Glinianki Zielonka

Krakusy mają swój Zakrzówek, Warszawiacy nie mają nic, a raczej dotąd wydawało mi się, że nie mamy tutaj kompletnie nic. Na Mazowszu głównie króluje piasek i sosna, jest płasko, płyną różne rzeki. Jednak albo mamy tutaj zbiorniki, do których bym nogi nie włożył, albo można zanurzyć się najwyżej po pas. No i proszę, jednak tragedii nie ma. Coś jednak się znajdzie. Dla chcącego nic trudnego. Ot choćby Glinianki w Zielonce. Przeczytałem o nich na forum i na Facebooku, przy okazji zaproszenia z Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska. Z początku myślałem – pewnie szału nie ma, da się zanurzyć, ale jak widać coś na pół metra to będzie dobrze. No i zapewne do oglądania są głównie puszki po kukurydzy i po piwie.

Pierwsza okazja do sprawdzenia tego akwenu pojawiła się przy okazji imprezy organizowanej przez G.E.P.N. – otwarcia sezonu nurkowego 2013. Mnie niestety dopadł okrutny katar i rzuciło mi się na gardło. Musiałem zrezygnować. Na szczęście odezwała się do mnie na forum Nuras.info AsiaTKD, która też nie mogła załapać się na tamtą imprezę. Zgadaliśmy się szybko, ustaliliśmy plan, ogłosiliśmy się na forum i Facebooku. Znalazło się kilku chętnych, umówiliśmy się na 11:00 nad wodą. Oczywiście wszyscy zaliczyli spóźnienie, ponieważ w tym samym czasie połowa Warszawy rozpoczynała długi weekend majowy i właśnie próbowała wyjechać wszystkimi możliwymi drogami za miasto. Swoje odstaliśmy w obowiązkowych korkach przy Marsa i na Żołnierskiej i szybko uciekliśmy w boczne uliczki by dotrzeć do Zielonki na ulicę Spacerową. Nieutwardzona droga prowadzi między domkami letniskowymi, docieramy do parkingu, z którego prosta ścieżka prowadzi nad wodę. Niecałe 100 metrów pozostaje do pokonania na piechotę. Bierzemy więc skrzynie ze sprzętem i maszerujemy nad wodę. Glinianka już z brzegu prezentuje bogactwo roślinności podwodnej a także zaskakującą przejrzystość. Słonko grzeje, pogoda przyjemna, choć w radiu trąbią o zbliżających się do nas chmurach burzowych. Trzeba więc ruszać do wody. Wejście jest dość strome i śliskie. W wodzie natychmiast kończy się grunt pod nogami. Ustalamy trasę spływu i znikamy pod wodą. Roślinności rzeczywiście jest tyle, że wciąż człowiek przedziera się przez chaszcze. Nie jest to jednak specjalnie trudne, za to w gęstwinie kryją się szczupaki, inne ryby, rybki, raki. Są zwalone drzewa, jest kilka łączek, które pozwalają osiągnąć dno (3 metry głównie, choć podobno są miejsca głębsze). Widoczność mniej więcej na cztery metry, temperatura wody koło dwunastu stopni, warunki więc bardzo przyjemne. Ja niestety nie natrafiam na raki, ryb też za dużo nie spotykam, ale jestem usatysfakcjonowany, bo udaje się obejrzeć dwa szczupaki, no i jestem miło zaskoczony czystością akwenu. Już wiem, że zawsze w ostateczności mam dyżurny zbiornik, w którym można się pomoczyć całkiem przyjemnie, do którego dojazd nie trwa kilku godzin. Głęboko nie jest, ale nie przeszkadza mi to wcale. Mam nadzieję, że zbiornik zyska jakąś popularność, może znajdą się chętni by zrobić jakieś ułatwienia dla nurków, wygodniejsze zejście, jakieś poręcze do suszenia ciuchów. Fajnie by było, ale teraz też jest fajnie. Ja mam rozpoczęcie sezonu za sobą, przy okazji przetestowałem kręcenie kamerą GoPro, szczęśliwy, że wreszcie będę miał jakieś pamiątki z wycieczek podwodnych. Zamierzam powtórzyć wizyty w Zielonce, zapraszam chętnych. Trzeba tylko pamiętać, żeby nie przeszkadzać wędkarzom (a najlepiej jest dać znać o nurkowaniu lokalnym władzom kółka wędkarskiego), których stanowisk nie brakowało. Trochę się wędkarzom dziwię, bo miejsce wybrali sobie wybitnie trudne ze względu na bogactwo roślinności, choć rzeczywiście ryba tu pływa. Szczupaki raczej wymaganego wymiaru nie miały, ale kiedyś podrosną, prawda? 🙂

A na koniec film z nurkowania:

I kilka zdjęć:

Skręcanie sprzętu

DSC_0075

Aska, sprawczyni całego wydarzenia

DSC_0105

Doposażony i obwieszony gadżetami. Następnym razem biorę jeszcze telewizor i lodówkę z zimnym piwem

DSC_0109

Na pomost!

DSC_0079

Ptactwa wodnego pod dostatkiem było

DSC_0180

No to my się żegnamy

DSC_0128

Grupa w szyku

DSC_0121

Państwo na mnie czekają?

DSC_0117

Juhu!

DSC_0111

Krótko o nieudanej próbie ukulturalnienia się

Jak nie można nurkować (to znaczy można, ale trzeba mieć sprzęt odpowiadający tym warunkom, które widzimy na zewnątrz) to trzeba się jakoś inaczej dokarmiać wrażeniami nurkowymi i nurkopodobnymi. Ja sobie wymyśliłem, że to znakomita okazja by wyciągnąć rodzinę z domu i pójść pooglądać wystawę fotografii podwodnej Tomka Stachury pt. „Wraki Bałtyku” w budynku PTTK przy Senatorskiej w Warszawie. Napaliłem się niemożebnie, że nawet dobrze nie przestudiowałem informacji o tejże. Jest sobota, na zewnątrz plucha, chmury, paskudnie ogólnie, człowiekowi nosa się za drzwi nie chce wystawiać, zatem doskonały powód by się jednak zmusić – zapakować rodzinę do auta i przewieźć na starówkę. Zaliczyć wystawę, a potem się przeleźć kawałek po okolicy. Super plan po prostu. Trzy minuty przed wyjściem człowiek siada do internetu by sprawdzić jeszcze raz informacje o wystawie, zwłaszcza godziny otwarcia. I doczytuje… Wystawa do oglądania od poniedziałku do piątku… No szlag mnie trafił. To są wybitnie nie moje dni do zaliczania takich atrakcji miejskich. Jestem człowiekiem spod miasta, uciekłem tu z wielu powodów i tu jestem szczęśliwy. Nie znoszę każdej wyprawy do Warszawy, nie lubię, nie chcę, bronię się przed tym jak mogę. Bez powodu tam nie jeżdżę. Zwłaszcza w dni pracujące. Stanie w korkach nie jest moim ulubionym sportem. Nurkowanie, rowerowanie, bieganie na nartach – proszę bardzo. Stanie w korkach? Nie. Szukanie miejsc parkingowych w dni pracujące w okolicach starówki – kolejna dyscyplina, której uprawiać nie chcę. Parkować to ja se mogę pod domem na mojej posesji. Miejsce zawsze mam, odśnieżone, bo sam sobie odśnieżam. A na mieście albo wszystko zajęte, albo zawalone śniegiem. Podziękował. Zatem tym samym muszę przyznać z bólem, że wystawy już pewnie nie zaliczę. Chciałem złorzeczyć, obsmarować włodarzy PTTK za tak absurdalne ograniczenie czasowe dostępności wystawy, ale cóż – zapewne wielu miastowych odwiedziło wystawę i dojechanie tam autobusem, albo tramwajem nie było dla nich żadnym ekstremalnym wyczynem zajmującym półtorej godziny, więc nikomu, poza mną pewnie specjalnie to nie przeszkadza. No szkoda…

Hańcza

Mam wrażenie, że to ulubione miejsce mojego Guru, Rudiego Stankiewicza. Taki dyżurny akwen – baza. Jak nie ma się pomysłu co zrobić to zawsze można pojechać nad Hańczę. A jak jest jakiś pomysł, to może jednak nad Hańczę? Nie, w sumie po co, jak można pojechać nad Hańczę. Widać tą fascynację za każdym razem jak tam jedziemy. I nie dziwi mnie ona ani trochę. Nad Hańczę dotąd jeździłem z papierem OWD i raczej szczęścia do dobrych nurków nie miałem. A to niespecjalnie było co widać na tych kilkunastu metrach, na które schodzili ludzie mający mnie pod opieką (a ja wystawiałem ich cierpliwość na poważną próbę, oj poważną), a to ja miałem jakieś problemy, z przedmuchaniem, ze sprzętem (jeden przypadek był kompletnie niefajny, bo okazało się, że dostałem „jacket” uszkodzony przy połączeniu inflatora z kamizelką – ktoś albo na tym usiadł, albo za mocno dokręcił). Nie zraziło mnie to jednak do Hańczy, teraz z papierem AOWD mam zamiar poznać jej właściwe zakamarki, które tak ładnie opisuje m.in. Rudi na swojej stronie. Te krótkie i pobieżne wizyty każą mi wierzyć, że owe malownicze iłowe ścianki są rzeczywiście magnetyzujące. Dodatkowo, widziałem wspaniałe zdjęcia z nieznanej mi strony – zachodniego brzegu, gdzie bogactwo fauny i flory urzeka równie mocno jak to z jeziora Narty. Jezioro może pochwalić się niezwykłą czystością i świetną widocznością. Od wschodniej strony dojazd do jeziora jest poprowadzony jak po sznurku, nie sposób się zgubić. W Bachanowie kierujemy się na Błaskowiznę, potem polna droga skręca nad samym brzegiem jeziora, mijamy ostatnie zabudowania, polna droga się rozwidla. Są dwie drogi pod górę i jedna idzie w prawo po płaskim wprost do gospodarstwa. My wspinamy się pod górę – dwie dróżki zaraz się łączą. Auto ma tu trudny odcinek do pokonania. W zimę pewnie tylko terenowym autem z łańcuchami można próbować. Stromy podjazd wyprowadza nas na pastwisko, tu już są tylko drogi na parkingi dla nurków. Są trzy parkingi, a raczej dwa, tylko, że pierwszy, wyższy, jest podzielony na dwa mniejsze, a drugi jest schowany w lasku, na wysokości tafli wody. Ja nurkowałem głównie z drugiego parkingu. Z trzeciego tylko raz. Z drugiego są trudne strome zejścia do wody. Dźwiganie sprzętu, albo schodzenie w pełnym ekwipunku w tych warunkach jest dość karkołomne. Jednak to właśnie stąd najłatwiej dostać się do osławionych dwóch ścianek. Z trzeciego parkingu dostępna jest największa ścianka. Właściciel łąki robi świetny interes na nurkach, pobierając 5zł od każdego pojazdu, który stanie tu choćby na chwilę (ciężko się wyłgać), a w zamian oferuje kilka zbitych naprędce barierek do suszenia pianek i dosłownie kilka chybotliwych ławek do skręcania sprzętu. Trzeci parking, o ile dobrze pamiętam, wyposażony jest w wygódkę – jedną na całą okolicę. Mam wrażenie, że większość utargu idzie na inne „potrzeby” właściciela, ale może zbyt pochopnie osądzam go po jego wyglądzie. Grunt, że ustawił się chłopina świetnie, robiąc niezły utarg na nurkach (5 zł to niby nic, ale w kwietniu i maju sporo aut widywałem, ciekawe, co tu się dzieje w wakacje). Strzelam, że pastwiska wynajmuje sąsiadom do wypasu zwierzątek i sam nie musi robić kompletnie nic by żyć w miarę przyzwoicie. Mógłby zainwestować w lepszą infrastrukturę, a jakby był bardzo ambitny, to jeszcze by jakąś gastronomię skołował, pewnie szybko zwróciłaby mu się też inwestycja w punkt nabijania butli. Od tych kilku lat (mam mocne podejrzenia, że ten stan trwa od kilkunastu lat, ale nie mam pewności) jednak nad jeziorem nic się nie zmienia, a raczej niszczeje to, co postawione było już dawno temu. Koniec jednak narzekania na właściciela łąki, bo nie dla niego tam jedziemy. Jedziemy ponurkować i chyba każdy nurek, który lubi nurkować w polskich wodach, musi zaliczyć najgłębszy zbiornik Polski.

Dla mnie Hańcza jest o tyle ciekawa, że jest położona w malowniczym Suwalskim Parku Krajobrazowym. Nawet jak się nie nurkuje, jest tu masa atrakcji do zaliczenia. Każdy rowerzysta natychmiast odkryje, że ten region Suwalszczyzny jest po prostu wymarzonym miejscem do rowerowych wycieczek (raczej dla ambitnych rowerzystów lubiącym intensywny wysiłek, bo morenowe ukształtowanie terenu wymusza ciągłe zjazdy i wspinaczki pod strome pagórki). A jak się nie ma roweru, to idzie się na spacer w każdą stronę. Tyle wycieczek tam zrobiłem sam, albo z żoną, a wciąż mi mało. Tam jest tak pięknie, że czasem bez żalu człowiek rezygnuje z nurka tylko po to by przeleźć się po okolicy. Polecam gorąco rezerwat „Głazowisko”, obok wsi Rutka, jako początek dla kilku fajnych wycieczek. Na przeciwko niego spałem w gospodarstwie agroturystycznym Adama Kułakowskiego (gorąco polecam, choćby dlatego, że Adam zajmuje się wyrobem genialnych serów). Niby gospodarstwo położone jest daleko od Hańczy, ale nigdy nam to nie przeszkadzało – jazda samochodem zajmuje około 10 minut. Nad samą Hańczą też można zrobić kilka pięknych spacerów. To jest jeden z najbardziej malowniczych regionów w Polsce. Wiem o czym mówię, bo nurkiem doświadczonym może nie jestem, ale aktywnym podróżnikiem – owszem. Jeżdżę po Polsce dużo i niewiele mam już do zobaczenia. Warto zwrócić uwagę, że ten region Polski nazywany jest biegunem zimna. Zwykle bywa tu chłodniej niż w innych regionach, wiosna startuje później (docieracie tam przez kwitnące, zielone regiony kraju, a na miejscu zastajecie jeszcze śpiącą przyrodę), ale jest tu po prostu pięknie. Wielu też chwali regionalną kuchnię (słynne Kartacze). Ja fanem kuchni opartej na ziemniakach nie jestem, więc polecać nie będę.

Hańcza  to taki punkt pielgrzymek nurków. Każdy nurek, który zakosztował nurkowania w kraju, musi przynajmniej raz zanurkować na Hańczy. Jak już tu dotrze, ciężko mu będzie nie zakochać się w tych okolicach i nie poczuć okrutnej potrzeby powtórzenia wizyty, co stwierdzam na podstawie własnego przykładu. W tym roku sezon nurkowy po raz kolejny zainauguruję na Hańczy. Do zobaczenia na miejscu!

Parking górny nr 2 w maju. Foto – A.P. CieślakParking nr 2 w maju

Wejście do wody z górnego parkingu nr 2. Sporo tu śliskich kamieni, trzeba bardzo uważać by się nie wykopyrtnąć. Foto – A.P. CieślakWejście do wody z parkingu nr 2

Jezioro Świętajno (Narty) k. Szczytna

Gdzieś ktoś napisał, że od Warszawy najbliższym nurkowiskiem jest jezioro Białe k. Włodawy. No to chyba nie słyszał o jeziorze Świętajno (Narty) koło Szczytna. A jak nie słyszał to tam nie nurkował, a jak nie nurkował to jest osioł. Jest to moim zdaniem najfajniejszy polski zbiornik. Wiem, że mam skromny dorobek i pewnie jeszcze zmienię zdanie co do tego najlepszego. Mimo wszystko Narty pozostaną w mojej pamięci na zawsze i zawsze będę miał duży sentyment do tego miejsca. I będę go gorąco polecać innym. Ustalmy więc fakty – do Białego guglowa mapa pokazuje 231km z Warszawy. Do Nart mamy jedynie 190km według Wujka Gugla. No dobra, ale o co chodzi z tą nazwą Świętajno – Narty? Rzecz prosta. Polską tradycją jest pożyczać nazwy geograficzne. Dzięki temu mamy w Polsce ileś tam Nowych Wsi, nazwy jezior lubią się powtarzać, a jeszcze się okazuje, że nazwa oficjalna w ogóle nie jest używana, zwłaszcza przez „lokalsów”. Tak jest ze Świętajnem. Zapytajcie w okolicznych wioskach o drogę nad Świętajno, a ludzie pokierują was nad jezioro za Szczytnem. Z powodu bliskiej obecności drugiego Świętajna mieszkańcy okolic nazywają ich jezioro Narty. W to mi graj, bo fajnie jest rzucić komuś nieznającemu temat krótkie „jadę na Narty zanurkować”. Niejeden zrobi głupią minę.

Na Nartach (no przyznajcie, że brzmi to pysznie) przyszło mi kończyć kurs, potem głównie jeździłem nad Hańczę. Po długiej przerwie wróciłem nad to jezioro i długo nie mogłem zrozumieć, czemu kompletnie nie zapamiętałem walorów widokowych z tego zbiornika. Narty nie tylko oszałamiają widocznością jak na polskie warunki jeziorowe, ale przede wszystkim urokliwą podwodną szatą roślinną. Człowiek czuje się jakby pływał w akwarium. Jak ja mogłem tego nie pamiętać? Chyba to jednak nie wina cholesterolu, ale tego, że to był kurs OWD i ja niespecjalnie miałem czas podziwiać okoliczności przyrody. Skupiony byłem na ćwiczeniach i na walce ze sprzętem, z którym sobie wtedy słabo radziłem. Teraz odkrywałem to jezioro na nowo i byłem nim po prostu zachwycony. Jezioro poznałem od zachodniej strony, gdzie występują te malownicze łąki, przy czym zalogowane głębokości to zwykle 3-5 metrów i mówię wam, że głębiej schodzić nie ma sensu. Oczywiście można, ale tylko po to by odkryć, że nie ma tam praktycznie nic ciekawego. Wszystko co najfajniejsze jest bliżej brzegu i na głębokościach do 5 metrów. Bazę mieliśmy w położonym wyżej, lokalnym gospodarstwie agroturystycznym, które nie reklamuje się w Internecie i nastawione jest na przyjmowanie sprawdzonych gości. Miejsce urokliwe, ciche i spokojne, z którego krótkim spacerkiem dochodzi się do miejsca wodowania. Nurkować można spokojnie z plaż od zachodniej strony, obszerny dostęp do wody. Dużo dobrego opowiada się też o wschodniej stronie (dostęp z plaż przy ośrodkach wypoczynkowych, w lato płatnych, ale podobno warto) – głębokości rzędu 15 – 18 metrów. W najgłębszym punkcie jezioro ma 30 metrów. Mnie tam jeszcze nie było. Zobaczę, czy warto. Na pewno w najbliższym czasie marzę o nurkowaniu nocnym od zachodniej strony. Przygotowując opis posiłkowałem się artykułem mojego „Guru”, Rudiego Stankiewicza z Bestdivers.pl. Polecam lekturę jego opisu:

Jezioro Świętajno (Narty) – R. Stankiewicz

Narty „z zewnątrz”, foto – J. Cieślak

Jezioro Narty 2012

Zakrzówek

Tytułem przypomnienia o sobie, w ramach udowodnienia, że nie zdechłem, ani się nie znudziłem blogowaniem, postanowiłem skrobnąć kilka słów na temat Zakrzówka. W planach mam by na Nurkologa wrzucić dużą ilość opisów polskich zbiorników „nurkowalnych”. Zacznę od tych, które ja znam, potem chciałbym pozbierać najciekawsze opisy innych zbiorników, które mam nadzieję sam odwiedzić. A po wizycie postaram się szybko dać swój opis danego nurkowiska. Zaczniemy od Zakrzówka.

Zazdroszczę Krakałerom takiego zbiornika pod nosem. Zakrzówek dostali po prostu w prezencie i umieli ten prezent wykorzystać w sposób znakomity. Zazdraszam im tego okrutnie. Stołeczni nurkowie są na kompletnie straconej pozycji. Gdzieś czytałem o jakimś sztucznym zbiorniku, jakichś zalanych silosach, ale podobno temat umarł, bo było za mało zainteresowanych. Są też różne glinianki eksplorowane przez ambitną Grupę Eksplorującą Podwarszawskie Nurkowiska. Kibicuję chłopakom, ale jak dotąd brak spektakularnych sukcesów. Głównie jakieś błotka z minimalną widocznością i wielkością kilku wanien. Jest jakaś tajemnicza zalana elektrownia, ale warunki też tam raczej dla doświadczonych i odważnych nurków. A nasi drodzy podwawelscy bracia mają akwen pełną gębą i to niemal w samym centrum miasta. Nic tylko wrzucić sprzęt do autobusu miejskiej komunikacji i prosto z jego drzwi wskoczyć do wody. Zaraz po pracy zrelaksować się szybkim nurem, wyciągnąć tylko butlę, sprzęt i hop do wody. Czegoś brakuje, albo trzeba dobić butlę? Nie ma problemu, lokalna baza jest „wszystko mająca”. Sprężanie w try miga, sprzętu nie brakuje. Do tego porządne wiaty dla grup nurkowych, parking. Na paskudne tojtojki i smutnego pana od gastronomii (co najgorsze, ustawionego świetnie, bo nie ma tam żadnej konkurencji dla jego średniutkich i wyśrubowanych cenowo usług) spuśćmy zasłonę niepamięci. Te detale nie psują obrazu całości czyli okoliczności przyrody. Nie dość, że Krakusy mają swój pełnowartościowy, głęboki akwen, to jeszcze tak malowniczy, że szczęka opada. Zakrzówek poznałem we wrześniu, więc już paleta barw jesienna – to powinien opisać poeta. Piękne skałki tworzą pionową ścianę strzelającą wysoko w górę ponad taflę wody. A na jej szczycie las. Wszystko tak schowane w niecce, że miasta ani widać, ani słychać. Zupełnie jakby człowiek został teleportowany gdzieś w kompletną głuszę. Kolejny powód do zazdrości. Urzeczony tymi widokami uzbraja się człowiek w sprzęt, zarzuca butlę i wskakuje do wody. A raczej maszeruje, bo na nurkowanie można wmaszerować dwoma wygodnymi, łagodnie opadającymi ścieżkami. A dokładniej drogami. Warto poczytać o Zakrzówku w Internecie. Ja tylko wspomnę, że jest to zalany kamieniołom, więc pod wodą dość szybko zauważamy pierwsze ślady działalności ludzkiej ręki przy kształtowaniu ścian zbiornika. Przejrzystość wody potrafi zaskoczyć tych, którzy lubią tylko ciepłe morza. Potwierdzam to, bo na Zakrzówek udałem się niemal prosto z włoskich nurkowisk. Porównanie miałem idealne i Zakrzówek nie ma się czego wstydzić. Oczywiście, nurkowie potrafią zabełtać wodą, a akwen należy do bardzo popularnych, zatem na pewno jest wiele dni, kiedy przejrzystość nie oszałamia. Jest to jednak głównie zasługa machających płetwami. Tam chyba nie ma dnia wolnego od obecności nurków, a tym bardziej takiego, żeby nie trwał tam jakiś kurs. W weekend, w który ja tam zdobywałem stopień AOWD, wokoło toczyło się kilkanaście kursów. Wszystkie wiaty zajęte były przez różne grupy nurkowe, kilka kursów OWD, co najmniej trzy kursy Rescue, ciekawe ile jeszcze innych nie zauważyłem. A ilu wtedy nurkowało tylko rekreacyjnie? Trudno powiedzieć. Parking był zapełniony samochodami, nie było pustego miejsca. Nie myślcie tylko sobie, że wpłynęło to na komfort nurkowania. Można podejrzewać, że woda Zakrzówka powinna przypominać wodę gazowaną zaraz po otwarciu butelki, albo jacuzzi większych rozmiarów. Nic podobnego, Zakrzówek jest na tyle duży, że grupy się rozpraszają. Do tego jest cała masa atrakcji dla kursantów – tory przeszkód dla trenujących pływalność, lustra, platformy do ćwiczeń. Do tego jeszcze masa złomu zatopionego dla podniesienia atrakcyjności. Akurat moim skromnym zdaniem większość tych bajerów jest zupełnie zbędna. Akwen broni się sam w zupełności swoją naturalną urodą. Uważam, że niepotrzebnie usiłuje się go uatrakcyjniać. Jakieś radiowozy, nyski, komputery – po co to komu? Człowiek ma wrażenie, że zamienił się miejscami z rybami w akwarium i że go wsadzono do jakiejś sztucznej szklanej kostki z plastikowymi skrzyniami ze skarbami, statkiem piratów i przyklejonym zdjęciem roślinek wodnych. Jest tam jednak kilka wyjątków, które robią wrażenie. Stary Ikarus zatopiony na 18 metrach i korpus samolotu na 12 metrach. Bledną jednak w moich oczach wobec genialnych ścianek i „Bajkowego Lasu”. Dużą atrakcją są też ryby. Absolutnie przyzwyczajone do widoku nurków, nie czmychają tak szybko jak ich kuzynki z innych zbiorników. Radosny to widok, jak całe zgraje tych cwaniaków siedzą w cieniu platformy, człowiek zagląda tam do nich i ma wrażenie, jakby ich spojrzenia wyraźnie mówiły: „A pan do kogo? Czy był pan umówiony?”. Amatorzy głębokich zanurzeń znajdą miejsca rzędu 30 metrów. Widoki tam też bajkowe. Słyszałem dużo o zalegającym tam siarkowodorze, który pogarsza widoczność. No to nie w tym miejscu, w którym ja siedziałem, czyli na 27 metrach za Bajkowym Lasem. Tam ten bełt wziął i się schował a wizury nie można było krytykować, no do momentu aż nie trzepnęło się o dno i wtedy wiadomo co…

Uznaję więc Zakrzówek za bardzo fajne miejsce. To niesprawiedliwość dziejowa, że oni tam mają taki fajny zbiornik a my tu kompletnie nic. Jedynie nie zazdraszczam im tłumów, które pewnie dość regularnie muszą się tam tłoczyć w letnie dni. Ja tam chętnie jeszcze wpadnę, ale będę celował w mniej popularne daty.

Zakrzówek

Zakrzówek = AOWD

Z Zakrzówka wróciłem pełen podejrzeń. Miałem wrażenie, że odbyło się coś tylko a-la kurs, coś po łepkach, coś nie do końca odpowiedniego do rangi, którą uzyskałem. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że zdobycie AOWD to wcale nie jest żaden egzamin czy test. To są po prostu nurkowania, podczas których wykonałem kilka ćwiczeń lepiej bądź gorzej, ale to tyle. Można by się spierać, czy tak się powinno odbywać podnoszenie kwalifikacji nurka.

Sprawa ma kilka aspektów. Fundamentalne jest to, czy różnica pomiędzy 18 metrami dozwolonymi dla OWD, a 30 metrami dostępnymi dla AOWD jest tak znaczna? Zdecydowanie jest, co podkreślane jest w trakcie zajęć. Na 30 metrach jest zdecydowanie chłodniej, ciemniej (zależy od miejsca, ale można przyjąć, że generalnie jaśniej to tam nie ma). Przede wszystkim trzeba pamiętać, że z tej głębokości wyskok na powierzchnię jest już poważnym wypadkiem, który może być bardzo niebezpieczny dla nurka. Różnica ciśnień robi swoje. Czyli kontrolowanie pływalności i panowanie nad sprzętem, a także nad sobą samym to podstawa. Tu nie ma pola na podstawowe błędy. To jest jasne dla wszystkich. No to dla mnie największa zagadka, czemu do AOWD są dopuszczani ludzie świeżo po kursie OWD, bez żadnego bagażu, lub z minimalnym bagażem oddanych nurków rekreacyjnych, w czasie których mogli potrenować swoje umiejętności i po prostu się opływać? Praktycznie za jednym zamachem podnosili swoje kwalifikacje do poziomu AOWD, dzięki czemu kolejnego dnia mogli już samodzielnie (w parach) schodzić na 30 metrów. Usiadłem po powrocie i zacząłem studiować różne strony dotyczące szkolenia w systemie PADI i potwierdziłem swoje przypuszczenia. Nigdzie nikt nie broni przystąpić do kursu AOWD świeżo upieczonym kursantom OWD. Ba, nawet się zachęca by przystąpić do kolejnego stopnia niezwłocznie, żeby poczuć pełną moc wrażeń związaną z podniesieniem swoich umiejętności. Zapewne ktoś zechce podyskutować ze mną na ten temat, ale mi się ten pomysł nie podoba. Ja bym wolał jednak by AOWD było jednak kursem. Kursem, który potwierdzi umiejętności uczestników i dopiero na koniec, pozwoli im zejść na 30 metrów i potwierdzi, że nadają się do tego by siedzieć na takiej głębokości. Z czystym sumieniem można byłoby wielu osobom powiedzieć „nie, stary, ty jeszcze poczekasz na to, by zdobyć AOWD. Popływaj, ogarnij się ze sprzętem, naucz się nie walczyć z nim, popracuj nad pływalnością, oducz się machać łapkami cały czas. Wtedy wróć, podejdziemy raz jeszcze do tematu.” Przy czym wcale nie domagam się by AOWD wymagało zalogowania wcześniej jakiejś konkretnej liczby nurkowań. To się przyda na pewno, ale nie jest warunkiem koniecznym. Grunt, żeby pierwsze nurkowania na kursie AOWD były sprawdzeniem umiejętności kursantów i potwierdzeniem, że mogą iść głębiej, dalej, w trudniejsze.

Podręcznik PADI mówi, że AOWD to nurkowania z przygodą. Oddałem więc pięć nurkowań z przygodą: powtórzenie kontroli pływalności, nawigacyjne, nocne, głębokie i wrakowe. I uzyskałem tym samym kolejny stopień. A ja tyle lat zwlekałem, mając wrażenie, że to na serio poważne wyzwanie. Odnosiłem wrażenie, że to już nie przelewki. Traktowałem to jeszcze poważniej niż w ogóle przystąpienie do kursu nurkowania. Chyba nikt tak długo nie siedział na poziomie OWD jak ja. Dziewięć lat minęło od kursu OWD, zdołałem zrobić w tym czasie dwadzieścia sześć nurkowań. Na początku nurkowałem dosłownie raz do roku, potem się mogłem trochę rozpędzić i poczułem mocny wiatr w żagle. Wszyscy moi współkursanci byli zwykle świeżo po kursie OWD, cztery – osiem nurkowań zalogowanych. Niektórzy z pływalnością mieli poważne problemy, to ich ciągnęło w dół, to wystrzeliwało na powierzchnię, niektórzy machali łapkami pod wodą jakby próbowali fruwać. A instruktor spokojnie wyznaczał kolejne zadania i cele. Zejść pod wodę, nawigować po kwadracie. Raz wyszło „S”, drugi raz jego odwrotność, ale jakoś szło. Nikt nie kazał wszystkiego po pięć razy powtarzać. Głównie dostawaliśmy brawa. Wróciłem do domu, studiowałem materiały i różne strony. Dowiedziałem się, jak już o tym pisałem, że to tak naprawdę tylko pięć nurkowań z przygodą. Podchodząc do AOWD jestem już nurkiem z uprawnieniami, teraz je tylko potwierdzam, nikt nie wisi nade mną i w razie czego wyciąga z wody, albo przejmuje za mnie kontrolę nad sprzętem. Zrobię kilka ćwiczeń i już frunie koperta do centrali PADI ze zgłoszeniem, że należy mi się certyfikat AOWD. No fajnie, ale jakieś wrażenie pozostaje, że to nie do końca tak powinno być. Ja rzeczywiście już nieźle radzę sobie pod wodą, nie próbuję walczyć z wodą jako żywiołem, nie zużywam tony energii i powietrza by ułożyć się odpowiednio, albo wykonać prosty manewr. Niemniej jednak zdarza mi się jeszcze trzepnąć o dno. Na trzydziestu metrach trzeba lekko osiąść by zrobić kilka ćwiczeń sprawdzających, czy azot nie zaczyna nam mącić w głowach. Na Zakrzówku ciężko jest znaleźć takie miejsce by dało się wygodnie usiąść na dnie. A tam zalega masa syfu, który za jednym dotknięciem unosi się i powoduje spadek widoczności do kilku centymetrów. Jak usiedliśmy na dnie, nie widziałem dalej jak na dziesięć centymetrów. Kula światła dostarczana przez potężną lampę instruktora znikała mi z pola widzenia pomimo, że była ode mnie oddalona z dwadzieścia centymetrów. Musiałem się trzymać pozostałej dwójki by się nie zgubić. Mam wrażenie, że to nurkowanie niczego mnie nie nauczyło, oprócz tego, że utwierdziło mnie w przekonaniu, że regularne nurkowanie w Polsce wymaga suchego skafandra. Chyba to jest główny cel tego nurkowania. Chłód na tej głębokości właził każdym szwem pianki, choć to solidna 7mm pianka z ocieplaczem, więc na korpusiku mam prawie 14mm warstwy ochronnej. Wylazłem z wody z mocnym postanowieniem, że trzeba przesegregować listę zakupów i suchy skafander przesunąć na wyższą pozycję.

Co my tam jeszcze mieliśmy ciekawego? Nurkowanie nocne, nurkowanie „wrakowe” (na Zakrzówku wrakiem okazał się być stary dobry Ikarus pewnie z lokalnej Komunikacji Miejskiej, ale mieli tam jeszcze taki fajny samolot – sam korpus, ale fajnie wyglądał). Z tych trzech: głębokie, nocne i wrakowe – dla mnie najfajniejszy nurek to nocny. Może to zasługa Zakrzówka, ale strasznie mi się podobało zwiedzanie ścianki w nocy. To prawda co mówią o nocnych, człowiek skupia wzrok na tym, co pokazuje światło latarki, nie biegają mu oczy dookoła głowy. Wyłapujemy łatwiej drobne szczegóły, latarka wszystko ukazuje w innym kształcie, nadaje całości niesamowite  kształty, wzory. Jest tajemniczo do kwadratu, a przecież ja to właśnie lubię w nurkowaniu. Dlatego tak lubię nurkować w polskich wodach. Do tego te ryby, które idą właśnie spać. Niektóre są już tak śpiące, że można je schwycić delikatnie i przemieścić. W nocy wychodzą na żer inne ryby, których za dnia nie spotkacie w otwartej toni.  Potem nurkowanie wrakowe ? zadanie polega na wykonaniu rysunków wraku z różnych stron. Opadliśmy więc na ikarusa z różnych stron, zjeżdżając doń na poręczówce. Próbowaliśmy nie dygotać z zimna i w miarę sprawnie orysować zadany odcinek, modląc się tylko, by szybko dano sygnał do płynięcia dalej, płycej, do cieplejszej wody. Suchy skafander po raz drugi się przypomina – kup mnie! Nurkowanie głębokie już opisałem, nie było ekscytujące. Człowiek nie ma czasu się zastanawiać, że ma nad sobą trzydzieści metrów wody. Dygoce z zimna, siada na dnie, wzbudza osad, zmienia więc pozycję, tym razem wznieca trochę mniej osadu. Wykonuje zadanie matematyczne, żeby sprawdzić, jak mu idzie myślenie w tych warunkach. Ja bym jeszcze chętnie sprawdził, jak to zadanie wykonuje się w ciepłym sucharze. Efektów narkozy azotowej nie poczułem ani ja, ani drugi kursant. Z radością wypłynęliśmy. Pozostało jedynie mgliste wspomnienie magicznego podwodnego lasu, przez który się przepływa do jednej z najgłębszych dziur na Zakrzówku.

Tym chaotycznym sposobem opisuję wam wrażenia z tego wypadu. Długo zbierałem się do dokończenia tekstu, bo wciąż nie wiedziałem jak opisać moje wrażenia. Z jednej strony ogromnie się cieszę, że zdobyłem kolejny stopień i dalej mam mocne postanowienie zdobywania kolejnych stopni, łącznie ze ścieżką profesjonalną ? instruktorską. Z drugiej strony uważam, że jeszcze sporo PADI może zdziałać w temacie metody uzyskiwania certyfikatu AOWD.  Ja osobiście nie czuję się usatysfakcjonowany sposobem uzyskania tego poziomu uprawnień. Chyba w kilku wschodnich krajach odbywają się egzaminy na prawo jazdy w taki sposób, że człowiek wsiada do auta i ma przejechać kilkadziesiąt metrów prostej i pustej drogi. I to tyle. W ten sposób decyduje się o bezpieczeństwie uczestników ruchu drogowego. To porównanie świetnie tu pasuje, właśnie w ten sposób zdobyłem uprawnienie do schodzenia na 30 metrów, że przepłynąłem się kawałek tu i tam. To nie był żaden wyczyn, żadne sprawdzenie się. Może o to chodzi włodarzom PADI? To uczucie niedosytu okropnie pobudza do kolejnych kroków i zdobywania kolejnych stopni. Na przyszły rok plan jest więc taki, że robię co najmniej Rescue Diver, a może i zacznę podchody pod Divemastera. Divemaster już wymaga odpowiedniego pakietu doświadczenia.

Przed Państwem „Advanced Open Water Diver”

No to tak w telegraficznym skrócie i na gorąco: od wczoraj mogę się pysznić nowym tytułem – jestem AOWD. Kurs zrobiłem na Zakrzówku, na którym nurkowałem po raz pierwszy – więc przy okazji poznawałem kolejne nurkowisko. Zakrzówek jako miejsce jest spektakularny. Piękne skaliste ścianki otaczają cały zbiornik. Na szczytach las, teraz uroczo kolorowy. Pod wodą też ciekawie. I nie mówię tu o sztucznych atrakcjach, które mi jakoś specjalnie nie przypadły do gustu (za wyjątkiem samolotu). Podwodne ścianki też spektakularne, piękny bajkowy las, trochę zieleni tu i ówdzie, ryb sporo. Fajnie, że te ryby mają nieustający kontakt z nurkami, wobec tego są zdecydowanie mniej płochliwe. Niemalże podpływają pod maskę i się patrzą człowiekowi w oczy jakby chciały powiedzieć „dzień dobry, pan tu też mieszka?”. Sam kurs to tak jakby nie kurs, tylko zestaw ćwiczeń. Człowiek żył w przeświadczeniu, że będzie to coś takiego jak kurs OWD. Nie, tu już jestem nurkiem, już mam wiedzę, instruktor nie podpływa co chwilę i nie kiwa nerwowo paluchem, albo nie łapie nas za sprzęt by nas poustawiać/ sprowadzić na dół/ pociągnąć do góry. Na pewno miałem tą przewagę nad pozostałymi uczestnikami, że kurs robiłem ponad dziewięć lat temu i od tego czasu sporo popływałem. Zdecydowanie czułem się lepiej pod wodą, a większość ćwiczeń traktowałem jako atrakcję, a nie jako wysiłek. Oczywiście nawigację spartoliłem, bo mi się kierunki pokićkały… Ale o tym napiszę jak znajdę więcej czasu i na spokojnie opiszę cały ten weekend. Już za chwilę, już za moment.

 

W ciepłych wodach Ligurii (Moneglia, Włochy)

Artykuł o Ligurii- w nieco rozszerzonej formie – znalazł się w czerwcowym wydaniu „Nurasa.info”.

Nuras.info

Czas na nurkowanie w ciepłych wodach. Okazja nadarza się doskonała. Planujemy wyjazd rodzinny do niewielkiej Moneglii we Włoszech, w regionie liguryjskim. Znanym nie tylko z serów, Pesto, ale także z atrakcyjnych nurkowisk. Przede wszystkim obłędne wybrzeże tu mają. Góry wpadające do morza, czy raczej morze powoli zjadające góry. To jest widok jedyny w swoim rodzaju. Poszarpane skały wbijające się w tafle niemalże przeźroczystego, lazurowego morza. Jest sierpień, upał okropny, ciężko jest wytrzymać w takich warunkach. Polak w takim klimacie dość szybko traci siły, jeżeli nie ma możliwości schłodzenia się. My niestety nie mamy klimatyzacji w mieszkaniu, a to położone jest przy najruchliwszej ulicy w miasteczku. Na szczęście miasteczko jest zaprzeczeniem wszelkich wyobrażeń o turystycznych miastach. Dyskoteka jest chyba jedna, dobrze z resztą ukryta. Nocne życie to głównie gwar rozmów w sąsiadujących restauracjach, kafejkach i lodziarniach. Żadnych pubów, barów. Kulturalne życie kwitnie, tu na małym placyku wieczorem rozkłada się miejska loteria, a w kafejce obok jakiś prawie utalentowany śpiewak przypomina wszystkim wszystkie możliwe muzyczne hity, łącznie z całym włoskim repertuarem. Jeżdżą skutery, motory, ale klaksonów nie używają nagminnie. Dużą zaletą mieszkania jest za to bliskość do morza. Wystarczy przejść jedną jezdnię, przejść pod wiaduktem i jest morze – dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z domu. Do bazy nurkowej (jedynej w miejscowości, chyba też jedynej w sąsiedztwie najbliższych kilku miejscowości) jakieś pięć minut spacerkiem. Bajka po prostu. Dla nurka jest kilka trudnych zagadnień do rozwiązania jednak. Jedna sprawa to Moneglia. Położona tuż nad morzem, wciśnięta między góry, powstała i rozwijała się daleko przed tym jak ktoś wpadł na pomysł by skonstruować samochód. Włosi próbowali dostosować ją do potrzeb samochodów, ale za dużo nie mieli pola do manewru. Uliczki okropnie wąskie, nie ma gdzie parkować. I to dosłownie. Parking (oczywiście płatny) wzdłuż wybrzeża non stop zastawiony, parkować z resztą wolno tylko cztery godziny. Długoterminowe parkingi są dwa, czy trzy. Pełne aut. Pan parkingowy doradza by wyjechać za tunel. Tunele są dwa – wąskie, kierunek jazdy zmienia się co pół godziny. Za jednym z nich jest boisko do gry w piłkę nożną. Funkcjonuje jako parking. Nie wiem, czy Włochom z Ligurii już się odechciało grać, czy tylko grywają po sezonie, kiedy jest chłodno. Ważne, że parking jest, że są wolne miejsca. Szkoda, że parkowanie na dwa tygodnie kosztuje majątek. No cóż, wyboru nie ma, decyduję się. W ten sposób pozbawiam się auta jako środka transportu dla sprzętu nurkowego. No chyba, że bym gdzieś chciał jechać poza Moneglię, na przykład do Portofino, gdzie jest kilka miejsc typu „must see”. A tak po Moneglii zostaje mi tylko dźwigać sprzęt, jak nie chcę nurkować z najbliższej plaży, to już mam trochę do pokonania. Choćby do bazy nurkowej. Sprzęt więc mogę transportować w torbie na kółkach, albo trochę na sobie, trochę w torbie Ikei. Kłopot w tym, że baza nurkowa leży wciśnięta w zatoczkę, do której dostęp jest albo po schodach i mostem, i znowu schodach, albo najkrócej, przez kamienie, które przypominają o tym, że czasami tu pływa rzeka. Z torbą na kółkach, ani tu, ani tu wygodnie. Zostaje dźwiganie. Chyba najwygodniej było po prostu ubrać się w kamizelkę z butlą, resztę tachać w torbie Ikei. Torba na kółkach zostaje w pokoju. Raz, czy dwa razy nawet po prostu ubrałem się w cały zestaw w mieszkaniu, tylko płetwy do rąk i w drogę. Raz, bo wracałem z nurkowania i nie chciało mi się rozbierać. Drugi raz tak właśnie polazłem. Dobrze to pamiętam, bo był weekend i zjechało dodatkowe mnóstwo ludzi do Moneglii. Polazłem najbezczelniej w świecie w całym ekwipunku. Najpierw z mieszkania w wąską, ruchliwą uliczkę ze straganami, potem niewielki ludny placyk ze sklepami i ławkami gęsto okupowanymi przez rodziny z dziećmi obżerającymi się pysznymi lodami. Potem główna arteria do przekroczenia. No mam nadzieję, że ktoś strzelił mi fotkę jak przełaziłem w środku dnia w tym całym sprzęcie przez pasy na drodze. Widok równie legendarny jak ten z okładki płyty Beatlesów, którzy przełażą przez jakieś legendarne pasy w jakimś legendarnym mieście. Nie muszę chyba wspominać, że wzbudzałem odpowiednią sensację i każdy przystawał by przyjrzeć się temu ciekawemu zjawisku. Wlazłem więc na miejską plażę, która w ciągu tygodnia pod wieczór się wyludnia. Jednak nie tym razem, bo był weekend. Ludzie wciąż siedzieli na plaży i nie było gdzie parasola wetknąć, albo ręcznika położyć, no a ja ubrany jakbym na Grunwald szedł w pełnym bojowym rynsztunku, lezę i lawiruję między ręcznikami z dokarmionymi włoskimi mamuśkami, modną i piękną włoską młodzieżą i rozkrzyczanymi rodzinami ze szczególnie rozkrzyczanymi dzieciakami. Ja już ledwo kryję swój kretyński uśmiech, jaki się coraz wyraźniej rysuje na mojej paszczy i wiem, że zachowam jako taką godność, jeżeli bez chwili przystanku wlezę tak do wody i z marszu zniknę z oczu wszystkim gapiom. Wlazłem, a jakże, jeszcze tylko mocowanie z płetwami, na szczęście tym razem nie protestują, jeszcze tylko naplucie w maskę i mogę znikać pod wodą. Trochę płynę jednak po powierzchni, ponieważ – mam nadzieję, że to tylko kwestia pory roku – woda przy brzegu jest jak mleko, nie widać na więcej niż pół metra. Mleko ustępuje tuż za skałkami chroniącymi kąpielisko przed falami. To przy nich zaczynam zanurzanie i wreszcie odcinam się od świata. Nurkuję sam, a jakże. Wbrew wszystkim regułom, jakie mi łożono do głowy, ale dobrze wiem, że nie jestem jedyny. Choćby fotografowie lubią pływać samodzielnie, co najwyżej trzymają się jakiejś grupy, żeby jej zdjęcie cykać, nikt jednak nie zamierza wisieć nad nurkiem i mu towarzyszyć, jak on czasem zawisa w toni na kilka minut by złapać konkretny efekt, albo krąży wokół jakiejś jamki dobry kwadrans w oczekiwaniu na pojawienie się jakiejś mureny. Zdarza się też pojedynczym nurkom sprawdzanie sprzętu, człowiek chce po prostu wleźć do wody i sprawdzić nowy sprzęt, opływać się z nim, pływa wtedy gdzieś przy brzegu, albo schodzi na jakieś cztery metry i się tam gimnastykuje.
Zacząłem od wizyty w lokalnej bazie nurkowej. Odpytałem, gdzie można nurkować, czego się spodziewać. Przyjąłem, że nie będę się oddalał od brzegu , zawsze skałki miałem w zasięgu wzroku (a widoczność nie była aż tak oszałamiająca, jakieś piętnaście, czy dwadzieścia metrów i skały znikały z pola widzenia). Nie szedłem głębiej niż sześć metrów, nie siedziałem dłużej niż pół godziny. W ten sposób zaliczyłem kilka bardzo fajnych nurków, choć roślinność w pasie brzegowym nieszczególnie dopisywała, to jednak ryby wszelkich kolorów i rodzajów pływały wciąż wokół mnie, a krajobraz uformowany z głazów rozpadającego się wybrzeża robił niesamowite wrażenie. Oczywiście kilka metrów dalej rozpoczynała się idealnie gładka podłoga z piasku, która znikała za polem widoczności. Jednak w jednym miejscu, na stanowisku blisko bazy nurkowej, można było zaliczyć kawałek „ścianki”. Podejrzewam, że to świetne miejsce dla kursantów, bo oddalone od brzegu dosłownie dwadzieścia metrów, w najgłębszym punkcie siedem metrów, dookoła żadnych prądów, ani ruchu motorówek. W tym miejscu wyrastała samotna formacja ze skał, wystawała tuż nad wodę, ale jej całe piękno ukryte było pod powierzchnią. Z jednej strony pionowa ścianka, z pozostałych różne kształty i ozdoby z kamieni, tu już sporo roślinności, ukwiały, liczne jeżowce, piękne ryby także. Strasznie ładne miejsce. Cieszyło oko z każdej strony.
Nie mogłem oczywiście sobie odpuścić organizowanych wypadów. Lokalna baza nurkowa (www.puntarospo.com – niestety tylko po włosku, ale telefonicznie da się dogadać, kilku pracowników gada po angielsku całkiem nieźle) pod wodzą Maksa Novarina oferuje bogaty zakres nurkowisk w zasięgu łodzi. Łódź mają szybką, na dziesięć osób, wygodnie więc można dotrzeć w różne ciekawe zakątki liguryjskiego wybrzeża. W zależności od odległości za wyprawę płaci się 30 – 35 euro. Pewnie jakby wypuścić się gdzieś dalej to doszłoby do 60 euro. Bardzo fajne stawki. Do tego ładowanie butli za 5 euro. Co tam, że starszy pan technik ni w ząb po angielsku, ja się przygotowałem, do słownika pozaglądałem, miałem zasób słów (okrutnie ubogi) opanowany. Wystarczyło powiedzieć „bombola compresore” i pan wszystko wiedział. Uśmiechnięty, pomocny, coś tam próbował mi tłumaczyć, zagadywać, nawet trochę tego zrozumiałem. Wiedziałem, gdzie nurkować „nie lza”, bo tam łodzie pływają, pan się pytał, czy ja Niemiec, ja mu na to, że „polacco”. Rozmówki polsko włoskie na wysokim poziomie. Pierwsza wyprawa, na jaką się zabrałem, to dosłownie dwie zatoczki dalej. Pierwsza zatoka na zachód to była druga plaża Moneglii, za wzgórzem (to przy niej mieścił się opisany przeze mnie parking – boisko), tu więc kąpało się zdecydowanie mniej ludzi, potem za nią była zatoczka bez dostępu do brzegu, stroma skała wysoko w górę. To tu stanęła łódź. Pierwsze zaskoczenie to stroje towarzyszy nurkowania. Wszyscy długie pianki, niektórzy w piankach półsuchych. A ja – w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem i kapturem. W Polsce miałem wątpliwości czy brać cały zestaw, ale temperatury wody powyżej dwudziestu stopni… Bez przesady. Bagażnik przynajmniej pomieści więcej. No i już na miejscu wykonałem kilka próbnych nurków i nie brakowało mi długiego rękawa. Siedzę więc na łodzi się zastanawiam, czy ja jakiś głupi. No chyba by mi Maks coś powiedział, bo wsiadaliśmy na łódź już w kombinezonach, a on tam w swoim kantorku miał wszystko, co potrzeba i pożyczał chętnie. Może więc mit twardego Słowianina dotarł i tu. Nie było wyjścia, trzeba było go podtrzymać. Do pary dostaję Niemkę. Jedyna, która komunikuje się po angielsku, poza Maksem, ale on bierze na siebie jakąś szkółkę, a my idziemy za jednym Włochem niżej. Rozstawienie par to w zasadzie była cała odprawa, wszyscy kończą się ubierać i wskakują do wody a ja czuję, że chyba ktoś tu zapomniał o jakimś konkretnym elemencie, czyli porządnej odprawie. No dobra, styl włoski pewnie. Idziemy w dół. Ja czekam na pierwszy atak chłodu. Niemka mnie nastraszyła, że w zeszłym roku tu nurkowała w krótkim rękawie, okropnie zmarzła i teraz pływała w półsuchym skafandrze. Dochodzimy do piętnastu metrów, rozpoczyna się kosmiczna odyseja. Ech, te formacje skał, które kiedyś majestatycznie siedziały sobie gdzieś tam wysoko, ale cierpliwy wiatr, woda strąciły je do wody – to powinien opisywać poeta, a nie taki matoł jak ja. Widoki odbierające mowę. Rzeczywiście, raz po raz zdarza się wpłynąć w chłodniejszy prąd, ale żadnego dramatu nie ma, nie marznę, nie trzęsę się. Płyniemy dalej. Dobijamy chyba do siedemnastu metrów, okrążając ogromne głazy sterczące nad pozostałe rumowisko, tu chowa się jedna taka duża, tłusta ryba. Nie sposób było powiedzieć, co to była za ryba. Tylko nam mignęła. Oczywiście grupka natychmiast zacieśnia „perymetr” wokół jamki i wyczekuje ponownego objawienia. Ryba jednak nie jest głupia, wie, że za rogiem siedzi cała grupa wariatów. Kończy się pokaz. Ja nadal nie odczuwam mrozu. A jak się robi chłodniej, przepływam kawałek w bok i wpływam w przyjemny ciepły prąd. Pływamy dobre czterdzieści minut, powolutku zmniejszając głębokość, w końcu sygnał, że zbieramy się do góry. Powoli, bo zgarniamy po drodze kursantów z Maksem, jeszcze próbujemy wystraszyć kolejną nieśmiałą rybę z jamy (pan z aparatem jest rzeczywiście cierpliwy). Stajemy na przystanek bezpieczeństwa na pięciu metrach i się wynurzamy, czas nurkowania to prawie godzina. Ja wcale nie zmarznięty, w butli 12l zostaje mi sporo ponad rezerwę, jestem więc z siebie dumny. Włosi żywo opowiadają sobie o wrażeniach, a ja łapię za komórkę i dokumentuję wszystko – linię brzegu, nurków na łodzi, łódki na horyzoncie. Jestem pieruńsko szczęśliwy, mam za sobą pierwszą poważną komercyjną wyprawę z obcej ekipy nurkowej, nurek bardzo udany. Niemka strasznie przeżywa ilość wody, którą połknął jej kombinezon, wciąż się dopytuje, czy tak powinno być. Nie miałem do czynienia z półsuchym kombinezonem, ale ten wyglądał na taki w jej rozmiarze, nigdzie luzów specjalnych nie było. Wody rzeczywiście trochę wypił, ale bez przesady. Zapytałem więc grzecznie, czy trzymała z tą wodą temperaturę. Odpowiedziała, że tak. Odparłem, że zatem tak musi być. Jeszcze opowiadała, że w domu, w Niemczech ma suchy, że ten półsuchy to nowy zakup. Ja już skupiłem się na widokach. Jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie jak będzie mnie stać na dwa kombinezony, w tym jeden suchy.
Kilka dni później wypływam z ekipą w dalsze miejsce, na wysokości znanych z przewodników Cinque Terre. Tym razem w ekipie więcej niewiast, ale większość twarzy już znam z poprzedniej wyprawy. Widać, że się doskonale wszyscy znają. Do pary dostaję… znowu Niemkę. Są w sumie dwie Niemki, widać, że jak jedna nurkuje, to druga zajmuje się dzieciakami. Ta druga też w półsuchym pływa, ale chyba już w nim nurkowała, bo nic nie komentowała odnośnie ilości wody zasysanej pod piankę. Ostrzegła mnie jednak, że miewa problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach i że powoli się zanurza. Znowu wszyscy w długich rękawach, a nawet kilku siedzi w suchych skafandrach. Tym razem jest odprawa konkretna. Maks najpierw opowiada Włochom o miejscu, a potem  nam, po angielsku, że nurkujemy dalej od brzegu. Łódź staje nad samotną skałą wystającą na głębokość szesnastu metrów, dookoła jest dużo głębiej. Mamy zejść po linie do skały i zrobić jedno pełne kółko wokół najciekawszych punktów na skale. Część ekipy zejdzie z Maksem niżej, na trzydzieści metrów, stąd te suche skafandry. My mamy zatrzymać się na osiemnastu metrach, zwiedzać jamki, a potem się łączymy i wypływamy. Mogą zdarzyć się mocniejsze prądy, mamy więc uważać. Wskakujemy do wody i zaczynamy zejście. Włosi idą dziarsko w dół, ja zostaję nieco z tyłu unoszę się w toni czekając cierpliwie aż Niemka pokona kolejny metr po linie i wyrówna ciśnienie. Widać wyraźnie, że musi to robić powoli, ale systematycznie się opuszczamy. Maks trzyma się blisko i obserwuje. W końcu wyłania się skała. Niby się jej człowiek spodziewa, ale wrażenie i tak powstaje. Najpierw ledwie zarys, czy cień, a potem cała okazałość. A dookoła toń. Skała nie ma żadnych poważnych ścianek, to raczej stopnie kolejno schodzące niżej. Nie ma więc strachu o tę toń. To jest pierwsza moja okazja by sprawdzić się z jakimiś tam lękami, puszczam linę i utrzymuję tempo schodzenia własnymi siłami. Niby wiem, że panuję już nad pływalnością, ale w człowieku jest silny instynkt, że jak jest lina, której można się trzymać, to się jej człowiek trzyma i po niej opuszcza. Tak robi większość ekipy, wpadając wciąż na siebie zabawnie. Wygodniej jest mi więc jak zawisam w toni. Jestem w siódmym niebie. Kolejne fantastyczne miejsce wynurza się z otchłani pode mną. Docieramy do szczytu skały, dzielimy się na zespoły i zaczynamy zwiedzanie. Czujemy prąd, ale nie jest szczególnie mocny. Nie wyciąga nas dalej. Daje się pływać. Odczuwam chłodniejsze prądy i czuję, że od czasu do czasu pojawia się gęsia skórka. Nie ma tragedii, no więc podtrzymuję mit twardego Słowianina. Dochodzimy jednak do osiemnastego metra i tu czasami prądy potrafią mi zajść za kołnierz tak, że robi mi się chłodno. Na szczęście długo tam nie siedzimy i powoli pniemy się wyżej. Nagle stajemy. Grupa wykrywa murenę. Ta udaje, że jej nie ma, chowa się w jakiejś dziurze, tylko pysk wystawia, ale i tak udaje, że ten pysk, to nie pysk, tylko jakiś patyk, czy co. Stają wokół niej wszyscy, no to ona uznaje, że chyba kamuflaż nieskuteczny i się chowa. Jednak te całe jej mieszkanie to sieć półodkrytych jamek, szczelin i wyżłobień w skałach, cały czas więc widać jej piękne, długie i zwinne ciało, jak przemyka swoimi korytarzykami. Piękny widok. Warto oglądać. Idziemy jeszcze nieco wyżej, ale tu się towarzystwo zatrzymuje i zaczyna jakieś zabawy w podgrupach. A to ktoś próbuje wypatrzyć murenę, a to drugi ktoś zagląda do innej jamki, a to reszta siedzi pod nawisem i czemuś się przygląda. Ja tylko obserwuję zbliżającą się szybko rezerwę na wskaźniku manometru i oglądam się w stronę powierzchni. Chcę znaleźć się w nieco cieplejszych prądach. W końcu daję znać, że czas do góry, akurat wskazówka pokazuje rezerwę, a przecież jeszcze przystanek bezpieczeństwa. Maks daje sygnał, że jazda do góry. No wreszcie, twardym jestem Słowianinem, ale ile można, z radością przyjmuje kontakt z cieplejszymi warstwami wody. Stajemy na przystanku, ja tylko obserwuję zmniejszającą się rezerwę, ale starcza jej spokojnie. Wychodzimy na powierzchnię. Jest chwila relaksu w wodzie, łapię więc za aparat – pseudo wodoodporny – taki do dziesięciu metrów niby. Próbuję zrobić jakieś inteligentne zdjęcie, ale w końcu czas wyłazić z wody. Włosi chyba już mnie przyjęli do grona, bo tym razem chętniej ze mną gadają, okazuje się, że więcej niż dwóch zna angielski, choć wciąż konwersacja nie jest bogata. Z radością odkrywam, że mit twardego Słowianina jest podtrzymany, z dumą potwierdzam, że nie było mi ani trochę zimno, pomimo krótkiego rękawa, potwierdzam, że przecież u nas średnia temperatura wody to około dziesięć stopni, że tu, u nich to bajka po prostu, no ukrop niemalże. Oczywiście nie, w domu oczywiście pływam w długim rękawie, ale tu mi wystarcza krótki. Włosi wyrażają w charakterystyczny sposób uznanie, jest wesoło, Niemka jest pod wrażeniem tego, że kończyłem na rezerwie. Rzeczywiście, dla mnie to ważna lekcja, że jak człowiekowi chłodniej, to szybciej powietrze zjada. Tym razem nurek zakończony po czterdziestu paru minutach, a ja tym razem zjadłem butelkę niemal w całości. Dopływamy do brzegu, żegnamy się wylewnie. Ja dziękuję bardzo za całą współpracę, bo była fantastyczna. To mój ostatni nurek w Moneglii, kolejnego dnia wyjazd do domu. Pieczątka do logbooka I „Ciao, Maks”. Jeszcze tylko Niemka pyta, jakim sposobem mi kończyło się powietrze. Odpowiadam, że miałem mniejszą butlę – 12 litrów. Ona pyta, a jakie ciśnienie miałem na starcie, potwierdzam, że 200. Wydaje mi się, że albo czegoś nie zrozumiała z mojej odpowiedzi, albo rzeczywiście z fizyką na bakier, bo jest zdziwiona, że mam mniejszą butlę i daję jej takie samo ciśnienie, co oni swoim butlom 15l. Zostawiam ją z tą zagadką i dziękuję za udanego nurka. Mam za sobą fantastyczne doświadczenia, do kraju wracam bogatszy o całą masę świetnych wrażeń i spory ładunek cennej wiedzy. Wiem już jak fajnie nurkuje się w słonej, przejrzystej wodzie, wiem już jak się nurkuje w sporej ekipie nurków. Wiem już jak nurkuje się z łodzi. Wszystko zamierzam powtórzyć. Oby jak najszybciej.
Mam szczerą nadzieję, że wszyscy mieli tak udane wakacje, jak ja.

Baza nurkowa w Moneglii. Foto: J. Cieślak

moneglia_baza

Malownicze wybrzeże Ligurii. Foto: J. Cieślak

moneglia_brzeg

O ratunku w angielskim stylu

Nie każdy będzie miał okazję ratować komuś innemu życie, nikomu z resztą tego nie życzę. Raz na jakiś czas jednak zdarza się taka sytuacja, że ktoś wpadnie na pomysł by dostarczyć innym adrenaliny, sprawdzić, czy znajomi mają dobry refleks i przygotowanie. Sam zainteresowany też naje się stresu i zbliży się niebezpiecznie do cienkiej granicy by sprawdzić, czy jest jakieś światełko na końcu tunelu, o którym opowiadają niektórzy wyratowani. Nie wiem, po co to robić, ale cóż, niektórzy tak mają. Warto więc mieć choćby minimalne (ale zalecane jest co najmniej rozszerzone) przygotowanie, bo nikt nie zna dnia, godziny, ani osoby, która zechce sprawdzić nasze przygotowanie.
Moja przygoda miała miejsce przed wakacjami, ale opisuję ją dopiero teraz, po nabraniu odpowiedniego dystansu, a chcę ją spisać, zanim umkną mi szczegóły z mojej słabej pamięci, bo lekcja była to dla mnie odpowiednia. A może jeszcze kto z czytających na tym skorzysta.
Zacznijmy od tego, że katastrofa zawsze jest sumą różnych niesprzyjających warunków, uchybień, błędów. My to nazywamy zrządzeniem losu, niepotrzebnie mitologizując prozaiczne lenistwo, zmęczenie, głupotę czy rutynę. Mój „buddy” to nurek o opinii pożeracza butli, tam, gdzie inni są w połowie zapasów, tam mój „buddy” podobno jechał już na rezerwie, a większość nurkowań kończył na octopusie partnera. Na tym wyjeździe połączono go ze mną, tym samym podnosząc mi samoocenę, gdy przed całą grupą nurków mianowany zostałem doświadczonym nurkiem i dostałem pod opiekę kogoś ze słabszymi notowaniami. Dajemy pierwszego nura, idzie nam świetnie, bez żadnych problemów, kończymy nura z takim samym poziomem powietrza (starcza na drugiego nura), wszystko fajnie. Drugi nurek też raczej nie budzi zastrzeżeń. Dzień nurkowy kończymy imprezą i tu się przyznaję bez bicia, że tym razem przekroczyłem swoją linię i tego wieczora bawiłem się ciut za dobrze jak na przyjęte przeze mnie standardy zabawy przed nurkowaniem. Następnego dnia byłem mniej wypoczęty, czułem, że pod wodą muszę uważać, na bicie rekordów nie ma miejsca. Błąd numer jeden – było zrobić jakieś roszady, pójść z kimś bardziej doświadczonym ode mnie. Błąd numer dwa to brak sprawdzenia przed wejściem do wody. Pierwszy dzień poszedł tak dobrze, że odpuściliśmy sobie sprawdzanie sprzętu partnera. Po prostu ogólne „ok? ok.” i pod wodę. Idziemy spokojnie na cztery metry, zwiedzamy okolice, jest nieźle. Oglądam się za siebie – nie ma partnera. Patrzę w górę, jest na powierzchni – no ładnie – musiał wystrzelić jak torpeda, ciekawe, dlaczego. Nie widzę z dołu żadnych oznak problemu, czy kłopotów, więc zaczynam powoli wynurzanie, nie ma co szaleć, ani robić zamieszania. Wynurzam się i widzę walkę z kamizelką. Widzę też, że partner utrzymuje się głównie na powierzchni za pomocą płetw, że kamizelka nie jest do końca napompowana. Nie dociera do mnie jednak informacja, że partner ma problem z powietrzem w butli i że błaga mnie o podanie octopusa mówiąc „podaj mi rurkę”. Głupieję kompletnie, bo nie ma takiego scenariusza, czy komunikatu, który by omawiał podawanie jakiejś głupiej rurki drugiemu nurkowi. Jednak orientuję się, że idzie o octopusa. Sięgam po zestaw i próbuję go podać partnerowi, ten jednak co chwila zanurza się pod wodę. Ja mam dobrze napompowane skrzydło, jednak jego konstrukcja powoduje, że próbuje mnie obrócić to na plecy, to na twarz, więc w takiej sytuacji ciągnięty przez partnera sam znikam pod wodą. Próba wyciągnięcia go nad wodę i podania automatu nie daje rezultatu. Każdą próbę kończymy podtapiając się wspólnie – w końcu ja nie mam automatu w zębach, bo wynurzyłem się myśląc, że wszystko gra i wyjąłem go by zapytać, co jest grane. Łapię swój automat, łapię oddech i ściągam partnera pod wodę – tylko w tej pozycji udaje mi się podać mu automat zapasowy. Mamy oboje powietrze, znam zapas mojej butli, nie martwię się więc nim, bo jesteśmy blisko brzegu. W dodatku, niedaleko nas trzech doświadczonych chłopów przerabia kurs ratunkowy. Wciągam więc partnera na siebie i powoli płynę na plecach do brzegu. Jak już jestem naprawdę blisko nich, informuję ich o tym, że mam tu autentyczną sytuację awaryjną i mogą się wykazać. Chłopaki wykazują się, aż za nadto, trochę tak teatralnie przejmują poszkodowanego, wyciągają do brzegu i na rękach wynoszą na trawę po porzuceniu całego sprzętu. Ja sobie myślę, że robią teatr, a sam zachowałem niemal brytyjską flegmę w takiej sytuacji. Uznałem, że skoro panuję nad sytuacją, to nie mam co się wydzierać, doholuję do brzegu i nie będę robił szumu, grzecznie poinformuję o kłopotach niemal jakbym chciał to ubrać w słowa „mam nadzieję, że nie robię wam zbyt wielkiego kłopotu, ale widzicie, tygrys odgryzł mi nogę w nocy”. Można w tym miejscu zadać mnóstwo pytań. Ja na kilka potem wpadłem, chętnie zapoznam się z innymi. Niech każdy sobie przeanalizuje całą sytuację. Ja tylko dodam, że ostatecznie ustalono: a) partner pod wodą stwierdził, że automat przestał podawać powietrze, b) na brzegu okazało się, że ma przegryziony ustnik – nie wiadomo, czy było to przyczyną, czy skutkiem, bo c) miał ledwie odkręconą butlę – zrobił w roztargnieniu odwrotną czynność, najpierw musiał odkręcić prawidłowo butlę, potem o tym zapomniał, zakręcił i wykonał jeden obrót wstecz. Czyli zawór butli był ledwie uchylony. Zastanawiam się, czemu w tej konfiguracji problemy z dostępem powietrza nie pojawiły się wcześniej, w trakcie zanurzania. Może ktoś ma pomysły?
O co warto zapytać podsumowując całą sytuację:
Warto sprawdzać się za KAŻDYM razem? Warto. Właśnie po to ktoś to wynalazł, żeby ktoś przez własne roztargnienie nie zrobił komuś, albo sobie krzywdy.
Warto w takiej sytuacji od razu walić na powierzchnię i tutaj bić się ze sprzętem? Ja już wiem, że nie warto. Po to robi się na kursie masę ćwiczeń z rozwiązywania tego typu sytuacji pod wodą by potem zareagować prawidłowo. Warto to powtarzać i mieć dobrze przećwiczone, bo to ma być odruch, który ma nas powstrzymać od głupich decyzji. Tam pod wodą mój partner albo mógł mnie poinformować o problemach i poprosić o mój octopus, albo po prostu nie czekać, aż odpowiem zaproszeniem na kredowym papierze i wyciągnąć go ? po to człowiek pływa w duecie. Wtedy moglibyśmy wspólnie pod wodą sprawdzić awarię sprzętu i być może ją rozwiązać. Na powierzchni nie było na to miejsca – człowiek cały czas walczył by utrzymać się nad taflą. Cztery metry to nie dużo, ale ryzyko powikłań wynikłych z tak szybkiej zmiany ciśnienia jakieś było. A gdybyśmy byli głębiej? Kłopoty murowane.
Warto mieć dobrze przećwiczone wszystkie sytuacje awaryjne? No chyba to jest jasne. Nie dlatego by je pamiętać, by umieć je potem przerobić w teorii. Je trzeba mieć we krwi. To ma być odruch, by nam potem do głowy nie przychodziły głupoty w stylu „podaj mi rurkę”, albo żebym ja od razu wzywał pomoc, a nie zgrywał dżentelmena. To też mogło się kiepsko skończyć, gdybym się jednak szybciej zmęczył, albo sam zaczął mieć problemy ze swoim sprzętem.
Tym razem mieliśmy szczęście, byliśmy blisko brzegu, mieliśmy pod ręką świetną ekipę, która zareagowała szybko. Na miejscu był odpowiedni sprzęt. Nie zdecydowano się podawać tlenu. Partner dobrze wypoczął, odstresował się, przegadaliśmy sprawę wzdłuż i wrzesz- jak kazał Nur Instruktor. Sprzęt sprawdziliśmy, mam nadzieję, że partner lekcję przyjął i nie przejął się tym, że dostał jeszcze pouczenie. Namówiłem go potem na króciutki nurek przy brzegu by przypadkiem nie utrwalić w sobie jakiegoś lęku i zatrzeć złe wrażenia. Poszło świetnie, tym razem się sprawdziliśmy, popłynęliśmy zobaczyć ładne rybki i ładne szuwary. Z wody wyszliśmy zadowoleni. I tego wam życzę na zakończenie każdego nurka.

Czy nurkowanie to sport tylko dla szaleńców i innych „hardkorów”?

Czy trzeba być wariatem by nurkować? Absolutnie nie. Ja jestem tego żywym przykładem. Nurkowanie jest sportem ekstremalnym, ponieważ pod wodą nie pooddychamy sobie bez odpowiedniego aparatu. Jak aparat się zepsuje, albo go gdzieś zapodzieję – robi się klops. Wypłynę za szybko z dużej głębokości – robi się klops. Nie zapanuję nad sprzętem i mnie pociągnie w dół, w głębinę – robi się klops. No ekstremalność do kwadratu. Szkoda, że w życiu codziennym mam równie spore szanse na ekstremalne „doznania” – może mnie auto potrącić, mogę uczestniczyć w kolizji, może mnie strzelić piorun, albo przywalić drzewo, już nie mówiąc o tym, że może mnie wykończyć państwowa służba zdrowia. Wszystko zależy od tego, jak się do tego wszystkiego przygotuję, jakie przedsięwezmę środki ostrożności. Pierwszym środkiem jest kurs. Kurs trzeba zrobić, kurs trzeba „przejść ze zrozumieniem”, a nie metodą studencką: zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Nie po to się robi kurs. Kurs ma nas nauczyć reagować w różnych nieprzewidzianych sytuacjach. Drugim środkiem jest nasz rozsądek – nie bąblujemy po spożyciu, na kacu, bez przygotowania, nigdy nic na siłę. Nurkować trzeba też z odpowiednio dobranymi ludźmi. To środek ostrożności numer trzy. Na nurkowanie trzeba patrzeć przez pryzmat społeczności nurków. A ta jest bardzo kolorowa, różnorodna. Można spotkać szaleńców, imprezowiczów, nurków kolekcjonerów (sprzętu), nurków podróżników, nurków weekendowych, nurków eksploratorów, nurków bijących rekordy. To jest naprawdę bardzo mieszane towarzystwo. Wariacji na temat sposobu uprawiania nurkowania jest po prostu tak wiele, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tak samo też znajdzie odpowiednie towarzystwo, w którym mu będzie dobrze. Mi najbardziej imponują ci skupieni na odkrywaniu podwodnego świata, na poznawaniu tajemnic, mający podejście podróżników, badaczy. To zwykle bardzo rozsądni i wyważeni ludzie, dla których bezpieczeństwo jest bardzo ważnym czynnikiem. Nie cechuje ich ułańska fantazja, nie przygotowują się do bąbelkowania na zasadzie „jakoś to będzie”. Każde nurkowanie to przede wszystkim długi etap planowania, sprawdzania, przygotowania sprzętu. W nurkowaniu nie ma mowy o pośpiechu, gonitwie. Nie ma takiej wersji nurkowania. To lubię. Najchętniej siedziałbym pod wodą całe godziny, szukam tam oderwania od hałasu cywilizacji. Przenoszę się do innego wymiaru, opuszczam planetę Ziemię i udaję się w podwodny kosmos wypełniony ciszą, wypełniony organizmami żyjącymi według zupełnie innego rytmu życia. Woda wymaga zupełnie innej formy poruszania się, wodzie trzeba się poddać. Jesteśmy w stanie nieważkości. To jest niesamowite uczucie. Właśnie takim nurkiem jestem i mam nadzieję, że na swojej drodze spotkam wielu takich, którzy traktują to niemal filozoficznie, traktują to jako terapię, a każde nurkowanie jest jak najlepsza sesja medytacji. Dlatego nie potrzebuję kolorowych rybek, raf i oszałamiających kolorów ciepłych mórz. Lubię zielone, chłodne ciemności polskich wód, w które uciekam od hałaśliwej i pędzącej rzeczywistości. Cieszę się, jak coś ciekawego wypatrzę, ale nie ryczę, jeżeli widoki mnie nie powalą. Grunt, żeby widoczność pozwoliła bezstresowo popływać, bym zwiedził nieznane, bym mógł zajrzeć za kolejny zakręt, do kolejnego dołka. Wychodzę z wody wypoczęty i zrelaksowany. To jest właśnie mój typ nurkowania. Prawda, że szalony i ekstremalny?