Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025

Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030

Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Ocieplacze – pojedynek Bare vs Element

halo3d-mens-zoom

Foto 1. (producent) Już z daleka widać, że ocieplacz nadaje się jako kostium do filmu Sci-Fi.

Przy okazji wyjazdu nad Hańczę miałem możliwość przetestować ocieplacz 4th Element Halo 3D. Jest to ocieplacz z górnej półki cenowej, a może nawet innego regału cenowego. Zabierałem go ze sobą dzięki uprzejmości Tomka Grzyba z Shop4Divers.pl. W bagażach wiozłem także swój ocieplacz Bare Hi-loft Polarwear Extreme. Sprawdzony już w różnych warunkach polskich wód. Nie zdarzyło mi się w nim zmarznąć. Widziałem, jakie cuda potrafi on nawet po totalnym zalaniu. Wystarczy wycisnąć dobrze z wody, powiesić w przewiewnym miejscu, jeżeli pogoda dopisuje, za godzinę ocieplacz będzie prawie suchy. Bare też do najtańszych nie należy, jednak nie należy do czołówki w kwestii cenowej. Niemniej jednak nie miał niczym ustępować pod względem parametrów droższemu koledze.

halo3d-womens-zoom

Foto 2. (producent) Damska wersja. „Zameczek ulgi” w ciut innym ułożeniu.

Już z dala widać, że te ocieplacze reprezentują zupełnie inną szkołę projektowania. Bare – typowy pikowany ocieplacz, jaki widujemy regularnie na polskich nurkowiskach, na wierzchu śliska powierzchnia, pod spodem przyjemny polarowy misio. Czwarty element to super futurystyczny wygląd, taka zbroja z jakiegoś filmu sci-fi. Dzianinowa powierzchnia skrywa sztywne panele pokrywające najbardziej narażone na zimno części ciała. Ubierając tą zbroję mamy wrażenie, że zamieniamy się w jakiegoś kosmicznego komandosa i że całość będzie nas chronić od ataków potworów i postrzałów z miotaczy. Jeżeli chodzi o wygląd, zdecydowanie Element dodaje nam charyzmy i niesamowitego szyku. Moim zdaniem w tym ocieplaczu możemy udać się nie tylko na nurkowanie, ale i do teatru, koniecznie na przedstawienie modnego reżysera, na którego przedstawieniach pojawia się artystowsko zwichrowana młodzież. Lans murowany. Mój Bare w tym pojedynku przegrywa. Wygląd klasyczny, nieco workowaty. Szyku w nim nie zadamy.

hlpolarm_2

Foto 3. (producent) Bare hi loft w wersji męskiej.

Niektórzy kupują oczami, ale większość z nas zanim wyda ten tysiąc złotych przynajmniej, przymierzy oba ocieplacze. Sprawdzi wygodę zakładania, noszenia i zdejmowania. I tutaj bitwa będzie nie rozstrzygnięta, choć w kilku punktach widać małą przewagę Elementu.

halo3d-spacetek-panels

Foto 4. (producent) Grube panele na piersi sprawiają, że czujemy się „kuloodporni”.

Bare zakłada się szybko i bezproblemowo. Układa się na człowieku jak druga skóra. Wewnętrzny misio jest bardzo przyjemny w dotyku. Nosiłem już ten ocieplacz nieraz, prowadziłem w nim samochód. Ba, spędzałem nawet chłodny wieczór w domowym zaciszu. Diabelsko wygodne odzienie. Żadnych ograniczeń ruchu, uwierania, czy niedogodności. Workowaty wygląd to tylko pozory, ocieplacz nosi się bardzo dobrze zarówno „na sucho” jak i pod sucharem – nie zwisa, nie ma luzów, które mogłyby jakoś przeszkadzać. Dwie rzeczy uważam za mniej przyjemne. Tasiemki na kciuki czasem się tak zrolują, że po założeniu potrafią nieprzyjemnie uciskać. Druga rzecz to ściąganie ocieplacza – wyraźnie ciężej się go zdejmuje niż zakłada. Nie jest to duża wada, ale jednak zauważalna. Za to na pewno wyżej sobie cenię odprowadzanie ciepła w Bare. W Elemencie nie znajdziemy tylu bajerów, które mają nam ułatwić oddawanie ciepła (i wilgoci, i różnych ludzkich zapachów) na powierzchni. W obu ocieplaczach brakuje szelek, więc założenie jest, że jak się już przebierzemy w ocieplacz to musimy w nim paradować ubrani kompletnie weń. I tu wygrywa Bare ze swoimi otworkami i zastosowanym innym, cieńszym materiałem na zgięciach przy kolanach i pod pachami.

HLPolarW_2kobiecy

Foto 5. (producent) Bare w wersji kobiecej. Trzeba się dobrze przyjrzeć by zobaczyć różnicę.

Element pomimo sztywnych paneli na piersiach zakłada, nosi i zdejmuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Oba ocieplacze w wersji męskiej wyposażono w dwustronny suwak. Dodatkowo Element otrzymał otworki pod zawór ulgi. Element ma też wygodniejsze pętelki na kciuki i ciut dłuższy kołnierzyk.

Obydwa ocieplacze mają małe zapinane kieszonki na górze. Bare na piersi, Element – na ramieniu. Obie mikre, niewiele się w środku zmieści (raczej nie smartfon). To niby żadna wada – nikt na nura nie zabiera telefonu. Jednak na powierzchni potrafimy spędzić sporo czasu w ocieplaczu – zwłaszcza instruktorzy, ja lubię sobie wypychać kieszenie różnymi przydatnymi (w mojej opinii) rzeczami – telefonem, kluczykami do auta, dokumentami – kieszonki w obu ocieplaczach są w stanie przyjąć część rzeczy, ale już poważniejszy smartfon tam nie wejdzie. Obydwa ocieplacze posiadają taśmy na stopy, w obu bardzo wygodne.

halo3d-pocket

Foto 6. (producent) Kieszonka w Elemencie na ramieniu. Na iPoda chyba.

 Tak uzbrojeni w wiedzę wskakujemy do wody i testujemy ocieplacze podczas nurkowania. Dwa totalnie odmienne projekty, zupełnie inne założenia konstrukcyjne, ale efekt jest ten sam. Nie zauważyłem żadnych różnic w utrzymywaniu ciepła, a przypominam, że miałem cały weekend nad Hańczą i siedziałem w wodzie zdecydowanie dłużej niż przeciętny nurek. W obu ocieplaczach robiło mi się zimno mniej więcej po tym samym czasie braku aktywności (w oczekiwaniu na kolejną grupę kursantów na powierzchni, albo pod wodą czekając na wykonanie ćwiczeń, albo ponowne sformowanie grupy). Nie zalewałem specjalnie suchara, nie miałem ochoty testować szybkości schnięcia Elementu. Mam to przetestowane w Bare i wiem, że ocieplacz zachowuje dalej właściwości izolacyjne i nurkowanie z „podlanym” sucharem nie stanowi straszliwej tortury. Schnie też pioruńsko szybko. Nie wiem jak zachowa się Element w tej sytuacji i jak szybko wyschnie. Same końcówki rękawów – rzecz, którą regularnie moczę – schły szybko i bezproblemowo.

kieszenbare

Foto 7. (producent) Kieszeń Bare na sercu. Pojemność równie znikoma.

Dwa słowa o wyporności. Podobno Element ma minimalizować dodatnią wyporność. Nie stwierdzono. Wręcz odwrotnie. Zaskoczyło mnie, że w tej samej konfiguracji sprzętowej, na basenie do trzech metrów głębokości miałem problemy z zanurzeniem się. Musiałem sobie dorzucić kilo w stosunku do ocieplacza Bare. Czyli Bare tu wygrywa.

Gdybym miał teraz wybierać ocieplacz i miałbym pieniądze na Element, pewnie bym go wybrał. Podpowiadano mi, że przy zastosowaniu odpowiedniej bielizny ocieplacz ten jest odporny na każdy chłodek. Nie będę ukrywał, że lubię ładne rzeczy i czasem kupuję rzeczy oczami. W tej kategorii Element wygrywa. Doceniam jednak Bare i uważam, że jest to równie dobry ocieplacz. Brakuje mu takich bajerków jak otworki na zawór ulgi, chętnie dorobiłbym mu szelki (ale tych także brakuje w Elemencie) i wymienił tasiemki na kciuki. Niemniej jednak w tej cenie Bare jest niepokonany, zapewnia znakomite warunki cieplne, jest bardzo wygodnym ocieplaczem.

Oba ocieplacze nadają się na nasze trudne warunki, na długie godziny pluskania się w naszych wodach. Bare to wydatek rzędu tysiąca złotych, Elementowi bliżej już do dwóch tysięcy. Stosunek ceny do jakości zdecydowanie więc bardziej korzystny w przypadku Bare. Z tym że otworki na zawór ulgi w Elemencie wskazują, że zamysłem autorów było zdobycie konkretnego typu klienta – nurka technicznego.

Jezioro Piaseczno

Jezioro Piaseczno koło Łęcznej, prawie czterdzieści metrów głębokości, osiemdziesiąt sześć hektarów powierzchni, długie na półtorej kilometra, a szerokie – na prawie kilometr. Od północy i zachodu linię brzegową wyznacza las, pozostałą część brzegu zajmują zabudowania Kaniwoli. Jest tu cicho, spokojnie. Dla Lublinian jest to na pewno ważny punkt rekreacyjny, nurkowie szczególnie sobie go upodobali ze względu na bliskość i warunki podwodne. Dla nas, ludzi z Warszawy i okolic też daleko nie jest – dwieście kilometrów, da się zorganizować całodniową wycieczkę z dwoma nurkowaniami. Wyskakujemy z Warszawy na Lublin, za Rykami odbijamy na Kock, zaczynamy podróż lokalnymi, mocno pofalowanymi drogami (czasami czułem się jak na pełnym morzu przy mocniejszym wietrze). W Kocku kierujemy się na Łęczną, ale nie dojeżdżamy do niej, tylko przez Ludwin docieramy do Kaniwoli. A za Kaniwolą szukamy dojazdu do jeziora. Jednym z doskonałych miejsc dla nas, nurków, będzie baza nurkowa u Przemka Widomskiego, nureczno.pl. Jedna z piaszczystych dróg odbijających od głównej drogi prowadzi do jego gospodarstwa. Prosta wiejska chałupa, specjalnie żadnych reklam – dość ciężko tu trafić, ale pomęczyć się warto. Na miejscu sprężarka, możliwość noclegu, ławy, stoły, gastronomia. Wychodzimy przez furtkę na lokalną plażę i już mamy dostęp do nurkowiska od południowo wschodniej strony jeziora. Jezioro charakteryzuje się naprawdę dobrą widocznością – do termokliny średnio do dwóch, trzech metrów, jak różni pływacy i nurkowie za mocno nie nakopią, poniżej termokliny zaczyna się bajka nawet do siedmiu, ośmiu metrów widoczności, oczywiście spadająca mocno po przepłynięciu kilku mniej wprawnych nurków grabiących sprzętem dno. Pod wodą znajdziemy kilka atrakcji zatopionych pod wodą – wszystkie oporęczowane, idzie się do nich jak po sznurku do kłębka. Znajdziemy pod wodą wrak holownika, kajaki, platformy do ćwiczeń.

jez.piaseczno

Na naszą wyprawę eksploracyjną wybrałem się ze sprawdzoną paczką znajomych partnurów i rodziną. Dla rodziny była to doskonała okazja by złapać trochę słońca i pokąpać się w dobrze już nagrzanej wodzie. O tyle udana jest baza Przemka, że dzika plaża przylega do nurkowiska, więc nienurkujący uczestnicy wyprawy nie muszą się specjalnie oddalać od nas. Z kolei plażowicze i pływacy nie mieli wpływu na komfort nurkowania i widoki pod wodą. Ryby nie uciekały specjalnie – praktycznie przy plaży, w pobliskich szuwarach natchnąłem się na małe grupki zawsze ciekawskich okoni, małe ławice jakichś niezidentyfikowanych rybek, kilka sumików karłowatych dało się sfilmować niespecjalnie przejmując się moją obecnością. Na pierwszego nurka zaplanowaliśmy wizytę na wraku holownika. Trasa nie jest specjalnie skomplikowana. Do pierwszej platformy ćwiczebnej, z niej poręczówką na północny zachód, na głębokości około czternastu metrów odbijamy od poręczówki w prawo i dopływamy do kolejnej. Ta już prowadzi nas prosto do holownika. Z tym, że my nie docieramy do holownika, bo mniej więcej na głębokości czternastu metrów jeden z nurkujących sygnalizuje problem z automatem. Pytamy, czy chce skorzystać z naszych zapasów. Nie. Przeszedł już na alternatywny automat, ale zawraca. Decydujemy się eskortować go w drodze powrotnej. Chłopak chyba nie jest pewny, czy dobrze go zrozumieliśmy, bo kilka razy nam sygnalizuje, że może wynurzyć się sam, ale my odmawiamy. Docieramy do platformy na pięciu metrach, tu stajemy na przystanek bezpieczeństwa. Korzystam po raz pierwszy ze swojej tabliczki do pisania – najnowszy zakup. Niby kawałek plastiku z ołówkiem, ktoś by pomyślał, że to przydaje się tylko na ćwiczeniach, ale proszę, jednak może się niemal od razu przydać. Nurek pisze, że automat podaje wodę. Ustalamy, że stąd już sam się wynurzy a my pójdziemy jeszcze na krótką wycieczkę. Odprowadzamy go wzrokiem do powierzchni i ruszamy na kajak. Drogi dokładnie nie pamiętam, ale to była chyba poręczówka skręcająca bardziej na zachód. Kajak nie jest może oszałamiającym artefaktem, w środku obowiązkowy manekin, ubranko. Dla mnie to nie jest cel nurkowania, ani atrakcja. Wracamy meandrując nad szarym dnem nie oferującym żadnych ciekawych widoków, dopiero nad termokliną pojawiają się rośliny i zaczyna pojawiać się życie. Kończymy nurkowanie. Czas nabić butle, odpocząć i dowiedzieć się, co z tym automatem się działo. Na powierzchni pogoda dopisuje, rodzina moczy się w wodzie, albo dla odmiany pracuje nad opalenizną. My też korzystamy z pogody, grzejemy się, dożywiamy. Z automatem, tutaj uwaga dla wszystkich przyszłych posiadaczy swoich własnych automatów, wyszła prozaiczna sprawa. Proszę sobie wbić do głów i nigdy, ale to przenigdy nie lekceważyć zaleceń co do przeglądów sprzętu. To jest sprzęt, od którego zależy nasze bezpieczeństwo i życie. Takie przykłady pokazują, że lenistwo, albo chwila zapomnienia może kosztować nas sporo. Automaty nie przeszły przeglądu od dwóch lat. Kolega wcześniej regularnie, co roku, wykonywał przeglądy, potem zrobił sobie przerwę w nurkowaniu i tym samym nie przyszło mu do głowy zrobić przegląd. Sprzęt przeleżał na sucho cały sezon, a więc tym bardziej wymagał przeglądu na początek tego sezonu. Tym razem skończyło się bez specjalnych problemów, kolega musiał zrezygnować z kolejnego nurka i zaraz po powrocie oddał automaty do przeglądu. My z kolei wróciliśmy do wody by w końcu zaliczyć holownik. Nurkowanie zaczęliśmy od wizyty w szuwarach u sumików karłowatych, potem popłynęliśmy prosto na holownik. Każdy debiutant ma swój pierwszy wrak przed oczami. Ja wciąż czekam na ten swój pierwszy. To, co dotąd widziałem, to zakrzówkowe „atrakcje” i inne zatopione celowo jednostki. Niemniej jednak okoliczności nurkowania mogą sprawić i w tym przypadku sprawiły, że nurkowanie na holowniku będę jeszcze długo wspominał bardzo przyjemnie. Warunki mieliśmy znakomite, trochę światła docierało z góry, przejrzystość była całkiem do rzeczy. Holownik stał sobie dostojnie w swoim zagłębieniu. Oczyszczony z wszelkich elementów metalowych, wyposażenia –  praktycznie goła skorupa. Na nadbudówce ktoś ustawił piękną ogrodową rzeźbę przedstawiającą żabę. Nie omieszkaliśmy wykonać zdjęcia pamiątkowego z żabą. Aparat pożyczyliśmy od już nienurkującego kolegi. Niezbyt skomplikowany, ale całkiem przyzwoity aparat w wodoszczelnej obudowie. Ja tym razem nie miałem sprzętu do filmowania, kamerę miałem, ale bez porządnego światła. Stąd chętnie pozowałem do zdjęć. Z tym, że dopiero po kilku zdjęciach zorientowaliśmy się, że z aparatem coś nie tak. Czy na obiektywie powinna spoczywać taka ładna czerwona pokrywka Kolega spojrzał na pokrywkę, spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w życiu o mało nie wyplułem automatu ze śmiechu. Pokazał wymowny gest pukania w głowę. Tym razem bez pokrywki powtórzyliśmy serię zdjęć, jeszcze tylko stanąłem na nadbudówce i rozłożyłem ręce by sprawdzić jak się czuł Jack Dawson na Titanicu krzycząc, że jest królem świata. Nie poczułem niestety takiej ekscytacji, zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Zaczęliśmy więc powrót do brzegu. To było bardzo przyjemne nurkowanie, zakończone jeszcze myszkowaniem w litoralu, ściganiem rybek i krótkim filmowaniem „przelotu” nad roślinnością. Po równej godzinie wyszliśmy z wody bardzo usatysfakcjonowani tym nurkowaniem. Z pewnością będę chciał powtórzyć nurkowanie w jeziorze Piaseczno, bardzo spodobały mi się okoliczności tego nurkowania, otoczenie jeziora i samo jezioro. Do sprawdzenia są jeszcze dwie bazy nurkowe położone nad jeziorem, ciekawe, z jakimi atrakcjami pod wodą? Na pewno warto będzie dotrzeć do najgłębszego punktu w jeziorze, do którego też można dotrzeć po poręczówce.

Kolejny sprzęt

Należą się wam kolejne informacje na temat wyposażenia, które dodałem, lub które miałem przyjemność testować ostatnio. Nurkuję ostatnio jak szalony, praktycznie co tydzień gdzieś wyskakuję przynajmniej na jedno nurkowanie. Podkreślam w tym miejscu duże znaczenie forum nuras.info, dzięki któremu grono moich znajomych nurków rozrosło się niesamowicie i praktycznie cały czas mam okazję z kimś nurkować. Wcześniej było tragicznie. A teraz? Albo ktoś daje znać, że gdzieś nurkuje, albo wystarczy, że ja wspomnę i już za kilka minut ktoś odpowiada. Co jeszcze dało mi forum? Wystarczyło, że się w jednym wątku poskarżyłem, że idę na nocne nurkowanie i nie mam porządnego światła do filmowania. Za chwilę dzwonił do mnie Bartek Grynda z Gralmarine, że wysyła jednemu józefowskiemu nurkowi latarki do testów i mógłby do paczki dorzucić coś dla mnie. Genialnie, prawda? Tak więc na nocne szedłem z porządną latarką.

DSC_0050

Foto. 1. Zestaw gotowy do nurkowania na uchwycie własnej roboty. Uchwyt może nie jest szczytem finezji i funkcjonalności, ale swoje zadanie spełnia znakomicie. Światło i kamera są bardzo stabilnie zamocowane i dają możliwość doskonałej pracy pod wodą.

Niestety, nie pokarzę wam tego całego bogactwa przyrody, które miałem przyjemność podziwiać na nocnym. Udało mi się przypadkowo wyłączyć kamerę na początku nurkowania. A światło Gralmarine było tak mocne, że nie miałem jak spojrzeć na umieszczone z przodu kamery kontrolki. Nie wpadłem na to, żeby wyłączyć światło i obserwować czy miga dioda nagrywania. Człowiek uczy się całe życie, szkoda, że na błędach. Błąd to bolesny, bo na filmie miałbym trzy dorodne szczupaki, masę pięknych okoni, płoci, krąpów, raków. Umykał przede mną jakiś rosły leszcz, albo lin, nie widziałem go dobrze, bo cały czas utrzymywał się na granicy mojego światła. Powiem jedno, to światło po prostu jest rewelacyjne, miałem jasno jak w dzień. Gralmarine LED7 WIDEO ma dwa tryby świecenia – w oszczędnym włączasz 5 diod i widoczność już jest znakomita. Jak odpalisz wszystkie 7 diod, czujesz się jakbyś pływał w piękny słoneczny dzień. W żadnym trybie nie próbuj świecić sobie lub komuś w oczy. Ta lampa ma naprawdę moc. Tak samo nie radzę używać jej na powierzchni. Lampa szybko się nagrzewa i można się nieźle poparzyć dotykając obudowy. Był to mój pierwszy raz z latarką z osobnym zasobnikiem na akumulator. A do testów dostałem całkiem pokaźny i mocny akumulator 11Ah. Zamocowałem go do pasa do butli. Cały zestaw waży tyle, że spokojnie z balastu można odjąć 1,5kg. Ja nie wyjąłem, byłem przeważony, ale na płytkim akwenie mi to nie przeszkadzało. Pływało mi się stabilnie, akumulator zamocowany tak wysoko nie powodował obracania, ponieważ większość ciężaru mam z przodu.

DSC_0045

Foto 2. To moje światło – Tecline LED US15. Mocne światło, ale skupione, do filmowania, czy zdjęć nie nadaje się.

DSC_0042

Foto 3. Tryb 5 diod w Gralmarine.

DSC_0043

Foto 4. Wszystkie diody świecą.

I krótkie nagranie pokazujące latarki w akcji:

To jeżeli chodzi o światło to tyle. Bardzo dziękuję Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za wypożyczenie sprzętu do testów. Jak będę miał budżet na oświetlenie, z chęcią wybiorę Gralmarine. Budżet jednak powinien porządny, bo tego typu światła z oferty Gralmarine swoje kosztują (ponad 2 tyś. złotych).

Kolejnym zakupem, do którego dojrzałem to sprężyny do płetw. Niby drobnostka, ale bardzo użyteczna. Długi czas zwlekałem z tym, zupełnie nie wiem dlaczego. Cała logistyka wejścia do wody upraszcza się okrutnie. Przedtem rękawice zakładałem na samym końcu, już w wodzie. Dociąganie pasków od płetw w grubych rękawicach jest sztuką trudną. Nie dość, że ciężko złapać końcówki pasków, to jeszcze obracanie się w całym ekwipunku by do nich sięgnąć to dopiero „zabawa”. Z całym moim ekwipunkiem – latarką, kamerą wejście do wody to droga przez mękę, jeszcze boksowanie się z płetwami, ludzie w wodzie czekają tylko na mnie, a ja morduję się z tym wszystkim. Koniec! Basta! Zamontowałem sprężyny, pojechałem na pierwszego nurka i stał się cud. Szast prast, byłem w wodzie, dwa ruchy i płetwy założone. Rewelacja. Jeżeli jeszcze się zastanawiasz nad sprężynami, jeżeli dalej myślisz, że to zbędny wydatek, przecież paski dobrze ci służą – spróbuj ze sprężynami! Wydatek rzędu 100zł a komfort ubierania jest nie do opisania. Teraz uważaj, bo sprężyny dostępne są w dwóch rodzajach, jeżeli idzie o montaż do płetw. Zależnie od typu płetw wybierasz model montażu. Posiadacze płetw typu jetfin zwykle dostają sprężyny w zestawie, jeżeli nie – wybierają sprężyny montowane za pomocą „pazurków”. Pozostali wybierają uchwyt „o”, który nakłada się na bolce z boków płetw.

2013-06-09 08.51.34

Foto 5. Płetwy full profeska ze sprężynami Scubatech.

To jeszcze raz gorące dzięki należą się Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za testową latarkę!

Nurkowanie na forum

W końcu każdy z nas prędzej czy później zdecyduje się zajrzeć na jakieś forum nurkowe. Powodów ku temu jest wiele. Powodów, by tego nie robić i się przed tym bronić – też sporo. Nurkowanie na forum to nie jest rekreacja, to już jest nurkowanie techniczne. Sport ekstremalny wymagający dobrego przygotowania i jako takich umiejętności. Po pierwsze, trzeba pamiętać, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie. Rzucenie pytania z gatunku „potrzebuję porady” zakończy się zwykle kilkustronicową dyskusją, gdzie pojawi się mnogość opinii, w tym część kompletnie nie na temat, a sam pytający zwykle w pewnej chwili poczuje się kompletnie wykluczony z dyskusji. Po drugie, kto miał do czynienia z jakimkolwiek forum ten wie, że ciężko jest z niego wyłowić jakieś cenne, obiektywne, lub wartościowe informacje. Nigdzie nie ma poradnika, jak oceniać otrzymane informacje, na żadnym forum nie ma instytucji obiektywnego recenzenta merytorycznej strony publikowanych informacji.  Trzeba spędzić sporą ilość czasu na forum by rozpoznać autentyczne autorytety i ludzi, którzy rzeczywiście posiadają odpowiednie kompetencje by wypowiadać się na zadany temat. To jest prawdziwe oddzielanie ziarna od plew. Proces wymagający czasu i determinacji z naszej strony. Wchodząc w to ekstremalne, obce nam środowisko pamiętajmy o jego typowych mieszkańcach. W każdym środowisku for mamy do czynienia z podobnymi typami użytkowników. Nie inaczej jest z forami nurkowymi. Mamy tu licznie występujące stada okazów z rodziny „ja wiem lepiej”, które są bardzo aktywne, żerują wszędzie i w każdych warunkach nie zważając na to, czy jest to środowisko odpowiednie dla nich. Łatwo napotkać też drapieżniki z rodziny trollowatych. Najliczniejsza jest jednak grupa, która po prostu chce się wypowiedzieć  niezależnie od tego, czy mają coś ciekawego i ważnego do powiedzenia w danym temacie. Otwarte, dzikie i niebezpieczne wody polskich forów są strzeżone licznie przez różne grupy moderatorów i administratorów, którzy mniej lub bardziej ingerują w prowadzone dyskusje. Przy czym robić to będą w mniej lub bardziej mądry sposób i niejeden raz będziesz miał z nimi do czynienia. Nie będzie to zawsze łatwy kontakt, pamiętaj, że fora to wody prywatne, rządzą się własnymi prawami i logiką. Musisz akceptować te warunki, jeżeli chcesz bezstresowo eksplorować dane środowisko. Brniemy więc w gąszczu informacji, przedzierając się przez całe chaszcze chwastów merytorycznych, przebijając się przez ściany glonów zamulających nam jakąkolwiek percepcję, omijamy przeszkody i pułapki rzucane nam na drogę przez użytkowników i strażników środowiska. Staramy się znaleźć nasze eldorado, nasz cel nurkowania na forum. Nie bójmy się jednak wyzwania, ponieważ prawie zawsze osiągniemy nasz cel, a po dłuższej obecności na forum zauważymy zalety płynące z obeznania się z tym środowiskiem. W końcu nauczymy się rozpoznawać osobniki, które mogą dysponować wiedzą, której my potrzebujemy. Prawie zawsze możemy liczyć na czyjąś pomoc. Prawie zawsze znajdziemy ciekawe i przydatne informacje. W końcu zrozumiemy, że to środowisko dostarcza nam także wiele cennych informacji, których nie spodziewaliśmy się znaleźć w tym miejscu. Aktualne informacje o akwenach, na które zamierzamy się wybrać. Sytuacja pod wodą, dostępność baz nurkowych, informacje o możliwości naładowania butli, wypożyczenia sprzętu, aktualne ceny. Chcesz porównać sprzęt, chcesz obejrzeć sprzęt, który chcesz kupić – zarejestruj się na forum, jest duża szansa, że znajdziesz posiadacza danego sprzętu. Nie pytaj się o jego subiektywne odczucia, umów się z nim na wspólnego nurka. Albo sobie dokładnie obejrzysz dany sprzęt w akcji, albo nawet twój nowy znajomy z chęcią ci go pożyczy byś sam mógł się przekonać o rewelacyjności jego osobistego sprzętu.

No i najważniejsze, forum to najlepsze miejsce do zyskania nowych znajomych, przyjaciół i partnerów do nurkowania. Jesteś więc samotnikiem, który już zrobił kurs, albo dopiero się nad nim zastanawia? Martwi cię ta niepewność, czy w ogóle będziesz miał z kim nurkować, z kimś, kto podpasuje ci swoim stylem nurkowania, stylem bycia i życia? Zarejestruj się na forum. Możliwości będziesz miał bez liku by poznawać nowych ludzi, by odwiedzać nowe miejsca, zabierać się z jakąś większą grupą, dzielić kosztami dojazdu, czy organizacji wyjazdu. Na naszej internetowej scenie nurkowej występuje kilka ważnych miejsc wymiany informacji pomiędzy nurkami. Na pierwszym miejscu stawiam forum nuras.info. Najszybciej i najprościej tam trafić, dużo się dzieje, jest dużo aktywnych i regularnych użytkowników. Zwracam jednak uwagę na dość nietypowe działanie lokalnych strażników. Ci starają się głównie kontrolować kulturę i pilnować podstawowych zasad netykiety, zwracają też uwagę na to czy przypadkiem nie próbujemy uprawiać jakiejś komercyjnej działalności tam, gdzie nie jest to dozwolone. Nie zwracają jednak uwagi na jeden, dla mnie bardzo ważny, czynnik – trzymanie się tematu. W ten sposób forum łatwo zaśmieca się i zarasta rzęsą szumu informacyjnego. Wrzucamy zapytanie do wyszukiwarki tematu, dostajemy mnóstwo odpowiedzi, zwiedzamy wskazane wątki i odkrywamy, że:

– poszukiwana przez nas informacja jest w tytule jakiejś dyskusji, wchodzimy w dyskusję i odkrywamy, że tylko na samym początku ktoś o tym temacie wspomniał, potem wątek skręcił w kompletnie inną stronę,

– informacja zakopana jest w wątku, który dotyczy czegoś kompletnie innego i może pojawić się tylko z nazwy, ale wcale nie będzie rozwinięta.

Dyskusje mogą ciągnąć się przez kilkanaście stron. Czasami ciężko jest wyłowić interesującą nas informację w tym środowisku. Niemniej jednak dużo się dzieje na tym forum i obecność na nim dobrze służy poznawaniu nowych ludzi. Łatwo też tu uzyskać szybko odpowiedź na nurtujące nas pytanie. Kwestią czasu jest to, kiedy nauczymy się rozpoznawać, czy uzyskana odpowiedź jest wartościowa…

Następnie w jednym szeregu należy wymienić forum przy największym informacyjnym portalu nurkowym Divers24, forum Dive Trek Group i forum Techniki Nurkowania. Trzeba pamiętać, że forum DTG jest forem zamkniętym, do którego dostępu udziela administrator oceniając czy dany kandydat na użytkownika będzie wartościowym nabytkiem dla swojego środowiska. Z kolei forum Techniki Nurkowania skupia się na technicznej stronie nurkowania, informacje o sprzęcie, o sposobach szkolenia, technikach montażu sprzętu, technikach nurkowania i tak dalej.

Krótko o nieudanej próbie ukulturalnienia się

Jak nie można nurkować (to znaczy można, ale trzeba mieć sprzęt odpowiadający tym warunkom, które widzimy na zewnątrz) to trzeba się jakoś inaczej dokarmiać wrażeniami nurkowymi i nurkopodobnymi. Ja sobie wymyśliłem, że to znakomita okazja by wyciągnąć rodzinę z domu i pójść pooglądać wystawę fotografii podwodnej Tomka Stachury pt. „Wraki Bałtyku” w budynku PTTK przy Senatorskiej w Warszawie. Napaliłem się niemożebnie, że nawet dobrze nie przestudiowałem informacji o tejże. Jest sobota, na zewnątrz plucha, chmury, paskudnie ogólnie, człowiekowi nosa się za drzwi nie chce wystawiać, zatem doskonały powód by się jednak zmusić – zapakować rodzinę do auta i przewieźć na starówkę. Zaliczyć wystawę, a potem się przeleźć kawałek po okolicy. Super plan po prostu. Trzy minuty przed wyjściem człowiek siada do internetu by sprawdzić jeszcze raz informacje o wystawie, zwłaszcza godziny otwarcia. I doczytuje… Wystawa do oglądania od poniedziałku do piątku… No szlag mnie trafił. To są wybitnie nie moje dni do zaliczania takich atrakcji miejskich. Jestem człowiekiem spod miasta, uciekłem tu z wielu powodów i tu jestem szczęśliwy. Nie znoszę każdej wyprawy do Warszawy, nie lubię, nie chcę, bronię się przed tym jak mogę. Bez powodu tam nie jeżdżę. Zwłaszcza w dni pracujące. Stanie w korkach nie jest moim ulubionym sportem. Nurkowanie, rowerowanie, bieganie na nartach – proszę bardzo. Stanie w korkach? Nie. Szukanie miejsc parkingowych w dni pracujące w okolicach starówki – kolejna dyscyplina, której uprawiać nie chcę. Parkować to ja se mogę pod domem na mojej posesji. Miejsce zawsze mam, odśnieżone, bo sam sobie odśnieżam. A na mieście albo wszystko zajęte, albo zawalone śniegiem. Podziękował. Zatem tym samym muszę przyznać z bólem, że wystawy już pewnie nie zaliczę. Chciałem złorzeczyć, obsmarować włodarzy PTTK za tak absurdalne ograniczenie czasowe dostępności wystawy, ale cóż – zapewne wielu miastowych odwiedziło wystawę i dojechanie tam autobusem, albo tramwajem nie było dla nich żadnym ekstremalnym wyczynem zajmującym półtorej godziny, więc nikomu, poza mną pewnie specjalnie to nie przeszkadza. No szkoda…

Czy nurkowanie to rzeczywiście taka droga „impreza”? Jak inwestować w sprzęt? Co kupić na start, a co potem dokupować?

Artykuł zaktualizowany: 9 sierpnia 2013 – trochę więcej wiedzy w głowie, trochę nowinek.

Zła wiadomość na start – taniej dyscypliny sobie nie znaleźliście. Z drugiej strony jednak zapaleniec w każdej dziedzinie sportowej może utopić masę pieniędzy. Wspomnę o drugim moim ukochanym sporcie – w rower też można inwestować bez końca, do tego kupować różne stroje, wyposażenie, plecaki, sakwy, lepszy osprzęt. Miałem też długi epizod z wędkarstwem (ale polityka odpowiedzialnych krajowych organów w sprawie kontroli ilości ryb zdatnych do wyławiania skutecznie mnie zniechęciła do chwytania za kij) – to przecież też studnia bez dna, kolejne wędki, kołowrotki, spławiki, błystki, wymiana żyłek, pudełka, przynęty, zanęty, pozwolenia na odłów, wynajem łódki, i tak dalej. Nurkowanie jednak w wersji minimum pociągnie za sobą kilka poważnych wydatków. Już sam kurs i zorganizowanie przyzwoitego ABC to wydatek rzędu tysiąca złotych. A potem, jak człowiek wsiąknie i zechce zyskać trochę samodzielności, zacznie się inwestowanie w swój sprzęt. Jednak jeżeli będziemy nurkować z konkretną grupą nurkową, która zwykle dysponuje swoim bogatym zapleczem sprzętowym, a będziemy dawać nura kilka razy do roku, to nawet często lepiej jest pożyczać odpłatnie sprzęt, niż kupować własny, który potem będzie kurzył się w piwnicy. A zakupiony sprzęt też wymaga kosztownych zabiegów – serwisu, przeglądu kontrolnego, ładowania, czasem legalizacji (butle). Zakup zatem nie oznacza wcale uniknięcia kolejnych kosztów w przyszłości. Zastanów się zatem dobrze, czy chcesz od razu inwestować we własny sprzęt. Ja tylko podpowiem, że warto zwlekać. Warto skończyć kurs na nieswoim sprzęcie. Warto potem wyjechać na kilka nurków z pożyczonym sprzętem. Warto opływać się, oswoić z wodą, poznać środowisko wodne, zobaczyć jak my zachowujemy się w wodzie i z jakim sprzętem jak nam się pływa. Im więcej opcji wypróbujecie, zwłaszcza przed zakupem, tym łatwiej będzie wam wybrać najlepszy sprzęt dla siebie. Można słuchać mnóstwa porad na temat wyboru, można sugerować się opiniami doświadczonych nurków, którzy widząc was w wodzie, powiedzą – wybierz to, czy tamto. Ja jednak uważam, że te porady są o tyle niepewne, że nie uwzględniają naszych własnych preferencji, które musimy po prostu poznać próbując różne rozwiązania. Pożyczaj zatem dużo, to nie jest duży wydatek (jak robisz jakikolwiek kurs, wypożyczenie masz w cenie, a na nurek rekreacyjny wynajem sprzętu za dzień to około 10 zł). Nie ma lepszej szkoły jeżeli chodzi o poznanie sprzętu, wariantów i konfiguracji. Ja kurs skończyłem mając własną maskę, rurę, płetwy kaloszowe (używałem na pierwszych zajęciach basenowych), dokupiłem w trakcie kursu rękawice (grube, bo mi łapy strasznie marzną), buty i płetwy paskowe.  Po zakończeniu kursu zainwestowałem we własną piankę. Resztę pożyczałem regularnie i wychodziło mnie to około stówki za weekend – pas balastowy, kamizelka, automat, butla. Wyjazdy organizowane mają taką zaletę, że jak pożyczasz od organizatorów to liczą oni zwykle jedną, konkretną i atrakcyjną stawkę za wypożyczenie na okres wyjazdu, a nie rozliczają za każdy dzień. Pytaj, dowiaduj się, może jest to kolejny element, który wpłynie na twoją ocenę, czy warto wiązać się z daną grupą nurkową. Płetwy i buty to wydatek rzędu 400zł. Kurs to okolice 1000zł.

Teraz kilka informacji o tym, co ja kupiłem i gdzie trafiłem dobrze, a gdzie – źle. Korzystajcie z tych doświadczeń, bo są one dość świeże. Ostro zacząłem inwestować dopiero niedawno. Po zakupieniu pianki (z polecenia mojego instruktora, który także dystrybuował dany sprzęt, zjawisko chyba normalne w polskim środowisku nurkowym, ma swoje wady, ale chyba dużo więcej zalet, o tym później) – tu akurat zakup bardzo trafiony. Pianka ma już prawie dziesięć lat i wciąż mi bardzo dobrze służy. Mój model składa się z kompletnego kombinezonu z długim rękawem i długą nogawką, pianka o grubości 7mm, na to idzie ocieplacz z krótkim rękawkiem, nogawką i kapturem na łeb. Też 7 mm grubości pianki. Na polskie wody jak znalazł, nurkowałem już w różnych temperaturach i nawet w zimnej wodzie wytrzymywałem spokojnie pół godziny. To nie oznacza, że tyle wytrzymywałem z zaciśniętymi zębami, ale do trzydziestu minut nie czułem chłodu wody. Na ciepłe wody mogę założyć sam ocieplacz. Rozwiązanie jak na razie dla mnie idealne na każde warunki. Teraz na piankę tego typu należy wydać kwotę rzędu 1200zł. Doliczcie rękawice – ok. 150zł.

Pas balastowy był następny. Zdecydowałem się kupić własny, bo ten zakup nie jest specjalnie drogi, a koniecznie już chciałem zacząć kolekcjonować swoje wyposażenie. Tutaj specjalnie nie ma co filozofować. Pas to pas, na nim ciężarki, są też pasy z kieszeniami na rzepy welcro. Ciężarki mogą być w postaci worków ze śrutem (nie niszczą ostrymi krawędziami odzieży), prostych klocków (najtańsze, ale czasem człowiek musi je przenieść na pasie na ubraniu, ostre kanty mogą zniszczyć odzież) i klocków powlekanych gumową powłoką (moim zdaniem najlepsze rozwiązanie). Można niby narzekać, że sam goły pas z gołymi ciężarkami może uwierać, ale tylko jeżeli nie założymy pianki. Pamiętajcie, że większość kursów zawiera różne ćwiczenia ze zdejmowaniem pasa pod wodą i posiadanie pasa jest wręcz wymagane na kursie. A po kursach możecie pas wykorzystywać tylko do przenoszenia balastu, a sam balast upychać w kieszenie balastowe zintegrowane z waszą kamizelką lub skrzydłem wypornościowym. Wydatek około 200zł.

Po pasie balastowym była kamizelka, albo nawet równocześnie. Już nie pamiętam dokładnie. Do wyboru mamy albo klasyczny „jacket”, czyli po naszemu po prostu kamizelka, albo „skrzydło”. Popularna jest opinia, że „jacket” dobry jest na start, a potem i tak większość przesiada się na skrzydło. Jeżeli jednak będziecie mieli okazję wcześnie przetestować skrzydło, spróbujcie. Zupełnie inne doznania. Długo myślałem, że kupię jacket. Cały kurs zrobiłem na tym rozwiązaniu, potem rekreacyjne nurki też na kamizelce. Jednak zawsze miałem wrażenie, że jacket zabiera mi sporo swobody pod wodą. Znowu Rudi dał mi szansę przetestować skrzydło. I to było po prostu BINGO, jak mawiał Porucznik Frank Drebin. Z przodu swoboda, cały balon gdzieś z tyłu. Różnice pomiędzy tymi patentami są ogromne. Dużą zaletą kamizeli jest jej praca na powierzchni. Pompujemy jacket do pełna i po powierzchni pływamy jak królowe i królowie. Brakuje tylko drinka z palemką i kapelusza słomkowego. Skrzydło na powierzchni to dla niektórych mordęga. Skrzydło cały czas próbuje nas położyć. Jeżeli go nie opanujemy, będziemy kładli się na twarz, ale jak się nauczymy z nim żyć w zgodzie, nagle się okaże, że całkiem wygodnie da się położyć na plecach. Tylko warto to przetestować na samym sobie. Ja dość szybko opanowałem skrzydło i na powierzchni nie mam z nim problemów, ale na przykład w sytuacjach awaryjnych podejrzewam, że skrzydło nie ułatwi mi życia. Stawiam jednak na to, że nurkowanie głównie odbywa się pod wodą, więc mam w nosie tą wadę skrzydła. Pod wodą chyba nie znajdziecie takiego, który nie odczuje wyższości skrzydła nad kamizelą. To po prostu bajka, czysta przyjemność. Żadnego balona z przodu (ci z brzuchem zwłaszcza docenią tą cechę), ustawienie pod wodą jak w szwajcarskim zegarku, żadnego bujania, żadnego obracania się. Mniam, mniam. Przetestujcie, pokombinujcie. Podejrzewam, że pływając często na pożyczonym sprzęcie zechcecie dość szybko posiąść własną kamizelkę KRW. Kamizelki źle znoszą częste używanie przez różnie doświadczonych nurków, zwłaszcza jak jeszcze służy tym uczącym się. To w sumie delikatny sprzęt, dodatkowo musi leżeć na człowieku jak dobrze skrojony garnitur. Jeżeli dobrze ułożymy się z konkretnym modelem, będzie nam się pływać idealnie, ale na następny nurek dostaniemy troszkę inny model, albo inaczej używany i będziemy z nim walczyć od nowa. Łatwo też trafić na kamizelki z jakimiś wadami, uszkodzeniami, których nie wykrył (lub udaje, że nie wykrył) wypożyczający. Mi udało się trafić na kamizelkę z uszkodzonym mocowaniem inflatora (był po prostu pokruszony, a że na mocowanie zasłonięte jest nakrętką, o uszkodzeniu dowiedziałem się dopiero w wodzie), na zerwane plastikowe złączki, na przetarte paski, na zbyt luźne konstrukcje. To było po prostu męczące. Skrzydło kosztowało coś koło 1600zł i ani trochę nie żałuję tego zakupu.

Długa przerwa w finansowaniu nurkomanii i w końcu zakup automatu. Decyzja spowodowana tym, że na jednym wyjeździe dostałem automat z bardzo, bardzo, bardzo… bardzo długim przewodem do drugiego stopnia. A do tego, chyba żeby zachować jakąś równowagę w przyrodzie, ultrakrótki przewód do manometra. Tak krótki, że o odczyt ciśnienia w butli musiałem prosić partnera. A wszystko przez to, że organizator wyjazdu (przez sympatię nie wymienię z nazwiska) zapomniał sprzętu dla mnie i pożyczaliśmy na miejscu. Kolejny impuls, żeby wydać pieniądze. No to ciach. Tu się przyznam, że chyba przedwcześnie podjąłem decyzję, nie mając jeszcze dość wiedzy o doborze tego urządzenia, zdałem się znowu na wiedzę Rudiego, który zaproponował coś ze swojej oferty. Na szczęście był to bardzo popularny model ScubaTech R2 Ice, któremu już się przyglądałem na Allegro i w innych sklepach internetowych. Model okazuje się być idealnym rozwiązaniem na debiut. Ma wszystko co potrzeba, firma solidna, dobre opinie, niedrogi serwis. Jednak w tej kwestii doradzam brak pośpiechu, pływanie na wypożyczonym sprzęcie, na możliwie najróżniejszym sprzęcie, pytanie innych nurków, słuchanie ich opinii. Nie idzie o ich pochwały dla sprzętu, ale warto badać, co skłoniło ich do wyboru danego modelu, czyli na co oni zwrócili uwagę i czy przypadkiem ten element nie będzie miał dla nas znaczenia. Ci nurkujący w polskich wodach i w trudnych warunkach będą stawiać zawsze na sprzęt dostosowywany do takich warunków, posiadający dodatkowe patenty zmniejszające ryzyko zamarzania układów. Koszt rzędu 1000zł.

Komputer nurkowy był następny. I tutaj chyba niespecjalnie jest co testować. Wystarczy znowu popatrzyć na wyposażenie innych, posłuchać, jakie cechy komputera mają znaczenie przy wyborze. Jak człowiek nie chce szaleć, sięgnie pewnie po Suunto Vyper. Tak jak ja. W tym komputerze brakuje mi tylko kompasu, ale ten już sobie dokupiłem jako osobne urządzenie. Komputer jest obecny na rynku od kilku ładnych lat i kolejne opinie tylko potwierdzają, że to bardzo udana konstrukcja. Prostszy ZOOP pozbawiony jest podświetlenia i w moich oczach jest już naprawdę dobrym rozwiązaniem budżetowym dla tych, którzy nurkowanie zaliczają do kilku razy w roku. Po prostu kupując Zoopa musicie posiadać, lub przewidzieć od razu zakup światła. Generalnie Suunto jest dobrym wyborem. Spróbujcie trafić na złe opinie o Suunto. Wybór może być trudny, jeżeli wahamy się pomiędzy montażem komputera na konsoli (lub kupienia konsoli od razu z komputerem), a noszeniem na ręku jak zegarek. Z mojego punktu widzenia konsola jest niezbyt wygodna. Po nurkowaniu komputer trzeba wysuszyć bo mokre styki utrzymują komputer cały czas aktywny, co zjada baterię. Po nurkowaniu człowiek siada sobie w różnych warunkach by wypełnić logbooka, przepisać dane z komputera, podać innym uczestnikom dane z nurkowania. I jak tu z całym automatem, konsolą iść pod wiatę, walić to na stół i spisywać z komputera dane? Zdecydowanie wygodniejszy jest komputer na rękę. Zwłaszcza, że na komputer powinniśmy zerkać pod wodą często. Kompas i komputer powinny być samodzielnymi patentami, montowanymi tam, gdzie wam wygodnie. Koszt 1100zł.

Przejdźmy płynnie do kompasu. Miałem okazję przetestować kompas na konsoli – jak dla mnie beznadzieja, ciężko dobrze ustawić kompas by sprawdzić czy dobrze pokazuje, czy dobrze płyniemy. Jeżeli jeszcze jesteśmy mało doświadczeni, zwłaszcza, jeżeli jeszcze mamy kłopoty z pływalnością, konsola lubi ciągać się po różnych krzakach, mułach, piachach i innych podwodnych elementach. Na kompas za dobrze to nie wpływa. Kolejne popularne rozwiązanie, polecone mi przez Rudiego, to montaż kompasu na retraktorze. Czyli kompas w tej wersji ma jeden prosty mocny uchwyt, za który łapiemy go na retraktor (samozwijająca się linka), a retraktor zapinamy sobie na przykład do D-ringa w kamizelce. To przetestowałem pod wodą zanim zdecydowałem się na zakup. Po wyjściu z wody wiedziałem, że ten patent jest kompletnie nie dla mnie. Dobrze, może bardziej doświadczeni nurkowie rzadko patrzą na kompas, no chyba, że trafią w zamuloną wodę. Ja jednak zerkam na kompas dość często, bo łatwo gubię orientację i nieświadomie skręcam. A kompas na retraktorze pływa sobie dość swobodnie. Zaczepiony po lewej stronie ukrywał mi się zawsze sprytnie pod manometrem złapanym na zaczep przy kamizelce, albo podpływał pod inflator. Przy kolejnym nurku zapiąłem więc kompas po prawej stronie, ale i tu pływał wszędzie tylko nie pod ręką i ciężko go było namierzyć nie gapiąc się. Tylko on czasem się tak ustawiał, że nie sposób go było zobaczyć. No jak dla mnie beznadzieja. Może czytający to teraz eksperci zaczną się głośno rechotać, ale mniej doświadczeni nurkowie z pewnością powinni wziąć sobie do serca moje doświadczenie z kompasem na retraktorze. Zwłaszcza, że podobne opinie znalazłem w Internecie. A zatem zostaje noszenie kompasu na pasku, jak zegarek (większość nurków odradza ten patent, chyba głównie dlatego, że producenci nie przykładają się do produkcji dostatecznie trwałych wersji zegarkowych, wszyscy uważają, że ten wariant kompasu jest nietrwały, albo niewygodny w użytkowaniu), lub montaż kompasu na specjalnych mocnych gumkach na przegubie ręki. Wtedy można go sobie dowolnie ułożyć blisko komputera, albo na drugim ręku, albo tam, gdzie wygodnie. No i ja ten patent wybrałem. Jeżeli zakładam grubą piankę z długim rękawem, kompas mocuję na przegubie tuż za komputerem i mam dwa źródła wiedzy obok siebie. W przypadku pływania w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem, montuję go jak zegarek na wolnym przegubie, na drugim mam komputer. Wtedy gumki nie uciskają, a kompas jest dobrze ułożony. Widziałem też patenty, że ktoś de facto przekładał gumki tylko na dłoni i kompas miał na wierzchu dłoni. Wyglądało na wygodne rozwiązanie, bo dłonią można lepiej manewrować niż przegubem. Grunt by busolę móc łatwo ustawić w jednej linii z oczami, tak by orientacyjna linia na kompasie wskazywała idealnie na wprost przed nas. Tylko wtedy mamy pewność, że wyznaczamy kierunek prawidłowo. W mądrych książkach wręcz pokazują, że rękę z kompasem należy ująć drugą ręką i ustawić kompas prostopadle do twarzy. Montaż busoli na gumkach gdzieś w innych miejscach nie ma więc sensu. Kompas to prosta konstrukcja, do wyboru mamy kilka firm produkujących kompasy. Liczy się dosłownie pięć, może cztery firmy. Wszyscy jednak polecają Suunto SK7, bo zakres wychylenia największy (czyli teoretycznie możesz płynąć głową w dół, do góry, albo pod dziwnym kątem i kompas będzie w stanie wskazać północ w tej pozycji). Coś jest na rzeczy. Ja się z tłumem kłócić nie będę. Cena 260zł.

Następny zakup to butla. Koniecznie pragnąłem mieć już komplet by uniezależnić się od grupy i móc w razie czego pojechać gdzieś sam. Tak, tylko co z tego, jak sobie nie wystrugam partnera do nurkowania. Żony jeszcze nie namówiłem na kurs, jeden znajomy, co kiedyś nurkował, teraz ukochał sobie latanie na „glajcie” (paragliding), na nurkowanie szkoda mu kasy, a poza tym już tak długo nie nurkował, że musiałby sobie przypomnieć wszystko. Wymyśliłem sobie, że kupię butlę 12l, bo kręgosłup mam dość słaby, trzeba ograniczać obciążenie, a 15l jest do tego strasznie nieporęczna. Szkoda tylko, że wybrana 12stka jest tak smukła, że nawet z siatką ochronną słabo trzyma się w pasach mojego skrzydła. Znaczy trzyma się dobrze, ale pasy dobrze byłoby skrócić, albo kombinować z takim przewlekaniem przez klamry by nie wystawały poza sylwetkę na kilometr i nie prosiły się o łatwy zaczep… No a zakup butli wcale nie zdejmuje z nas regularnych kosztów – własną butlę trzeba jeszcze ładować, przeglądy i legalizacje robić. Chyba się pospieszyłem z tym zakupem. Były momenty, że żałowałem zakupu 12l, bo w końcu większość posiadaczy 15l potrafi na jednym ładowaniu zaliczyć dwa pełne nurki. Na 12l to już jest trudna (ale nie niemożliwa) sztuka. Jednak różnice w kg są znaczące, kręgosłup mój i tak już mocno mam zmęczony, cenne są więc każde oszczędności na ciężarze. A z czasem, jak znajdzie się pieniądz, kupi się kolejną 12 i zrobi się zestaw dwubutlowy – łączony, albo każda butla oddzielnie. W ostatecznym rozrachunku uważam, że dokonałem dobrego wyboru. Koszt 1000zł.

Latarka – nie ograniczajmy się do samego Allegro i swojego centrum nurkowego. Na rynku polskim są wyspecjalizowane firmy, które produkują wysokiej jakości światła od modeli najprostszych do bardzo drogich i mocnych systemów oświetleń. Ja szukałem na początek dobrego światła typu backup, który mógłby mi służyć póki co za główne światło. Są tego typu światła. Między innymi wybrany przeze mnie Tecline LED US 15, ale i Gralmarine (np. fajny KX Narrow) i Light for Me mają w swoich ofertach tego typu światła z jednym lub trzema LEDami. Ekonomiczne, wydajne i mocne światła. W zupełności wystarczą na nurkowania w polskich wodach. Wyposażyć się tylko w dobre ładowane akumulatorki i ładowarkę i można z powodzeniem używać tych latarek jako głównego światła. LED US 15 jest dość długą latarką, jak chcę ją schować w kieszeń balastową przy skrzydle, to ledwo się mieści. Dodatkowo zasilana jest trzema bateriami R14 (bądź porównywalnymi akumulatorkami, bądź mniejszymi akumulatorkami z zastosowaniem odpowiednich reduktorów) – jeżeli zdecydujemy się na ładowane akumulatorki, trzeba będzie myśleć o ładowaniu – nie każda ładowarka obsługuje ładowanie nieparzystej ilości akumulatorków. A jak kupujemy baterie nieładowane – nie wszędzie sprzedają te baterie na sztuki. Zatem nieparzystość zaliczam jako wadę latarki. Latarka tego typu to wydatek rzędu 300zł. A jak ktoś marzy o nagrywaniu wideo, niech koniecznie pomyśli o odpowiedniej wersji takiej latarki z nieskupionym światłem – na przykład Gralmarine proponuje takie wersje swoich latarek. No i nie zapomnijmy – w polskich warunkach oświetlenie wideo musi być porządne – żeby to miało sens, oświetlenie powinno dawać przynajmniej 1500 lumenów – dobrze, by były to dwie latarki na odpowiednio regulowanych wysięgnikach.

No i mamy ponad siedem tysięcy złotych, za jakiś czas człowiek dojrzeje do zakupu suchego skafandra, bo jest to normalna decyzja w przypadku nurków zwiedzających regularnie polskie zbiorniki. Za chwilę trzeba brać się za kolejny poziom, specjalizację, doskonalić się. A jeszcze, o zgrozo, przyjdzie mi pomysł na wymianę jakiegoś sprzętu na lepszą klasę. Chyba nieprędko. To, co mam, prezentuje się i służy mi dobrze. Buty (te bez zamka) już czas wymienić. Nie chcę straszyć, ale podliczając ten sport, raczej małych sum nie osiągniecie. Tylko porównajcie to sobie z innymi sportami. Ile jest dyscyplin, które wymagają skomplikowanego sprzętu ratującego, lub podtrzymującego życie, które w ogóle wymagają specjalistycznego sprzętu? Wspinaczki, różne formy latania, czy skakania z jakimś kawałkiem materiału na plecach. Ktoś coś dorzuci? Ktoś przedstawi koszty z tym związane?  A teraz najważniejsza sprawa – trzy czwarte sprzętu kupiłem na raty. To też kolejny plus korzystania z usług swojej grupy nurkowej. To wszystko rozkłada się jeszcze na dobre dziesięć lat inwestowania. Jak ktoś będzie zacięty, będzie mógł częściej inwestować w nurkowanie, ale też nie będzie posiadać niezwykłego budżetu, podobnie jak ja, zapewne będzie w stanie w ciągu dwóch, trzech lat to wszystko zdobyć. Ja jednak do tego nie namawiam, nie idzie o szybkie zdobycie sprzętu, ale o zdobycie sprzętu odpowiadającego naszym upodobaniom i potrzebom. Bez opływania się na cudzym sprzęcie, bez opływania się w ogóle, bez posprawdzania wielu opcji nie wyobrażam sobie by wszystkie zakupy były udane. Nie spieszmy się z zakupami. Na kurs idziemy ze sprzętem ABC (maska, płetwy, rura, ewentualnie płetwy paskowe plus buty nurkowe). Po zakończeniu kursu zaczynamy inwestować: skafander, kamizelka. Te sprzęty są bardzo osobiste i muszą być do nas dobrze dopasowane. Wydaje się, że własne narzędzia nawigacyjno rejestrujące powinny pójść przed automatem i butlą. Własna latarka też chyba powinna zmieścić się przed automatem i butlą. Pas balastowy i inne detale to nie są duże koszty, więc wykonujemy je w tak zwanym międzyczasie, zależnie od okazji i potrzeb.