Koparki z kiełbasą w tle

koparki 146

fot. Błażej Kabziński. Pierwsze zanurzenie w nowym sucharze, z nowym ocieplaczem w wodach otwartych. Lekko niedoważony.

Poznawanie polskich akwenów, ciąg dalszy. Z jakiegoś powodu od dłuższego czasu żyłem w głębokim przeświadczeniu, że kamieniołom w Jaworznie ze swoimi słynnymi koparkami jest mekką dla nurków technicznych. Miejsce, gdzie mogą testować swoje techniczne umiejętności, wyliczone czasy, ustalone przystanki, sytuacje awaryjne i ich okiełznanie, wydawało mi się, że musi być miejscem nieziemskim. Na myśl o koparkach myślałem o jakimś połączeniu jaskini Boesmansgat z wielkością Hańczy i urokiem Piechcina z Zakrzówkiem razem wziętych. Bezkresna głębia i super „techniczne” warunki.    koparki 151

foto. Błażej Kabziński. Ładna gąsienica podwodna.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Kopara opada przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Się aż nurek z wrażenia przewrócił.

Byłem bardzo mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Koparki ledwo dobijają do 18 metrów. Jak to? 18 metrów? Toż to powinna być mekka dla owudziaków. Nawet jakby się znalazł jakiś renegat i próbował złamać limit nurkowania OWD, mógłby co najwyżej ostro zaryć w dno. Do tego jest to mikrozbiornik z bardzo wysokiej czystości wodą. W kiepskie dni (czyli takie, jak teraz na przykład) wizura spada do „marnych” pięciu metrów. Trudno jest się tu zgubić, przy dnie zawsze jest światło, jest miło i sympatycznie. Jak się ktoś zawieruszy, to znaleźć go nietrudno. Cały zbiornik można dziarskim tempem opedałować w jakieś trzy kwadranse. Snując się okropnie, pewnie w godzinę do półtorej (zatrzymując się przy każdym kamieniu i studiując jego strukturę). Wielką atrakcją są same koparki, a raczej Koparki. A nawet KoparKi. Wielkie, majestatyczne gigantomachiny, mechagodzille pod wodą. Robią wrażenie, są wdzięcznym tematem zdjęć i magnesem dla nowych nurków. Rezydentom było jednak mało, nie odpuszczono sobie dodania kilku atrakcji już po zalaniu (kamieniołomu) – jest i samolot, jest i pół/ ćwierć/ jedna ósma Poloneza Caro. Ja jednak nie jestem fanem takich bajerów. Same kopary jako element, który znalazł się tam zanim zbiornik się zalał dokumentnie, są jak najbardziej na miejscu. Dodano także wygodne platformy na powierzchni, celem zejścia do wody (łagodnego zejścia nie uświadczycie, od razu głęboko) i platformy po wodą, celem wygodnego leżakowania na 5m.

koparki 165

foto. Błażej Kabziński. Podryw na platformie.

Baza też cieszy oko, jest czysto, schludnie, nie wygląda to wszystko jak zbieranina przypadkowych, na szybko skleconych baraków i ogólnie panującej na polskich nurkowiskach prowizorki. Są wiaty, jest fajnie. Mi jednak szczęki nie urwało. Cieszę się, że Jaworzno zaliczyłem, ale nie jest to miłość od pierwszego nurkowania, jak to było w przypadku Piechcina. Nie mam ciśnienia, żeby tam natychmiast wracać. Owszem, to jest ładny, nawet bardzo ładny akwen. Mikruśny jednak i dość monotonny. Zaliczyć koparki warto, ale je zalicza się za jednym nurem. Ścianki są klasycznie ładne, ale czegoś mi tam brakowało. Życia może? Okonki jakieś się kręciły, podobno gdzieś siedziały naprawdę duże. Były i jesio(s)try i to na serio takie napakowane, po prostu góra mięsa. Ale to wszystko.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Pojedynek fotografów.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Imć Błażej testował na wyjeździe nową chińską latarkę za pięć złotych. Fajna ta chińska latarka bo była tania i fajna. I świeciła. I świeciła nawet wtedy kiedy nie świeciła, to znaczyć świecić nie powinna. Posiadacz nie był nawet świadomy tego, ale i tak jest zadowolony, bo świeciła także po nurkowaniu.

koparki 160

foto. Błażej Kabziński. Drzemka na „deco”.

Nie jestem do końca w stanie sformułować zarzut w stosunku Koparek, dlaczego mnie nie urzekły, ale wracałem z uczuciem niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, to dobry akwen, z doskonałymi warunkami dla nurków, świetnie skomunikowany z całą Polską i ze stolicą. Dojazd wygodny, baza super. Zachęcam zwłaszcza początkujących nurków do odwiedzenia tego kamieniołomu, jest do doskonały akwen dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki samodzielnie. Baza jest świetnie wyposażona, a wjazd i serwis kosztują sensowne pieniądze. Jestem tylko ciekaw, czy chętnie tu będziecie wracać na kolejne nurkowania.

Wyjazd zorganizowałem na zasadzie szybkiego zrywu na jeden dzień. Komplet nurków w aucie (kombiaczek, ale i tak dołożyłem mu trumienkę na dach – niemniej sporo mieliśmy gimnastyki by wszystko dobrze spakować). Zespół stanowili: obowiązkowy Gazela – kompan już sprawdzony, bezpieczny partnur, z którym po prostu dobrze mi się jeździ i nurkuje, znany mi i ceniony przeze mnie Błażej K. (doświadczony i bardzo solidny nurek, od którego sporo można się nauczyć) i ledwo co poznana (choć twarz mi migała na GEPNowskich mitingach) Aśka o ksywie kojarzącej mi się z fabularnymi grami fantasy. Ekipa urocza, pozytywna i dobrze ogarnięta. Ruszyliśmy już nie takim bladym świtem by dotrzeć na okolice dwunastej na Koparki. Po drodze było zwiedzanie trudnych okolic Olkusza, pobieranie twina (samochód ledwo to przeżył), jak zwykle udane zakupy w Biedronce (w końcu sklep dla biednych ludzi) i w końcu doturlaliśmy się mocno dociśniętym nurkowozem na kamieniołom. Straszono nas porannym najazdem tłumów nurków, ale widocznie nurkowie najazd zrobili poranny i o dwunastej rozjechali się w różne kierunki, bo tłumów nie uświadczyliśmy, podpięliśmy się pod wiatę z uroczą ekipą i mogliśmy szykować się na nurki. Dla mnie o tyle ważny wyjazd, że wreszcie mogłem opływać w wodach otwartych nowego suchara z grubym ocieplaczem. Czekało mnie wyważanie i ogólnie nauczenie się współżycia z bestią. W końcu robienie kursu instruktorskiego na nieopływanym sucharze wydawało mi się niepotrzebnym hazardem. Do nura podchodziłem więc z niemałym napięciem. W końcu skok do wody i jedziemy. A tu pierwszy, nieprzyjemny zonk – czuję stróżkę wody na tyłku. Poszło coś w suchaczu, czy przy skoku kryza nie utrzymała? Neoprenowa kryza. Są różne szkoły, jedni kochają neoprenowe kryzy, inni tolerują tylko lateks. Ja zdania wyrobionego nie miałem. Nurkowałem w lateksie – nie przeszkadzał mi, kupowałem jednak suchego z neoprenową kryzą w standardzie, stwierdziłem, że nie będę kombinował, wypróbuję neopren. Zwrócono mi uwagę, że neopren fajny, ciepły i milusi w dotyku, ale potrafi grymasić i to układanie go czasami właśnie może się zakończyć podlaniem. Lateks tego problemu nie ma, ale za to nie jest już taki milusi w ubieraniu i w dotyku, ciepła nie trzyma i jest mniej trwały (podobno). Ja nie byłem ani za, ani przeciw. Po obu nurkach, gdzie ewidentnie mi pociekła woda, ale potem już się nic nie dolewało, obstawiam, że kryzą mi się wlewała woda przy skokach. Jest moją główną podejrzaną. Dobrze obciska szyję, nie sądzę by musiała być ciaśniejsza, ale potestuję ją jeszcze i ewentualnie powiem jej bez żalu „papa”.

Nie ja jeden miałem walkę sprzętową. Gazela miał spektakularną kiełbasianą przygodę pod wodą, nadającą się do „Wypadków nurkowych” opisywanych na łamach nie tylko bloga Zanurzonej w Błękicie, ale i do podręczników. Zapewne przydałaby się też dogłębna analiza przypadku na forach, koniecznie z udziałem Mottiego*, który wyliczy masę, strukturę, skład substancji i ich wpływ na pracę automatu. Kochane dzieciaczki, od razu wam zdradzę morał tej bajki – nie jemy zbyt dużo kiełbasy przed nurkowaniem. Wujek Gazela wziął i skonsumował znakomicie zgrillowaną kiełbasę, poczem szczęśliwy udał się na zasłużonego nura (już podejrzliwi mogą mu wytykać za krótką przerwę powierzchniową po jedzeniu, że nie zdążył się odsycić z azotu zawartego w kiełbasie). W trakcie owego nura gazy pokonsumpcyjne (taka ich natura – pod wpływem zmian ciśnień lubią się przemieszczać) postanowiły się wydostać. Klasycznie odbić się każdemu zdarza pod wodą. Nie każdemu jednak wypada wtedy kawałek – drobina dosłownie kiełbasy. A jak drobina taka wypada w trakcie nurkowania to ląduje oczywiście w automacie. Automat (było nie było Poseidon) choćby i najlepszy, jednak nie jest przystosowany do pracy z mieszanką uszlachetnioną kiełbasą, więc wziął się i zablokował. Gazela opanowany, więc spokojnie wymienia na drugi automat i próbuje tamtego oczyścić z kiełbasy. Ta jednak za diabła nie zamierza opuszczać nowego miejsca zamieszkania. Oczywiście pozostali nurkujący nie mają pojęcia o naturze problemu, ale widzą, że nurek ogarnięty, więc nurkowanie odbywa się dalej. Dopiero po zakończeniu nurkowania Gazela dość obrazowo przedstawia całą historię i oczywiście cała wiata wraz z okolicami trzęsie się ze śmiechu. Wnioski, moi kochani? Dodatkowe filtry w ustnikach drugich stopni? Procedury przednurkowe wykreślające kiełbasę z menu? Czekam na propozycje. To jednak tyle, jeżeli chodzi o przygody. Wszyscy pozwiedzali co chcieli, zdjęcia zostały wykonane, z pogody skorzystaliśmy, bo było bardzo przyjemnie wiosennie. Wracaliśmy w dobrych humorach do swoich domów. Bogatsi o nowe doświadczenia. Ja wracałem z małym niedosytem, ale wyjazdu nie żałuję. Kolejne ważne nurkowe miejsce na polskiej mapie zaliczone.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Błażej przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Samolot linii Mares.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Znowu kopara.

DCIM100GOPRO

foto. JC. To prawdopodobnie wciąż ta sama kopara.

koparki 159

foto. Błażej Kabziński. Tak, to prawdopodobnie TA kiełbasa.

*) jeżeli komuś nic nie mówi pseudonim Motti, to znaczy, że albo nie był na forum np. Nuras, albo miał to szczęście, że nie wlazł w wątek z jego wypowiedziami. Uważaj się za szczęściarza.

Długi weekend majowy nad Hańczą

Zanurkować, zabąblować, zanurzyć się, zatonąć, schować się pod powierzchnię wody!

Całe miesiące wyczekiwania. Ostatnie nurkowanie we wrześniu na Zakrzówku, zaczyna się zima a potem nie chce się skończyć. Nie mam i prędko nie będę mieć suchego skafandra, ten rok nie zaczął się szczęśliwie w kwestii budżetowej i wszystkie moje bogate plany inwestycyjne w sprzęt i kolejne szkolenia póki co leżą na dnie kubła z planami finansowymi. Zmuszony więc jestem ograniczać nurkowanie tylko do ciepłych miesięcy. Mordęga wyczekiwania miała się skończyć w kwietniu. W kwietniu śnieg jeszcze leżał, większość jezior przykryta była grubą pokrywką lodu i wcale im się nie spieszyło z rozmarzaniem, mnie jeszcze dopadł okrutny katar, więc z planowanego otwarcia sezonu na imprezie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska najpierw sprzątania Glinianki Cietrzew, a potem po prostu wiosennego otwarcia sezonu na Gliniankach w Zielonce wyszły nici. Glinianka Cietrzew nie rozmarzła, a w czasie trwania otwarcia ja miałem katar na potęgę. Nadzieja mieszała się ze strachem.  Wykupiony wyjazd na Hańczę na długi weekend majowy zbliżał się nieubłaganie. Co z tego, skoro z nosa mi to leciało, to nic nie leciało, bo był totalnie zatkany. No i wieści z forum na temat warunków na Hańczy przerażały. Pokrywa lodu miała się świetnie, a tu się kwiecień powoli kończył, tu w Józefowie wiosna już powoli się rozwijała, nadrabiając zaległości, a tam jeszcze śnieg leżał na brzegach jeziora. Jezus Maria, świat zwariował. Woda będzie miała jakieś zero stopni, jeżeli w ogóle ten lód zejdzie. Ja kursu podlodowego nie robiłem i nawet jeżeli miałbym robić to raczej nie w piance. Kurcze blade, ktoś w ogóle pojedzie? Wszyscy odwołają uczestnictwo i Rudi puści wiadomość, że z powodu braku chętnych wyjazd upadł? Będziemy się przebierać na śniegu? A jak nawet zejdzie lód, to będziemy zanurzać się w sorbecie? No i niech ten cholerny katar sobie wreszcie pójdzie! I tak do początku długiego weekendu, który w tym roku postanowił być wyjątkowo długi. Trzy dni urlopu i mamy dziewięć dni wolnego. Wyjazd nad Hańczę jednak zaplanowany na pierwszego maja, więc jest kilka dni niezagospodarowanych. Powstaje plan by skrzyknąć tych, którzy nie załapali się na imprezę GEPNu i zanurkować razem w Zielonce. Ja pomimo kataru ryzykuję nura. Już nie mogę wytrzymać czekania. To już jest uzależnienie, ja już po prostu trzęsę się z powodu odstawienia nurkowania, mam pierwsze objawy nurkoholizmu. Idę na nura, woda jest pyszna, jakieś dwanaście stopni, zaskakuje niesamowita widoczność i bogactwo życia pod wodą. Rany, jaki jestem szczęśliwy. Potem są wiadomości na forum: na Hańczy lód puścił w czwartek przed długim weekendem. Widoczność nie powala, ale już nie ma tego przeklętego śniegu i lodu. Katar też chyba uznał, że krioterapia to jest to i sobie poszedł. Na Hańczę zatem! Auto tym razem wyjątkowo objuczone. Rodzina tym razem ma się nie nudzić siedząc nad brzegiem, tylko będą sobie śmigać na rowerku, a ja po zakończeniu dziennej porcji nurkowań mam dołączać i mamy zwiedzać piękne zakątki ziemi suwalskiej. Do sprzętu nurkowego dochodzą więc rowery, kaski rowerowe, sakwy, fotelik Młodego i tysiąc innych szpejów, które zwykliśmy brać na rowery. Biedne auto. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko zabrałem (nigdy nie zapomnę zeszłorocznego wyjazdu nurkowego na jezioro Narty, na który wyruszałem trzy razy, raz w okolicach jeszcze Józefowa przypomniałem sobie, że suszące się buty i rękawice leżą sobie spokojnie na parapecie, za drugim razem byłem już grubo za Warszawą, kiedy zorientowałem się, że przecież ja w ogóle pianki nie wyciągnąłem z szafy), dociskanie klapy, sprawdzenie, czy rowery się trzymają auta.

Ruszamy o siódmej trzydzieści. Jest nadzieja, że zdążymy przed tymi, którzy jak my ruszą pierwszego maja na swój krótki urlop. Rzeczywiście wyjazd przez Warszawę idzie płynnie. Na trasie tłoku nie ma. Nad Hańczę dojeżdżamy około południa. We wszystkich prognozach pogody straszą nas, że to będzie paskudny długi weekend. Ci, którzy już wyjechali, donoszą, że tak właśnie jest. Widać, nie nad Hańczą. Oczywiście, biegun chłodu, więc jest tu chłodniej, wiosna się dopiero zaczyna, ledwie widać jej zaczątki, ale jest Słońce, jest fajnie! Według planu nasza banda zjedzie się wieczorem, mamy więc czas wolny. Na rowery wskakujemy i robimy ładną trasę, z przystankiem w Wodziłkach, gdzie staroobrzędowcy postawili Molennę. Dobrze oznakowane szlaki, no i jest gdzie jeździć i co oglądać. Suwalskie to bardzo malownicze krajobrazy, zero płaskiego, gęste lasy, taka niesamowita gęsta i zwarta trawa, z której zewsząd wystają głazy przyniesione przez lodowiec. Oczywiście to wymagający teren dla rowerzystów, tu albo się zjeżdża na złamanie karku, albo pokonuje się kolejne strome podjazdy dysząc jak lokomotywa. A my nie mamy lekkich rowerków, a to sakwy z ciuchami (bo straszą deszczami), a to Młody na foteliku (w tym roku chyba będzie koniec epoki fotelika, bo górna granica dopuszczalnej wagi już bliziutko, no i chłop wystaje już z każdej strony). Po takim treningu rzucamy się na żarcie podane w Gościńcu Hańcza jakbyśmy nie jedli przez tydzień. Jest to nasz pierwszy pobyt w Gościńcu. Lubię takie sympatyczne, proste pokoje, urządzone w taki skromny ale gustowny sposób. Żarcie też niczego sobie, choć żonie nie przypada do gustu, to jednak nie karmią banalnie – nie ma obowiązkowego kotleta i tłuczonych ziemniaków z koperkiem. Kucharz wymyśla i kombinuje.

Molenna w Wodziłkach

foto 1.: Molenna w Wodziłkach, autor: kubaCE

Jest wieczór, zjeżdża się ekipa. Grupą zawiaduje Darek, divemaster z Best Divers. Cichy, pogodny i skupiony facet. Niedużo gada, ale jak gada to z sensem. Mam ambitne plany na ten wyjazd, bo padły pomysły, żeby wyskoczyć na jezioro Staw koło Wigier, a także by zanurkować z drugiej strony Hańczy, gdzie są piękne łączki. Szybko jednak wychodzi na to, że to jezioro Staw to nie bardzo, bo Darek tam nie nurał, ma tylko opis ogólny, ale chyba nie ma co się spinać. No i przepłynięcie na drugą stronę Hańczy zostawiamy sobie na ostatni dzień wyjazdu, a z tymi łączkami to chyba jeszcze za wcześnie, dopiero co jezioro rozmarzło. Zatem zaczynamy w czwartek nurkowanie z parkingu pierwszego. Nie nurkowałem jeszcze z niego. To stąd można iść na dłubanki (historyczne łódki), a pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem można stosunkowo niegłęboko zanurkować na ściance. Robert, ambitny chłopak, chce iść na dłubanki, ale ja nie mam uprawnień do głębokiego nurka, mogę jedynie do trzydziestu metrów, więc chłopaki porzucają plan na dłubanki i idziemy na trzydzieści metrów. Mój drugi nurek w tym sezonie i od razu na trzydzieści metrów? Czy aby nie za ambitnie? No i ja tylko w piance. Grubej, bo grubej i z porządnym ocieplaczem, ale jednak mokra pianka. Akurat to nie ma znaczenia, jaka głębokość, bo woda na powierzchni ma te diabelskie cztery stopnie, w porywach do sześciu. Zatem od razu poznaję smak nurkowania w lodowatej wodzie. To nie tak jak na Zakrzówku pod koniec sezonu letniego, gdy na powierzchni było całkiem pysznie, a dopiero poniżej dziesięciu – piętnastu metrów robiło się porządnie zimno. Tu od razu człowiek wchodził w zimnicę. Dobry sprawdzian mojej wytrzymałości. Obaj partnurzy mają suche skafandry, ale sami zakładają, że trzydzieści minut to będzie maks i liczą, że nie będę zgrywać twardziela i bez zwłoki poinformuję ich o tym, że mi zimno. Znikamy pod wodą. Ja wyposażony tym razem w latarkę i kamerę. Wreszcie będzie coś więcej niż tylko wspomnienia. Idziemy szybko w dół. Dajemy sobie znaki: Ok.? Ok. Wszystko póki co dobrze, jakoś ten chłód wody nie poraża i nie odejmuje oddechu. Nie jest źle. Patrzę na wyświetlacz komputera, maska lekko zaparowana, więc słabo widzę, a przepłukiwać nie zamierzam w tym mrozie. Doczytuję się jednak, że już jest trzydzieści metrów. To już? Super! Są jakieś skały, jakieś zwalone niegdyś pnie drzew, jest ten księżycowy krajobraz, jakiś miętus wystawia lekko łeb ze swojej kryjówki. Jak ja do tego tęskniłem. Nie jestem pewien czy to wina lekko zaparowanej maski, czy rzeczywiście widoczność nie jest taka, z jakiej słynie Hańcza. Nie jest jednak źle, a my powoli się wynurzamy, jest dwudziesta minuta nurkowania.  Dałem już kilka razy chłopakom znak, że jest dobrze, że jeszcze nie marznę. Czuję jednak, a raczej przestaję czuć stopy i dłonie. Zawsze miałem problem ze słabym obiegiem krwi w tych regionach i w zimę pierwsze marzną mi nogi i ręce pomimo najgrubszych butów i rękawic. Przystanek bezpieczeństwa, tu daję znać, że mi już wystarczy. Mija trzydziesta minuta nurkowania. Kończymy przystanek i powoli się zwijamy do brzegu, ale nieśpiesznie. W końcu się wynurzamy. Jest mi już rzeczywiście zimno, ale jednak jestem zaskoczony, że nie było dramatu, że dało się i nie była to wcale droga przez mękę. Chłopaki też są zaskoczone, że dałem radę, nawet im łapy i pyski zmarzły. Wyłażę z lekkim dygotem. Zgromadzeni nad brzegiem ludzie donoszą, że właśnie w trakcie naszej nieobecności odbyła się akcja ratunkowa, że właśnie wylądował helikopter przy drugim parkingu i że jedzie już karetka. Dwóch ludzi wyskoczyło z czterdziestu metrów. Pozamarzały im automaty i obu skończyło się powietrze. Jeden zaraz po wynurzeniu stracił przytomność. No pięknie, takie rewelacje na dzień dobry. Wyłażę na górkę, dobrze, że słonko grzeje. Zaczynam się suszyć, ale ciekawskość wygrywa, łapię za kamerę i filmuję start śmigłowca. Karetka przed chwilą odjechała z pierwszym pacjentem. Teraz odlatuje helikopter. Nagranie nie jest warte prezentacji, bo strasznie mi łapy dygocą. Przebieram się szybko i staram się odzyskać krążenie w stopach. Odnośnie obu poszkodowanych potem dowiaduję się, że tym razem skończyło się bez tragedii. Nie wysłano ich do komory ciśnieniowej, zostali na krótkiej obserwacji, jeden dostał półroczny zakaz nurkowania, drugi chyba zaraz wrócił do bazy o własnych siłach. A za mną było jedno udane nurkowanie na trzydzieści metrów. Było genialnie, ale w obliczu tego wydarzenia zastanawiałem się długo, czy to było roztropne, że tak na szybko zrobiłem tego pierwszego nurka na granicę moich możliwości. Co by było, gdyby mi automat zamarzł? W porządku, partnurzy mieli nawet dodatkowe butle, ale jak ja bym się zachował? Może też by mi do głowy strzelił głupi pomysł by natychmiast się wynurzyć? Chyba trochę za ambitnie wystartowałem. Dobra, kolejny nur, tym razem Darek idzie z Kamilem – Kamil ma kiepską morką piankę i chyba niedobrany do końca dobrze sprzęt i wyważenie, ja idę z Krzyśkiem. On też w mokrej piance i po długiej przerwie, więc bez ambicji robimy płytkiego nurka w prawo. Tym razem jakieś dwadzieścia pięć minut w wodzie. Nie szarżujemy. Potem się okaże, że te dosłownie kilka metrów niżej i mielibyśmy piękną ściankę do oglądania. Ja jednak nie narzekam. Mam sporo materiału filmowego do obejrzenia i zmontowania. Diabelnie się cieszę, że wreszcie będę miał jakieś namacalne pamiątki z zanurzenia. Nurkowania dnia za mną, czas pointegrować się z rodziną. Wskakujemy na rowery i robimy rozpoznanie czy da się objechać Hańczę brzegiem. Niestety, za trzecim parkingiem zaczyna się tęgie błocko, teren podmokły. Na mapie niby jest szlak w tym miejscu, ale chyba tylko dla pieszych i to w kaloszach, jeśli nie w woderach. Zawracamy i jedziemy w drugą stronę za miejscowość Hańcza. W tym kierunku jednak nic ciekawego nie ma. Wracamy, bo kolacja zaraz.

Przed nami piątek, w całej Polsce zamówiona jest paskudna pogoda. Nawet u nas. Jakieś burze, deszcze cały dzień, nic tylko pić od rana. Już wieczorem nachodzą brzydkie chmury nad Hańczę. Z gasnącą nadzieją, że to nas ominie, kładę się spać. Jestem tak wypompowany, że o dwudziestej pierwszej już smacznie śpię. Poranek nie zaskakuje. Są chmury, jest zimno, ale póki co nie pada. Umawiamy się z Krzyśkiem, że damy wspólnie nurka z drugiego parkingu. Około dziesiątej meldujemy się na miejscu by z wielkim zaskoczeniem odkryć, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Nurkowałem tu już kilka razy. Najczęściej na wiosnę. Zawsze tłumy. Zawsze wszystkie stoliki zajęte, suszarki w większości też. A tu pustka totalna. No dobra, może to z powodu podwyżek. Nowe wiadomości dla mnie to to, że nie wszystkimi parkingami zarządza jowialny pan. Pierwszym parkingiem zarządza urocza babinka, która w tym roku podniosła cenę o złotówkę, więc za auto płaci się sześć złoty. Z kolei jowialny pan zarządzający drugim i trzecim parkingiem już od jesieni winszuje sobie dziesięć złoty. Stąd może wzrost zainteresowania pierwszym parkingiem. Ustawiamy się więc jak chcemy autami i czujemy się panami na nurkowisku. Zjawia się jowialny pan. A już myślałem, że z powodu aury sobie odpuści. Nie, odpowiada, skoro my nie odpuściliśmy, to i on nie może. Płacimy więc parkingowe i wskakujemy w sprzęt. Dopiero teraz zaczyna kapać. Nam to jednak obojętne, bo znikamy pod wodą. Idziemy w prawo, tak do piętnastu metrów, bo chcę iść na granicy światła naturalnego. Pierwsze przeglądy materiału filmowego wskazały, że GoPro Hero (jedynka) słabo rejestruje ciemności na głębokości poniżej piętnastu metrów. Pewnie stałe i szerokie światło by coś dało, ale ja dopiero zaczynam zabawę i nie mam kasy na takie bajery. To nurkowanie nie przynosi żadnych odkryć. Dochodzę do wniosku, że Hańcza na sam początek sezonu jest atrakcyjnym miejscem jedynie dla nurków głębinowych, którzy schodzą zawsze poniżej trzydziestu metrów. Zwiedzają sobie ścianki, dłubanki i sięgają dna. Odczuwam z resztą to wrażenie ciśnienia w Gościńcu, poza moją ekipą (choć i w niej są świry) otaczają mnie ci napaleńcy co tylko myślą – iść dalej, głębiej, albo – mieć jeszcze bardziej wypaśny sprzęt. Na szczęście spotykam kilku podobnych do mnie ludzi w mokrych piankach, którzy nawzajem się wspierają, mówią „o, jak ty dałeś radę, to i ja dam, a już myślałem, że jestem jedynym wariatem”. Mi tylko marzy się spokojny nur na kilku metrach, wśród bujnej roślinności, gonienie z kamerą za okonkami, za szczupakami. Ścianki ściankami, ale do tego dobrze jest mieć komfort sto procent w suchym skafandrze i najlepiej mocne źródło światła do kamery. Ja na wyposażeniu mam całkiem przyzwoitego Tecline’a US 15, który na serio daje kapitalne światło jak na tą cenę, ale kamerze to nie wystarcza, zwłaszcza, że ta wymaga swojego własnego, stale z nią zsynchronizowanego dopalacza. Kamerę mam zamocowaną na łbie, na standardowym paskowym uchwycie GoPro (takim jak w latarkach czołowych). Mocowanie niezłe, ale ja jeszcze uczę się tego, że kamera dyktuje odpowiedni ruch, że nie należy machać głową jak się chce, bo z filmowania wyjdzie bubel. Do tego dojdzie wniosek, że najlepszym rozwiązaniem jest mocowanie kamery na ręcznym uchwycie. Ręką można lepiej manewrować, bardziej precyzyjnie panować nad ruchem kamery, dotrzeć do miejsc, gdzie głowy się nie przystawi, czy wsadzi. No i głową jednak nurek sporo macha, by sprawdzić, gdzie partnur, by rzucić okiem na przyrządy, instrumenty, by rozejrzeć się po prostu. Coś jednak z moich nagrań da się wykorzystać do pokazania szerszemu gronu, ale dla mnie to i tak o tyle cudowny skarb, że mogę sobie na spokojnie potem wspominać i odtwarzać caluśkie nurkowania. Tego dnia odpuszczamy sobie kolejnego nurka za dnia. Biorę familię w auto i jedziemy zaliczyć punkt obowiązkowy dla turystów – wiadukty w Stańczykach. Pogoda nie dopisuje, chmury, z nieba często coś pokapuje (choć na szczęście nie leje, a i czasem się słońce przebija), mimo tego w Stańczykach spore tłumy. Nieśpiesznie podchodzimy do wejścia na obiekt – może wystarczy tylko widok z dołu? Niekoniecznie pewni, czy chcemy w tak wątpliwych warunkach zwiedzać sam wiadukt. Jednak skoro już tu przyjechaliśmy, wypada skorzystać z okazji. Tłum na szczęście niezbyt gęsty, nie męczący (wyjątkowo jestem uczulony na zbytnie skupiska ludzkie), kupujemy bilety i włazimy. Zaskakuje sposób wyremontowania wiaduktu, który przecież powstawał z przeznaczeniem na kolej. Teraz udostępniony wiadukt wyłożony jest elegancką kostką brukową (żaden Baum na szczęście, tylko klasyczne, staromodne kamienie), poustawiane latarnie stylizowane na gazowe. Czułem się jak na praskim moście Karola. Zrobione to ładnie, ale czemu akurat taki kierunek wykończenia? Czy planują po obu stronach doliny wybudować jakieś „stare miasto”, do którego będzie pasować ta zabudowa? Grunt, że widok z wiaduktu w dół, w dolinę robi wrażenie. Schodzimy stromymi schodkami zarośniętym sosnami stokiem i przechodzimy pod imponującymi arkadami. Nielichy był to projekt i całkiem zgrabne wykonanie (na modłę włoską, bo u Włochów zamówiono projekty), szkoda, że wiadukty nigdy nie miały szansy spełnić swojej roli. Jeden wiadukt był użytkowany okrutnie krótko, drugi nigdy nie był eksploatowany. Przez lata tylko stały i niszczały, a dopiero teraz zabrano się za ich remont i w wiadukty na nowo odżyły. Warto zaliczyć ten widok. Jako dodatek ciekawostka na temat sąsiadującego ze Stańczykami jeziora, które swego czasu… wybuchło. Zapraszam do przewodników, niespodzianki psuć nie będę.

DSC_0100

foto 2.: Wiadukty w Stańczykach, autor: kubaCE

Po powrocie do Gościńca umawiam się na nocne nurkowanie. Plan pierwotny – jedziemy na trzeci parking – upada, dostajemy cynk, że na nocne najwygodniej jest pójść prosto z Gościńca, zejść stromizną nad brzeg i wskoczyć do zatoczki, gdzie głębokość średnia to pięć metrów. Praktycznie więc można ubrać się we wszystko w pokoju, najzwyczajniej świecie wymaszerować przez jadalnię na podwórko, dookoła budynku, przez ulicę i już schodzimy do jeziora. Ja jednak nie powtarzam numeru z Moneglii. Ubieram się dyskretnie przy aucie. Kamery nie zabieram. Razem z Darkiem maszerujemy nad brzeg i czekamy na naszego partnura, Piotrka. Czekamy dość długo, bo Piotrek ma jakieś problemy ze sprzętem. W końcu jednak znikamy pod wodą. Z Zakrzówka wyniosłem wspaniałe wspomnienia nocnego nurkowania, bogactwo życia nocnego, te wyławianie szczegółów za pomocą latarki. Nurkowanie jest fajne, choć czegoś mi w nim brakuje, chyba tych ryb. Owszem, spotykamy raki i jednego szczupaka i różne małe rybki, ale nie jest to bogactwo życia, jakiego bym się spodziewał po polskim zbiorniku tej klasy. Nie zniechęca mnie jednak do kolejnych prób. Marzy mi się nocny nurek przy zachodniej stronie jeziora Narty w jakimś czerwcu. My jednak kończymy naszego nurka nocnego w Hańczy. Wyłazimy na powierzchnię. Przytomnie przed nurkiem wręczyłem pilnującemu nas z brzegu Kamilowi dwie czołówki, by nam nimi świecił i służył za punkt nawigacyjny do powrotu. Okazuje się, że wynurzyliśmy się z drugiej strony zatoczki. Daleko nie ma, ale jednak trzeba popedałować płetwami. To pedałowanie wysysa ze mnie całą moc, dyszę jak stara lokomotywa, a tu jeszcze strome podejście po wyjściu z wody, by dojść do ośrodka. Wypluwam płuca, to już nie dyszenie, ale rzężenie astmatyka, ledwo doczłapuję do auta i z ulgą zrzucam sprzęt.  W pokoju jeszcze mam siłę przejrzeć nagrany wcześniej film, nie ma jednak na nim nic porywającego, więc idę szybko spać.

114_2354

foto 3.: Nurkowanie nocne, autor: Kamil

Przede mną ostatni pełny dzień nad Hańczą. Sobota. Wraca pogoda, robi się cieplej, poranna mgła szybko znika, pojawia się słonko. Nurkujemy z trzeciego parkingu. Oba nurki w tym samym składzie – Darek prowadzi, a ja z Krzyśkiem za nim. Pierwszy nur na dwadzieścia metrów, drugi przy brzegu, do dziesięciu. Mamy ładne okoliczności pogodowe, zanurzenie więc jest całkiem przyjemne. Widoczność wciąż dość przeciętna. Ja znowu filmuję. Mijamy kilka ładnych formacji skalnych, ale najciekawsze na filmie jest praktycznie samo zakończenie pierwszego nurka, kiedy spotykamy raka. Podpływam go sfilmować z bliska i wtedy spostrzegam, że niemalże wcisnąłem w dno szczupaka, który się świetnie kamuflował w krzaczkach pode mną. Szczupak dostojnym ruchem znika z pola widzenia a my jeszcze sprawdzamy czy rak jest z atakujących, czy uciekających. Trafiamy na „fajtera”, który zamiast uciekać, wystawia szczypce i wyraźnie daje znać „nie zbliżaj, bo cię urządzę”. Potem kolejny rak, sąsiad, też nie oddający pola, zostawiamy więc je w spokoju i wynurzamy się. Drugi nur już pozbawiony takich atrakcji, roślinność litoralu niezbyt bujna, życia niewiele. Szkoda. Po obiedzie przesiadka na rowery. Znaleźliśmy trasę dookoła Hańczy. Niestety, głównie w sporym oddaleniu od jeziora, ale za to bardzo widowiskową. Czasami czuję się jak Tatrach, niesamowite stoki porośnięte gęstymi lasami świerkowymi, górki, pagórki, skałki, rozsypane kamienie. Czasem tak strome podjazdy, że nie było szansy podjechać. Widoki ze szczytów zapierające dech, te jeziorka obecne praktycznie w co drugiej niecce, każde tak urokliwe i pysznie ulokowane, że do każdego chciałoby się wskoczyć, choćby popluskać. Docieramy do przeciwległego końca Hańczy, do tak zwanej Starej Hańczy. Znajdujemy tutaj dogodny dojazd do brzegu jeziora, także dla samochodów. Ciekawe, czy ktoś stąd próbował nurkować i czy może widział tu coś fajnego pod wodą? Liczę, że kiedyś będę miał więcej czasu i przyjadę w to miejsce by sprawdzić, jakie tajemnice skrywa północny kraniec Hańczy. A może już ktoś poznał i opisał ten koniec jeziora?

Ostatni dzień pobytu nad Hańczą przywitał nas niebem niemal bezchmurnym, dość wysoką temperaturą, ale też dość silnym wiatrem na jeziorze. Szedłem tym razem z samym Darkiem. Porzucamy plan płynięcia łódką na drugi brzeg. Wszyscy czujemy wzbierający strach przed czekającymi nas korkami na wszystkich trasach do Warszawy. Nie chcieliśmy opóźniać wyjazdu. Szybka decyzja – nurkujemy z pierwszego parkingu, idziemy w prawo szukać ścianki pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem. Mamy ją spotkać od dwunastu metrów w dół. Idziemy zgodnie z instrukcją i rzeczywiście szybko na nią trafiamy. Robi na nas piorunujące wrażenie. Majestatyczne skały gładko wyrzeźbione przez wodę, podziurawione małymi jamkami, w których skrywały się przeważnie miętusy. Tym razem jeden z miętusów postanawia zrobić nam piękny prezent. Wystawia się ze swojej kryjówki by pokazać coś więcej niż tylko czubek nosa. Nie wiem czy jest tylko nami zaciekawiony, czy w ten sposób próbuje nam przekazać, że uważa nas za intruzów, którzy powinni bezzwłocznie opuścić jego teren. Grunt, że nam się prezentuje całkiem okazale. Wymieniamy znaki, że to jest to, że mamy zaliczony genialny nurek. Idziemy dalej zwiedzać skałki, dostajemy dodatkowego kopa do nura, więc złazimy ciut niżej, do dwudziestu metrów. Piękne formacje skalne są dla nas poezją, pięknym poematem wieńczącym nasz wyjazd. Darek trochę wygłupia się przed kamerą, ja zdejmuję kamerę z głowy i próbuję filmować z ręki. Po trzydziestu paru minutach kończymy nurka szczęśliwi jak prosięta po świątecznej wyżerce. Mijamy jakiegoś przybysza zza wschodniej granicy wyposażonego w lśniącego rebreathera, wynurzamy się tuż koło łodzi, którą mieliśmy plan przepłynąć na drugą stronę jeziora. Na łodzi krzątają się jacyś ludzie z obsługi i jacyś „lepsi” nurkowie, atmosfera jest wesoła, a to żarciki na temat smarków pana z rebreatherem, a to kilka grubych przecinków na ogólny temat, ja jestem wdzięczny, że zrezygnowaliśmy z planów płynięcia. Niespecjalnie leży mi takie towarzystwo samców alfa. Ja mam za sobą genialnego nura, jestem już mocno przekonany o tym, że jestem straconym nurkoholikiem, że muszę wyposażyć się w suchy skafander, że marzę o tym by w tym roku przynajmniej zaliczyć kurs Rescue. Chcę za rok zrobić DiveMastera, chcę zostać instruktorem, chcę by nurkowanie było nie tylko moim hobby, ale też moim życiem – towarzyskim, prywatnym i zawodowym. Nie chcę bić rekordów głębokości, choć chcę móc schodzić na czterdzieści metrów, a kto wie, czy kiedyś nie zapragnę osiągnąć poziomu nurkowania technicznego. Jednak wiem już dobrze, że kocham polskie wody i nie zamierzam z nich rezygnować. Nigdy.

114_2297

foto 4.: Ekipa w wodzie na pierwszy nurek, autor: Kamil

No i filmiki z nurkowań.

O ratunku w angielskim stylu

Nie każdy będzie miał okazję ratować komuś innemu życie, nikomu z resztą tego nie życzę. Raz na jakiś czas jednak zdarza się taka sytuacja, że ktoś wpadnie na pomysł by dostarczyć innym adrenaliny, sprawdzić, czy znajomi mają dobry refleks i przygotowanie. Sam zainteresowany też naje się stresu i zbliży się niebezpiecznie do cienkiej granicy by sprawdzić, czy jest jakieś światełko na końcu tunelu, o którym opowiadają niektórzy wyratowani. Nie wiem, po co to robić, ale cóż, niektórzy tak mają. Warto więc mieć choćby minimalne (ale zalecane jest co najmniej rozszerzone) przygotowanie, bo nikt nie zna dnia, godziny, ani osoby, która zechce sprawdzić nasze przygotowanie.
Moja przygoda miała miejsce przed wakacjami, ale opisuję ją dopiero teraz, po nabraniu odpowiedniego dystansu, a chcę ją spisać, zanim umkną mi szczegóły z mojej słabej pamięci, bo lekcja była to dla mnie odpowiednia. A może jeszcze kto z czytających na tym skorzysta.
Zacznijmy od tego, że katastrofa zawsze jest sumą różnych niesprzyjających warunków, uchybień, błędów. My to nazywamy zrządzeniem losu, niepotrzebnie mitologizując prozaiczne lenistwo, zmęczenie, głupotę czy rutynę. Mój „buddy” to nurek o opinii pożeracza butli, tam, gdzie inni są w połowie zapasów, tam mój „buddy” podobno jechał już na rezerwie, a większość nurkowań kończył na octopusie partnera. Na tym wyjeździe połączono go ze mną, tym samym podnosząc mi samoocenę, gdy przed całą grupą nurków mianowany zostałem doświadczonym nurkiem i dostałem pod opiekę kogoś ze słabszymi notowaniami. Dajemy pierwszego nura, idzie nam świetnie, bez żadnych problemów, kończymy nura z takim samym poziomem powietrza (starcza na drugiego nura), wszystko fajnie. Drugi nurek też raczej nie budzi zastrzeżeń. Dzień nurkowy kończymy imprezą i tu się przyznaję bez bicia, że tym razem przekroczyłem swoją linię i tego wieczora bawiłem się ciut za dobrze jak na przyjęte przeze mnie standardy zabawy przed nurkowaniem. Następnego dnia byłem mniej wypoczęty, czułem, że pod wodą muszę uważać, na bicie rekordów nie ma miejsca. Błąd numer jeden – było zrobić jakieś roszady, pójść z kimś bardziej doświadczonym ode mnie. Błąd numer dwa to brak sprawdzenia przed wejściem do wody. Pierwszy dzień poszedł tak dobrze, że odpuściliśmy sobie sprawdzanie sprzętu partnera. Po prostu ogólne „ok? ok.” i pod wodę. Idziemy spokojnie na cztery metry, zwiedzamy okolice, jest nieźle. Oglądam się za siebie – nie ma partnera. Patrzę w górę, jest na powierzchni – no ładnie – musiał wystrzelić jak torpeda, ciekawe, dlaczego. Nie widzę z dołu żadnych oznak problemu, czy kłopotów, więc zaczynam powoli wynurzanie, nie ma co szaleć, ani robić zamieszania. Wynurzam się i widzę walkę z kamizelką. Widzę też, że partner utrzymuje się głównie na powierzchni za pomocą płetw, że kamizelka nie jest do końca napompowana. Nie dociera do mnie jednak informacja, że partner ma problem z powietrzem w butli i że błaga mnie o podanie octopusa mówiąc „podaj mi rurkę”. Głupieję kompletnie, bo nie ma takiego scenariusza, czy komunikatu, który by omawiał podawanie jakiejś głupiej rurki drugiemu nurkowi. Jednak orientuję się, że idzie o octopusa. Sięgam po zestaw i próbuję go podać partnerowi, ten jednak co chwila zanurza się pod wodę. Ja mam dobrze napompowane skrzydło, jednak jego konstrukcja powoduje, że próbuje mnie obrócić to na plecy, to na twarz, więc w takiej sytuacji ciągnięty przez partnera sam znikam pod wodą. Próba wyciągnięcia go nad wodę i podania automatu nie daje rezultatu. Każdą próbę kończymy podtapiając się wspólnie – w końcu ja nie mam automatu w zębach, bo wynurzyłem się myśląc, że wszystko gra i wyjąłem go by zapytać, co jest grane. Łapię swój automat, łapię oddech i ściągam partnera pod wodę – tylko w tej pozycji udaje mi się podać mu automat zapasowy. Mamy oboje powietrze, znam zapas mojej butli, nie martwię się więc nim, bo jesteśmy blisko brzegu. W dodatku, niedaleko nas trzech doświadczonych chłopów przerabia kurs ratunkowy. Wciągam więc partnera na siebie i powoli płynę na plecach do brzegu. Jak już jestem naprawdę blisko nich, informuję ich o tym, że mam tu autentyczną sytuację awaryjną i mogą się wykazać. Chłopaki wykazują się, aż za nadto, trochę tak teatralnie przejmują poszkodowanego, wyciągają do brzegu i na rękach wynoszą na trawę po porzuceniu całego sprzętu. Ja sobie myślę, że robią teatr, a sam zachowałem niemal brytyjską flegmę w takiej sytuacji. Uznałem, że skoro panuję nad sytuacją, to nie mam co się wydzierać, doholuję do brzegu i nie będę robił szumu, grzecznie poinformuję o kłopotach niemal jakbym chciał to ubrać w słowa „mam nadzieję, że nie robię wam zbyt wielkiego kłopotu, ale widzicie, tygrys odgryzł mi nogę w nocy”. Można w tym miejscu zadać mnóstwo pytań. Ja na kilka potem wpadłem, chętnie zapoznam się z innymi. Niech każdy sobie przeanalizuje całą sytuację. Ja tylko dodam, że ostatecznie ustalono: a) partner pod wodą stwierdził, że automat przestał podawać powietrze, b) na brzegu okazało się, że ma przegryziony ustnik – nie wiadomo, czy było to przyczyną, czy skutkiem, bo c) miał ledwie odkręconą butlę – zrobił w roztargnieniu odwrotną czynność, najpierw musiał odkręcić prawidłowo butlę, potem o tym zapomniał, zakręcił i wykonał jeden obrót wstecz. Czyli zawór butli był ledwie uchylony. Zastanawiam się, czemu w tej konfiguracji problemy z dostępem powietrza nie pojawiły się wcześniej, w trakcie zanurzania. Może ktoś ma pomysły?
O co warto zapytać podsumowując całą sytuację:
Warto sprawdzać się za KAŻDYM razem? Warto. Właśnie po to ktoś to wynalazł, żeby ktoś przez własne roztargnienie nie zrobił komuś, albo sobie krzywdy.
Warto w takiej sytuacji od razu walić na powierzchnię i tutaj bić się ze sprzętem? Ja już wiem, że nie warto. Po to robi się na kursie masę ćwiczeń z rozwiązywania tego typu sytuacji pod wodą by potem zareagować prawidłowo. Warto to powtarzać i mieć dobrze przećwiczone, bo to ma być odruch, który ma nas powstrzymać od głupich decyzji. Tam pod wodą mój partner albo mógł mnie poinformować o problemach i poprosić o mój octopus, albo po prostu nie czekać, aż odpowiem zaproszeniem na kredowym papierze i wyciągnąć go ? po to człowiek pływa w duecie. Wtedy moglibyśmy wspólnie pod wodą sprawdzić awarię sprzętu i być może ją rozwiązać. Na powierzchni nie było na to miejsca – człowiek cały czas walczył by utrzymać się nad taflą. Cztery metry to nie dużo, ale ryzyko powikłań wynikłych z tak szybkiej zmiany ciśnienia jakieś było. A gdybyśmy byli głębiej? Kłopoty murowane.
Warto mieć dobrze przećwiczone wszystkie sytuacje awaryjne? No chyba to jest jasne. Nie dlatego by je pamiętać, by umieć je potem przerobić w teorii. Je trzeba mieć we krwi. To ma być odruch, by nam potem do głowy nie przychodziły głupoty w stylu „podaj mi rurkę”, albo żebym ja od razu wzywał pomoc, a nie zgrywał dżentelmena. To też mogło się kiepsko skończyć, gdybym się jednak szybciej zmęczył, albo sam zaczął mieć problemy ze swoim sprzętem.
Tym razem mieliśmy szczęście, byliśmy blisko brzegu, mieliśmy pod ręką świetną ekipę, która zareagowała szybko. Na miejscu był odpowiedni sprzęt. Nie zdecydowano się podawać tlenu. Partner dobrze wypoczął, odstresował się, przegadaliśmy sprawę wzdłuż i wrzesz- jak kazał Nur Instruktor. Sprzęt sprawdziliśmy, mam nadzieję, że partner lekcję przyjął i nie przejął się tym, że dostał jeszcze pouczenie. Namówiłem go potem na króciutki nurek przy brzegu by przypadkiem nie utrwalić w sobie jakiegoś lęku i zatrzeć złe wrażenia. Poszło świetnie, tym razem się sprawdziliśmy, popłynęliśmy zobaczyć ładne rybki i ładne szuwary. Z wody wyszliśmy zadowoleni. I tego wam życzę na zakończenie każdego nurka.