Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka

Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab

Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039

Fot. 5. Czarnogóra

DSC_0240

Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw

Fot. 7. Jezioro Staw

lipiec_reskju

Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.

lipiec_narty

Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek

Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka

Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki

Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight

Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Wody polskie okiem kamery

W tym roku startuje pierwsza edycja (i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnia) festiwalu nurkowych filmów. Organizują go bardzo solidne i zapalone chłopaki z ekipy FreeFrog TV (http://www.freefrog.tv), a przede wszystkim Adam Wasiak, który jest i sercem i mózgiem operacji. Będzie to przegląd najciekawszych produkcji amatorskich, które powstają pod wodą i powstają z rąk polskich nurków. Konkurs podzielony jest na wody ciepłe i zimne. Wiadomym jest, że mnie interesują te zimne – nasze, polskie. Moje dokonania video jeszcze nie nadają się by pokazywać je w jakichś konkursach, ale znam ludzi, którzy potrafią pokazać za pomocą kamery piękno wód polskich, potrafią to zmontować i okrasić odpowiednim komentarzem. Jest to ekipa Best Divers (www.bestdivers.pl), czyli przede wszystkim Rudi Stankiewicz, ale i Błażej Kabziński. Stąd nie miałem żadnej wątpliwości by wziąć udział w ich projekcie reklamującym nurkowanie w polskich wodach, który chcą zaprezentować na festiwalu w głównym bloku konkursowym. Nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji by reklamować te nasze paskudne, bure, zimne, nieprzejrzyste i ciemne wody. Może tym filmem przekonam trzech, no dwóch nurków, że najbliższe sympatyczne nurkowisko wcale nie znajduje się za polską granicą. Mamy tu w Polsce wiele świetnych miejsc nurkowych, także dla tych, którzy nie nurkują w suchych skafandrach, nie pragną jeszcze odwiedzać głębin, badać swojej odporności na mrok i zimno. Obejrzyjcie ten materiał, może Was zainspiruje do tego by wrzucić piankę pięciomilimetrową do auta, pożyczyć butlę w polskiej bazie nurkowej i dać nura przy szuwarach na jeziorze Narty chociażby. No i w filmie nie omieszkałem wspomnieć o zielonkowskiej gliniance odkrytej dzięki ekipie GEPN. Nasz mazowiecki sztandarowy akwen nurkowy. Gorąco polecam!

Jezioro Narty wybadane w cztery strony

Jezioro Świętajno (Narty) koło Szczytna mam już zeksplorowane praktycznie z każdej strony. Kilka wypadów w ciągu tego sezonu pozwoliło mi odwiedzić najciekawsze miejsca tego jeziora. Z pewnością niektóre warto powtórzyć w innych warunkach – późną jesienią, albo na nocnym nurkowaniu, ewentualnie pod lodem. Jednym z polecanych miejsc wodowania jest wejście od strony ośrodka wypoczynkowego „Zacisze” (link do strony ośrodka). W sezonie letnim wjazd jest płatny, około 20zł. Jednak warto ponieść tą opłatę, zwłaszcza jeżeli wszystkie znane Wam punkty dostępu do wody są szczelnie okupowane przez tłum rozentuzjazmowanych plażowiczów, grillowiczów, piwowiczów i jazgotowiczów. Ośrodek oferuje rzeczywiście spokój i przyjemne okoliczności plażowania. Cisza, spokój, niewielkie grupki plażowiczów, to lubię. Mamy tu elegancki pomost pontonowy, wejście jest łagodne, dość płytkie przez około dziesięć metrów i potem łagodnie opada do głębokości rzędu dwunastu metrów. To najgłębszy, zalogowany punkt w tej zatoce. Warunki w wodzie całkiem przyjemne, widoczność także, na dwunastu metrach mamy wciąż jasno jak za dnia i latarki są praktycznie zbędne. Roślinność kończy się na głębokości siedmiu, ośmiu metrów. Ryby w dzień spotkać można głównie pod pomostem jak i przy szuwarach z drugiej strony zatoki. Dominują oczywiście stada okoni, ale i płocie się też często trafiają. Raków nie uświadczyłem.

DCIM100GOPROFot. 1.: Życie pod pomostem kwitnie. Osoka aloesowata w natarciu. Foto: JC.

Drugim ważnym punktem na mapie nurków narcianych będzie baza Akademii Podwodnej od strony miejscowości Warchały. W sezonie jest to część szczególnie okupowana przez turystów, to tu są zlokalizowane główne plaże, ośrodki wczasowe, punkty gastronomiczne i inne „atrakcje” dla całych stad wczasowiczów (wciąż dla jest niezrozumiałe jak niektórzy potrafią „wypoczywać” w takim ścisku i hałasie). Akademia Podwodna swój teren jasno wyznaczyła i odgradziła, ale czuć ten tłum wokoło, no i te tłumy kopytek w wodzie swoje z wizurą robią. W lecie warto tutaj nurkować tylko wcześnie rano, ewentualnie iść na późne nocne. A mamy tutaj do zaliczenia podwodny las oraz kilka atrakcji oznakowanych poręczówką – żaglówki, trabanta i inne takie zatopione skarby. Do tego są platformy do ćwiczeń. Do podwodnego lasu muszę wrócić w bardziej sprzyjających warunkach. Dwa razy go w tym roku odwiedzałem, dwa razy w przeciętnych warunkach. Raz świeżo po zejściu lodu, drugi raz – niedawno, w szczycie sezonu, późnym popołudniem. W obu przypadkach las spowity był dość gęstą mgłą osadu.

DCIM100GOPROFoto 2. Bujna roślinność i fantastyczne warunki do płytkich nurkowań to mocna strona jeziora. Foto: JC.

Pozostaje mi już tylko praktycznie tylko jeden fragment jeziora, do którego nie dotarłem, czyli od strony Pensjonatu u Kulasa i północno wschodniego narożnika jeziora. Być może uda się zaliczyć ten odcinek jeszcze w tym roku, ale zobaczymy, zobaczymy. Wkrótce postaram się załadować film z ostatnich nurkowań w Nartach. A tymczasem wracam do urlopowania nad jeziorem Czorsztyńskim, o którym parę słów niebawem skrobnę. Wam wszystkim też życzę udanych wakacji nad i pod wodą.

DCIM100GOPROFoto 3. Najciemniej jest pod latarnią, czyli całe życie i atrakcje skupione wokół pomostu. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 4. Głębinolubni nurkowie na Nartach nie mają co robić, to jest raj dla płytkolubnych obserwatorów bujnego życia w litoralu. Foto: JC.

DCIM100GOPRO Foto 5. Czasami miałem stracha, że jakiś niczego nie spodziewający się plażowicz skoczy któremuś z nas na plecy. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 6. Na kursie wrogi niszczyciel, przechodzimy z głębokości peryskopowej na pełne zanurzenie, pozostajemy niewykryci. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 7. Mały aparat, cienka pianka, mała butla i podstawowe umiejętności OWD wystarczą by zaliczyć wiele udanych nurkowań w Nartach. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 8. Nieśpiesznie płynąć, mieć oczy dookoła głowy i tylko cieszyć się widokami. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 9. Autor w obiektywie. Foto: Gazela.

DCIM100GOPROFoto 10. Miniszczupak. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 11. Prawdziwa podwodna gazela, czyli mój drogi partnur, imć Gazela. Foto: JC.

Jezioro Świętajno (Narty) k. Szczytna

Gdzieś ktoś napisał, że od Warszawy najbliższym nurkowiskiem jest jezioro Białe k. Włodawy. No to chyba nie słyszał o jeziorze Świętajno (Narty) koło Szczytna. A jak nie słyszał to tam nie nurkował, a jak nie nurkował to jest osioł. Jest to moim zdaniem najfajniejszy polski zbiornik. Wiem, że mam skromny dorobek i pewnie jeszcze zmienię zdanie co do tego najlepszego. Mimo wszystko Narty pozostaną w mojej pamięci na zawsze i zawsze będę miał duży sentyment do tego miejsca. I będę go gorąco polecać innym. Ustalmy więc fakty – do Białego guglowa mapa pokazuje 231km z Warszawy. Do Nart mamy jedynie 190km według Wujka Gugla. No dobra, ale o co chodzi z tą nazwą Świętajno – Narty? Rzecz prosta. Polską tradycją jest pożyczać nazwy geograficzne. Dzięki temu mamy w Polsce ileś tam Nowych Wsi, nazwy jezior lubią się powtarzać, a jeszcze się okazuje, że nazwa oficjalna w ogóle nie jest używana, zwłaszcza przez „lokalsów”. Tak jest ze Świętajnem. Zapytajcie w okolicznych wioskach o drogę nad Świętajno, a ludzie pokierują was nad jezioro za Szczytnem. Z powodu bliskiej obecności drugiego Świętajna mieszkańcy okolic nazywają ich jezioro Narty. W to mi graj, bo fajnie jest rzucić komuś nieznającemu temat krótkie „jadę na Narty zanurkować”. Niejeden zrobi głupią minę.

Na Nartach (no przyznajcie, że brzmi to pysznie) przyszło mi kończyć kurs, potem głównie jeździłem nad Hańczę. Po długiej przerwie wróciłem nad to jezioro i długo nie mogłem zrozumieć, czemu kompletnie nie zapamiętałem walorów widokowych z tego zbiornika. Narty nie tylko oszałamiają widocznością jak na polskie warunki jeziorowe, ale przede wszystkim urokliwą podwodną szatą roślinną. Człowiek czuje się jakby pływał w akwarium. Jak ja mogłem tego nie pamiętać? Chyba to jednak nie wina cholesterolu, ale tego, że to był kurs OWD i ja niespecjalnie miałem czas podziwiać okoliczności przyrody. Skupiony byłem na ćwiczeniach i na walce ze sprzętem, z którym sobie wtedy słabo radziłem. Teraz odkrywałem to jezioro na nowo i byłem nim po prostu zachwycony. Jezioro poznałem od zachodniej strony, gdzie występują te malownicze łąki, przy czym zalogowane głębokości to zwykle 3-5 metrów i mówię wam, że głębiej schodzić nie ma sensu. Oczywiście można, ale tylko po to by odkryć, że nie ma tam praktycznie nic ciekawego. Wszystko co najfajniejsze jest bliżej brzegu i na głębokościach do 5 metrów. Bazę mieliśmy w położonym wyżej, lokalnym gospodarstwie agroturystycznym, które nie reklamuje się w Internecie i nastawione jest na przyjmowanie sprawdzonych gości. Miejsce urokliwe, ciche i spokojne, z którego krótkim spacerkiem dochodzi się do miejsca wodowania. Nurkować można spokojnie z plaż od zachodniej strony, obszerny dostęp do wody. Dużo dobrego opowiada się też o wschodniej stronie (dostęp z plaż przy ośrodkach wypoczynkowych, w lato płatnych, ale podobno warto) – głębokości rzędu 15 – 18 metrów. W najgłębszym punkcie jezioro ma 30 metrów. Mnie tam jeszcze nie było. Zobaczę, czy warto. Na pewno w najbliższym czasie marzę o nurkowaniu nocnym od zachodniej strony. Przygotowując opis posiłkowałem się artykułem mojego „Guru”, Rudiego Stankiewicza z Bestdivers.pl. Polecam lekturę jego opisu:

Jezioro Świętajno (Narty) – R. Stankiewicz

Narty „z zewnątrz”, foto – J. Cieślak

Jezioro Narty 2012