Agama – test suchych skafandrów

Artykuł ukazał się oryginalnie w sierpniowym numerze magazynu „Blue Life”

okladka_800_net

Na naszym rynku mamy bardzo bogaty wybór suchych skafandrów, choć to przecież nie jest znowu taki duży rynek. Miłe dla mnie jest to, że nie brakuje polskich producentów – co więcej, są oni obecni na zagranicznych rynkach i cieszą się uznaniem zagranicznych klientów. To bogactwo oferty, oraz nasza silna pozycja na rynku światowym może wynikać z faktu nie tylko samej popularności nurkowania  w Polsce, ale i z tego, że każda osoba regularnie nurkująca u nas koniec końców przesiądzie się ze skafandra mokrego na skafander suchy. Zalet rozwiązania wymieniać nie ma sensu. Chcesz nurkować regularnie w Polsce, przyjdzie moment, że kupisz sobie suchara. Złapałaś, złapałeś zajawkę na nurkowanie i podoba Ci się w Polsce? Rozważ, czy warto wydawać dużo pieniędzy na dobrą i grubą piankę, czy nie lepiej już rzucić się na suchara. Oczywiście, zakup suchego skafandra to poważny wydatek. Nowy skafander kosztuje powyżej trzech tysięcy złotych. Czasem trafiają się jakieś okazje i można utrafić coś poniżej trzech tysięcy złotych. Jednak są to zwykle jakieś końcówki serii, na które trafić  można przy dużej porcji szczęścia. Z używkami jak z samochodami, bywa tak czasem, że w genialnej cenie trafiamy na doskonale utrzymane skafandry. Nie są zwykle piękne, ale to nie musi być najważniejsze kryterium wyboru. Niestety, dużo łatwiej jest trafić na mocno zużyty skafander. I tu wcale nie musi być zła wola sprzedającego. Materiał z wiekiem ulega degeneracji i nawet pomimo dobrego wyglądu i sprawnych łączeń, suchar może gdzieś zacząć puszczać. Usterki dopiero zwykle wychodzą w wodzie.

Jeżeli chodzi o nowe skafandry to od opcji do wyboru wprost boli głowa. Mamy fantastyczne marki premium – skafandry Santi, Waterproof, Ursuit, czy Fourth Element chociażby. Ciut taniej wypada Bare. W sucharach ?tańszych? (do czterech tysięcy) miałem możliwość przyjrzenia się polskiemu Seawolfowi i brytyjskiemu Typhoonowi. Seawolf ogólnie ma konkretny i niepowtarzalny pomysł na szycie skafandrów i ciężko jest go porównywać do innych producentów. Typhoon – brytyjska marka wydaje się nie zauważać najnowszych trendów w produkcji skafandrów suchych i choć szyje solidne skafandry to nie są to na pewno nowoczesne konstrukcje. Skupmy się przede wszystkim na najpopularniejszych u nas skafandrach powłokowych. Neoprenowe, owszem, fajne są, ale mają wszystkie wady pianki i ciężko je dostosować do każdej temperatury nurkowania. Szukając więc skafandra powłokowego z pewnością zwrócimy uwagę na wymienione właśnie marki. Nie wspomnę innych producentów, których rozpatrywałem przy poszukiwaniu skafandra dla siebie, ponieważ zwyczajnie odradzono mi te rozwiązania. I nie były to słowa sprzedawców, którzy mogliby mieć w tym interes, ale od użytkowników. Zatem generalnie w tym segmencie za dużego pola do popisu nie było. Do teraz. Na nasz rynek zostaje właśnie wprowadzona oferta czeskiej firmy Agama, o której dotąd kompletnie nic nie słyszałem. Co ciekawe, nie jest to wcale kwestia świeżości marki, ponieważ firma szyje skafandry nawet dużo dłużej niż nasze Santi. Zwyczajnie chyba nikt dotąd nie wpadł na to by wprowadzić na nasz rynek Agamy, co uważam za duży błąd. Nieduża firma prowadzona przez jedną rodzinę istnieje od 1991 roku i od tego czasu szyją skafandry nurkowe – czy to mokre, czy suche. W ofercie mają jeszcze ocieplacze, kaptury i obuwie nurkowe. W przypadku mokrych pianek część modeli produkowana jest przez zewnętrzne fabryki, ale cała główna produkcja, w tym suche skafandry, wykonywana jest na miejscu, w czeskiej fabryce firmy, w niewielkim mieście Zlin.

agama008
Fot. 1. Light 200. Baaaardzo wygodny.

Ja wziąłem pod lupę i na testy dwa skafandry suche – cordurowy Extra Plus i typowego lekkiego trylaminata Light200. W obu przypadkach materiał do szycia dostarcza brytyjska firma Ferguson.  Na pierwszy ogień poszedł Light200. Leciutki skafander. Materiał w tym modelu składa się z zewnętrznej warstwy nylonu, środkowej membrany z gumy i wewnętrznej nylonowej wyściółki. Waga: 225-255 g/m2. Łaty cordurowe na kolanach, na pośladkach i kieszeniach, buty w standardzie też bardzo porządne i przede wszystkim o odpowiednio sztywnej podeszwie – czego brakuje kilku producentom premium. Co fajne – kieszenie są wszywane w standardzie, bez dopłat – a to już nie jest norma, szczególnie w tańszych konstrukcjach. Kieszenie są odpowiednio pojemne i wyposażone w D-ringi. Wewnątrz suchara znajdziemy obowiązkowe szelki – też w standardzie i bez dopłat. Zamek TZIP zabezpieczony zewnętrznym zamkiem. Też rozwiązanie znane z droższych konstrukcji. Zawory SITECH – czyli standard rynkowy. Na plecach ściągacz. Przyglądam się wnętrzu – skafandry są zszywane i klejone taśmą 28mm. Wszystko wygląda estetycznie i bardzo porządnie. Nie ma do czego się przyczepić. Oglądam kryzę, która wyposażona jest dodatkowo w neoprenowy kołnierz dla podniesienia komfortu cieplnego. Wygląda to naprawdę zacnie. Wielu rozwiązań tego typu nie znajdziemy w droższych propozycjach. W testowanym modelu miałem zamontowane silikonowe manszety i kryzę – nie jestem ogromnym fanem silikonowej kryzy, przyzwyczaiłem się okrutnie do mojej neoprenowej, mile opatulającej mnie kryzy, ale sprawdziłem – w opcji jest oczywiście i neoprenowa kryza – co kto woli. Po zewnętrznych oględzinach przyszedł czas na założenie i przetestowanie. Skafander więc pojechał ze mną nad jezioro Narie, na nurkowania rekreacyjne. Pod spód zdecydowałem się założyć bieliznę termoaktywną i cienki ocieplacz-pajacyk Typhoona – idealny na płytkie nurkowania w niezbyt chłodnych wodach. Temperatura w płytkiej zatoczce wahała się pomiędzy czternastoma o osiemnastoma stopniami. Nie będę ukrywał, że ja takie rzeczy jak suchy skafander kupuję też oczami. Przyznam się, że po założeniu Agamy byłem pod ogromnym wrażeniem tego jak się na mnie układała i jak mi było w niej wygodnie. A przede wszystkim, że temu skafandrowi nie brakuje niczego i że wygląda bardzo porządnie. Nie wstydziłbym się ani trochę pojawiać się wśród posiadaczy droższych skafandrów. A przede wszystkim zaskoczyła mnie lekkość i wygoda przy wykonywaniu wszystkich manewrów. To było bardzo zbliżone do komfortu jaki towarzyszy używaniu lekkich skafandrów Seawolfa. W wodzie skafander zachowywał się bardzo porządnie. Powietrze się nigdzie nie blokowało i ładnie przepływało tam, gdzie tego sobie życzyłem. Żadnych problemów z zaworem dodawczym, czy upustowym. Oczywiście, po kilku nurkowaniach mogłem też ocenić schnięcie suchara – jego zewnętrznej i wewnętrznej strony. Materiał oddawał wilgoć bardzo szybko. Według mnie to jest doskonała konstrukcja dla ludzi poszukujących przede wszystkim lekkiego skafandra. Skafander w tej konfiguracji był naprawdę lekki i ładnie się składał. Jedyną wadą, jaką mogę wskazać to poślizg powodowany przez zewnętrzną warstwę materiału – ciężko go utrzymać w złożonej pozycji, jeżeli natychmiast nie schowamy go do torby.

Po dogłębnych testach Lighta200 przyszedł czas na model Extra Plus. Tutaj mamy do czynienia z zewnętrzną warstwą cordury, środkową gumową membraną i polyestrem wewnątrz. Waga materiału 560-620- g/m2. Skafander mimo to wcale nie był specjalnie ciężki, a już na pewno po założeniu w ogóle nie stwarzał takiego wrażenia. Odczuwalnie sztywniejszy materiał – taka jest cena wytrzymałości – generalnie jednak nie wpłynął na moją swobodę ruchów. Nie odczułem specjalnej różnicy w stosunku do Lighta200. Extra Plus ma wszystkie te same rozwiązania, co jego lżejszy brat: ściągacz, szelki, kieszenie, dodatkowy zamek i dodatkowy kołnierz wokół kryzy. Pływało mi się w nim tak samo dobrze. W obu przypadkach z resztą próbowałem też konfiguracji z grubszym ocieplaczem – Hi Loft Polar firmy Bare. Poprawa termiki oczywista, a przy tym jednak nie odczułem ograniczeń w ruchach – skafandry dobrze współdziałały i z cienkim ocieplaczem i z grubym.

Jeżeli chodzi o mnie to ja bym wybrał dla siebie cieńszy skafander. Urzekła mnie w nim jego lekkość. Oczywiście, póki co nie planuję czołgać się po rozerwanych fragmentach wraków, ani innych ekstremalnych wyczynów, bo wtedy sięgnąłbym po Extra Plusa, ale być może wcale nie ma co martwić się tak bardzo o wytrzymałość materiału Light200 – może się okazać, że skafander zaskoczy niejednego użytkownika swoją wytrzymałością. Testowane skafandry występowały w „jedynym, słusznym” kolorze – w czerni, niemniej jednak producent deklaruje, że zgodnie z życzeniem klienta, uszyje skafander w innych kolorach (potwierdziłem na pewno kolory: niebieski, czerwony, żółty). Tu ciekawostka – klient może sam zdecydować o konfiguracji kolorystycznej (jeżeli zażyczy sobie cały skafander żółty – proszę bardzo) i nie dopłaci za to ani złotówki. . Skafandry są oczywiście testowane pod ciśnieniem i  spełniają unijne normy EN 14225-2. Dostępne są w piętnastu różnych rozmiarach, a i oczywiście szycie na miarę też wchodzi w grę. W pakiecie ze skafandrem klient otrzyma torbę do transportu. Uważam, że skafandry Agamy mocno wykraczają poza ramy półki cenowej, na której producent postanowił się skupić. Wróżę marce powodzenie na naszym rynku.

agamadouble
Fot. 2. To nie jest nasze najlepsze zdjęcie, ale przynajmniej widać na nim Extra Plus – z prawej. A po lewej Light 200 oczywiście.

Znowu straszyłem w radiu.

Zalegam z wpisami, ale przynajmniej innymi kanałami próbuję opowiadać o nurkowaniu. 🙂

W niedzielę 23.08.2015 o 16:00 miałem przyjemność występować przed mikrofonem Polskiego Radia w Czwórce, w audycji „Co nas kręci”. Opowiadałem oczywiście o nurkowaniu, o tym, że w Polsce można fajnie nurkować, że mamy fantastyczne nurkowiska i że my Polacy znaczymy coś na nurkowej arenie międzynarodowej. Słówko też było o tym, jak zacząć nurkować i jak wygląda podstawowy kurs nurkowania.

Gdyby ktoś nie miał okazji to TUTAJ można znaleźć nagranie audycji.

Czarnogórski koncentrat

DSC_0220
Fot. 1. (kubaCE) Zatoka Kotorska. Widok z Perastu.

Czarnogóra to maleńki kraj o powierzchni ponad połowę mniejszej od powierzchni województwa mazowieckiego. Jednak Czarnogóra to taki turystyczny koncentrat pozwalający w ramach tak małego obszaru podziwiać wiele niezwykłych i odmiennych atrakcji. Mamy tutaj długą linię brzegową Morza Adriatyckiego, usianą ciekawymi miejscami nurkowymi (głównie raj dla skało/grotofilów, wrakomaniaków i raczej chłodnolubnych nurków – woda ma tu przeważnie około dwudziestu stopni). Mamy niesamowite pasma gór, które pokrywają praktycznie cały obszar Czarnogóry. Oprócz tego znajduje się przeogromne Jezioro Szkoderskie, największe na Półwyspie Bałkańskim. Mamy tu nadmorskie miasta średniowieczne, różne strefy klimatyczne i najsłabiej rozwiniętą sieć dróg między miastami! Czegóż chcieć więcej?

Wyprawa do Czarnogóry na długi weekend majowy chodziła nam po głowach od dłuższego czasu, a przygotowania trwały naprawdę długo. Błażej chodził wokół tematu już od kilku lat. Był tam kiedyś z rodziną na nienurkowe wakacje i wracał do Polski z myślą, że warto by tam kiedyś zanurkować. Kraj o tyle ciekawy, że wciąż mało popularny wśród europejskich turystów. Kierunek więc egzotyczny i ekonomiczny. Niewielu może się pochwalić nurkowaniem w Czarnogórze, a dzięki temu, że turysta zachodnioeuropejski preferuje inne kierunki, ceny utrzymują się na rozsądnym poziomie. Tylko ta odległość jest sporym wyzwaniem. Jechać samochodem to podróż na dwa dni ciurkiem. Lecieć samolotem to pozbawiać się możliwości mobilnych, a cenowo wychodzi raczej mało korzystnie.

Długi czas kombinowaliśmy sposób transportu, szukając najlepszego wariantu. Samolotem byłoby najprościej, ale w tym przypadku, w tym terminie kombinacja lotu wychodziła mało sensownie. W zadanym terminie cenowo kalkulowało się jedynie połączenie z przesiadką we Francji a całość podróży zamykała się w … osiemnastu godzinach, czyli tyle samo, co jazda samochodem. W końcu zdecydowaliśmy się na samochód. Wynajęliśmy dużego Opla Vivaro na dziewięć osób, z dużą przestrzenią bagażową. Jechało nas sześć osób. W tej konfiguracji zapewnialiśmy sobie optymalny komfort jazdy, kierowców nie brakowało, miejsca na sprzęt tym bardziej. Koszty według szacunków wychodziły bardzo przyzwoicie – paliwo, opłaty drogowe (z okrutnie drogą Słowenią na czele), wynajem samochodu – na głowę wyszło coś koło siedmiuset złotych. A do dyspozycji mieliśmy pakowne auto i mogliśmy przemieszczać się dowolnie po całej okolicy. Droga jednak jest nie tyle długa, co męcząca – fajnie, że są autostrady, jednak kilka odcinków, zwłaszcza za Chorwacją to przesiadka na gorsze drogi i mozolne pokonywanie krętych odcinków, gdzie jedzie się średnio pięćdziesiąt na godzinę. Do Czarnogóry jechaliśmy ambitnie, bez noclegów po drodze, praktycznie bez większych przystanków. Tyle tylko by zmienić kierowcę, coś zjeść, zatankować, rozprostować nogi i dalej w drogę. Wyszło niecałe osiemnaście godzin. Wysiadaliśmy jednak wymęczeni, pomięci, pogięci, obolali i totalnie niewyspani. W drugą stronę od razu zaplanowaliśmy, że będziemy wracać z noclegiem po drodze.

DCIM100GOPRO
Fot. 2. (kubaCE) Tylko natura potrafi takie cuda wyrzeźbić.

Po przekroczeniu granicy Czarnogóry nie odczułem specjalnie jakiegoś dreszczyku emocji związanego z odkrywaniem nowego miejsca. Widoki były bardzo znajome, a czasem przygnębiające. Nieciekawa architektura, słabiutkie drogi, brudno, ten sam problem z wszędobylskimi reklamami wszelakiego formatu. Wszystko to, co znamy z Polski (może nawet kilka lat wstecz), tylko z podmienionymi krajobrazami. To tak jakby nasze miasta i miasteczka przenieść nad wybrzeże włoskie, na przykład do Ligurii. Piękne góry wpadające w morze, drogi zwisające kilka dziesiątek metrów od wody rozbijającej się o wysokie mury skał. Miasteczka na drodze z granicy do Budvy nie rozpalały specjalnie mojej wyobraźni, niemniej jednak ja czekałem na nurkowania. Dotarliśmy do Budvy, ta tym bardziej nie rozpieściła mnie swoim „urokiem” nadmorskiego masowego kurortu drugiej kategorii. Kwatery okazały się jednak zacne, blisko bazy nurkowej, której pracownicy okazali się być nad wyraz serdeczni i chętni do wszelakiej pomocy. Sprzęt nasz trafił pod opiekę pracowników bazy, auto odstawiliśmy – na szczęście – na jakiś sensowny parking przy bazie, bo w centrum miasta, przy naszych kwaterach miejsc do parkowania praktycznie brak, albo w takich miejscach, że człowiek boi się, że następnego dnia znajdzie auto już w totalnie innym kształcie. Pierwszy wieczór oznaczał dla nas głównie regenerację sił. Następnego dnia mogliśmy brać się za nurkowania. Na początek spokojnie, rozgrzewkowo, naprzeciwko bazy. W zatoce znajduje się niewielka wyspa St. Nikola, przy której znajduje się niewielka rafa. Głębokości do około dwudziestu metrów, doskonałe miejsce na roznurkowanie. Do tego jakieś dwie jamki do przepłynięcia. Proszę bardzo! Dopływamy na miejsce, niestety jest wysoka fala, musimy przestawić łódkę i spróbować w nieco innym miejscu przy wyspie. Wskakujemy do wody, widoczność – rozumiemy, że z powodu warunków powierzchniowych – jest przyzwoita jak na polskie standardy, ale średnia, jak na te regiony. Woda ma około dwudziestu stopni, życie raczej ubogie, a głównym ozdobnikiem dla majestatycznych, pięknie wodą rzeźbionych skał jest wszędobylska trawa, a zaliczone jamki to półminutowe przeżycie w postaci przepłynięcia przez krótki wąski tunel w skale. Po dwóch nurkowaniach w tym miejscu wracaliśmy częściowo zadowoleni ale spodziewaliśmy się, że w lepszy dzień zanurkujemy od właściwej strony i będziemy mogli podziwiać ową lokalną rafę. Po powrocie do bazy ustaliliśmy pobieżnie plan na kolejny dzień i ruszyliśmy zwiedzać lądową Czarnogórę.

DCIM100GOPRO
Fot. 3. (kubaCE) Nasz przewodnik. Zacny, pomocny, ale czasem jak coś wymyśli…

Najpierw jednak doznania kulinarne. Polecono nam udać się do restauracji przy… dworcu autobusów. Udaliśmy się, knajpę znaleźliśmy i zasiedliśmy. Mi od razu przypomniały się czasy raczkującego kapitalizmu u nas, okres przemian. Czuć było ducha komunizmu w wystroju knajpy, w ubiorze obsługi. Kelnerzy jakby z innej epoki, ale otwarci i życzliwi, tacy zawadiaccy, lekko bezczelni, ale w sposób zabawny. Oczywiście łatwiej tu znaleźć kogoś mówiącego po rosyjsku, niż po angielsku, choć tubylcy starają się z nami komunikować przede wszystkim w swoim ojczystym języku, tylko wolno i wyraźnie artykułując każde słowo. O kuchni można powiedzieć głównie to, że oparta jest na mięsie smażonym w głębokim tłuszczu. Prosto przyprawione, niespecjalne wyszukane dania, kojarzące się nam ze wsią. Nie jest to zdecydowanie miejsce ani dla wegetarian, ani dla ludzi poszukujących oryginalnych doznań smakowych. Najlepsze co jedliśmy to żarcie żywcem z Włoch przyniesione. Generalnie daniami popisowymi kuchni lokalnej są Czewapcziczi, czyli lokalne kebabopodobne kotleciki, albo Pljeskawica, czyli ogromny kotlet, zwykle podawane z kajmakiem. To jednak nie jest to, co my znamy jako lepką, słodką masę do ciast. Bałkański kajmak to rodzaj masła – coś jakby połączenie twarogu i masła ubitego na puszystą masę. Do tego ziemniaki, frytki, znane nam surówki. Nic zaskakującego. Ryby, jeżeli są, kosztują sporo, ale nie natrafimy tutaj na nic odkrywczego i w tym temacie.

Po jedzeniu czas na doznania turystyczne. Na pierwszy ogień stara część Budvy i tu miła niespodzianka, bo natrafiamy na jakieś lokalne obchody i barwną paradę przebierańców. Sama starówka jest maciupka, jednak urokliwa – przypomina mi klimatem stare miasto Rodos. Wieczór spędzony na starówce kończymy prostym lokalnym winem i idziemy spać bo już nie możemy doczekać się kolejnych nurkowań.

Kolejnego dnia miejsce zwane Platamuni, znowu powulkaniczne formacje skalne, tym razem większe głębokości i lepsza wizura. Niestety, trafiliśmy w silny prąd. Zanim wszyscy znaleźli się w wodzie, część z nas już się zanurzyła. W pewnej chwili zrobiło się nerwowo, pod wodą udało mi się szybko znaleźć Błażeja, potem razem trafiliśmy na Łukasza. Łukasz najwyraźniej postawił sobie za punkt honoru nam uciec i pomimo sygnału akustycznego z kaczora płynął pełną parą prosto w jednym kierunku. Ledwo go dorwałem, obiecawszy sobie na górze zrobić mu na ten temat odpowiedni wykład. Niestety reszta grupy najwyraźniej udała się na nura, co stwierdziliśmy po wynurzeniu. Byliśmy w sporym oddaleniu od łodzi, zdecydowaliśmy się zanurzyć i przy skałach powrócić na pokład naszego transportu do domu. Po drodze przyglądamy się pionowym ścianom skalnym z niekłamanym podziwem. Mi udaje się znaleźć całkiem zacny bosak. Postanawiam wrócić z nim na łódź. W końcu jakieś trofeum z nurkowania. Odnajdujemy resztę grupy odbywającą spokojną i leniwą podróż powrotną. Wynurzamy się, ofiarowujemy zdobyczny bosak załodze łodzi i przenosimy się w inne miejsce. Kolejne skałki i jaskinki. Powoli zaczynam mieć tego wyżej uszu i marzy mi się okrutnie wrak.

Tego dnia po nurkowaniach uznaliśmy, że przede wszystkim chcemy dobrze zjeść i wypocząć po męczącym nurkowaniu, a za część krajoznawczą posłuży nam wycieczka do punktu widokowego na wyspę St. Stefan. Maleńka wyspa leży kilkadziesiąt metrów od lądu. Połączona ze stałym lądem niewielkim mostem, wyspa jest całkowicie zabudowana kamienicami i domami. Na wyspę żadne samochody nie wjeżdżają. Wszystko zostaje na parkingu na brzegu stałego lądu. Podobno cała wyspa składa się z domów i mieszkań do wynajęcia, nie mieszka na niej żaden stały rezydent. Widok przepiękny, ale żadnemu z nas nie marzy się łażenie pomiędzy budynkami. Wystarczy nam imponujący widok z wysokości, do tego jeszcze można dokładnie obejrzeć długą linię brzegową całej naszej zatoki. Nasyceni pięknym widokiem skalnego wybrzeża tej części Czarnogóry udajemy się do Tivatu na porządny posiłek.

DSC_0039
Fot. 4. (kubaCE) Wyspa St. Stefan.

Kolejne nurkowania, pomimo założonych planów, znowu odbywały się na lokalnych miejscówkach, tubylcy tłumaczyli się tym, że w tych warunkach morskich nie chcą płynąć dalej od bazy. Jedyny dostępny w okolicy wrak Oreste był dla nas póki co nieosiągalny – nasi opiekunowie znali jego położenie w przybliżeniu, nie było na nim żadnej bojki, ani opustówki. Lokalizatora GPS na łodzi nie było. Przepłynęliśmy więc znowu przez głębokie skały, gdzie mogłem Łukaszowi zaliczyć głębokie nurkowanie AOWD, a potem przemieściliśmy się na rafę przy St. Nikola. Morze było spokojne, mogliśmy wreszcie zanurkować w mitycznym owym miejscu, zwanym „rafą”. Dość powiedzieć, że miejsce pewnie w sprzyjających warunkach prezentuje się ładnie i ciekawie, choć użycie wobec niego określenia „rafa” jest według mnie nadużyciem. Na szczęście tego dnia po nurkowaniach postanowiliśmy się wybrać w region zatoki kotorskiej. I od tego momentu wiedzieliśmy, że wybraliśmy zły region nurkowań i bazowania. Zdecydowanie należy poszukiwać i bazy nurkowej (na przykład Tivat albo Herceg Novi) i tutaj skoncentrować swoje nurkowania, oraz najlepiej ustanowić swoją bazę wypadową. Zatoka Kotorska jest największym skarbem naturalnym Czarnogóry i tego regionu Europy. Przepiękny fiord (a dokładniej rias) otoczony przepięknymi górami, a na dokładkę takie perełki architektoniczne jak miasteczko Perast, miasto Kotor ze swoją starówką, czy twierdzą zbudowaną na górze nad miastem. Polecam sesję fotograficzną z murów twierdzy bladym świtem, zanim jeszcze najdą tłumy turystów i przy okazji będą właściwe okoliczności światła. Widok na zatokę z murów (dla mniej ambitnych: można podejść tylko w pół drogi pod górę na jeden z tarasów i z niego wykonać równie fajne zdjęcia zatoki) jest jednym z tych, które zostanie w pamięci do końca życia. Starówka Kotoru jest niewiele większa od tej w Budvie, ale znów klimatem przypomniała mi wąskie rodyjskie uliczki. Ten typ nadmorskiej architektury historycznej ma swój niepowtarzalny klimat, to połączenie egzotyki z dobrze nam znanym europejskim stylem budownictwa średniowiecznego. Coś niesamowitego.

DSC_0070
Fot. 5. (kubaCE) Starówka Kotoru.
DSC_0065
Fot. 6. (kubaCE) Widok z portu na twierdzę Kotor.

Naładowani pozytywnymi emocjami mogliśmy przystąpić do kolejnych nurkowań i tym razem udało się nam w końcu zaliczyć wrak! I to nie byle jaki, bo właśnie Oreste. Najpierw ustalenie pozycji za pomocą odbiornika GPS (tym razem się znalazł), potem długie i mozolne próby zaczepienia kotwicy o wrak, w końcu stoimy. Wrak włoskiego transportowca z 1942 roku spoczywa na głębokości trzydziestu dwóch metrów. Statek wpłynął na minę, która go dosłownie rozerwała – w czym pomógł przewożony ładunek, który uległ powtórnej eksplozji. Szczątki statku nie są jednak specjalnie rozproszone, dość łatwo też zidentyfikować, co jest czym. Dla mnie to niesamowite przeżycie – pierwszy poważny wrak. W końcu. Żadne tam płytkie, bliskie i wyślizgane przez tłumy, albo sztuczne wraki. Po prostu statek ze swoją historią, który tutaj zakończył swój żywot w sposób szybki i brutalny. Kotwica więc zaczepiona o wrak, ustalony plan nurkowy. Decyzja zapada, że dzielimy się na dwa niezależne zespoły – jeden wchodzi po drugim w odstępie pięciu minut, by nie robić tłoku na linie opustowej. Jest odczuwalny prąd, schodzimy i wchodzimy więc po linie. Ja prowadzę pierwszy zespół. Czuję mocno bijące serducho jak wskakuję do wody, ale mam w głowie ustawiony aparat kontroli na najwyższy poziom ogarnięcia – to ma być fajne, udane i bezpieczne nurkowanie. Na dole długo siedzieć nie możemy, trza więc szybko spaść na dół. Wykorzystać każdą minutę na zwiedzanie, zlokalizować kotwicę i bez zwłoki rozpocząć wynurzanie, zanim wybije ostatnia minuta czasu bezdekompresyjnego. Zanurzamy się. Pod nami nieprzenikniony błękit. Statku nie widać. Schodzimy dwadzieścia metrów niżej, jasno jest, światła nam specjalnie nie potrzeba, jednak wraku nie widać. Zaczyna mi się palić kontrolka – czy źle wylądowaliśmy i kotwica zaczepiła o coś przypadkowego, a wraku na tej pozycji nie znajdziemy? Szukać go na ślepo wokół kotwicy, gdzie przejrzystość można ocenić na jakieś dziesięć, piętnaście metrów? Nie marzy mi się to. Opadam niżej. Uff. Jednak są jakieś szczątki. Chyba wylądowaliśmy blisko jakiegoś masztu. Płaskie blachy poszycia utwierdzają mnie w przekonaniu, że wrak jednak tu jest. Sprawdzam kompas, planuję w głowię trasę i powrót w to miejsce. Odpływając od kotwicy, odwracam się by znaleźć punkty charakterystyczne, bym wiedział, że to właśnie tu mam szukać kotwicy. Wizura jest przyzwoita, ale nie powala. Latarki służą tylko doświetlaniu, jest widno, ale dalej jest to jakieś dziesięć, może piętnaście metrów za którymi już ściana pływających drobinek rozmywa obraz. Opływamy wrak z lewej strony. Zaglądamy w różne ciemne zakamarki. Ogólnie widać, że to statek, ale eksplozja, która go tak rozniosła, musiała być potężna. Na dno dotarł już tylko zbiór szczątków, pływy dokończyły dzieła zniszczenia. Smutny to widok, ale zapadający w pamięć. Dla mnie o tyle to ważne doświadczenie, że to pierwsze. Utwierdzam się w przekonaniu, że wraki to jest to, co tygrysy lubią najbardziej i że tą ścieżką chcę kroczyć. Zbieram zespół do kupy, zostaje pięć minut do powrotu. Minęliśmy już drugi zespół, pomachaliśmy im. Wracamy do kotwicy. Kierunek na kompasie potwierdzony, ruszam mając nadzieję, że tym razem nawigacji nie popierdzielę – jestem w tym dobry, naprawdę dobry. Kompas mam opanowany, nawigację też, ale jestem mistrzem roztargnienia – coś nastawię, coś zanotuję w pamięci, bądź na tabliczce, a po minucie nie pamiętam, gdzie i co miałem znaleźć, jaki kierunek jest nastawiony – powrotu, czy w drugą stronę. Na szczęście rozpoznaję elementy statku, gdzie powinienem namierzyć kotwicę. Jest kotwica. Sprawdzam komputer – ostatnia minuta limitu właśnie wybiła – rozpoczynamy wynurzanie po linie. Spokojnym tempem zmniejszamy głębokość trzymając się liny. Ja na górze, tuż obok mnie Łukasz, nieco poniżej – wolniej – idzie Konrad. Cały czas sygnalizujemy sobie, że wszystko w porządku. Sprawdzam, czy Suunto tym razem dolicza mi dodatkowy przystanek. Nie. Uff. Wynurzam się do pięciu metrów, widzę, że dostaję cztery minuty przystanku. Sygnalizuję przystanek Łukaszowi, widzę, że Konrad z xDeepem ma wolniejszy harmonogram wynurzania, ale jest blisko nas. Wszystko w porządku. Nagle widzę lecącą ku nam ogromną chmurę bąbli. Myślę sobie: „ocho, reszta wróciła do liny i rozpoczyna powrót”, jednak w tym momencie czuję jak lina traci napięcie. Szybki rzut na komputer – lecimy do góry! Nie czekając ani sekundy łapię Łukasza i spadam z nim na Konrada, gdzie z powrotem łapię głębokość przystanku. Lina się uspokaja, chłopaki mają nieco powiększone źrenice od całego zamieszania, ale udaje się nam dokończyć przystanek i wynurzyć przy łodzi. Wracamy na pokład i dzielimy się naszymi historiami. W naszej grupie przeważa liczba nurków ze średnim doświadczeniem i nie posiadająca nurkowań wrakowych w swoim rejestrze. Spora ich liczba przekonała się tym nurkowaniem, że wraki nie będą ich konikiem. Trudno – nie wszystkim musi się podobać, ja miałem ogromną przyjemność i zakończyłem nurkowanie bardzo zadowolony. Konrad był zdziwiony naszym gwałtownym lądowaniem na jego głowie. Wyjaśniłem mu, że zrobiliśmy „lekką” windę w górę przy okazji ruchu liny, więc by ratować przystanek spadliśmy na niego. A kwestia nagle poluzowanej liny kotwicznej szybko się wyjaśniła. Nasz ambitny przewodnik wracając ze swoją grupą postanowił przestawić kotwicę, prawdopodobnie po to by przy podnoszeniu nie zaplątała się w szczątki statku. Zuch chłopak, tylko szkoda, że sprawił kilku ludziom niemałą adrenalinę swoim wyczynem. Cóż, nurkowanie zakończone, poważnie nakarmieni azotem robimy sobie długą przerwę na pokładzie łodzi obijając się w jakiejś cichej zatoczce. Potem spływamy niedaleko pod skały i wykonujemy płytkiego, kończącego dzień nurka. Nie pamiętam już tego, co było pod wodą, bo cały czas myślałem o wraku Oreste. Chciałbym tam wrócić. Chciałbym zobaczyć inne wraki. Fajnie, że cała linia brzegowa Czarnogóry usiana jest wrakami, kilka atrakcyjnych i dostępnych dla mnie wraków znajduje się u wejścia do zatoki kotorskiej. Niestety, kolejna poważna rozmowa z szefem bazy nurkowej uświadamia mi, że oni może i chęci mają, ale dokładnych lokalizacji nie znają, miejsc tych nie znają. Już wiem, że Czarnogóra to był dobry pomysł, tylko mogliśmy lepiej wybrać miasteczko i bazę. Teraz postawiłbym pewnie na Herceg Novi, albo na Tivat. Kłopot polegał na tym, że jak robiliśmy wywiad przed wyjazdem to właśnie z naszą bazą z Budvy mieliśmy najlepszy kontakt. Szybko i sprawnie odpisywali na mejle, przedstawiali kompletne informacje i odpowiadali wyczerpująco na nasze pytania. Kontaktowo więc wypadali najlepiej.

DCIM100GOPRO
Fot. 7. (kubaCE) Oreste.
DCIM100GOPRO
Fot. 8. (kubaCE) Oreste.
DCIM100GOPRO
Fot. 9. (kubaCE) Powracamy z Oreste.

Ostatni dzień naszych nurkowań to już prostsze nurkowania – jakieś zgrabne trawki, ciekawe słupy skalne i miejsca, gdzie rzeczywiście można było złapać wrażenie, że nurkujemy w Egipcie. Pogoda dopisała, ryby tym razem też. Kończyliśmy cykl nurkowań. Było fajnie, ale chyba wszystkim pozostało lekkie uczucie niedosytu. Ja jeszcze wspomnę o jednej kapitalnej lądowej wyprawie, czyli wizycie w starym mieście Bar. Jest to kolejne miejsce, które jest obowiązkowym punktem odwiedzin w Czarnogórze. Pięknie położone na wzgórzu stare miasto. Z murów widok na malowniczą dolinę rzeki Vrucy, na nową część miasta ułożoną w dolinie, na nowoczesny i ogromny port. Gdyby to było tylko eleganckie, ładnie zachowane stare miasto, prawdopodobnie nie wyróżniałoby się znacząco z szeregu podobnych malowniczo położonych starówek. Jednak Bar dotknięty został poważnym trzęsieniem ziemi w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym i stara część miasta została opuszczona. Skorupki starych budynków powoli obrastały trawą, drzewami i inną zieleniną. Obecnie stare miasto jest tylko kosmetycznie porządkowane – przycinane są rośliny, zabezpieczane pozostałości budynków. Mamy więc do zwiedzenia miasto ruin przyozdobionych zadbaną zielenią, z przepięknymi widokami wokoło. Nam trafiła się też dobra pora. Pod wieczór mogliśmy z murów oglądać piękny zachód słońca, a po zachodzie, przy ładnie doświetlanych murach mogliśmy kontynuować błądzenie w labiryncie zrujnowanych budynków. Po tej wycieczce w zasadzie temat Czarnogóry można zamknąć. Na kolejną wyprawę zostawimy sobie tylko Jezioro Szkoderskie, w którym można pewnie byłoby dać też nurka.

DSC_0127
Fot. 10. (kubaCE) Stary Bar.
DCIM100MEDIA
Fot. 11. (kubaCE) Nieśmiała murena.
DCIM100MEDIA
Fot. 12. (kubaCE) Nieśmiała murena.

Wyprawę zakończyliśmy przystankiem z noclegiem w Austrii, w górach i nurkowaniem w Grunersee. To było wręcz genialnym zamknięciem wyjazdu. Jeżeli ktoś z nas nie był do końca usatysfakcjonowany nurkowaniami czarnogórskimi, tym nurkowaniem puszczał wszystko w niepamięć. Poziom wody w jeziorze nie był zbyt imponujący, coś około siedmiu metrów. Mostek nie był całkowicie zalany wodą. Mimo to nurkowanie było zwyczajnie bajeczne. Jeżeli ktoś myśli, że jest to zbiornik martwy, zdziwi się – w akwenie krążą całe ławice ryb, w tym przepiękne, dorodne pstrągi. Fajne było to, że nurkowaliśmy na pożyczonych na miejscu butlach dziesięciolitrowych (okrutnie drogo wychodziło to pożyczenie). Mieli do pożyczenia tylko trzy butle, więc zaplanowaliśmy nurkowania w dwóch zespołach wymieniając się sprzętem. Zastanawialiśmy się, czy będziemy musieli ładować te butle przed zmianą zespołu (równie okrutnie droga rzecz). Okazało się, że nawet smoki pożerające powietrze z butli nie zdołały wychechłać z butli więcej jak pięćdziesiąt bar przy czterdziesto lub pięćdziesięcio minutowym nurkowaniu (więcej się nie dało siedzieć w wodzie o temperaturze sześciu stopni w naszych skafandrach i ociepleniach przygotowanych na wody adriatyckie). Tym pięknym przystankiem zakończyliśmy naszą siedmiodniową wyprawę. Czarnogórę chętnie powtórzę za jakiś czas, mam już pomysły, gdzie będę chciał założyć bazę, mam też już całą listę potencjalnych punktów nurkowych do odwiedzenia – większość w regionie zatoki. Chętnie wybiorę się na Jezioro Szkoderskie, a wtedy też zapewne powtórzę wizytę w starym Barze. Może też odwiedzę wrak Oreste, bo gdzieś tam został kawałek mnie. W głowie mam cały czas obrazki właśnie z tego nurkowania. Coś w tym miejscu było zdecydowanie magicznego, tajemniczego i ponurego. A ja to wręcz uwielbiam.

DCIM100MEDIA
Fot. 13. (kubaCE) GrunerSee.
DSC_0240
Fot. 14. (kubaCE) GrunerSee.
DSC_0263
Fot. 15. (kubaCE) GrunerSee. Andrzej.
DSC_0262
Fot. 16. (kubaCE) GrunerSee. Łukasz.
DSC_0258
Fot. 17. (kubaCE) GrunerSee. Błażej.
DSC_0269
Fot. 18. (kubaCE) GrunerSee. Błażej.

Konińska Honoratka całkiem zacna

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.
Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

W trójkącie Konin, Włocławek, Bydgoszcz mamy już do wyboru kilka ciekawych nurkowisk. Jest to o tyle dobry kierunek na nurkowania, że wszystkim z Polski jest tutaj całkiem po drodze i dojazd nie stanowi większego problemu. Dla nurków podróżujących z Warszawy to już w ogóle całkiem przyjemna okolica – około dwie godziny jazdy autostradą i już jesteśmy w regionie, gdzie możemy przebierać między nurkowiskami: jeziora Budzisławskie, Powidzkie, wyrobiska Piechcin, Honoratka. Honoratka jest najmłodszą bazą nurkową. Uruchomienie – oficjalnie – nastąpi 1 maja 2015 roku. Baza póki co nie zapewnia zbyt wielu wygód, czy usług. Bicie butli odbywa się kawałek dalej – butle są przewożone przez obsługę. Na miejscu mamy wygódkę drewnianą – klasyczną, kilka stołów do skręcania sprzętu. Rozumiem, że z każdym miesiącem będzie przybywać wyposażenia. Baza deklaruje, że posiada zestaw tlenowy, ale nie mam stu procent pewności w tej materii, radzę mieć swój. Jedno, co już można zapisać na ogromny plus, to znakomicie oporęczowane i opisane trasy podwodne. Atrakcji pod wodą nie zabraknie na kilka nurkowań. Od płytkich, widokowych – z bardzo dużym lasem podwodnym na czele po średnio głębokie ze ściankami w paśmie 20 – 30m, aż po głębokie 30-40m. Wizura w kwietniu była bardzo przyzwoita. Trochę gorzej w lesie i na głębokości do dziesięciu metrów, ale poniżej było zdecydowanie lepiej. W sumie oceniam to na wizurę rzędu od dwóch do ośmiu metrów zależnie od miejsca.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.
Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

W trakcie jednodniówki zdołałem zajrzeć do lasu i popłynąć główną poręczówką na trzydzieści metrów i po niej wrócić. Podobała mi się zwłaszcza węglowa ścianka w okolicach dwudziestu metrów, porozrzucane tam sprzęty pogórnicze robiły wrażenie. Światło z góry docierało, latarki służyły więc głównie doświetlaniu szczegółów i komunikacji. Zamierzam wracać i eksplorować pozostałe trasy. Jak na moje oko samego pływania wzdłuż poręczówek starczy na dwa dni nurkowań. Po wynurzeniu i wyjściu na brzeg czeka nas niestety jedna niezbyt przyjemna rzecz – wnoszenie sprzętu pod górkę. Akwen położony jest w niecce, samochody zostają na parkingu na górze, sprzęt trzeba znieść na plecach około dwudziestu metrów po dość stromym zejściu. Teoretycznie samochód terenowy da radę pokonać ten stok, ale widziałem jednego takiego. Nie wyglądało to szczególnie przyjemnie. Zejść to jeszcze pikuś. Potem, po nurkowaniach trzeba sprzęt wtargać. Drżyjcie „twinowcy”! Jeżeli baza nie wymyśli jakiegoś sprytnego systemu transportu ciężarów (może jakiś prosty wózek na wyciągarce) to posiadacze ciężkiego sprzętu raczej często zaglądać tu nie będą. To jest jedyna, zasadnicza wada tego miejsca. Niemniej jednak podwodne atrakcje i unikalność zbiornika wynagradzają nam wszystkie trudy związane z nurkowaniem w tym miejscu. Ceny obsługowe proste i przyzwoite – wjazd: 15zł, bicie powietrzem – 1,50zł/litr. Polecam i zapraszam, zwłaszcza, że w razie czego w okolicy mamy w czym wybierać i można sobie zaplanować bardzo bogaty weekendowy wyjazd ze zwiedzaniem okolicznych zbiorników.

Fot. 3. (kubaCE) Malowniczo tutaj, płytkie nurkowania mogą być bardzo przyjemne.
Fot. 4. (kubaCE) I te drzewa… Pisałem już? Dużo ich!
Plan nurkowiska
Plan tras podwodnych (źródło: http://www.nurclearwater.pl/baza-nurkowa-honoratka/)

Tribord Subea 500 – tanie jest dobre, bo tanie i dobre.

trib03

W moje lepkie testerskie łapy wpadł jeden z flagowych produktów decathlonowskiej marki Tribord. BCD/jacket/ kamizelka KRW czy jak kto tam to nazywa: Tribord Subea 500. Jak myślimy o produktach z sieciówek sportowych to myślimy – tanio kosztem jakości. Nie do końca ufamy, nie do końca wierzymy w te produkty. Z markami spod strzechy Decathlona chyba tak do końca nie jest. Niektóre rzeczy potrafią być wręcz drogie, a niektóre z tanich produktów potrafią zaskoczyć jakością. Brałem sprzęt na test będąc w pełni świadomym, że towar ten ma przede wszystkim znaleźć nabywcę w segmencie low cost. Spodziewałem się różnych zjawisk świadczących o minimalizacji kosztów produkcji. Przyznam szczerze, że pod kilkoma względami Tribord mnie mile zaskoczył. Zacznijmy od ceny – niecałe 650zł. Nie ma co szukać specjalnie, na polskim rynku z polskiej dystrybucji nie dostaniemy niczego w podobnej cenie. Mamy na przykład od Scubatecha BCD w cenie ok. 790zł. Najtańszy, ale wciąż bardzo mocny Liberator Sigma II od Tusy, to wydatek rzędu tysiąca złotych. Czy przy tak niskiej cenie Tribord był w stanie wykonać dobry sprzęt wypornościowy? Na pierwszy rzut oka wygląda, że tak.Zacznijmy od opakowania, ponieważ BCD przyjechało do mnie w eleganckim meshbagu. Zaskok dla mnie spory. Widziałem dostarczane od producentów BCD i to takie nie najtańsze – żaden nie trafiał do klienta w jakimś elegantszym opakowaniu poza ewentualną folią. Nie, że BCD potrzebuje jakiegoś worka do transportu na nurkowania. Większość z nas wrzuca BCD do kuwety, lub innego ogólnego wora ze szpejem i tyle. Niemniej jednak, jeżeli nie zdecydujemy się na transport Subea 500 w worku, to mamy całkiem spory meshbag to wykorzystania do różnych (niecnych) celów. Samo BCD wygląda całkiem porządnie i konkretnie. Myślę sobie, pewnie waży dużo, albo podejrzanie mało. Ważę je. Waga 3,380kg. Mój ciężki Dive System waży 4,180kg. Najlżejszy znany mi jacket waży ok. 2kg. Czyli Tribord wypada przyzwoicie w tym zestawieniu, ba – śmiem twierdzić, że tak przyzwoita waga przy tej cenie to może być jego duża zaleta. Przyglądam się kamizelce. Wszystko na miejscu i wygląda w porządku.

trib06

Mamy dwie spłuczki (jedna na prawym ramieniu, druga z tyłu na dole), inflator z opcją wypuszczania powietrza poprzez pociągnięcie całej głowicy, trzy metalowe D-ringi, stabilizujący noszak z gumową warstwą antypoślizgową, plecy wyłożone komfortową wyściółką, system zintegrowanych kieszeni balastowych, dobrze wyprofilowane pasy naramienne.

trib07

Głowica inflatora przypomina tą z Cressi, sprawdzam ustnik do awaryjnego napełniania – zdecydowanie lepszy niż w Aquatecu (który został skonstruowany przez jakiegoś sadystę – trzeba się mocno postarać by przy jednoczesnym przyciskaniu guzika spustu z pompowaniem nie przyszczypać sobie wargi), jest nawet gumowa osłona na króciec od szybkozłączki do węża zasilania z butli.

trib01trib02

Biorę więc BCD na basen przetestować go w praktyce. Montowanie sprzętu przebiega bez problemów. Butlę trzyma jeden szeroki pas z plastikową klamrą. Jednak dzięki wyściółce na płycie butla, nawet bez siatki, trzyma się mocno i stabilnie. Pas oczywiście wyposażono w gumowy stoper, a klamra pracuje dobrze i wygląda na solidną. Kieszenie na balast wpina się nieźle, choć z balastem w środku zabawa wymaga sporej precyzji. PRzy okazji, kieszenie spokojnie przyjmą po cztery kilogramy balastu. A podejrzewam, że jakby kto chciał tam upchnąć jeszcze po płaskiej kostce 1kg, też by dało radę.

trib05

Sprawdzam pracę spłuczek, wszystko działa dobrze, rozmieszczone jest całkiem wygodnie. Wypuszczać powietrze możemy na cztery sposoby, dwoma spłuczkami, inflatorem za pomocą guzika spustowego, lub poprzez pociągnięcie całej głowicy inflatora. Pasy i klamerki zapinające są dopracowane, plastik jest nie za miękki i wygląda solidnie. Pas brzuszny łatwo jest zdemontować – zatem istnieje możliwość prostej wymiany. Tak samo łatwo demontuje się wyściółkę na plecach. Jedynie taśmom ściągającym brakuje elastyczności i pracują one dość ciężko.

trib08

D-ringów na akcesoria nie brakuje. Mamy gdzie powiesić uchwyt do octopusa, na manometr. Mamy dwa dodatkowe D-ringi na dole BCD. Ta ilość w zupełności zaspokaja nasze potrzeby.

Całość zakłada się wygodnie i bez większych problemów. Nie bardzo rozumiem, po co pasy naramienne są wyprofilowane. Nigdy nie miałem problemów z pasami prostymi. Dla mnie to zbyteczny bajer, ale może komuś to poprawia komfort użytkowania. Wskakujemy do wody – BCD Decathlonu posiada wszystkie wady i zalety konstrukcji typu „jacket”. Ja wielkim fanem tego typu urządzeń nie jestem – nie lubię tego efektu bezwładności, oraz pęcherzy wokół brzuszyska. Jak na jacket jednak nosi się to ustrojstwo nadzwyczaj wygodnie i nigdzie specjalnie mnie nie uwierał – a kilka kamizelek potrafiło mnie zirytować. Fajnie, że płyta ma sztywny noszak, wyciąganie sprzętu z wody to żaden problem. Jeszcze o systemie zrzucania balastu – klasyczny, wystarczy chwycić szare uchwyty i je pociągnąć. Ciekawe, czy z czasem się mocowania nie wyrobią? Czas pokaże. Tak samo dopiero po jakimś czasie będę mógł stwierdzić, jak całe BCD znosi swoją pracę. Póki co jestem zadowolony z użytkowania.

trib04

Ja takie rzeczy „kupuję oczami”. BCD Triborda prezentuje się naprawdę zacnie i niczego mu nie brakuje. Dodatkowo urzekła mnie ta siatka. Niby zbędny bajer, ale kurde – nawet producenci premium dostarczają nam takie rzeczy w foliowych worach, albo po prostu bez niczego. A taki meshbag nawet jak nie będzie służył do transportu kamizelki, z pewnością przyda się nam do innych rzeczy.     trib09

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025
Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030
Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Dahab znowu wzywa

„Dahab znowu wzywa” oryginalnie ukazał się w marcowym numerze „Nuras.info”. Poniżej nieco bardziej rozbudowana wersja.

TUTAJ jest odnośnik.

Dahab ponownie mnie wezwał. Trzeci raz. Kolejny rok z rzędu. Sześć miesięcy po poprzedniej wizycie. Ja specjalnie się o niego nie prosiłem, nie planowałem tak szybkiego powrotu. Czułem się jakbym praktycznie nie wyjeżdżał z Dahabu. Co ja mogłem nowego obejrzeć pod wodą, dlaczego chciałbym chcieć tu wracać? Dahab to przecież mało ciekawe miasto w typie Ustki, gdzie po pięciu minutach łażenia już wiesz, gdzie co jest. A jest to głównie ciąg nadmorskich knajpek, jeden główny deptak z handlem. Kozy wszędzie. Egipski kryzys odcisnął mocne piętno na Dahabie, który wygląda teraz jeszcze smutniej i szarzej niż rok temu. Więcej knajp świeciło pustkami, kilka kolejnych wyglądało jakby od dawna ich nie otwierano. A pod wodą co mnie mogło nowego spotkać? Naczelne miejsca podwodne zaliczone, niektóre po kilka razy. Hotelu Tropitel zaczynałem mieć już powoli dość, zwłaszcza po ostatnich przygodach z cwaniakiem z obsługi. Do tego niemały problem z zebraniem chętnych na wyjazd. Co się stało? A że w Dahabie zimno? No tak, ledwie dwadzieścia stopni, woda też „lodowata” – dwadzieścia dwa stopnie średnio. A u nas pseudo zima. Niby jest, niby nima…

Szybkie podsumowanie i jedyna słuszna decyzja – jadę. Wolę takie temperatury niż naszą zimę bez zimy. Jest jeszcze kilka miejsc nie zaliczonych pod wodą, kilka miejsc chętnie powtórzę. Na pewno znajdę też coś nowego w mieście, a przynajmniej inni turyści nie będą działać mi na nerwy, a obsługa będzie skakać na uszach wokół mnie bym tylko zechciał u nich zostawić swoje pieniądze. Ci co kręcą nosem na styczniowy Dahab, niech se siedzą pod pierzyną i oglądają świat za oknem, ja sobie pobiegam w krótkich gaciach, w sandałach, a przynajmniej słońce nie będzie tak palić niemiłosiernie. Mi dwadzieścia stopni pasuje. Ekipa zebrana, kursy ustalone – ktoś kończy OWD, kilku ktosiów robi AOWD, dwaj inni ktosie mają zdecydować na miejscu o ewentualnej specjalizacji głębokiej. Reszta ekipy zaskakująco mocna: jeden aktywny instruktor, jeden „emerytowany” instruktor, jeden rebriderowiec z dużym bagażem zejść poniżej stu metrów, divemaster do zestawu i reszta też z niezerowym bagażem doświadczeń. Kilku było w Dahabie dziesięć razy częściej niż ja. I ja mam tą grupę zgarnąć i zorganizować na miejscu? Fiu, fiu. Łatwo nie będzie. A do tego jeszcze… Sami samce. O raju! No to będzie…

Jedziemy więc. Pakowanie niby opracowane do perfekcji. W podręczny plecak wrzucamy cały elektroniczny złom i automat, bo ciężki, a plecak niepozorny, więc ważyć raczej nikt nie każe i możemy przeginać do woli. W główną torbę podstawowy ekwipunek, ale  w domu zostawiam skrzydło Dive System, a zabieram jackecik Tusy. Pożyczam do testu, bo ciut lżejszy i lepiej pakowny, ale generalnie po podsumowaniu szału nie ma. Pięć razy zmiana koncepcji zawartości torby, wywalenie rzeczy zbędnych. Ponowne ważenie. No to teraz mniej potrzebnych… Kolejne ważenie. No to potrzebnych, ale jakoś dam sobie radę… No dobra, to może to też pożyczę na miejscu. Uf, jest dwadzieścia kilo i to z malutkim zapasikiem na powrotną sól i wodę. Za pięć minut odjazd i w końcu torba spakowana. Na lotnisku zbieramy ekipę, odprawiamy się i szczęśliwie przedzieramy przez kolejne systemy odprawy, choć niektórzy mają mało szczęśliwe miny, bo obsługa lotniskowa nie była na tyle miła by nie zauważyć kilku kilogramów nadwyżki i kazała sobie słono zapłacić za ten luksus. W samolocie obowiązkowa drzemka, w końcu to czarter, więc lot jest o chorej godzinie, kiedy człowiek ma najwyższą potrzebę snu. W końcu lądujemy w Sharm, jest ciepło, można zrzucić kurtkę i bluzę. Jest słońce, jest fajnie, wracają jakieś ukryte siły, które hibernowały w polskim zimowym klimacie, chce się żyć. Uśmiecham się sam do siebie. Wróciłem i jestem zadowolony. Ci, co nie byli, dostają instrukcję, który i jak papier wypełnić, że wizy nam nie potrzeba, bo my z Dahabu to tylko do wody wyskakujemy. Odbieramy bagaże, ładujemy się do busa i mkniemy do hotelu. Sytuacja na miejscu stabilna, nie ma potrzeby jechania w konwoju, więc dość szybko docieramy do celu podróży. W Tropitelu oczywiście lekki burdel, kogoś z listy nie ma, ktoś jest inaczej zapisany. Standard. Trzeba to lubić, skoro się płaci za to takie pieniądze. Hotel brzydki nie jest, ma swój dobry poziom. Tylko ta obsługa wyjęta kompletnie z kontekstu rzeczywistości. Tym razem dostajemy opaski – a jakże. Teraz obrączkuje się nawet tych, co nie mają all inclusive. Przynajmniej w ten sposób od razu wiadomo, kto na jakich prawach może dobierać się do hotelowej kuchni, wciąż okrutnie nudnej, mało wyszukanej i doprawianej beznadziejnie. Z kuchni, kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, bez zbędnych ceregieli przenieśliśmy się na pierwsze nurkowisko. Tym razem jako pies przewodnik ekipy zażyczyłem sobie, żeby naszym punktem rozruchowym był region południowego Dahabu z dostępem do takich miejsc jak Moray Garden, Golden Blocks, a zaraz obok Three Pools, The Caves i Umm Sid. Ja mogłem skupić się na pierwszym kursie, mniej doświadczeni mogli się rozpływać pod okiem niezawodnego jak zwykle Mohameda Elattara z Dahab Days, a kozacy mogli już atakować głębiny, albo zaliczać the Caves.

Fot.1. (kubaCE) Mohamed Elattar

Wszyscy dzięki temu byli zadowoleni i nie było żadnego protestu by miejsce powtarzać kolejnego dnia, celem zaliczania kolejnych tras, a ja spokojnie kończyłem OWD i zaczynałem AOWD. W ciągu tych dwóch dni dużo nie zdążyłem pooglądać pod wodą, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że pod wodą jakby życie zubożało. To mój trzeci raz w Dahabie i nigdy życia mi tu nie brakowało, a rok wcześniej byłem w niemal tym samym okresie. A teraz odczuwalne było wręcz zmniejszenie natężenia ruchu podwodnego. Debiutanci byli zadowoleni, region południa to dobry punkt startowy dla nurków nie znających tej części Egiptu, pod wodą jest ciekawie, rafy są w niezłym stanie, a ukształtowanie dna bardzo urozmaicone. Ja się tylko cieszyłem, że udało mi się uniknąć wizyty w Lighthouse, które jest punktem obowiązkowym wielu wizyt w Dahab, a ja miejsca zwyczajnie nie lubię. Jest nudne jak kuchnia w Tropitelu. Trzeci dzień to Canyon. Rzut beretem od hotelu, spacerkiem po plaży trzy minuty i już byliśmy w Sadeeki Restaurant na odprawie przed nurkowaniami. Miejsce idealne na trzy nurki, dwa dzienne i jeden nocny. W Canyonie idealnie robi się nurkowanie głębokie na zaliczenie z AOWD, jest to też idealne miejsce na nocnego nurka. Plan dla moich podopiecznych był więc prosty, pierwszy nur w ramach AOWD – głębokie, potem zwykła wycieczka i kolejny nur z AOWD – nocniak. Mohamed tym razem wziął sobie na plecy głębinowców 40+, więc wycieczkowiczów oddał mnie i drugiemu instruktorowi, który wolał oddać mi przewodnictwo. Miałem zatem pociągnąć peleton nurków do Canyonu, zrobić z moimi ćwiczenia AOWD, pokazać im cud, jakim jest Canyon, wycofać się i trafić w wąskie siodło prowadzące z powrotem do laguny, z której zaczynaliśmy nura. Moje pierwsze poważne przewodnictwo w Dahabie bez żadnej pomocy kogoś, kto w razie czego stuknie się w czoło i mi pokaże „człowieku, nie tędy”. Nie będę ukrywał, miałem pietra, że przestrzelę, albo pomajtam coś w nawigacji w takiej sytuacji. Całe nurkowanie byłem więc napięty jak struna i cały czas zajmowałem się ogarnianiem całej grupy, nur minął mi błyskawicznie i nim się spostrzegłem, już wracaliśmy do siodła. Okazuje się, że właśnie ten moment najłatwiej jest przegapić i w paru miejscach się zmylić. Cieszyłem się, bo nie dość, że trafiłem, to jeszcze mogłem pozgarniać kilku takich, którym się wydawało, że zatoczka w rafie obok to właśnie wejście do laguny. Duma młodego instruktora rosła okrutnie. Na drugiego nura znowu skoczyliśmy do Canyonu, bym wreszcie sam mógł nacieszyć nim swoje oczy, bo tym razem nie miałem ciężaru w postaci przewodnictwa całego stada. Nocne to z kolei wizyta w Canyon Garden, czyli na prawo z laguny. Dla mnie niespecjalnie interesujące miejsce, nie oferujące niczego nowego, spokojnie trzeciego nura mógłbym zrobić w Canyonie, który jest zwyczajnie piękny. Pionowe ściany powoli zamykające się nad głowami nurków i tworzące bardzo wąziutkie przesmyki, którymi uciekały strumienie bąbelków powietrza wydychanego przez nas. I tajemnicza ścieżka prowadząca w głębiny, wciąż dla mnie niedostępne, ale kuszące mnie i mówiące mi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Tym razem nie obeszło się bez przygód, bo część grupy oddzieliła się i nie mogła trafić w siodło. My sobie spokojnie robiliśmy przystanek sprawdzając jak fluorescencyjne żyjątka reagują na nasze intensywne machanie łapkami, a część ekipy krążyła szukając właściwego wejścia do laguny. Dopiero po wynurzeniu przewodnik zlokalizował światła maruderów, oczywiście daleko od przesmyku, którym można było wrócić. Wszyscy jednak szczęśliwie wrócili z nurkowania i nic nikomu się nie stało. Mieliśmy za sobą trzeci dzień nurkowań, apetyty rosły, zwłaszcza tych, którzy w Dahabie już byli.

Fot. 2. (kubaCE) Znikamy w Bells.

 

Czas więc na Blue Hole i Bells. Moje ukochane i wciąż zachwycające Bells, w którym rok wcześniej zrobiłem swoją specjalizację DEEP. To miejsce bezsprzecznie magiczne, w którym nurkowałem kolejny raz a czułem się ponownie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, kiedy opadam w dół szczeliny, delikatnie zmieniam ułożenie ciała by wpasować się w wąski komin na trzydziestu paru metrach, wyskakuję z komina, jestem na czterdziestu metrach, spoglądam w górę czekając na resztę. Widzę czterdzieści metrów przepięknej pionowej ściany skalnej, kipiącej życiem, przytłaczającej swoją potęgą. Jak na dłoni widzę kolejnych nurków opadających szczeliną. Do samej niemal powierzchni mogę śledzić każdy swój bąbelek wydychanego powietrza. Oglądam się w dół, w ziejącą pode mną atramentową głębię. Jestem zakochany, serce bije mi coraz mocniej. Czy to jest ten poziom mistycznych uniesień, jakie przeżywają zdobywcy najwyższych szczytów gór? To musi być coś w tym stylu. Zbieramy zespół i rozpoczynamy powolną wędrówkę ku Blue Hole, delikatnie się wynurzając. Zaglądamy pod wszystkie nawisy, cieszymy oczy pięknem tego miejsca. Przechodzimy siodłem do Blue Hole, jeszcze przystanek bezpieczeństwa i już jesteśmy z powrotem w restauracji Camel by zachwycać się przeżyciami z tego nurkowania. To jest ten typ miejsca nurkowego, które łączy wszystkich nurków różnych specjalizacji, doświadczeń i poziomów wykształcenia. Tutaj wszyscy mogą spędzić wspólnie świetne chwile rozkoszując się wspaniałym światem Bells. Drugi nur obiecuję swoim podopiecznym w samym Blue Hole, choć też planujemy krótką wizytę za siodłem, w prawo od Blue Hole. Wskakujemy więc do studni, układamy się na spadochroniarza i prujemy w dół. Leci się tak dobrze, że nawet ciut przy późno się łapię, że czas skontrolować głębokościomierz. W ostatniej chwili hamujemy na zakładanym limicie głębokości. Widzimy dobrze załamanie skalne, które prowadzi do legendarnego łuku w tym miejscu. Nam jednak nie wolno tam iść, pora się powoli wynurzać i cieszyć oko widokami w studni. Za każdym razem przed nurkowaniami w Blue Hole powtarzano mi, że akurat tutaj życie nie jest zbyt bogate, że pod wodą poza samą studnią nie ma specjalnie co oglądać. Zwróciłem na to uwagę w trakcie nurkowania i wracałem z przeświadczeniem, że nie do końca jest to prawda i że całkiem sporo się dzieje w samej studni. Dotarliśmy do siodła, zajrzeliśmy jeszcze za róg, w lewo. Wiadomo, pod nami atramentowa głębia, pionowa ściana, ale my płynęliśmy krótko i płytko oglądając tylko to, co było w zasięgu tych najbliższych metrów. Nie odkrywszy niczego niezwyczajnego zawróciliśmy czując, że wykorzystujemy już zdecydowanie za dużo powietrza potrzebnego nam na powrót. Wracaliśmy zadowoleni z nurka, chłopakom podobało się i w Bells i w Blue Hole. Ja wiedziałem, że nie widzę problemu by wrócić tu chociażby jutro, by znów spotkać się z Bells. Do Blue Hole jednak chciałbym już wrócić tylko po to by zobaczyć łuk. Dzień się jednak kończył, a na kolejny planowaliśmy wyprawę łodzią. Nie wszyscy, część postanowiła wyrwać się spod opieki i wrócić do Bells i Blue Hole. Ja nie mogłem, czekało mnie jeszcze dokończenie AOWD na łodzi, z resztą czułem, że powrót do Gabr El Bint też mi się przyda, bo też ostatnim razem podobało mi się bardzo. A zatem wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na łodzi i wyruszyliśmy w stronę dalekiego południa. Mohamed miło zaskoczył mnie pierwszym nurkiem w miejscu mi kompletnie nieznanym – El Shugurat, leżącym na trasie do Gabr El Bint. Nurka rozpoczynamy w rozpadlinie skalnej – prostym i szerokim korytarzu opadającym do czterdziestu metrów, wychodzimy z korytarza pod rozłożystą Gorgonią, Mohamed prowadzi nas w lewo i wzdłuż skalnej ściany meandrujemy w lesie imponujących Gorgonii. Wypłycamy się w piaszczystej lagunie, gdzie pod stołowymi koralowcami można szukać płaszczek i innych ciekawych stworzeń. Ja mam szczęście natrafić na naprawdę sporego Crocodile Fisha, który do końca uparcie udawał wyposażenie dna, choć wyraźnie czuł, że jak na kawałek dna za bardzo przyciąga uwagę dużego stada bąblujących intruzów. Z laguny odebrała nas łódź i ruszyliśmy nad Gabr El Bint oddać dwa pozostałe nury, najpierw na prawo od łodzi, do cypla i schowanej za nim lagunki, a potem w drugą stronę. Znowu okazja do podziwiania majestatycznych Gorgonii, ale nic poza tym, ogólnie rzecz biorąc.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.
Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Trzeba pamiętać, że Gabr oferuje możliwość podziwiania niezniszczonej i bogatej rafy, jest to miejsce bardzo malownicze, dno tutaj opada zdecydowanie, ale nie tak gwałtownie, jest tu cała masa kryjówek dla ciekawych stworzeń. Niektórzy mieli szczęście w tym miejscu spotkać całe stado delfinów. Ja takiego farta nie miałem i tym razem nieco byłem zawiedziony nurkowaniem w tym miejscu. Wracaliśmy jednak posłuchać opowieści tych, którzy się wyrwali z naszej grupy by spędzić kolejny dzień w Bells – Blue Hole. Ci z kolei zrobili sobie maraton: z Bells w lewo dobre pół godziny, zawrotka, do Blue Hole i tu zakończenie nura. Nasycili się Bellsem po uszy i byli bardzo zadowoleni, dokonali lekko kozackiego wyczynu, bo całą trasę pokonali na standardowych dwunastolitrowych butlach. Szósty dzień to dzień dodatkowych nurkowań. Chętni się znajdują, więc ustalamy plan – The Caves a potem The Islands. Wreszcie mam okazję zaliczyć The Caves. Na każdym wyjeździe omijała mnie okazja poznania jaskiń, ale w końcu udało się i mi. Powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało i dodałem je do swoich ulubionych miejsc w Dahab. Podsunęło mi też koncepcję, że to nurkowanie jaskiniowe można by kiedyś pociągnąć i rozwinąć. W końcu, czemu nie? Tu rafy praktycznie brak. Są głównie skały, załomy i nawisy, kilka mniejszych pieczar i ta główna, otwarta wielka, przepiękna. Nurek jest dość krótki, ale kończymy go bardzo zadowoleni. Wracamy do kafejki, pałaszujemy obiad i przemieszczamy się do Islands. Jest już dość późno, w końcu to zima. Niedługo słońce schowa się za górami. Już wiemy, że nie będziemy mieć idealnych warunków jak na to miejsce. Nie będzie tego falowania promieni słońca, słonecznego tańca na rafie. Do tego okazuje się, że wizura pod wodą jak na standardy lokalne jest słaba (czyli taka wizura, jak w najlepsze dni na Zakrzówku). Jest trochę mroczno i tajemniczo, zatem mi się podoba. Wciskamy się w wąską szczelinę w rafie, zanurzamy się i przeciskamy okienkiem do małego baseniku. Rozpoczynamy wycieczkę po Islands. Nie dość, że ciemnawo, nie widać wszystkiego dobrze, to jeszcze życia mało, ale to Islands, które wszystkich zawsze porusza. Poznaję miejsca z poprzedniej wycieczki, choć nie było mnie tu rok i miałem zupełnie inne warunki. To kolejny obowiązkowy punkt do odwiedzenia w Dahabie, nigdzie nie ma tak specyficznie ukształtowanej rafy tworzącej rój niewielkich wysepek wypiętrzających się niemal na samą powierzchnię wody, tworzących wąskie korytarze, ciasne zakręty i wielopiętrowe tarasy. Wracamy tym samym okienkiem, czując, że słońce już całkowicie schowało się za górami. Dodatkowa dawka adrenaliny dostarczona zostaje przez cwanego jeżowca wystawiającego swoje kolce w wąskim przejściu i parkę ciekawskich skrzydlic, które akurat teraz postanowiły tutaj zaparkować. A w okienko niełatwo jest wpłynąć powoli z powodu przyboju. Kończymy jednak wszyscy cali i szczęśliwi. To był ostatni, kolejny dzień to suszenie sprzętu, pakowanie i długi powrót do domu, do polskiej zimy, do szarówki. Wsiadając do samolotu zastanawiam się, które miejsca mógłbym znowu odwiedzić w moim (bo jakże by inaczej) mieście Dahab. I kiedy. Kiedy znowu usiądę w cichym zakątku restauracji Crazy Mummy, zjem przepyszne Om Ali i zaplanuję kolejne nurkowania w miejscach mi znanych, oraz tych, których jeszcze nie miałem okazji odkryć. A tych nie brakuje.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.
Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Sałata podwodna.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Stołowy koralowiec.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 7. (kubaCE) W takich warunkach człowiek strzela zdjęcia jak opętany próbując uchwycić choć cząstkę otaczającego go piękna.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 8. (kubaCE) kipiel życia.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 9. (kubaCE) A to moi drodzy kursanci jest znak nurkowy przedstawiający rybę o nazwie… ?
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 10. (kubaCE) Błazenków od groma i ciut ciut.

 

Nasze urocze kamieniołomy

Na terenie naszego uroczego kraju mamy trzy porządne kamieniołomy – nurkowiska. Zwracam uwagę tylko na takie, które mają pełną infrastrukturę na brzegu, przygotowaną pod nas – nurków. A przynajmniej starają się ją mieć w jak najszybszym czasie (choć kwestia „jak najszybszy” jest tu mocno względna i zależy od punktu widzenia). Mówię tutaj o nurkowiskach, do których możemy wpaść praktycznie bez zapowiedzi – a już na pewno w trakcie sezonu nurkowego (czyli u nas mówimy mniej więcej o okresie od kwietnia do października), na miejsce można nie zabierać ze sobą sprzętu, lub mieć braki w sprzęcie. Te miejsca powinny oferować ciekawe walory nurkowe, być w pełni przygotowane do obsługi nurków od A do Z: ładować butle powietrzem (choć przydałyby się też inne mieszanki dla zaawansowanych nurków), udostępniać suche i wygodne miejsca (najlepiej zadaszone) do przebierania się, dać możliwość dostarczenia blisko wody sprzętu i zaparkowania auta. W chłodniejsze dni przyda się pomieszczenie zamknięte by złapać trochę ciepła, przydadzą się też jakieś przekąski i ciepłe napoje i mamy już całkiem przyzwoity europejski poziom. Nie zaszkodzi też by opiekun akwenu miał jasną politykę cenową (o wysokości nie ma co dyskutować, zawsze się znajdą głosy, że może być taniej). Warto też sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wymieniane te nurkowiska są na takim poziomie, że bez cienia wstydu możemy zaprosić na nurkowanie naszego znajomego z zagranicy? A przy okazji warto wspomnieć o położeniu akwenu i przez to jego dostępności dla nurków z całej Polski i jej okolic.

Same walory nurkowe wszystkich trzech akwenów są bezsprzecznie wysokie – warunki pod wodą potrafią być znakomite i bardzo rzadko się dzieje, że wizura jest tragiczna. Każdy akwen ma do zaoferowania różne atrakcje pod wodą, oczywiście Zakrzówek z racji głębokości i wielkości będzie w tej kategorii zawsze wygrywać, ale umówmy się, że i Piechcin i Koparki Jaworzno dają nam dużo nurkowej frajdy i warto je w swoim nurkowym życiu zaliczyć co najmniej raz, jak nie dwa. Atrakcjami Zakrzówka są niekończące się pionowe skalne ściany, półki, zatopione drzewa, możliwość osiągnięcia trzydziestu metrów i masa sztucznie zatopionych atrakcji zaczynając od instalacji do ćwiczenia pływalności a kończąc na dwóch samolotach i Grubym, czyli drewnianym statku leżącym na dwunastu metrach. W Koparkach obowiązkowo oglądamy… koparki, piękne, majestatyczne i gigantyczne. Kopary, przy których czujemy się maluczcy. Kopary fajne są dla wycertyfikowanych już „owudziaków”, raz, że się nie pogubią – akwen za duży nie jest, dwa, że nie przekroczą swoich uprawnień nawet jak się bardzo będą starać – maks siedemnaście metrów i dno. Piechcin to zatopiony pełnomorski jacht „Magda M.” z betonowym poszyciem, fajny łuk skalny, zatopiony las i kolor wody przypominający momentami jakiś Adriatyk, albo coś koło tego. Tylko tam jak dotąd udało mi się trafić wizurę, która powaliła mnie na kolana. Wizurę spotykaną tylko w morzach.

Koparki
Foto 1. (kubaCE) Koparki Jaworzno. Robią wrażenie.

Jadąc na przygotowane nurkowisko liczymy na to, że opiekun nurkowiska stanie na wysokości zadania i ułatwi nam nurkowanie pod każdym aspektem. Każda z wymienionych baz oferuje nam ładowanie butli, choć w przypadku Piechcina mówimy póki co o ładowaniu niestacjonarnym – butle są zabierane z bazy do ładowania w mieście. Podobno już w tym roku ma ruszyć ładowanie na miejscu. Zakrzówek i Piechcin nie biją butli do maksa. Strata nie duża, ale tu wygrywa obecny opiekun Jaworzna – butle ładowane są „po brzegi”. Wymagający innych mieszanek mogą mieć problem. Na Zakrzówku w cenniku mamy inne gazy, ale zaznajomieni z tematem twierdzą, że nigdy nie można natrafić na moment, żeby ktoś mógł przygotować daną mieszankę. To znaczy, gazy do mieszania są, ale człowieka uprawnionego do mieszania już trudniej spotkać. Koparki według oficjalnej strony, w obecnej tymczasowej formie proponują wypożyczanie butli z nitroxem, z nieoficjalnych informacji wynika, że jest możliwość ładowania innymi mieszankami. O mieszaniu na miejscu nie ma słowa na oficjalnej stronie. Piechcin? Tylko powietrze.

Infrastruktura powierzchniowa jest bardzo różna. Jeżeli miałbym przywieźć kogoś z zagranicy i pokazać mu te trzy miejsca to chyba obecnie najlepiej prezentuje się Zakrzówek, choć zabudowa nie jest jakoś szczególnie estetyczna. Rozumiem, że wynika to z warunków umowy użytkowania terenu, że wszystko ma być maksymalnie tymczasowe. Myślę, że Maciek Curzydło, właściciel zakrzówkowej bazy Kraken wie, że łaska miasta może się zawsze skończyć i że może się powtórzyć scenariusz jak z Koparek, gdzie poprzedniego właściciela pożegnano praktycznie bez żalu i ceregieli. A ówczesna baza na Koparkach prezentowała się naprawdę zacnie. Pomimo, że zabudowa też była tymczasowa, Mirek Kierepka i jego Orca Group włożyli sporo roboty w to by baza prezentowała się elegancko. Przyznam, że ówczesny wygląd bazy stawiał ją najwyżej w kategorii estetycznej. Zakrzówek ma rozbudowaną bazę, ale jeżeli chodzi o prezencję, to szału nie ma. Piechcin na tym tle wypada zwyczajnie biednie. Obecne Koparki też teraz nie robią wrażenia, ale jest i tak lepiej niż na Piechcinie, z resztą to podobno stan tymczasowy, już na oficjalnej stronie prezentowane są plany architektoniczne takiej bazy, że mucha nie usiądzie. Pytanie tylko, kiedy plany zostaną zrealizowane. Poczekamy pewnie jeszcze z rok co najmniej.

Piechcin
Foto 2. (kubaCE) Malowniczy łuk w Piechcinie.

Zakrzówek to spory główny budynek, w którym znajdziemy bardzo porządnie wyposażony sklep nurkowy z bardzo dobrymi cenami, wypożyczalnię sprzętu i sprężarkownię. Są też pokoje socjalne dla klubowiczów Krakena, w zimę można korzystać z wygodnej łazienki. Sklep nie dość, że świetnie wyposażony, to jeszcze ceny czasem wręcz okazyjne. Wypożyczalnia też na bogato wyposażona, ale jak mamy sezon to radzę rezerwować sprzęt z dużym wyprzedzeniem. Sprężarkownia ma sporą wydajność, ale w sezonie poczekamy na napełnienie butli i z pół godziny. Toalety „letnie” mamy na zewnątrz, w osobnym budynku. Przyzwoite, żadne tojtojki. Problem, że możliwości szamba są dość ograniczone i w letni weekend dość regularnie toalety są wyłączane z użytku ze względu na pełne szambo (w Krakowie nie da się znaleźć rozsądnego odbieracza nieczystości, który nie odebrałby ich w weekend?). Jest też Ramzes, albo Pan Kiełbaska, czyli lokalna „gastronomia”. Jak dla mnie to żarcie pod nurków ciut za ciężkie – grillowane kiełbachy i karkówki, ale to kwestia gustu. Mamy też dużo dużych i solidnych wiat, dwa parkingi i wygodną drogę dojazdową. Baza ma swoją ograniczoną pojemność i w bardziej tłumne dni radzę być bladym świtem.

Koparki mają bardzo elegancko jeżeli chodzi o teren do zagospodarowania. Dużo ładnej płaskiej powierzchni, jest jak się tu urządzać. Póki co dużo tego nie ma. Barak – główny budynek, tu ładujemy butle, tu się rozliczamy, tu wypijemy kawę, herbatę, zupę, kupimy sobie jakiś napój czy przekąskę z automatu. Wypożyczyć sprzęt też można, ale póki co tego dużo nie ma. Mamy też namiot iglo, w którym można się w zimne dni ogrzać. Toalety to szpalerek tojtojek, do tego kilka wiat i parking. Wszystko, co trzeba, ale czekam na więcej i porządniej.

Piechcin to znowu jakaś zbieranina ze złomu – jakiś pseudobarakowóz robi za pomieszczenie opiekuna, jedna wiata i kawałek jakiegoś materiałowego dachu. W zimne dni tutaj ciężko jest gdzie się ogrzać poza wnętrzem własnego samochodu. Stawiane są też jakieś kontenery, które mają być wkrótce wypożyczalnią sprzętu i sprężarkownią. Parking mikry i dosłownie jedna tojtojka. Jest miejsce na więcej i plany też chyba jakieś są, ale póki co mamy tutaj najsłabszą infrastrukturę. A szkoda, bo to miejsce zasługuje na więcej.

Trzech operatorów, zatem trzy różne cenniki, choć widać podobieństwa. Zakrzówek i Koparki skupiają się na opłacie bazowej za dzień naszego pobytu. W obu przypadkach mówimy o kwocie trzydziestu złotych. W tej cenie nurkować możemy tyle, ile nam się będzie chciało, dodatkowo w zimę Koparki w cenie oferują ciepły napój – miły gest. Za ładowanie powietrza liczą nas podobnie – płacimy za butlę, a nie za faktycznie bite litry. W przypadku Zakrzówka możemy powiedzieć o systemie premiującym grupy zorganizowane z instruktorem – preferencyjny cennik wszystkich opłat, łącznie z biciem butli. Piechcin też stosuje promocje dla instruktorów z grupą powyżej sześciu osób (mowa jest o organizatorze grupy, więc teoretycznie nie musimy być w takim przypadku instruktorem nurkowania), ale cennik Piechcina to niestety, ale dla mnie kuriozum. Właściciel wychodzi z założenia, że korzystniej dla wszystkich będzie jak będzie liczone wszystko oddzielnie, ilość aut (i zdaje się – ich wielkość), nurków i nurkowań. Zastanawiałem się jak są w takim razie liczone nurkowania w dni, kiedy baza jest oblegana – odkryłem klucz dość szybko, przywożąc swoją grupę zorganizowaną – właściciel wychodził z założenia, że wszyscy nurkują maksymalną ilość razy. W ogóle system rejestrowania i rozliczania grupy w Piechcinie to była w tym przypadku jakaś masakra i spędziłem bitą godzinę z opiekunem próbując pogodzić zapisy z jego i mojej listy odnośnie rzeczy podlegających opłacie. Zalecam więc, jeżeli planujecie wypad grupą na Piechcin, niech lepiej każdy sam się rozlicza i pilnuje swoich zapisków. Widzę dobrą wolę u właściciela, ale nie rozumiem pokrętnej logiki rozliczania. Według mnie zła droga, zwłaszcza niezrozumiała na przykładzie nocnego nurkowania, które owszem można wykonać, ale za dodatkową opłatą… 30zł. Czyli niemal podwajamy koszt korzystania z Piechcina, jeżeli decydujemy się na nocne. Nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa, więc nie wiem, czy wysokość tej opłaty wynika z tego, że opiekun karnie zostaje i czeka do zakończenia nurkowań nocnych, ale opłata powala i mocno zniechęca do bawienia się w nocne w tym miejscu.

Zakrzówek
Foto 3. (kubaCE) Zakrzówek to przede wszystkim mój ulubiony Gruby – drewniany statek spoczywający na 12m.

We wszystkich miejscach zachęcam do nieskrępowanej kontroli zapisków czynionych przez obsługę akwenów. Nie zakładam złej woli obsługi, ale w gorących chwilach potrafią namieszać w zapisach i potem się robi niepotrzebna dyskusja na ten temat.

Jako nurek rekreacyjny nie przepadałem za Zakrzówkiem – denerwowała mnie ilość ludzi, jaka potrafi tu wystąpić w ciągu ciepłego weekendu. Piechcin mnie urzekł pod wodą, ale nad wodą oczekiwań nie miałem żadnych, więc nie przeszkadzał mi stan bazy. Bardzo spodobała mi się baza w Koparkach, choć pod wodą się zawiodłem. Koparki są ekstra, ale na raz. Obecnie z resztą pod wodą nie ma żadnych innych większych atrakcji.

Jako instruktor obecnie doceniam infrastrukturę i zaplecze Zakrzówka, doceniam też walory samego akwenu, który oferuje ogromną różnorodność i atrakcje pod wodą. Chciałbym bardzo móc to samo powiedzieć o Piechcinie, bo akwen mnie zauroczył, choć jest mniejszy od Zakrzówka. Niestety, pomimo swoich możliwości turystyczno szkoleniowych (jest i głębokość odpowiednia, jest różnorodnie, są atrakcje podwodne) Piechcin obecnie spadł na ostatnią pozycję, już tymczasowa baza na Koparkach prezentuje się lepiej i zdecydowanie wygodniej z niej się korzysta pod każdym względem – łącznie z opłatami. Koparki są o tyle dla mnie mało atrakcyjne, że sam akwen jest mikruśny – to taki niemalże basen w wersji maksi. Prawie cały czas równa głębokość 15 – 17 metrów, żadnych półek skalnych, brak łagodnego wejścia – trudno sobie więc wyobrazić w tym miejscu szkolenia podstawowe. Na OWD za głęboko – jest jedna podwodna platforma na pięciu metrach, ale dla ludzi wchodzących pierwszy raz do otwartej wody w nurkowym sprzęcie Koparki to chyba niepotrzebne wyzwanie. Z kolei AOWD tutaj nie zrobimy, nie mamy możliwości złapania większej głębokości. Nowy właściciel dużo obiecuje, ale to wciąż tylko obietnice. Na efekty trzeba będzie poczekać.

Lokalizacja Piechcina daje mu największą szansę zdobycia dużej ilości klientów pośród polskiej nurkowej braci. Nieco poza środkiem Polski, ale jednak zewsząd wszyscy mają najbliżej do Piechcina. Drogowo było słabo, teraz jest nieźle, bo i A2 i A1 bardzo usprawniły dojazd w ten region Polski. Północna część Polski poszkodowana jest jeżeli chodzi o Zakrzówek w Krakowie i Koparki w Jaworznie. Nie dość, że trzeba się przedrzeć przez cały kraj, to jeszcze sieć dróg nie powala. Dojazd do Krakowa od strony Warszawy, gdzie wciąż mamy do czynienia z jednym pasem w każdą stronę na długich odcinkach, to dla mnie jakaś masakra w dzisiejszych czasach. To już na Jaworzno dojechać można sprawniej, korzystając z jednej autostrady i ekspresówek. Wtedy wygodniej jest z tego punktu dojechać do Krakowa korzystając z A4. Dobrym pomysłem jest zaplanowanie weekendu z objazdem obu kamieniołomów. Pierwszego dnia bawimy się na Koparkach, na drugi dzień przejeżdżamy na Zakrzówek i mamy bardzo fajny nurkowy weekend zapewniony.

Poprosiłem też moich znajomych o komentarz odnośnie naszych nurkowalnych kamieniołomów.

Zakrzówek dla mnie jest akwenem numer jeden – pisze Błażej Kabziński, instruktor nurkowania (www.godiving.pl) –  na mapie polskich nurkowisk, szczególnie pod względem szkoleniowym. Jest to miejsce, które zawsze pozytywnie zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonego nurka. Nurkowisko to jest bezkonkurencyjne pod względem wielkości, rozbudowanej infrastruktury na powierzchni oraz ilości atrakcji pod wodą (tych naturalnych oraz zapewnionych przez CN Kraken).

Kamieniołom Koparki w Jaworznie to mój nr dwa na liście, choć po zmianie dzierżawcy terenu może to z czasem się zmieni. Z całą pewności jest to akwen mniejszy i mniej urozmaicony niż ten w Krakowie, więc z założenia mniej atrakcyjny. Można go opłynąć dookoła w trakcie jednego nurkowania 🙂 to co jest wyróżnikiem tego akwenu to same koparki, które robią na prawdę duże wrażenie oraz ciekawostka, że w tym zbiorniku nie występuje wyraźna termoklina.

Piechcin jest bardzo urokliwym miejscem po środku „niczego”. Zajmuje trzecie miejsce przede wszystkim ze względu na warunki pod wodą, a raczej pochodzenie tego zbiornika. Jest to miejsce skąd wydobywano wapień i to o wysokiej czystości. Powoduje to, że woda ma niecodzienny, jak na Polskę, turkusowy kolor, ale zalęgający na dnie pył wapienny jest bardzo lekki i podnosi się z każdym nieumiejętnym machnięciem płetwy nad dnem. Po wizycie w Piechcinie zdecydowanie polecam dobre przepłukanie sprzętu z wszędobylskiego pyłu. Infrastruktura też niestety jest najgorzej rozwinięta. Najbardziej dotkliwa jest kwestia braku sprężarkowni na miejscu, przez co można mieć zdecydowanie dłuższą przerwę między nurkowaniami niż się planowało, bo butle „jeszcze nie wróciły”.

Cokolwiek by nie pisać i szukać dziury w całym, to każde z tych miejsc warto odwiedzić. Każde z tych miejsc jest specyficzne i wyjątkowe. Są to zupełnie inne zbiorniki niż jeziora i warto o nich pamiętać, planując wyjazd nurkowy, ale każde z nich daje ogromną frajdę.

Tomek Wolski – perfectdive.pl – instruktor nurkowania: Nurkując czysto rekreacyjnie, zanim zostałem instruktorem, uwielbiałem Koparki w Jaworznie, ale te za czasów Mirka Kierepki i tak by było do dzisiaj… To, co stworzył Mirek miało swój niezwykły klimat. Infrastrutkura, nowe inwestycje, masa udogodnień dla nurków – wiaty, platformy… i najważniejsze – toaleta, w której czułeś się jak w domu :))) Obecnie Koparki to już nie to samo miejsce jak dla mnie. Od czasu sprzedaży byłem tam dwa razy i jakoś w żaden sposób mnie tam nie ciągnie.
Jako instruktor lubię Zakrzowek, za to że spelnia wszystkie moje potrzeby: doceniam udogodnienia do prowadzenia kursów od OWD aż do DIVEMASTERA. Moje postrzeganie miejsca nurkowego zmieniło się diametralnie w chwili zostania instruktorem. Przede wszystkim bezpieczeństwo kursantów jest dla mnie priorytetem,, ale rowniez komfort mojej pracy z ludźmi – Kraków spełnia w stu procentach.

Podsumowując te akweny w kilku słowach:

Zakrzówek –  zaleta: lokalizacja i atmosfera; wada: mało wydajny bank powietrza.
Koparki – zaleta: blisko z Łodzi; wada: wpuszczanie na teren ludzi postronnych.
Piechcin – zaleta: woda; wada: ładowanie butli, a zwłaszcza powietrze masakrycznie wilgotne w smaku.

Bartek Sajkowski – instruktor nurkowania:

Najbardziej odpowiadał mi jako turyście podwodnemu Zakrzówek, ale przede wszystkim późną jesienią lub zimą.O tej porze roku jest mniej nurków i lepsza wizura. Jako instruktor dalej preferuję Zakrzówek. Można na nim wykonać prawie wszystkie kursy i specjalizacje. Zakrzówek zajmuje pierwsze miejsce, drugie Koparki a na szarym końcu Piechcin.

Zakrzówek – ilość atrakcji podwodnych, głębokość i ukształtowanie odpowiednie do prowadzenia kursów, niezła infrastruktura. Postarałbym się za to lepiej zorganizować parking. Koparki – fajna rzecz to Koparki Fajny zbiornik do ćwiczenia i do prowadzenia niektórych specjalizacji. Do poprawy infrastruktura. Piechcin – dość ciekawie pod wodą, ale cała reszta mocno kuleje. Zacząłbym od zorganizowania sprężarki

Gdybym mógł stworzyć własny kamieniołom łącząc cechy zebrane z innych, wyszłoby połączenie Zakrzówka, Koparek i Sparmanna czyli wizurka Koparek, atrakcje Zakrzówka i głębokość Sparmanna. A gdybym mógł coś poprawić w naszych akwenach to do Koparek i Zakrzówka dodałbym głębokość i zrobił jak najlepszą infrastrukturę na powierzchni.

Podsumowanie GEPN 2014

W sobotę 13 grudnia o godzinie 17:00 odbyliśmy spotkanie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska podsumowujące kolejny rok naszej działalności. Kolejny intensywny rok, rok dużych imprez i coraz poważniejszych przedsięwzięć. Rok, w którym postanowiliśmy, że GEPN stanie się formalną strukturą i w ten sposób będzie można działać jeszcze skuteczniej promując nurkowanie i nurkowanie w Polsce, zwłaszcza tu u nas na Mazowszu. Miałem przyjemność przeprowadzić krótkie omówienie wydarzeń z kaledarza GEPN 2014 i zrobić krótkie podsumowanie dokonań, choć sam przyznałem się, że w związku z szalonym pomysłem zostania instruktorem nie mogłem uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach GEPNu w tym roku.

Pozostali prelegenci: Kamil Jakuza – opowiadał o tych najważniejszych imprezach: Pikniku, Big Jumpie i Sprzątaniu Świata. Adam Dynowski zdawał relację z nurkowania w ciekawej gliniance radzymińskiej, w której zatopione są wagoniki górnicze. Michał Gorzelak z kolei przypomniał nam uroki nurkowania w ECP, czyli już nieistniejącym nurkowisku w zalanych podziemiach elektrociepłowni pruszkowskiej.

Podsumowując ten rok w liczbach:

  • 34 imprezy GEPN w tym roku
  • 30 nurków – największa frekwencja nurków na imprezie GEPN, tyle osób nurkowało naraz – jak zwykle w Zielonce, przy okazji pikniku i sprzątania glinianek
  • 25 osób nurkowało na rozpoczęcie sezonu w maju, w Zielonce
  • 16 nurków na Diversnight
  • 15 nurków w Forcie Zbarż – popularność tego miejsca rośnie, warunki potrafią tam być czasem bardzo przyzwoite, o ile pogoda dopisuje
  • 14 nurków na Big Jump
  • 13 akwenów obnurkowaliśmy w tym roku, w tym
  • 9 nowych akwenów
  • 6 razy w naszej ulubionej zielonkowskiej Gliniance Kwadrat
  • i po 4 razy w Gliniance Mikołaj i Forcie Zbarż.

Występowaliśmy w telewizji, w radiu, prezentowaliśmy się na Nurgresie i targach Podwodna Przygoda, na festiwalu FreeFrog TV, przeprowadzaliśmy intra nurkowe w ramach pikników w Zielonce i w Grodzisku Mazowieckim.

Podsumowanie w wersji filmowej i kilka zdjęć ze spotkania:

 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki
Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.
Koparki
Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.
Koparki
Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki
Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.
Koparki
Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.
Koparki
Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki
Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.
Koparki
Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.
Koparki
Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.
Koparki
Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.
Koparki
Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.
Koparki
Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.
Koparki
Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.
Koparki
Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.
Koparki
Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).
Koparki
Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.
Koparki
Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.
Koparki
Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.