Wakacje z deszczami

Uf, uf… ufff…. Uffff. Dotarłem do tego momentu w życiu nurka, że potrzebowałem przerwy od nurkowania. Nurkolog milczał przez wakacyjne miesiące, gdyż Nurkolog – instruktor był całkiem zajęty. Nurkolog – instruktor odkrywał w czasie wakacji uroki życia instruktorskiego. Pracował, nurkował, rozwijał własną działalność instruktorską, zakładał działalność gospodarczą, poszukiwał klientów, tworzył oferty. To był dla mnie intensywny okres. Mówi się, że człowiek z własną „firmą” nie miewa wakacji. Ja muszę się przyznać, że jednak miałem. I były to wakacje od nurkowania. Po kilku tygodniach pracy miałem zaplanowany wypad z rodziną w Pieniny nad jezioro Czorsztyńskie. Przyznam się szczerze, że jechałem nań wielce uradowany, że odpocznę od nurkowania. Co zatem się działo ze mną przed wyjazdem?

Załapałem trochę fuszek od mojego guru, Rudiego. Poprowadziłem różne części kursu OWD w różnych częściach Polski. Do tego podłapałem swoich pierwszych klientów i poprowadziłem swoje własne pierwsze kursy pod moim własnym szyldem (oprócz Nurkologa doszło jeszcze GoDiving.pl). Sprawiedliwie jednak należy zaznaczyć, że to nie oznacza, że już zarobiłem straszne pieniądze, odpracowałem kosmiczne koszty kursu instruktorskiego i zaczynam żyć po królewsku. Coś zarobiłem, ale szału nie ma. Jest sporo nadziei na przyszłość, kilka rzeczy może wyjdzie, pewnie część nie wyjdzie. Niemniej jednak jestem pełen nadziei. Podoba mi się wybrana ścieżka. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja praca łączy się z moją pasją. Te pierwsze chwile, kiedy uzmysławiałem sobie – to jest moja praca, to jest moje miejsce pracy – leżę sobie na powierzchni jeziora Leleskiego, czekam na kolejnych kursantów i mam dookoła cudowne okoliczności przyrody. Przychodzi ta myśl do głowy „kurna, jestem w pracy!”. Wołam do ludzi na brzegu, którzy przyglądają się mi z rozbawieniem – ja tu pracuję! Ciężką mam pracę! Trochę zrozumienia!

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Nasz „domek” w Leleszkach.

Zostawmy jednak samo instruktorowanie. Dalej jestem też nurkiem. Odkrywam nowe miejsca w Polsce. Dalej się uczę i odkrywam nowe rzeczy w nurkowaniu. Tu się nic nie zmieniło w moim życiu. Na pierwszy ogień Leleszki i jezioro Leleskie. Baza Warszawskiego Centrum Nurkowego (WCNUR). Zaledwie sto osiemdziesiąt jeden kilometrów z centrum stolicy. Rzut beretem dla stołecznych nurków. Miejscowość typowo letniskowa. Rolnicze gospodarstwa niewidoczne, głównie same kwatery, pensjonaciki i agroturystyki. Ładnie, kolorowo, czysto i porządnie. Pensjonat Leleszki – nasza baza noclegowa – zgrabny i zachęcający do powrotu. Zabudowania starego pruskiego gospodarstwa odnowione i przystosowane dla gości w sposób bardzo zgrabny. Nie sposób nie polubić tego miejsca. Dodać należy do tego znakomite jedzenie, jakim nas tu karmią. Gospodarze zajmują się nami po królewsku, dokarmiają, przygotowują znakomity wieczór z grillem, oddają do dyspozycji porządny ekspres do kawy (niby mała rzecz, ale dla kawoszy coś genialnego), żywo interesują się gośćmi. Nad jezioro rzut beretem, ale my z tą ilością nurkowych bambetli musimy podjeżdżać autami. Nurkujemy z miejscowej plaży. Na miejscu jedna wiata, miejsce na ognisko i ławki. Nam to wystarczy w zupełności. Niestety wyjazd mam zaplanowany na gęsto. Z kursantami siedzę całe dwa dni w wodzie. Śmieją się ze mnie, że wyrosną mi skrzela, bo cały dzień wiszę w wodzie. Nie mam w związku z tym okazji pozwiedzać jeziora. Donoszą mi, że nie mam czego żałować. Wizura nie dopisuje. Nie ma co się uprzedzać. W tym roku nigdzie w Polsce szału nie ma. Jeziora dostają potężne lanie. Nad nami przechodzi co najmniej jedna spora burza. Nie skreślam jeziora. Dam mu jeszcze szansę, właśnie ze względu na odległość (nota bene, rzut beretem od moich ukochanych Nart) i noclegownię. Uwaga dla zainteresowanych zorganizowaniem wypadu nurkowego – weźcie pod uwagę, że w Pensjonacie, pomimo, że zorientowany na nurków, nie ma zestawu tlenowego (WCNUR dementuje informację, którą otrzymał Rudi na miejscu – zestaw jest w piwnicy), a lokalna sprężarka Gera nie jest super wydajna. Warto zabrać swoją do pomocy.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 2. (kubaCE) Dzielni kursanci przygotowują sprzęt.

Foto 3. (kubaCE) Briefing na powitanie.

Potem przenoszę się daaaaaaleko, daaaaleko stąd. Pod granicę niemiecką, gdzieś nawysokości Gorzowa Wielkopolskiego. Jezioro Lipie koło miejscowości Długie przed Dobiegniewem. Cholernie daleko dla mnie. Fajnie, że jest autostrada i mknie się zgrabnie (niestety, nie dość zgrabnie na odcinku Warszawa – Łódź, gdzie korki są codziennością). Jedziemy tam odkryć nowe potencjalnie nurkowisko dla Rudiego. Jedziemy. Jedziemy… Jedziemy i jedziemy. W końcu dojeżdżamy, jest już późny wieczór – jest jednak środek wakacji, dzień jest długi, słońce chowa się dopiero po dwudziestej drugiej. Ośrodek Wodnik. Nic specjalnego. Taki polski standard. Niedostatki w obsłudze, pokoje niby przyzwoite, ale zawsze coś gdzieś nie działa, nie domaga (prysznic), albo kuleje (smętnie zwisająca półka w łazience). Dostajemy pokój z dostawką. Dostawka ulokowana… w szufladzie od szafy… Kolega spał dosłownie w szufladzie. Ubaw mieliśmy po pachy. Następnego dnia odkrywamy jezioro i lokalną bazę nurkową. Jezioro z powierzchni robi miłe wrażenie. Malownicza miejscowość nad brzegiem, pozostała część linii brzegowej zajęta przez piękny las – nietrudno o skojarzenia z Łagowem. Ładnie, spokojnie, elegancko. Nie cicho, trwa lato, jesteśmy na „miejskiej” plaży. Rozkręca się już stanowisko letniego DJa, muzyka gra, a ja zaczynam czuć, że to nie mój klimat. Baza nurkowa zacna. Chłopaki goszczą nas elegancko, niczego nam nie brakuje. Ja mam zaplanowane zajęcia z OWD, więc znowu znikam pod wodą przy brzegu i nie mam możliwości zwiedzić jeziora. Brzeg mam piaszczysty, niby w porządku, niepokój jednak budzi ruch łodzi (w tym motorowych) w naszym pobliżu. Brak jasno wydzielonych stref ruchu dla łodzi i luzackie podejście sterników nie wpływa pozytywnie na nasz komfort nurkowania. Tym razem nie mam dużej ekipy kursantów, więc zajęcia kończę szybko. Drugi instruktor, Kuba, proponuje mi, bym w ramach rozrywki popłynął z kursantami AOWD na nocne. Będę miał okazję zobaczyć jezioro. Oczywiście się rzucam na tą okazję ponurkowania. Powstaje plan nurkowania po ósmej z zakończeniem przed dziesiątą w nocy – bo jakiś ważny mecz finału jakiegoś tam mundialu (totalnie nie śledziłem, jakieś lata wcześniej jeszcze coś tam od czasu do czasu pooglądałem, ale z czasem okrutnie mi to zbrzydło). Szkoda tylko, że jak się wynurzaliśmy to było jeszcze jasno. Używaliśmy latarek chyba bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Akwen niestety mnie nie oczarował. Nic specjalnego, wizura do tego słaba (ale to znów nie wina akwenu, ile kapryśnego lata), płynęliśmy do zatoki, gdzie miało być fajnie, wynudziliśmy się jednak okropnie. Musiałem się pilnować by nie zgubić automatu, bo tak mi się ziewać chciało. W końcu nie wytrzymałem i w drodze powrotnej zarządziłem wynurzenie. Nie chcę narzekać na to jezioro. Z pewnością lokalni nurkowie mają tu ubaw po pachy, jeżeli dopisuje wizura – ale z racji tego, że blisko mają do niemieckich kamieniołomów, chyba tak często nie goszczą nad jeziorem Lipie. Dla nurków z Polski centralnej to raczej strata czasu i pieniędzy. Już lepiej jechać do Łagowa, albo do Niemiec. Nurkowanie w jeziorze Lipie nie dostarcza żadnych nowych wrażeń dla znawców polskich jezior. Są w Polsce ciekawsze akweny i nie warto pchać się przez całą Polskę by poznawać uroki tego zbiornika.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 4 – 11. (kubaCE) Jezioro Lipie. Wesoła gromadka moich Owudziaków to ogromny plus tego wyjazdu.

Pomiędzy kolejnymi wyjazdami w nowe miałem okazję zajrzeć nad stare i znajome jezioro Piaseczno koło Łęcznej. Zrobiłem tam indywidualny kurs OWD (samo zakończenie). Na miejscu platformy, wszystko oporęczowane, jest co zwiedzać. Warunki wydają się idealne do przeprowadzenia kursu. Niestety, jezioro postanowiło zrobić nurkom psikusa i nażarło się sinic. Od siódmego metra w dół woda totalnie mętna. Gdzieś tam na dole poniżej nastego metra widoczność wraca. Jednak przejście przez warstwę zerowej widoczności to żadna przyjemność. W dodatku Przemo, naczelnik bazy Nureczno strasznie klął na pogodę – non stop oberwania chmur, zlewy i ulewy. To nie jest dobry rok dla tego jeziora, niestety.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Potwór z jeziora Piaseczno!

Po tym wypadzie przyszedł czas na moje osobiste AOWD na Zakrzówku. Nie będę się rozpisywać o walorach dobrze znanego wszystkim akwenu (już lepiej zrobił to mój dobry przyjaciel, mój współinsturktor Błażej – na stronie naszej grupy nurkowej Go Diving), choć nieco pozmieniał się pod wodą, a i ja miałem wreszcie okazję go sobie spokojnie pozwiedzać (dotąd wpadałem na Zakrzówek tylko w charakterze kursanta i niespecjalnie miałem okazję go porządnie zwiedzić). Doszły rury i samolot z „Koparek Jaworzno”, drewniany statek „Gruby” w końcu osiadł na dnie. Mieliśmy więc co zwiedzać ze współnurkami i wreszcie czułem, że akwen mam obcykany, aż napadła mnie myśl, że nie bardzo mam pomysł, co dalej w nim zwiedzać.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 13 – 17. (kubaCE) Zakrzówek, wycieczki i AOWD.

Właśnie na tym etapie kończyłem mój maraton nurkowy i udawałem się na rodzinny urlop myśląc o tym, jak przyjemnie będzie rzucić sprzęt nurkowy w kąt i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście stan ten nie trwał długo, już po tygodniu zacząłem kombinować, gdzie tu zanurkować. Jednak od początku urlopu lało często i gęsto. Na dobitkę dopadł mnie okrutny wirus, pognębił gorączką, kaszlem i paskudnym katarem. Moje plany, by dać nura w jeziorze Czorsztyńskim, poszły precz. Zaraz potem jednak przemieszczałem się ze swoim synem w region suwalski by tu spędzić kilka dni z moimi rodzicami. Sprzęt miałem w pogotowiu czując, że tym razem nur będzie nieunikniony. Nie tak daleko w końcu miałem do Hańczy, nie tak daleko miałem też do innego akwenu, który chodził mi po głowie. Lata temu mój guru napisał o niewielkim, uroczym jeziorze skrytym w lasach. O jeziorze krystalicznie czystym, nieskalanym cywilizacją. O boskich podwodnych łąkach, o bogactwie podwodnego życia, o niesamowitej wizurze.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 18 – 21. (kubaCE) „Fatalna” wizura w jeziorze Staw.

Jezioro Staw. Tyle razy sobie obiecywałem, że tu zanurkuję. Tyle razy bywałem gdzieś w tych okolicach, albo przejazdem, a jednak nie zajrzałem nad nie. W końcu rozpocząłem przygotowania. Odszukałem jezioro na mapie. Na mapie wygląda to już mniej romantycznie niż w opisach Rudiego. Jezioro jest praktycznie przedłużeniem jeziora Wigry, a dookoła mamy co najmniej dwie spore miejscowości – Płociczno – Tartak i Gawrych – Ruda. Moja wizja odkrywania dzikiego jeziora w środku lasu legła w gruzach – brutalna rzeczywistość. Nic to, z miejsca wypoczynku miałem do jeziora jakieś czterdzieści kilometrów. Zapakowałem sprzęt, mojego syna, siostrzenicę i mojego brata. Dzieciaki miały się doskonale ukąpać, a brat występował w roli opieki do dzieci. Ruszyliśmy. Pogoda nie zapowiadała się na rewelacyjną, gorzej – jak tylko dotarliśmy nad jezioro, zaczęło padać. Najpierw dotarliśmy w opisany punkt zejścia do wody prosto z drogi. Po jednej stronie gospodarstwo rybne, po drugiej stronie drogi jezioro. Zejście w samym szczycie jeziora z widokiem na jego strome, zalesione zbocza. Jezioro niezbyt duże, ale urokliwe. Cała linia brzegowa to strome zbocze, więc nad brzegiem nie straszą żadne zabudowania. Dookoła tylko las. Wygląda to naprawdę sympatycznie, niestety nasze miejsce nie zachęca do wejścia do wody. Gęsta rzęsa na wodzie i śmieci na brzegu. W dodatku ten deszcz. Wsiadamy do auta i ruszamy na objazd jeziora. W ten sposób próbujemy przeczekać deszcz. Najpierw zwiedzamy wschodni brzeg. Kilka gospodarstw i gęsty las. Nie wykryłem żadnego ogólnodostępnego zejścia do wody. Objeżdżamy jezioro i wracamy do miejscowości, badamy lokalne uliczki idące w stronę jeziora. Jedna z nich prowadzi nad brzeg skarpy, dalej wąska ścieżynka schodzi ostro w dół i niknie między drzewami. Zostawiam auto i idę na zwiad. Dochodzę do lokalnej dzikiej „plaży”. Uwielbiam takie miejsca. Brzeg skryty w cieniu drzew. Las jednak niezbyt gęsty, nie z tych mokrych i zarośniętych. Woda… Szok. Kryształ. Przecież świeżo padało! A tu widać pod wodą wszystko. W dodatku to dno. Sam piaseczek i drobne kamyki. Łagodnie opadające dno, przy brzegu płytko. Dla dzieciaków miejsce idealne. Zakładamy obóz a ja lecę po sprzęt. Ubieram się prędko i wskakuję do wody. Jest dopiero co po deszczu a wizura jak w lepsze dni na jeziorze Narty, albo w przeciętne dni w kamieniołomach typu Piechcina czy Zakrzówka. Pamiętam opis Rudiego, który tłumaczy niesamowitą klarowność wody obecnością licznych podwodnych źródeł zasilania jeziora. Schodzę na chwilę głębiej, płynę w pojedynczej piance bez rękawic więc od razu wyczuwam granicę termokliny na pięciu metrach. Docieram na osiem metrów. Jedynymi oznakami tej „znacznej” głębokości jest chłód wody i ubogość szaty roślinnej. Nie ma jednak żadnej ciemności, ani krajobrazu księżycowego. Wracam nad termoklinę i zwiedzam okolice. Oczom nie wierzę. Trawy, rdestnice takie i owakie, moczarki, inne piękne podwodne rośliny, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Gąbka słodkowodna do tego. Po dłuższej chwili wpadam na pomysł by jednak trzymać się bliżej brzegu, samych płycizn, bo właśnie tam jest najciekawiej – szczupaczki, szczupaki i szczupaczydła. Powalone drzewa, konary i inne dekoracje podwodne skryte w cieniu drzew zwisających nad wodą. Ach, ten kolor wody! Coś cudownego! Przełączam kamerę GoPro na wyższą rozdzielczość i filmuję jak wariat. Wynurzam się po półgodzinie i dopytuję pozostałych, czy już mają dosyć i mam kończyć. Nie, im też się tu podoba. Znikam dalej, idę w drugą stronę. Całe jezioro tętni życiem i zachęca do zwiedzania. Gdzieś tam, w stronę jeziora Wigry, rozciągają się całe łąki gąbek słodkowodnych, o których pisał Rudi. Ja spotykam ich niewielkie skupiska, ale widok robi wrażenie. Do tego bardzo przystojny król Szczupak Wielki. Nieśmiały. Nie daje sobie zrobić porządnego zdjęcia. Nie to co zielonkowskie szczupaczydła z parciem na szkło. Wychodzę z wody z żalem i już planuję, kiedy tu wrócę. Siadam do planów, we wrześniu chcę tu wrócić z większą grupą.

Potem jeszcze powtórka Zakrzówka – kolejny kurs AOWD. Zaczynam się czuć na Zakrzówku jak w domu. Fajne to miejsce, dobre do prowadzenia kursów. Z ogromną przyjemnością nurkuje się tutaj w tygodniu. Wiaty wolne, butle ładuje się w kilka minut, jest gdzie stanąć autem tuż przy wiacie. Brakuje Pana Kiełbaski, ale ja za nim i jego kuchnią nie tęsknię. Wyjazd sobie bardzo chwalę, doskonałych kursantów mam, bawimy się w wodzie doskonale, do tego pysznie się obżeramy w Karczmie Rzym. Wracam wypoczęty i zrelaksowany. Zrzucam logi z komputera nurkowego na komputer stacjonarny. Dive Manager pokazuje mi, że załadowałem w sumie ponad 50 nurkowań. W sumie wykonałem w tym roku więcej zanurzeń niż przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, część logów będę musiał zsumować – siedzenie w wodzie przez cały dzień potraktuję jako jedno nurkowanie… 🙂

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 22 – 26. (kubaCE) I znowu Zakrzówek!

Co w najbliższym czasie chciałbym tutaj wrzucić? Mam już kilka przemyśleń o sprzęcie, na którym nurkuję. Mam sprecyzowane wizje dalszego rozwoju (nie tylko jako instruktor, ale także jako nurek). Wciąż nie zrealizowałem marzeń i planów na temat oświetlenia do video. Sprzętowo ostatnio niespecjalnie się rozwinąłem. Najważniejszym zakupem był zakup suchego skafandra na początku tego sezonu nurkowego i potem praktycznie nic. Poczyniłem za to pierwsze zakupy w imieniu moich kursantów i znajomych. Postaram się wkrótce naskrobać kilka słów na ten temat jak i na temat mojego wyboru suchego skafandra.

Jezioro Piaseczno

Jezioro Piaseczno koło Łęcznej, prawie czterdzieści metrów głębokości, osiemdziesiąt sześć hektarów powierzchni, długie na półtorej kilometra, a szerokie – na prawie kilometr. Od północy i zachodu linię brzegową wyznacza las, pozostałą część brzegu zajmują zabudowania Kaniwoli. Jest tu cicho, spokojnie. Dla Lublinian jest to na pewno ważny punkt rekreacyjny, nurkowie szczególnie sobie go upodobali ze względu na bliskość i warunki podwodne. Dla nas, ludzi z Warszawy i okolic też daleko nie jest – dwieście kilometrów, da się zorganizować całodniową wycieczkę z dwoma nurkowaniami. Wyskakujemy z Warszawy na Lublin, za Rykami odbijamy na Kock, zaczynamy podróż lokalnymi, mocno pofalowanymi drogami (czasami czułem się jak na pełnym morzu przy mocniejszym wietrze). W Kocku kierujemy się na Łęczną, ale nie dojeżdżamy do niej, tylko przez Ludwin docieramy do Kaniwoli. A za Kaniwolą szukamy dojazdu do jeziora. Jednym z doskonałych miejsc dla nas, nurków, będzie baza nurkowa u Przemka Widomskiego, nureczno.pl. Jedna z piaszczystych dróg odbijających od głównej drogi prowadzi do jego gospodarstwa. Prosta wiejska chałupa, specjalnie żadnych reklam – dość ciężko tu trafić, ale pomęczyć się warto. Na miejscu sprężarka, możliwość noclegu, ławy, stoły, gastronomia. Wychodzimy przez furtkę na lokalną plażę i już mamy dostęp do nurkowiska od południowo wschodniej strony jeziora. Jezioro charakteryzuje się naprawdę dobrą widocznością – do termokliny średnio do dwóch, trzech metrów, jak różni pływacy i nurkowie za mocno nie nakopią, poniżej termokliny zaczyna się bajka nawet do siedmiu, ośmiu metrów widoczności, oczywiście spadająca mocno po przepłynięciu kilku mniej wprawnych nurków grabiących sprzętem dno. Pod wodą znajdziemy kilka atrakcji zatopionych pod wodą – wszystkie oporęczowane, idzie się do nich jak po sznurku do kłębka. Znajdziemy pod wodą wrak holownika, kajaki, platformy do ćwiczeń.

jez.piaseczno

Na naszą wyprawę eksploracyjną wybrałem się ze sprawdzoną paczką znajomych partnurów i rodziną. Dla rodziny była to doskonała okazja by złapać trochę słońca i pokąpać się w dobrze już nagrzanej wodzie. O tyle udana jest baza Przemka, że dzika plaża przylega do nurkowiska, więc nienurkujący uczestnicy wyprawy nie muszą się specjalnie oddalać od nas. Z kolei plażowicze i pływacy nie mieli wpływu na komfort nurkowania i widoki pod wodą. Ryby nie uciekały specjalnie – praktycznie przy plaży, w pobliskich szuwarach natchnąłem się na małe grupki zawsze ciekawskich okoni, małe ławice jakichś niezidentyfikowanych rybek, kilka sumików karłowatych dało się sfilmować niespecjalnie przejmując się moją obecnością. Na pierwszego nurka zaplanowaliśmy wizytę na wraku holownika. Trasa nie jest specjalnie skomplikowana. Do pierwszej platformy ćwiczebnej, z niej poręczówką na północny zachód, na głębokości około czternastu metrów odbijamy od poręczówki w prawo i dopływamy do kolejnej. Ta już prowadzi nas prosto do holownika. Z tym, że my nie docieramy do holownika, bo mniej więcej na głębokości czternastu metrów jeden z nurkujących sygnalizuje problem z automatem. Pytamy, czy chce skorzystać z naszych zapasów. Nie. Przeszedł już na alternatywny automat, ale zawraca. Decydujemy się eskortować go w drodze powrotnej. Chłopak chyba nie jest pewny, czy dobrze go zrozumieliśmy, bo kilka razy nam sygnalizuje, że może wynurzyć się sam, ale my odmawiamy. Docieramy do platformy na pięciu metrach, tu stajemy na przystanek bezpieczeństwa. Korzystam po raz pierwszy ze swojej tabliczki do pisania – najnowszy zakup. Niby kawałek plastiku z ołówkiem, ktoś by pomyślał, że to przydaje się tylko na ćwiczeniach, ale proszę, jednak może się niemal od razu przydać. Nurek pisze, że automat podaje wodę. Ustalamy, że stąd już sam się wynurzy a my pójdziemy jeszcze na krótką wycieczkę. Odprowadzamy go wzrokiem do powierzchni i ruszamy na kajak. Drogi dokładnie nie pamiętam, ale to była chyba poręczówka skręcająca bardziej na zachód. Kajak nie jest może oszałamiającym artefaktem, w środku obowiązkowy manekin, ubranko. Dla mnie to nie jest cel nurkowania, ani atrakcja. Wracamy meandrując nad szarym dnem nie oferującym żadnych ciekawych widoków, dopiero nad termokliną pojawiają się rośliny i zaczyna pojawiać się życie. Kończymy nurkowanie. Czas nabić butle, odpocząć i dowiedzieć się, co z tym automatem się działo. Na powierzchni pogoda dopisuje, rodzina moczy się w wodzie, albo dla odmiany pracuje nad opalenizną. My też korzystamy z pogody, grzejemy się, dożywiamy. Z automatem, tutaj uwaga dla wszystkich przyszłych posiadaczy swoich własnych automatów, wyszła prozaiczna sprawa. Proszę sobie wbić do głów i nigdy, ale to przenigdy nie lekceważyć zaleceń co do przeglądów sprzętu. To jest sprzęt, od którego zależy nasze bezpieczeństwo i życie. Takie przykłady pokazują, że lenistwo, albo chwila zapomnienia może kosztować nas sporo. Automaty nie przeszły przeglądu od dwóch lat. Kolega wcześniej regularnie, co roku, wykonywał przeglądy, potem zrobił sobie przerwę w nurkowaniu i tym samym nie przyszło mu do głowy zrobić przegląd. Sprzęt przeleżał na sucho cały sezon, a więc tym bardziej wymagał przeglądu na początek tego sezonu. Tym razem skończyło się bez specjalnych problemów, kolega musiał zrezygnować z kolejnego nurka i zaraz po powrocie oddał automaty do przeglądu. My z kolei wróciliśmy do wody by w końcu zaliczyć holownik. Nurkowanie zaczęliśmy od wizyty w szuwarach u sumików karłowatych, potem popłynęliśmy prosto na holownik. Każdy debiutant ma swój pierwszy wrak przed oczami. Ja wciąż czekam na ten swój pierwszy. To, co dotąd widziałem, to zakrzówkowe „atrakcje” i inne zatopione celowo jednostki. Niemniej jednak okoliczności nurkowania mogą sprawić i w tym przypadku sprawiły, że nurkowanie na holowniku będę jeszcze długo wspominał bardzo przyjemnie. Warunki mieliśmy znakomite, trochę światła docierało z góry, przejrzystość była całkiem do rzeczy. Holownik stał sobie dostojnie w swoim zagłębieniu. Oczyszczony z wszelkich elementów metalowych, wyposażenia –  praktycznie goła skorupa. Na nadbudówce ktoś ustawił piękną ogrodową rzeźbę przedstawiającą żabę. Nie omieszkaliśmy wykonać zdjęcia pamiątkowego z żabą. Aparat pożyczyliśmy od już nienurkującego kolegi. Niezbyt skomplikowany, ale całkiem przyzwoity aparat w wodoszczelnej obudowie. Ja tym razem nie miałem sprzętu do filmowania, kamerę miałem, ale bez porządnego światła. Stąd chętnie pozowałem do zdjęć. Z tym, że dopiero po kilku zdjęciach zorientowaliśmy się, że z aparatem coś nie tak. Czy na obiektywie powinna spoczywać taka ładna czerwona pokrywka Kolega spojrzał na pokrywkę, spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w życiu o mało nie wyplułem automatu ze śmiechu. Pokazał wymowny gest pukania w głowę. Tym razem bez pokrywki powtórzyliśmy serię zdjęć, jeszcze tylko stanąłem na nadbudówce i rozłożyłem ręce by sprawdzić jak się czuł Jack Dawson na Titanicu krzycząc, że jest królem świata. Nie poczułem niestety takiej ekscytacji, zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Zaczęliśmy więc powrót do brzegu. To było bardzo przyjemne nurkowanie, zakończone jeszcze myszkowaniem w litoralu, ściganiem rybek i krótkim filmowaniem „przelotu” nad roślinnością. Po równej godzinie wyszliśmy z wody bardzo usatysfakcjonowani tym nurkowaniem. Z pewnością będę chciał powtórzyć nurkowanie w jeziorze Piaseczno, bardzo spodobały mi się okoliczności tego nurkowania, otoczenie jeziora i samo jezioro. Do sprawdzenia są jeszcze dwie bazy nurkowe położone nad jeziorem, ciekawe, z jakimi atrakcjami pod wodą? Na pewno warto będzie dotrzeć do najgłębszego punktu w jeziorze, do którego też można dotrzeć po poręczówce.