W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".

Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031

Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA

Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA

Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.

CAMERA

Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080

Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.

079

Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.

078

Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2

Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.

CAMERA

Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.

EXIF_HDL_ID_1

Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.

EXIF_HDL_ID_1

Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.

CAMERA

Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.

CAMERA

Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.

CAMERA

Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.

CAMERA

Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.

CAMERA

Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂

CAMERA

Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!

CAMERA

Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.

CAMERA

Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

W odległej Estonii, część I

002

Fot. 1. (kubaCE) W drodze.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

030

Fot. 2. (kubaCE) „Skromny” domek myśliwski

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

003Rummu

Fot. 3. (Google) Zbiornik Rummu

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

010

Fot. 4. (kubaCE) Widok na kuchnię z pięterka.

009

Fot. 5. (kubaCE) Kominek jako pyszny dodatek dekoracyjny i centralne źródło ciepła.

006a

Fot. 6. (kubaCE) Ekipa celebruje pierwszy wieczór w Rummu.

004

Fot. 7. (kubaCE) nasza osada

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

011

Fot. 8. (kubaCE) Pierwszy rzut oka na nasze nurkowisko.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

 

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

Fot. 9. (Bartosz Metlerski) Pierwsza miejscówka.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

015

Fot. 10. (kubaCE) W drodze na Mur.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Fot. 11. (kubaCE) Pierwszy budynek.

CAMERA

Fot. 12. (kubaCE) Mur

CAMERA

Fot. 13. (kubaCE) Budynek przy plaży. Na dnie widoczne oczko siarkowodoru.

CAMERA

Fot. 14. (kubaCE) Budynek przy plaży.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Kontynuacja artykułu: W odległej Estonii, cz. II

EXIF_HDL_ID_1

Fot. 15. (kubaCE). Hop do wody przy Murze.

CAMERA

Fot. 16. (kubaCE) Pod naszą platformą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 17. (Bartosz Metlerski) Rummu ze starym więzieniem w tle.

CAMERA

Fot. 18. (kubaCE) Ustawka na schodach.

Marsa Alam z przemyśleniami

O Egipcie ciężko jest teraz pisać jak o standardowej wyprawie nurkowej w ładne miejsce na sielankowy i beztroski tydzień nurkowy. Siadając do klawiatury czułem, że nie skończy się tylko na opisie nurkowań, bazy nurkowej, czy samego pobytu. Czytam komentarze na Facebooku, czytam wpisy ludzi, oglądam udostępniane treści. Włos jeży się na głowie. Jakbym miał się opierać tylko na kreowanej na Facebooku rzeczywistości, schowałbym się pod stołem i nie wychodził z domu. Wiem, że nie jest normalnie, czasy są niewesołe, a my żyjemy w zdecydowanie mniej komfortowych psychicznie czasach. Straszy się nas terrorystą, który z jednej strony ma twarz szalonego, brodatego furiata, który wysadza się w tłumie ludzi, ale i szaleńcem, który niczym się totalnie nie wyróżnia z tłumu, co totalnie nie przeszkadza mu nienawidzić nas takimi jakimi jesteśmy i robić różne straszne rzeczy. Spadające samoloty, wybuchające samochody, goście z karabinami urządzający rzezie na ulicach europejskich miast. To nasza rzeczywistość. Polaryzacja cywilizacji – my kontra oni. My – nieczyści, zboczeńcy, tkwiący w grzesznym świecie konsumpcjonizmu. Oni – szaleni, ekstremiści religijni, nienawiść w czystej postaci zrodzona z biedy, braku perspektyw, niemocy, niewykształceni, prymitywni i okrutni. My albo oni. Jedziesz do Egiptu, rozglądasz się nerwowo po okolicy. Wszystko wygląda niby normalnie, spokój i cisza. Jeden głośniejszy huk, spinasz się i rozglądasz, o co chodzi. Widzisz grupę głośnych Egipcjan i zastanawiasz się czy to tylko sprzeczka, jakaś lokalna demonstracja, czy właśnie idą po ciebie.

Sam wyjazd miał się nie różnić niczym od tysięcy wyjazdów jakie zaliczają nurkowie co roku. Grupa potencjalnych uczestników rozmnażała się, to znowu topniała, raz bywało lepiej, raz gorzej, a wszystko tak jakby podejrzanie zależne od tego, co akurat pokazywano w mediach i dyskutowano w internecie. Jednak im bliżej daty wyjazdu tym więcej znaków zapytań i niepewności. Na ostatnią chwilę jedna osoba się wycofała – wiedząc, że traci sporą zaliczkę. Wyjazd był mocno niepewny – nie kalkulowało mi się wyjechać w takiej konfiguracji. Żyję z nurkowania, to moje jedyne źródło dochodu – nie jeżdżę tylko dla czystej przyjemności nie przejmując się kosztami. Albo wyjazd zamknie mi się finansowo i zyski pokryją koszty, albo nie jadę. Tutaj w ostatecznym układzie uczestników wszystko było policzone na styk, na zero. W takim momencie jak uczestnik rezygnuje, wszystko się sypie – tylko szybkie znalezienie dodatkowego uczestnika ratuje plan. Chyba tak jakoś na dwa tygodnie przed wyjazdem pociłem się, kombinowałem i szarpałem z głowy ostatnie kłaki włosów by to jakoś ogarnąć. Napadały mnie liczne wątpliwości, nieraz miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę i powiedzieć – dziękuję, nie jadę. Rodzina też nie była zachwycona. Egipt przecież to miejsce wybuchania samolotów. Potem jednak, chyba w najgorszym momencie, kiedy chciałem się poddać, przyszło ogromne wsparcie od mojej małżonki, za co jestem jej ogromnie wdzięczny. Ostatecznie znalazłem chętnego, wyjazd dopiął się finansowo i można było jechać.

Pomysł na stacjonarny tydzień w Marsa Alam na Sylwestra był moim zdaniem najlepszym pomysłem na spędzenie sylwestra. Nie jestem fanem naszej narodowej celebracji tego wydarzenia, zdecydowanie wolałem ten czas spędzić pod wodą. Czemu by więc nie zebrać się jakąś grupą i nie wyskoczyć na nurki w ciepłe. Z początku miał być to mój ulubiony Dahab, ale ze względu na ostatnie wydarzenia na lotnisku w Sharm stwierdziłem, że nawet ja nie mam ochoty sprawdzać jak tam teraz jest bezpiecznie po rozwaleniu rosyjskiego samolotu. Przesunęliśmy więc lokalizację wyjazdu do sprawdzonej przez naszą grupę bazy Marsa Shagra niedaleko Marsa Alam. Nurki stacjonarne w formule „no limit” – nieograniczony dostęp do lokalnej rafy. Możesz wchodzić do wody ile razy chcesz, z wody wychodzić tylko po to by zmienić flaszki. Idealna formuła by zrobić kursy nurkowe. Do poprowadzenia Advanced Open Water Diver i specjalizacja Deep Diver. Do tego nurkowie na bardzo różnym poziomie zaawansowania. W tych warunkach byłem w stanie zapanować nad całością i zapewnić odpowiedni poziom nurkowań tak by każdy wrócił usatysfakcjonowany. Hotel – Blue Reef Resort. Kiedyś o nim dużo dobrego mówiono, ostatnimi czasy opinie jednak się zmieniły. Jednak był bardzo blisko bazy i oferował wystarczający poziom komfortu na taki wypad.

Spotykamy się na lotnisku Okęcie w sobotę dwudziestego szóstego grudnia dwa tysiące piętnastego roku. Nadajemy bagaże, odbywając rytualną ciuciubabkę z obsługą linii lotniczych dotyczącą limitu kilogramów. Tym razem udaje się bez większych problemów – nie przekraczamy magicznej linii zbyt drastycznie, choć zdecydowanie nie mieścimy się w limitach. Nikt na szczęście nie zwraca uwagi na nasz bagaż podręczny – wypchany i obciążony do granic możliwości. Wskakujemy w samolot i lecimy do Marsa Alam. Lądujemy już po zmroku. Na lotnisku pustki, wieje nudą. Płacimy opłaty wizowe, przechodzimy przez egipską biurokrację – tu stempelek, tu karteczka, tam paszporcik a na koniec dziadzio sprawdzający, czy wcześniejszy urzędnik postawił stempelek. Wszystko w porządku, wsiadamy do busa rozwożącego turystów po hotelach. W samolocie jak i w busie pustek nie ma. Widać, że aż tak Polacy nie boją się Egiptu i że wciąż stosunek ceny wycieczek do oceny poziomu potencjalnego ryzyka jest na korzyść Egipcjan. Zwracam tylko uwagę, że zdecydowanie nie widać nurkujących turystów, choć jest to mój pierwszy wypad do Marsa Alam, jak, i na sylwestrowy wyjazd nurkowy i nie wiem czy jest to nienormalne, czy jednak standard. Wypadamy z busa, ładujemy się do hotelu – pierwsze wrażenie: jest kiczowato do bólu, ale czysto i schludnie. Pamiętałem z jednego wypadu do Dahabu, jak zwiększano poziom uwagi i „bezpieczeństwa” wokół turystów – tutaj kompletnie nie było nic widać, że coś się dzieje. Oczywiście od każdej strony plaży na granicy terenu hotelowego siedział jakiś wąsaty Egipcjanin, ale nie był ani uzbrojony, ani szczególnie spięty. Co do obsługi – oczywiście zakręcona po egipsku. Najpierw dostaliśmy z Jarkiem pokój z jednym podwójnym łóżkiem. Znaliśmy się, ale nie aż tak dobrze, żeby spędzać urlop w jednym łóżku. Trzeba więc było pójść i odkręcać temat. Poszło nawet bezboleśnie. Mogliśmy wreszcie rozsiąść się nad basenem hotelowym i przywitać nasz pierwszy egipski wieczór szklaneczką lokalnego alkoholu, wznieść toast za pomyślność wyjazdu. Chyba mniej więcej wtedy zorientowaliśmy się, że hotel jest totalnie opustoszały. Owszem, ktoś się tam kręcił, ale możliwości hotelu były przeogromne, a ludzi może było tyle, że jedna czwarta była zajęta. W dodatku wszyscy po przyjeździe natychmiast pochowali się po pokojach. Dopiero na krótko przed sylwestrem albo dorzucono autobus z turystami, albo po prostu wyszli ci, którzy dotąd kryli się w swoich pokojach. Nam to nie przeszkadzało totalnie – hotel był tylko naszą noclegownią. Za dnia znikaliśmy i pojawialiśmy się na chwilę na obiad, krótka sjesta i znowu wio do bazy nurkowej, z której wracaliśmy zwykle po zmroku.

marsa036

Fot. kubaCE. Baza Red Sea Diving

Pierwszy dzień nurkowy rozpoczęliśmy od egipskiego transportu. Cały temat był załatwiony jeszcze w Polsce, załatwiałem wszystko z bazą za pośrednictwem e-maila i doskonale to pamiętam, że pomysł z odbiorem nas z hotelu rzuciła pani z egipskiego centrum nurkowego. Napisała, żebyśmy dwudziestego siódmego czekali z całym szpejem o ósmej rano w hotelowym lobby. To nie był mój pierwszy wypad do Egiptu, więc wiedziałem, że na takich ustaleniach nie ma co specjalnie polegać, ale przecież baza miała swoją renomę, koledzy, którzy tam byli, wypowiadali się w samych superlatywach, że porządek i dobra organizacja. No ale cóż, nie dotyczy ona najwyraźniej korespondencyjnie ustalanego transportu. 🙂 Poczekaliśmy piętnaście minut i załatwiliśmy sobie transport hotelowej czerwonej Toyoty w wersji pickup. Dotarliśmy do bazy i od razu poszliśmy się rejestrować w bazowej recepcji. Tu okazało się, że wiedzą o nas, zanotowano nasze przybycie, wydano balast, pobrano certyfikaty i powiedziano, że mamy czekać na odprawę. Pojawił się sympatyczny, starszy grubasek, który powiedział, żebyśmy jeszcze chwilę poczekali. Czekaliśmy. Czekaliśmy. On się pojawiał i mówił, że jeszcze chwila. W końcu – chyba po jakiejś godzinie, zebrał jeszcze kilka osób (bodajże Czechów) i zaczął się produkować odnośnie bazy nurkowej. Wiadomo, swoje odczekać trzeba. Tak samo i wysłuchać, choć cała odprawa skupiona była na tym, w jak fantastyczny sposób możemy dodatkowo wydać nasze pieniądze, to jednak kilka informacji było dla nas istotnych. Tutaj powoli zaczął się budować cały obraz bazy nurkowej, gdzie nurkowie sami się ogarniają i organizują swój czas, a obsługa ma im jedynie pomagać od czasu do czasu. Przybywający nurkowie wykonują pierwsze nurkowanie z kimś z bazy, a potem sami planują i przeprowadzają swoje nurkowania. Chyba, że życzą sobie by ktoś ich oprowadzał – nie ma problemu. Tylko wtedy pakiet No Limit zamienia się na dwa nurkowania z przewodnikiem dziennie. My od początku nastawieni byliśmy na No Limit i tego się trzymaliśmy. W naszym zasięgu była więc północna i południowa część ogromnej rafy Marsa Shagra. Za każdym niemal razem mogliśmy decydować o kierunku i wariancie naszego nurkowania – czy chcieliśmy wchodzić z brzegu, wracać o własnych siłach, czy życzyliśmy sobie transportu ribem w jedną, czy drugą – a może nawet w obie strony. Po powrocie do dyspozycji mieliśmy baseniki do płukania sprzętu w słodkiej wodzie. Oddzielny basenik na pianki, wypornościówkę, buty i płetwy, a osobno płukanie dla delikatnych kamer, komputerów nurkowych, czy automatów. Woda wymieniania, w razie potrzeby uruchamiane dodatkowe baseniki. Skafandry można było rozwiesić na licznych wieszakach i tak je zostawić nie martwiąc się o ich los przez noc. Reszta szpeju po nurkowaniu lądowała w typowej egipskiej skrzyneczce na sprzęt i chowaliśmy ją do zamykanej szafki. Oczywiście stan szafek był różny, niektóre się rozlatywały, a o kłódkę trzeba było się samemu postarać, albo kupić w recepcji za 2 euro. Jednak całość funkcjonowała dobrze, a my bardzo chwaliliśmy sobie komfort zapewniany przez tak zorganizowaną bazę. Ważnym elementem naszych nurkowań była tablica rejestracyjna, na której wpisywaliśmy nasze wyjścia i planowaną godzinę powrotu. Gdybyśmy po powrocie nie zmazali swojego wyjścia, a minęłaby wyznaczona godzina powrotu – wszczęto by alarm i rozpoczęto poszukiwania. Nie testowaliśmy tego, ale słyszeliśmy, że obsługa potrafi zrobić poważny wykład niefrasobliwym nurkom, którzy zapomnieli się „zetrzeć”. Od tej strony więc wszystko działało idealnie. A mi szczególnie do gustu przypadło to, że o sprzęt można było być spokojnym. Jak raz udało mi się posiać gdzieś moje stare gopro, to kolejnego ranka już leżało w boskie „lost & found”.

W trakcie wyjazdu udało mi się wykonać kilka głębokich nurkowań, ale znakomitą większość zanurzeń zaliczałem na średniej głębokości około dwunastu metrów. Zwykle dzień zaczynałem od porannego nurka z Anetą, w ramach zaliczenia specjalizacji Deep, a potem docierała do nas reszta nurków i kolejne nurkowania robiliśmy już całą grupą, czasami tylko zmieniając konfiguracje. De facto dużej różnicy w krajobrazie nie zauważałem – czy byliśmy płytko, czy głębiej. Ba, nawet śmiem twierdzić, że rafa oferowała zdecydowanie więcej na płytszych partiach. Północna rafa różniła się od południowej tym, że była bardziej jednolita, mniej poszarpana, nie było tylu zapadlin i zakamarków, do których można było wsadzić łeb, albo wręcz wpłynąć. W tej części dno zdecydowanie szybciej opadało, choć miejsc, gdzie można było zejść poniżej trzydziestu metrów nie było zbyt wiele. Najprościej głębokość dawało się złapać płynąc na wprost od wyjścia z bazy. Było to z resztą jedyne miejsce, gdzie wolno było wchodzić do wody z brzegu. Niewielka szczerba w rafie rozszerzająca się szerokim kątem na otwarte morze, piaszczysto dno opadające równo i zdecydowanie. W samej zatoczce ledwie dwa, trzy metry głębokości. Jedyna najmniej przyjemna rzecz to, to, że w tym samym miejscu stacjonowały riby. Korzystając z zatoczki, trzeba było być nieustannie czujnym i trzymać się dna. To był istotny element odprawy i pierwszego nurkowania – dokładnie pokazano nam, że opuszczamy zatoczkę i tak samo wracamy do niej po jednej stronie rafy i wypłycając się trzymamy liny przy dnie. Mimo tych środków miałem nieustające poczucie obaw w stosunku do osób z gorszą pływalnością, kiedy operowaliśmy w zatoczce. Na szczęście dotyczyło to tylko początku, lub końca nurkowań. Południowa rafa moim zdaniem była bardziej malownicza. Na początku, po wyjściu z zatoki płynęliśmy przy stromo opadającej ścianie, która gwałtownie skręcała na południe, za zakrętem zaczynała się taka niby laguna o średniej głębokości około dwudziestu metrów. Tutaj można było kombinować ze ścieżką zwiedzania, zaglądać w różne zakamarki, albo wypłycać się i trzymać blisko ściany brzegowej, w której rozliczne rozpadliny oferowały ciekawe punkty widokowe. Odnosiłem nieustające wrażenie, że to właśnie tu koncentruje się całe życie i to tu spotykaliśmy wszystkie najciekawsze stworzenia. Przepiękne żółwie, towarzyszące im remory, czy całe zatrzęsienie płaszczek wszelkiej maści i wielkości.

Udało się nam przetestować warianty nurkowań z łodzi, z brzegu, raz nurkowanie kończyliśmy po zachodzie słońca i raz zrobiliśmy nocne nurkowanie. Ogółem zrobiłem na tym wypadzie bodajże osiemnaście nurkowań i czułem się mocno wynurkowany. Ba, dochodziło do tego, że zwyczajnie już mi się w piankę nie chciało wbijać, tak już byłem przesycony nurkowaniem.

CAMERA

Fot. kubaCE. Żółwik i remory.

Na koniec wyjazdu zrobiliśmy jeszcze wycieczkę po osadzie przyłączonej do bazy nurkowej. Całość kompleksu oferuje nocleg bardzo różnej jakości i komfortu. Zaczynamy od najdroższych bungalowów, zwiedzamy te skromniejsze i potem namioty nad brzegiem. Wszystko ma swój niepowtarzalny urok i wszystkiego człowiek chciałby spróbować. Nawet najprostsze namioty wyglądały zachęcająco, zwłaszcza, że ulokowane były najbliżej cudnie szumiącego morza. Ech, chciałoby się tam następnym razem spędzić więcej czasu. Zdecydowanie wolałbym przy kolejnej okazji skorzystać z oferty noclegowej właśnie Red Sea Diving Safari. Marzy mi się poddanie się tej niezobowiązującej atmosferze panującej w tym miejscu, temu luzowi, spokojowi. Zero hotelowej cepelii, żadnej „muzyczki” nad basenem, namawiania na aquafitness, animacji i innych „turystycznych specjałów”, na które okrutnie jestem uczulony. Tylko tak dla jasności – na hotel bardzo narzekać się nie dało, jedynie jedzenie było okrutnie monotonne. Na sylwestra wyraźnie szarpnęli się z pomysłami i fantazją, jednak w bardzo zaskakujący sposób jedzenie zostało sprzątnięte przez obsługę mniej więcej dwie godziny po tym jak je wystawiono – na dwie godziny przed północą. No cóż, nie jechaliśmy po to by dosmaczać sobie kubki smakowe. Czas jednak było wracać. Sprzęt wysuszyliśmy, spakowaliśmy się i rozpoczęliśmy powrót do kraju.

Tym właśnie końcowym akcentem wizyty egipskiej chciałem skończyć ów artykuł i na podstawie jego opisać moje odczucia odnośnie Egiptu. Najmniej przyjemnym i najbardziej odpychającym mnie od chęci powrotu do Egiptu było zderzenie z lotniskową rzeczywistością na wylocie do domu. Tak jak przyjechaliśmy, nie odczuliśmy szczególnie by podniesiono poziom zabezpieczeń. W drugą stronę było jednak już zupełnie inaczej. Jadąca z nami pracownica biura podróży ostrzegała, że już na wjeździe autobus może zostać poddany kontroli paszportów. Ok, coś już podobnego zdarzało mi się w Egipcie, ale na to, co zastaliśmy już w budynku terminala, nie byliśmy przygotowani. Lotnisko Marsa nie jest duże – nie był to jednak szczyt sezonu, w danym momencie pod budynek podjechały może dwa autobusy wypełnione turystami. Niemniej jednak wszyscy stanęli do gigantycznej kolejki do pierwszej kontroli bezpieczeństwa – skanowania bagaży. Trwało to niemiłosiernie długo, ale w końcu przyszła nasza kolej. Drażniło nas to, że na taką ilość turystów mogli uruchomić jeszcze z jeden punkt kontroli, bo dwa punkty potrzebowały mniej więcej godziny by obsłużyć te dwa autobusy. Może jednak pozostałe maszyny były niesprawne, albo nie było pieniędzy na to. Nie wiem. Dotarłem, dałem się sprawdzić, zostałem wyciągnięty jeszcze na dodatkowe przejrzenie plecaka – w końcu latarki nurkowe wyglądają podejrzanie. Dobra, poszło z tą odprawą – liczymy, że będzie czas na kawę i łażenie po kilku sklepach na lotnisku. Gdzież tam! Przecież paszporty trza sprawdzić – kolejna kolejka. No dobra. Znowu dwa stanowiska i taki sam szpalerek ludzi, ale idzie ciut szybciej. Przeszliśmy. Stop. Jeszcze jedno skanowanie bagaży. My już oczom nie wierzymy. Tym razem jedno stanowisko, tu skupiają się na wywalaniu rzeczy niedopuszczonych na pokład. Kolejka długa, czas się dłuży. Widać wyraźnie „zaangażowanie” obsługi, ale taki jest los turysty. W końcu po jakichś trzech godzinach zabawy w bezpieczeństwo zostajemy wpuszczeni do poczekalni. Na niecałą godzinę przed wylotem. Ktoś tam idzie wypić kawę, ja padam na ławkę i odpoczywam. W końcu wołają nas do samolotu – oczywiście do innej bramy, niż to miało być – ale co tam. Ludzie się jakoś orientują i jakoś to idzie. Tym razem jednak znowu pojawia się jakaś grupka kontrolerów, która wyciąga ludzi z kolejki. Nie bardzo wiadomo o co chodzi, ale część ludzi zostaje w terminalu, a reszta zostaje zawieziona do samolotu. Po pięciu minutach wracają ci wyciągnięci. Co się okazuje – dodatkowa kontrola na wypadek kontaktu z materiałami wybuchowymi. Chodzi o podpisanie jakiegoś glejtu, pomazanie łapek jakimś kleistym czymś i tyle – podobno obsługa ma przykazane badać tak około dziesięć procent całego stanu pasażerów danego samolotu. I to wszystko fajnie – ja doskonale rozumiem, że wzmożona kontrola to konieczność i że przecież się dba o moje bezpieczeństwo. Niemniej jednak w tym wszystkim męczyła mnie jawna fikcja tych działań. Pierwsze skanowanie jakoś nie mogło wskazać niesfornym turystom, żeby pozbyć się rzeczy, których nie można było wnieść na pokład samolotu w bagażu podręcznym, obsługa generalnie nie była zbyt czujna i zaangażowana w to całe kontrolowanie. Od razu przypomniał mi się ochroniarz z Dahabu. Przyjechaliśmy świeżo po jakimś zamachu w Tabie i cały Dahab trząsł się o bezpieczeństwo turystów. Zatem hotelowy ochroniarz miał przykazane by kontrolować każdy autobus lusterkiem od spodu czy nie ma tam spektakularnego ładunku wybuchowego. No i ten ochroniarz wkładał to lusterko przywiązane do kijka od szczotki pod każdy pojazd i kontrolował. Co z tego, że w ogóle nie patrzył na lusterko, a nawet w stronę pojazdu. Tak właśnie wyglądała ta skrupulatna kontrola na lotnisku. Mi samemu zwrócono uwagę, że nie mogę wnieść baterii od latarek w bagażu podręcznym. Musiałem je wyrzucić. Owszem, ale tylko połowę z tych, które leżały w plecaku – nie że były inne, były identyczne, po prostu były w innej siatce. Tak samo ta ostatnia wyrywkowa kontrola na kontakt z materiałami wybuchowymi, wyciągnięta do tej kontroli nasza koleżanka owszem podpisała stosowny glejt, ale w ogóle nie miała kontaktu z ową sprawdzającą substancją. Zatem nawet jeżeli miała kontakt z czymkolwiek niebezpiecznym, to nieistotne. Najważniejsze, że zostało podpisane, że została poddana takiej kontroli.

CAMERA

Fot. kubaCE.

Nie chcę stawiać kropki w tym miejscu. Chcę wrócić do jednej myśli, którą wyraziłem na początku. Wróciłem z Egiptu zły i nie miałem ochoty tam wracać właśnie przez tą jawną beznadziejność kontroli bezpieczeństwa, przez ten cały egipski bałagan i pokrętne podejście do kwestii opieki nad ich jedynym skarbem narodowym czyli ruchem turystycznym. Uważam jednak, że naszym obowiązkiem jest robić wszystko by ten cały dziwaczny, niedoskonały, nieogarnięty Egipt jakoś przetrwał całą zawieruchę i stanął na nogi. Najgorsze co możemy zrobić to odwrócić się od nich plecami. Już teraz Egipt stoi na skraju przepaści. Od wszystkich słyszę, że Dahab niknie w oczach, kurczy się. Wybrzeże wokół naszego hotelu też przerażało widokiem pustych, obracających się w ruinę hoteli. Za chwilę po prostu nie będziemy mieli do czego wracać. My oczywiście możemy szukać innych kierunków na nurkowania. A w Egipcie będzie tylko coraz biedniej, gorzej i marniej. Jak tak będzie się działo to tylko kwestia czasu, jak wejdą tam ekstremiści i zaorają to wszystko po swojemu. Bieda, brak perspektyw to idealne poletko dla religijnych fundamentalistów. Ludzie zdesperowani są gotowi na wszystko. Nie chciałbym się obudzić pewnego dnia i dowiedzieć się z internetu, że Egipt od tej chwili jest nieczynny do odwołania, a ludzie, którzy jeszcze nie dawno wozili nas na nurkowania, stoją teraz na granicy któregoś z europejskich krajów.

Szczególnie żal mi będzie takich ludzi z baz jak Red Sea Diving, czy Dahab Days – widać, że tym ludziom okrutnie zależy by to dalej się kręciło, by turysta przyjeżdżał, by był zadowolony i żeby czuł się bezpiecznie. Tym ludziom totalnie nie zależy na tym, by weszło tam jakieś ISIS, by do władzy doszedł jakiś kolejny wesoły dyktator, albo żeby zapanował jedynie słuszny porządek i ład takiego czy innego wyznania.

CAMERA

Fot. kubaCE. Dobranoc!

Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka

Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab

Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039

Fot. 5. Czarnogóra

DSC_0240

Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw

Fot. 7. Jezioro Staw

lipiec_reskju

Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.

lipiec_narty

Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek

Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka

Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki

Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight

Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Konińska Honoratka całkiem zacna

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

W trójkącie Konin, Włocławek, Bydgoszcz mamy już do wyboru kilka ciekawych nurkowisk. Jest to o tyle dobry kierunek na nurkowania, że wszystkim z Polski jest tutaj całkiem po drodze i dojazd nie stanowi większego problemu. Dla nurków podróżujących z Warszawy to już w ogóle całkiem przyjemna okolica – około dwie godziny jazdy autostradą i już jesteśmy w regionie, gdzie możemy przebierać między nurkowiskami: jeziora Budzisławskie, Powidzkie, wyrobiska Piechcin, Honoratka. Honoratka jest najmłodszą bazą nurkową. Uruchomienie – oficjalnie – nastąpi 1 maja 2015 roku. Baza póki co nie zapewnia zbyt wielu wygód, czy usług. Bicie butli odbywa się kawałek dalej – butle są przewożone przez obsługę. Na miejscu mamy wygódkę drewnianą – klasyczną, kilka stołów do skręcania sprzętu. Rozumiem, że z każdym miesiącem będzie przybywać wyposażenia. Baza deklaruje, że posiada zestaw tlenowy, ale nie mam stu procent pewności w tej materii, radzę mieć swój. Jedno, co już można zapisać na ogromny plus, to znakomicie oporęczowane i opisane trasy podwodne. Atrakcji pod wodą nie zabraknie na kilka nurkowań. Od płytkich, widokowych – z bardzo dużym lasem podwodnym na czele po średnio głębokie ze ściankami w paśmie 20 – 30m, aż po głębokie 30-40m. Wizura w kwietniu była bardzo przyzwoita. Trochę gorzej w lesie i na głębokości do dziesięciu metrów, ale poniżej było zdecydowanie lepiej. W sumie oceniam to na wizurę rzędu od dwóch do ośmiu metrów zależnie od miejsca.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

W trakcie jednodniówki zdołałem zajrzeć do lasu i popłynąć główną poręczówką na trzydzieści metrów i po niej wrócić. Podobała mi się zwłaszcza węglowa ścianka w okolicach dwudziestu metrów, porozrzucane tam sprzęty pogórnicze robiły wrażenie. Światło z góry docierało, latarki służyły więc głównie doświetlaniu szczegółów i komunikacji. Zamierzam wracać i eksplorować pozostałe trasy. Jak na moje oko samego pływania wzdłuż poręczówek starczy na dwa dni nurkowań. Po wynurzeniu i wyjściu na brzeg czeka nas niestety jedna niezbyt przyjemna rzecz – wnoszenie sprzętu pod górkę. Akwen położony jest w niecce, samochody zostają na parkingu na górze, sprzęt trzeba znieść na plecach około dwudziestu metrów po dość stromym zejściu. Teoretycznie samochód terenowy da radę pokonać ten stok, ale widziałem jednego takiego. Nie wyglądało to szczególnie przyjemnie. Zejść to jeszcze pikuś. Potem, po nurkowaniach trzeba sprzęt wtargać. Drżyjcie „twinowcy”! Jeżeli baza nie wymyśli jakiegoś sprytnego systemu transportu ciężarów (może jakiś prosty wózek na wyciągarce) to posiadacze ciężkiego sprzętu raczej często zaglądać tu nie będą. To jest jedyna, zasadnicza wada tego miejsca. Niemniej jednak podwodne atrakcje i unikalność zbiornika wynagradzają nam wszystkie trudy związane z nurkowaniem w tym miejscu. Ceny obsługowe proste i przyzwoite – wjazd: 15zł, bicie powietrzem – 1,50zł/litr. Polecam i zapraszam, zwłaszcza, że w razie czego w okolicy mamy w czym wybierać i można sobie zaplanować bardzo bogaty weekendowy wyjazd ze zwiedzaniem okolicznych zbiorników.

Fot. 3. (kubaCE) Malowniczo tutaj, płytkie nurkowania mogą być bardzo przyjemne.

Fot. 4. (kubaCE) I te drzewa… Pisałem już? Dużo ich!

Plan nurkowiska

Plan tras podwodnych (źródło: http://www.nurclearwater.pl/baza-nurkowa-honoratka/)

Dahab znowu wzywa

„Dahab znowu wzywa” oryginalnie ukazał się w marcowym numerze „Nuras.info”. Poniżej nieco bardziej rozbudowana wersja.

TUTAJ jest odnośnik.

Dahab ponownie mnie wezwał. Trzeci raz. Kolejny rok z rzędu. Sześć miesięcy po poprzedniej wizycie. Ja specjalnie się o niego nie prosiłem, nie planowałem tak szybkiego powrotu. Czułem się jakbym praktycznie nie wyjeżdżał z Dahabu. Co ja mogłem nowego obejrzeć pod wodą, dlaczego chciałbym chcieć tu wracać? Dahab to przecież mało ciekawe miasto w typie Ustki, gdzie po pięciu minutach łażenia już wiesz, gdzie co jest. A jest to głównie ciąg nadmorskich knajpek, jeden główny deptak z handlem. Kozy wszędzie. Egipski kryzys odcisnął mocne piętno na Dahabie, który wygląda teraz jeszcze smutniej i szarzej niż rok temu. Więcej knajp świeciło pustkami, kilka kolejnych wyglądało jakby od dawna ich nie otwierano. A pod wodą co mnie mogło nowego spotkać? Naczelne miejsca podwodne zaliczone, niektóre po kilka razy. Hotelu Tropitel zaczynałem mieć już powoli dość, zwłaszcza po ostatnich przygodach z cwaniakiem z obsługi. Do tego niemały problem z zebraniem chętnych na wyjazd. Co się stało? A że w Dahabie zimno? No tak, ledwie dwadzieścia stopni, woda też „lodowata” – dwadzieścia dwa stopnie średnio. A u nas pseudo zima. Niby jest, niby nima…

Szybkie podsumowanie i jedyna słuszna decyzja – jadę. Wolę takie temperatury niż naszą zimę bez zimy. Jest jeszcze kilka miejsc nie zaliczonych pod wodą, kilka miejsc chętnie powtórzę. Na pewno znajdę też coś nowego w mieście, a przynajmniej inni turyści nie będą działać mi na nerwy, a obsługa będzie skakać na uszach wokół mnie bym tylko zechciał u nich zostawić swoje pieniądze. Ci co kręcą nosem na styczniowy Dahab, niech se siedzą pod pierzyną i oglądają świat za oknem, ja sobie pobiegam w krótkich gaciach, w sandałach, a przynajmniej słońce nie będzie tak palić niemiłosiernie. Mi dwadzieścia stopni pasuje. Ekipa zebrana, kursy ustalone – ktoś kończy OWD, kilku ktosiów robi AOWD, dwaj inni ktosie mają zdecydować na miejscu o ewentualnej specjalizacji głębokiej. Reszta ekipy zaskakująco mocna: jeden aktywny instruktor, jeden „emerytowany” instruktor, jeden rebriderowiec z dużym bagażem zejść poniżej stu metrów, divemaster do zestawu i reszta też z niezerowym bagażem doświadczeń. Kilku było w Dahabie dziesięć razy częściej niż ja. I ja mam tą grupę zgarnąć i zorganizować na miejscu? Fiu, fiu. Łatwo nie będzie. A do tego jeszcze… Sami samce. O raju! No to będzie…

Jedziemy więc. Pakowanie niby opracowane do perfekcji. W podręczny plecak wrzucamy cały elektroniczny złom i automat, bo ciężki, a plecak niepozorny, więc ważyć raczej nikt nie każe i możemy przeginać do woli. W główną torbę podstawowy ekwipunek, ale  w domu zostawiam skrzydło Dive System, a zabieram jackecik Tusy. Pożyczam do testu, bo ciut lżejszy i lepiej pakowny, ale generalnie po podsumowaniu szału nie ma. Pięć razy zmiana koncepcji zawartości torby, wywalenie rzeczy zbędnych. Ponowne ważenie. No to teraz mniej potrzebnych… Kolejne ważenie. No to potrzebnych, ale jakoś dam sobie radę… No dobra, to może to też pożyczę na miejscu. Uf, jest dwadzieścia kilo i to z malutkim zapasikiem na powrotną sól i wodę. Za pięć minut odjazd i w końcu torba spakowana. Na lotnisku zbieramy ekipę, odprawiamy się i szczęśliwie przedzieramy przez kolejne systemy odprawy, choć niektórzy mają mało szczęśliwe miny, bo obsługa lotniskowa nie była na tyle miła by nie zauważyć kilku kilogramów nadwyżki i kazała sobie słono zapłacić za ten luksus. W samolocie obowiązkowa drzemka, w końcu to czarter, więc lot jest o chorej godzinie, kiedy człowiek ma najwyższą potrzebę snu. W końcu lądujemy w Sharm, jest ciepło, można zrzucić kurtkę i bluzę. Jest słońce, jest fajnie, wracają jakieś ukryte siły, które hibernowały w polskim zimowym klimacie, chce się żyć. Uśmiecham się sam do siebie. Wróciłem i jestem zadowolony. Ci, co nie byli, dostają instrukcję, który i jak papier wypełnić, że wizy nam nie potrzeba, bo my z Dahabu to tylko do wody wyskakujemy. Odbieramy bagaże, ładujemy się do busa i mkniemy do hotelu. Sytuacja na miejscu stabilna, nie ma potrzeby jechania w konwoju, więc dość szybko docieramy do celu podróży. W Tropitelu oczywiście lekki burdel, kogoś z listy nie ma, ktoś jest inaczej zapisany. Standard. Trzeba to lubić, skoro się płaci za to takie pieniądze. Hotel brzydki nie jest, ma swój dobry poziom. Tylko ta obsługa wyjęta kompletnie z kontekstu rzeczywistości. Tym razem dostajemy opaski – a jakże. Teraz obrączkuje się nawet tych, co nie mają all inclusive. Przynajmniej w ten sposób od razu wiadomo, kto na jakich prawach może dobierać się do hotelowej kuchni, wciąż okrutnie nudnej, mało wyszukanej i doprawianej beznadziejnie. Z kuchni, kolejnego dnia, zaraz po śniadaniu, bez zbędnych ceregieli przenieśliśmy się na pierwsze nurkowisko. Tym razem jako pies przewodnik ekipy zażyczyłem sobie, żeby naszym punktem rozruchowym był region południowego Dahabu z dostępem do takich miejsc jak Moray Garden, Golden Blocks, a zaraz obok Three Pools, The Caves i Umm Sid. Ja mogłem skupić się na pierwszym kursie, mniej doświadczeni mogli się rozpływać pod okiem niezawodnego jak zwykle Mohameda Elattara z Dahab Days, a kozacy mogli już atakować głębiny, albo zaliczać the Caves.

Fot.1. (kubaCE) Mohamed Elattar

Wszyscy dzięki temu byli zadowoleni i nie było żadnego protestu by miejsce powtarzać kolejnego dnia, celem zaliczania kolejnych tras, a ja spokojnie kończyłem OWD i zaczynałem AOWD. W ciągu tych dwóch dni dużo nie zdążyłem pooglądać pod wodą, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że pod wodą jakby życie zubożało. To mój trzeci raz w Dahabie i nigdy życia mi tu nie brakowało, a rok wcześniej byłem w niemal tym samym okresie. A teraz odczuwalne było wręcz zmniejszenie natężenia ruchu podwodnego. Debiutanci byli zadowoleni, region południa to dobry punkt startowy dla nurków nie znających tej części Egiptu, pod wodą jest ciekawie, rafy są w niezłym stanie, a ukształtowanie dna bardzo urozmaicone. Ja się tylko cieszyłem, że udało mi się uniknąć wizyty w Lighthouse, które jest punktem obowiązkowym wielu wizyt w Dahab, a ja miejsca zwyczajnie nie lubię. Jest nudne jak kuchnia w Tropitelu. Trzeci dzień to Canyon. Rzut beretem od hotelu, spacerkiem po plaży trzy minuty i już byliśmy w Sadeeki Restaurant na odprawie przed nurkowaniami. Miejsce idealne na trzy nurki, dwa dzienne i jeden nocny. W Canyonie idealnie robi się nurkowanie głębokie na zaliczenie z AOWD, jest to też idealne miejsce na nocnego nurka. Plan dla moich podopiecznych był więc prosty, pierwszy nur w ramach AOWD – głębokie, potem zwykła wycieczka i kolejny nur z AOWD – nocniak. Mohamed tym razem wziął sobie na plecy głębinowców 40+, więc wycieczkowiczów oddał mnie i drugiemu instruktorowi, który wolał oddać mi przewodnictwo. Miałem zatem pociągnąć peleton nurków do Canyonu, zrobić z moimi ćwiczenia AOWD, pokazać im cud, jakim jest Canyon, wycofać się i trafić w wąskie siodło prowadzące z powrotem do laguny, z której zaczynaliśmy nura. Moje pierwsze poważne przewodnictwo w Dahabie bez żadnej pomocy kogoś, kto w razie czego stuknie się w czoło i mi pokaże „człowieku, nie tędy”. Nie będę ukrywał, miałem pietra, że przestrzelę, albo pomajtam coś w nawigacji w takiej sytuacji. Całe nurkowanie byłem więc napięty jak struna i cały czas zajmowałem się ogarnianiem całej grupy, nur minął mi błyskawicznie i nim się spostrzegłem, już wracaliśmy do siodła. Okazuje się, że właśnie ten moment najłatwiej jest przegapić i w paru miejscach się zmylić. Cieszyłem się, bo nie dość, że trafiłem, to jeszcze mogłem pozgarniać kilku takich, którym się wydawało, że zatoczka w rafie obok to właśnie wejście do laguny. Duma młodego instruktora rosła okrutnie. Na drugiego nura znowu skoczyliśmy do Canyonu, bym wreszcie sam mógł nacieszyć nim swoje oczy, bo tym razem nie miałem ciężaru w postaci przewodnictwa całego stada. Nocne to z kolei wizyta w Canyon Garden, czyli na prawo z laguny. Dla mnie niespecjalnie interesujące miejsce, nie oferujące niczego nowego, spokojnie trzeciego nura mógłbym zrobić w Canyonie, który jest zwyczajnie piękny. Pionowe ściany powoli zamykające się nad głowami nurków i tworzące bardzo wąziutkie przesmyki, którymi uciekały strumienie bąbelków powietrza wydychanego przez nas. I tajemnicza ścieżka prowadząca w głębiny, wciąż dla mnie niedostępne, ale kuszące mnie i mówiące mi, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Tym razem nie obeszło się bez przygód, bo część grupy oddzieliła się i nie mogła trafić w siodło. My sobie spokojnie robiliśmy przystanek sprawdzając jak fluorescencyjne żyjątka reagują na nasze intensywne machanie łapkami, a część ekipy krążyła szukając właściwego wejścia do laguny. Dopiero po wynurzeniu przewodnik zlokalizował światła maruderów, oczywiście daleko od przesmyku, którym można było wrócić. Wszyscy jednak szczęśliwie wrócili z nurkowania i nic nikomu się nie stało. Mieliśmy za sobą trzeci dzień nurkowań, apetyty rosły, zwłaszcza tych, którzy w Dahabie już byli.

Fot. 2. (kubaCE) Znikamy w Bells.

 

Czas więc na Blue Hole i Bells. Moje ukochane i wciąż zachwycające Bells, w którym rok wcześniej zrobiłem swoją specjalizację DEEP. To miejsce bezsprzecznie magiczne, w którym nurkowałem kolejny raz a czułem się ponownie dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem. Jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, kiedy opadam w dół szczeliny, delikatnie zmieniam ułożenie ciała by wpasować się w wąski komin na trzydziestu paru metrach, wyskakuję z komina, jestem na czterdziestu metrach, spoglądam w górę czekając na resztę. Widzę czterdzieści metrów przepięknej pionowej ściany skalnej, kipiącej życiem, przytłaczającej swoją potęgą. Jak na dłoni widzę kolejnych nurków opadających szczeliną. Do samej niemal powierzchni mogę śledzić każdy swój bąbelek wydychanego powietrza. Oglądam się w dół, w ziejącą pode mną atramentową głębię. Jestem zakochany, serce bije mi coraz mocniej. Czy to jest ten poziom mistycznych uniesień, jakie przeżywają zdobywcy najwyższych szczytów gór? To musi być coś w tym stylu. Zbieramy zespół i rozpoczynamy powolną wędrówkę ku Blue Hole, delikatnie się wynurzając. Zaglądamy pod wszystkie nawisy, cieszymy oczy pięknem tego miejsca. Przechodzimy siodłem do Blue Hole, jeszcze przystanek bezpieczeństwa i już jesteśmy z powrotem w restauracji Camel by zachwycać się przeżyciami z tego nurkowania. To jest ten typ miejsca nurkowego, które łączy wszystkich nurków różnych specjalizacji, doświadczeń i poziomów wykształcenia. Tutaj wszyscy mogą spędzić wspólnie świetne chwile rozkoszując się wspaniałym światem Bells. Drugi nur obiecuję swoim podopiecznym w samym Blue Hole, choć też planujemy krótką wizytę za siodłem, w prawo od Blue Hole. Wskakujemy więc do studni, układamy się na spadochroniarza i prujemy w dół. Leci się tak dobrze, że nawet ciut przy późno się łapię, że czas skontrolować głębokościomierz. W ostatniej chwili hamujemy na zakładanym limicie głębokości. Widzimy dobrze załamanie skalne, które prowadzi do legendarnego łuku w tym miejscu. Nam jednak nie wolno tam iść, pora się powoli wynurzać i cieszyć oko widokami w studni. Za każdym razem przed nurkowaniami w Blue Hole powtarzano mi, że akurat tutaj życie nie jest zbyt bogate, że pod wodą poza samą studnią nie ma specjalnie co oglądać. Zwróciłem na to uwagę w trakcie nurkowania i wracałem z przeświadczeniem, że nie do końca jest to prawda i że całkiem sporo się dzieje w samej studni. Dotarliśmy do siodła, zajrzeliśmy jeszcze za róg, w lewo. Wiadomo, pod nami atramentowa głębia, pionowa ściana, ale my płynęliśmy krótko i płytko oglądając tylko to, co było w zasięgu tych najbliższych metrów. Nie odkrywszy niczego niezwyczajnego zawróciliśmy czując, że wykorzystujemy już zdecydowanie za dużo powietrza potrzebnego nam na powrót. Wracaliśmy zadowoleni z nurka, chłopakom podobało się i w Bells i w Blue Hole. Ja wiedziałem, że nie widzę problemu by wrócić tu chociażby jutro, by znów spotkać się z Bells. Do Blue Hole jednak chciałbym już wrócić tylko po to by zobaczyć łuk. Dzień się jednak kończył, a na kolejny planowaliśmy wyprawę łodzią. Nie wszyscy, część postanowiła wyrwać się spod opieki i wrócić do Bells i Blue Hole. Ja nie mogłem, czekało mnie jeszcze dokończenie AOWD na łodzi, z resztą czułem, że powrót do Gabr El Bint też mi się przyda, bo też ostatnim razem podobało mi się bardzo. A zatem wczesnym rankiem zameldowaliśmy się na łodzi i wyruszyliśmy w stronę dalekiego południa. Mohamed miło zaskoczył mnie pierwszym nurkiem w miejscu mi kompletnie nieznanym – El Shugurat, leżącym na trasie do Gabr El Bint. Nurka rozpoczynamy w rozpadlinie skalnej – prostym i szerokim korytarzu opadającym do czterdziestu metrów, wychodzimy z korytarza pod rozłożystą Gorgonią, Mohamed prowadzi nas w lewo i wzdłuż skalnej ściany meandrujemy w lesie imponujących Gorgonii. Wypłycamy się w piaszczystej lagunie, gdzie pod stołowymi koralowcami można szukać płaszczek i innych ciekawych stworzeń. Ja mam szczęście natrafić na naprawdę sporego Crocodile Fisha, który do końca uparcie udawał wyposażenie dna, choć wyraźnie czuł, że jak na kawałek dna za bardzo przyciąga uwagę dużego stada bąblujących intruzów. Z laguny odebrała nas łódź i ruszyliśmy nad Gabr El Bint oddać dwa pozostałe nury, najpierw na prawo od łodzi, do cypla i schowanej za nim lagunki, a potem w drugą stronę. Znowu okazja do podziwiania majestatycznych Gorgonii, ale nic poza tym, ogólnie rzecz biorąc.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Fot. 3. (kubaCE) Gorgonie.

Trzeba pamiętać, że Gabr oferuje możliwość podziwiania niezniszczonej i bogatej rafy, jest to miejsce bardzo malownicze, dno tutaj opada zdecydowanie, ale nie tak gwałtownie, jest tu cała masa kryjówek dla ciekawych stworzeń. Niektórzy mieli szczęście w tym miejscu spotkać całe stado delfinów. Ja takiego farta nie miałem i tym razem nieco byłem zawiedziony nurkowaniem w tym miejscu. Wracaliśmy jednak posłuchać opowieści tych, którzy się wyrwali z naszej grupy by spędzić kolejny dzień w Bells – Blue Hole. Ci z kolei zrobili sobie maraton: z Bells w lewo dobre pół godziny, zawrotka, do Blue Hole i tu zakończenie nura. Nasycili się Bellsem po uszy i byli bardzo zadowoleni, dokonali lekko kozackiego wyczynu, bo całą trasę pokonali na standardowych dwunastolitrowych butlach. Szósty dzień to dzień dodatkowych nurkowań. Chętni się znajdują, więc ustalamy plan – The Caves a potem The Islands. Wreszcie mam okazję zaliczyć The Caves. Na każdym wyjeździe omijała mnie okazja poznania jaskiń, ale w końcu udało się i mi. Powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało i dodałem je do swoich ulubionych miejsc w Dahab. Podsunęło mi też koncepcję, że to nurkowanie jaskiniowe można by kiedyś pociągnąć i rozwinąć. W końcu, czemu nie? Tu rafy praktycznie brak. Są głównie skały, załomy i nawisy, kilka mniejszych pieczar i ta główna, otwarta wielka, przepiękna. Nurek jest dość krótki, ale kończymy go bardzo zadowoleni. Wracamy do kafejki, pałaszujemy obiad i przemieszczamy się do Islands. Jest już dość późno, w końcu to zima. Niedługo słońce schowa się za górami. Już wiemy, że nie będziemy mieć idealnych warunków jak na to miejsce. Nie będzie tego falowania promieni słońca, słonecznego tańca na rafie. Do tego okazuje się, że wizura pod wodą jak na standardy lokalne jest słaba (czyli taka wizura, jak w najlepsze dni na Zakrzówku). Jest trochę mroczno i tajemniczo, zatem mi się podoba. Wciskamy się w wąską szczelinę w rafie, zanurzamy się i przeciskamy okienkiem do małego baseniku. Rozpoczynamy wycieczkę po Islands. Nie dość, że ciemnawo, nie widać wszystkiego dobrze, to jeszcze życia mało, ale to Islands, które wszystkich zawsze porusza. Poznaję miejsca z poprzedniej wycieczki, choć nie było mnie tu rok i miałem zupełnie inne warunki. To kolejny obowiązkowy punkt do odwiedzenia w Dahabie, nigdzie nie ma tak specyficznie ukształtowanej rafy tworzącej rój niewielkich wysepek wypiętrzających się niemal na samą powierzchnię wody, tworzących wąskie korytarze, ciasne zakręty i wielopiętrowe tarasy. Wracamy tym samym okienkiem, czując, że słońce już całkowicie schowało się za górami. Dodatkowa dawka adrenaliny dostarczona zostaje przez cwanego jeżowca wystawiającego swoje kolce w wąskim przejściu i parkę ciekawskich skrzydlic, które akurat teraz postanowiły tutaj zaparkować. A w okienko niełatwo jest wpłynąć powoli z powodu przyboju. Kończymy jednak wszyscy cali i szczęśliwi. To był ostatni, kolejny dzień to suszenie sprzętu, pakowanie i długi powrót do domu, do polskiej zimy, do szarówki. Wsiadając do samolotu zastanawiam się, które miejsca mógłbym znowu odwiedzić w moim (bo jakże by inaczej) mieście Dahab. I kiedy. Kiedy znowu usiądę w cichym zakątku restauracji Crazy Mummy, zjem przepyszne Om Ali i zaplanuję kolejne nurkowania w miejscach mi znanych, oraz tych, których jeszcze nie miałem okazji odkryć. A tych nie brakuje.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

Fot. 4. (Grzegorz Pszczoła) W pracy, w służbowym mundurku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 5. (kubaCE) Sałata podwodna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 6. (kubaCE) Stołowy koralowiec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 7. (kubaCE) W takich warunkach człowiek strzela zdjęcia jak opętany próbując uchwycić choć cząstkę otaczającego go piękna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 8. (kubaCE) kipiel życia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 9. (kubaCE) A to moi drodzy kursanci jest znak nurkowy przedstawiający rybę o nazwie… ?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. 10. (kubaCE) Błazenków od groma i ciut ciut.

 

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki

Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.

Koparki

Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.

Koparki

Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki

Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.

Koparki

Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.

Koparki

Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki

Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.

Koparki

Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.

Koparki

Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.

Koparki

Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.

Koparki

Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.

Koparki

Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.

Koparki

Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.

Koparki

Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.

Koparki

Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).

Koparki

Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.

Koparki

Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.

Koparki

Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.

DCIM100GOPRO

Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.

DCIM100GOPRO

Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.

DCIM100GOPRO

Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA

Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA

Foto 6. (kubaCE) Startujemy!

DCIM100MEDIA

Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.

DCIM100MEDIA

Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO

Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO

Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.

DCIM100GOPRO

Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!

DCIM100GOPRO

Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.

DCIM100GOPRO

Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!

Potwór z jeziora Staw

Fot. 1. (Kuba Cieślak) Widok z plaży przy ośrodku „Nad Wigrami”.

Jest takie jezioro na polskiej mapie nurkowej, o którym nawet ktoś kiedyś wspominał na forach nurkowych, ktoś się chwalił, że w nim nurkował, ale tak naprawdę niewielu ludzi o nim wie. Niewielu wie o tym, gdzie ono jest, jak ono wygląda i dlaczego warto w nim zanurkować. Dwieście siedemdziesiąt pięć kilometrów od Warszawy, tuż obok Suwałk, zaraz obok jeziora Wigry, przytulone do miejscowości Gawrych – Ruda, schowane w malowniczej niecce, otoczone lasami świerkowymi leży jezioro Staw. Jezioro jest małe, płytkie. Wszyscy znawcy spodziewają się więc, że według wszelkich praw natury, wizura powinna być tu podła, co najwyżej przeciętna, a jezioro nie powinno interesować poważnych nurków. Nic takiego. Dzięki bardzo licznym źródłom bijącym, jezioro jest w stanie bardzo szybko wymienić całą wodę. Daje to nam za każdym razem dobre warunki pod wodą – ja tylko zwrócę uwagę, że pierwszy raz nurkowałem tutaj w sierpniu, zaraz po deszczu i przejrzystość wody była zachwycająca.

Ja sam o nim słyszałem lata temu, czytałem jego opis autorstwa mojego nurkowego mentora, Rudiego Stankiewicza, widziałem filmy spod wody. Krystalicznie czysta woda, przepiękne łąki podwodne, liczne kolonie gąbki słodkowodnej. Minęło jednak sporo lat zanim ostatecznie tutaj trafiłem. Jak większość nurków, jadąc w suwalskie, zawsze na celowniku miałem ustawioną Hańczę. W tym roku błąd swój naprawiłem i wykonałem wyskok nad jezioro by zbadać co i jak. Wracałem z wyskoku oczarowany tym, co zobaczyłem pod wodą. Już wtedy zacząłem układać plan jak zorganizować wyjazd w to miejsce większą ekipą w ramach inicjatywy GoDiving.pl.

Plan w cale nie był prosty. W okolicy są liczne miejsca noclegowe, ja jednak szukałem takiego, które ma własny, wygodny dostęp do jeziora, oferuje wygodne miejsca do spania i najlepiej żeby oferowało jeszcze różne udogodnienia dla nurków (chociażby dogodne zejście do wody i kawałek płaskiego terenu, by rozłożyć się ze sprzętem). O sprężarce w okolicy możemy od razu zapomnieć. Był jeden człowiek, który w Suwałkach prowadził szkołę, sprężarkę miał, ale szkołę zamknął i sprężarkę sprzedał. Poradził by jeździć do Jarka Bekiera nad Hańczę. Jedyne trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Bez sensu…

Znalazłem Pensjonat „Nad Wigrami”. Chyba najpoważniejsza baza noclegowa nad jeziorem. Zespół kilku budynków, własne pole biwakowe, własny zjazd dla samochodów do jeziora, łódki i przyjemna polanka nad jeziorem. Kilka wariantów spania – najtańsze domki kilkuosobowe – standard „tylko dla twardzieli”, pokoje w średnim standardzie w budynku z jadłodajnią, bardzo przytulne i wygodne. Są jeszcze w osobnym, eleganckim budynku pokoje o wysokim standardzie (jak dla nas to tak za bardzo hotelarsko). No i oczywiście kemping, jak ktoś lubi. Na miejscu jedzenie – w cenie pokoju przyzwoite śniadanie, obiad płatny osobno (generalnie raczej nic nadzwyczajnego, więc chyba warto rozejrzeć się za jakimś jedzeniem w samej miejscowości Gawrych – Ruda). Sprężarkę przywieźliśmy sami, ustalając tylko z gospodarzem, gdzie będziemy ładować butle by nie przeszkadzać nikomu burczeniem spalinowego silnika. Jest to najwygodniejsze rozwiązanie dla grupy do pięciu – siedmiu nurków – jak jednak będzie większa grupa, albo jeszcze trafi się jakiś z twinem… – warto pomyśleć o dwóch sprężarkach, albo o zabraniu większej ilości butli, ewentualnie będziemy jeszcze poszukiwać sprężarkowni w regionie. Pensjonat ogólnie robi dobre wrażenie, jest tu przytulnie i cała okolica ma swój niebanalny urok. Zjazd wąwozem nad jezioro to już całkiem przyjemne doznanie (ale uwaga posiadacze delikatniejszych nurkowozów, mówimy o drodze nie ubitej i dość stromym podjeździe).

Zalogowaliśmy się więc w pensjonacie siedmioosobową ekipą eksplorującą w piątek piątego września. Rzuciliśmy okiem na jezioro, przez chwilę zastanawialiśmy się nad nocnym nurkowaniem – jednak zostało nam jeszcze kilka rzeczy organizacyjnych do załatwienia, więc musieliśmy niestety porzucić tą myśl – a może po prostu wygrało lenistwo :-).

Na nurkowania ruszyliśmy zaraz po sobotnim śniadaniu. Utworzyliśmy obóz nurkowy nad brzegiem jeziora, rozłożyliśmy maty, ustawiliśmy sprężarkę i zaczęliśmy omawiać plany, kto gdzie i w jakim celu. Od tej strony jeziora jeszcze nie nurkowałem, zatem każda ekipa miała za zadanie zbadać każdy możliwy kierunek z plaży.

_A061887

Fot. 2. (Błażej Kabziński) Najciekawszy fotograficznie brzeg zachodni jeziora.

Płynąc w lewo możemy dotrzeć do rur pobierających wodę do stawów rybnych PZW ulokowanych za główną drogą idącą pomiędzy jeziorami Staw i Wigry. To w tym miejscu spodziewaliśmy się znaleźć najliczniejsze kolonie gąbki słodkowodnej. Jednak należy pamiętać, że w tej części jeziora ciężko jest znaleźć więcej niż dwa metry głębokości, a zdarzają się i miejsca dające jakiś metr głębokości. Całe to zakole to jedna wielka płycizna i nasze butle praktycznie co chwile wystawały z wody. Poruszamy się po wspaniałych łąkach obfitujących w życie, jest ciepło i kolorowo. Doskonałe warunki do odkrywania uroku nurkowania w Polsce dla debiutujących nurków. W kilku miejscach możemy natknąć się na dziury wypełnione mgiełką siarkowodoru, też ciekawe zjawisko. My w trakcie pierwszego nurkowania dotarliśmy na sam koniec jeziora, do rur, w poszukiwaniu gąbki. Wygląda jednak na to, że w tym roku gąbka nie zdążyła zbytnio się rozwinąć, lub już zaczęła zanikać. Odnaleźliśmy jedynie niewielkie kolonie porastające kratownice, ale i tak obrazki gąbki w słodkiej wodzie cieszyły oko.

_A061933

Fot. 3. (Kuba Cieślak) Gąbka słodkowodna

Wracając do naszego obozu posuwaliśmy się bliżej brzegu odkrywając różne zagłębienia i śledząc podwodne życie. I tu nastąpiło najbardziej niezwykłe dla mnie podwodne spotkanie. Nigdy nie wpadłbym na to, że będę mógł kiedyś oglądać tak wspaniałą rybę słodkowodną na własne oczy. Nie śmiałem nawet marzyć, że dostąpię zaszczytu oglądania tak niezwykłego stworzenia w polskim jeziorze. Z początku nie wierzyłem swoim oczom, Aga, moja partnurka też podejrzewała, że ma narkozę azotową (na głębokości półtora metra).

Amur i to dorodny amur, Bestia ze Stawu, istny Potwór z jeziora Staw.

_A061902

Fot. 4. (Kuba Cieślak) Jedyne „udane” zdjęcie Amura. Jeszcze go dorwiemy!

Masywna ryba o wyjątkowo imponującej sylwetce przepłynęła dostojnie przed naszymi maskami, potem zaczęła się szybko oddalać. Zdołałem strzelić jej kilka zdjęć i nakręcić krótki film (niestety, nie wyszedł), zanim zniknęła nam z oczu. Andrzej, nasz trzeci nurek w zespole, nie miał szczęścia zobaczyć Potwora. Płynął nieco za nami, zanim do nas dopłynął, nie było śladu po Bestii. Potem, podczas kolejnych nurkowań gorączkowo rozglądaliśmy się za naszym Potworem mając niewielką nadzieję, że ponownie go spotkamy. Z pierwszej wycieczki wracaliśmy bardzo zadowoleni i całkowicie usatysfakcjonowani.

_A061923

Fot. 5. (Błażej Kabziński) Pan fotograf – kamerzysta (K. Cieślak) przy pracy.

Płynąc przed siebie, na drugi brzeg, znajdziemy kilka głębszych miejsc – do około dwunastu metrów. Widoczność bywa tu jednak różna. W kilku miejscach spadała nawet do jakichś dwóch metrów – głównie w głębszych partiach. Po drugiej stronie brzegu, mniej więcej na wysokości lokalnej „miejskiej plaży” i stojących tu łódek warto pokręcić się przy samym brzegu – to tu właśnie nurkowałem w sierpniu. Woda potrafi być po prostu przeźroczysta, piękne roślinki przeplatają się z powalonymi drzewami. Tutaj lubią stać naprawdę duże szczupaki. Warto popłynąć w prawo, gdzie brzeg staje się bardziej stromy, wypływamy na nasłonecznione stoki i podziwiamy bogactwo podwodnego królestwa – spotykamy raki szlachetne, w tym jednego raka – weterana, pozbawionego jednej pary szczypiec. Wracając znowu zahaczamy o kilka głębszych miejsc, które o tyle są ciekawe, że ukształtowanie dna potrafi czasem zaskoczyć swoją malowniczością. To czasami były takie małe ścianki, w dodatku, w wyższych partiach pokryte roślinnością. W ogóle dno Stawu posiada bardzo ciekawą rzeźbę. Dosłownie na jego środku w kilku miejscach możemy natchnąć się na podwodne wzniesienia, pokryte rdestnicą i innymi roślinami, a potem znowu dno gwałtownie opada na kilkanaście metrów.

Jeżeli popłyniemy w prawo, przy samym brzegu będziemy mieli głównie płycizny i chyba najmniej ciekawą linię brzegową tego jeziora. Tą stronę jednak będziemy musieli dokładniej zwiedzić następnym razem.

_A061937

Fot. 6. (Błażej Kabziński) Pan Szczupak we własnej osobie.

W sobotę udało się nam wykonać łącznie cztery nurkowania, w tym nurkowanie nocne. Mój ulubiony typ nurkowania, dużo sobie obiecywałem po nocnym w Stawie. Wychodziłem z wody jednak lekko zawiedziony. Ostatnie genialne nocne nurkowanie zaliczyłem na Zakrzówku, gdzie za jednym razem obejrzałem wszystkie największe ryby Zakrzówka. W Stawie spotkaliśmy liczne szczupaki, raki szlachetne, jednak nic specjalnie nie zmieniło się w odniesieniu do dziennych nurkowań. To było wciąż bardzo udane i piękne nurkowanie, ja jednak podejrzewam, że to jeszcze nie jest to, czym może zaskoczyć nas jezioro Staw w trakcie nocnych wycieczek. Cieszy mnie jednak bardzo, że po każdym nurkowaniu wszyscy nurkujący z nami rozpływali się w zachwytach. Ciągle dziwili się, że w polskim jeziorze może być taka dobra widoczność, że nurkowania płytkie mogą być takie satysfakcjonujące. W niedzielę udało się nam wykonać dwa nurkowania, w obydwu przypadkach staraliśmy się poznać lepiej głębsze miejsca jeziora i na obu wyprawach odwiedzaliśmy południowo zachodnią linię brzegową. Jak dla mnie jest to najbardziej „widokowa” strona jeziora, oferująca tak zróżnicowane doznania nurkowe, że można tutaj pływać, pływać i pływać. Amatorzy podwodnej fotografii i filmowania będą dosłownie dostawać oczopląsu od obfitości fotogenicznych skarbów jeziora Staw. My po drugim nurkowaniu w niedzielę spakowaliśmy się do aut i rozpoczęliśmy powrót do naszych domów. Wiedzieliśmy jednak wszyscy, że nad jezioro Staw trzeba będzie wrócić i to prędko. Przed nami do odkrycia jeszcze tajemnice północno zachodniego krańca jeziora – z map batymetrycznych wynika, że jest to dość płytka część jeziora, ale nikomu nie powinno to przeszkadzać. Podkreślę tylko jedną rzecz, warto w to miejsce zabrać fajkę nurkową. Wiem, że w Polsce zrobiło się modne pływanie bez fajki. W jeziorze Staw jednak jest to sprzęt bardzo przydatny, wiele odcinków podczas naszych nurkowań mogłem spokojnie pokonać na fajce oszczędzając sobie powietrze na dłuższe wizyty w głębszych partiach jeziora.

_A061931

Fot. 7. (Błażej Kabziński) Płytko ale fajnie.