Mazowieckie nury

Czorsztyńskie

Ostatnimi czasy nie za dużo miałem okazji do czysto rekreacyjnych nurów. Po przejściu przez mordownię w postaci kursu instruktorskiego praktycznie zdołałem tylko dać nura w Jeziorze Czorsztyńskim (wyjątkowo podła wizura po tygodniu ulew, strasznie się wkurzyłem, bo chciałem pochwalić się przed znajomymi fajnym akwenem, a tu totalne mleko pod wodą) i resztę nurów zaliczyłem tu, niemal pod domem, czyli w mieście stołecznym Warszawa. Po pierwsze, w końcu miałem okazję sprawdzić Fort Zbarż.

DCIM100GOPRO

fortzbarz_planFort Zbarż to bardzo wdzięczna kałuża (tak się już przyjęło nazywać akweny, w których my, GEPNowcy, nurkujemy). Położona w samym sercu miasta, na Okęciu, tuż obok nowej „ekspresówki”. Dojazd ulicą Wirażową, auto stawiamy na parkingu przy budynku rozdzielni, tu także możemy się przebrać. Jest to o tyle genialne miejsce, że nocne tutaj są stu procentowo komfortowe. Latarnie przy parkingu oświetlają przebierających się, wszystko widać. Parking jest elegancki, wyłożony „ulubioną” kostką, więc jest gdzie się rozłożyć na płaskim i (w miarę) czystym ze szpejem. Żadnego stania w błocku, jak leje, żadnego poszukiwania sprzętu w trawie. Potem dwa kroki do wody i siup, znikamy pod wodą.

DCIM100GOPRO

Pod wodą akwen ma sporo do zaoferowania, choć nie jest zbyt głęboki. W zbadanej części do czterech i pół metra. Jest to jego naczelna wada. Nie mam nic przeciwko płytkim zbiornikom, ba, nawet je bardzo lubię. Jednak jeżeli jest to nieduży zbiornik i nie ma zdolności do szybkiego samooczyszczania, byle deszczyk powoduje, że wizura robi się kibelkowata. I właśnie tak miałem przy każdym z dwóch nurków, jakie tam ostatnio oddałem. Wciąż daję szansę zbiornikowi, bo jest ładnie położony, ma atrakcje pod wodą i przy wodzie. Jest w nim zatopiona żaglówka, jest sporo pozostałości po zabudowaniach, pod wodą wciąż na coś można się natknąć. Jednym z zaskakujących artefaktów, zdecydowanie współczesnych, była wanna z hydromasażem. Długi czas o tym dyskutowaliśmy z różnymi nurkami, że ludziom się chce poświęcać swój czas i energię by dotaszczyć taki kawał złomu do wody i tu to utopić. Wanna w pełni akrylowa, więc nie mam pewności czy poszła tak łatwo na dno. No nic, generalnie smutne jest to, że ludzie traktują zbiorniki wodne jako magazyny na rzeczy, których nie chcą oglądać. Nie dotyczy to tylko Mazowsza. Zostawmy jednak wannę, wróćmy do atrakcji – jest żaglówka, są zwalone drzewa, jest i bogate życie – dość łatwo spotkać dorodnego szczupaka. Dużą atrakcją są tak zwane koszary szyjowe, w których stoi woda. Zbyt daleko wpłynąć się nie da, nie ma tam też jakiejś znaczącej głębokości – ledwie dwa metry. Jest to dość niebezpieczne miejsce, w które wpływamy tylko w kasku. Wynurzyć, wynurzymy się w każdym miejscu, ale nieopatrzne dotknięcie ręką cegieł uzmysławia nam jak krucha jest to konstrukcja – cegły i zaprawa, które miały częsty kontakt z wodą, po prostu rozsypują się w rękach. Jest to jednak jedyne w swoim rodzaju miejsce nurkowe, drugiego takiego nie znajdziemy. Miejsce nie ma aktualnie żadnego przyznającego się do akwenu opiekuna. Trafiają się wędkarze, ale żadne koło tutaj oficjalnie nie działa. Teren należy do Agencji Mienia Wojskowego, ale wszyscy zaznajomieni z tematem zgodnie donoszą, że sama Agencja nie chce przyznawać się do miejsca, bo nic z nim specjalnie nie da się zrobić bez ogromnego nakładu pracy. Akwen powstał z wód podskórnych, których poziom kiedyś był sztucznie obniżany z pomocą sąsiadującej „fosy”. Połączenia między zbiornikami zarosły i się urwały, woda podeszła i tak już zostało. Co ciekawe, doniesiono nam, że owa „fosa” to też fajne miejsce, bo można złapać i z dziesięć metrów i wizura niezgorsza. Koledzy ograniczyli się do spuszczenia kamery, nic nie zarejestrowali i póki co nikt nie jest w stanie potwierdzić jaki jest stan tego drugiego zbiornika.

DCIM100GOPRO

Uważam, że Fort ma potencjał i może być fajnym nurkowiskiem, o ile pogoda będzie dopisywać. Mnie pokarała i dwa razy nurkowałem po niedawnych opadach. Za pierwszym razem na nocnym coś jeszcze było widać, za drugim razem – na dziennym nurku już czasami było tragicznie (ale wannę zdołaliśmy znaleźć!). Oba nurkowania organizowałem pod szyldem GEPNu. Na obu pojawili się stali bywalcy GEPNowskich nurkowań, z którymi mi się zawsze miło zwiedza mazowieckie kałuże, tłumów jednak nie było, jakby je pogoda lekko odstraszyła. Tym bardziej byłem mile zaskoczony frekwencją, kiedy skrzyknąłem nurkowanie w Zielonce.

DCIM100GOPRO

Zwiedzanie Zielonki obiecałem kilku osobom, które zabrałem ze sobą na Czorsztyńskie. Obiecałem im fantastyczną wizurę i w duchu tylko marzyłem, by pogoda była tym razem łaskawa. Zielonka jest bardziej odporna na deszcze i lepiej znosi ulewy, niemniej jednak każdy deszcz odciska jakieś swoje piętno na wizurze. Data została wyznaczona, pogodę prognozy obiecywały znośną, ogłoszenie na GEPN poszło, że robimy nura w weekend. Z mojej strony spodziewałem się około sześciu nurków i mogłem tylko zgadywać, ilu pojawi się nurków na ogłoszenie GEPNowskie. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu pokazało się trzynastu gotowych na nurkowanie, kilku z „opcją nurkowania” (w końcu na ich nieszczęście nie zdecydowali się zanurkować) i kilka osób towarzyszących. Potem jeszcze dotarł jeden spóźnialski nurek, kiedy my już bąbelkowaliśmy pod powierzchnią. Widzę, że popularność akwenu rośnie i nie dziwota, jest to obecnie najbardziej atrakcyjny nurkowy akwen w naszej stołecznej okolicy.

DCIM100GOPRO

Tym razem na brzegu dopisali także wędkarze, których staraliśmy się nie denerwować swoją obecnością. Dobrze żyjemy z zielonkowskimi wędkarzami i nie chcemy sobie psuć stosunków z nimi. Wybraliśmy więc wolne miejsce na wejście do wody, podzieliliśmy się na zespoły i zniknęliśmy pod powierzchnią. Uff, co za ulga. Wizura całkiem pyszna, jest co oglądać, ryba też chodzi, nigdzie się nie chowa. Od razu na dzień dobry dorodny szczupaczek. Szczupaki chyba się już do nas przyzwyczaiły. Nie zwiewają od razu na nasz widok. Tak jakby zdawały się mówić na nasz widok: „O, znowu te dziwne ryby z dziwnymi wypustkami na plecach i wielkimi oczami, produkujące straszliwą ilość bąbli”. Postoją, popatrzą na nas, dadzą się opłynąć, czasem udają, że są tylko szuwarem, że to wcale nie ryba. Jak już się zorientują, że nie daliśmy się nabrać, albo poczują, że nasza obecność jest dość irytująca, wtedy jeden strzał płetwy i tylko widać kłębek drobinek unoszących się w wodzie w miejscu, gdzie przed chwilą stał szczupak. Nurkowałem tym razem z Pawłem, obaj uzbrojeni w małe kamery buszowaliśmy między gęstwinami zielonkowskiej zieleniny w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Zabrnęliśmy aż pod drugi brzeg, pokręciliśmy się po jeziorze regularnie gubiąc kierunek (w Zielonce często sobie pozwalam na ten luksus, do powierzchni blisko, wystarczy łeb wystawić na sekundę by zorientować się, którędy do domu), odkryliśmy tym razem tylko jednego raka i żadnych innych ciekawych potworów nie spotkaliśmy. Szczupaki dopisały jeszcze dwa, ale to już taki nasz zielonkowski standard, więc o czym tu się rozpisywać. W zielonkowskiej wodzie można siedzieć ile wlezie, póki butla się nie skończy, albo póki skóra z człowieka nie zejdzie (przeszedłem z ligi piankowców do ligi sucharów, więc ten problem mi odszedł). Spędziliśmy więc dobrą godzinę i zaczęliśmy powoli zwijać się do brzegu, jeszcze czekając na pozostałych, z którymi się umówiliśmy, że po godzinie chcemy zobaczyć wszystkie zespoły na powierzchni. W tym momencie nadeszły paskudne chmury i lunęło. Niespecjalnie nam to przeszkadzało, ale co poniektórzy musieli przebrać się z pianek (w wodzie nie zmarzli, bo już miała naście stopni). A że wystąpił urzekający widok ulewy na wodzie połączony z promieniami słońca przebijającymi się na chmury na horyzoncie, szybko jeszcze ciachnąłem kilka zdjęć przy brzegu. Z wody jednak kiedy wyleźć trzeba. Wyłaziłem z niej w pełni usatysfakcjonowany, wiedziałem, że mam kolejnych fanów akwenu na swoim koncie, już tylko czekać aż urządzimy tam nocnego nura, który jest specjalnością zielonkowskiej glinianki!

DCIM100GOPRO

Od zera do „Owsika”

Skłamałbym, gdybym powiedział, że pamiętam to jakby to było dziś. Jednak dość dobrze umiem umiejscowić to wspomnienie w czasie. Był dziewiętnasty maja dwutysięcznego trzeciego roku. Miałem dwadzieścia trzy lata i właśnie wracałem z weekendu spędzonego nad jeziorem Narty. Byłem szczęśliwy jak nigdy, właśnie wracałem jako świeżo upieczony nurek OWD. Podróżowały ze mną jeszcze dwie nowo certyfikowane nurczynki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, co dalej. Pamiętam, że już wtedy padło to słynne „pewnego dnia będę instruktorem nurkowania”. Jedna z koleżanek też złożyła taką obietnicę. Nie pamiętam już ich imion, nasze drogi się rozeszły. Siedzę przed komputerem, z lewej leży mój certyfikat OWD. W kuchni, na lodówce wisi dyplom potwierdzający, że trzynastego kwietnia tego roku pomyślnie zdałem wszystkie egzaminy kończące kurs IDC (Instructor Development Course) i potwierdzające, że od teraz mogę uczyć innych jak nurkować. Wciąż przed oczami mam ten moment, kiedy włoski egzaminator, bardzo sympatyczny (co zaskakujące – świetnie mówiący po angielsku, co zabawne – okrutnie przypominający mi nieśmiałego właściciela sklepu z komiksami w serialu „Big Bang Theory”) Marco ściska moją rękę i mówi „Congratulations, Open Water Scuba Instructor”. Najważniejsze słowa dla mnie. Kończące pewien etap w życiu, zamykające długą drogę od marzenia do realizacji, otwierający nową, zapewne równie trudną część życia przede mną. W końcu wymyśliłem sobie, że z tego bycia OWSIkiem da się utrzymać. Może wtedy, w dwutysięcznym trzecim było to dość oczywiste, teraz – coś jakby mniej. Instruktorów jest jak psów, pieniądze nie leją się z nieba, hasło „kryzys” wciąż ochoczo hula sobie po rynku, choć już chyba co najmniej rok temu oficjalnie odwołano tą imprezę. Czemu ja więc jak osioł uparcie dążyłem do swojego celu, wydając okrutnie nieprzyzwoite kwoty pieniędzy na ten temat, skreślając poważną liczbę cyferek ze swojej prywatnej świnki skarbonki, która miała mi zapewnić dostatnie życie emeryta? Bo człowiek żyje po to by realizować swoje marzenia. Jednym z moich marzeń było zostanie instruktorem nurkowania. Właśnie przy nim teraz mogę postawić „fistaszka” – właśnie to odfajkowałem. Wiecie, jak fajne jest to uczucie? Jest taka dość banalna i patetyczna fraza umieszczona na początku podręcznika instruktora PADI „To, co dostajemy pozwala nam żyć, ale to, co dajemy nadaje życiu sens”. Tak powiedział/ napisał imć Winston Churchill. Niegłupie nawet i właśnie ja teraz czuję, że życie ma sens. Czy zmieni to mój stosunek do tego bloga, czy wpłynie to jakoś na bloga? Niespecjalnie, wcale nie uważam, że ów dyplom spowodował nagle, że już wiem wszystko o nurkowaniu, nurkuję świetnie i mogę teraz wszystkim mówić jak mają nurkować. Wciąż się uczę, wciąż będę się uczył, poprawiał swoje techniki, trenował, kupował, wymieniał sprzęt i tak dalej, i tak dalej. Tyle jeszcze jest rzeczy do poznania, zobaczenia i opisania. Z pewnością nie zabraknie mi tematów do opisywania. 10175905_842489205768486_2029824555_o

Kurs i egzamin kończący to była dla mnie prawdziwa droga przez mękę. Dawno nie musiałem zdawać egzaminów, a nie jestem fanem takich wrażeń. Stresu było dużo. Generalnie do testów z wiedzy przygotować się jest łatwo (ale ja nigdy dobrym uczniem nie byłem, ciężko mi idzie „siadanie do książek” i długo nad nimi nie wytrzymuję), ja jednak pietra miałem przed wszystkimi częściami praktycznymi egzaminu, gdzie nawet najlepsze przygotowanie nie zapewnia stu procent pewności przejścia. Łatwo jest pomylić jakąś sekwencję ćwiczenia, z nerwów zapomnieć o jakimś elemencie demonstracji. Sporo potu i nerwów mnie kosztowały części praktyczne. Piotrek Kędzia dawał z siebie wszystko w trakcie dwóch tygodni nauki, przygotował nas dobrze do egzaminu, spędzając z nami całe dni od rana do… kolejnego rana czasami. Wracaliśmy z basenów o trzeciej, o czwartej nad ranem. Wypluci, wypruci, wymęczeni. Jechaliśmy potem na kolejne zajęcia, z niesłabnącym entuzjazmem i energią. Zdawaliśmy kolejne testy sprawdzające nasze przygotowanie do egzaminu. To były najbardziej intensywne dwa tygodnie nauki, jakie przeżyłem w swoim życiu. W piątek przed egzaminami ruszyliśmy na Kraków. Do hotelu dotarliśmy koło północy by zameldować się o 7:30 w sobotę na rozpoczęciu egzaminów. Już i tak byłem totalnie wybity z normalnego rytmu spania, niespecjalnie mi przeszkadzało to, że realnie przespałem wtedy może z pięć godzin. Adrenalina buzowała od samego rana. Pamiętam, że jak już kończyłem sobotnie zajęcia wiedząc, że wszystko poszło dobrze, wiedziałem, że niedzielne zajęcia na wodach otwartych to już formalność, że już jestem jedną nogą instruktorem. Bezczelne to było przeczucie, jednak tak właśnie się czułem – skoro wykłady i baseny ogarnąłem, na wodach otwartych będę się musiał mocno postarać by to spartolić. Sobotnia noc była pierwszą kiedy porządnie się wyspałem. W niedzielę miałem wylosowane dwa dość złożone ćwiczenia do poprowadzenia – CESA przy linie i oddychanie z octopusa. Oba jednak już miałem mocno przetrenowane, układ znałem, plan poprowadzenia miałem w głowie. Poszło tak szybko, że się nie zorientowałem nawet jak już wracałem do brzegu. Tutaj tylko szybka prezentacja podejmowania nieprzytomnego nurka z powierzchni, rozebranie go ze sprzętu i doholowanie do brzegu z prowadzeniem sztucznego oddychania i już wyłaziłem z wody by robić odprawę końcową. Kilkanaście minut później już wręczano dyplomy, gratulacje, zdjęcia, uśmiechy i ten niesamowity moment, kiedy cały stres z człowieka schodzi. Kiedy dociera do ciebie pierwszy raz ta myśl: zdałeś, jesteś już instruktorem nurkowania.

10006195_10201800611357935_2107985383307111448_n

Koparki z kiełbasą w tle

koparki 146

fot. Błażej Kabziński. Pierwsze zanurzenie w nowym sucharze, z nowym ocieplaczem w wodach otwartych. Lekko niedoważony.

Poznawanie polskich akwenów, ciąg dalszy. Z jakiegoś powodu od dłuższego czasu żyłem w głębokim przeświadczeniu, że kamieniołom w Jaworznie ze swoimi słynnymi koparkami jest mekką dla nurków technicznych. Miejsce, gdzie mogą testować swoje techniczne umiejętności, wyliczone czasy, ustalone przystanki, sytuacje awaryjne i ich okiełznanie, wydawało mi się, że musi być miejscem nieziemskim. Na myśl o koparkach myślałem o jakimś połączeniu jaskini Boesmansgat z wielkością Hańczy i urokiem Piechcina z Zakrzówkiem razem wziętych. Bezkresna głębia i super „techniczne” warunki.    koparki 151

foto. Błażej Kabziński. Ładna gąsienica podwodna.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Kopara opada przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Się aż nurek z wrażenia przewrócił.

Byłem bardzo mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Koparki ledwo dobijają do 18 metrów. Jak to? 18 metrów? Toż to powinna być mekka dla owudziaków. Nawet jakby się znalazł jakiś renegat i próbował złamać limit nurkowania OWD, mógłby co najwyżej ostro zaryć w dno. Do tego jest to mikrozbiornik z bardzo wysokiej czystości wodą. W kiepskie dni (czyli takie, jak teraz na przykład) wizura spada do „marnych” pięciu metrów. Trudno jest się tu zgubić, przy dnie zawsze jest światło, jest miło i sympatycznie. Jak się ktoś zawieruszy, to znaleźć go nietrudno. Cały zbiornik można dziarskim tempem opedałować w jakieś trzy kwadranse. Snując się okropnie, pewnie w godzinę do półtorej (zatrzymując się przy każdym kamieniu i studiując jego strukturę). Wielką atrakcją są same koparki, a raczej Koparki. A nawet KoparKi. Wielkie, majestatyczne gigantomachiny, mechagodzille pod wodą. Robią wrażenie, są wdzięcznym tematem zdjęć i magnesem dla nowych nurków. Rezydentom było jednak mało, nie odpuszczono sobie dodania kilku atrakcji już po zalaniu (kamieniołomu) – jest i samolot, jest i pół/ ćwierć/ jedna ósma Poloneza Caro. Ja jednak nie jestem fanem takich bajerów. Same kopary jako element, który znalazł się tam zanim zbiornik się zalał dokumentnie, są jak najbardziej na miejscu. Dodano także wygodne platformy na powierzchni, celem zejścia do wody (łagodnego zejścia nie uświadczycie, od razu głęboko) i platformy po wodą, celem wygodnego leżakowania na 5m.

koparki 165

foto. Błażej Kabziński. Podryw na platformie.

Baza też cieszy oko, jest czysto, schludnie, nie wygląda to wszystko jak zbieranina przypadkowych, na szybko skleconych baraków i ogólnie panującej na polskich nurkowiskach prowizorki. Są wiaty, jest fajnie. Mi jednak szczęki nie urwało. Cieszę się, że Jaworzno zaliczyłem, ale nie jest to miłość od pierwszego nurkowania, jak to było w przypadku Piechcina. Nie mam ciśnienia, żeby tam natychmiast wracać. Owszem, to jest ładny, nawet bardzo ładny akwen. Mikruśny jednak i dość monotonny. Zaliczyć koparki warto, ale je zalicza się za jednym nurem. Ścianki są klasycznie ładne, ale czegoś mi tam brakowało. Życia może? Okonki jakieś się kręciły, podobno gdzieś siedziały naprawdę duże. Były i jesio(s)try i to na serio takie napakowane, po prostu góra mięsa. Ale to wszystko.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Pojedynek fotografów.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Imć Błażej testował na wyjeździe nową chińską latarkę za pięć złotych. Fajna ta chińska latarka bo była tania i fajna. I świeciła. I świeciła nawet wtedy kiedy nie świeciła, to znaczyć świecić nie powinna. Posiadacz nie był nawet świadomy tego, ale i tak jest zadowolony, bo świeciła także po nurkowaniu.

koparki 160

foto. Błażej Kabziński. Drzemka na „deco”.

Nie jestem do końca w stanie sformułować zarzut w stosunku Koparek, dlaczego mnie nie urzekły, ale wracałem z uczuciem niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, to dobry akwen, z doskonałymi warunkami dla nurków, świetnie skomunikowany z całą Polską i ze stolicą. Dojazd wygodny, baza super. Zachęcam zwłaszcza początkujących nurków do odwiedzenia tego kamieniołomu, jest do doskonały akwen dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki samodzielnie. Baza jest świetnie wyposażona, a wjazd i serwis kosztują sensowne pieniądze. Jestem tylko ciekaw, czy chętnie tu będziecie wracać na kolejne nurkowania.

Wyjazd zorganizowałem na zasadzie szybkiego zrywu na jeden dzień. Komplet nurków w aucie (kombiaczek, ale i tak dołożyłem mu trumienkę na dach – niemniej sporo mieliśmy gimnastyki by wszystko dobrze spakować). Zespół stanowili: obowiązkowy Gazela – kompan już sprawdzony, bezpieczny partnur, z którym po prostu dobrze mi się jeździ i nurkuje, znany mi i ceniony przeze mnie Błażej K. (doświadczony i bardzo solidny nurek, od którego sporo można się nauczyć) i ledwo co poznana (choć twarz mi migała na GEPNowskich mitingach) Aśka o ksywie kojarzącej mi się z fabularnymi grami fantasy. Ekipa urocza, pozytywna i dobrze ogarnięta. Ruszyliśmy już nie takim bladym świtem by dotrzeć na okolice dwunastej na Koparki. Po drodze było zwiedzanie trudnych okolic Olkusza, pobieranie twina (samochód ledwo to przeżył), jak zwykle udane zakupy w Biedronce (w końcu sklep dla biednych ludzi) i w końcu doturlaliśmy się mocno dociśniętym nurkowozem na kamieniołom. Straszono nas porannym najazdem tłumów nurków, ale widocznie nurkowie najazd zrobili poranny i o dwunastej rozjechali się w różne kierunki, bo tłumów nie uświadczyliśmy, podpięliśmy się pod wiatę z uroczą ekipą i mogliśmy szykować się na nurki. Dla mnie o tyle ważny wyjazd, że wreszcie mogłem opływać w wodach otwartych nowego suchara z grubym ocieplaczem. Czekało mnie wyważanie i ogólnie nauczenie się współżycia z bestią. W końcu robienie kursu instruktorskiego na nieopływanym sucharze wydawało mi się niepotrzebnym hazardem. Do nura podchodziłem więc z niemałym napięciem. W końcu skok do wody i jedziemy. A tu pierwszy, nieprzyjemny zonk – czuję stróżkę wody na tyłku. Poszło coś w suchaczu, czy przy skoku kryza nie utrzymała? Neoprenowa kryza. Są różne szkoły, jedni kochają neoprenowe kryzy, inni tolerują tylko lateks. Ja zdania wyrobionego nie miałem. Nurkowałem w lateksie – nie przeszkadzał mi, kupowałem jednak suchego z neoprenową kryzą w standardzie, stwierdziłem, że nie będę kombinował, wypróbuję neopren. Zwrócono mi uwagę, że neopren fajny, ciepły i milusi w dotyku, ale potrafi grymasić i to układanie go czasami właśnie może się zakończyć podlaniem. Lateks tego problemu nie ma, ale za to nie jest już taki milusi w ubieraniu i w dotyku, ciepła nie trzyma i jest mniej trwały (podobno). Ja nie byłem ani za, ani przeciw. Po obu nurkach, gdzie ewidentnie mi pociekła woda, ale potem już się nic nie dolewało, obstawiam, że kryzą mi się wlewała woda przy skokach. Jest moją główną podejrzaną. Dobrze obciska szyję, nie sądzę by musiała być ciaśniejsza, ale potestuję ją jeszcze i ewentualnie powiem jej bez żalu „papa”.

Nie ja jeden miałem walkę sprzętową. Gazela miał spektakularną kiełbasianą przygodę pod wodą, nadającą się do „Wypadków nurkowych” opisywanych na łamach nie tylko bloga Zanurzonej w Błękicie, ale i do podręczników. Zapewne przydałaby się też dogłębna analiza przypadku na forach, koniecznie z udziałem Mottiego*, który wyliczy masę, strukturę, skład substancji i ich wpływ na pracę automatu. Kochane dzieciaczki, od razu wam zdradzę morał tej bajki – nie jemy zbyt dużo kiełbasy przed nurkowaniem. Wujek Gazela wziął i skonsumował znakomicie zgrillowaną kiełbasę, poczem szczęśliwy udał się na zasłużonego nura (już podejrzliwi mogą mu wytykać za krótką przerwę powierzchniową po jedzeniu, że nie zdążył się odsycić z azotu zawartego w kiełbasie). W trakcie owego nura gazy pokonsumpcyjne (taka ich natura – pod wpływem zmian ciśnień lubią się przemieszczać) postanowiły się wydostać. Klasycznie odbić się każdemu zdarza pod wodą. Nie każdemu jednak wypada wtedy kawałek – drobina dosłownie kiełbasy. A jak drobina taka wypada w trakcie nurkowania to ląduje oczywiście w automacie. Automat (było nie było Poseidon) choćby i najlepszy, jednak nie jest przystosowany do pracy z mieszanką uszlachetnioną kiełbasą, więc wziął się i zablokował. Gazela opanowany, więc spokojnie wymienia na drugi automat i próbuje tamtego oczyścić z kiełbasy. Ta jednak za diabła nie zamierza opuszczać nowego miejsca zamieszkania. Oczywiście pozostali nurkujący nie mają pojęcia o naturze problemu, ale widzą, że nurek ogarnięty, więc nurkowanie odbywa się dalej. Dopiero po zakończeniu nurkowania Gazela dość obrazowo przedstawia całą historię i oczywiście cała wiata wraz z okolicami trzęsie się ze śmiechu. Wnioski, moi kochani? Dodatkowe filtry w ustnikach drugich stopni? Procedury przednurkowe wykreślające kiełbasę z menu? Czekam na propozycje. To jednak tyle, jeżeli chodzi o przygody. Wszyscy pozwiedzali co chcieli, zdjęcia zostały wykonane, z pogody skorzystaliśmy, bo było bardzo przyjemnie wiosennie. Wracaliśmy w dobrych humorach do swoich domów. Bogatsi o nowe doświadczenia. Ja wracałem z małym niedosytem, ale wyjazdu nie żałuję. Kolejne ważne nurkowe miejsce na polskiej mapie zaliczone.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Błażej przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Samolot linii Mares.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Znowu kopara.

DCIM100GOPRO

foto. JC. To prawdopodobnie wciąż ta sama kopara.

koparki 159

foto. Błażej Kabziński. Tak, to prawdopodobnie TA kiełbasa.

*) jeżeli komuś nic nie mówi pseudonim Motti, to znaczy, że albo nie był na forum np. Nuras, albo miał to szczęście, że nie wlazł w wątek z jego wypowiedziami. Uważaj się za szczęściarza.

Błękitna dziura – film

Tym razem nie będzie słowa pisanego. Wrzuciłem zdjęcia z krótkim opisem. Teraz dodaję ten film. To zdecydowanie lepiej oddaje moje wrażenia na temat Dahabu i jego nurkowalnych okolic. Życzę Wam równie udanych wyjazdów nurkowych.

Dahab – od Morenowego Ogrodu aż po Błękitną Dziurę.

Egipt był na szarym końcu moich nurkowych miejsc do odwiedzenia. Jak ktoś mi wspominał o wyjeździe nurkowym do Egiptu to mi było szkoda pieniędzy na taki wyjazd – wyślizgane rafy, tłumy nurków nade mną i pode mną. Nurkowie depczący po rafach, zblazowani Egipcjanie obsługujący rzesze nurków. Miejsca nurkowe może i ciekawe, ale już tak wyślizgane przez turystów, że szkoda gadać. Taki nasz Malbork, takie nasze Wilcze Szańce, albo raczej „ekstremalne” zdobycie Giewontu, gdzie esktremalnym wyczynem jest wytrzymać w długaśnej kolejce czekających na wejście na szczyt. Po co mam jechać do Egiptu, jak jest tyle jeszcze niezbadanych, mało popularnych miejsc nurkowych?

Swoje zdanie jednak musiałem zrewidować. Kończyłem kurs DM, zapisany byłem na kurs IDC, a tu jeszcze brakowało mi asyst instruktorskich. Najłatwiej je zaliczyć za jednym zamachem na wyjeździe nurkowym, a ten u Rudiego (u którego kończę DM) był w pasującym mi terminie tylko jeden – Egipt, Dahab. Trudno. Trzeba jechać.

DCIM100GOPRO

I pojechałem. Pierwsze wrażenie potwierdzało moje zdanie. Brud, porzucone budynki, nieskończone budynki, kozy w śmietnikach. Dahab nigdy nie było rozwiniętym centrum turystycznym, a jeszcze dołóżmy do tego Arabską Wiosnę, która przegoniła turystów i zrujnowała lokalną gospodarkę. Porzucone hotele, puste knajpy, trzech turystów na krzyż. Dodatkowo jeszcze widok jakiejś lokalnej służby „wojskowej” z kałaszami pod pachami nie jest widokiem niecodziennym. Nie jest to widok, który turyści szczególnie lubią. Przynajmniej jednak jest luźno. Nie ma tłumów. Ja to lubię.DCIM100GOPRO

Hotel Tropitel na północy od Dahab. Cisza i spokój. Góry z jednej strony, morze – z drugiej. Hotel o dobrym standardzie. Niezłe jedzenie w postaci szwedzkiego bufetu, codzienna zmiana pościeli i ręczników, sprzątanie pokoi. Widać już działanie „zęba czasu”, ale hotel wciąż ma się nieźle i jest dobrą bazą dla naszej ekipy. Odchodzą stąd darmowe busiki do miasta, wygodny sposób na załatwienie swoich spraw w mieście.DCIM100GOPRO

Pierwszego dnia, kiedy przylecieliśmy, pogoda nie szokuje nas temperaturą. W najgorętszym momencie dnia są 22 stopnie, a wieczorem robi się chłodniej. Kolejne dni przyniosą jednak więcej ciepła, a nawet pojawią się upalne dni.DCIM100GOPRO

Czas odkryć uroki nurkowania w Egipcie. Pojawia się ekipa z Dahab Days – Mohamed Elattar i Achmed Elmehedawy. Ogromne zaskoczenie od pierwszego kontaktu aż po końcowe spotkanie. Sto procent zaangażowania, dbałości o nasze bezpieczeństwo i zadowolenie. Zero kombinatoryki. Chłopaki oddane swojej pracy. Wielki szacun dla nich za wykonaną przez nich pracę. Sprzęt odebrali pierwszego dnia i zajmowali się nim do samego końca. Nas dowozili na nurkowiska, na nich obsługiwali, prowadzili wszystkie odprawy i podsumowania nurkowań, niczego sobie i nam nie odpuszczali. Za każdym razem, do znudzenia powtarzali procedury, znaki nurkowe, itp. Strasznie ujęli mnie swoim podejściem do tej roboty. Widziałem już różne podejścia, nie tylko za granicą, ale i u nas w kraju. Chłopaki z Dahab Days stoją na szczycie drabiny jakości na tym tle.DCIM100GOPRO

Naszym zadaniem było tylko omawiać sprawy kursowe i planować poczynania z kursantami. Zawsze w miłych okolicznościach w zacienionej knajpce.DCIM100GOPRO

Za każdym razem i tak pojawiał się Mohamed i robił swój briefing, albo debriefing, podkreślał najważniejsze rzeczy i powtarzał do znudzenia rzeczy niby oczywiste, ale czuło się, że pod jego okiem ciężko będzie wpędzić się w tarapaty. A już po nurkowaniach też można było liczyć na pomoc – jechać do miasta na zakupy w sprawdzone miejsca, zaliczać „suche” atrakcje za rozsądne pieniądze. Pod jego opieką człowiek czuł się totalnie zrelaksowany w świecie naganiaczy, handlarzy lubujących targować się zaczynając od ceny trzykrotnie przewyższającej wartość sprzedawanej rzeczy czy usługi.DCIM100GOPRO Zaliczałem kursowe elementy zezując na kolorowe rafy nas otaczające. W końcu po pierwszym dniu ćwiczeń miałem okazję zrobić kilka krótkich wycieczek, które pokazały mi i kursantom przedsmak bogactw świata podwodnego Egiptu.DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROTrzy dni minęły jak z bicza strzelił. Odkryłem urok nurkowego Egiptu. Dobra, miliardy ludzi nurkowały przede mną tutaj, ale wciąż jest to magiczne miejsce, warte odwiedzenia. Niestety, trzeciego dnia nurkowego zaczęło brać mnie przeziębienie i miałem spore problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach. Ledwo udało mi się zejść na trzydzieści metrów w ramach kursu AOWD.  DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kursanci zaliczyli wszystkie przygody AOWD – nurkowanie głębokie, nocne, w prądzie. Na dokładkę dostaliśmy wszyscy jeszcze spotkanie z delfinami. Nawet tubylcy byli zaskoczeni tym spotkaniem. Delfiny rzadko wpływają do tej zatoki. DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROPunktem kulminacyjnym było nurkowanie w Blue Hole. Ostrzyłem sobie zębiska na to miejsce. Historie kilku ważnych dla mnie nurków splatają się z tą lokacją. Rzadko który nurek nie pragnie zaliczyć tego miejsca. Miejsce oczywiście jest mekką dla nurków technicznych i freediverów, ale i rekreacyjni lubią odwiedzać tą legendarną dziurę w rafię. Dla mnie był to dobry powód by zrobić tu kurs Deep i poszerzyć swoje uprawnienia do nurkowania na 40 metrów. A same nurkowania (na szczęście udało mi się opanować przeziębienie) były dla mnie doznaniem wręcz erotycznym. Najpierw zejście rynną w Bells na czterdzieści metrów. Powolne wynurzenie do siodła przy Blue Hole, przepłynięcie Blue Hole. Kolejne czterdzieści metrów zaliczone już w samym Blue Hole. Oczywiście już w tym momencie pojawiły się w mojej głowie myśli, że kiedyś przyjdzie czas, żeby zabrać się za nurkowania techniczne. DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO Wad Egipt posiada bez liku, ale równoważone są one przez liczne zalety. Między innymi zaletą jest miejscówka Islands na południe od Dahabu. Coś urywającego szczękę. Zespół wysp raf, pomiędzy którymi ciągnie się system wąskich korytarzy. Płynie się tymi korytarzami, tunelami, studniami. Podziwia się niesamowite formacje podwodne, kolorowe życie, piękne koralowce. Nurkowanie nie jest głębokie – do kilkunastu metrów. Pozostawia jednak niesamowite wrażenie. Potwierdza to moją tezę, że nurkować nie trzeba głęboko by mieć niezapomniane widoki zaliczone.DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROZostawiam Was z moimi fotografiami. Za chwilę udostępnię też film. Tym razem nie napiszę długiego artykułu. Niech obraz przede wszystkim na Was zadziała. Żadne słowa nie oddadzą tego, co czułem nurkując w Egipcie.

Na kurs instruktora biegiem marsz!

Czyli dlaczego długo nie będę Divemasterem.

Tak, proszę Państwa, czas się brać ostro do roboty. Obiecywałem sobie to dawno temu, kilka razy odkładałem, były lata, że myślałem, że nic z tego nie będzie. Pierwszy raz pomyślałem o tym, że chcę zostać instruktorem, jak byłem na kursie OWD. Było to ponad dziesięć lat temu. Mijały lata, uciekały mi kolejne okazje by dążyć do tego celu. Splot różnych wydarzeń, ogólnie przeciętny zawodowo 2013 rok (ale nie nurkowo, to trzeba przyznać!) – przesądziły o tym, że wziąłem i przed się wziąłem odpowiednie kroki. Czas iść na kurs. Jestem w 3/4 kursu Divemastera, praktycznie nie zabawię długo na tym poziomie, bo to będzie jakiś miesiąc może i 29 marca rozpocznę kurs instruktorski (jak nic nie stanie na przeciwko). Kosztuje to straszne pieniądze, nie mniejsze pieniądze wydaję by skończyć kurs Divemastera, do tego w końcu trzeba kupić suchy skafander, bez tego nie ma jak w ogóle podejść w Polsce do zaliczenia kursu instruktorskiego. Nic tylko pożyczać, wybierać ostatnie oszczędności, kombinować jak koń pod górę.

Dlaczego tak nagle i tak prosto z marszu? Dlaczego nie pobyć jakiś czas divemasterem? W moich oczach na polskim rynku divemaster to tylko taka droga zabawa w „profesjonalnego nurka”. Dla polskich centrów nurkowych divemaster nie jest ważnym ogniwem w prowadzeniu nurkowego biznesu. U nas to raczej forma aplikacji przed podejściem do instruktorskiego kursu. Zrobisz Divemastera tylko dla własnej satysfakcji, być może nawiążesz relację z jakimś centrum nurkowym i będziesz od czasu do czasu przewodniczył jakiejś wyprawie nurkowej w Polskę, czy zagranicę. Pieniędzy jednak na tym nie zarobisz, tylko wydasz może trochę mniej. Jeżeli jednak zamierzasz utrzymywać się z nurkowania, o divemasterze w Polsce zapomnij. Za granicą, w popularnych kurortach – owszem, praca się znajdzie. Jednak to już krok od instruktora, a to już porządniejsze pieniądze, więc tam też parcie będziesz mieć by zostać instruktorem. Niezależnie więc od tego, gdzie będę szukać pracy w biznesie nurkowym, wychodzę z założenia, że jako instruktor będę miał łatwiej/ lepiej.

Czy ja z tego wyżyję? Dużo się o tym ostatnio mówi. Kryzys nie pomógł rynkowi nurkowemu, choć bardzo go nie potargał. Nastroje w polskiej części tej branży dość mieszane ze wskazaniem na mało pozytywne. To jest to, co właśnie mnie tknęło jak zacząłem pracować u polskiego przedstawiciela Tusy i Poseidona. Wiele czynników wskazuje, że z branżą źle nie jest. Ba, niektóre wskaźniki pokazują, że jest nawet coraz lepiej. Skąd więc tak liczne głosy narzekania? Mogę tylko domniemywać, że z tego, że rynek się zmienił – przeprofilował. Klientów nie brakuje, ale konkurencja jest ostra. Łatwo jest wypaść z obiegu, albo być zepchniętym na boczny tor. Centra nurkowe to już nie towarzyskie kluby – takie dość hermetyczne towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie spora grupka oddanych ludzi orbituje wokół Szefa firmy/ głównego instruktora i jakoś się to kręci w ramach tej grupki. W tym układzie nie trzeba było specjalnie wysilać się by choćby skromne gromadki ludzi się pojawiały na zajęciach i wyjazdach. Teraz trzeba być maksymalnie otwartym, wciąż poszukiwać zainteresowanych, wciąż dawać o sobie znać, że tu jestem, że zapraszam. Walczyć o uwagę. Dochodzą jeszcze różne mechanizmy rynkowe, które ograniczają nam pole manewru w ustalaniu cen. Są groupony i inne wynalazki „kup pan tanio”, każdy chętnie trąbi swoją niską ceną na swoich stronach, fanpage’ach na facebooku, na forach. Nie wszystkim to odpowiada i czuć to w środowisku. Tak ja to widzę przynajmniej. I widzę, że nie ma co rąk załamywać, że wciąż jest przestrzeń do rozwoju i do pracy. Dlatego też nie załamuję się i zamierzam spróbować. Już w tym roku. W końcu to zawsze chciałem robić. Utwierdzam się w tym przekonaniu mogąc obecnie prowadzić (w ramach zaliczeń divemasterowskich) różne zajęcia z potencjalnymi nurkami i kursantami (program PADI „Odkryj nurkowanie” * i niektóre zajęcia z kursów OWD). Czuję wręcz rozpierającą mnie satysfakcję z każdych zajęć, po zakończeniu których moi podopieczni wychodzą z basenu z otwartymi szczękami, z wielkimi uśmiechami na twarzach (tak wielkimi, że gdyby nie uszy, toby się śmiali dookoła głowy). Czuję ogromną radość, jeżeli słyszę od któregoś, że chciałby się dalej szkolić pod moją opieką. To jest niesamowita przyjemność.

1003198_632949453409431_818933264_nfoto.1.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Instruktor nurkowania to dla mnie naturalna kolej rzeczy. Długi czas zajmowałem się szkoleniem ludzi w biznesie. Długi czas myślałem, że to będzie moja ścieżka kariery. Okazało się, że mogę pogodzić jedno z drugim. Zawsze czułem się dobrze z tym całym zagadnieniem szkolenia, prezentacji. Wydaje mi się, że posiadam właściwe cechy by być dobrym nauczycielem. Rozumiem proces uczenia się ludzi (a sam okropnie się uczę),  umiem efektywnie przekazywać wiedzę. Przy okazji każda forma prowadzenia takiej edukacji sprawia mi dużo frajdy.

W tym miejscu zwrócę uwagę, że spotykałem się nieraz z różnymi divemasterami i kandydatami na divemasterów. Stwierdzam kategorycznie, że spora grupa tych ludzi kompletnie nie zrozumiała idei tego etapu w karierze nurkowej. Spora część ludzi dochodzi do tego poziomu tylko dla własnej satysfakcji, wcale nie po to by coś jako ten divemaster przed się brać. Ot po prostu, fajnie jest móc tytułować się divemasterem. W końcu master jest master – nic tu nikomu tłumaczyć nie trzeba. Spora grupa ludzi nigdy nie planowała i pewnie nigdy nie pójdzie ścieżką instruktorską. Nie mówiąc już o ludziach, którzy są pozbawieni jakichkolwiek predyspozycji by iść w tym kierunku. Divemaster to przedsionek w wielkiej chałupie PADI, w której większość mieszkańców żyje z edukowania innych. Po zaliczeniu „kursu” uiszcza się opłatę członkowską PADI i staje się jednym z mieszkańców tej chałupy. Ten czynsz należy opłacać co roku by móc dalej mieszkać w PADI. A mieszkać w PADI opłaca się tylko wtedy, kiedy ma się z tego jakieś pieniądze – to chyba oczywiste. Do tego proszę się przyjrzeć programowi kursu DM. Cała zabawa w ramach „kursu” DM to przecież przygotowanie do instruktorstwologii. Siedzimy całe dnie na basenach i uczymy się jak prezentować kolejne ćwiczenia z kursów PADI. Musimy posiąść wiedzę teoretyczną równorzędną tej posiadanej przez instruktora. Do zaliczenia mamy masę asyst instruktorskich, gdzie po prostu terminujemy przy wybranym instruktorze podczas prowadzonych przez niego kursów. Jeżeli to wszystko zaliczamy tylko po to by móc tytułować się DM i od czasu do czasu pojechać gdzieś jako „jeden z kadry organizującej wyjazd”, albo by komuś pomóc przy kursie (i nie mówimy tutaj o zarobieniu z tego tytułu pieniędzy) to dla mnie jest to pomysł dość szalony. Osobiście znam jednego człowieka na poziomie DM, który próbuje na tym poziomie żyć z nurkowania. Jak mu idzie, nie wiem. Chyba muszę go o to zapytać.

1017633_632949380076105_405548295_n

foto.2.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Reszta potencjalnych DM albo w końcu zostanie instruktorami, albo w końcu przestanie płacić czynszu w PADI i tym samym przestanie być DM. Tutaj trzeba pamiętać, że DM tak naprawdę nie jest już stopniem nurkowym – nie dostanę nowej plastikowej karty do kolekcji. DM to jest status w PADI. Jeżeli więc walczę o ten status to tylko po to by coś z tego statusu wyniknęło. DM nie uprawnia mnie do nurkowania głębiej, inaczej, w innym sprzęcie, w innych miejscach. Jeżeli chcę piąć się po kolejne umiejętności, specjalizacje i możliwości – idę odrębną ścieżką. Dopinam ścieżkę rekreacyjną zdobywając wszystkie specjalizacje, nurkuję do 40 metrów, zostaje mi nadany tytuł Master Scuba Divera. Jeżeli czuję niedosyt, ruszam ścieżką nurkowań technicznych. Pomijam jednak całe to divemasterostwo szerokim łukiem, bo dla mnie jako dla nurka to kompletnie nic nie oznacza, że jestem DM. Tak więc nieważne, na jakim jesteś etapie ścieżki nurkowej, ale już zacząłeś myśleć o tym całym zamieszaniu z byciem divemasterem, z instruktorem to fajnie. Zrób tylko rachunek sumienia, sprawdź, czy jesteś naturalnym przywódcą (cecha opcjonalna, ale bardzo przydatna), czy lubisz udzielać się wśród ludzi (cecha obowiązkowa), czy lubisz im przekazywać wiedzę i widzisz, że dobrze ci to wychodzi. Jeżeli tak, to gratuluję, jesteś na dobrej drodze – w końcu osiągniesz swój cel. Nie wątpię w to.

1524773_626211664083210_321761051_nfoto.3.: Rudi Stankiewicz: Zajęcia „Odkryj nurkowanie”.

1546032_632948820076161_1832181706_n foto.4.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

1609772_632948540076189_676123864_nfoto.5.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

*) Z pełną premedytacją nie używam nazw angielskich. Nie jestem pewien czy to polityka PADI, czy nie/świadoma decyzja, czy lenistwo polskiej grupy decydującej o tym jak tłumaczyć materiały PADI, ale używanie angielskich nazw uważam za błąd.

Piechcin

Galeria

Ta galeria zawiera 28 zdjęć.

Powolna, ale jednak rozbudowa siatki autostrad daje możliwość warszawskim nurkom szybszego i wygodniejszego dojazdu do wielu miejsc nurkowych w Polsce. Kolejne miejsca znajdują się w zasięgu szybkiego wypadu na dwa nurki. W tym właśnie Piechcin. Miejsce, o którym słyszałem głównie, … Czytaj dalej

Głęboka miłość

Na forach nurkowych już o tym filmie pisali, na facebooku moi znajomi nurkowie też o tym piszą od dłuższego czasu. Całe środowisko wspomina o zbliżającej się premierze dokumentalnego filmu „Deep Love”. Wszyscy czekają z napięciem, wszyscy przebierają nóżkami odliczając czas do premiery. Czemu? Skąd to zainteresowanie jakimś polskim dokumentem? Szeroka publika nie często ma okazję usłyszeć, przeczytać, czy zobaczyć w TV coś, co dotyka naszej miłości. Stąd każde takie większe wydarzenie kulturalne, czy medialne jest natychmiast wychwytywane przez nasze środowisko. Samych szeroko spopularyzowanych filmów o nurkowaniu jest tyle, co kot napłakał. Zapytajmy pierwszego z brzegu człowieka (choćby i nurka) o jakiś film o nurkowaniu. Co nam odpowie? Chyba nie muszę odpowiadać. Podpowiem tylko, że to film z takim wysokim francuskim aktorem, który znany też jest z roli pewnego zawodowca Leona.

W ten sposób premiera „Deep Love” już tylko z tego powodu nie przejdzie bez echa. Z pewnością odbędzie się „narodowa” dyskusja w stylu tej, jaką odbywa nasz naród po każdym meczu reprezentacji. Ta dyskusja odbędzie się jednak na skalę polskiego środowiska nurkowego. Nie będzie tak spektakularna, ale nie będzie wcale spokojniejsza. Jedni będą analizować,  czy film spowoduje napływ kolejnych osób na kursy, czy może odpływ. Drudzy będą zastanawiać się nad sensem podejmowanych przez bohaterów filmu decyzji. Wszyscy przeanalizują znaczenie filmu dla naszego sportu, czy film zaszkodzi, czy pomoże. Oglądając ten film popatrzymy w lustro, w nasze odbicie. Zastanowimy się jak nas ludzie postrzegają i czy my ten wizerunek akceptujemy. Pomyślimy może też przez chwilę czym jest dla nas samo nurkowanie.

Ludzie postrzegają nurkowanie bardzo różnie, dla wielu jest to sport wyczynowy – potrzebna dawka adrenaliny, dla wielu innych forma rekreacji – oglądanie bajkowo kolorowych „pejzażyków” pod wodą. Ilu jednak ludzi traktuje nurkowanie jako cel w sam w sobie? Cel do samorealizacji, pokarm dla ambicji, coś bardziej wzniosłego niż tylko sposób na spędzenie wolnego czasu czy utopienie dużej ilości pieniędzy, czy niepotrzebne narażanie własnego zdrowia lub życia? Czy nurkowanie może mieć jakieś atrybuty pożyteczności, czy może nam się zwrócić z nawiązką – i nie piszę tu o stronie finansowej. Co my możemy zyskać nurkując? Na chwilę zapomnijmy o stereotypach: o pazernych szkołach nurkowych starających się wydać jak największą ilość certyfikatów nurkowych, szkolących byle jak, byle szybko. Zapomnijmy o masowych nurkowaniach w Egipcie, gdzie przeciętnie wyszkoleni nurkowie w bardzo kolorowych wdziankach  maszerują posłusznie gęsiego za przewodnikiem nurkowania, zadeptują rafy, wraki, straszą ryby i kojarzą nam się ze wszystkim najgorszym, co może nurkowania dotyczyć. Pomyślmy o tym momencie kiedy nurkowanie przestaje być tylko sportem wyczynowym o podwyższonym ryzyku utraty zdrowia lub życia. Inspiracją dla nas może być historia Janusza „Soley’a” Solarza. Za nurkopedią podaję:

SOLARZ JANUSZ, „Soley”, z wykształcenia ekonomista i prawnik (…) dwie kadencje pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Miasta i Gminy w Skawinie. Z nurkowaniem związany od 1974 r., posiada uprawnienia: instruktora płetwonurkowania w organizacjach nurkowych: CMAS; PADI; DSAT; NAUI, HSA, instruktora trenera ratownictwa – DAN i EFR,  nurka zawodowego klasycznego i kierownika robót nurkowych.

 Przez 11 lat pełnił funkcję prezesa Akademickiego Klubu Podwodnego KRAB w Krakowie, największego klubu nurkowego w Polsce, przez wiele lat był członkiem Komisji Działalności Podwodnej Zarządu Głównego PTTK.

Współzałożyciel i współudziałowiec firm „Soley” – zajmującej się robotami hydrotechnicznymi i geotechnicznymi na terenie Polski południowej i Centrum Turystyki Podwodnej „Nautica”. Jeden z animatorów i realizatorów kilku projektów realizowanych pod wspólnym hasłem WIELKI BŁĘKIT: profesjonalnego wydawnictwa podręczników nurkowych, fundacji upowszechniającej m.in. nurkowanie oraz internetowego portalu nurkowo-żeglarskiego.

Statystyka nurkowa – 4000 nurkowań/3000 godzin w zanurzeniu; 600 nurkowań głębszych od 30 m; największa osiągnięta głębokość 150 m; zaliczone wszystkie znane nurkowiska świata z wyjątkiem Wielkiej Rafy Barierowej; wyszkolone ponad 2500 osób. Autor publikacji fachowych w wydawnictwach i czasopismach nurkowych.

Przyznacie, że to nie jest byle chłystek, który sporo nurkuje, ale generalnie z tłumu się nie wyróżnia. Raz, że zjadł wszystkie możliwe certyfikaty wszystkich znaczących organizacji, dwa, że zaangażowany w rozwój dziedziny i to diabelnie. Propaguje, reklamuje, pisze, wydaje. Człowiek orkiestra. Wzorzec do naśladowania. Kimś takim chciałbym być. Chciałbym, żeby kiedyś i o mnie takie słowa można było napisać. Mam duże obawy, że nigdy mu do pięt nie dorosnę. To jednak nie koniec historii. Janusza dopada tragedia – wylew. Jest sparaliżowany, nie może mówić, chodzić. I tutaj nie chcę psuć nikomu przyjemności z oglądania dokumentu, więc w skrócie tylko powiem, że Janusz nie poddaje się i wraca do nurkowania. Do tego stawia przed sobą ambitny cel, głębokie nurkowanie w Blue Hole. Jakby jeszcze było mu mało, jakby jeszcze nie czuł, że przecież już wszystko osiągnął. Nurkowanie daje mu siłę, daje mu napęd do życia. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to obowiązkowy materiał na każdy kurs wprowadzający w nurkowanie. Historia Janusza powinna być punktem obowiązkowym w każdej pogadance o nurkowaniu. Niech sobie ludzie nie myślą, że za nurkowaniem stoi tylko komercja, żądza adrenaliny, od głupiutkiego bąbelkowania wokół kolorowych rybek aż po szalone niebezpieczeństwa nurkowań technicznych, jaskiniowych, wrakowych. Z nurkowania możemy wynieść coś więcej. Nurkowanie może być dla nas lekarstwem.

Sam widziałem na kursach ludzi, którzy w ten sposób chcieli przełamać swoje lęki, pokonać swoje słabości. To nie jest żadna fantazja instruktorów. Ja to widziałem na własne oczy. Podam bardzo malowniczy przykład. Sam nie wierzyłem, że ktoś może mieć takie dziwne fobie. Moja dobra znajoma pojechała z nami na Cypr. Były to jeszcze lata studenckie, to i taki był wyjazd – plaże, kąpiele, dyskoteki, zabawa. Żadnego nurkowania. Okazało się, że znajomej nie ciągnie do morza. Dziwiłem się, po co wyjeżdżać na wakacje na taki Cypr, skoro nie korzysta się z głównej atrakcji takiego wyjazdu – z kąpieli w morzu? Znajoma zaliczyła w końcu kilka kąpieli w morzu, ale tylko po zmroku, krótkie wejście i zaraz wyjście. Już nie pamiętam, o co konkretnie chodziło, czy przytłaczał ją ten ogrom wody, przestrzeni, czy co innego, generalnie chodziło o lęk związany z wodą. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, ja jej opowiadałem o nurkowaniu, ale nigdy nie podejrzewałem, że się nim zainteresuje sama. Potem spotkaliśmy się po dłuższej przerwie. Okazało się, że jest już po kursie, że nurkuje i nie ma już żadnych problemów z wodą. Ciach, ciach i proszę. Da się? Da się. Proszę o takich przykładach pamiętać i takie przykłady kolekcjonować. Proszę wszelkim niedowiarkom je podawać na potwierdzenie tezy, że nurkowanie wcale nie musi być zabawą dla znudzonych, niezbyt biednych ludzi. Dla wielu z nas może być terapią.

Chciałbym też by historia Janusza zwróciła oczy nurków na naszych partnerów życiowych. Przecież w tej historii jest też miejsce na jego życiową partnerkę, też nurkującą, w dodatku szkolącą osoby niepełnosprawne. Nieważne czy wasi partnerzy, czy bliscy też nurkują. Ważne, że oni często muszą walczyć ze strachem o nas. Czy my wrócimy z tego wyjazdu z Hańczy? Przecież tyle się czyta o wypadkach na Hańczy każdego roku. Choćbyśmy byli największymi mistrzami asekuranctwa – nurkowali tylko do limitów rekreacyjnych, zawsze świetnie przygotowani (wszystko zdublowane, obwieszeni butlami, zawsze na smyczy spięci z powierzchnią), z najlepszymi partnerami nurkowymi pod słońcem – zawsze może pójść coś nie tak. Problemy zdrowotne postanowią akurat w tym momencie się ujawnić, kogoś dopadnie atak paniki, narkoza azotowa, cokolwiek. A jeszcze lepiej mają ci, którzy pokonują bariery nurkowań rekreacyjnych i schodzą jeszcze głębiej, w jeszcze bardziej niebezpieczne miejsca. Ilu nurków nigdy nie wypływa z jaskiń, ilu nie wraca z głębin, nawet tych, które już sami wielokrotnie eksplorowali?

My jako tako oceniamy to ryzyko i decydujemy się je podjąć. Chyba dość często nie zdając sobie w pełni świadomości z tego, jak blisko poruszamy się granicy i jak łatwo ją przekroczyć. Czasami łapiemy się po nurkowaniu na tym, że przecież zrobiliśmy właśnie coś niekoniecznie roztropnego. Sam wam się przyznałem na łamach mojego nurkologa, że zdarzały mi się sytuacje, że przeszarżowałem, że zbliżyłem się do tej niebezpiecznej przepaści, że mogłem w nią runąć. W takich chwilach myślę o sobie przede wszystkim, oceniam ryzyko z mojej perspektywy. Rozmyślam o tym, co by się stało gdybym wpadł w śmiertelną pułapkę pod wodą. Odnoszę – może mylne – wrażenie, że jestem pogodzony z tym faktem, że kiedyś mogę nie wypłynąć. Co jednak o tym myśli moja żona? Czy wy myślicie o tym, że świat nie kończy się tylko na was, że w domu może czekać na was ona, on, ono. Co się z nimi stanie, jak nas zabraknie? Na drugiej stronie szali jest jednak nasze szczęście. Nasi bliscy widzą, ile radości nam sprawia nurkowanie, ile daje nam ono energii do życia. Wiedzą, że wielu z nas zabiłby zakaz nurkowania.

Nie chcę udzielać odpowiedzi na wszystkie pytania, nie chcę pouczać, czy wskazywać „jedyne słuszne” kierunki. Chcę byście sami odpowiadali sobie na takie pytania. Tylko w ten sposób znajdziecie swoją ścieżkę poprzez świat podwodny i odkryjecie swoje szczęście. Mam nadzieję, że „Deep Love” zainspiruje wielu z was do zadawania tych samych lub kolejnych pytań. Mnie zainspirowało jeszcze zanim obejrzałem ten film, kto wie, co mi się w głowie zakotłuje już po obejrzeniu dokumentu i co wtedy napiszę?

Deep Love

Jezioro Narty wybadane w cztery strony

Jezioro Świętajno (Narty) koło Szczytna mam już zeksplorowane praktycznie z każdej strony. Kilka wypadów w ciągu tego sezonu pozwoliło mi odwiedzić najciekawsze miejsca tego jeziora. Z pewnością niektóre warto powtórzyć w innych warunkach – późną jesienią, albo na nocnym nurkowaniu, ewentualnie pod lodem. Jednym z polecanych miejsc wodowania jest wejście od strony ośrodka wypoczynkowego „Zacisze” (link do strony ośrodka). W sezonie letnim wjazd jest płatny, około 20zł. Jednak warto ponieść tą opłatę, zwłaszcza jeżeli wszystkie znane Wam punkty dostępu do wody są szczelnie okupowane przez tłum rozentuzjazmowanych plażowiczów, grillowiczów, piwowiczów i jazgotowiczów. Ośrodek oferuje rzeczywiście spokój i przyjemne okoliczności plażowania. Cisza, spokój, niewielkie grupki plażowiczów, to lubię. Mamy tu elegancki pomost pontonowy, wejście jest łagodne, dość płytkie przez około dziesięć metrów i potem łagodnie opada do głębokości rzędu dwunastu metrów. To najgłębszy, zalogowany punkt w tej zatoce. Warunki w wodzie całkiem przyjemne, widoczność także, na dwunastu metrach mamy wciąż jasno jak za dnia i latarki są praktycznie zbędne. Roślinność kończy się na głębokości siedmiu, ośmiu metrów. Ryby w dzień spotkać można głównie pod pomostem jak i przy szuwarach z drugiej strony zatoki. Dominują oczywiście stada okoni, ale i płocie się też często trafiają. Raków nie uświadczyłem.

DCIM100GOPROFot. 1.: Życie pod pomostem kwitnie. Osoka aloesowata w natarciu. Foto: JC.

Drugim ważnym punktem na mapie nurków narcianych będzie baza Akademii Podwodnej od strony miejscowości Warchały. W sezonie jest to część szczególnie okupowana przez turystów, to tu są zlokalizowane główne plaże, ośrodki wczasowe, punkty gastronomiczne i inne „atrakcje” dla całych stad wczasowiczów (wciąż dla jest niezrozumiałe jak niektórzy potrafią „wypoczywać” w takim ścisku i hałasie). Akademia Podwodna swój teren jasno wyznaczyła i odgradziła, ale czuć ten tłum wokoło, no i te tłumy kopytek w wodzie swoje z wizurą robią. W lecie warto tutaj nurkować tylko wcześnie rano, ewentualnie iść na późne nocne. A mamy tutaj do zaliczenia podwodny las oraz kilka atrakcji oznakowanych poręczówką – żaglówki, trabanta i inne takie zatopione skarby. Do tego są platformy do ćwiczeń. Do podwodnego lasu muszę wrócić w bardziej sprzyjających warunkach. Dwa razy go w tym roku odwiedzałem, dwa razy w przeciętnych warunkach. Raz świeżo po zejściu lodu, drugi raz – niedawno, w szczycie sezonu, późnym popołudniem. W obu przypadkach las spowity był dość gęstą mgłą osadu.

DCIM100GOPROFoto 2. Bujna roślinność i fantastyczne warunki do płytkich nurkowań to mocna strona jeziora. Foto: JC.

Pozostaje mi już tylko praktycznie tylko jeden fragment jeziora, do którego nie dotarłem, czyli od strony Pensjonatu u Kulasa i północno wschodniego narożnika jeziora. Być może uda się zaliczyć ten odcinek jeszcze w tym roku, ale zobaczymy, zobaczymy. Wkrótce postaram się załadować film z ostatnich nurkowań w Nartach. A tymczasem wracam do urlopowania nad jeziorem Czorsztyńskim, o którym parę słów niebawem skrobnę. Wam wszystkim też życzę udanych wakacji nad i pod wodą.

DCIM100GOPROFoto 3. Najciemniej jest pod latarnią, czyli całe życie i atrakcje skupione wokół pomostu. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 4. Głębinolubni nurkowie na Nartach nie mają co robić, to jest raj dla płytkolubnych obserwatorów bujnego życia w litoralu. Foto: JC.

DCIM100GOPRO Foto 5. Czasami miałem stracha, że jakiś niczego nie spodziewający się plażowicz skoczy któremuś z nas na plecy. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 6. Na kursie wrogi niszczyciel, przechodzimy z głębokości peryskopowej na pełne zanurzenie, pozostajemy niewykryci. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 7. Mały aparat, cienka pianka, mała butla i podstawowe umiejętności OWD wystarczą by zaliczyć wiele udanych nurkowań w Nartach. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 8. Nieśpiesznie płynąć, mieć oczy dookoła głowy i tylko cieszyć się widokami. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 9. Autor w obiektywie. Foto: Gazela.

DCIM100GOPROFoto 10. Miniszczupak. Foto: JC.

DCIM100GOPROFoto 11. Prawdziwa podwodna gazela, czyli mój drogi partnur, imć Gazela. Foto: JC.