Na kurs instruktora biegiem marsz!

Czyli dlaczego długo nie będę Divemasterem.

Tak, proszę Państwa, czas się brać ostro do roboty. Obiecywałem sobie to dawno temu, kilka razy odkładałem, były lata, że myślałem, że nic z tego nie będzie. Pierwszy raz pomyślałem o tym, że chcę zostać instruktorem, jak byłem na kursie OWD. Było to ponad dziesięć lat temu. Mijały lata, uciekały mi kolejne okazje by dążyć do tego celu. Splot różnych wydarzeń, ogólnie przeciętny zawodowo 2013 rok (ale nie nurkowo, to trzeba przyznać!) – przesądziły o tym, że wziąłem i przed się wziąłem odpowiednie kroki. Czas iść na kurs. Jestem w 3/4 kursu Divemastera, praktycznie nie zabawię długo na tym poziomie, bo to będzie jakiś miesiąc może i 29 marca rozpocznę kurs instruktorski (jak nic nie stanie na przeciwko). Kosztuje to straszne pieniądze, nie mniejsze pieniądze wydaję by skończyć kurs Divemastera, do tego w końcu trzeba kupić suchy skafander, bez tego nie ma jak w ogóle podejść w Polsce do zaliczenia kursu instruktorskiego. Nic tylko pożyczać, wybierać ostatnie oszczędności, kombinować jak koń pod górę.

Dlaczego tak nagle i tak prosto z marszu? Dlaczego nie pobyć jakiś czas divemasterem? W moich oczach na polskim rynku divemaster to tylko taka droga zabawa w „profesjonalnego nurka”. Dla polskich centrów nurkowych divemaster nie jest ważnym ogniwem w prowadzeniu nurkowego biznesu. U nas to raczej forma aplikacji przed podejściem do instruktorskiego kursu. Zrobisz Divemastera tylko dla własnej satysfakcji, być może nawiążesz relację z jakimś centrum nurkowym i będziesz od czasu do czasu przewodniczył jakiejś wyprawie nurkowej w Polskę, czy zagranicę. Pieniędzy jednak na tym nie zarobisz, tylko wydasz może trochę mniej. Jeżeli jednak zamierzasz utrzymywać się z nurkowania, o divemasterze w Polsce zapomnij. Za granicą, w popularnych kurortach – owszem, praca się znajdzie. Jednak to już krok od instruktora, a to już porządniejsze pieniądze, więc tam też parcie będziesz mieć by zostać instruktorem. Niezależnie więc od tego, gdzie będę szukać pracy w biznesie nurkowym, wychodzę z założenia, że jako instruktor będę miał łatwiej/ lepiej.

Czy ja z tego wyżyję? Dużo się o tym ostatnio mówi. Kryzys nie pomógł rynkowi nurkowemu, choć bardzo go nie potargał. Nastroje w polskiej części tej branży dość mieszane ze wskazaniem na mało pozytywne. To jest to, co właśnie mnie tknęło jak zacząłem pracować u polskiego przedstawiciela Tusy i Poseidona. Wiele czynników wskazuje, że z branżą źle nie jest. Ba, niektóre wskaźniki pokazują, że jest nawet coraz lepiej. Skąd więc tak liczne głosy narzekania? Mogę tylko domniemywać, że z tego, że rynek się zmienił – przeprofilował. Klientów nie brakuje, ale konkurencja jest ostra. Łatwo jest wypaść z obiegu, albo być zepchniętym na boczny tor. Centra nurkowe to już nie towarzyskie kluby – takie dość hermetyczne towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie spora grupka oddanych ludzi orbituje wokół Szefa firmy/ głównego instruktora i jakoś się to kręci w ramach tej grupki. W tym układzie nie trzeba było specjalnie wysilać się by choćby skromne gromadki ludzi się pojawiały na zajęciach i wyjazdach. Teraz trzeba być maksymalnie otwartym, wciąż poszukiwać zainteresowanych, wciąż dawać o sobie znać, że tu jestem, że zapraszam. Walczyć o uwagę. Dochodzą jeszcze różne mechanizmy rynkowe, które ograniczają nam pole manewru w ustalaniu cen. Są groupony i inne wynalazki „kup pan tanio”, każdy chętnie trąbi swoją niską ceną na swoich stronach, fanpage’ach na facebooku, na forach. Nie wszystkim to odpowiada i czuć to w środowisku. Tak ja to widzę przynajmniej. I widzę, że nie ma co rąk załamywać, że wciąż jest przestrzeń do rozwoju i do pracy. Dlatego też nie załamuję się i zamierzam spróbować. Już w tym roku. W końcu to zawsze chciałem robić. Utwierdzam się w tym przekonaniu mogąc obecnie prowadzić (w ramach zaliczeń divemasterowskich) różne zajęcia z potencjalnymi nurkami i kursantami (program PADI „Odkryj nurkowanie” * i niektóre zajęcia z kursów OWD). Czuję wręcz rozpierającą mnie satysfakcję z każdych zajęć, po zakończeniu których moi podopieczni wychodzą z basenu z otwartymi szczękami, z wielkimi uśmiechami na twarzach (tak wielkimi, że gdyby nie uszy, toby się śmiali dookoła głowy). Czuję ogromną radość, jeżeli słyszę od któregoś, że chciałby się dalej szkolić pod moją opieką. To jest niesamowita przyjemność.

1003198_632949453409431_818933264_nfoto.1.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Instruktor nurkowania to dla mnie naturalna kolej rzeczy. Długi czas zajmowałem się szkoleniem ludzi w biznesie. Długi czas myślałem, że to będzie moja ścieżka kariery. Okazało się, że mogę pogodzić jedno z drugim. Zawsze czułem się dobrze z tym całym zagadnieniem szkolenia, prezentacji. Wydaje mi się, że posiadam właściwe cechy by być dobrym nauczycielem. Rozumiem proces uczenia się ludzi (a sam okropnie się uczę),  umiem efektywnie przekazywać wiedzę. Przy okazji każda forma prowadzenia takiej edukacji sprawia mi dużo frajdy.

W tym miejscu zwrócę uwagę, że spotykałem się nieraz z różnymi divemasterami i kandydatami na divemasterów. Stwierdzam kategorycznie, że spora grupa tych ludzi kompletnie nie zrozumiała idei tego etapu w karierze nurkowej. Spora część ludzi dochodzi do tego poziomu tylko dla własnej satysfakcji, wcale nie po to by coś jako ten divemaster przed się brać. Ot po prostu, fajnie jest móc tytułować się divemasterem. W końcu master jest master – nic tu nikomu tłumaczyć nie trzeba. Spora grupa ludzi nigdy nie planowała i pewnie nigdy nie pójdzie ścieżką instruktorską. Nie mówiąc już o ludziach, którzy są pozbawieni jakichkolwiek predyspozycji by iść w tym kierunku. Divemaster to przedsionek w wielkiej chałupie PADI, w której większość mieszkańców żyje z edukowania innych. Po zaliczeniu „kursu” uiszcza się opłatę członkowską PADI i staje się jednym z mieszkańców tej chałupy. Ten czynsz należy opłacać co roku by móc dalej mieszkać w PADI. A mieszkać w PADI opłaca się tylko wtedy, kiedy ma się z tego jakieś pieniądze – to chyba oczywiste. Do tego proszę się przyjrzeć programowi kursu DM. Cała zabawa w ramach „kursu” DM to przecież przygotowanie do instruktorstwologii. Siedzimy całe dnie na basenach i uczymy się jak prezentować kolejne ćwiczenia z kursów PADI. Musimy posiąść wiedzę teoretyczną równorzędną tej posiadanej przez instruktora. Do zaliczenia mamy masę asyst instruktorskich, gdzie po prostu terminujemy przy wybranym instruktorze podczas prowadzonych przez niego kursów. Jeżeli to wszystko zaliczamy tylko po to by móc tytułować się DM i od czasu do czasu pojechać gdzieś jako „jeden z kadry organizującej wyjazd”, albo by komuś pomóc przy kursie (i nie mówimy tutaj o zarobieniu z tego tytułu pieniędzy) to dla mnie jest to pomysł dość szalony. Osobiście znam jednego człowieka na poziomie DM, który próbuje na tym poziomie żyć z nurkowania. Jak mu idzie, nie wiem. Chyba muszę go o to zapytać.

1017633_632949380076105_405548295_n

foto.2.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Reszta potencjalnych DM albo w końcu zostanie instruktorami, albo w końcu przestanie płacić czynszu w PADI i tym samym przestanie być DM. Tutaj trzeba pamiętać, że DM tak naprawdę nie jest już stopniem nurkowym – nie dostanę nowej plastikowej karty do kolekcji. DM to jest status w PADI. Jeżeli więc walczę o ten status to tylko po to by coś z tego statusu wyniknęło. DM nie uprawnia mnie do nurkowania głębiej, inaczej, w innym sprzęcie, w innych miejscach. Jeżeli chcę piąć się po kolejne umiejętności, specjalizacje i możliwości – idę odrębną ścieżką. Dopinam ścieżkę rekreacyjną zdobywając wszystkie specjalizacje, nurkuję do 40 metrów, zostaje mi nadany tytuł Master Scuba Divera. Jeżeli czuję niedosyt, ruszam ścieżką nurkowań technicznych. Pomijam jednak całe to divemasterostwo szerokim łukiem, bo dla mnie jako dla nurka to kompletnie nic nie oznacza, że jestem DM. Tak więc nieważne, na jakim jesteś etapie ścieżki nurkowej, ale już zacząłeś myśleć o tym całym zamieszaniu z byciem divemasterem, z instruktorem to fajnie. Zrób tylko rachunek sumienia, sprawdź, czy jesteś naturalnym przywódcą (cecha opcjonalna, ale bardzo przydatna), czy lubisz udzielać się wśród ludzi (cecha obowiązkowa), czy lubisz im przekazywać wiedzę i widzisz, że dobrze ci to wychodzi. Jeżeli tak, to gratuluję, jesteś na dobrej drodze – w końcu osiągniesz swój cel. Nie wątpię w to.

1524773_626211664083210_321761051_nfoto.3.: Rudi Stankiewicz: Zajęcia „Odkryj nurkowanie”.

1546032_632948820076161_1832181706_n foto.4.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

1609772_632948540076189_676123864_nfoto.5.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

*) Z pełną premedytacją nie używam nazw angielskich. Nie jestem pewien czy to polityka PADI, czy nie/świadoma decyzja, czy lenistwo polskiej grupy decydującej o tym jak tłumaczyć materiały PADI, ale używanie angielskich nazw uważam za błąd.

Nurek w Stolicy – Sprzątanie Glinianki Cietrzewia – G.E.P.N.

Na 10:00 w niedzielę 19 maja 2013 roku ustalono rozpoczęcie bardzo specjalnego wydarzenia. Dla nurków o tyle specjalne, że można było zalogować nurkowanie w środku Warszawy, wcale nie na jakimś basenie, tylko w normalnej otwartej wodzie. Specjalne dla mieszkańców dzielnicy Stare Włochy, że nagle załadowało im się do parku przy stawach zwanych Gliniankami jakieś kilkadziesiąt osób, duża część ze sprzętem do nurkowania, co stanowiło nie lada uatrakcyjnienie niedzielnego wypadu na trawkę. Specjalne dla samych Glinianek, że te dwadzieścia parę osób wykonało nurka w słusznym celu uprzątnięcia zalegających pod wodą śmieci. Wszyscy coś zyskują, nikt nic nie traci, wszyscy zadowoleni. Nawet Pan Stefan, lokalny specjalista do spraw odzyskiwania i utylizacji złomu. Nie było więc w tym nic dziwnego, że akcja zorganizowana przez znanego wśród stołecznych nurków animatora Kamila Jakuzę Jaczyńskiego dostała zielone światło od lokalnych władz, które jeszcze  dostarczyły kontener na odpady. Do imprezy dorzuciło się Lotto i paru innych sponsorów, zatem uczestnicy dostali różne fanty na pamiątkę. Na miejscu pojawił się Kurier Warszawski i obiecał dać relację w głównym niedzielnym wydaniu.

Sprzątanie Glinianki Cietrzewia to bardzo pożyteczna i radosna inicjatywa dla wszystkich zainteresowanych, jednak jej początki nie zwiastowały niczego dobrego. Najpierw impreza była przesuwana w czasie. Zawdzięczamy to okrutnie długiej zimie. Pierwotny termin – 7 kwietnia, upadł po wizji lokalnej pod koniec marca – lód na wodzie miał się dobrze. Potem przyszły kolejne złe wieści. Nastał kwiecień, a zima wcale nie odpuszczała, ja brykałem po lesie na nartach, a Glinianka dalej spała spokojnie pod grubą kołderką lodu. Kolejne terminy kwietniowe szybko upadały aż w końcu ustalono – 19 maja, wtedy lód już na pewno pójdzie precz. No i poszedł, wreszcie! Woda zdołała nabrać przyjemnej temperatury na powierzchni, wielu z nas zdążyło rozpocząć sezon nurkowy w różnych częściach kraju i świata (a miała to być impreza otwierająca sezon…), a Jakuza podrzucał kolejne wiadomości na stronę wydarzenia na Facebooku o kolejnych sponsorach, szczegółach, fantach i atrakcjach. Przybywało chętnych do wzięcia udziału w sprzątaniu. Liczba spodziewanych uczestników urosła do ponad stu osób. Pojawiły się pierwsze głosy niepokoju – jeżeli te sto osób to nurkowie, to co to będzie za akcja, jak tyle ludu w jednym czasie wskoczy do tej niezbyt głębokiej, niezbyt obszernej i mocno zamulonej sadzawki? Zasugerowałem, że to wcale nie jest zła wiadomość, w końcu teraz wystarczy w tej liczbie wskoczyć naraz do wody, woda wystąpi z brzegów, osuszy się dno, zbierze śmieci i poczeka na zapowiadany na kolejne dni deszcz. Ktoś tam jeszcze dopytywał, czy ktoś ma pożyczyć butlę, ktoś tam jeszcze dopytywał się, gdzie leży legendarny czołg. W końcu nadszedł dzień sprzątania. Do auta załadowałem sprzęt, szanownego brata (miał robić dokumentację), Aśkę – partnurkę z poprzedniego GEPNowskiego nurkowania i ruszyliśmy na miejsce. Okolice są mi dość dobrze znane, jeszcze przed przeprowadzką za miasto, tamtędy zdarzało mi się pokonywać drogę do/ z pracy, także na rowerze. Urokliwy zakątek Warszawy wciśnięty między dwie dynamiczne arterie: Połczyńską i Aleje Jerozolimskie, w kilka minut od centrum można znaleźć się w enklawie ciszy, spokoju, zieleni i jednorodzinnych domków, które ukrywają przed oczami nieświadomych obcych swój skarb, Park Cietrzewia. Park Cietrzewia wyrósł wokoło kilku stawów zwanych Gliniankami. Stawy powstały w miejscu wydobywania gliny, z której wytwarzano cegły tak potrzebne do rozbudowy kwitnącej Warszawy. Cegielnie działały od 1842 roku, także po przejęciu terenu wioski Włochy i okolic przez holenderską rodzinę Koelichenów, która zaczęła przekształcać wieś w osadę fabryczną ( zwłaszcza, że rozpoczęto w okolicy budowę kolei). W 1928 roku posiadłość Koelichenów podzielono i okolice zagospodarowano zgodnie z koncepcją miast-ogrodów Stefana Starzyńskiego. Wyrobiska po cegielniach zostały zalane wodą i już jako stawy funkcjonowały głównie jako ostoja dzikiej przyrody aż do lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. W międzyczasie teren dziczał, a okoliczni przedsiębiorcy odprowadzali nieczystości do stawów. W końcu znalazły się pieniądze na rewitalizację stawów i zieleni wokoło. Nie wszystkim oczywiście pomysł przypadł do gustu, dzikość ma także swój urok, a w dodatku bano się o los lokalnej społeczności żab, których koncerty z pewnością były atrakcją dla spacerowiczów. Prace jednak ruszyły pełną parą i pod koniec 2011 roku park odżył na nowo. Wytyczono i wybrukowano nowe eleganckie alejki, postawiono ławki, pomosty, wybudowano plac zabaw dla dzieci i inne atrakcje dla mieszkańców, zaopiekowano się zielenią, wyregulowano i wyczyszczono brzegi stawów. Nie wiem, czy żaby przeżyły, czy wróciły nad stawy. Nie wiem też nic o losach ryb zamieszkujących stawy, choć w niedzielę wędkarzy nie brakowało – pytanie, czy nie siedzą tam tylko dla samej idei moczenia kija. Generalnie w moich oczach mieszkańcy nic nie stracili, a wręcz zyskali. Park prezentuje się naprawdę okazale i elegancko. Jest tu zielono, przytulnie, spokojnie, cicho. Wymarzone miejsce na odpoczynek po ciężkim dniu pracy w mieście. Może kogoś martwi długa lista zakazów i nakazów dotycząca użytkowników parku, albo wszędobylski monitoring. Niemniej jednak w zamian park oferuje czystość, bezpieczeństwo i święty spokój. Za krzakami nie kryją się żadni amatorzy tanich wyrobów procentowych, nie widziałem nigdzie stert zalegających śmieci, co niestety jest w moich okolicach (tych „prawdziwie dzikich”) dość powszechnym widokiem.

Dotarliśmy na miejsce grubo przed wyznaczoną na start godziną dziesiątą. Mimo to organizatorzy i pierwsi uczestnicy już się rozkładali ze sprzętem nad brzegiem stawu. Dotaszczyliśmy więc nasze szpejki do punktu zbiórki, przywitaliśmy się i poznaliśmy z organizatorem i czekaliśmy spokojnie na odprawę, która miała nastąpić krótko po dziesiątej. Nurków przybywało, jednak dość szybko okazało się, że nie grozi nam przeludnienie w wodzie i osób nurkujących jest dwadzieścia parę. Kamil szybko opowiedział co i jak robimy, gdzie się rejestrujemy, gdzie oświadczamy, że nurkujemy na własną odpowiedzialność (a gdzie ubezpieczenia DAN?), gdzie pobieramy worki na wydobyte skarby i gdzie  pobieramy pamiątki z imprezy – bardzo zacne koszulki okolicznościowe, oraz losowane fanty od sponsorów. Wszystko poszło bardzo sprawnie, zatem praktycznie już o wpół do jedenastej zaczęliśmy się ubierać w sprzęt i włazić do wody. My z Aśką uznaliśmy, że pójdziemy dalej od punktu zejścia do wody i będziemy eksplorować część północną zbiornika. Odbyliśmy krótką dyskusję, czy zabierać kompasy (akwen mały, płytki, kto by tam się martwił orientacją), ja porzuciłem rękawiczki uznając, że bez nich lepiej będzie mi poszukiwać i wydobywać skarby. Weszliśmy do wody, odpłynęliśmy na środek, ustaliliśmy kierunek nurkowania i ruszyliśmy do dna. Latarki włączone, kamizelki opróżnione, idziemy w dół, pierwsza obserwacja – widoczność grubo poniżej metra. Aśka znika mi co chwila z oczu, dno bardziej się wyczuwa niż widzi (gąbczasta zawiesina mułu), człowiek nie ma pewności, czy zachowuje głębokość, czy go właśnie wynosi do góry, czy ciągnie po dnie. Cały czas trzeba się gapić na komputer, próbować zobaczyć coś w świetle latarki, szukać partnura, szukać śmieci, transportować wór pełen skarbów. Wynurzamy się i korygujemy plany. Idziemy na powierzchni do punktu eksploracji, tam się zanurzamy i operujemy ciasno w wyznaczonym punkcie, wynurzając się co jakiś czas i kontrolując obecność partnura. Inaczej nie będziemy w stanie sensownie zająć się poszukiwaniem i wydobywaniem śmieci. Docieramy na pozycję i zaczynamy sprzątanie. Dno głównie przykryte zawiesiną mułu, dywanem skorup Szczeżui, a tylko czasem – piasku. Coś przy dnie widać, ale najlepiej poszukiwania idą metodą na „macanta”. Wydobywam głównie słoiki, oczywiście natychmiast w tym miejscu wzburzam chmurę mułu, więc zmieniam pozycję. Po chwili worek zaczyna mocno ciążyć, ciężko go utrzymać nad dnem. Wynurzam się i dowożę zdobycze na pobliski brzeg, skąd zostają pobrane przez lądowych pomocników. Dorzucam jeszcze parę gumowych woblerów (rodzaj wędkarskiej przynęty), których wolałem nie umieszczać w worku, bo znając moje szczęście zaraz bym je o coś zaczepił, zapewne o siebie. Wyławiam jeszcze różne pojemniki, przez chwilę myślałem, że natrafiłem na jakiś hełm, ale niestety bliższa inspekcja skreśla szanse na sensację – to tylko garnek. Trafiam też na kilka pustaków i różnych typów cegieł, ale uznaję je za ważny materiał podłożenia, nie szkodzący wodzie i jej użytkownikom. Zostają więc na dnie. Po mniej więcej godzinie uznajemy, że plan na ten czyn społeczny został zrealizowany, obieramy kurs do portu macierzystego. Aśka decyduje się iść przy dnie, ja głównie na głębokości „peryskopowej”. Wychodzę z wody, oddaję worek. Jakiś chłopiec dopytuje się, czy woda mokra. Odpowiadam, że sucha jak pieprz. Kolejne pytanie o czołg – odpowiadam, że widziałem, ale czołg też mnie zauważył i uciekł. Aśka jeszcze nie wychodzi, bawi się jak dziecko w wodzie. Osoba rejestrująca powroty par nurków niepokoi się faktem, że z wody wychodzę w pojedynkę – muszę więc poczekać na wynurzenie się Aśki i wskazuję ją paluchem – to mój partnur, zara kończy. Zrzucam sprzęt i w końcu mam szansę obejrzeć urobek innych. Widok jest zaiste imponujący. Moje kilka słoików robi przy tym marne wrażenie. Wyłowiono kilka opon, w tym jedną gigantyczną – od traktora, wannę (!), kubły, wiosła i niezliczoną ilość worków wypchanych różnym szmelcem. Nieźle jak na imprezę powtarzaną cyklicznie (ostatnie sprzątanie w sierpniu 2012 roku).  Praca wykonana, dobry uczynek spełniony, wszyscy nurkowie w wyśmienitych nastrojach, czas jeszcze na pamiątkowe zdjęcia ze skarbami, podsumowania i opowieści (niestety, ekipa Kuriera Warszawskiego pojawiła się jak siedziałem pod wodą, nie załapałem się do głównych wiadomości, skandal!). Ja jeszcze przy okazji nawiązałem kontakt z paroma forumowiczami z nurasa.info, umówiłem się na wspólnego nurka za tydzień, więc  tym bardziej uważam, że niedzielna impreza była bardzo satysfakcjonująca. Wdzięczność mieszkańców przyjemna dla serca, szum medialny gwarantowany (liczba relacji z tego wydarzenia mocno mnie zaskoczyła), dostąpienie zaszczytu wejścia w skład Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska i nawiązanie nowych kontaktów do tego. No sami przyznajcie, że lepiej nie mogło być. No dobrze – mogło być, ten wredny legendarny czołg mógł się jednak nie chować, to by była dopiero sensacja!

(mała poprawka po publikacji: rok temu w sierpniu odbyła się jedynie eksploracja i rekonesans na Gliniance, bez sprzątania)

Kilka zdjęć z imprezy (foto: Antoni Cieślak):

966855_467971783284065_1496867744_o 965689_467971703284073_1339866655_o 976830_467971939950716_1618431537_o 977049_467971923284051_1065141104_o 981792_467972169950693_734337453_o

Więcej zdjęć: GALERIA (Facebook)

O czym to będzie i kim ja jestem, że się wypowiadam

W Internecie znajdziecie masę wypowiedzi nurków doświadczonych, lub takich, którzy się podają za doświadczonych. Jest sporo sklepów internetowych, kilka serwisów informacyjnych, sporo stron reklamujących konkretne miejsca, czy grupy nurkowe. Baza wiedzy jest wciąż dość wąska, wciąż jest pole do popisu. Ludzie chcący dowiedzieć się coś więcej o nurkowaniu, mają dostęp albo do powierzchownej wiedzy ze skrótowych artykułów w Internecie, albo do literatury wręcz fachowej. Moja żona właśnie sięgnęła po podstawowe kompendium wiedzy o nurkowaniu „Nurkowanie” Mackego, Kuszewskiego i Zieleńca  – odłożyła książkę po minucie stwierdzając, że książka jest dla inżynierów (nic dziwnego, skoro napisali ją inżynierowie). Kilka sezonów spędziłem poszukując różnych książek o tym sporcie. Nie brakuje pięknych albumów pokazujących uroki sportu głównie lokacje w Egipcie i innych egzotycznych miejscach. Jest taka skrótowa książeczka „Naucz się nurkować w weekend”, są podręczniki poszczególnych organizacji na poszczególne stopnie i specjalizacje nurkowe. Jak spojrzeć na podręcznik PADI na poziom Open Water Diver to też nie jest to literatura dla ludu. Jest sporo w tym temacie jeszcze do zrobienia, do napisania, przyda się jakaś publikacja mówiąca językiem ludu, promująca ten sport, odsłaniająca całą jego urodę przed ludźmi niewtajemniczonymi, pokazująca uroki nurkowania w Polsce. W końcu nurkowanie rozwija się bardzo dynamicznie w naszym kraju. Przybywa nowych nurków, ci trochę bardziej doświadczeni zdobywają kolejne licencje, poziomy i uprawnienia, powstają bazy nurkowe, powstają kolejne szkoły nurkowe. A literatury, czy publikacji w Internecie niespecjalnie przybywa. Potrzeba materiałów pozwalających przyjrzeć się całemu temu zagadnieniu z dystansu, pozwalającemu ocenić niewtajemniczonym, co ich czeka, jeżeli podejmą się tej zabawy.

I tu pojawiam się ja. Żaden tam nurek z wieloma tytułami, wieloma licencjami koniecznie przynajmniej dwóch organizacji. Nie jestem inżynierem. Nie jestem alfą i omegą w tej dziedzinie, nie pochwalę się nurkowaniem na Karaibach, w najgłębszych jaskiniach, na Titanicu (wg mojej wiedzy chyba jeszcze nikt się tym na szczęście nie próbował chwalić, ale to tylko kwestia czasu). Co więcej, informuję na wstępie, że nie jestem żadnym zaawansowanym nurkiem, który może już szkolić. Jednak taki jest mój cel w życiu. Chcę edukować, chce propagować nurkowanie jako sport fantastyczny, bardzo odkrywczy, wciąż rozwijający się, jednak – tu niektórzy mogą się zdziwić – bezpieczny. Nurkowaniem mogą zająć się osoby bojące się wody, słabo pływające, nurkowania nie należy traktować tylko w kategoriach wyczynowego sportu ekstremalnego, bo można go uprawiać w sposób rozsądny, bezpieczny, wręcz nudny, czy relaksujący. Oczywiście, spotkacie na swojej ścieżce masę nurków – wariatów, nurków ekstremalnych, nurków, których interesują tylko rekordy, osiągnięcia (także na polu posiadania sprzętu najdroższego, najlepszego i najbardziej efektownego). Niemniej nikt nie każe Wam z nimi nurkować, ani się mierzyć z ich dokonaniami. Można ich traktować jako osobną dziedzinę, jako inny typ nurków. Prawie każdy sport ma wiele swoich odmian i dziedzin. Chociażby drugi mój ulubiony sport – rowerowanie. Nikt nie każe mi uprawiać downhillu, freeride?u, enduro, choć jeżdżę góralem. Jeżdżę szybko jak chcę, sprawdzam swoje umiejętności, ale rower to dla mnie przede wszystkim sposób relaksu i oderwania od codzienności, forma turystyki krajoznawczej. Tak też traktuję nurkowanie. Dla mnie to sposób odpoczynku, schowania się pod wodą przed hałasem współczesnego świata. Nurkowanie dla mnie to podróże w obcy świat, czuję się niczym astronauta odkrywający tajemnice niezbadanego uniwersum. Jestem gościem w obcym mi świecie, chcę go zwiedzać jako podwodny turysta, szanując ten świat i pozostawić go w niezmienionej formie. Jestem po prostu odkrywcą nowego świata. Podchodzę do tematu spokojnie, niespiesznie, uczę się powoli, bo chcę wiedzieć, że każdy kolejny krok wykonam posiadając niezbędną wiedzę i umiejętności, które pozwolą mi działać w każdej sytuacji, jaką napotkam za kolejnym zakrętem, na kolejnym metrze. Nie mam masy pieniędzy, nie stać mnie na ciągłe inwestowanie w ten sport, na comiesięczne wyjazdy na nurki w Egipcie, w Chorwacji. Związałem się z konkretną grupą nurkową, jej organizatorzy co chwila ogłaszają, że jest wyjazd na ten czy inny koniec świata. Doświadczenia też mają niesamowite: Karaiby, Kuba, Lofoty, Meksyk, wraki w Bałtyku, i tak dalej. A ja mogę się pochwalić nurkowaniami tylko w polskich wodach. Oczywiście, mogłem już nurkować w ciepłym morzu, ale wolałem wtedy wydać pieniądze na inne rzeczy. Ja po prostu lubię nurkować w polskich wodach słodkich. Niektórzy się zdziwią ? jak to? Zimne wody cały rok, przejrzystość baaardzo różna, nie sposób przyrównać jej do przejrzystości z Egiptu, widoki też niby gorsze. Zielono, ponuro, monochromatycznie. Po pierwsze, lubię te klimaty, jest tak tajemniczo, niesamowicie, jest to zupełnie inna bajka, taka lekko mroczna, niczym bajki Tima Burtona. To nie jest nurkowanie w akwarium pełnym kolorowych rybek, roślinek w cieplutkiej wodzie. To jest po prostu mój kosmos, którego tajemnice nie są na wyciągnięcie ręki.

Nurkuję od dziesięciu lat, ale nie nastawiam się na zdobywanie kolejnych licencji. Wybrałem organizację PADI, zrobiłem kurs OWD i w ramach tej licencji zwiedzam podwodny świat Polski. Moje warunki finansowe pozwalają mi na kilka takich wyjazdów w roku, w międzyczasie powoli zdobywam swoje wyposażenie. Dopiero teraz czuję, że mogę iść dalej, zrobić kurs AOWD, a potem kolejne licencje. Od tego momentu wreszcie czuję, że ten sport jest już nie tylko rozrywką, ale też sposobem życia. Sposobem życia, który chcę prowadzić. Nurkowanie wciągnęło mnie na całego. Chcę dzielić się tą pasją z innymi i wciągać pod wodę kolejnych ludzi. Jednak chcę ich przede wszystkim uczyć rozwagi, cierpliwości i szacunku dla tego świata i żywiołu. Tam na dole czeka na nas wiele niebezpieczeństw, ale realnych dopiero wtedy, kiedy do nurkowania się nie przygotujemy właściwie i kiedy będziemy przekraczać granice za szybko, z ułańską fantazją i bez użycia głowy. Jeżeli jednak użyjemy głowy, zrozumiemy, że bądź co bądź jest to sport ekstremalny (bo odbywa się w nienaturalnym dla naszego organizmu środowisku) i właściwie się przygotujemy, to będziemy nurkować bezpiecznie.

Dlaczego zajęło mi to tak dużo czasu? Nigdy się nie spieszyłem w takich sprawach, po drodze było dużo ważnych wydarzeń w moim życiu, które zmusiły mnie do różnych decyzji finansowych. W pewnym momencie pojawił się na świecie mój Syn, rodzina ma jednak dla mnie priorytet, a budżet nie pozwalał dotąd żenić tych dwóch zjawisk. Teraz jest już nieco lepiej, a ja już zyskałem sporo doświadczenia i własnego wyposażenia. Teraz mogę i chcę zająć się tym sportem na serio. Zastajesz mnie więc, czytelniku, w tym interesującym momencie. Spróbuję pokazać świat nurków od tej właśnie strony. Może ten punkt widzenia sprawi, że przekonasz się do paru spraw, lub pozwoli Ci znaleźć wyobrażenie bardziej pasujące do Twojej perspektywy. Dodatkowo, wydaje mi się, że słuchanie starszych i bardziej doświadczonych kolegów nie zawsze daje pełny obraz różnych kwestii. Oni już pewne sprawy traktują jako oczywistość, jak powietrze. Nie rozumieją, że pewne rzeczy mogą wydawać się nam kompletnie niezrozumiałe. Co więcej, sprzęt, który zabieramy ze sobą pod wodę, to nie byle rower, który zabieramy na przejażdżkę i tak naprawdę niewiele nas obchodzi jak pracują jego podzespoły. Nurkując, lepiej jest znać swój sprzęt, rozumieć zasady jego działania, umieć go przygotować, a co więcej, jak go wybrać by pasował do nas i naszych oczekiwań. Od doświadczonych możesz usłyszeć czasem poradę „weź koniecznie to, to świetna firma, świetny sprzęt”. Mogą mieć rację, ale ów sprzęt wcale nie musi się okazać tym, w którym najlepiej się nam nurkuje. O tym, mam nadzieję, będziemy nie raz rozmawiać.

Blogi Sportowe