Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka

Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab

Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039

Fot. 5. Czarnogóra

DSC_0240

Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw

Fot. 7. Jezioro Staw

lipiec_reskju

Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.

lipiec_narty

Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek

Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka

Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki

Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight

Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Znowu straszyłem w radiu.

Zalegam z wpisami, ale przynajmniej innymi kanałami próbuję opowiadać o nurkowaniu. 🙂

W niedzielę 23.08.2015 o 16:00 miałem przyjemność występować przed mikrofonem Polskiego Radia w Czwórce, w audycji „Co nas kręci”. Opowiadałem oczywiście o nurkowaniu, o tym, że w Polsce można fajnie nurkować, że mamy fantastyczne nurkowiska i że my Polacy znaczymy coś na nurkowej arenie międzynarodowej. Słówko też było o tym, jak zacząć nurkować i jak wygląda podstawowy kurs nurkowania.

Gdyby ktoś nie miał okazji to TUTAJ można znaleźć nagranie audycji.

Podsumowanie GEPN 2014

W sobotę 13 grudnia o godzinie 17:00 odbyliśmy spotkanie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska podsumowujące kolejny rok naszej działalności. Kolejny intensywny rok, rok dużych imprez i coraz poważniejszych przedsięwzięć. Rok, w którym postanowiliśmy, że GEPN stanie się formalną strukturą i w ten sposób będzie można działać jeszcze skuteczniej promując nurkowanie i nurkowanie w Polsce, zwłaszcza tu u nas na Mazowszu. Miałem przyjemność przeprowadzić krótkie omówienie wydarzeń z kaledarza GEPN 2014 i zrobić krótkie podsumowanie dokonań, choć sam przyznałem się, że w związku z szalonym pomysłem zostania instruktorem nie mogłem uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach GEPNu w tym roku.

Pozostali prelegenci: Kamil Jakuza – opowiadał o tych najważniejszych imprezach: Pikniku, Big Jumpie i Sprzątaniu Świata. Adam Dynowski zdawał relację z nurkowania w ciekawej gliniance radzymińskiej, w której zatopione są wagoniki górnicze. Michał Gorzelak z kolei przypomniał nam uroki nurkowania w ECP, czyli już nieistniejącym nurkowisku w zalanych podziemiach elektrociepłowni pruszkowskiej.

Podsumowując ten rok w liczbach:

  • 34 imprezy GEPN w tym roku
  • 30 nurków – największa frekwencja nurków na imprezie GEPN, tyle osób nurkowało naraz – jak zwykle w Zielonce, przy okazji pikniku i sprzątania glinianek
  • 25 osób nurkowało na rozpoczęcie sezonu w maju, w Zielonce
  • 16 nurków na Diversnight
  • 15 nurków w Forcie Zbarż – popularność tego miejsca rośnie, warunki potrafią tam być czasem bardzo przyzwoite, o ile pogoda dopisuje
  • 14 nurków na Big Jump
  • 13 akwenów obnurkowaliśmy w tym roku, w tym
  • 9 nowych akwenów
  • 6 razy w naszej ulubionej zielonkowskiej Gliniance Kwadrat
  • i po 4 razy w Gliniance Mikołaj i Forcie Zbarż.

Występowaliśmy w telewizji, w radiu, prezentowaliśmy się na Nurgresie i targach Podwodna Przygoda, na festiwalu FreeFrog TV, przeprowadzaliśmy intra nurkowe w ramach pikników w Zielonce i w Grodzisku Mazowieckim.

Podsumowanie w wersji filmowej i kilka zdjęć ze spotkania:

 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Znowu stolica… Foto-video-relacja z Fortu Zbarż

Tak, znowu lokalne nurkowanie. Znowu z GEPNem. Ile można… Ano można, można, a nawet się chce! Tym razem zaskoczyła nas spora ilość przybyłych. Czyżby rosła popularność, czyżby ludzie nie mieli czasu wyjeżdżać za miasto, czyżby jednak popularność stołecznych akwenów rosła? Kałuże kałużami, ale nie ma co kręcić nosem, można tu wykonać całkiem fajne nurkowania. Tym razem Fort Zbarż. Miałem obawy co do wizury. Deszcze ostatnio do nas często zaglądały, był ledwie może dzień przerwy od deszczu. Jednak jak wcześniej pisałem, akwenowi trzeba dać szansę. I tym razem było sympatycznie. Widoczność była, okoliczności nurkowania całkiem zacne, ba, nawet konkretny upał i bezchmurne niebo. Tym razem jednak nie dane było mi spokojnie ponurkować i cieszyć się „samotnością” pod wodą. Momentami czułem się jak na Zakrzówku. Nurkowie obok nas, nurkowie przecinający nam drogę, nurkowie przed nami, za nami. A że zbiornik nijak nie może mierzyć się z Zakrzówkiem wielkością, woda dość szybko została zabełtana i co chwila wpływaliśmy w strefę zerowej widoczności. Aż żałuję, że nie zrobiłem tak jak Kamil i nie popłynąłem zwiedzać miejsca dotąd niebadanego, czyli części pod wiaduktem. Wychodziłem jednak z wody zadowolony. Widać, że nasze grono się powiększa, że ludzie zauważają, że da się tutaj nurkować. Na miejscu, oprócz licznych nurków, pojawił się Adam Wasiak z Freefrog.tv i nakręcił krótką relację z naszego bąblowania. Wpadli też na chwilę nasi dyżurni Ecepowcy, czyli stali bywalcy zalanych fundamentów elektrociepłowni pruszkowskiej. Sam już zaczynam marzyć o zanurkowaniu w ECP, jednak wciąż czuję, że jeszcze w sztuce nurkowej nie jestem aż tak dobry, ani też sprzętu odpowiedniego nie mam by zacząć odkrywać nurkowanie „overhead”. Na to przyjdzie czas. Tym czasem wrzucam kilka naszych zdjęć i film Adama z Fortu Zbarż. Zapraszam Was na kolejne nurkowania GEPNu, już w najbliższą niedzielę w Zielonce duża impreza GEPN pod hasłem „Bezpiecznie i czystko na Gliniankach„. Zielonka to dobry poligon dla doświadczonych i bardzo początkujących nurków.

Film FreeFrog.tv z Fortu Zbarż

DSC_0126

Fot.1. Obowiązkowe wspólne.

DSC_0112Fot.2. Tłum nurków, góra szpeju. Widok typowy raczej dla parkingów nad Hańczą, albo na Zakrzówku.

DSC_0118Fot.3. Forty czekają.

DCIM100GOPROFot.4. Rekonesans linii brzegowej.

DCIM100GOPROFot.5. Adam Wasiak biega z kamerą wśród nurków.

DCIM100GOPROFot.6. Upał, słonko grzeje niemiłosiernie, a tu trza się wcisnąć w piankę, albo w suchy skafander.

DCIM100GOPROFot.7. I jeszcze fotografowie krzyczą by poczekać, bo zdjęcie. A tu człowiek się po prostu gotuje.

DCIM100GOPROFot.8. Nareszcie w wodzie.

DCIM100GOPROFot.9. Karol w stylowym szyszaku wybiera się by zajrzeć pod arkady.

DCIM100GOPROFot.10. Łukasz kontempluje widoki.

DCIM100GOPROFot.11. Samostrzał na tle arkad.

DCIM100GOPROFot.12. Jest OK!

10333312_692103117493148_7610300899716539501_oFot.13. (autor: Kamil Jakuza Jaczyński). Zbiornik pod wiaduktem.

DCIM100GOPROFot.14. Co nur to inna konfiguracja.

GOPR2963Fot.15. Fort z bliska.

DCIM100GOPROFot.16. Tłumy pod wodą.

DCIM100GOPROFot.17. Świeżo upieczona nurczyni bardzo zadowolona.

DCIM100GOPROFot.18. Słonko i szuwary podwodne. Jak ja to lubię.

DCIM100GOPROFot.19. Dyżurny Ecepowiec z kurtuazyjną wizytą na zakończenie naszego nura.

Mazowieckie nury

Czorsztyńskie

Ostatnimi czasy nie za dużo miałem okazji do czysto rekreacyjnych nurów. Po przejściu przez mordownię w postaci kursu instruktorskiego praktycznie zdołałem tylko dać nura w Jeziorze Czorsztyńskim (wyjątkowo podła wizura po tygodniu ulew, strasznie się wkurzyłem, bo chciałem pochwalić się przed znajomymi fajnym akwenem, a tu totalne mleko pod wodą) i resztę nurów zaliczyłem tu, niemal pod domem, czyli w mieście stołecznym Warszawa. Po pierwsze, w końcu miałem okazję sprawdzić Fort Zbarż.

DCIM100GOPRO

fortzbarz_planFort Zbarż to bardzo wdzięczna kałuża (tak się już przyjęło nazywać akweny, w których my, GEPNowcy, nurkujemy). Położona w samym sercu miasta, na Okęciu, tuż obok nowej „ekspresówki”. Dojazd ulicą Wirażową, auto stawiamy na parkingu przy budynku rozdzielni, tu także możemy się przebrać. Jest to o tyle genialne miejsce, że nocne tutaj są stu procentowo komfortowe. Latarnie przy parkingu oświetlają przebierających się, wszystko widać. Parking jest elegancki, wyłożony „ulubioną” kostką, więc jest gdzie się rozłożyć na płaskim i (w miarę) czystym ze szpejem. Żadnego stania w błocku, jak leje, żadnego poszukiwania sprzętu w trawie. Potem dwa kroki do wody i siup, znikamy pod wodą.

DCIM100GOPRO

Pod wodą akwen ma sporo do zaoferowania, choć nie jest zbyt głęboki. W zbadanej części do czterech i pół metra. Jest to jego naczelna wada. Nie mam nic przeciwko płytkim zbiornikom, ba, nawet je bardzo lubię. Jednak jeżeli jest to nieduży zbiornik i nie ma zdolności do szybkiego samooczyszczania, byle deszczyk powoduje, że wizura robi się kibelkowata. I właśnie tak miałem przy każdym z dwóch nurków, jakie tam ostatnio oddałem. Wciąż daję szansę zbiornikowi, bo jest ładnie położony, ma atrakcje pod wodą i przy wodzie. Jest w nim zatopiona żaglówka, jest sporo pozostałości po zabudowaniach, pod wodą wciąż na coś można się natknąć. Jednym z zaskakujących artefaktów, zdecydowanie współczesnych, była wanna z hydromasażem. Długi czas o tym dyskutowaliśmy z różnymi nurkami, że ludziom się chce poświęcać swój czas i energię by dotaszczyć taki kawał złomu do wody i tu to utopić. Wanna w pełni akrylowa, więc nie mam pewności czy poszła tak łatwo na dno. No nic, generalnie smutne jest to, że ludzie traktują zbiorniki wodne jako magazyny na rzeczy, których nie chcą oglądać. Nie dotyczy to tylko Mazowsza. Zostawmy jednak wannę, wróćmy do atrakcji – jest żaglówka, są zwalone drzewa, jest i bogate życie – dość łatwo spotkać dorodnego szczupaka. Dużą atrakcją są tak zwane koszary szyjowe, w których stoi woda. Zbyt daleko wpłynąć się nie da, nie ma tam też jakiejś znaczącej głębokości – ledwie dwa metry. Jest to dość niebezpieczne miejsce, w które wpływamy tylko w kasku. Wynurzyć, wynurzymy się w każdym miejscu, ale nieopatrzne dotknięcie ręką cegieł uzmysławia nam jak krucha jest to konstrukcja – cegły i zaprawa, które miały częsty kontakt z wodą, po prostu rozsypują się w rękach. Jest to jednak jedyne w swoim rodzaju miejsce nurkowe, drugiego takiego nie znajdziemy. Miejsce nie ma aktualnie żadnego przyznającego się do akwenu opiekuna. Trafiają się wędkarze, ale żadne koło tutaj oficjalnie nie działa. Teren należy do Agencji Mienia Wojskowego, ale wszyscy zaznajomieni z tematem zgodnie donoszą, że sama Agencja nie chce przyznawać się do miejsca, bo nic z nim specjalnie nie da się zrobić bez ogromnego nakładu pracy. Akwen powstał z wód podskórnych, których poziom kiedyś był sztucznie obniżany z pomocą sąsiadującej „fosy”. Połączenia między zbiornikami zarosły i się urwały, woda podeszła i tak już zostało. Co ciekawe, doniesiono nam, że owa „fosa” to też fajne miejsce, bo można złapać i z dziesięć metrów i wizura niezgorsza. Koledzy ograniczyli się do spuszczenia kamery, nic nie zarejestrowali i póki co nikt nie jest w stanie potwierdzić jaki jest stan tego drugiego zbiornika.

DCIM100GOPRO

Uważam, że Fort ma potencjał i może być fajnym nurkowiskiem, o ile pogoda będzie dopisywać. Mnie pokarała i dwa razy nurkowałem po niedawnych opadach. Za pierwszym razem na nocnym coś jeszcze było widać, za drugim razem – na dziennym nurku już czasami było tragicznie (ale wannę zdołaliśmy znaleźć!). Oba nurkowania organizowałem pod szyldem GEPNu. Na obu pojawili się stali bywalcy GEPNowskich nurkowań, z którymi mi się zawsze miło zwiedza mazowieckie kałuże, tłumów jednak nie było, jakby je pogoda lekko odstraszyła. Tym bardziej byłem mile zaskoczony frekwencją, kiedy skrzyknąłem nurkowanie w Zielonce.

DCIM100GOPRO

Zwiedzanie Zielonki obiecałem kilku osobom, które zabrałem ze sobą na Czorsztyńskie. Obiecałem im fantastyczną wizurę i w duchu tylko marzyłem, by pogoda była tym razem łaskawa. Zielonka jest bardziej odporna na deszcze i lepiej znosi ulewy, niemniej jednak każdy deszcz odciska jakieś swoje piętno na wizurze. Data została wyznaczona, pogodę prognozy obiecywały znośną, ogłoszenie na GEPN poszło, że robimy nura w weekend. Z mojej strony spodziewałem się około sześciu nurków i mogłem tylko zgadywać, ilu pojawi się nurków na ogłoszenie GEPNowskie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu pokazało się trzynastu gotowych na nurkowanie, kilku z „opcją nurkowania” (w końcu na ich nieszczęście nie zdecydowali się zanurkować) i kilka osób towarzyszących. Potem jeszcze dotarł jeden spóźnialski nurek, kiedy my już bąbelkowaliśmy pod powierzchnią. Widzę, że popularność akwenu rośnie i nie dziwota, jest to obecnie najbardziej atrakcyjny nurkowy akwen w naszej stołecznej okolicy.

DCIM100GOPRO

Tym razem na brzegu dopisali także wędkarze, których staraliśmy się nie denerwować swoją obecnością. Dobrze żyjemy z zielonkowskimi wędkarzami i nie chcemy sobie psuć stosunków z nimi. Wybraliśmy więc wolne miejsce na wejście do wody, podzieliliśmy się na zespoły i zniknęliśmy pod powierzchnią. Uff, co za ulga. Wizura całkiem pyszna, jest co oglądać, ryba też chodzi, nigdzie się nie chowa. Od razu na dzień dobry dorodny szczupaczek. Szczupaki chyba się już do nas przyzwyczaiły. Nie zwiewają od razu na nasz widok. Tak jakby zdawały się mówić na nasz widok: „O, znowu te dziwne ryby z dziwnymi wypustkami na plecach i wielkimi oczami, produkujące straszliwą ilość bąbli”. Postoją, popatrzą na nas, dadzą się opłynąć, czasem udają, że są tylko szuwarem, że to wcale nie ryba. Jak już się zorientują, że nie daliśmy się nabrać, albo poczują, że nasza obecność jest dość irytująca, wtedy jeden strzał płetwy i tylko widać kłębek drobinek unoszących się w wodzie w miejscu, gdzie przed chwilą stał szczupak. Nurkowałem tym razem z Pawłem, obaj uzbrojeni w małe kamery buszowaliśmy między gęstwinami zielonkowskiej zieleniny w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Zabrnęliśmy aż pod drugi brzeg, pokręciliśmy się po jeziorze regularnie gubiąc kierunek (w Zielonce często sobie pozwalam na ten luksus, do powierzchni blisko, wystarczy łeb wystawić na sekundę by zorientować się, którędy do domu), odkryliśmy tym razem tylko jednego raka i żadnych innych ciekawych potworów nie spotkaliśmy. Szczupaki dopisały jeszcze dwa, ale to już taki nasz zielonkowski standard, więc o czym tu się rozpisywać. W zielonkowskiej wodzie można siedzieć ile wlezie, póki butla się nie skończy, albo póki skóra z człowieka nie zejdzie (przeszedłem z ligi piankowców do ligi sucharów, więc ten problem mi odszedł). Spędziliśmy więc dobrą godzinę i zaczęliśmy powoli zwijać się do brzegu, jeszcze czekając na pozostałych, z którymi się umówiliśmy, że po godzinie chcemy zobaczyć wszystkie zespoły na powierzchni. W tym momencie nadeszły paskudne chmury i lunęło. Niespecjalnie nam to przeszkadzało, ale co poniektórzy musieli przebrać się z pianek (w wodzie nie zmarzli, bo już miała naście stopni). A że wystąpił urzekający widok ulewy na wodzie połączony z promieniami słońca przebijającymi się na chmury na horyzoncie, szybko jeszcze ciachnąłem kilka zdjęć przy brzegu. Z wody jednak kiedy wyleźć trzeba. Wyłaziłem z niej w pełni usatysfakcjonowany, wiedziałem, że mam kolejnych fanów akwenu na swoim koncie, już tylko czekać aż urządzimy tam nocnego nura, który jest specjalnością zielonkowskiej glinianki!

DCIM100GOPRO

Diversnight 2013

Diversnight – kolejne wydarzenie nurkowo kulturalne pod batutą niezawodnego Kamila „Jakuzy” Jaczyńskiego, w ramach działalności Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska. Tym razem mieliśmy przyjemność uczestniczyć w większym CZYMŚ. Diversnight to inicjatywa ponad narodowa. Tego samego dnia, o tej samej porze wszyscy uczestnicy włażą do wody. Dokładnie trzynaście po dwudziestej Polacy, Niemcy, Koreańczycy, Norwegowie, Kurakaończycy, Tajowie, Niemcy i wielu, wielu innych dało nurka. Nie u wszystkich pewnie była noc, ale nie o to chodzi. Chodzi przecież o nurkowanie. Kolejny dobry powód by ubrać się w piankę, zarzucić butlę na plecy i zniknąć pod powierzchnią wody. U nas oczywiście najlepszym akwenem na tego typu imprezy jest zielonkowska glinianka.

Wdzięczna pani jak zwykle przyjęła nas gościnnie, prezentując znakomitą wizurę, dobre warunki i podobno niemało ryb. Podobno, ponieważ mi tym razem niespecjalnie dopisało rybie towarzystwo. Oczywiście, spotkałem szczupaki, które tym razem miały mocne parcie na szkło, ale ogólnie rzecz biorąc byłem zaskoczony małością spotkań z rybim narodem. Ryby nie obijały mi się tym razem o maskę, nie musiałem ich odgarniać rękoma, rozpychać się i przeganiać co bardziej natrętne sztuki. Ryb naliczyć mogłem na palcach u mych dwóch rąk. Zapewne moc mojego oświetlenia (Gralmarine, dwie kule ognia posiadające w sumie jakieś piętnaście diod i dające światło identyczne z naturalnym słońcem Sahary, podłączone do „lekkiego” i „zgrabnego” kanistra wielkości dwulitrowej butelki Coli) spowodowała, że ryby uciekły w popłochu i tym sposobem zapewniłem mnogość rozrywki moim nurkującym kompanom, którzy na towarzystwo ryb nie narzekali. Ja tym razem węgorza nie spotkałem, choć go szukałem dokładnie. Liczyłem trochę na to spotkanie. Miałem przyjemność próbować nowej konfiguracji video – kamery Intova Sport HD na zgrabnym dwuręcznym uchwycie (żadna moja tandetna robota) z dwoma pięknymi ramionami dla przepotężnego światła, które mi Bartek Grynda wypożyczył, za co mu ponownie jestem dozgonnie wdzięczny.

Jak zwykle nurkowanie przeprowadziłem w moje ulubione zakątki glinianki. Wlazłem do wody, jak wszyscy, stromym zejściem tuż przed mostkiem. Poszedłem wzdłuż brzegu w lewo, pokręciłem się pod drzewami, zajrzałem pod pomosty, za szuwarki. Odwiedziłem niedawno powstałe łyse polany, dzieła wędkarzy walczących ze zbyt bujną roślinnością glinianki, spotkałem tam dwa raki amerykańskie. Ze szczupakami trzy razy się spotykałem, więc jest to chyba mój rekord. Coś mi umknęło, zdołałem tylko uchwycić chmurę mułu, która się podniosła w miejscu, z którego ów nieśmiały potwór dał dyla na mój widok. Ja tylko kątem oka widziałem blask łuski i cień sporego cielska, ale nie jestem w stanie zidentyfikować owego stwora. Poszedłem jego śladami, ale nie odnalazłem go. Szkoda. Kolejne nurkowanie nocne w Zielonce mam za sobą. Kolejne spotkanie z grupą GEPN, z bezbłędnym organizacyjnie Kamilem, światłofilem Pawłem, szyderczym Michałem G., swojskim Michałem K., uroczą Aśką i kilkoma innymi nurkami, którzy dołączyli do imprezy. Dla mnie to najpewniej zamknięcie sezonu, choć jeszcze jest cień szansy, że może za tydzień. Tak czy siak pianka się suszy, ja powoli przeglądam oferty na używane sucharki, marzę, że nowy sezon będę już mógł zacząć w suchym ubranku przed i po nurkowaniu. Marzną mi nóżki okropnie i odbiera to część przyjemności z nurkowania, choć w piance nie było mi tragicznie. Przebieranie z mokrej pianki w listopadową noc (choć zaskakująco ciepłą) przypomina mi o tym, jaka jest główna wada mokrej pianki. Suche skafandry tanieją, coraz więcej jest okazji do robienia podstawowych kursów w suchym skafandrze. Rozważcie to, a uroki polskich wód będą wam niestraszne ani trochę.

GEPN Sprzątanie Świata – Glinianki Zielonka

Galeria

Ta galeria zawiera 40 zdjęć.

W dwóch słowach podsumuję kolejną edycję Sprzątania Świata w wykonaniu GEPN. To była trzecia już impreza zorganizowana przez GEPN w ramach akcji Sprzątanie Świata. A akcja świętowała w tym roku swoje dwudziestolecie, w związku z tym dostaliśmy do posadzenia jubileuszowy dąb. … Czytaj dalej

Po nurkowaniu w eterze

Byliśmy, gadaliśmy, poszło szybciutko. Szkoda, że tak krótko, obaj z Pawłem mamy gadane i moglibyśmy tak dłuuugo, ale pan prowadzący nas skracał (i słusznie). Powiem szczerze, że ledwo cośmy zdążyli, bo z nurka wyszliśmy 22:10, a tu jeszcze się przebrać, sprzęt rozłożyć i przejechać pół Warszawy. Nerwów trochę było, ale dotarliśmy na czas. Kto nie słuchał, ten może sobie wejść w TEN ARTYKUŁ i tam jest ikonka prowadząca do nagrania naszej rozmowy w audycji.

Przedstawiliśmy GEPN, opowiedzieliśmy o tym, dlaczego da się nurkować także w Warszawie i okolicach. Przekonywaliśmy, że nie jest to ekstremalne doznanie i że jest nawet fajnie. Mam nadzieję, że kogoś zachęciliśmy do nurkowania z GEPNem, do nurkowania w ogóle w Polsce i w ogóle – do nurkowania! Choć o tym mogłem jeszcze długo opowiadać. Na to mi zabrakło czasu. Co i rusz spotykam się ze zdziwieniem gdy tłumaczę komuś niewtajemniczonemu, że nurkuję głównie w Polsce. „Jak to? To u nas się da?” zwykle słyszę. W oczach przeciętnych śmiertelników wody u nas są ciemne, zimne, brudne, nieprzejrzyste i ogólnie syf i malaria. Kochani, mamy piękne i czyste (jeszcze) zbiorniki, w których można fajnie nurkować. Są zbiorniki dla zielonych nurków, gdzie można przyjemnie i bezpiecznie nurkować na niewielkich głębokościach, mając widoki jak w akwarium. Dla ambitnych są ciemne i niebezpieczne głębiny, strome ściany i widoki księżycowe, ale nie jest to jedyna okoliczność, z jaką w Polsce mamy do czynienia. Uwierzcie, nie trzeba jechać do Egiptu by fajnie i „nieekstremalnie” zanurkować.

czworka_audycjaBędę Was jeszcze o tym niejednokrotnie przekonywać. Do przeczytania, usłyszenia, bądź zobaczenia!