coraz częściej wyręczały ludzi w pracy, a więc dużo ludzi i zawodów przestawało być nagle potrzebnymi. W zagrożonej grupie znaleźli się nitownicy. Ludzie, którzy ręcznie nitowali pokrycie statków w stoczni Harlanda i Wolffa musieli czuć presję – owszem, automatyczne nitownice były już powszechne, ale były ciężkie i drogie i nie nadawały się do nitowania w trudno dostępnych miejscach i na bardziej zakrzywionych powierzchniach. Pojawiały się jednak mniejsze i bardziej wydajne, mogące pracować także tam. Oczywiście kosztowały też odpowiednio. Nitownicy robili więc wszystko by stocznia nie zamieniła ich na nitownice. Opracowywali techniki bardziej efektywnej pracy (jeden trzymający nit, dwóch młotkujących), eksperymentowali także z surowcem, z którego odlewano nity. I tu tkwił problem, do składników nitów dodawano dużo różnych ulepszaczy, które powodowały, że materiał był plastyczny przy niższej temperaturze podgrzania. Tak zwany żużel powodował, że nitowanie szło szybciej, ale też powodował, że nit był podatny na pęknięcia.

034

Grodzie wodoszczelne dzielące statek na szesnaście wodoszczelnych przedziałów. Miały zapewnić, że przy zalanych czterech przednich lub tylnich, lub dwóch dowolnych innych statek mógł utrzymać się na wodzie. Oryginalnie miały sięgać dużo wyżej, bo aż do pokładu B. Jednak to nie czynnik ekonomiczny zdecydował o ich obniżeniu. Ważną wizytówką Titanica miała być ogromna klatka schodowa ulokowana między pierwszym a drugim kominem. To przez jej wielkość zdecydowano, że grodzie będą sięgać niżej tylko po to by znalazło się miejsce na byczą klatkę schodową (która z resztą miała ogromny wpływ na wytrzymałość kadłuba w tym miejscu).

Rezygnacja z podwójnego kadłuba. To mogła być najlepsza rzecz, w którą mógł zostać uzbrojony Titanic i która spowodowałaby, że żadna góra lodowa nie byłaby mu groźna. Obrazowo rzecz ujmując jeden kadłub schowany byłby w drugim – zewnętrznym. Gdyby jeden został uszkodzony, drugi utrzymałby statek na wodzie. Jednak uznano, że nie ma co dublować już i tak wielu niesamowitych zabezpieczeń statku. Uznano, że te pieniądze można wydać na inne udogodnienia na statku.

Ilość szalup ratunkowych. Tu nie chodziło o oszczędność – żeby to było jasne. Szło o przestarzałe przepisy ustanowione przez Brytyjską Izbę Handlową i brak ich aktualizacji pomimo pojawienia się takich jednostek jak Olympic, czy „ciut mniejszych” należących do Cunarda. Przepisy mówiły jasno – statki o masie pow. 10tyś. ton musiały zapewnić szesnaście szalup mogących pomieścić dziewięćset dziewięćdziesiąt osób. I tak w przypadku Titanica dołożono cztery ponad limit. Oryginalnie miało być ich więcej, ale armator uznał, że będą one tylko zaśmiecać pokład i zasłaniać piękne widoki bogatym pasażerom spacerującym po najwyższym pokładzie, tzw. pokładzie słonecznym. Co ciekawe, dyskusja w tej sprawie trwała piętnaście minut, podczas gdy decydenci dyskutowali później co najmniej dwie godziny na temat doboru dywanów dla pierwszej klasy.

Ciekawostka numer cztery – czwarty komin to atrapa! Informacja jest już wielokrotnie powielana w mediach, jednak wciąż niewielu ludzi wie, że czwarty komin na statkach WSL to była atrapa. Wydano kupę kasy na zbudowanie kominów, które świadczyły jedynie o skali i potędze statku, jednak nie miały totalnie żadnego praktycznego zastosowania. Wiąże się z tym jedna zabawna plotka, jakoby jeden z palaczy na Titanicu (to ci wiecznie umorusani pyłem węgielnym goście, którzy dzień i noc pracowali przy kotłach statku – projektanci też o tym pomyśleli – palacze mieli oddzielne pomieszczenia sypialne, stołówkę i inne potrzebne do życia pomieszczenia – byli dosłownie odseparowani od reszty załogi i pasażerów statku, byli dlań niewidoczni) wdrapał się po drabinie wewnętrznej w kominie numer cztery, wychylił się ze środka i pomachał wystraszonym pasażerom, z których część opuściła statek po tym incydencie (więc mogło mieć to miejsce w czasie, gdy Titanic przepływał z Irlandii do South Hampton, skąd ruszył przez Atlantyk do Nowego Jorku).

BUDOWA STATKU

Wyobraźcie sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Belfaście, w stoczni Harland & Wolff kładli pierwsze belki pod budowę Titanica, kilka tysięcy kilometrów dalej, w regionie zachodniej Grenlandii oderwał się kawał lodu i narodziła się góra lodowa, której przeznaczeniem było pokaleczenie Titanica i spowodowanie jego zatonięcia.

0001map
Trasa góry i Titanica aż do punktu spotkania

Tymczasem w Belfaście ruszyła budowa giganta. Jakież to musiało być wydarzenie dla całej Europy i reszty świata. Jak musiało działać na wyobraźnie powstawanie takich elementów jak kotwice statku, które transportowano przez całe miasto do stoczni zaprzęgiem złożonym z co najmniej dziesięciu par koni pociągowych. Jak wytaczano z hal ogromne kominy parowca. Przy budowie statku pracowało trzy tysiące robotników, budowa rozpoczęła się w 1909 roku.

018
Komin Titanica
019
Zaprzęg koni ciągnie kotwicę Titanica
020
Silniki statku. Zwróćcie uwagę na postać z lewej strony silnika. Skala robi wrażenie.
021
Robotnicy pozują przy śrubach statku.

Trzy śruby statku – w tym środkowa, która pracowała tylko do przodu, ale nie do tyłu, co powodowało, że statek zdecydowanie słabiej i gorzej reagował na manewry we wstecznym ciągu.

31 maja 1911 zsunięto kadłub statku po pochylni do mokrego doku stoczni. Przy okazji zginęło kilku robotników, ale nikt tego specjalnie nie przeżywał. Statek odholowano do ostatnich prac wykończeniowych i wyposażenia. Statek był gotowy do rejsu w kwietniu 1912. Kroniki filmowe puszczane w ówczesnych kinach pokazywały ogrom Titanica, choć warto wiedzieć (kolejny argument podpierający teorię o zamianie statków), że autorzy kronik często pokazywali ukończonego wcześniej Olympica i montowali tak materiał by ludzie mieli wrażenie, że oglądają nowego i większego Titanica.

FILMOWA OBSADA

Na pokładzie statku znalazły się różne ciekawe osoby. Oprócz wielu bogaczy, przedstawicieli różnych ważnych rodów szlacheckich na statku obecnych było trzech ludzi, którzy tworzyli bardzo filmowy zestaw bohaterów tragedii.

025
Thomas Andrews

Główny projektant – Thomas Andrews – zdecydowanie pozytywny bohater tej historii, to według jego oryginalnego projektu na statku miało być czterdzieści sześć, a nie szesnaście szalup. To on przedstawił projekt podwójnego kadłuba i grodzi sięgających pokładu B.

026
Grodzie według oryginalnego projektu
027
Grodzie w ostatecznej formie.

To jest ten typ artysty, który uważa, że jego dzieło nigdy nie jest dostatecznie doskonałe i cały czas myśli jak je poprawić. Jeszcze ponoć w trakcie rejsu siedział, przechadzał się po statku i kombinował jak ulepszyć statek. Thomas Andrews wymyślił na przykład sprytny system żurawików obsługujących szalupy, dzięki któremu żurawik mógł obsłużyć kilka szalup naraz, ustawionych jedna za drugą. I takie żurawiki zainstalowano na statku, mimo że żurawiki obsługiwały jedynie po jednej szalupie.

ismay
Bruce Ismay

Bruce Ismay – czarny charakter – przedstawiciel linii WSL. To najpewniej on zdecydował o obniżeniu poziomu grodzi (żeby zmieściła się ogromna i wystawna klatka schodowa), zmniejszeniu liczby szalup do przepisowej ilości (zgodnie z przestarzałymi przepisami) – bo ludzie nie płyną takim statkiem by oglądać szalupy – i o pojedynczym kadłubie. Posądzano go także o to, że nakłaniał kapitana do płynięcia pełną parą i zaoszczędzenia jednego dnia podróży. Piąta ciekawostka – plotka, jakoby Thomas dyskutował z kapitanem by płynąć pełną parą by zdobyć Błękitną Wstęgę Atlantyku (poprawka dzięki czytelnikowi nikita_t). Purpurowa harfa Błękitna Wstęga to rodzaj wyróżnienia dla statku, który pokonał Atlantyk w najkrótszym czasie. Jak pamiętamy, WSL od początku nastawiało się, że nie doścignie statków Cunarda, a więc nie odbierze im purpurowej harfy Błękitnej Wstęgi. Jedyny rekord, jaki Titanic mógł pobić to tempo, w jakim Atlantyk został pokonany przez Olympica. Nie ma pewności, a nawet jest to wielce nieprawdopodobne by tylko ten jeden człowiek był ojcem wszystkich złych pomysłów, które zadecydowały o losie statku. Jednakże biedny Bruce naraził się mocno opinii publicznej faktem, że uratował się. Pomimo, że załoga miała polecenie umieszczać w łodzi najpierw kobiety i dzieci, stąd oczywistym było dla publicznej opinii że Bruce powinien był oddać swoje miejsce w szalupie jakiejś kobiecie. W istocie sporo łodzi opuszczano z dużo mniejszą liczbą pasażerów na pokładach. Oficerowie głównie zadbali o ratunek pasażerów z wyższych klas, a jak nie byli w stanie wyłowić ich z tłumów kręcących się po statku pasażerów, pozwalali wsiadać do szalup mężczyznom. Bruce tłumaczył się tym, że czuł obowiązek przekazania wszystkich informacji opinii publicznej i być głównym świadkiem tej straszliwej tragedii by przysłużyć się przyszłej żegludze morskiej i spowodować by nigdy nie powtórzono takiego błędu. Bruce wycofał się z życia publicznego po katastrofie.

029
Kapitan E. J. Smith

Edward John Smith – kapitan statku. Dziewiczy rejs Titanica miał być ukoronowaniem jego kariery i zaraz po rejsie miał odejść na emeryturę. Wcześniej pływał wszystkimi flagowymi statkami linii. Nazywany był kapitanem bogaczy. Trzeba sobie uzmysłowić, że to był kapitan celebryta, ówczesna gwiazda mediów i ulubieniec wyższych sfer. Niektórzy bogacze, czy członkowie rodzin szlacheckich decydowali się na jakiś rejs tylko na podstawie informacji, że statkiem ma dowodzić właśnie Smith. Sam Edward przyznał, bez cienia wstydu, że nigdy, przenigdy w trakcie całej jego morskiej historii nie przytrafiło się mu nic niezwykłego, czy trudnego. To z pewnością przygotowało go na rejs Titaniciem. Pamiętajcie jednak, że tak naprawdę nie było wtedy żadnego kapitana gotowego do prowadzenia statków o tej skali. Nikt do końca nie umiał prawidłowo prowadzić tej wielkości statków i nie wiedział jak one zachowają się w różnych sytuacjach. W takich chociażby jak hamowanie przed górą lodową na kursie.

Marsa Alam z przemyśleniami

O Egipcie ciężko jest teraz pisać jak o standardowej wyprawie nurkowej w ładne miejsce na sielankowy i beztroski tydzień nurkowy. Siadając do klawiatury czułem, że nie skończy się tylko na opisie nurkowań, bazy nurkowej, czy samego pobytu. Czytam komentarze na Facebooku, czytam wpisy ludzi, oglądam udostępniane treści. Włos jeży się na głowie. Jakbym miał się opierać tylko na kreowanej na Facebooku rzeczywistości, schowałbym się pod stołem i nie wychodził z domu. Wiem, że nie jest normalnie, czasy są niewesołe, a my żyjemy w zdecydowanie mniej komfortowych psychicznie czasach. Straszy się nas terrorystą, który z jednej strony ma twarz szalonego, brodatego furiata, który wysadza się w tłumie ludzi, ale i szaleńcem, który niczym się totalnie nie wyróżnia z tłumu, co totalnie nie przeszkadza mu nienawidzić nas takimi jakimi jesteśmy i robić różne straszne rzeczy. Spadające samoloty, wybuchające samochody, goście z karabinami urządzający rzezie na ulicach europejskich miast. To nasza rzeczywistość. Polaryzacja cywilizacji – my kontra oni. My – nieczyści, zboczeńcy, tkwiący w grzesznym świecie konsumpcjonizmu. Oni – szaleni, ekstremiści religijni, nienawiść w czystej postaci zrodzona z biedy, braku perspektyw, niemocy, niewykształceni, prymitywni i okrutni. My albo oni. Jedziesz do Egiptu, rozglądasz się nerwowo po okolicy. Wszystko wygląda niby normalnie, spokój i cisza. Jeden głośniejszy huk, spinasz się i rozglądasz, o co chodzi. Widzisz grupę głośnych Egipcjan i zastanawiasz się czy to tylko sprzeczka, jakaś lokalna demonstracja, czy właśnie idą po ciebie.

Sam wyjazd miał się nie różnić niczym od tysięcy wyjazdów jakie zaliczają nurkowie co roku. Grupa potencjalnych uczestników rozmnażała się, to znowu topniała, raz bywało lepiej, raz gorzej, a wszystko tak jakby podejrzanie zależne od tego, co akurat pokazywano w mediach i dyskutowano w internecie. Jednak im bliżej daty wyjazdu tym więcej znaków zapytań i niepewności. Na ostatnią chwilę jedna osoba się wycofała – wiedząc, że traci sporą zaliczkę. Wyjazd był mocno niepewny – nie kalkulowało mi się wyjechać w takiej konfiguracji. Żyję z nurkowania, to moje jedyne źródło dochodu – nie jeżdżę tylko dla czystej przyjemności nie przejmując się kosztami. Albo wyjazd zamknie mi się finansowo i zyski pokryją koszty, albo nie jadę. Tutaj w ostatecznym układzie uczestników wszystko było policzone na styk, na zero. W takim momencie jak uczestnik rezygnuje, wszystko się sypie – tylko szybkie znalezienie dodatkowego uczestnika ratuje plan. Chyba tak jakoś na dwa tygodnie przed wyjazdem pociłem się, kombinowałem i szarpałem z głowy ostatnie kłaki włosów by to jakoś ogarnąć. Napadały mnie liczne wątpliwości, nieraz miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę i powiedzieć – dziękuję, nie jadę. Rodzina też nie była zachwycona. Egipt przecież to miejsce wybuchania samolotów. Potem jednak, chyba w najgorszym momencie, kiedy chciałem się poddać, przyszło ogromne wsparcie od mojej małżonki, za co jestem jej ogromnie wdzięczny. Ostatecznie znalazłem chętnego, wyjazd dopiął się finansowo i można było jechać.

Pomysł na stacjonarny tydzień w Marsa Alam na Sylwestra był moim zdaniem najlepszym pomysłem na spędzenie sylwestra. Nie jestem fanem naszej narodowej celebracji tego wydarzenia, zdecydowanie wolałem ten czas spędzić pod wodą. Czemu by więc nie zebrać się jakąś grupą i nie wyskoczyć na nurki w ciepłe. Z początku miał być to mój ulubiony Dahab, ale ze względu na ostatnie wydarzenia na lotnisku w Sharm stwierdziłem, że nawet ja nie mam ochoty sprawdzać jak tam teraz jest bezpiecznie po rozwaleniu rosyjskiego samolotu. Przesunęliśmy więc lokalizację wyjazdu do sprawdzonej przez naszą grupę bazy Marsa Shagra niedaleko Marsa Alam. Nurki stacjonarne w formule „no limit” – nieograniczony dostęp do lokalnej rafy. Możesz wchodzić do wody ile razy chcesz, z wody wychodzić tylko po to by zmienić flaszki. Idealna formuła by zrobić kursy nurkowe. Do poprowadzenia Advanced Open Water Diver i specjalizacja Deep Diver. Do tego nurkowie na bardzo różnym poziomie zaawansowania. W tych warunkach byłem w stanie zapanować nad całością i zapewnić odpowiedni poziom nurkowań tak by każdy wrócił usatysfakcjonowany. Hotel – Blue Reef Resort. Kiedyś o nim dużo dobrego mówiono, ostatnimi czasy opinie jednak się zmieniły. Jednak był bardzo blisko bazy i oferował wystarczający poziom komfortu na taki wypad.

Spotykamy się na lotnisku Okęcie w sobotę dwudziestego szóstego grudnia dwa tysiące piętnastego roku. Nadajemy bagaże, odbywając rytualną ciuciubabkę z obsługą linii lotniczych dotyczącą limitu kilogramów. Tym razem udaje się bez większych problemów – nie przekraczamy magicznej linii zbyt drastycznie, choć zdecydowanie nie mieścimy się w limitach. Nikt na szczęście nie zwraca uwagi na nasz bagaż podręczny – wypchany i obciążony do granic możliwości. Wskakujemy w samolot i lecimy do Marsa Alam. Lądujemy już po zmroku. Na lotnisku pustki, wieje nudą. Płacimy opłaty wizowe, przechodzimy przez egipską biurokrację – tu stempelek, tu karteczka, tam paszporcik a na koniec dziadzio sprawdzający, czy wcześniejszy urzędnik postawił stempelek. Wszystko w porządku, wsiadamy do busa rozwożącego turystów po hotelach. W samolocie jak i w busie pustek nie ma. Widać, że aż tak Polacy nie boją się Egiptu i że wciąż stosunek ceny wycieczek do oceny poziomu potencjalnego ryzyka jest na korzyść Egipcjan. Zwracam tylko uwagę, że zdecydowanie nie widać nurkujących turystów, choć jest to mój pierwszy wypad do Marsa Alam, jak, i na sylwestrowy wyjazd nurkowy i nie wiem czy jest to nienormalne, czy jednak standard. Wypadamy z busa, ładujemy się do hotelu – pierwsze wrażenie: jest kiczowato do bólu, ale czysto i schludnie. Pamiętałem z jednego wypadu do Dahabu, jak zwiększano poziom uwagi i „bezpieczeństwa” wokół turystów – tutaj kompletnie nie było nic widać, że coś się dzieje. Oczywiście od każdej strony plaży na granicy terenu hotelowego siedział jakiś wąsaty Egipcjanin, ale nie był ani uzbrojony, ani szczególnie spięty. Co do obsługi – oczywiście zakręcona po egipsku. Najpierw dostaliśmy z Jarkiem pokój z jednym podwójnym łóżkiem. Znaliśmy się, ale nie aż tak dobrze, żeby spędzać urlop w jednym łóżku. Trzeba więc było pójść i odkręcać temat. Poszło nawet bezboleśnie. Mogliśmy wreszcie rozsiąść się nad basenem hotelowym i przywitać nasz pierwszy egipski wieczór szklaneczką lokalnego alkoholu, wznieść toast za pomyślność wyjazdu. Chyba mniej więcej wtedy zorientowaliśmy się, że hotel jest totalnie opustoszały. Owszem, ktoś się tam kręcił, ale możliwości hotelu były przeogromne, a ludzi może było tyle, że jedna czwarta była zajęta. W dodatku wszyscy po przyjeździe natychmiast pochowali się po pokojach. Dopiero na krótko przed sylwestrem albo dorzucono autobus z turystami, albo po prostu wyszli ci, którzy dotąd kryli się w swoich pokojach. Nam to nie przeszkadzało totalnie – hotel był tylko naszą noclegownią. Za dnia znikaliśmy i pojawialiśmy się na chwilę na obiad, krótka sjesta i znowu wio do bazy nurkowej, z której wracaliśmy zwykle po zmroku.

marsa036
Fot. kubaCE. Baza Red Sea Diving

Pierwszy dzień nurkowy rozpoczęliśmy od egipskiego transportu. Cały temat był załatwiony jeszcze w Polsce, załatwiałem wszystko z bazą za pośrednictwem e-maila i doskonale to pamiętam, że pomysł z odbiorem nas z hotelu rzuciła pani z egipskiego centrum nurkowego. Napisała, żebyśmy dwudziestego siódmego czekali z całym szpejem o ósmej rano w hotelowym lobby. To nie był mój pierwszy wypad do Egiptu, więc wiedziałem, że na takich ustaleniach nie ma co specjalnie polegać, ale przecież baza miała swoją renomę, koledzy, którzy tam byli, wypowiadali się w samych superlatywach, że porządek i dobra organizacja. No ale cóż, nie dotyczy ona najwyraźniej korespondencyjnie ustalanego transportu. 🙂 Poczekaliśmy piętnaście minut i załatwiliśmy sobie transport hotelowej czerwonej Toyoty w wersji pickup. Dotarliśmy do bazy i od razu poszliśmy się rejestrować w bazowej recepcji. Tu okazało się, że wiedzą o nas, zanotowano nasze przybycie, wydano balast, pobrano certyfikaty i powiedziano, że mamy czekać na odprawę. Pojawił się sympatyczny, starszy grubasek, który powiedział, żebyśmy jeszcze chwilę poczekali. Czekaliśmy. Czekaliśmy. On się pojawiał i mówił, że jeszcze chwila. W końcu – chyba po jakiejś godzinie, zebrał jeszcze kilka osób (bodajże Czechów) i zaczął się produkować odnośnie bazy nurkowej. Wiadomo, swoje odczekać trzeba. Tak samo i wysłuchać, choć cała odprawa skupiona była na tym, w jak fantastyczny sposób możemy dodatkowo wydać nasze pieniądze, to jednak kilka informacji było dla nas istotnych. Tutaj powoli zaczął się budować cały obraz bazy nurkowej, gdzie nurkowie sami się ogarniają i organizują swój czas, a obsługa ma im jedynie pomagać od czasu do czasu. Przybywający nurkowie wykonują pierwsze nurkowanie z kimś z bazy, a potem sami planują i przeprowadzają swoje nurkowania. Chyba, że życzą sobie by ktoś ich oprowadzał – nie ma problemu. Tylko wtedy pakiet No Limit zamienia się na dwa nurkowania z przewodnikiem dziennie. My od początku nastawieni byliśmy na No Limit i tego się trzymaliśmy. W naszym zasięgu była więc północna i południowa część ogromnej rafy Marsa Shagra. Za każdym niemal razem mogliśmy decydować o kierunku i wariancie naszego nurkowania – czy chcieliśmy wchodzić z brzegu, wracać o własnych siłach, czy życzyliśmy sobie transportu ribem w jedną, czy drugą – a może nawet w obie strony. Po powrocie do dyspozycji mieliśmy baseniki do płukania sprzętu w słodkiej wodzie. Oddzielny basenik na pianki, wypornościówkę, buty i płetwy, a osobno płukanie dla delikatnych kamer, komputerów nurkowych, czy automatów. Woda wymieniania, w razie potrzeby uruchamiane dodatkowe baseniki. Skafandry można było rozwiesić na licznych wieszakach i tak je zostawić nie martwiąc się o ich los przez noc. Reszta szpeju po nurkowaniu lądowała w typowej egipskiej skrzyneczce na sprzęt i chowaliśmy ją do zamykanej szafki. Oczywiście stan szafek był różny, niektóre się rozlatywały, a o kłódkę trzeba było się samemu postarać, albo kupić w recepcji za 2 euro. Jednak całość funkcjonowała dobrze, a my bardzo chwaliliśmy sobie komfort zapewniany przez tak zorganizowaną bazę. Ważnym elementem naszych nurkowań była tablica rejestracyjna, na której wpisywaliśmy nasze wyjścia i planowaną godzinę powrotu. Gdybyśmy po powrocie nie zmazali swojego wyjścia, a minęłaby wyznaczona godzina powrotu – wszczęto by alarm i rozpoczęto poszukiwania. Nie testowaliśmy tego, ale słyszeliśmy, że obsługa potrafi zrobić poważny wykład niefrasobliwym nurkom, którzy zapomnieli się „zetrzeć”. Od tej strony więc wszystko działało idealnie. A mi szczególnie do gustu przypadło to, że o sprzęt można było być spokojnym. Jak raz udało mi się posiać gdzieś moje stare gopro, to kolejnego ranka już leżało w boskie „lost & found”.

W trakcie wyjazdu udało mi się wykonać kilka głębokich nurkowań, ale znakomitą większość zanurzeń zaliczałem na średniej głębokości około dwunastu metrów. Zwykle dzień zaczynałem od porannego nurka z Anetą, w ramach zaliczenia specjalizacji Deep, a potem docierała do nas reszta nurków i kolejne nurkowania robiliśmy już całą grupą, czasami tylko zmieniając konfiguracje. De facto dużej różnicy w krajobrazie nie zauważałem – czy byliśmy płytko, czy głębiej. Ba, nawet śmiem twierdzić, że rafa oferowała zdecydowanie więcej na płytszych partiach. Północna rafa różniła się od południowej tym, że była bardziej jednolita, mniej poszarpana, nie było tylu zapadlin i zakamarków, do których można było wsadzić łeb, albo wręcz wpłynąć. W tej części dno zdecydowanie szybciej opadało, choć miejsc, gdzie można było zejść poniżej trzydziestu metrów nie było zbyt wiele. Najprościej głębokość dawało się złapać płynąc na wprost od wyjścia z bazy. Było to z resztą jedyne miejsce, gdzie wolno było wchodzić do wody z brzegu. Niewielka szczerba w rafie rozszerzająca się szerokim kątem na otwarte morze, piaszczysto dno opadające równo i zdecydowanie. W samej zatoczce ledwie dwa, trzy metry głębokości. Jedyna najmniej przyjemna rzecz to, to, że w tym samym miejscu stacjonowały riby. Korzystając z zatoczki, trzeba było być nieustannie czujnym i trzymać się dna. To był istotny element odprawy i pierwszego nurkowania – dokładnie pokazano nam, że opuszczamy zatoczkę i tak samo wracamy do niej po jednej stronie rafy i wypłycając się trzymamy liny przy dnie. Mimo tych środków miałem nieustające poczucie obaw w stosunku do osób z gorszą pływalnością, kiedy operowaliśmy w zatoczce. Na szczęście dotyczyło to tylko początku, lub końca nurkowań. Południowa rafa moim zdaniem była bardziej malownicza. Na początku, po wyjściu z zatoki płynęliśmy przy stromo opadającej ścianie, która gwałtownie skręcała na południe, za zakrętem zaczynała się taka niby laguna o średniej głębokości około dwudziestu metrów. Tutaj można było kombinować ze ścieżką zwiedzania, zaglądać w różne zakamarki, albo wypłycać się i trzymać blisko ściany brzegowej, w której rozliczne rozpadliny oferowały ciekawe punkty widokowe. Odnosiłem nieustające wrażenie, że to właśnie tu koncentruje się całe życie i to tu spotykaliśmy wszystkie najciekawsze stworzenia. Przepiękne żółwie, towarzyszące im remory, czy całe zatrzęsienie płaszczek wszelkiej maści i wielkości.

Udało się nam przetestować warianty nurkowań z łodzi, z brzegu, raz nurkowanie kończyliśmy po zachodzie słońca i raz zrobiliśmy nocne nurkowanie. Ogółem zrobiłem na tym wypadzie bodajże osiemnaście nurkowań i czułem się mocno wynurkowany. Ba, dochodziło do tego, że zwyczajnie już mi się w piankę nie chciało wbijać, tak już byłem przesycony nurkowaniem.

CAMERA
Fot. kubaCE. Żółwik i remory.

Na koniec wyjazdu zrobiliśmy jeszcze wycieczkę po osadzie przyłączonej do bazy nurkowej. Całość kompleksu oferuje nocleg bardzo różnej jakości i komfortu. Zaczynamy od najdroższych bungalowów, zwiedzamy te skromniejsze i potem namioty nad brzegiem. Wszystko ma swój niepowtarzalny urok i wszystkiego człowiek chciałby spróbować. Nawet najprostsze namioty wyglądały zachęcająco, zwłaszcza, że ulokowane były najbliżej cudnie szumiącego morza. Ech, chciałoby się tam następnym razem spędzić więcej czasu. Zdecydowanie wolałbym przy kolejnej okazji skorzystać z oferty noclegowej właśnie Red Sea Diving Safari. Marzy mi się poddanie się tej niezobowiązującej atmosferze panującej w tym miejscu, temu luzowi, spokojowi. Zero hotelowej cepelii, żadnej „muzyczki” nad basenem, namawiania na aquafitness, animacji i innych „turystycznych specjałów”, na które okrutnie jestem uczulony. Tylko tak dla jasności – na hotel bardzo narzekać się nie dało, jedynie jedzenie było okrutnie monotonne. Na sylwestra wyraźnie szarpnęli się z pomysłami i fantazją, jednak w bardzo zaskakujący sposób jedzenie zostało sprzątnięte przez obsługę mniej więcej dwie godziny po tym jak je wystawiono – na dwie godziny przed północą. No cóż, nie jechaliśmy po to by dosmaczać sobie kubki smakowe. Czas jednak było wracać. Sprzęt wysuszyliśmy, spakowaliśmy się i rozpoczęliśmy powrót do kraju.

Tym właśnie końcowym akcentem wizyty egipskiej chciałem skończyć ów artykuł i na podstawie jego opisać moje odczucia odnośnie Egiptu. Najmniej przyjemnym i najbardziej odpychającym mnie od chęci powrotu do Egiptu było zderzenie z lotniskową rzeczywistością na wylocie do domu. Tak jak przyjechaliśmy, nie odczuliśmy szczególnie by podniesiono poziom zabezpieczeń. W drugą stronę było jednak już zupełnie inaczej. Jadąca z nami pracownica biura podróży ostrzegała, że już na wjeździe autobus może zostać poddany kontroli paszportów. Ok, coś już podobnego zdarzało mi się w Egipcie, ale na to, co zastaliśmy już w budynku terminala, nie byliśmy przygotowani. Lotnisko Marsa nie jest duże – nie był to jednak szczyt sezonu, w danym momencie pod budynek podjechały może dwa autobusy wypełnione turystami. Niemniej jednak wszyscy stanęli do gigantycznej kolejki do pierwszej kontroli bezpieczeństwa – skanowania bagaży. Trwało to niemiłosiernie długo, ale w końcu przyszła nasza kolej. Drażniło nas to, że na taką ilość turystów mogli uruchomić jeszcze z jeden punkt kontroli, bo dwa punkty potrzebowały mniej więcej godziny by obsłużyć te dwa autobusy. Może jednak pozostałe maszyny były niesprawne, albo nie było pieniędzy na to. Nie wiem. Dotarłem, dałem się sprawdzić, zostałem wyciągnięty jeszcze na dodatkowe przejrzenie plecaka – w końcu latarki nurkowe wyglądają podejrzanie. Dobra, poszło z tą odprawą – liczymy, że będzie czas na kawę i łażenie po kilku sklepach na lotnisku. Gdzież tam! Przecież paszporty trza sprawdzić – kolejna kolejka. No dobra. Znowu dwa stanowiska i taki sam szpalerek ludzi, ale idzie ciut szybciej. Przeszliśmy. Stop. Jeszcze jedno skanowanie bagaży. My już oczom nie wierzymy. Tym razem jedno stanowisko, tu skupiają się na wywalaniu rzeczy niedopuszczonych na pokład. Kolejka długa, czas się dłuży. Widać wyraźnie „zaangażowanie” obsługi, ale taki jest los turysty. W końcu po jakichś trzech godzinach zabawy w bezpieczeństwo zostajemy wpuszczeni do poczekalni. Na niecałą godzinę przed wylotem. Ktoś tam idzie wypić kawę, ja padam na ławkę i odpoczywam. W końcu wołają nas do samolotu – oczywiście do innej bramy, niż to miało być – ale co tam. Ludzie się jakoś orientują i jakoś to idzie. Tym razem jednak znowu pojawia się jakaś grupka kontrolerów, która wyciąga ludzi z kolejki. Nie bardzo wiadomo o co chodzi, ale część ludzi zostaje w terminalu, a reszta zostaje zawieziona do samolotu. Po pięciu minutach wracają ci wyciągnięci. Co się okazuje – dodatkowa kontrola na wypadek kontaktu z materiałami wybuchowymi. Chodzi o podpisanie jakiegoś glejtu, pomazanie łapek jakimś kleistym czymś i tyle – podobno obsługa ma przykazane badać tak około dziesięć procent całego stanu pasażerów danego samolotu. I to wszystko fajnie – ja doskonale rozumiem, że wzmożona kontrola to konieczność i że przecież się dba o moje bezpieczeństwo. Niemniej jednak w tym wszystkim męczyła mnie jawna fikcja tych działań. Pierwsze skanowanie jakoś nie mogło wskazać niesfornym turystom, żeby pozbyć się rzeczy, których nie można było wnieść na pokład samolotu w bagażu podręcznym, obsługa generalnie nie była zbyt czujna i zaangażowana w to całe kontrolowanie. Od razu przypomniał mi się ochroniarz z Dahabu. Przyjechaliśmy świeżo po jakimś zamachu w Tabie i cały Dahab trząsł się o bezpieczeństwo turystów. Zatem hotelowy ochroniarz miał przykazane by kontrolować każdy autobus lusterkiem od spodu czy nie ma tam spektakularnego ładunku wybuchowego. No i ten ochroniarz wkładał to lusterko przywiązane do kijka od szczotki pod każdy pojazd i kontrolował. Co z tego, że w ogóle nie patrzył na lusterko, a nawet w stronę pojazdu. Tak właśnie wyglądała ta skrupulatna kontrola na lotnisku. Mi samemu zwrócono uwagę, że nie mogę wnieść baterii od latarek w bagażu podręcznym. Musiałem je wyrzucić. Owszem, ale tylko połowę z tych, które leżały w plecaku – nie że były inne, były identyczne, po prostu były w innej siatce. Tak samo ta ostatnia wyrywkowa kontrola na kontakt z materiałami wybuchowymi, wyciągnięta do tej kontroli nasza koleżanka owszem podpisała stosowny glejt, ale w ogóle nie miała kontaktu z ową sprawdzającą substancją. Zatem nawet jeżeli miała kontakt z czymkolwiek niebezpiecznym, to nieistotne. Najważniejsze, że zostało podpisane, że została poddana takiej kontroli.

CAMERA
Fot. kubaCE.

Nie chcę stawiać kropki w tym miejscu. Chcę wrócić do jednej myśli, którą wyraziłem na początku. Wróciłem z Egiptu zły i nie miałem ochoty tam wracać właśnie przez tą jawną beznadziejność kontroli bezpieczeństwa, przez ten cały egipski bałagan i pokrętne podejście do kwestii opieki nad ich jedynym skarbem narodowym czyli ruchem turystycznym. Uważam jednak, że naszym obowiązkiem jest robić wszystko by ten cały dziwaczny, niedoskonały, nieogarnięty Egipt jakoś przetrwał całą zawieruchę i stanął na nogi. Najgorsze co możemy zrobić to odwrócić się od nich plecami. Już teraz Egipt stoi na skraju przepaści. Od wszystkich słyszę, że Dahab niknie w oczach, kurczy się. Wybrzeże wokół naszego hotelu też przerażało widokiem pustych, obracających się w ruinę hoteli. Za chwilę po prostu nie będziemy mieli do czego wracać. My oczywiście możemy szukać innych kierunków na nurkowania. A w Egipcie będzie tylko coraz biedniej, gorzej i marniej. Jak tak będzie się działo to tylko kwestia czasu, jak wejdą tam ekstremiści i zaorają to wszystko po swojemu. Bieda, brak perspektyw to idealne poletko dla religijnych fundamentalistów. Ludzie zdesperowani są gotowi na wszystko. Nie chciałbym się obudzić pewnego dnia i dowiedzieć się z internetu, że Egipt od tej chwili jest nieczynny do odwołania, a ludzie, którzy jeszcze nie dawno wozili nas na nurkowania, stoją teraz na granicy któregoś z europejskich krajów.

Szczególnie żal mi będzie takich ludzi z baz jak Red Sea Diving, czy Dahab Days – widać, że tym ludziom okrutnie zależy by to dalej się kręciło, by turysta przyjeżdżał, by był zadowolony i żeby czuł się bezpiecznie. Tym ludziom totalnie nie zależy na tym, by weszło tam jakieś ISIS, by do władzy doszedł jakiś kolejny wesoły dyktator, albo żeby zapanował jedynie słuszny porządek i ład takiego czy innego wyznania.

CAMERA
Fot. kubaCE. Dobranoc!

Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka
Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab
Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039
Fot. 5. Czarnogóra
DSC_0240
Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw
Fot. 7. Jezioro Staw
lipiec_reskju
Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.
lipiec_narty
Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek
Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka
Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki
Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight
Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Agama – test suchych skafandrów

Artykuł ukazał się oryginalnie w sierpniowym numerze magazynu „Blue Life”

okladka_800_net

Na naszym rynku mamy bardzo bogaty wybór suchych skafandrów, choć to przecież nie jest znowu taki duży rynek. Miłe dla mnie jest to, że nie brakuje polskich producentów – co więcej, są oni obecni na zagranicznych rynkach i cieszą się uznaniem zagranicznych klientów. To bogactwo oferty, oraz nasza silna pozycja na rynku światowym może wynikać z faktu nie tylko samej popularności nurkowania  w Polsce, ale i z tego, że każda osoba regularnie nurkująca u nas koniec końców przesiądzie się ze skafandra mokrego na skafander suchy. Zalet rozwiązania wymieniać nie ma sensu. Chcesz nurkować regularnie w Polsce, przyjdzie moment, że kupisz sobie suchara. Złapałaś, złapałeś zajawkę na nurkowanie i podoba Ci się w Polsce? Rozważ, czy warto wydawać dużo pieniędzy na dobrą i grubą piankę, czy nie lepiej już rzucić się na suchara. Oczywiście, zakup suchego skafandra to poważny wydatek. Nowy skafander kosztuje powyżej trzech tysięcy złotych. Czasem trafiają się jakieś okazje i można utrafić coś poniżej trzech tysięcy złotych. Jednak są to zwykle jakieś końcówki serii, na które trafić  można przy dużej porcji szczęścia. Z używkami jak z samochodami, bywa tak czasem, że w genialnej cenie trafiamy na doskonale utrzymane skafandry. Nie są zwykle piękne, ale to nie musi być najważniejsze kryterium wyboru. Niestety, dużo łatwiej jest trafić na mocno zużyty skafander. I tu wcale nie musi być zła wola sprzedającego. Materiał z wiekiem ulega degeneracji i nawet pomimo dobrego wyglądu i sprawnych łączeń, suchar może gdzieś zacząć puszczać. Usterki dopiero zwykle wychodzą w wodzie.

Jeżeli chodzi o nowe skafandry to od opcji do wyboru wprost boli głowa. Mamy fantastyczne marki premium – skafandry Santi, Waterproof, Ursuit, czy Fourth Element chociażby. Ciut taniej wypada Bare. W sucharach ?tańszych? (do czterech tysięcy) miałem możliwość przyjrzenia się polskiemu Seawolfowi i brytyjskiemu Typhoonowi. Seawolf ogólnie ma konkretny i niepowtarzalny pomysł na szycie skafandrów i ciężko jest go porównywać do innych producentów. Typhoon – brytyjska marka wydaje się nie zauważać najnowszych trendów w produkcji skafandrów suchych i choć szyje solidne skafandry to nie są to na pewno nowoczesne konstrukcje. Skupmy się przede wszystkim na najpopularniejszych u nas skafandrach powłokowych. Neoprenowe, owszem, fajne są, ale mają wszystkie wady pianki i ciężko je dostosować do każdej temperatury nurkowania. Szukając więc skafandra powłokowego z pewnością zwrócimy uwagę na wymienione właśnie marki. Nie wspomnę innych producentów, których rozpatrywałem przy poszukiwaniu skafandra dla siebie, ponieważ zwyczajnie odradzono mi te rozwiązania. I nie były to słowa sprzedawców, którzy mogliby mieć w tym interes, ale od użytkowników. Zatem generalnie w tym segmencie za dużego pola do popisu nie było. Do teraz. Na nasz rynek zostaje właśnie wprowadzona oferta czeskiej firmy Agama, o której dotąd kompletnie nic nie słyszałem. Co ciekawe, nie jest to wcale kwestia świeżości marki, ponieważ firma szyje skafandry nawet dużo dłużej niż nasze Santi. Zwyczajnie chyba nikt dotąd nie wpadł na to by wprowadzić na nasz rynek Agamy, co uważam za duży błąd. Nieduża firma prowadzona przez jedną rodzinę istnieje od 1991 roku i od tego czasu szyją skafandry nurkowe – czy to mokre, czy suche. W ofercie mają jeszcze ocieplacze, kaptury i obuwie nurkowe. W przypadku mokrych pianek część modeli produkowana jest przez zewnętrzne fabryki, ale cała główna produkcja, w tym suche skafandry, wykonywana jest na miejscu, w czeskiej fabryce firmy, w niewielkim mieście Zlin.

agama008
Fot. 1. Light 200. Baaaardzo wygodny.

Ja wziąłem pod lupę i na testy dwa skafandry suche – cordurowy Extra Plus i typowego lekkiego trylaminata Light200. W obu przypadkach materiał do szycia dostarcza brytyjska firma Ferguson.  Na pierwszy ogień poszedł Light200. Leciutki skafander. Materiał w tym modelu składa się z zewnętrznej warstwy nylonu, środkowej membrany z gumy i wewnętrznej nylonowej wyściółki. Waga: 225-255 g/m2. Łaty cordurowe na kolanach, na pośladkach i kieszeniach, buty w standardzie też bardzo porządne i przede wszystkim o odpowiednio sztywnej podeszwie – czego brakuje kilku producentom premium. Co fajne – kieszenie są wszywane w standardzie, bez dopłat – a to już nie jest norma, szczególnie w tańszych konstrukcjach. Kieszenie są odpowiednio pojemne i wyposażone w D-ringi. Wewnątrz suchara znajdziemy obowiązkowe szelki – też w standardzie i bez dopłat. Zamek TZIP zabezpieczony zewnętrznym zamkiem. Też rozwiązanie znane z droższych konstrukcji. Zawory SITECH – czyli standard rynkowy. Na plecach ściągacz. Przyglądam się wnętrzu – skafandry są zszywane i klejone taśmą 28mm. Wszystko wygląda estetycznie i bardzo porządnie. Nie ma do czego się przyczepić. Oglądam kryzę, która wyposażona jest dodatkowo w neoprenowy kołnierz dla podniesienia komfortu cieplnego. Wygląda to naprawdę zacnie. Wielu rozwiązań tego typu nie znajdziemy w droższych propozycjach. W testowanym modelu miałem zamontowane silikonowe manszety i kryzę – nie jestem ogromnym fanem silikonowej kryzy, przyzwyczaiłem się okrutnie do mojej neoprenowej, mile opatulającej mnie kryzy, ale sprawdziłem – w opcji jest oczywiście i neoprenowa kryza – co kto woli. Po zewnętrznych oględzinach przyszedł czas na założenie i przetestowanie. Skafander więc pojechał ze mną nad jezioro Narie, na nurkowania rekreacyjne. Pod spód zdecydowałem się założyć bieliznę termoaktywną i cienki ocieplacz-pajacyk Typhoona – idealny na płytkie nurkowania w niezbyt chłodnych wodach. Temperatura w płytkiej zatoczce wahała się pomiędzy czternastoma o osiemnastoma stopniami. Nie będę ukrywał, że ja takie rzeczy jak suchy skafander kupuję też oczami. Przyznam się, że po założeniu Agamy byłem pod ogromnym wrażeniem tego jak się na mnie układała i jak mi było w niej wygodnie. A przede wszystkim, że temu skafandrowi nie brakuje niczego i że wygląda bardzo porządnie. Nie wstydziłbym się ani trochę pojawiać się wśród posiadaczy droższych skafandrów. A przede wszystkim zaskoczyła mnie lekkość i wygoda przy wykonywaniu wszystkich manewrów. To było bardzo zbliżone do komfortu jaki towarzyszy używaniu lekkich skafandrów Seawolfa. W wodzie skafander zachowywał się bardzo porządnie. Powietrze się nigdzie nie blokowało i ładnie przepływało tam, gdzie tego sobie życzyłem. Żadnych problemów z zaworem dodawczym, czy upustowym. Oczywiście, po kilku nurkowaniach mogłem też ocenić schnięcie suchara – jego zewnętrznej i wewnętrznej strony. Materiał oddawał wilgoć bardzo szybko. Według mnie to jest doskonała konstrukcja dla ludzi poszukujących przede wszystkim lekkiego skafandra. Skafander w tej konfiguracji był naprawdę lekki i ładnie się składał. Jedyną wadą, jaką mogę wskazać to poślizg powodowany przez zewnętrzną warstwę materiału – ciężko go utrzymać w złożonej pozycji, jeżeli natychmiast nie schowamy go do torby.

Po dogłębnych testach Lighta200 przyszedł czas na model Extra Plus. Tutaj mamy do czynienia z zewnętrzną warstwą cordury, środkową gumową membraną i polyestrem wewnątrz. Waga materiału 560-620- g/m2. Skafander mimo to wcale nie był specjalnie ciężki, a już na pewno po założeniu w ogóle nie stwarzał takiego wrażenia. Odczuwalnie sztywniejszy materiał – taka jest cena wytrzymałości – generalnie jednak nie wpłynął na moją swobodę ruchów. Nie odczułem specjalnej różnicy w stosunku do Lighta200. Extra Plus ma wszystkie te same rozwiązania, co jego lżejszy brat: ściągacz, szelki, kieszenie, dodatkowy zamek i dodatkowy kołnierz wokół kryzy. Pływało mi się w nim tak samo dobrze. W obu przypadkach z resztą próbowałem też konfiguracji z grubszym ocieplaczem – Hi Loft Polar firmy Bare. Poprawa termiki oczywista, a przy tym jednak nie odczułem ograniczeń w ruchach – skafandry dobrze współdziałały i z cienkim ocieplaczem i z grubym.

Jeżeli chodzi o mnie to ja bym wybrał dla siebie cieńszy skafander. Urzekła mnie w nim jego lekkość. Oczywiście, póki co nie planuję czołgać się po rozerwanych fragmentach wraków, ani innych ekstremalnych wyczynów, bo wtedy sięgnąłbym po Extra Plusa, ale być może wcale nie ma co martwić się tak bardzo o wytrzymałość materiału Light200 – może się okazać, że skafander zaskoczy niejednego użytkownika swoją wytrzymałością. Testowane skafandry występowały w „jedynym, słusznym” kolorze – w czerni, niemniej jednak producent deklaruje, że zgodnie z życzeniem klienta, uszyje skafander w innych kolorach (potwierdziłem na pewno kolory: niebieski, czerwony, żółty). Tu ciekawostka – klient może sam zdecydować o konfiguracji kolorystycznej (jeżeli zażyczy sobie cały skafander żółty – proszę bardzo) i nie dopłaci za to ani złotówki. . Skafandry są oczywiście testowane pod ciśnieniem i  spełniają unijne normy EN 14225-2. Dostępne są w piętnastu różnych rozmiarach, a i oczywiście szycie na miarę też wchodzi w grę. W pakiecie ze skafandrem klient otrzyma torbę do transportu. Uważam, że skafandry Agamy mocno wykraczają poza ramy półki cenowej, na której producent postanowił się skupić. Wróżę marce powodzenie na naszym rynku.

agamadouble
Fot. 2. To nie jest nasze najlepsze zdjęcie, ale przynajmniej widać na nim Extra Plus – z prawej. A po lewej Light 200 oczywiście.

Znowu straszyłem w radiu.

Zalegam z wpisami, ale przynajmniej innymi kanałami próbuję opowiadać o nurkowaniu. 🙂

W niedzielę 23.08.2015 o 16:00 miałem przyjemność występować przed mikrofonem Polskiego Radia w Czwórce, w audycji „Co nas kręci”. Opowiadałem oczywiście o nurkowaniu, o tym, że w Polsce można fajnie nurkować, że mamy fantastyczne nurkowiska i że my Polacy znaczymy coś na nurkowej arenie międzynarodowej. Słówko też było o tym, jak zacząć nurkować i jak wygląda podstawowy kurs nurkowania.

Gdyby ktoś nie miał okazji to TUTAJ można znaleźć nagranie audycji.

Czarnogórski koncentrat

DSC_0220
Fot. 1. (kubaCE) Zatoka Kotorska. Widok z Perastu.

Czarnogóra to maleńki kraj o powierzchni ponad połowę mniejszej od powierzchni województwa mazowieckiego. Jednak Czarnogóra to taki turystyczny koncentrat pozwalający w ramach tak małego obszaru podziwiać wiele niezwykłych i odmiennych atrakcji. Mamy tutaj długą linię brzegową Morza Adriatyckiego, usianą ciekawymi miejscami nurkowymi (głównie raj dla skało/grotofilów, wrakomaniaków i raczej chłodnolubnych nurków – woda ma tu przeważnie około dwudziestu stopni). Mamy niesamowite pasma gór, które pokrywają praktycznie cały obszar Czarnogóry. Oprócz tego znajduje się przeogromne Jezioro Szkoderskie, największe na Półwyspie Bałkańskim. Mamy tu nadmorskie miasta średniowieczne, różne strefy klimatyczne i najsłabiej rozwiniętą sieć dróg między miastami! Czegóż chcieć więcej?

Wyprawa do Czarnogóry na długi weekend majowy chodziła nam po głowach od dłuższego czasu, a przygotowania trwały naprawdę długo. Błażej chodził wokół tematu już od kilku lat. Był tam kiedyś z rodziną na nienurkowe wakacje i wracał do Polski z myślą, że warto by tam kiedyś zanurkować. Kraj o tyle ciekawy, że wciąż mało popularny wśród europejskich turystów. Kierunek więc egzotyczny i ekonomiczny. Niewielu może się pochwalić nurkowaniem w Czarnogórze, a dzięki temu, że turysta zachodnioeuropejski preferuje inne kierunki, ceny utrzymują się na rozsądnym poziomie. Tylko ta odległość jest sporym wyzwaniem. Jechać samochodem to podróż na dwa dni ciurkiem. Lecieć samolotem to pozbawiać się możliwości mobilnych, a cenowo wychodzi raczej mało korzystnie.

Długi czas kombinowaliśmy sposób transportu, szukając najlepszego wariantu. Samolotem byłoby najprościej, ale w tym przypadku, w tym terminie kombinacja lotu wychodziła mało sensownie. W zadanym terminie cenowo kalkulowało się jedynie połączenie z przesiadką we Francji a całość podróży zamykała się w … osiemnastu godzinach, czyli tyle samo, co jazda samochodem. W końcu zdecydowaliśmy się na samochód. Wynajęliśmy dużego Opla Vivaro na dziewięć osób, z dużą przestrzenią bagażową. Jechało nas sześć osób. W tej konfiguracji zapewnialiśmy sobie optymalny komfort jazdy, kierowców nie brakowało, miejsca na sprzęt tym bardziej. Koszty według szacunków wychodziły bardzo przyzwoicie – paliwo, opłaty drogowe (z okrutnie drogą Słowenią na czele), wynajem samochodu – na głowę wyszło coś koło siedmiuset złotych. A do dyspozycji mieliśmy pakowne auto i mogliśmy przemieszczać się dowolnie po całej okolicy. Droga jednak jest nie tyle długa, co męcząca – fajnie, że są autostrady, jednak kilka odcinków, zwłaszcza za Chorwacją to przesiadka na gorsze drogi i mozolne pokonywanie krętych odcinków, gdzie jedzie się średnio pięćdziesiąt na godzinę. Do Czarnogóry jechaliśmy ambitnie, bez noclegów po drodze, praktycznie bez większych przystanków. Tyle tylko by zmienić kierowcę, coś zjeść, zatankować, rozprostować nogi i dalej w drogę. Wyszło niecałe osiemnaście godzin. Wysiadaliśmy jednak wymęczeni, pomięci, pogięci, obolali i totalnie niewyspani. W drugą stronę od razu zaplanowaliśmy, że będziemy wracać z noclegiem po drodze.

DCIM100GOPRO
Fot. 2. (kubaCE) Tylko natura potrafi takie cuda wyrzeźbić.

Po przekroczeniu granicy Czarnogóry nie odczułem specjalnie jakiegoś dreszczyku emocji związanego z odkrywaniem nowego miejsca. Widoki były bardzo znajome, a czasem przygnębiające. Nieciekawa architektura, słabiutkie drogi, brudno, ten sam problem z wszędobylskimi reklamami wszelakiego formatu. Wszystko to, co znamy z Polski (może nawet kilka lat wstecz), tylko z podmienionymi krajobrazami. To tak jakby nasze miasta i miasteczka przenieść nad wybrzeże włoskie, na przykład do Ligurii. Piękne góry wpadające w morze, drogi zwisające kilka dziesiątek metrów od wody rozbijającej się o wysokie mury skał. Miasteczka na drodze z granicy do Budvy nie rozpalały specjalnie mojej wyobraźni, niemniej jednak ja czekałem na nurkowania. Dotarliśmy do Budvy, ta tym bardziej nie rozpieściła mnie swoim „urokiem” nadmorskiego masowego kurortu drugiej kategorii. Kwatery okazały się jednak zacne, blisko bazy nurkowej, której pracownicy okazali się być nad wyraz serdeczni i chętni do wszelakiej pomocy. Sprzęt nasz trafił pod opiekę pracowników bazy, auto odstawiliśmy – na szczęście – na jakiś sensowny parking przy bazie, bo w centrum miasta, przy naszych kwaterach miejsc do parkowania praktycznie brak, albo w takich miejscach, że człowiek boi się, że następnego dnia znajdzie auto już w totalnie innym kształcie. Pierwszy wieczór oznaczał dla nas głównie regenerację sił. Następnego dnia mogliśmy brać się za nurkowania. Na początek spokojnie, rozgrzewkowo, naprzeciwko bazy. W zatoce znajduje się niewielka wyspa St. Nikola, przy której znajduje się niewielka rafa. Głębokości do około dwudziestu metrów, doskonałe miejsce na roznurkowanie. Do tego jakieś dwie jamki do przepłynięcia. Proszę bardzo! Dopływamy na miejsce, niestety jest wysoka fala, musimy przestawić łódkę i spróbować w nieco innym miejscu przy wyspie. Wskakujemy do wody, widoczność – rozumiemy, że z powodu warunków powierzchniowych – jest przyzwoita jak na polskie standardy, ale średnia, jak na te regiony. Woda ma około dwudziestu stopni, życie raczej ubogie, a głównym ozdobnikiem dla majestatycznych, pięknie wodą rzeźbionych skał jest wszędobylska trawa, a zaliczone jamki to półminutowe przeżycie w postaci przepłynięcia przez krótki wąski tunel w skale. Po dwóch nurkowaniach w tym miejscu wracaliśmy częściowo zadowoleni ale spodziewaliśmy się, że w lepszy dzień zanurkujemy od właściwej strony i będziemy mogli podziwiać ową lokalną rafę. Po powrocie do bazy ustaliliśmy pobieżnie plan na kolejny dzień i ruszyliśmy zwiedzać lądową Czarnogórę.

DCIM100GOPRO
Fot. 3. (kubaCE) Nasz przewodnik. Zacny, pomocny, ale czasem jak coś wymyśli…

Najpierw jednak doznania kulinarne. Polecono nam udać się do restauracji przy… dworcu autobusów. Udaliśmy się, knajpę znaleźliśmy i zasiedliśmy. Mi od razu przypomniały się czasy raczkującego kapitalizmu u nas, okres przemian. Czuć było ducha komunizmu w wystroju knajpy, w ubiorze obsługi. Kelnerzy jakby z innej epoki, ale otwarci i życzliwi, tacy zawadiaccy, lekko bezczelni, ale w sposób zabawny. Oczywiście łatwiej tu znaleźć kogoś mówiącego po rosyjsku, niż po angielsku, choć tubylcy starają się z nami komunikować przede wszystkim w swoim ojczystym języku, tylko wolno i wyraźnie artykułując każde słowo. O kuchni można powiedzieć głównie to, że oparta jest na mięsie smażonym w głębokim tłuszczu. Prosto przyprawione, niespecjalne wyszukane dania, kojarzące się nam ze wsią. Nie jest to zdecydowanie miejsce ani dla wegetarian, ani dla ludzi poszukujących oryginalnych doznań smakowych. Najlepsze co jedliśmy to żarcie żywcem z Włoch przyniesione. Generalnie daniami popisowymi kuchni lokalnej są Czewapcziczi, czyli lokalne kebabopodobne kotleciki, albo Pljeskawica, czyli ogromny kotlet, zwykle podawane z kajmakiem. To jednak nie jest to, co my znamy jako lepką, słodką masę do ciast. Bałkański kajmak to rodzaj masła – coś jakby połączenie twarogu i masła ubitego na puszystą masę. Do tego ziemniaki, frytki, znane nam surówki. Nic zaskakującego. Ryby, jeżeli są, kosztują sporo, ale nie natrafimy tutaj na nic odkrywczego i w tym temacie.

Po jedzeniu czas na doznania turystyczne. Na pierwszy ogień stara część Budvy i tu miła niespodzianka, bo natrafiamy na jakieś lokalne obchody i barwną paradę przebierańców. Sama starówka jest maciupka, jednak urokliwa – przypomina mi klimatem stare miasto Rodos. Wieczór spędzony na starówce kończymy prostym lokalnym winem i idziemy spać bo już nie możemy doczekać się kolejnych nurkowań.

Kolejnego dnia miejsce zwane Platamuni, znowu powulkaniczne formacje skalne, tym razem większe głębokości i lepsza wizura. Niestety, trafiliśmy w silny prąd. Zanim wszyscy znaleźli się w wodzie, część z nas już się zanurzyła. W pewnej chwili zrobiło się nerwowo, pod wodą udało mi się szybko znaleźć Błażeja, potem razem trafiliśmy na Łukasza. Łukasz najwyraźniej postawił sobie za punkt honoru nam uciec i pomimo sygnału akustycznego z kaczora płynął pełną parą prosto w jednym kierunku. Ledwo go dorwałem, obiecawszy sobie na górze zrobić mu na ten temat odpowiedni wykład. Niestety reszta grupy najwyraźniej udała się na nura, co stwierdziliśmy po wynurzeniu. Byliśmy w sporym oddaleniu od łodzi, zdecydowaliśmy się zanurzyć i przy skałach powrócić na pokład naszego transportu do domu. Po drodze przyglądamy się pionowym ścianom skalnym z niekłamanym podziwem. Mi udaje się znaleźć całkiem zacny bosak. Postanawiam wrócić z nim na łódź. W końcu jakieś trofeum z nurkowania. Odnajdujemy resztę grupy odbywającą spokojną i leniwą podróż powrotną. Wynurzamy się, ofiarowujemy zdobyczny bosak załodze łodzi i przenosimy się w inne miejsce. Kolejne skałki i jaskinki. Powoli zaczynam mieć tego wyżej uszu i marzy mi się okrutnie wrak.

Tego dnia po nurkowaniach uznaliśmy, że przede wszystkim chcemy dobrze zjeść i wypocząć po męczącym nurkowaniu, a za część krajoznawczą posłuży nam wycieczka do punktu widokowego na wyspę St. Stefan. Maleńka wyspa leży kilkadziesiąt metrów od lądu. Połączona ze stałym lądem niewielkim mostem, wyspa jest całkowicie zabudowana kamienicami i domami. Na wyspę żadne samochody nie wjeżdżają. Wszystko zostaje na parkingu na brzegu stałego lądu. Podobno cała wyspa składa się z domów i mieszkań do wynajęcia, nie mieszka na niej żaden stały rezydent. Widok przepiękny, ale żadnemu z nas nie marzy się łażenie pomiędzy budynkami. Wystarczy nam imponujący widok z wysokości, do tego jeszcze można dokładnie obejrzeć długą linię brzegową całej naszej zatoki. Nasyceni pięknym widokiem skalnego wybrzeża tej części Czarnogóry udajemy się do Tivatu na porządny posiłek.

DSC_0039
Fot. 4. (kubaCE) Wyspa St. Stefan.

Kolejne nurkowania, pomimo założonych planów, znowu odbywały się na lokalnych miejscówkach, tubylcy tłumaczyli się tym, że w tych warunkach morskich nie chcą płynąć dalej od bazy. Jedyny dostępny w okolicy wrak Oreste był dla nas póki co nieosiągalny – nasi opiekunowie znali jego położenie w przybliżeniu, nie było na nim żadnej bojki, ani opustówki. Lokalizatora GPS na łodzi nie było. Przepłynęliśmy więc znowu przez głębokie skały, gdzie mogłem Łukaszowi zaliczyć głębokie nurkowanie AOWD, a potem przemieściliśmy się na rafę przy St. Nikola. Morze było spokojne, mogliśmy wreszcie zanurkować w mitycznym owym miejscu, zwanym „rafą”. Dość powiedzieć, że miejsce pewnie w sprzyjających warunkach prezentuje się ładnie i ciekawie, choć użycie wobec niego określenia „rafa” jest według mnie nadużyciem. Na szczęście tego dnia po nurkowaniach postanowiliśmy się wybrać w region zatoki kotorskiej. I od tego momentu wiedzieliśmy, że wybraliśmy zły region nurkowań i bazowania. Zdecydowanie należy poszukiwać i bazy nurkowej (na przykład Tivat albo Herceg Novi) i tutaj skoncentrować swoje nurkowania, oraz najlepiej ustanowić swoją bazę wypadową. Zatoka Kotorska jest największym skarbem naturalnym Czarnogóry i tego regionu Europy. Przepiękny fiord (a dokładniej rias) otoczony przepięknymi górami, a na dokładkę takie perełki architektoniczne jak miasteczko Perast, miasto Kotor ze swoją starówką, czy twierdzą zbudowaną na górze nad miastem. Polecam sesję fotograficzną z murów twierdzy bladym świtem, zanim jeszcze najdą tłumy turystów i przy okazji będą właściwe okoliczności światła. Widok na zatokę z murów (dla mniej ambitnych: można podejść tylko w pół drogi pod górę na jeden z tarasów i z niego wykonać równie fajne zdjęcia zatoki) jest jednym z tych, które zostanie w pamięci do końca życia. Starówka Kotoru jest niewiele większa od tej w Budvie, ale znów klimatem przypomniała mi wąskie rodyjskie uliczki. Ten typ nadmorskiej architektury historycznej ma swój niepowtarzalny klimat, to połączenie egzotyki z dobrze nam znanym europejskim stylem budownictwa średniowiecznego. Coś niesamowitego.

DSC_0070
Fot. 5. (kubaCE) Starówka Kotoru.
DSC_0065
Fot. 6. (kubaCE) Widok z portu na twierdzę Kotor.

Naładowani pozytywnymi emocjami mogliśmy przystąpić do kolejnych nurkowań i tym razem udało się nam w końcu zaliczyć wrak! I to nie byle jaki, bo właśnie Oreste. Najpierw ustalenie pozycji za pomocą odbiornika GPS (tym razem się znalazł), potem długie i mozolne próby zaczepienia kotwicy o wrak, w końcu stoimy. Wrak włoskiego transportowca z 1942 roku spoczywa na głębokości trzydziestu dwóch metrów. Statek wpłynął na minę, która go dosłownie rozerwała – w czym pomógł przewożony ładunek, który uległ powtórnej eksplozji. Szczątki statku nie są jednak specjalnie rozproszone, dość łatwo też zidentyfikować, co jest czym. Dla mnie to niesamowite przeżycie – pierwszy poważny wrak. W końcu. Żadne tam płytkie, bliskie i wyślizgane przez tłumy, albo sztuczne wraki. Po prostu statek ze swoją historią, który tutaj zakończył swój żywot w sposób szybki i brutalny. Kotwica więc zaczepiona o wrak, ustalony plan nurkowy. Decyzja zapada, że dzielimy się na dwa niezależne zespoły – jeden wchodzi po drugim w odstępie pięciu minut, by nie robić tłoku na linie opustowej. Jest odczuwalny prąd, schodzimy i wchodzimy więc po linie. Ja prowadzę pierwszy zespół. Czuję mocno bijące serducho jak wskakuję do wody, ale mam w głowie ustawiony aparat kontroli na najwyższy poziom ogarnięcia – to ma być fajne, udane i bezpieczne nurkowanie. Na dole długo siedzieć nie możemy, trza więc szybko spaść na dół. Wykorzystać każdą minutę na zwiedzanie, zlokalizować kotwicę i bez zwłoki rozpocząć wynurzanie, zanim wybije ostatnia minuta czasu bezdekompresyjnego. Zanurzamy się. Pod nami nieprzenikniony błękit. Statku nie widać. Schodzimy dwadzieścia metrów niżej, jasno jest, światła nam specjalnie nie potrzeba, jednak wraku nie widać. Zaczyna mi się palić kontrolka – czy źle wylądowaliśmy i kotwica zaczepiła o coś przypadkowego, a wraku na tej pozycji nie znajdziemy? Szukać go na ślepo wokół kotwicy, gdzie przejrzystość można ocenić na jakieś dziesięć, piętnaście metrów? Nie marzy mi się to. Opadam niżej. Uff. Jednak są jakieś szczątki. Chyba wylądowaliśmy blisko jakiegoś masztu. Płaskie blachy poszycia utwierdzają mnie w przekonaniu, że wrak jednak tu jest. Sprawdzam kompas, planuję w głowię trasę i powrót w to miejsce. Odpływając od kotwicy, odwracam się by znaleźć punkty charakterystyczne, bym wiedział, że to właśnie tu mam szukać kotwicy. Wizura jest przyzwoita, ale nie powala. Latarki służą tylko doświetlaniu, jest widno, ale dalej jest to jakieś dziesięć, może piętnaście metrów za którymi już ściana pływających drobinek rozmywa obraz. Opływamy wrak z lewej strony. Zaglądamy w różne ciemne zakamarki. Ogólnie widać, że to statek, ale eksplozja, która go tak rozniosła, musiała być potężna. Na dno dotarł już tylko zbiór szczątków, pływy dokończyły dzieła zniszczenia. Smutny to widok, ale zapadający w pamięć. Dla mnie o tyle to ważne doświadczenie, że to pierwsze. Utwierdzam się w przekonaniu, że wraki to jest to, co tygrysy lubią najbardziej i że tą ścieżką chcę kroczyć. Zbieram zespół do kupy, zostaje pięć minut do powrotu. Minęliśmy już drugi zespół, pomachaliśmy im. Wracamy do kotwicy. Kierunek na kompasie potwierdzony, ruszam mając nadzieję, że tym razem nawigacji nie popierdzielę – jestem w tym dobry, naprawdę dobry. Kompas mam opanowany, nawigację też, ale jestem mistrzem roztargnienia – coś nastawię, coś zanotuję w pamięci, bądź na tabliczce, a po minucie nie pamiętam, gdzie i co miałem znaleźć, jaki kierunek jest nastawiony – powrotu, czy w drugą stronę. Na szczęście rozpoznaję elementy statku, gdzie powinienem namierzyć kotwicę. Jest kotwica. Sprawdzam komputer – ostatnia minuta limitu właśnie wybiła – rozpoczynamy wynurzanie po linie. Spokojnym tempem zmniejszamy głębokość trzymając się liny. Ja na górze, tuż obok mnie Łukasz, nieco poniżej – wolniej – idzie Konrad. Cały czas sygnalizujemy sobie, że wszystko w porządku. Sprawdzam, czy Suunto tym razem dolicza mi dodatkowy przystanek. Nie. Uff. Wynurzam się do pięciu metrów, widzę, że dostaję cztery minuty przystanku. Sygnalizuję przystanek Łukaszowi, widzę, że Konrad z xDeepem ma wolniejszy harmonogram wynurzania, ale jest blisko nas. Wszystko w porządku. Nagle widzę lecącą ku nam ogromną chmurę bąbli. Myślę sobie: „ocho, reszta wróciła do liny i rozpoczyna powrót”, jednak w tym momencie czuję jak lina traci napięcie. Szybki rzut na komputer – lecimy do góry! Nie czekając ani sekundy łapię Łukasza i spadam z nim na Konrada, gdzie z powrotem łapię głębokość przystanku. Lina się uspokaja, chłopaki mają nieco powiększone źrenice od całego zamieszania, ale udaje się nam dokończyć przystanek i wynurzyć przy łodzi. Wracamy na pokład i dzielimy się naszymi historiami. W naszej grupie przeważa liczba nurków ze średnim doświadczeniem i nie posiadająca nurkowań wrakowych w swoim rejestrze. Spora ich liczba przekonała się tym nurkowaniem, że wraki nie będą ich konikiem. Trudno – nie wszystkim musi się podobać, ja miałem ogromną przyjemność i zakończyłem nurkowanie bardzo zadowolony. Konrad był zdziwiony naszym gwałtownym lądowaniem na jego głowie. Wyjaśniłem mu, że zrobiliśmy „lekką” windę w górę przy okazji ruchu liny, więc by ratować przystanek spadliśmy na niego. A kwestia nagle poluzowanej liny kotwicznej szybko się wyjaśniła. Nasz ambitny przewodnik wracając ze swoją grupą postanowił przestawić kotwicę, prawdopodobnie po to by przy podnoszeniu nie zaplątała się w szczątki statku. Zuch chłopak, tylko szkoda, że sprawił kilku ludziom niemałą adrenalinę swoim wyczynem. Cóż, nurkowanie zakończone, poważnie nakarmieni azotem robimy sobie długą przerwę na pokładzie łodzi obijając się w jakiejś cichej zatoczce. Potem spływamy niedaleko pod skały i wykonujemy płytkiego, kończącego dzień nurka. Nie pamiętam już tego, co było pod wodą, bo cały czas myślałem o wraku Oreste. Chciałbym tam wrócić. Chciałbym zobaczyć inne wraki. Fajnie, że cała linia brzegowa Czarnogóry usiana jest wrakami, kilka atrakcyjnych i dostępnych dla mnie wraków znajduje się u wejścia do zatoki kotorskiej. Niestety, kolejna poważna rozmowa z szefem bazy nurkowej uświadamia mi, że oni może i chęci mają, ale dokładnych lokalizacji nie znają, miejsc tych nie znają. Już wiem, że Czarnogóra to był dobry pomysł, tylko mogliśmy lepiej wybrać miasteczko i bazę. Teraz postawiłbym pewnie na Herceg Novi, albo na Tivat. Kłopot polegał na tym, że jak robiliśmy wywiad przed wyjazdem to właśnie z naszą bazą z Budvy mieliśmy najlepszy kontakt. Szybko i sprawnie odpisywali na mejle, przedstawiali kompletne informacje i odpowiadali wyczerpująco na nasze pytania. Kontaktowo więc wypadali najlepiej.

DCIM100GOPRO
Fot. 7. (kubaCE) Oreste.
DCIM100GOPRO
Fot. 8. (kubaCE) Oreste.
DCIM100GOPRO
Fot. 9. (kubaCE) Powracamy z Oreste.

Ostatni dzień naszych nurkowań to już prostsze nurkowania – jakieś zgrabne trawki, ciekawe słupy skalne i miejsca, gdzie rzeczywiście można było złapać wrażenie, że nurkujemy w Egipcie. Pogoda dopisała, ryby tym razem też. Kończyliśmy cykl nurkowań. Było fajnie, ale chyba wszystkim pozostało lekkie uczucie niedosytu. Ja jeszcze wspomnę o jednej kapitalnej lądowej wyprawie, czyli wizycie w starym mieście Bar. Jest to kolejne miejsce, które jest obowiązkowym punktem odwiedzin w Czarnogórze. Pięknie położone na wzgórzu stare miasto. Z murów widok na malowniczą dolinę rzeki Vrucy, na nową część miasta ułożoną w dolinie, na nowoczesny i ogromny port. Gdyby to było tylko eleganckie, ładnie zachowane stare miasto, prawdopodobnie nie wyróżniałoby się znacząco z szeregu podobnych malowniczo położonych starówek. Jednak Bar dotknięty został poważnym trzęsieniem ziemi w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym i stara część miasta została opuszczona. Skorupki starych budynków powoli obrastały trawą, drzewami i inną zieleniną. Obecnie stare miasto jest tylko kosmetycznie porządkowane – przycinane są rośliny, zabezpieczane pozostałości budynków. Mamy więc do zwiedzenia miasto ruin przyozdobionych zadbaną zielenią, z przepięknymi widokami wokoło. Nam trafiła się też dobra pora. Pod wieczór mogliśmy z murów oglądać piękny zachód słońca, a po zachodzie, przy ładnie doświetlanych murach mogliśmy kontynuować błądzenie w labiryncie zrujnowanych budynków. Po tej wycieczce w zasadzie temat Czarnogóry można zamknąć. Na kolejną wyprawę zostawimy sobie tylko Jezioro Szkoderskie, w którym można pewnie byłoby dać też nurka.

DSC_0127
Fot. 10. (kubaCE) Stary Bar.
DCIM100MEDIA
Fot. 11. (kubaCE) Nieśmiała murena.
DCIM100MEDIA
Fot. 12. (kubaCE) Nieśmiała murena.

Wyprawę zakończyliśmy przystankiem z noclegiem w Austrii, w górach i nurkowaniem w Grunersee. To było wręcz genialnym zamknięciem wyjazdu. Jeżeli ktoś z nas nie był do końca usatysfakcjonowany nurkowaniami czarnogórskimi, tym nurkowaniem puszczał wszystko w niepamięć. Poziom wody w jeziorze nie był zbyt imponujący, coś około siedmiu metrów. Mostek nie był całkowicie zalany wodą. Mimo to nurkowanie było zwyczajnie bajeczne. Jeżeli ktoś myśli, że jest to zbiornik martwy, zdziwi się – w akwenie krążą całe ławice ryb, w tym przepiękne, dorodne pstrągi. Fajne było to, że nurkowaliśmy na pożyczonych na miejscu butlach dziesięciolitrowych (okrutnie drogo wychodziło to pożyczenie). Mieli do pożyczenia tylko trzy butle, więc zaplanowaliśmy nurkowania w dwóch zespołach wymieniając się sprzętem. Zastanawialiśmy się, czy będziemy musieli ładować te butle przed zmianą zespołu (równie okrutnie droga rzecz). Okazało się, że nawet smoki pożerające powietrze z butli nie zdołały wychechłać z butli więcej jak pięćdziesiąt bar przy czterdziesto lub pięćdziesięcio minutowym nurkowaniu (więcej się nie dało siedzieć w wodzie o temperaturze sześciu stopni w naszych skafandrach i ociepleniach przygotowanych na wody adriatyckie). Tym pięknym przystankiem zakończyliśmy naszą siedmiodniową wyprawę. Czarnogórę chętnie powtórzę za jakiś czas, mam już pomysły, gdzie będę chciał założyć bazę, mam też już całą listę potencjalnych punktów nurkowych do odwiedzenia – większość w regionie zatoki. Chętnie wybiorę się na Jezioro Szkoderskie, a wtedy też zapewne powtórzę wizytę w starym Barze. Może też odwiedzę wrak Oreste, bo gdzieś tam został kawałek mnie. W głowie mam cały czas obrazki właśnie z tego nurkowania. Coś w tym miejscu było zdecydowanie magicznego, tajemniczego i ponurego. A ja to wręcz uwielbiam.

DCIM100MEDIA
Fot. 13. (kubaCE) GrunerSee.
DSC_0240
Fot. 14. (kubaCE) GrunerSee.
DSC_0263
Fot. 15. (kubaCE) GrunerSee. Andrzej.
DSC_0262
Fot. 16. (kubaCE) GrunerSee. Łukasz.
DSC_0258
Fot. 17. (kubaCE) GrunerSee. Błażej.
DSC_0269
Fot. 18. (kubaCE) GrunerSee. Błażej.

Konińska Honoratka całkiem zacna

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.
Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

W trójkącie Konin, Włocławek, Bydgoszcz mamy już do wyboru kilka ciekawych nurkowisk. Jest to o tyle dobry kierunek na nurkowania, że wszystkim z Polski jest tutaj całkiem po drodze i dojazd nie stanowi większego problemu. Dla nurków podróżujących z Warszawy to już w ogóle całkiem przyjemna okolica – około dwie godziny jazdy autostradą i już jesteśmy w regionie, gdzie możemy przebierać między nurkowiskami: jeziora Budzisławskie, Powidzkie, wyrobiska Piechcin, Honoratka. Honoratka jest najmłodszą bazą nurkową. Uruchomienie – oficjalnie – nastąpi 1 maja 2015 roku. Baza póki co nie zapewnia zbyt wielu wygód, czy usług. Bicie butli odbywa się kawałek dalej – butle są przewożone przez obsługę. Na miejscu mamy wygódkę drewnianą – klasyczną, kilka stołów do skręcania sprzętu. Rozumiem, że z każdym miesiącem będzie przybywać wyposażenia. Baza deklaruje, że posiada zestaw tlenowy, ale nie mam stu procent pewności w tej materii, radzę mieć swój. Jedno, co już można zapisać na ogromny plus, to znakomicie oporęczowane i opisane trasy podwodne. Atrakcji pod wodą nie zabraknie na kilka nurkowań. Od płytkich, widokowych – z bardzo dużym lasem podwodnym na czele po średnio głębokie ze ściankami w paśmie 20 – 30m, aż po głębokie 30-40m. Wizura w kwietniu była bardzo przyzwoita. Trochę gorzej w lesie i na głębokości do dziesięciu metrów, ale poniżej było zdecydowanie lepiej. W sumie oceniam to na wizurę rzędu od dwóch do ośmiu metrów zależnie od miejsca.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.
Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

W trakcie jednodniówki zdołałem zajrzeć do lasu i popłynąć główną poręczówką na trzydzieści metrów i po niej wrócić. Podobała mi się zwłaszcza węglowa ścianka w okolicach dwudziestu metrów, porozrzucane tam sprzęty pogórnicze robiły wrażenie. Światło z góry docierało, latarki służyły więc głównie doświetlaniu szczegółów i komunikacji. Zamierzam wracać i eksplorować pozostałe trasy. Jak na moje oko samego pływania wzdłuż poręczówek starczy na dwa dni nurkowań. Po wynurzeniu i wyjściu na brzeg czeka nas niestety jedna niezbyt przyjemna rzecz – wnoszenie sprzętu pod górkę. Akwen położony jest w niecce, samochody zostają na parkingu na górze, sprzęt trzeba znieść na plecach około dwudziestu metrów po dość stromym zejściu. Teoretycznie samochód terenowy da radę pokonać ten stok, ale widziałem jednego takiego. Nie wyglądało to szczególnie przyjemnie. Zejść to jeszcze pikuś. Potem, po nurkowaniach trzeba sprzęt wtargać. Drżyjcie „twinowcy”! Jeżeli baza nie wymyśli jakiegoś sprytnego systemu transportu ciężarów (może jakiś prosty wózek na wyciągarce) to posiadacze ciężkiego sprzętu raczej często zaglądać tu nie będą. To jest jedyna, zasadnicza wada tego miejsca. Niemniej jednak podwodne atrakcje i unikalność zbiornika wynagradzają nam wszystkie trudy związane z nurkowaniem w tym miejscu. Ceny obsługowe proste i przyzwoite – wjazd: 15zł, bicie powietrzem – 1,50zł/litr. Polecam i zapraszam, zwłaszcza, że w razie czego w okolicy mamy w czym wybierać i można sobie zaplanować bardzo bogaty weekendowy wyjazd ze zwiedzaniem okolicznych zbiorników.

Fot. 3. (kubaCE) Malowniczo tutaj, płytkie nurkowania mogą być bardzo przyjemne.
Fot. 4. (kubaCE) I te drzewa… Pisałem już? Dużo ich!
Plan nurkowiska
Plan tras podwodnych (źródło: http://www.nurclearwater.pl/baza-nurkowa-honoratka/)

Tribord Subea 500 – tanie jest dobre, bo tanie i dobre.

trib03

W moje lepkie testerskie łapy wpadł jeden z flagowych produktów decathlonowskiej marki Tribord. BCD/jacket/ kamizelka KRW czy jak kto tam to nazywa: Tribord Subea 500. Jak myślimy o produktach z sieciówek sportowych to myślimy – tanio kosztem jakości. Nie do końca ufamy, nie do końca wierzymy w te produkty. Z markami spod strzechy Decathlona chyba tak do końca nie jest. Niektóre rzeczy potrafią być wręcz drogie, a niektóre z tanich produktów potrafią zaskoczyć jakością. Brałem sprzęt na test będąc w pełni świadomym, że towar ten ma przede wszystkim znaleźć nabywcę w segmencie low cost. Spodziewałem się różnych zjawisk świadczących o minimalizacji kosztów produkcji. Przyznam szczerze, że pod kilkoma względami Tribord mnie mile zaskoczył. Zacznijmy od ceny – niecałe 650zł. Nie ma co szukać specjalnie, na polskim rynku z polskiej dystrybucji nie dostaniemy niczego w podobnej cenie. Mamy na przykład od Scubatecha BCD w cenie ok. 790zł. Najtańszy, ale wciąż bardzo mocny Liberator Sigma II od Tusy, to wydatek rzędu tysiąca złotych. Czy przy tak niskiej cenie Tribord był w stanie wykonać dobry sprzęt wypornościowy? Na pierwszy rzut oka wygląda, że tak.Zacznijmy od opakowania, ponieważ BCD przyjechało do mnie w eleganckim meshbagu. Zaskok dla mnie spory. Widziałem dostarczane od producentów BCD i to takie nie najtańsze – żaden nie trafiał do klienta w jakimś elegantszym opakowaniu poza ewentualną folią. Nie, że BCD potrzebuje jakiegoś worka do transportu na nurkowania. Większość z nas wrzuca BCD do kuwety, lub innego ogólnego wora ze szpejem i tyle. Niemniej jednak, jeżeli nie zdecydujemy się na transport Subea 500 w worku, to mamy całkiem spory meshbag to wykorzystania do różnych (niecnych) celów. Samo BCD wygląda całkiem porządnie i konkretnie. Myślę sobie, pewnie waży dużo, albo podejrzanie mało. Ważę je. Waga 3,380kg. Mój ciężki Dive System waży 4,180kg. Najlżejszy znany mi jacket waży ok. 2kg. Czyli Tribord wypada przyzwoicie w tym zestawieniu, ba – śmiem twierdzić, że tak przyzwoita waga przy tej cenie to może być jego duża zaleta. Przyglądam się kamizelce. Wszystko na miejscu i wygląda w porządku.

trib06

Mamy dwie spłuczki (jedna na prawym ramieniu, druga z tyłu na dole), inflator z opcją wypuszczania powietrza poprzez pociągnięcie całej głowicy, trzy metalowe D-ringi, stabilizujący noszak z gumową warstwą antypoślizgową, plecy wyłożone komfortową wyściółką, system zintegrowanych kieszeni balastowych, dobrze wyprofilowane pasy naramienne.

trib07

Głowica inflatora przypomina tą z Cressi, sprawdzam ustnik do awaryjnego napełniania – zdecydowanie lepszy niż w Aquatecu (który został skonstruowany przez jakiegoś sadystę – trzeba się mocno postarać by przy jednoczesnym przyciskaniu guzika spustu z pompowaniem nie przyszczypać sobie wargi), jest nawet gumowa osłona na króciec od szybkozłączki do węża zasilania z butli.

trib01trib02

Biorę więc BCD na basen przetestować go w praktyce. Montowanie sprzętu przebiega bez problemów. Butlę trzyma jeden szeroki pas z plastikową klamrą. Jednak dzięki wyściółce na płycie butla, nawet bez siatki, trzyma się mocno i stabilnie. Pas oczywiście wyposażono w gumowy stoper, a klamra pracuje dobrze i wygląda na solidną. Kieszenie na balast wpina się nieźle, choć z balastem w środku zabawa wymaga sporej precyzji. PRzy okazji, kieszenie spokojnie przyjmą po cztery kilogramy balastu. A podejrzewam, że jakby kto chciał tam upchnąć jeszcze po płaskiej kostce 1kg, też by dało radę.

trib05

Sprawdzam pracę spłuczek, wszystko działa dobrze, rozmieszczone jest całkiem wygodnie. Wypuszczać powietrze możemy na cztery sposoby, dwoma spłuczkami, inflatorem za pomocą guzika spustowego, lub poprzez pociągnięcie całej głowicy inflatora. Pasy i klamerki zapinające są dopracowane, plastik jest nie za miękki i wygląda solidnie. Pas brzuszny łatwo jest zdemontować – zatem istnieje możliwość prostej wymiany. Tak samo łatwo demontuje się wyściółkę na plecach. Jedynie taśmom ściągającym brakuje elastyczności i pracują one dość ciężko.

trib08

D-ringów na akcesoria nie brakuje. Mamy gdzie powiesić uchwyt do octopusa, na manometr. Mamy dwa dodatkowe D-ringi na dole BCD. Ta ilość w zupełności zaspokaja nasze potrzeby.

Całość zakłada się wygodnie i bez większych problemów. Nie bardzo rozumiem, po co pasy naramienne są wyprofilowane. Nigdy nie miałem problemów z pasami prostymi. Dla mnie to zbyteczny bajer, ale może komuś to poprawia komfort użytkowania. Wskakujemy do wody – BCD Decathlonu posiada wszystkie wady i zalety konstrukcji typu „jacket”. Ja wielkim fanem tego typu urządzeń nie jestem – nie lubię tego efektu bezwładności, oraz pęcherzy wokół brzuszyska. Jak na jacket jednak nosi się to ustrojstwo nadzwyczaj wygodnie i nigdzie specjalnie mnie nie uwierał – a kilka kamizelek potrafiło mnie zirytować. Fajnie, że płyta ma sztywny noszak, wyciąganie sprzętu z wody to żaden problem. Jeszcze o systemie zrzucania balastu – klasyczny, wystarczy chwycić szare uchwyty i je pociągnąć. Ciekawe, czy z czasem się mocowania nie wyrobią? Czas pokaże. Tak samo dopiero po jakimś czasie będę mógł stwierdzić, jak całe BCD znosi swoją pracę. Póki co jestem zadowolony z użytkowania.

trib04

Ja takie rzeczy „kupuję oczami”. BCD Triborda prezentuje się naprawdę zacnie i niczego mu nie brakuje. Dodatkowo urzekła mnie ta siatka. Niby zbędny bajer, ale kurde – nawet producenci premium dostarczają nam takie rzeczy w foliowych worach, albo po prostu bez niczego. A taki meshbag nawet jak nie będzie służył do transportu kamizelki, z pewnością przyda się nam do innych rzeczy.     trib09

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025
Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030
Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Dahab znowu wzywa

„Dahab znowu wzywa” oryginalnie ukazał się w marcowym numerze „Nuras.info”. Poniżej nieco bardziej rozbudowana wersja.

TUTAJ jest odnośnik.

Dahab ponownie mnie wezwał. Trzeci raz. Kolejny rok z rzędu. Sześć miesięcy po poprzedniej wizycie. Ja specjalnie się o niego nie prosiłem, nie planowałem tak szybkiego powrotu. Czułem się jakbym praktycznie nie wyjeżdżał z Dahabu. Co ja mogłem nowego obejrzeć pod wodą, dlaczego chciałbym chcieć tu wracać? Dahab to przecież mało ciekawe miasto w typie Ustki, gdzie po pięciu minutach łażenia już wiesz, gdzie co jest. A jest to głównie ciąg nadmorskich knajpek, jeden główny deptak z handlem. Kozy wszędzie. Egipski kryzys odcisnął mocne piętno na Dahabie, który wygląda teraz jeszcze smutniej i szarzej niż rok temu. Więcej knajp świeciło pustkami, kilka kolejnych wyglądało jakby od dawna ich nie otwierano. A pod wodą co mnie mogło nowego spotkać? Naczelne miejsca podwodne zaliczone, niektóre po kilka razy. Hotelu Tropitel zaczynałem mieć już powoli dość, zwłaszcza po ostatnich przygodach z cwaniakiem z obsługi. Do tego niemały problem z zebraniem chętnych na wyjazd. Co się stało? A że w Dahabie zimno? No tak, ledwie dwadzieścia stopni, woda też „lodowata” – dwadzieścia dwa stopnie średnio. A u nas pseudo zima. Niby jest, niby nima…

Szybkie podsumowanie i jedyna słuszna decyzja – jadę. Wolę takie temperatury niż naszą zimę bez zimy. Jest jeszcze kilka miejsc nie zaliczonych pod wodą, kilka miejsc chętnie powtórzę. Na pewno znajdę też coś nowego w mieście, a przynajmniej inni turyści nie będą działać mi na nerwy, a obsługa będzie skakać na uszach wokół mnie bym tylko zechciał u nich zostawić swoje pieniądze. Ci co kręcą nosem na styczniowy Dahab, niech se siedzą pod pierzyną i oglądają świat za oknem, ja sobie pobiegam w krótkich gaciach, w sandałach, a przynajmniej słońce nie będzie tak palić niemiłosiernie. Mi dwadzieścia stopni pasuje. Ekipa zebrana, kursy ustalone – ktoś kończy OWD, kilku ktosiów robi AOWD, dwaj inni ktosie mają zdecydować na miejscu o ewentualnej specjalizacji głębokiej. Reszta ekipy zaskakująco mocna: jeden aktywny instruktor, jeden „emerytowany” instruktor, jeden rebriderowiec z dużym bagażem zejść poniżej stu metrów, divemaster do zestawu i reszta też z niezerowym bagażem doświadczeń. Kilku było w Dahabie dziesięć razy częściej niż ja. I ja mam tą grupę zgarnąć i zorganizować na miejscu? Fiu, fiu. Łatwo nie będzie. A do tego jeszcze… Sami samce. O raju! No to będzie…

Jedziemy więc. Pakowanie niby opracowane do perfekcji. W podręczny plecak wrzucamy cały elektroniczny złom i automat, bo ciężki, a plecak niepozorny, więc ważyć raczej nikt nie każe i możemy przeginać do woli. W główną torbę podstawowy ekwipunek, ale  w domu zostawiam skrzydło Dive System, a zabieram jackecik Tusy. Pożyczam do testu, bo ciut lżejszy i lepiej pakowny, ale generalnie po podsumowaniu szału nie ma. Pięć razy zmiana koncepcji zawartości torby, wywalenie rzeczy zbędnych. Ponowne ważenie. No to teraz mniej potrzebnych… Kolejne ważenie. No to potrzebnych, ale jakoś dam sobie radę… No dobra, to może to też pożyczę na miejscu. Uf, jest dwadzieścia kilo i to z malutkim zapasikiem na powrotną sól i wodę. Za pięć minut odjazd i w końcu torba spakowana. Na lotnisku zbieramy ekipę, odprawiamy się i szczęśliwie przedzieramy przez kolejne systemy odprawy, choć niektórzy mają mało szczęśliwe miny, bo obsługa lotniskowa nie była na tyle miła by nie zauważyć kilku kilogramów nadwyżki i kazała sobie słono zapłacić za ten luksus. W samolocie obowiązkowa drzemka, w końcu to czarter, więc lot jest o chorej godzinie, kiedy człowiek ma najwyższą potrzebę snu. W końcu lądujemy w Sharm, jest ciepło, można zrzucić kurtkę i bluzę. Jest słońce, jest fajnie, wracają jakieś ukryte siły, które hibernowały w polskim zimowym klimacie, chce się żyć. Uśmiecham się sam do siebie. Wróciłem i jestem zadowolony. Ci, co nie byli, dostają instrukcję, który i jak papier wypełnić, że wizy nam nie potrzeba, bo my z Dahabu to tylko do wody wyskakujemy. Odbieramy bagaże, ładujemy się do busa i mkniemy do hotelu. Sytuacja na miejscu stabilna, nie ma potrzeby jechania w konwoju, więc dość szybko docieramy do celu podróży. W Tropitelu oczywiście lekki burdel, kogoś z listy nie ma, ktoś jest inaczej zapisany. Standard. Trzeba to lubić, skoro się płaci za to takie pieniądze. Hotel brzydki nie jest, ma swój dobry poziom. Tylko ta obsługa wyjęta kompletnie z kontekstu rzeczywistości. Tym razem dostajemy opaski – a jakże. Teraz obrączkuje się nawet tych, co nie mają all inclusive. Przynajmniej w ten sposób od razu wiadomo, kto na jakich prawach może dobierać się do hotelowej kuchni, wciąż okrutnie nudnej, mało wyszukanej i doprawianej beznadziejnie. Z kuchni, kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, bez zbędnych ceregieli przenieśliśmy się na pierwsze nurkowisko. Tym razem jako pies przewodnik ekipy zażyczyłem sobie, żeby naszym punktem rozruchowym był region południowego Dahabu z dostępem do takich miejsc jak Moray Garden, Golden Blocks, a zaraz obok Three Pools, The Caves i Umm Sid. Ja mogłem skupić się na pierwszym kursie, mniej doświadczeni mogli się rozpływać pod okiem niezawodnego jak zwykle Mohameda Elattara z Dahab Days, a kozacy mogli już atakować głębiny, albo zaliczać the Caves.

Fot.1. (kubaCE) Mohamed Elattar

Wszyscy dzięki temu byli zadowoleni i nie było żadnego protestu by miejsce powtarzać kolejnego dnia, celem zaliczania kolejnych tras, a ja spokojnie kończyłem OWD i zaczynałem AOWD. W ciągu tych dwóch dni dużo nie zdążyłem pooglądać pod wodą, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że pod wodą jakby życie zubożało. To mój trzeci raz w Dahabie i nigdy życia mi tu nie brakowało, a rok wcześniej byłem w niemal tym samym okresie. A teraz odczuwalne było wręcz zmniejszenie natężenia ruchu podwodnego. Debiutanci byli zadowoleni, region południa to dobry punkt startowy dla nurków nie znających tej części Egiptu, pod wodą jest ciekawie, rafy są w niezłym stanie, a ukształtowanie dna bardzo urozmaicone. Ja się tylko cieszyłem, że udało mi się uniknąć wizyty w Lighthouse, które jest punktem obowiązkowym wielu wizyt w Dahab, a ja miejsca zwyczajnie nie lubię. Jest nudne jak kuchnia w Tropitelu. Trzeci dzień to Canyon. Rzut beretem od hotelu, spacerkiem po plaży trzy minuty i już byliśmy w Sadeeki Restaurant na odprawie przed nurkowaniami. Miejsce idealne na trzy nurki, dwa dzienne i jeden nocny. W Canyonie idealnie robi się nurkowanie głębokie na zaliczenie z AOWD, jest to też idealne miejsce na nocnego nurka. Plan dla moich podopiecznych był więc prosty, pierwszy nur w ramach AOWD – głębokie, potem zwykła wycieczka i kolejny nur z AOWD – nocniak. Mohamed tym razem wziął sobie na plecy głębinowców 40+, więc wycieczkowiczów oddał mnie i drugiemu instruktorowi, który wolał oddać mi przewodnictwo. Miałem zatem pociągnąć peleton nurków do Canyonu, zrobić z moimi ćwiczenia AOWD, pokazać im cud, jakim jest Canyon, wycofać się i trafić w wąskie siodło prowadzące z powrotem do laguny, z której zaczynaliśmy nura. Moje pierwsze poważne przewodnictwo w Dahabie bez żadnej pomocy kogoś, kto w razie czego stuknie się w czoło i mi pokaże „człowieku, nie tędy”. Nie będę ukrywał, miałem pietra, że przestrzelę, albo pomajtam coś w nawigacji w takiej sytuacji. Całe nurkowanie byłem więc napięty jak struna i cały czas zajmowałem się ogarnianiem całej grupy, nur minął mi błyskawicznie i nim się spostrzegłem, już wracaliśmy do siodła. Okazuje się, że właśnie ten moment najłatwiej jest przegapić i w paru miejscach się zmylić. Cieszyłem się, bo nie dość, że trafiłem, to jeszcze mogłem pozgarniać kilku takich, którym się wydawało, że zatoczka w rafie obok to właśnie wejście do laguny. Duma młodego instruktora rosła okrutnie. Na drugiego nura znowu skoczyliśmy do Canyonu, bym wreszcie sam mógł nacieszyć nim swoje oczy, bo tym razem nie miałem ciężaru w postaci przewodnictwa całego stada. Nocne to z kolei wizyta w Canyon Garden, czyli na prawo z laguny. Dla mnie niespecjalnie interesujące miejsce, nie oferujące niczego nowego, spokojnie trzeciego nura mógłbym zrobić w Canyonie, który jest zwyczajnie piękny. Pionowe ściany powoli zamykające się nad głowami nurków i tworzące bardzo wąziutkie przesmyki, którymi uciekały strumienie bąbelków powietrza wydychanego przez nas. I tajemnicza ścieżka prowadząca w głębiny, wciąż dla mnie niedostępne, ale kuszące mnie i mówiące mi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Tym razem nie obeszło się bez przygód, bo część grupy oddzieliła się i nie mogła trafić w siodło. My sobie spokojnie robiliśmy przystanek sprawdzając jak fluorescencyjne żyjątka reagują na nasze intensywne machanie łapkami, a część ekipy krążyła szukając właściwego wejścia do laguny. Dopiero po wynurzeniu przewodnik zlokalizował światła maruderów, oczywiście daleko od przesmyku, którym można było wrócić. Wszyscy jednak szczęśliwie wrócili z nurkowania i nic nikomu się nie stało. Mieliśmy za sobą trzeci dzień nurkowań, apetyty rosły, zwłaszcza tych, którzy w Dahabie już byli.

Fot. 2. (kubaCE) Znikamy w Bells.

 

Czas więc na Blue Hole i Bells. Moje ukochane i wciąż zachwycające Bells, w którym rok wcześniej zrobiłem swoją specjalizację DEEP. To miejsce bezsprzecznie magiczne, w którym nurkowałem kolejny raz a czułem się ponownie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, kiedy opadam w dół szczeliny, delikatnie zmieniam ułożenie ciała by wpasować się w wąski komin na trzydziestu paru metrach, wyskakuję z komina, jestem na czterdziestu metrach, spoglądam w górę czekając na resztę. Widzę czterdzieści metrów przepięknej pionowej ściany skalnej, kipiącej życiem, przytłaczającej swoją potęgą. Jak na dłoni widzę kolejnych nurków opadających szczeliną. Do samej niemal powierzchni mogę śledzić każdy swój bąbelek wydychanego powietrza. Oglądam się w dół, w ziejącą pode mną atramentową głębię. Jestem zakochany, serce bije mi coraz mocniej. Czy to jest ten poziom mistycznych uniesień, jakie przeżywają zdobywcy najwyższych szczytów gór? To musi być coś w tym stylu. Zbieramy zespół i rozpoczynamy powolną wędrówkę ku Blue Hole, delikatnie się wynurzając. Zaglądamy pod wszystkie nawisy, cieszymy oczy pięknem tego miejsca. Przechodzimy siodłem do Blue Hole, jeszcze przystanek bezpieczeństwa i już jesteśmy z powrotem w restauracji Camel by zachwycać się przeżyciami z tego nurkowania. To jest ten typ miejsca nurkowego, które łączy wszystkich nurków różnych specjalizacji, doświadczeń i poziomów wykształcenia. Tutaj wszyscy mogą spędzić wspólnie świetne chwile rozkoszując się wspaniałym światem Bells. Drugi nur obiecuję swoim podopiecznym w samym Blue Hole, choć też planujemy krótką wizytę za siodłem, w prawo od Blue Hole. Wskakujemy więc do studni, układamy się na spadochroniarza i prujemy w dół. Leci się tak dobrze, że nawet ciut przy późno się łapię, że czas skontrolować głębokościomierz. W ostatniej chwili hamujemy na zakładanym limicie głębokości. Widzimy dobrze załamanie skalne, które prowadzi do legendarnego łuku w tym miejscu. Nam jednak nie wolno tam iść, pora się powoli wynurzać i cieszyć oko widokami w studni. Za każdym razem przed nurkowaniami w Blue Hole powtarzano mi, że akurat tutaj życie nie jest zbyt bogate, że pod wodą poza samą studnią nie ma specjalnie co oglądać. Zwróciłem na to uwagę w trakcie nurkowania i wracałem z przeświadczeniem, że nie do końca jest to prawda i że całkiem sporo się dzieje w samej studni. Dotarliśmy do siodła, zajrzeliśmy jeszcze za róg, w lewo. Wiadomo, pod nami atramentowa głębia, pionowa ściana, ale my płynęliśmy krótko i płytko oglądając tylko to, co było w zasięgu tych najbliższych metrów. Nie odkrywszy niczego niezwyczajnego zawróciliśmy czując, że wykorzystujemy już zdecydowanie za dużo powietrza potrzebnego nam na powrót. Wracaliśmy zadowoleni z nurka, chłopakom podobało się i w Bells i w Blue Hole. Ja wiedziałem, że nie widzę problemu by wrócić tu chociażby jutro, by znów spotkać się z Bells. Do Blue Hole jednak chciałbym już wrócić tylko po to by zobaczyć łuk. Dzień się jednak kończył, a na kolejny planowaliśmy wyprawę łodzią. Nie wszyscy, część postanowiła wyrwać się spod opieki i wrócić do Bells i Blue Hole. Ja nie mogłem, czekało mnie jeszcze dokończenie AOWD na łodzi, z resztą czułem, że powrót do Gabr El Bint też mi się przyda, bo też ostatnim razem podobało mi się bardzo. A zatem wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na łodzi i wyruszyliśmy w stronę dalekiego południa. Mohamed miło zaskoczył mnie pierwszym nurkiem w miejscu mi kompletnie nieznanym – El Shugurat, leżącym na trasie do Gabr El Bint. Nurka rozpoczynamy w rozpadlinie skalnej – prostym i szerokim korytarzu opadającym do czterdziestu metrów, wychodzimy z korytarza pod rozłożystą Gorgonią, Mohamed prowadzi nas w lewo i wzdłuż skalnej ściany meandrujemy w lesie imponujących Gorgonii. Wypłycamy się w piaszczystej lagunie, gdzie pod stołowymi koralowcami można szukać płaszczek i innych ciekawych stworzeń. Ja mam szczęście natrafić na naprawdę sporego Crocodile Fisha, który do końca uparcie udawał wyposażenie dna, choć wyraźnie czuł, że jak na kawałek dna za bardzo przyciąga uwagę dużego stada bąblujących intruzów. Z laguny odebrała nas łódź i ruszyliśmy nad Gabr El Bint oddać dwa pozostałe nury, najpierw na prawo od łodzi, do cypla i schowanej za nim lagunki, a potem w drugą stronę. Znowu okazja do podziwiania majestatycznych Gorgonii, ale nic poza tym, ogólnie rzecz biorąc.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.
Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Trzeba pamiętać, że Gabr oferuje możliwość podziwiania niezniszczonej i bogatej rafy, jest to miejsce bardzo malownicze, dno tutaj opada zdecydowanie, ale nie tak gwałtownie, jest tu cała masa kryjówek dla ciekawych stworzeń. Niektórzy mieli szczęście w tym miejscu spotkać całe stado delfinów. Ja takiego farta nie miałem i tym razem nieco byłem zawiedziony nurkowaniem w tym miejscu. Wracaliśmy jednak posłuchać opowieści tych, którzy się wyrwali z naszej grupy by spędzić kolejny dzień w Bells – Blue Hole. Ci z kolei zrobili sobie maraton: z Bells w lewo dobre pół godziny, zawrotka, do Blue Hole i tu zakończenie nura. Nasycili się Bellsem po uszy i byli bardzo zadowoleni, dokonali lekko kozackiego wyczynu, bo całą trasę pokonali na standardowych dwunastolitrowych butlach. Szósty dzień to dzień dodatkowych nurkowań. Chętni się znajdują, więc ustalamy plan – The Caves a potem The Islands. Wreszcie mam okazję zaliczyć The Caves. Na każdym wyjeździe omijała mnie okazja poznania jaskiń, ale w końcu udało się i mi. Powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało i dodałem je do swoich ulubionych miejsc w Dahab. Podsunęło mi też koncepcję, że to nurkowanie jaskiniowe można by kiedyś pociągnąć i rozwinąć. W końcu, czemu nie? Tu rafy praktycznie brak. Są głównie skały, załomy i nawisy, kilka mniejszych pieczar i ta główna, otwarta wielka, przepiękna. Nurek jest dość krótki, ale kończymy go bardzo zadowoleni. Wracamy do kafejki, pałaszujemy obiad i przemieszczamy się do Islands. Jest już dość późno, w końcu to zima. Niedługo słońce schowa się za górami. Już wiemy, że nie będziemy mieć idealnych warunków jak na to miejsce. Nie będzie tego falowania promieni słońca, słonecznego tańca na rafie. Do tego okazuje się, że wizura pod wodą jak na standardy lokalne jest słaba (czyli taka wizura, jak w najlepsze dni na Zakrzówku). Jest trochę mroczno i tajemniczo, zatem mi się podoba. Wciskamy się w wąską szczelinę w rafie, zanurzamy się i przeciskamy okienkiem do małego baseniku. Rozpoczynamy wycieczkę po Islands. Nie dość, że ciemnawo, nie widać wszystkiego dobrze, to jeszcze życia mało, ale to Islands, które wszystkich zawsze porusza. Poznaję miejsca z poprzedniej wycieczki, choć nie było mnie tu rok i miałem zupełnie inne warunki. To kolejny obowiązkowy punkt do odwiedzenia w Dahabie, nigdzie nie ma tak specyficznie ukształtowanej rafy tworzącej rój niewielkich wysepek wypiętrzających się niemal na samą powierzchnię wody, tworzących wąskie korytarze, ciasne zakręty i wielopiętrowe tarasy. Wracamy tym samym okienkiem, czując, że słońce już całkowicie schowało się za górami. Dodatkowa dawka adrenaliny dostarczona zostaje przez cwanego jeżowca wystawiającego swoje kolce w wąskim przejściu i parkę ciekawskich skrzydlic, które akurat teraz postanowiły tutaj zaparkować. A w okienko niełatwo jest wpłynąć powoli z powodu przyboju. Kończymy jednak wszyscy cali i szczęśliwi. To był ostatni, kolejny dzień to suszenie sprzętu, pakowanie i długi powrót do domu, do polskiej zimy, do szarówki. Wsiadając do samolotu zastanawiam się, które miejsca mógłbym znowu odwiedzić w moim (bo jakże by inaczej) mieście Dahab. I kiedy. Kiedy znowu usiądę w cichym zakątku restauracji Crazy Mummy, zjem przepyszne Om Ali i zaplanuję kolejne nurkowania w miejscach mi znanych, oraz tych, których jeszcze nie miałem okazji odkryć. A tych nie brakuje.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.
Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Sałata podwodna.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Stołowy koralowiec.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 7. (kubaCE) W takich warunkach człowiek strzela zdjęcia jak opętany próbując uchwycić choć cząstkę otaczającego go piękna.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 8. (kubaCE) kipiel życia.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 9. (kubaCE) A to moi drodzy kursanci jest znak nurkowy przedstawiający rybę o nazwie… ?
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 10. (kubaCE) Błazenków od groma i ciut ciut.