Czy nurkowanie to rzeczywiście taka droga „impreza”? Jak inwestować w sprzęt? Co kupić na start, a co potem dokupować?

Artykuł zaktualizowany: 9 sierpnia 2013 i potem 25 lutego 2020 – trochę więcej wiedzy w głowie, trochę nowinek.

Zła wiadomość na start – taniej dyscypliny sobie nie znaleźliście. Z drugiej strony jednak zapaleniec w każdej dziedzinie sportowej może utopić masę pieniędzy. Wspomnę o drugim moim ukochanym sporcie – w rower też można inwestować bez końca, do tego kupować różne stroje, wyposażenie, plecaki, sakwy, lepszy osprzęt. Miałem też długi epizod z wędkarstwem (ale polityka odpowiedzialnych krajowych organów w sprawie kontroli ilości ryb zdatnych do wyławiania skutecznie mnie zniechęciła do chwytania za kij) – to przecież też studnia bez dna, kolejne wędki, kołowrotki, spławiki, błystki, wymiana żyłek, pudełka, przynęty, zanęty, pozwolenia na odłów, wynajem łódki, i tak dalej. Nurkowanie jednak w wersji minimum pociągnie za sobą kilka poważnych wydatków. Już sam kurs i zorganizowanie przyzwoitego ABC to wydatek rzędu tysiąca złotych. A potem, jak człowiek wsiąknie i zechce zyskać trochę samodzielności, zacznie się inwestowanie w swój sprzęt. Jednak jeżeli będziemy nurkować z konkretną grupą nurkową, która zwykle dysponuje swoim bogatym zapleczem sprzętowym, a będziemy dawać nura kilka razy do roku, to nawet często lepiej jest pożyczać odpłatnie sprzęt, niż kupować własny, który potem będzie kurzył się w piwnicy. A zakupiony sprzęt też wymaga kosztownych zabiegów – serwisu, przeglądu kontrolnego, ładowania, czasem legalizacji (butle). Zakup zatem nie oznacza wcale uniknięcia kolejnych kosztów w przyszłości. Zastanów się zatem dobrze, czy chcesz od razu inwestować we własny sprzęt. Ja tylko podpowiem, że warto zwlekać. Warto skończyć kurs na nieswoim sprzęcie. Warto potem wyjechać na kilka nurków z pożyczonym sprzętem. Warto opływać się, oswoić z wodą, poznać środowisko wodne, zobaczyć jak my zachowujemy się w wodzie i z jakim sprzętem jak nam się pływa. Im więcej opcji wypróbujecie, zwłaszcza przed zakupem, tym łatwiej będzie wam wybrać najlepszy sprzęt dla siebie. Można słuchać mnóstwa porad na temat wyboru, można sugerować się opiniami doświadczonych nurków, którzy widząc was w wodzie, powiedzą – wybierz to, czy tamto. Ja jednak uważam, że te porady są o tyle niepewne, że nie uwzględniają naszych własnych preferencji, które musimy po prostu poznać próbując różne rozwiązania. Pożyczaj zatem dużo, to nie jest duży wydatek (jak robisz jakikolwiek kurs, wypożyczenie masz w cenie, a na nurek rekreacyjny wynajem sprzętu za dzień to około 20 zł). Nie ma lepszej szkoły jeżeli chodzi o poznanie sprzętu, wariantów i konfiguracji. Ja kurs skończyłem mając własną maskę, rurę, płetwy kaloszowe (używałem na pierwszych zajęciach basenowych), dokupiłem w trakcie kursu rękawice (grube, bo mi łapy strasznie marzną), buty i płetwy paskowe.  Po zakończeniu kursu zainwestowałem we własną piankę. Resztę pożyczałem regularnie i wychodziło mnie to około stówki za weekend – pas balastowy, kamizelka, automat, butla. Wyjazdy organizowane mają taką zaletę, że jak pożyczasz od organizatorów to liczą oni zwykle jedną, konkretną i atrakcyjną stawkę za wypożyczenie na okres wyjazdu, a nie rozliczają za każdy dzień. Pytaj, dowiaduj się, może jest to kolejny element, który wpłynie na twoją ocenę, czy warto wiązać się z daną grupą nurkową. Płetwy i buty to wydatek rzędu 400 – 500zł. Kurs to okolice 1500zł.

Teraz kilka informacji o tym, co ja kupiłem i gdzie trafiłem dobrze, a gdzie – źle. Korzystajcie z tych doświadczeń, bo są one dość świeże. Ostro zacząłem inwestować dopiero niedawno. Po zakupieniu pianki (z polecenia mojego instruktora, który także dystrybuował dany sprzęt, zjawisko chyba normalne w polskim środowisku nurkowym, ma swoje wady, ale chyba dużo więcej zalet, o tym później) – tu akurat zakup bardzo trafiony. Pianka ma już ponad dziesięć lat i wciąż mi bardzo dobrze służy – podarł się ze starości ocieplacz z kapturem, ale główna pianka ma się dobrze. Mój model składa się z kompletnego kombinezonu z długim rękawem i długą nogawką, pianka o grubości 7mm, na to idzie ocieplacz z krótkim rękawkiem, nogawką i kapturem na łeb. Też 7 mm grubości pianki.

Na polskie wody jak znalazł, nurkowałem już w różnych temperaturach i nawet w zimnej wodzie wytrzymywałem spokojnie pół godziny. Od tego czasu trochę się w piankach zmieniło – generalnie wychodzi na to, że dobrze dopasowana do budowy ciała pianka wystarczy, że będzie miała 5mm. Grubsza będzie tylko krępować ruchy. Jednak mówimy o dobrze dopasowanej – przylegającej wszędzie (pod pachami i na klacie zwłaszcza) do ciała. Jakiekolwiek luzy pod pianką będą powodować szybsze wychładzanie. Dopiero na tak dobrze dobraną piankę dobieramy docieplenie i tu zależnie od naszych termicznych potrzeb wybieramy 5mm lub 7mm. Teraz możemy decydować, na cieplejsze wody wziąć tylko jedną część pianki. Na zimne zabieramy komplet i rękawice. Rozwiązanie jak na razie dla mnie idealne na każde warunki. Teraz na piankę tego typu należy wydać kwotę rzędu 1500zł. Doliczcie rękawice – ok. 250zł.

Pas balastowy był następny. Zdecydowałem się kupić własny, bo ten zakup nie jest specjalnie drogi, a koniecznie już chciałem zacząć kolekcjonować swoje wyposażenie. Tutaj specjalnie nie ma co filozofować. Pas to pas, na nim ciężarki, są też pasy z kieszeniami na rzepy welcro. Ciężarki mogą być w postaci worków ze śrutem (nie niszczą ostrymi krawędziami odzieży), prostych klocków (najtańsze, ale czasem człowiek musi je przenieść na pasie na ubraniu, ostre kanty mogą zniszczyć odzież) i klocków powlekanych gumową powłoką (moim zdaniem najlepsze rozwiązanie). Tylko żeby było jasne – ja już od dłuższego czasu lansuję wizję, że nurkowanie z balastem na pasie to już przeszłość. Balast powinien znajdować się w odpowiednich kieszeniach zintegrowanych z naszym sprzętem wypornościowym (jacketem lub skrzydłem). Pas obecnie służy mi jedynie do przenoszenia balastu. Wydatek około 200 – 300zł.

Po pasie balastowym była kamizelka, albo nawet równocześnie. Już nie pamiętam dokładnie. Do wyboru mamy albo klasyczny „jacket”, czyli po naszemu po prostu kamizelka, albo „skrzydło”. Popularna jest opinia, że „jacket” dobry jest na start, a potem i tak większość przesiada się na skrzydło. Jeżeli jednak będziecie mieli okazję wcześnie przetestować skrzydło, spróbujcie. Zupełnie inne doznania. Długo myślałem, że kupię jacket. Cały kurs zrobiłem na tym rozwiązaniu, potem rekreacyjne nurki też na kamizelce. Jednak zawsze miałem wrażenie, że jacket zabiera mi sporo swobody pod wodą. Znowu Rudi dał mi szansę przetestować skrzydło. I to było po prostu BINGO, jak mawiał Porucznik Frank Drebin. Z przodu swoboda, cały balon gdzieś z tyłu. Różnice pomiędzy tymi patentami są ogromne. Dużą zaletą kamizeli jest jej praca na powierzchni. Pompujemy jacket do pełna i po powierzchni pływamy jak królowe i królowie. Brakuje tylko drinka z palemką i kapelusza słomkowego. Skrzydło na powierzchni to dla niektórych mordęga. Skrzydło cały czas próbuje nas położyć. Jeżeli go nie opanujemy, będziemy kładli się na twarz, ale jak się nauczymy z nim żyć w zgodzie, nagle się okaże, że całkiem wygodnie da się położyć na plecach. Tylko warto to przetestować na samym sobie. Ja dość szybko opanowałem skrzydło i na powierzchni nie mam z nim problemów, ale na przykład w sytuacjach awaryjnych podejrzewam, że skrzydło nie ułatwi mi życia. Stawiam jednak na to, że nurkowanie głównie odbywa się pod wodą, więc mam w nosie tą wadę skrzydła. Pod wodą chyba nie znajdziecie takiego, który nie odczuje wyższości skrzydła nad kamizelą. To po prostu bajka, czysta przyjemność. Żadnego balona z przodu (ci z brzuchem zwłaszcza docenią tą cechę), ustawienie pod wodą jak w szwajcarskim zegarku, żadnego bujania, żadnego obracania się. Mniam, mniam. Przetestujcie, pokombinujcie. Podejrzewam, że pływając często na pożyczonym sprzęcie zechcecie dość szybko posiąść własną kamizelkę KRW. Kamizelki źle znoszą częste używanie przez różnie doświadczonych nurków, zwłaszcza jak jeszcze służy tym uczącym się. To w sumie delikatny sprzęt, dodatkowo musi leżeć na człowieku jak dobrze skrojony garnitur. Jeżeli dobrze ułożymy się z konkretnym modelem, będzie nam się pływać idealnie, ale na następny nurek dostaniemy troszkę inny model, albo inaczej używany i będziemy z nim walczyć od nowa. Łatwo też trafić na kamizelki z jakimiś wadami, uszkodzeniami, których nie wykrył (lub udaje, że nie wykrył) wypożyczający. Mi udało się trafić na kamizelkę z uszkodzonym mocowaniem inflatora (był po prostu pokruszony, a że na mocowanie zasłonięte jest nakrętką, o uszkodzeniu dowiedziałem się dopiero w wodzie), na zerwane plastikowe złączki, na przetarte paski, na zbyt luźne konstrukcje. To było po prostu męczące. Skrzydło kosztowało coś koło 1600zł i ani trochę nie żałuję tego zakupu. Obecnie typowe konstrtukcje to wydatek rzędu 2000zł. Prostsze jackety i rekreacyjne skrzydła (choćby z Decathlonu) – bliżej 1500zł.

Polecam przeczytać inny mój wpis „To w końcu jacket czy skrzydło”.

Długa przerwa w finansowaniu nurkomanii i w końcu zakup automatu. Decyzja spowodowana tym, że na jednym wyjeździe dostałem automat z bardzo, bardzo, bardzo… bardzo długim przewodem do drugiego stopnia. A do tego, chyba żeby zachować jakąś równowagę w przyrodzie, ultrakrótki przewód do manometra. Tak krótki, że o odczyt ciśnienia w butli musiałem prosić partnera. A wszystko przez to, że organizator wyjazdu (przez sympatię nie wymienię z nazwiska) zapomniał sprzętu dla mnie i pożyczaliśmy na miejscu. Kolejny impuls, żeby wydać pieniądze. No to ciach. Tu się przyznam, że chyba przedwcześnie podjąłem decyzję, nie mając jeszcze dość wiedzy o doborze tego urządzenia, zdałem się znowu na wiedzę Rudiego, który zaproponował coś ze swojej oferty. Na szczęście był to bardzo popularny model ScubaTech R2 Ice, któremu już się przyglądałem na Allegro i w innych sklepach internetowych. Model okazuje się być idealnym rozwiązaniem na debiut. Ma wszystko co potrzeba, firma solidna, dobre opinie, niedrogi serwis. Jednak w tej kwestii doradzam brak pośpiechu, pływanie na wypożyczonym sprzęcie, na możliwie najróżniejszym sprzęcie, pytanie innych nurków, słuchanie ich opinii. Nie idzie o ich pochwały dla sprzętu, ale warto badać, co skłoniło ich do wyboru danego modelu, czyli na co oni zwrócili uwagę i czy przypadkiem ten element nie będzie miał dla nas znaczenia. Ci nurkujący w polskich wodach i w trudnych warunkach będą stawiać zawsze na sprzęt dostosowywany do takich warunków, posiadający dodatkowe patenty zmniejszające ryzyko zamarzania układów. Koszt rzędu 1000zł.

Po paru latach nurkowania i zmian na rynków teraz polecałbym ciut wyższe modele z oferty Scubatecha, ewentualnie Apeksy, albo tańszego Aqualunga. Generalnie za komplet podstawowy powinniśmy zapłacić koło 2000zł – w tym będzie już manometr.

Komputer nurkowy był następny. I tutaj chyba niespecjalnie jest co testować. Wystarczy znowu popatrzyć na wyposażenie innych, posłuchać, jakie cechy komputera mają znaczenie przy wyborze. Jak człowiek nie chce szaleć, sięgnie pewnie po podstawowe Suunto, Cressi, Aqualunga, czy Maresa. Ja wtedy wybrałem Suunto Vypera (starszą wersję, odpowiednik obecnego Zoopa). W tym komputerze brakuje mi tylko kompasu, ale ten już sobie dokupiłem jako osobne urządzenie. Komputer jest obecny na rynku od kilku ładnych lat i kolejne opinie tylko potwierdzają, że to bardzo udana konstrukcja. Generalnie Suunto jest dobrym wyborem. Na początku przygody nie szalejcie z opcjami – nie musicie mieć od początku ekranu LED, dodatkowych funkcji (kompas elektroniczny, podawanie ciśnienia przez zewnętrzny nadajnik zamontowany na butli, itd.). Wybierzcie komputer, który obsłuży ewentualnie nitroks, bo ten kurs pewnie dość szybko zrobicie i zdarzy wam się na jakimś wyjeździe zanurkować na nitroksie. Podstawowe komputery: Aqualung i300, Cressi Leonadro lub Giotto, Mares Puck Pro+ lub Suunto ZOOP Novo to są jednostki wręcz idealne na start, a wydatek rzędu 1000zł a czasem nawet poniżej.

Przejdźmy płynnie do kompasu. Nie kombinujcie z kompasami zintegrowanymi z konsolami (z manometrem) czy w komputerach. Chcecie widzieć jednocześnie komputer i kompas – najlepiej na jednym ręku. Jeden rzut oka i znamy głębokość i kierunek. A zatem zostaje noszenie kompasu na pasku, jak zegarek lub na gumkach bungee – i wtedy na dłoni lub na przegubie ręki. Wtedy można go sobie dowolnie ułożyć blisko komputera, albo na drugim ręku, albo tam, gdzie wygodnie. Trzymanie kompasu na wierzchu dłoni to wygodne rozwiązanie, bo dłonią można lepiej manewrować niż przegubem. Grunt by busolę móc łatwo ustawić w jednej linii z oczami, tak by orientacyjna linia na kompasie wskazywała idealnie na wprost przed nas. Tylko wtedy mamy pewność, że wyznaczamy kierunek prawidłowo. W mądrych książkach wręcz pokazują, że rękę z kompasem należy ująć drugą ręką i ustawić kompas prostopadle do twarzy. Montaż busoli na gumkach gdzieś w innych miejscach nie ma więc sensu. Kompas to prosta konstrukcja, do wyboru mamy kilka firm produkujących kompasy. Liczy się dosłownie pięć, może cztery firmy. Wszyscy jednak polecają Suunto SK-8, bo zakres wychylenia największy (czyli teoretycznie możesz płynąć głową w dół, do góry, albo pod dziwnym kątem i kompas będzie w stanie wskazać północ w tej pozycji). Coś jest na rzeczy. Ja się z tłumem kłócić nie będę. Cena 280zł.

Następny zakup to butla. Koniecznie pragnąłem mieć już komplet by uniezależnić się od grupy i móc w razie czego pojechać gdzieś sam. Tak, tylko co z tego, jak sobie nie wystrugam partnera do nurkowania. Żony jeszcze nie namówiłem na kurs, jeden znajomy, co kiedyś nurkował, teraz ukochał sobie latanie na „glajcie” (paragliding), na nurkowanie szkoda mu kasy, a poza tym już tak długo nie nurkował, że musiałby sobie przypomnieć wszystko. Wymyśliłem sobie, że kupię butlę 12l, bo kręgosłup mam dość słaby, trzeba ograniczać obciążenie, a 15l jest do tego strasznie nieporęczna. Zakup butli wcale nie zdejmuje z nas regularnych kosztów – własną butlę trzeba jeszcze ładować, przeglądy i legalizacje robić. Chyba się pospieszyłem z tym zakupem. Były momenty, że żałowałem zakupu 12l, bo w końcu większość posiadaczy 15l potrafi na jednym ładowaniu zaliczyć dwa pełne nurki. Ja teraz też jestem w stanie zrobić dwa nurki na 12l, ale w Polsce zdecydowanie popularniejsze są butle 15l. Z dwunastką ten plus, że z czasem, jak znajdzie się pieniądz, kupi się kolejną 12 i zrobi się zestaw dwubutlowy – łączony, albo każda butla oddzielnie. W ostatecznym rozrachunku uważam, że dokonałem dobrego wyboru. Koszt 1000zł.

Latarka – nie ograniczajmy się do samego Allegro i swojego centrum nurkowego. Na rynku polskim są wyspecjalizowane firmy, które produkują wysokiej jakości światła od modeli najprostszych do bardzo drogich i mocnych systemów oświetleń. Ja szukałem na początek dobrego światła typu backup, który mógłby mi służyć póki co za główne światło. Są tego typu światła. Między innymi wybrany przeze mnie jako pierwszy – LED Tecline LED US 15, ale i Ammonite, i Gralmarine, i Hi-Max mają w swoich ofertach tego typu światła z jednym lub trzema LEDami. Ekonomiczne, wydajne i mocne światła typu backup w  zupełności wystarczą na nurkowania w polskich wodach. Wyposażyć się tylko w dobre ładowane akumulatorki i ładowarkę i można z powodzeniem używać tych latarek jako głównego światła. LED US 15 jest dość długą latarką, jak chcę ją schować w kieszeń balastową przy skrzydle, to ledwo się mieści. Dodatkowo zasilana jest trzema bateriami R14 (bądź porównywalnymi akumulatorkami, bądź mniejszymi akumulatorkami z zastosowaniem odpowiednich reduktorów) – jeżeli zdecydujemy się na ładowane akumulatorki, trzeba będzie myśleć o ładowaniu – nie każda ładowarka obsługuje ładowanie nieparzystej ilości akumulatorków. A jak kupujemy baterie nieładowane – nie wszędzie sprzedają te baterie na sztuki. Zatem długość latarki i nieparzystość bateryjek zaliczam jako wadę latarki. Teraz wybrałbym na pierwsze światło Ammonite LED Stingray, Hi-Max X-5 lub coś w tych gabarytach. Te szatany mają już naprawdę dobrą moc i czas świecenia a ich wymiary są wręcz znakomite. Latarka tego typu to wydatek rzędu 350zł.

A jak ktoś marzy o nagrywaniu wideo, niech koniecznie pomyśli o odpowiedniej wersji takiej latarki z nieskupionym światłem, ale to nie jednej tylko dwóch, do tego musi być stabilny i poręczny uchwyt, no i kamerka. Na start duży wydatek a jeżeli jeszcze nie czujemy się pewnie pod wodą, odpuśćmy sobie filmowanie i skupmy się na szlifowaniu technik pływania.

No i mamy ponad siedem tysięcy złotych, za jakiś czas człowiek dojrzeje do zakupu suchego skafandra, bo jest to normalna decyzja w przypadku nurków zwiedzających regularnie polskie zbiorniki. Za chwilę trzeba brać się za kolejny poziom, specjalizację, doskonalić się. A jeszcze, o zgrozo, przyjdzie mi pomysł na wymianę jakiegoś sprzętu na lepszą klasę. Chyba nieprędko. To, co mam, prezentuje się i służy mi dobrze. Buty (te bez zamka) już czas wymienić. Nie chcę straszyć, ale podliczając ten sport, raczej małych sum nie osiągniecie. Tylko porównajcie to sobie z innymi sportami. Ile jest dyscyplin, które wymagają skomplikowanego sprzętu ratującego, lub podtrzymującego życie, które w ogóle wymagają specjalistycznego sprzętu? Wspinaczki, różne formy latania, czy skakania z jakimś kawałkiem materiału na plecach. Ktoś coś dorzuci? Ktoś przedstawi koszty z tym związane?  A teraz najważniejsza sprawa – trzy czwarte sprzętu kupiłem na raty. To też kolejny plus korzystania z usług swojej grupy nurkowej. To wszystko rozkłada się jeszcze na dobre dziesięć lat inwestowania. Jak ktoś będzie zacięty, będzie mógł częściej inwestować w nurkowanie, ale też nie będzie posiadać niezwykłego budżetu, podobnie jak ja, zapewne będzie w stanie w ciągu dwóch, trzech lat to wszystko zdobyć. Ja jednak do tego nie namawiam, nie idzie o szybkie zdobycie sprzętu, ale o zdobycie sprzętu odpowiadającego naszym upodobaniom i potrzebom. Bez opływania się na cudzym sprzęcie, bez opływania się w ogóle, bez posprawdzania wielu opcji nie wyobrażam sobie by wszystkie zakupy były udane. Nie spieszmy się z zakupami. Na kurs idziemy ze sprzętem ABC (maska, płetwy, rura, ewentualnie płetwy paskowe plus buty nurkowe). Po zakończeniu kursu zaczynamy inwestować: skafander, kamizelka. Te sprzęty są bardzo osobiste i muszą być do nas dobrze dopasowane. Wydaje się, że własne narzędzia nawigacyjno rejestrujące powinny pójść przed automatem i butlą. Własna latarka też chyba powinna zmieścić się przed automatem i butlą. Pas balastowy i inne detale to nie są duże koszty, więc wykonujemy je w tak zwanym międzyczasie, zależnie od okazji i potrzeb.