Decathlon uskrzydla nurków – test skrzydła Subea SCD500B

Subea (właśnie uświadomiono mi, że to, co kiedyś znałem pod nazwą Tribord to teraz Subea) nie przestaje wpuszczać na rynek nurkowy kolejnych elementów wyposażenia nurka. Szkoda, że w międzyczasie polska sieć Decathlona, której marką jest Subea, nie przestaje zwijać oferty nurkowej ze sklepów stacjonarnych. Owszem, odpowiedź Decathlona jest oczywista – no przecież nasze produkty są wciąż dostępne online. Powód jednak do kwęku pozostaje – my, nurkowie, sprzęt musimy najpierw przymierzyć, zmacać, często nawet przetestować, zanim wydamy nań niemałe pieniądze. Owszem, polubiliśmy zakupy w sieci (ostatnio robiłem „research”, dosłownie co trzecie centrum/ szkoła nurkowania w Polsce otworzyła, lub otwiera swój e-sklep, to coś mówi o trendzie), ale w przypadku naszego sportu trudno sobie wyobrazić, że wszystko przejdzie do sieci i handel tradycyjny w tej dziedzinie umrze.

No dobra, ponarzekałem, ale czas brać się za skrzydło. Wcześniej miałem ogromną przyjemność testować jackety z oferty francuskiej marki –  Subea SCD500 pierwszej i drugiej generacji, którymi byłem naprawdę porządnie zauroczony. Może jest i budżetową marką, ale wypornościówkę robią tak, że nie widać nigdzie specjalnych oszczędności. Tak też jest z najnowszym produktem Subei.

Rekreacyjne skrzydło (porzućcie nadzieję, że przypniecie do niego zestaw dwubutlowy, stage’a też raczej ciężko będzie podpiąć) oparte jest o niewielki plastikowy noszak, lekki, kompaktowy worek wypornościowy (oczywiście, jak to w skrzydle bywa, całe powietrze na plecach) i lekką, szczątkową uprząż. Wszystko wyraźnie zrobione tak by waga była najmniejsza i by dało się to ładnie skompaktować w bagażu. Tak, jak w przypadku jacketów, tak i tu mamy do czynienia z dobrze przemyślaną, ładną i wygodną konstrukcją. To skrzydło może się ludziom podobać. Jego właściciel nie powinien mieć żadnych kompleksów z tytułu posiadania. SCD500B wygląda po prostu ładnie.

Skrzydło zamontowane i skonfigurowane do nurkowania.

Mamy w nim zintegrowane kieszenie balastowe, mamy rozbudowany inflator z opcją zrzucania powietrza szczytową spłuczką poprzez pociągnięcie głowicy i węża w dół. Ba, są nawet kieszenie trymujące przy pasie trzymającym butlę. Te akurat bardzo się przydadzą nurkom lubiącym ołów. Do kieszeni balastowych spokojnie wejdą dwa kafle po 2kg, ale producent zaleca maksymalne obciążenie 3kg na jedną kieszeń i ja bym z tym nie przeginał. Mocowanie kieszeni wygląda solidnie, ale już wcześniejsze modele pokazywały, że nie utrzymają większej ilości ołowiu i można łatwo doprowadzić do przypadkowego wypięcia kieszeni w trakcie nurkowania. Dlatego też warto skorzystać z kieszeni umieszczonych na plecach. Noszak posiada dwa punkty mocowania pasów do butli, można więc dołożyć kolejny pas z kolejnymi kieszeniami.

Inflator, jak wspomniałem, ma zintegrowaną na szczycie spłuczkę, którą można otworzyć pociągając cały wąż z głowicą inflatora. Mamy więc dwie spłuczki górne (jedną tradycyjną na drugim ramieniu) i jedną spłuczkę dolną. Producent deklaruje, że spłuczki mają dodatkowe zabezpieczenie przed wlewaniem się wody w momencie otwierania spłuczki. Nie testowałem tego jeszcze, będę to sprawdzał. Uwagę zwraca mała głowica inflatora – ja tu widzę świadome działanie w celu zmniejszenia masy sprzętu, ale posiadacze solidniejszych paluchów mogą narzekać na ten rozmiar głowicy. Przyciski i ustnik do pompowania są rozłożone wygodnie i nie sprawiają problemów w użytkowaniu.

Górna spłuczka na inflatorze.

Worek (jak i całe skrzydło) ma dwa rozmiary: S/M wyniesie ma wyporność 140N, z kolei L/XL – 210N. Przy czym ja, nie najmniejszy chłopek o wzroście 179cm i wadze ok. 80kg daję radę w rozmiarze S/M wszystko zapiąć i wyregulować i worek spokojnie mnie utrzymuje w pełnym uzbrojeniu. Jednak to tak na granicy jest, osobom o podobnym wzroście i wadze sugerowałbym raczej L/XL. Co fajne, pas biodrowy ma dodatkową regulację, więc szkoły wypożyczające sprzęt mogą się cieszyć, gdyż sprzęt można dostosować do użytkownika w większym zakresie, choć regulacja pasa ukryta jest pod wyściółką noszaka i nie należy do najłatwiejszych czynności.

Są i D-ringi, jest nawet kieszeń akcesoryjna dopinana pod kieszenie balastowe. Jest miejsce na montaż drugiej kieszeni. Czego mi brakuje? Pasa krocznego. Ja wiem, jest wiele kamizelek rekreacyjnych typu „skrzydło”, które są pozbawione tego elementu, ale ja bym przynajmniej przewidział możliwość dołożenia takiej opcji – a tu nawet niespecjalnie jest jak takie rozszerzenie podnoszące bezpieczeństwo i komfort używania skrzydła zamontować. Szkoda.

Brakuje mi tu też genialnie przemyślanych systemów układających „octopus” i manometr zastosowanych w jacketach Subea – sprytne otwory w kieszeniach pozwalały wygodnie i bezpiecznie zamontować wąż octopusa tak by jednym pociągnięciem uwolnić octopus ze skrytki. Póki nie użyty, octopus wraz z wężem był ładnie schowany i o nic nie wadził, a sama puszka II stopnia octopusa była ładnie wyeksponowana i łatwa do namierzenia. Z kolei manometr można poprowadzić od tyłu kieszeni (otwór I) do przodu (otwór II) i mano zawsze wystaje z przodu, jest łatwe do zlokalizowania i też wąż nie ma szans o nic zaczepiać i wadzić.

W skrzydle tych rozwiązań, lub podobnych nie zastosowano. Fajnie, że producent dodaje od siebie tradycyjne zaczepy (albo może dodano je do testowego egzemplarza, bo już ich nie widzę na zdjęciach na stronie Decathlonu?) na węże z jednej i drugiej strony, ale przypominam, że węże HP od manometru bywają różnej średnicy, a węże ogólnie LP lub HP uzbrojone w oplot niespecjalnie lubią się trzymać w tych zaczepach. No i już tak ładnie nam nie układa węży.

Sprzęt jest lekki, waga ledwie przekracza 3kg. Skrzydło daje się ładnie skompatkować, będzie to więc wierny towarzysz wielu podróży lotniczych dla nurków i myślę, że w tej roli sprawdzi się najlepiej. Sprzęt prezentuje się dobrze pod względem jakości wykonania i użytych materiałów. Poprzednie kamizelki – mam je wciąż i są regularnie używane przez moich kursantów, sam też lubię w nich prowadzić zajęcia, jeżdżą też z nami na nurkowania w Polskę i za granicę – pokazały, że to są trwałe konstrukcje. Kilka lat użytkowania i żadnych poważniejszych awarii czy wyraźnych śladów zmęczenia, żadnych połamanych klamerek i urwanych uchwytów. Nie ma tu Cordury, ani żadnych wypasionych materiałów, ale nie mam powodów podejrzewać, żeby to specjalnie odbijało się na trwałości konstrukcji. Jak dla mnie kolejna fajna konstrukcja, która nie zawiedzie rekreacyjnego nurka wożącego się ze sprzętem nie tylko po bliskich nurkowiskach.

Sprzęt wygląda naprawdę dobrze.
Mała głowica inflatora.
Pas trzymający butlę. W komplecie kieszenie trymujące.
Kieszenie trymujące.
Kieszeń balastowa.
Sprzęt gotowy do nurkowania. Widać kieszeń akcesoryjną montowaną do kieszeni balastowych.
Regulacja pasa biodrowego. Fajnie, że jest, choć regulacja łatwa nie jest.
Regulujemy z obu stron.
Kieszeń na balast – maks. 3kg.

Po więcej informacji (radzę też skorzystać z programu testowania) zapraszam na stronę producenta i jednocześnie sprzedawcy: Decathlon.

Czy nurkowanie to rzeczywiście taka droga „impreza”? Jak inwestować w sprzęt? Co kupić na start, a co potem dokupować?

Artykuł zaktualizowany: 9 sierpnia 2013 – trochę więcej wiedzy w głowie, trochę nowinek.

Zła wiadomość na start – taniej dyscypliny sobie nie znaleźliście. Z drugiej strony jednak zapaleniec w każdej dziedzinie sportowej może utopić masę pieniędzy. Wspomnę o drugim moim ukochanym sporcie – w rower też można inwestować bez końca, do tego kupować różne stroje, wyposażenie, plecaki, sakwy, lepszy osprzęt. Miałem też długi epizod z wędkarstwem (ale polityka odpowiedzialnych krajowych organów w sprawie kontroli ilości ryb zdatnych do wyławiania skutecznie mnie zniechęciła do chwytania za kij) – to przecież też studnia bez dna, kolejne wędki, kołowrotki, spławiki, błystki, wymiana żyłek, pudełka, przynęty, zanęty, pozwolenia na odłów, wynajem łódki, i tak dalej. Nurkowanie jednak w wersji minimum pociągnie za sobą kilka poważnych wydatków. Już sam kurs i zorganizowanie przyzwoitego ABC to wydatek rzędu tysiąca złotych. A potem, jak człowiek wsiąknie i zechce zyskać trochę samodzielności, zacznie się inwestowanie w swój sprzęt. Jednak jeżeli będziemy nurkować z konkretną grupą nurkową, która zwykle dysponuje swoim bogatym zapleczem sprzętowym, a będziemy dawać nura kilka razy do roku, to nawet często lepiej jest pożyczać odpłatnie sprzęt, niż kupować własny, który potem będzie kurzył się w piwnicy. A zakupiony sprzęt też wymaga kosztownych zabiegów – serwisu, przeglądu kontrolnego, ładowania, czasem legalizacji (butle). Zakup zatem nie oznacza wcale uniknięcia kolejnych kosztów w przyszłości. Zastanów się zatem dobrze, czy chcesz od razu inwestować we własny sprzęt. Ja tylko podpowiem, że warto zwlekać. Warto skończyć kurs na nieswoim sprzęcie. Warto potem wyjechać na kilka nurków z pożyczonym sprzętem. Warto opływać się, oswoić z wodą, poznać środowisko wodne, zobaczyć jak my zachowujemy się w wodzie i z jakim sprzętem jak nam się pływa. Im więcej opcji wypróbujecie, zwłaszcza przed zakupem, tym łatwiej będzie wam wybrać najlepszy sprzęt dla siebie. Można słuchać mnóstwa porad na temat wyboru, można sugerować się opiniami doświadczonych nurków, którzy widząc was w wodzie, powiedzą – wybierz to, czy tamto. Ja jednak uważam, że te porady są o tyle niepewne, że nie uwzględniają naszych własnych preferencji, które musimy po prostu poznać próbując różne rozwiązania. Pożyczaj zatem dużo, to nie jest duży wydatek (jak robisz jakikolwiek kurs, wypożyczenie masz w cenie, a na nurek rekreacyjny wynajem sprzętu za dzień to około 10 zł). Nie ma lepszej szkoły jeżeli chodzi o poznanie sprzętu, wariantów i konfiguracji. Ja kurs skończyłem mając własną maskę, rurę, płetwy kaloszowe (używałem na pierwszych zajęciach basenowych), dokupiłem w trakcie kursu rękawice (grube, bo mi łapy strasznie marzną), buty i płetwy paskowe.  Po zakończeniu kursu zainwestowałem we własną piankę. Resztę pożyczałem regularnie i wychodziło mnie to około stówki za weekend – pas balastowy, kamizelka, automat, butla. Wyjazdy organizowane mają taką zaletę, że jak pożyczasz od organizatorów to liczą oni zwykle jedną, konkretną i atrakcyjną stawkę za wypożyczenie na okres wyjazdu, a nie rozliczają za każdy dzień. Pytaj, dowiaduj się, może jest to kolejny element, który wpłynie na twoją ocenę, czy warto wiązać się z daną grupą nurkową. Płetwy i buty to wydatek rzędu 400zł. Kurs to okolice 1000zł.

Teraz kilka informacji o tym, co ja kupiłem i gdzie trafiłem dobrze, a gdzie – źle. Korzystajcie z tych doświadczeń, bo są one dość świeże. Ostro zacząłem inwestować dopiero niedawno. Po zakupieniu pianki (z polecenia mojego instruktora, który także dystrybuował dany sprzęt, zjawisko chyba normalne w polskim środowisku nurkowym, ma swoje wady, ale chyba dużo więcej zalet, o tym później) – tu akurat zakup bardzo trafiony. Pianka ma już prawie dziesięć lat i wciąż mi bardzo dobrze służy. Mój model składa się z kompletnego kombinezonu z długim rękawem i długą nogawką, pianka o grubości 7mm, na to idzie ocieplacz z krótkim rękawkiem, nogawką i kapturem na łeb. Też 7 mm grubości pianki. Na polskie wody jak znalazł, nurkowałem już w różnych temperaturach i nawet w zimnej wodzie wytrzymywałem spokojnie pół godziny. To nie oznacza, że tyle wytrzymywałem z zaciśniętymi zębami, ale do trzydziestu minut nie czułem chłodu wody. Na ciepłe wody mogę założyć sam ocieplacz. Rozwiązanie jak na razie dla mnie idealne na każde warunki. Teraz na piankę tego typu należy wydać kwotę rzędu 1200zł. Doliczcie rękawice – ok. 150zł.

Pas balastowy był następny. Zdecydowałem się kupić własny, bo ten zakup nie jest specjalnie drogi, a koniecznie już chciałem zacząć kolekcjonować swoje wyposażenie. Tutaj specjalnie nie ma co filozofować. Pas to pas, na nim ciężarki, są też pasy z kieszeniami na rzepy welcro. Ciężarki mogą być w postaci worków ze śrutem (nie niszczą ostrymi krawędziami odzieży), prostych klocków (najtańsze, ale czasem człowiek musi je przenieść na pasie na ubraniu, ostre kanty mogą zniszczyć odzież) i klocków powlekanych gumową powłoką (moim zdaniem najlepsze rozwiązanie). Można niby narzekać, że sam goły pas z gołymi ciężarkami może uwierać, ale tylko jeżeli nie założymy pianki. Pamiętajcie, że większość kursów zawiera różne ćwiczenia ze zdejmowaniem pasa pod wodą i posiadanie pasa jest wręcz wymagane na kursie. A po kursach możecie pas wykorzystywać tylko do przenoszenia balastu, a sam balast upychać w kieszenie balastowe zintegrowane z waszą kamizelką lub skrzydłem wypornościowym. Wydatek około 200zł.

Po pasie balastowym była kamizelka, albo nawet równocześnie. Już nie pamiętam dokładnie. Do wyboru mamy albo klasyczny „jacket”, czyli po naszemu po prostu kamizelka, albo „skrzydło”. Popularna jest opinia, że „jacket” dobry jest na start, a potem i tak większość przesiada się na skrzydło. Jeżeli jednak będziecie mieli okazję wcześnie przetestować skrzydło, spróbujcie. Zupełnie inne doznania. Długo myślałem, że kupię jacket. Cały kurs zrobiłem na tym rozwiązaniu, potem rekreacyjne nurki też na kamizelce. Jednak zawsze miałem wrażenie, że jacket zabiera mi sporo swobody pod wodą. Znowu Rudi dał mi szansę przetestować skrzydło. I to było po prostu BINGO, jak mawiał Porucznik Frank Drebin. Z przodu swoboda, cały balon gdzieś z tyłu. Różnice pomiędzy tymi patentami są ogromne. Dużą zaletą kamizeli jest jej praca na powierzchni. Pompujemy jacket do pełna i po powierzchni pływamy jak królowe i królowie. Brakuje tylko drinka z palemką i kapelusza słomkowego. Skrzydło na powierzchni to dla niektórych mordęga. Skrzydło cały czas próbuje nas położyć. Jeżeli go nie opanujemy, będziemy kładli się na twarz, ale jak się nauczymy z nim żyć w zgodzie, nagle się okaże, że całkiem wygodnie da się położyć na plecach. Tylko warto to przetestować na samym sobie. Ja dość szybko opanowałem skrzydło i na powierzchni nie mam z nim problemów, ale na przykład w sytuacjach awaryjnych podejrzewam, że skrzydło nie ułatwi mi życia. Stawiam jednak na to, że nurkowanie głównie odbywa się pod wodą, więc mam w nosie tą wadę skrzydła. Pod wodą chyba nie znajdziecie takiego, który nie odczuje wyższości skrzydła nad kamizelą. To po prostu bajka, czysta przyjemność. Żadnego balona z przodu (ci z brzuchem zwłaszcza docenią tą cechę), ustawienie pod wodą jak w szwajcarskim zegarku, żadnego bujania, żadnego obracania się. Mniam, mniam. Przetestujcie, pokombinujcie. Podejrzewam, że pływając często na pożyczonym sprzęcie zechcecie dość szybko posiąść własną kamizelkę KRW. Kamizelki źle znoszą częste używanie przez różnie doświadczonych nurków, zwłaszcza jak jeszcze służy tym uczącym się. To w sumie delikatny sprzęt, dodatkowo musi leżeć na człowieku jak dobrze skrojony garnitur. Jeżeli dobrze ułożymy się z konkretnym modelem, będzie nam się pływać idealnie, ale na następny nurek dostaniemy troszkę inny model, albo inaczej używany i będziemy z nim walczyć od nowa. Łatwo też trafić na kamizelki z jakimiś wadami, uszkodzeniami, których nie wykrył (lub udaje, że nie wykrył) wypożyczający. Mi udało się trafić na kamizelkę z uszkodzonym mocowaniem inflatora (był po prostu pokruszony, a że na mocowanie zasłonięte jest nakrętką, o uszkodzeniu dowiedziałem się dopiero w wodzie), na zerwane plastikowe złączki, na przetarte paski, na zbyt luźne konstrukcje. To było po prostu męczące. Skrzydło kosztowało coś koło 1600zł i ani trochę nie żałuję tego zakupu.

Długa przerwa w finansowaniu nurkomanii i w końcu zakup automatu. Decyzja spowodowana tym, że na jednym wyjeździe dostałem automat z bardzo, bardzo, bardzo… bardzo długim przewodem do drugiego stopnia. A do tego, chyba żeby zachować jakąś równowagę w przyrodzie, ultrakrótki przewód do manometra. Tak krótki, że o odczyt ciśnienia w butli musiałem prosić partnera. A wszystko przez to, że organizator wyjazdu (przez sympatię nie wymienię z nazwiska) zapomniał sprzętu dla mnie i pożyczaliśmy na miejscu. Kolejny impuls, żeby wydać pieniądze. No to ciach. Tu się przyznam, że chyba przedwcześnie podjąłem decyzję, nie mając jeszcze dość wiedzy o doborze tego urządzenia, zdałem się znowu na wiedzę Rudiego, który zaproponował coś ze swojej oferty. Na szczęście był to bardzo popularny model ScubaTech R2 Ice, któremu już się przyglądałem na Allegro i w innych sklepach internetowych. Model okazuje się być idealnym rozwiązaniem na debiut. Ma wszystko co potrzeba, firma solidna, dobre opinie, niedrogi serwis. Jednak w tej kwestii doradzam brak pośpiechu, pływanie na wypożyczonym sprzęcie, na możliwie najróżniejszym sprzęcie, pytanie innych nurków, słuchanie ich opinii. Nie idzie o ich pochwały dla sprzętu, ale warto badać, co skłoniło ich do wyboru danego modelu, czyli na co oni zwrócili uwagę i czy przypadkiem ten element nie będzie miał dla nas znaczenia. Ci nurkujący w polskich wodach i w trudnych warunkach będą stawiać zawsze na sprzęt dostosowywany do takich warunków, posiadający dodatkowe patenty zmniejszające ryzyko zamarzania układów. Koszt rzędu 1000zł.

Komputer nurkowy był następny. I tutaj chyba niespecjalnie jest co testować. Wystarczy znowu popatrzyć na wyposażenie innych, posłuchać, jakie cechy komputera mają znaczenie przy wyborze. Jak człowiek nie chce szaleć, sięgnie pewnie po Suunto Vyper. Tak jak ja. W tym komputerze brakuje mi tylko kompasu, ale ten już sobie dokupiłem jako osobne urządzenie. Komputer jest obecny na rynku od kilku ładnych lat i kolejne opinie tylko potwierdzają, że to bardzo udana konstrukcja. Prostszy ZOOP pozbawiony jest podświetlenia i w moich oczach jest już naprawdę dobrym rozwiązaniem budżetowym dla tych, którzy nurkowanie zaliczają do kilku razy w roku. Po prostu kupując Zoopa musicie posiadać, lub przewidzieć od razu zakup światła. Generalnie Suunto jest dobrym wyborem. Spróbujcie trafić na złe opinie o Suunto. Wybór może być trudny, jeżeli wahamy się pomiędzy montażem komputera na konsoli (lub kupienia konsoli od razu z komputerem), a noszeniem na ręku jak zegarek. Z mojego punktu widzenia konsola jest niezbyt wygodna. Po nurkowaniu komputer trzeba wysuszyć bo mokre styki utrzymują komputer cały czas aktywny, co zjada baterię. Po nurkowaniu człowiek siada sobie w różnych warunkach by wypełnić logbooka, przepisać dane z komputera, podać innym uczestnikom dane z nurkowania. I jak tu z całym automatem, konsolą iść pod wiatę, walić to na stół i spisywać z komputera dane? Zdecydowanie wygodniejszy jest komputer na rękę. Zwłaszcza, że na komputer powinniśmy zerkać pod wodą często. Kompas i komputer powinny być samodzielnymi patentami, montowanymi tam, gdzie wam wygodnie. Koszt 1100zł.

Przejdźmy płynnie do kompasu. Miałem okazję przetestować kompas na konsoli – jak dla mnie beznadzieja, ciężko dobrze ustawić kompas by sprawdzić czy dobrze pokazuje, czy dobrze płyniemy. Jeżeli jeszcze jesteśmy mało doświadczeni, zwłaszcza, jeżeli jeszcze mamy kłopoty z pływalnością, konsola lubi ciągać się po różnych krzakach, mułach, piachach i innych podwodnych elementach. Na kompas za dobrze to nie wpływa. Kolejne popularne rozwiązanie, polecone mi przez Rudiego, to montaż kompasu na retraktorze. Czyli kompas w tej wersji ma jeden prosty mocny uchwyt, za który łapiemy go na retraktor (samozwijająca się linka), a retraktor zapinamy sobie na przykład do D-ringa w kamizelce. To przetestowałem pod wodą zanim zdecydowałem się na zakup. Po wyjściu z wody wiedziałem, że ten patent jest kompletnie nie dla mnie. Dobrze, może bardziej doświadczeni nurkowie rzadko patrzą na kompas, no chyba, że trafią w zamuloną wodę. Ja jednak zerkam na kompas dość często, bo łatwo gubię orientację i nieświadomie skręcam. A kompas na retraktorze pływa sobie dość swobodnie. Zaczepiony po lewej stronie ukrywał mi się zawsze sprytnie pod manometrem złapanym na zaczep przy kamizelce, albo podpływał pod inflator. Przy kolejnym nurku zapiąłem więc kompas po prawej stronie, ale i tu pływał wszędzie tylko nie pod ręką i ciężko go było namierzyć nie gapiąc się. Tylko on czasem się tak ustawiał, że nie sposób go było zobaczyć. No jak dla mnie beznadzieja. Może czytający to teraz eksperci zaczną się głośno rechotać, ale mniej doświadczeni nurkowie z pewnością powinni wziąć sobie do serca moje doświadczenie z kompasem na retraktorze. Zwłaszcza, że podobne opinie znalazłem w Internecie. A zatem zostaje noszenie kompasu na pasku, jak zegarek (większość nurków odradza ten patent, chyba głównie dlatego, że producenci nie przykładają się do produkcji dostatecznie trwałych wersji zegarkowych, wszyscy uważają, że ten wariant kompasu jest nietrwały, albo niewygodny w użytkowaniu), lub montaż kompasu na specjalnych mocnych gumkach na przegubie ręki. Wtedy można go sobie dowolnie ułożyć blisko komputera, albo na drugim ręku, albo tam, gdzie wygodnie. No i ja ten patent wybrałem. Jeżeli zakładam grubą piankę z długim rękawem, kompas mocuję na przegubie tuż za komputerem i mam dwa źródła wiedzy obok siebie. W przypadku pływania w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem, montuję go jak zegarek na wolnym przegubie, na drugim mam komputer. Wtedy gumki nie uciskają, a kompas jest dobrze ułożony. Widziałem też patenty, że ktoś de facto przekładał gumki tylko na dłoni i kompas miał na wierzchu dłoni. Wyglądało na wygodne rozwiązanie, bo dłonią można lepiej manewrować niż przegubem. Grunt by busolę móc łatwo ustawić w jednej linii z oczami, tak by orientacyjna linia na kompasie wskazywała idealnie na wprost przed nas. Tylko wtedy mamy pewność, że wyznaczamy kierunek prawidłowo. W mądrych książkach wręcz pokazują, że rękę z kompasem należy ująć drugą ręką i ustawić kompas prostopadle do twarzy. Montaż busoli na gumkach gdzieś w innych miejscach nie ma więc sensu. Kompas to prosta konstrukcja, do wyboru mamy kilka firm produkujących kompasy. Liczy się dosłownie pięć, może cztery firmy. Wszyscy jednak polecają Suunto SK7, bo zakres wychylenia największy (czyli teoretycznie możesz płynąć głową w dół, do góry, albo pod dziwnym kątem i kompas będzie w stanie wskazać północ w tej pozycji). Coś jest na rzeczy. Ja się z tłumem kłócić nie będę. Cena 260zł.

Następny zakup to butla. Koniecznie pragnąłem mieć już komplet by uniezależnić się od grupy i móc w razie czego pojechać gdzieś sam. Tak, tylko co z tego, jak sobie nie wystrugam partnera do nurkowania. Żony jeszcze nie namówiłem na kurs, jeden znajomy, co kiedyś nurkował, teraz ukochał sobie latanie na „glajcie” (paragliding), na nurkowanie szkoda mu kasy, a poza tym już tak długo nie nurkował, że musiałby sobie przypomnieć wszystko. Wymyśliłem sobie, że kupię butlę 12l, bo kręgosłup mam dość słaby, trzeba ograniczać obciążenie, a 15l jest do tego strasznie nieporęczna. Szkoda tylko, że wybrana 12stka jest tak smukła, że nawet z siatką ochronną słabo trzyma się w pasach mojego skrzydła. Znaczy trzyma się dobrze, ale pasy dobrze byłoby skrócić, albo kombinować z takim przewlekaniem przez klamry by nie wystawały poza sylwetkę na kilometr i nie prosiły się o łatwy zaczep… No a zakup butli wcale nie zdejmuje z nas regularnych kosztów – własną butlę trzeba jeszcze ładować, przeglądy i legalizacje robić. Chyba się pospieszyłem z tym zakupem. Były momenty, że żałowałem zakupu 12l, bo w końcu większość posiadaczy 15l potrafi na jednym ładowaniu zaliczyć dwa pełne nurki. Na 12l to już jest trudna (ale nie niemożliwa) sztuka. Jednak różnice w kg są znaczące, kręgosłup mój i tak już mocno mam zmęczony, cenne są więc każde oszczędności na ciężarze. A z czasem, jak znajdzie się pieniądz, kupi się kolejną 12 i zrobi się zestaw dwubutlowy – łączony, albo każda butla oddzielnie. W ostatecznym rozrachunku uważam, że dokonałem dobrego wyboru. Koszt 1000zł.

Latarka – nie ograniczajmy się do samego Allegro i swojego centrum nurkowego. Na rynku polskim są wyspecjalizowane firmy, które produkują wysokiej jakości światła od modeli najprostszych do bardzo drogich i mocnych systemów oświetleń. Ja szukałem na początek dobrego światła typu backup, który mógłby mi służyć póki co za główne światło. Są tego typu światła. Między innymi wybrany przeze mnie Tecline LED US 15, ale i Gralmarine (np. fajny KX Narrow) i Light for Me mają w swoich ofertach tego typu światła z jednym lub trzema LEDami. Ekonomiczne, wydajne i mocne światła. W zupełności wystarczą na nurkowania w polskich wodach. Wyposażyć się tylko w dobre ładowane akumulatorki i ładowarkę i można z powodzeniem używać tych latarek jako głównego światła. LED US 15 jest dość długą latarką, jak chcę ją schować w kieszeń balastową przy skrzydle, to ledwo się mieści. Dodatkowo zasilana jest trzema bateriami R14 (bądź porównywalnymi akumulatorkami, bądź mniejszymi akumulatorkami z zastosowaniem odpowiednich reduktorów) – jeżeli zdecydujemy się na ładowane akumulatorki, trzeba będzie myśleć o ładowaniu – nie każda ładowarka obsługuje ładowanie nieparzystej ilości akumulatorków. A jak kupujemy baterie nieładowane – nie wszędzie sprzedają te baterie na sztuki. Zatem nieparzystość zaliczam jako wadę latarki. Latarka tego typu to wydatek rzędu 300zł. A jak ktoś marzy o nagrywaniu wideo, niech koniecznie pomyśli o odpowiedniej wersji takiej latarki z nieskupionym światłem – na przykład Gralmarine proponuje takie wersje swoich latarek. No i nie zapomnijmy – w polskich warunkach oświetlenie wideo musi być porządne – żeby to miało sens, oświetlenie powinno dawać przynajmniej 1500 lumenów – dobrze, by były to dwie latarki na odpowiednio regulowanych wysięgnikach.

No i mamy ponad siedem tysięcy złotych, za jakiś czas człowiek dojrzeje do zakupu suchego skafandra, bo jest to normalna decyzja w przypadku nurków zwiedzających regularnie polskie zbiorniki. Za chwilę trzeba brać się za kolejny poziom, specjalizację, doskonalić się. A jeszcze, o zgrozo, przyjdzie mi pomysł na wymianę jakiegoś sprzętu na lepszą klasę. Chyba nieprędko. To, co mam, prezentuje się i służy mi dobrze. Buty (te bez zamka) już czas wymienić. Nie chcę straszyć, ale podliczając ten sport, raczej małych sum nie osiągniecie. Tylko porównajcie to sobie z innymi sportami. Ile jest dyscyplin, które wymagają skomplikowanego sprzętu ratującego, lub podtrzymującego życie, które w ogóle wymagają specjalistycznego sprzętu? Wspinaczki, różne formy latania, czy skakania z jakimś kawałkiem materiału na plecach. Ktoś coś dorzuci? Ktoś przedstawi koszty z tym związane?  A teraz najważniejsza sprawa – trzy czwarte sprzętu kupiłem na raty. To też kolejny plus korzystania z usług swojej grupy nurkowej. To wszystko rozkłada się jeszcze na dobre dziesięć lat inwestowania. Jak ktoś będzie zacięty, będzie mógł częściej inwestować w nurkowanie, ale też nie będzie posiadać niezwykłego budżetu, podobnie jak ja, zapewne będzie w stanie w ciągu dwóch, trzech lat to wszystko zdobyć. Ja jednak do tego nie namawiam, nie idzie o szybkie zdobycie sprzętu, ale o zdobycie sprzętu odpowiadającego naszym upodobaniom i potrzebom. Bez opływania się na cudzym sprzęcie, bez opływania się w ogóle, bez posprawdzania wielu opcji nie wyobrażam sobie by wszystkie zakupy były udane. Nie spieszmy się z zakupami. Na kurs idziemy ze sprzętem ABC (maska, płetwy, rura, ewentualnie płetwy paskowe plus buty nurkowe). Po zakończeniu kursu zaczynamy inwestować: skafander, kamizelka. Te sprzęty są bardzo osobiste i muszą być do nas dobrze dopasowane. Wydaje się, że własne narzędzia nawigacyjno rejestrujące powinny pójść przed automatem i butlą. Własna latarka też chyba powinna zmieścić się przed automatem i butlą. Pas balastowy i inne detale to nie są duże koszty, więc wykonujemy je w tak zwanym międzyczasie, zależnie od okazji i potrzeb.