Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.

DCIM100GOPRO

Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.

DCIM100GOPRO

Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.

DCIM100GOPRO

Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA

Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA

Foto 6. (kubaCE) Startujemy!

DCIM100MEDIA

Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.

DCIM100MEDIA

Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO

Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO

Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.

DCIM100GOPRO

Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!

DCIM100GOPRO

Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.

DCIM100GOPRO

Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!

Długi weekend majowy nad Hańczą

Zanurkować, zabąblować, zanurzyć się, zatonąć, schować się pod powierzchnię wody!

Całe miesiące wyczekiwania. Ostatnie nurkowanie we wrześniu na Zakrzówku, zaczyna się zima a potem nie chce się skończyć. Nie mam i prędko nie będę mieć suchego skafandra, ten rok nie zaczął się szczęśliwie w kwestii budżetowej i wszystkie moje bogate plany inwestycyjne w sprzęt i kolejne szkolenia póki co leżą na dnie kubła z planami finansowymi. Zmuszony więc jestem ograniczać nurkowanie tylko do ciepłych miesięcy. Mordęga wyczekiwania miała się skończyć w kwietniu. W kwietniu śnieg jeszcze leżał, większość jezior przykryta była grubą pokrywką lodu i wcale im się nie spieszyło z rozmarzaniem, mnie jeszcze dopadł okrutny katar, więc z planowanego otwarcia sezonu na imprezie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska najpierw sprzątania Glinianki Cietrzew, a potem po prostu wiosennego otwarcia sezonu na Gliniankach w Zielonce wyszły nici. Glinianka Cietrzew nie rozmarzła, a w czasie trwania otwarcia ja miałem katar na potęgę. Nadzieja mieszała się ze strachem.  Wykupiony wyjazd na Hańczę na długi weekend majowy zbliżał się nieubłaganie. Co z tego, skoro z nosa mi to leciało, to nic nie leciało, bo był totalnie zatkany. No i wieści z forum na temat warunków na Hańczy przerażały. Pokrywa lodu miała się świetnie, a tu się kwiecień powoli kończył, tu w Józefowie wiosna już powoli się rozwijała, nadrabiając zaległości, a tam jeszcze śnieg leżał na brzegach jeziora. Jezus Maria, świat zwariował. Woda będzie miała jakieś zero stopni, jeżeli w ogóle ten lód zejdzie. Ja kursu podlodowego nie robiłem i nawet jeżeli miałbym robić to raczej nie w piance. Kurcze blade, ktoś w ogóle pojedzie? Wszyscy odwołają uczestnictwo i Rudi puści wiadomość, że z powodu braku chętnych wyjazd upadł? Będziemy się przebierać na śniegu? A jak nawet zejdzie lód, to będziemy zanurzać się w sorbecie? No i niech ten cholerny katar sobie wreszcie pójdzie! I tak do początku długiego weekendu, który w tym roku postanowił być wyjątkowo długi. Trzy dni urlopu i mamy dziewięć dni wolnego. Wyjazd nad Hańczę jednak zaplanowany na pierwszego maja, więc jest kilka dni niezagospodarowanych. Powstaje plan by skrzyknąć tych, którzy nie załapali się na imprezę GEPNu i zanurkować razem w Zielonce. Ja pomimo kataru ryzykuję nura. Już nie mogę wytrzymać czekania. To już jest uzależnienie, ja już po prostu trzęsę się z powodu odstawienia nurkowania, mam pierwsze objawy nurkoholizmu. Idę na nura, woda jest pyszna, jakieś dwanaście stopni, zaskakuje niesamowita widoczność i bogactwo życia pod wodą. Rany, jaki jestem szczęśliwy. Potem są wiadomości na forum: na Hańczy lód puścił w czwartek przed długim weekendem. Widoczność nie powala, ale już nie ma tego przeklętego śniegu i lodu. Katar też chyba uznał, że krioterapia to jest to i sobie poszedł. Na Hańczę zatem! Auto tym razem wyjątkowo objuczone. Rodzina tym razem ma się nie nudzić siedząc nad brzegiem, tylko będą sobie śmigać na rowerku, a ja po zakończeniu dziennej porcji nurkowań mam dołączać i mamy zwiedzać piękne zakątki ziemi suwalskiej. Do sprzętu nurkowego dochodzą więc rowery, kaski rowerowe, sakwy, fotelik Młodego i tysiąc innych szpejów, które zwykliśmy brać na rowery. Biedne auto. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko zabrałem (nigdy nie zapomnę zeszłorocznego wyjazdu nurkowego na jezioro Narty, na który wyruszałem trzy razy, raz w okolicach jeszcze Józefowa przypomniałem sobie, że suszące się buty i rękawice leżą sobie spokojnie na parapecie, za drugim razem byłem już grubo za Warszawą, kiedy zorientowałem się, że przecież ja w ogóle pianki nie wyciągnąłem z szafy), dociskanie klapy, sprawdzenie, czy rowery się trzymają auta.

Ruszamy o siódmej trzydzieści. Jest nadzieja, że zdążymy przed tymi, którzy jak my ruszą pierwszego maja na swój krótki urlop. Rzeczywiście wyjazd przez Warszawę idzie płynnie. Na trasie tłoku nie ma. Nad Hańczę dojeżdżamy około południa. We wszystkich prognozach pogody straszą nas, że to będzie paskudny długi weekend. Ci, którzy już wyjechali, donoszą, że tak właśnie jest. Widać, nie nad Hańczą. Oczywiście, biegun chłodu, więc jest tu chłodniej, wiosna się dopiero zaczyna, ledwie widać jej zaczątki, ale jest Słońce, jest fajnie! Według planu nasza banda zjedzie się wieczorem, mamy więc czas wolny. Na rowery wskakujemy i robimy ładną trasę, z przystankiem w Wodziłkach, gdzie staroobrzędowcy postawili Molennę. Dobrze oznakowane szlaki, no i jest gdzie jeździć i co oglądać. Suwalskie to bardzo malownicze krajobrazy, zero płaskiego, gęste lasy, taka niesamowita gęsta i zwarta trawa, z której zewsząd wystają głazy przyniesione przez lodowiec. Oczywiście to wymagający teren dla rowerzystów, tu albo się zjeżdża na złamanie karku, albo pokonuje się kolejne strome podjazdy dysząc jak lokomotywa. A my nie mamy lekkich rowerków, a to sakwy z ciuchami (bo straszą deszczami), a to Młody na foteliku (w tym roku chyba będzie koniec epoki fotelika, bo górna granica dopuszczalnej wagi już bliziutko, no i chłop wystaje już z każdej strony). Po takim treningu rzucamy się na żarcie podane w Gościńcu Hańcza jakbyśmy nie jedli przez tydzień. Jest to nasz pierwszy pobyt w Gościńcu. Lubię takie sympatyczne, proste pokoje, urządzone w taki skromny ale gustowny sposób. Żarcie też niczego sobie, choć żonie nie przypada do gustu, to jednak nie karmią banalnie – nie ma obowiązkowego kotleta i tłuczonych ziemniaków z koperkiem. Kucharz wymyśla i kombinuje.

Molenna w Wodziłkach

foto 1.: Molenna w Wodziłkach, autor: kubaCE

Jest wieczór, zjeżdża się ekipa. Grupą zawiaduje Darek, divemaster z Best Divers. Cichy, pogodny i skupiony facet. Niedużo gada, ale jak gada to z sensem. Mam ambitne plany na ten wyjazd, bo padły pomysły, żeby wyskoczyć na jezioro Staw koło Wigier, a także by zanurkować z drugiej strony Hańczy, gdzie są piękne łączki. Szybko jednak wychodzi na to, że to jezioro Staw to nie bardzo, bo Darek tam nie nurał, ma tylko opis ogólny, ale chyba nie ma co się spinać. No i przepłynięcie na drugą stronę Hańczy zostawiamy sobie na ostatni dzień wyjazdu, a z tymi łączkami to chyba jeszcze za wcześnie, dopiero co jezioro rozmarzło. Zatem zaczynamy w czwartek nurkowanie z parkingu pierwszego. Nie nurkowałem jeszcze z niego. To stąd można iść na dłubanki (historyczne łódki), a pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem można stosunkowo niegłęboko zanurkować na ściance. Robert, ambitny chłopak, chce iść na dłubanki, ale ja nie mam uprawnień do głębokiego nurka, mogę jedynie do trzydziestu metrów, więc chłopaki porzucają plan na dłubanki i idziemy na trzydzieści metrów. Mój drugi nurek w tym sezonie i od razu na trzydzieści metrów? Czy aby nie za ambitnie? No i ja tylko w piance. Grubej, bo grubej i z porządnym ocieplaczem, ale jednak mokra pianka. Akurat to nie ma znaczenia, jaka głębokość, bo woda na powierzchni ma te diabelskie cztery stopnie, w porywach do sześciu. Zatem od razu poznaję smak nurkowania w lodowatej wodzie. To nie tak jak na Zakrzówku pod koniec sezonu letniego, gdy na powierzchni było całkiem pysznie, a dopiero poniżej dziesięciu – piętnastu metrów robiło się porządnie zimno. Tu od razu człowiek wchodził w zimnicę. Dobry sprawdzian mojej wytrzymałości. Obaj partnurzy mają suche skafandry, ale sami zakładają, że trzydzieści minut to będzie maks i liczą, że nie będę zgrywać twardziela i bez zwłoki poinformuję ich o tym, że mi zimno. Znikamy pod wodą. Ja wyposażony tym razem w latarkę i kamerę. Wreszcie będzie coś więcej niż tylko wspomnienia. Idziemy szybko w dół. Dajemy sobie znaki: Ok.? Ok. Wszystko póki co dobrze, jakoś ten chłód wody nie poraża i nie odejmuje oddechu. Nie jest źle. Patrzę na wyświetlacz komputera, maska lekko zaparowana, więc słabo widzę, a przepłukiwać nie zamierzam w tym mrozie. Doczytuję się jednak, że już jest trzydzieści metrów. To już? Super! Są jakieś skały, jakieś zwalone niegdyś pnie drzew, jest ten księżycowy krajobraz, jakiś miętus wystawia lekko łeb ze swojej kryjówki. Jak ja do tego tęskniłem. Nie jestem pewien czy to wina lekko zaparowanej maski, czy rzeczywiście widoczność nie jest taka, z jakiej słynie Hańcza. Nie jest jednak źle, a my powoli się wynurzamy, jest dwudziesta minuta nurkowania.  Dałem już kilka razy chłopakom znak, że jest dobrze, że jeszcze nie marznę. Czuję jednak, a raczej przestaję czuć stopy i dłonie. Zawsze miałem problem ze słabym obiegiem krwi w tych regionach i w zimę pierwsze marzną mi nogi i ręce pomimo najgrubszych butów i rękawic. Przystanek bezpieczeństwa, tu daję znać, że mi już wystarczy. Mija trzydziesta minuta nurkowania. Kończymy przystanek i powoli się zwijamy do brzegu, ale nieśpiesznie. W końcu się wynurzamy. Jest mi już rzeczywiście zimno, ale jednak jestem zaskoczony, że nie było dramatu, że dało się i nie była to wcale droga przez mękę. Chłopaki też są zaskoczone, że dałem radę, nawet im łapy i pyski zmarzły. Wyłażę z lekkim dygotem. Zgromadzeni nad brzegiem ludzie donoszą, że właśnie w trakcie naszej nieobecności odbyła się akcja ratunkowa, że właśnie wylądował helikopter przy drugim parkingu i że jedzie już karetka. Dwóch ludzi wyskoczyło z czterdziestu metrów. Pozamarzały im automaty i obu skończyło się powietrze. Jeden zaraz po wynurzeniu stracił przytomność. No pięknie, takie rewelacje na dzień dobry. Wyłażę na górkę, dobrze, że słonko grzeje. Zaczynam się suszyć, ale ciekawskość wygrywa, łapię za kamerę i filmuję start śmigłowca. Karetka przed chwilą odjechała z pierwszym pacjentem. Teraz odlatuje helikopter. Nagranie nie jest warte prezentacji, bo strasznie mi łapy dygocą. Przebieram się szybko i staram się odzyskać krążenie w stopach. Odnośnie obu poszkodowanych potem dowiaduję się, że tym razem skończyło się bez tragedii. Nie wysłano ich do komory ciśnieniowej, zostali na krótkiej obserwacji, jeden dostał półroczny zakaz nurkowania, drugi chyba zaraz wrócił do bazy o własnych siłach. A za mną było jedno udane nurkowanie na trzydzieści metrów. Było genialnie, ale w obliczu tego wydarzenia zastanawiałem się długo, czy to było roztropne, że tak na szybko zrobiłem tego pierwszego nurka na granicę moich możliwości. Co by było, gdyby mi automat zamarzł? W porządku, partnurzy mieli nawet dodatkowe butle, ale jak ja bym się zachował? Może też by mi do głowy strzelił głupi pomysł by natychmiast się wynurzyć? Chyba trochę za ambitnie wystartowałem. Dobra, kolejny nur, tym razem Darek idzie z Kamilem – Kamil ma kiepską morką piankę i chyba niedobrany do końca dobrze sprzęt i wyważenie, ja idę z Krzyśkiem. On też w mokrej piance i po długiej przerwie, więc bez ambicji robimy płytkiego nurka w prawo. Tym razem jakieś dwadzieścia pięć minut w wodzie. Nie szarżujemy. Potem się okaże, że te dosłownie kilka metrów niżej i mielibyśmy piękną ściankę do oglądania. Ja jednak nie narzekam. Mam sporo materiału filmowego do obejrzenia i zmontowania. Diabelnie się cieszę, że wreszcie będę miał jakieś namacalne pamiątki z zanurzenia. Nurkowania dnia za mną, czas pointegrować się z rodziną. Wskakujemy na rowery i robimy rozpoznanie czy da się objechać Hańczę brzegiem. Niestety, za trzecim parkingiem zaczyna się tęgie błocko, teren podmokły. Na mapie niby jest szlak w tym miejscu, ale chyba tylko dla pieszych i to w kaloszach, jeśli nie w woderach. Zawracamy i jedziemy w drugą stronę za miejscowość Hańcza. W tym kierunku jednak nic ciekawego nie ma. Wracamy, bo kolacja zaraz.

Przed nami piątek, w całej Polsce zamówiona jest paskudna pogoda. Nawet u nas. Jakieś burze, deszcze cały dzień, nic tylko pić od rana. Już wieczorem nachodzą brzydkie chmury nad Hańczę. Z gasnącą nadzieją, że to nas ominie, kładę się spać. Jestem tak wypompowany, że o dwudziestej pierwszej już smacznie śpię. Poranek nie zaskakuje. Są chmury, jest zimno, ale póki co nie pada. Umawiamy się z Krzyśkiem, że damy wspólnie nurka z drugiego parkingu. Około dziesiątej meldujemy się na miejscu by z wielkim zaskoczeniem odkryć, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Nurkowałem tu już kilka razy. Najczęściej na wiosnę. Zawsze tłumy. Zawsze wszystkie stoliki zajęte, suszarki w większości też. A tu pustka totalna. No dobra, może to z powodu podwyżek. Nowe wiadomości dla mnie to to, że nie wszystkimi parkingami zarządza jowialny pan. Pierwszym parkingiem zarządza urocza babinka, która w tym roku podniosła cenę o złotówkę, więc za auto płaci się sześć złoty. Z kolei jowialny pan zarządzający drugim i trzecim parkingiem już od jesieni winszuje sobie dziesięć złoty. Stąd może wzrost zainteresowania pierwszym parkingiem. Ustawiamy się więc jak chcemy autami i czujemy się panami na nurkowisku. Zjawia się jowialny pan. A już myślałem, że z powodu aury sobie odpuści. Nie, odpowiada, skoro my nie odpuściliśmy, to i on nie może. Płacimy więc parkingowe i wskakujemy w sprzęt. Dopiero teraz zaczyna kapać. Nam to jednak obojętne, bo znikamy pod wodą. Idziemy w prawo, tak do piętnastu metrów, bo chcę iść na granicy światła naturalnego. Pierwsze przeglądy materiału filmowego wskazały, że GoPro Hero (jedynka) słabo rejestruje ciemności na głębokości poniżej piętnastu metrów. Pewnie stałe i szerokie światło by coś dało, ale ja dopiero zaczynam zabawę i nie mam kasy na takie bajery. To nurkowanie nie przynosi żadnych odkryć. Dochodzę do wniosku, że Hańcza na sam początek sezonu jest atrakcyjnym miejscem jedynie dla nurków głębinowych, którzy schodzą zawsze poniżej trzydziestu metrów. Zwiedzają sobie ścianki, dłubanki i sięgają dna. Odczuwam z resztą to wrażenie ciśnienia w Gościńcu, poza moją ekipą (choć i w niej są świry) otaczają mnie ci napaleńcy co tylko myślą – iść dalej, głębiej, albo – mieć jeszcze bardziej wypaśny sprzęt. Na szczęście spotykam kilku podobnych do mnie ludzi w mokrych piankach, którzy nawzajem się wspierają, mówią „o, jak ty dałeś radę, to i ja dam, a już myślałem, że jestem jedynym wariatem”. Mi tylko marzy się spokojny nur na kilku metrach, wśród bujnej roślinności, gonienie z kamerą za okonkami, za szczupakami. Ścianki ściankami, ale do tego dobrze jest mieć komfort sto procent w suchym skafandrze i najlepiej mocne źródło światła do kamery. Ja na wyposażeniu mam całkiem przyzwoitego Tecline’a US 15, który na serio daje kapitalne światło jak na tą cenę, ale kamerze to nie wystarcza, zwłaszcza, że ta wymaga swojego własnego, stale z nią zsynchronizowanego dopalacza. Kamerę mam zamocowaną na łbie, na standardowym paskowym uchwycie GoPro (takim jak w latarkach czołowych). Mocowanie niezłe, ale ja jeszcze uczę się tego, że kamera dyktuje odpowiedni ruch, że nie należy machać głową jak się chce, bo z filmowania wyjdzie bubel. Do tego dojdzie wniosek, że najlepszym rozwiązaniem jest mocowanie kamery na ręcznym uchwycie. Ręką można lepiej manewrować, bardziej precyzyjnie panować nad ruchem kamery, dotrzeć do miejsc, gdzie głowy się nie przystawi, czy wsadzi. No i głową jednak nurek sporo macha, by sprawdzić, gdzie partnur, by rzucić okiem na przyrządy, instrumenty, by rozejrzeć się po prostu. Coś jednak z moich nagrań da się wykorzystać do pokazania szerszemu gronu, ale dla mnie to i tak o tyle cudowny skarb, że mogę sobie na spokojnie potem wspominać i odtwarzać caluśkie nurkowania. Tego dnia odpuszczamy sobie kolejnego nurka za dnia. Biorę familię w auto i jedziemy zaliczyć punkt obowiązkowy dla turystów – wiadukty w Stańczykach. Pogoda nie dopisuje, chmury, z nieba często coś pokapuje (choć na szczęście nie leje, a i czasem się słońce przebija), mimo tego w Stańczykach spore tłumy. Nieśpiesznie podchodzimy do wejścia na obiekt – może wystarczy tylko widok z dołu? Niekoniecznie pewni, czy chcemy w tak wątpliwych warunkach zwiedzać sam wiadukt. Jednak skoro już tu przyjechaliśmy, wypada skorzystać z okazji. Tłum na szczęście niezbyt gęsty, nie męczący (wyjątkowo jestem uczulony na zbytnie skupiska ludzkie), kupujemy bilety i włazimy. Zaskakuje sposób wyremontowania wiaduktu, który przecież powstawał z przeznaczeniem na kolej. Teraz udostępniony wiadukt wyłożony jest elegancką kostką brukową (żaden Baum na szczęście, tylko klasyczne, staromodne kamienie), poustawiane latarnie stylizowane na gazowe. Czułem się jak na praskim moście Karola. Zrobione to ładnie, ale czemu akurat taki kierunek wykończenia? Czy planują po obu stronach doliny wybudować jakieś „stare miasto”, do którego będzie pasować ta zabudowa? Grunt, że widok z wiaduktu w dół, w dolinę robi wrażenie. Schodzimy stromymi schodkami zarośniętym sosnami stokiem i przechodzimy pod imponującymi arkadami. Nielichy był to projekt i całkiem zgrabne wykonanie (na modłę włoską, bo u Włochów zamówiono projekty), szkoda, że wiadukty nigdy nie miały szansy spełnić swojej roli. Jeden wiadukt był użytkowany okrutnie krótko, drugi nigdy nie był eksploatowany. Przez lata tylko stały i niszczały, a dopiero teraz zabrano się za ich remont i w wiadukty na nowo odżyły. Warto zaliczyć ten widok. Jako dodatek ciekawostka na temat sąsiadującego ze Stańczykami jeziora, które swego czasu… wybuchło. Zapraszam do przewodników, niespodzianki psuć nie będę.

DSC_0100

foto 2.: Wiadukty w Stańczykach, autor: kubaCE

Po powrocie do Gościńca umawiam się na nocne nurkowanie. Plan pierwotny – jedziemy na trzeci parking – upada, dostajemy cynk, że na nocne najwygodniej jest pójść prosto z Gościńca, zejść stromizną nad brzeg i wskoczyć do zatoczki, gdzie głębokość średnia to pięć metrów. Praktycznie więc można ubrać się we wszystko w pokoju, najzwyczajniej świecie wymaszerować przez jadalnię na podwórko, dookoła budynku, przez ulicę i już schodzimy do jeziora. Ja jednak nie powtarzam numeru z Moneglii. Ubieram się dyskretnie przy aucie. Kamery nie zabieram. Razem z Darkiem maszerujemy nad brzeg i czekamy na naszego partnura, Piotrka. Czekamy dość długo, bo Piotrek ma jakieś problemy ze sprzętem. W końcu jednak znikamy pod wodą. Z Zakrzówka wyniosłem wspaniałe wspomnienia nocnego nurkowania, bogactwo życia nocnego, te wyławianie szczegółów za pomocą latarki. Nurkowanie jest fajne, choć czegoś mi w nim brakuje, chyba tych ryb. Owszem, spotykamy raki i jednego szczupaka i różne małe rybki, ale nie jest to bogactwo życia, jakiego bym się spodziewał po polskim zbiorniku tej klasy. Nie zniechęca mnie jednak do kolejnych prób. Marzy mi się nocny nurek przy zachodniej stronie jeziora Narty w jakimś czerwcu. My jednak kończymy naszego nurka nocnego w Hańczy. Wyłazimy na powierzchnię. Przytomnie przed nurkiem wręczyłem pilnującemu nas z brzegu Kamilowi dwie czołówki, by nam nimi świecił i służył za punkt nawigacyjny do powrotu. Okazuje się, że wynurzyliśmy się z drugiej strony zatoczki. Daleko nie ma, ale jednak trzeba popedałować płetwami. To pedałowanie wysysa ze mnie całą moc, dyszę jak stara lokomotywa, a tu jeszcze strome podejście po wyjściu z wody, by dojść do ośrodka. Wypluwam płuca, to już nie dyszenie, ale rzężenie astmatyka, ledwo doczłapuję do auta i z ulgą zrzucam sprzęt.  W pokoju jeszcze mam siłę przejrzeć nagrany wcześniej film, nie ma jednak na nim nic porywającego, więc idę szybko spać.

114_2354

foto 3.: Nurkowanie nocne, autor: Kamil

Przede mną ostatni pełny dzień nad Hańczą. Sobota. Wraca pogoda, robi się cieplej, poranna mgła szybko znika, pojawia się słonko. Nurkujemy z trzeciego parkingu. Oba nurki w tym samym składzie – Darek prowadzi, a ja z Krzyśkiem za nim. Pierwszy nur na dwadzieścia metrów, drugi przy brzegu, do dziesięciu. Mamy ładne okoliczności pogodowe, zanurzenie więc jest całkiem przyjemne. Widoczność wciąż dość przeciętna. Ja znowu filmuję. Mijamy kilka ładnych formacji skalnych, ale najciekawsze na filmie jest praktycznie samo zakończenie pierwszego nurka, kiedy spotykamy raka. Podpływam go sfilmować z bliska i wtedy spostrzegam, że niemalże wcisnąłem w dno szczupaka, który się świetnie kamuflował w krzaczkach pode mną. Szczupak dostojnym ruchem znika z pola widzenia a my jeszcze sprawdzamy czy rak jest z atakujących, czy uciekających. Trafiamy na „fajtera”, który zamiast uciekać, wystawia szczypce i wyraźnie daje znać „nie zbliżaj, bo cię urządzę”. Potem kolejny rak, sąsiad, też nie oddający pola, zostawiamy więc je w spokoju i wynurzamy się. Drugi nur już pozbawiony takich atrakcji, roślinność litoralu niezbyt bujna, życia niewiele. Szkoda. Po obiedzie przesiadka na rowery. Znaleźliśmy trasę dookoła Hańczy. Niestety, głównie w sporym oddaleniu od jeziora, ale za to bardzo widowiskową. Czasami czuję się jak Tatrach, niesamowite stoki porośnięte gęstymi lasami świerkowymi, górki, pagórki, skałki, rozsypane kamienie. Czasem tak strome podjazdy, że nie było szansy podjechać. Widoki ze szczytów zapierające dech, te jeziorka obecne praktycznie w co drugiej niecce, każde tak urokliwe i pysznie ulokowane, że do każdego chciałoby się wskoczyć, choćby popluskać. Docieramy do przeciwległego końca Hańczy, do tak zwanej Starej Hańczy. Znajdujemy tutaj dogodny dojazd do brzegu jeziora, także dla samochodów. Ciekawe, czy ktoś stąd próbował nurkować i czy może widział tu coś fajnego pod wodą? Liczę, że kiedyś będę miał więcej czasu i przyjadę w to miejsce by sprawdzić, jakie tajemnice skrywa północny kraniec Hańczy. A może już ktoś poznał i opisał ten koniec jeziora?

Ostatni dzień pobytu nad Hańczą przywitał nas niebem niemal bezchmurnym, dość wysoką temperaturą, ale też dość silnym wiatrem na jeziorze. Szedłem tym razem z samym Darkiem. Porzucamy plan płynięcia łódką na drugi brzeg. Wszyscy czujemy wzbierający strach przed czekającymi nas korkami na wszystkich trasach do Warszawy. Nie chcieliśmy opóźniać wyjazdu. Szybka decyzja – nurkujemy z pierwszego parkingu, idziemy w prawo szukać ścianki pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem. Mamy ją spotkać od dwunastu metrów w dół. Idziemy zgodnie z instrukcją i rzeczywiście szybko na nią trafiamy. Robi na nas piorunujące wrażenie. Majestatyczne skały gładko wyrzeźbione przez wodę, podziurawione małymi jamkami, w których skrywały się przeważnie miętusy. Tym razem jeden z miętusów postanawia zrobić nam piękny prezent. Wystawia się ze swojej kryjówki by pokazać coś więcej niż tylko czubek nosa. Nie wiem czy jest tylko nami zaciekawiony, czy w ten sposób próbuje nam przekazać, że uważa nas za intruzów, którzy powinni bezzwłocznie opuścić jego teren. Grunt, że nam się prezentuje całkiem okazale. Wymieniamy znaki, że to jest to, że mamy zaliczony genialny nurek. Idziemy dalej zwiedzać skałki, dostajemy dodatkowego kopa do nura, więc złazimy ciut niżej, do dwudziestu metrów. Piękne formacje skalne są dla nas poezją, pięknym poematem wieńczącym nasz wyjazd. Darek trochę wygłupia się przed kamerą, ja zdejmuję kamerę z głowy i próbuję filmować z ręki. Po trzydziestu paru minutach kończymy nurka szczęśliwi jak prosięta po świątecznej wyżerce. Mijamy jakiegoś przybysza zza wschodniej granicy wyposażonego w lśniącego rebreathera, wynurzamy się tuż koło łodzi, którą mieliśmy plan przepłynąć na drugą stronę jeziora. Na łodzi krzątają się jacyś ludzie z obsługi i jacyś „lepsi” nurkowie, atmosfera jest wesoła, a to żarciki na temat smarków pana z rebreatherem, a to kilka grubych przecinków na ogólny temat, ja jestem wdzięczny, że zrezygnowaliśmy z planów płynięcia. Niespecjalnie leży mi takie towarzystwo samców alfa. Ja mam za sobą genialnego nura, jestem już mocno przekonany o tym, że jestem straconym nurkoholikiem, że muszę wyposażyć się w suchy skafander, że marzę o tym by w tym roku przynajmniej zaliczyć kurs Rescue. Chcę za rok zrobić DiveMastera, chcę zostać instruktorem, chcę by nurkowanie było nie tylko moim hobby, ale też moim życiem – towarzyskim, prywatnym i zawodowym. Nie chcę bić rekordów głębokości, choć chcę móc schodzić na czterdzieści metrów, a kto wie, czy kiedyś nie zapragnę osiągnąć poziomu nurkowania technicznego. Jednak wiem już dobrze, że kocham polskie wody i nie zamierzam z nich rezygnować. Nigdy.

114_2297

foto 4.: Ekipa w wodzie na pierwszy nurek, autor: Kamil

No i filmiki z nurkowań.

Hańcza

Mam wrażenie, że to ulubione miejsce mojego Guru, Rudiego Stankiewicza. Taki dyżurny akwen – baza. Jak nie ma się pomysłu co zrobić to zawsze można pojechać nad Hańczę. A jak jest jakiś pomysł, to może jednak nad Hańczę? Nie, w sumie po co, jak można pojechać nad Hańczę. Widać tą fascynację za każdym razem jak tam jedziemy. I nie dziwi mnie ona ani trochę. Nad Hańczę dotąd jeździłem z papierem OWD i raczej szczęścia do dobrych nurków nie miałem. A to niespecjalnie było co widać na tych kilkunastu metrach, na które schodzili ludzie mający mnie pod opieką (a ja wystawiałem ich cierpliwość na poważną próbę, oj poważną), a to ja miałem jakieś problemy, z przedmuchaniem, ze sprzętem (jeden przypadek był kompletnie niefajny, bo okazało się, że dostałem „jacket” uszkodzony przy połączeniu inflatora z kamizelką – ktoś albo na tym usiadł, albo za mocno dokręcił). Nie zraziło mnie to jednak do Hańczy, teraz z papierem AOWD mam zamiar poznać jej właściwe zakamarki, które tak ładnie opisuje m.in. Rudi na swojej stronie. Te krótkie i pobieżne wizyty każą mi wierzyć, że owe malownicze iłowe ścianki są rzeczywiście magnetyzujące. Dodatkowo, widziałem wspaniałe zdjęcia z nieznanej mi strony – zachodniego brzegu, gdzie bogactwo fauny i flory urzeka równie mocno jak to z jeziora Narty. Jezioro może pochwalić się niezwykłą czystością i świetną widocznością. Od wschodniej strony dojazd do jeziora jest poprowadzony jak po sznurku, nie sposób się zgubić. W Bachanowie kierujemy się na Błaskowiznę, potem polna droga skręca nad samym brzegiem jeziora, mijamy ostatnie zabudowania, polna droga się rozwidla. Są dwie drogi pod górę i jedna idzie w prawo po płaskim wprost do gospodarstwa. My wspinamy się pod górę – dwie dróżki zaraz się łączą. Auto ma tu trudny odcinek do pokonania. W zimę pewnie tylko terenowym autem z łańcuchami można próbować. Stromy podjazd wyprowadza nas na pastwisko, tu już są tylko drogi na parkingi dla nurków. Są trzy parkingi, a raczej dwa, tylko, że pierwszy, wyższy, jest podzielony na dwa mniejsze, a drugi jest schowany w lasku, na wysokości tafli wody. Ja nurkowałem głównie z drugiego parkingu. Z trzeciego tylko raz. Z drugiego są trudne strome zejścia do wody. Dźwiganie sprzętu, albo schodzenie w pełnym ekwipunku w tych warunkach jest dość karkołomne. Jednak to właśnie stąd najłatwiej dostać się do osławionych dwóch ścianek. Z trzeciego parkingu dostępna jest największa ścianka. Właściciel łąki robi świetny interes na nurkach, pobierając 5zł od każdego pojazdu, który stanie tu choćby na chwilę (ciężko się wyłgać), a w zamian oferuje kilka zbitych naprędce barierek do suszenia pianek i dosłownie kilka chybotliwych ławek do skręcania sprzętu. Trzeci parking, o ile dobrze pamiętam, wyposażony jest w wygódkę – jedną na całą okolicę. Mam wrażenie, że większość utargu idzie na inne „potrzeby” właściciela, ale może zbyt pochopnie osądzam go po jego wyglądzie. Grunt, że ustawił się chłopina świetnie, robiąc niezły utarg na nurkach (5 zł to niby nic, ale w kwietniu i maju sporo aut widywałem, ciekawe, co tu się dzieje w wakacje). Strzelam, że pastwiska wynajmuje sąsiadom do wypasu zwierzątek i sam nie musi robić kompletnie nic by żyć w miarę przyzwoicie. Mógłby zainwestować w lepszą infrastrukturę, a jakby był bardzo ambitny, to jeszcze by jakąś gastronomię skołował, pewnie szybko zwróciłaby mu się też inwestycja w punkt nabijania butli. Od tych kilku lat (mam mocne podejrzenia, że ten stan trwa od kilkunastu lat, ale nie mam pewności) jednak nad jeziorem nic się nie zmienia, a raczej niszczeje to, co postawione było już dawno temu. Koniec jednak narzekania na właściciela łąki, bo nie dla niego tam jedziemy. Jedziemy ponurkować i chyba każdy nurek, który lubi nurkować w polskich wodach, musi zaliczyć najgłębszy zbiornik Polski.

Dla mnie Hańcza jest o tyle ciekawa, że jest położona w malowniczym Suwalskim Parku Krajobrazowym. Nawet jak się nie nurkuje, jest tu masa atrakcji do zaliczenia. Każdy rowerzysta natychmiast odkryje, że ten region Suwalszczyzny jest po prostu wymarzonym miejscem do rowerowych wycieczek (raczej dla ambitnych rowerzystów lubiącym intensywny wysiłek, bo morenowe ukształtowanie terenu wymusza ciągłe zjazdy i wspinaczki pod strome pagórki). A jak się nie ma roweru, to idzie się na spacer w każdą stronę. Tyle wycieczek tam zrobiłem sam, albo z żoną, a wciąż mi mało. Tam jest tak pięknie, że czasem bez żalu człowiek rezygnuje z nurka tylko po to by przeleźć się po okolicy. Polecam gorąco rezerwat „Głazowisko”, obok wsi Rutka, jako początek dla kilku fajnych wycieczek. Na przeciwko niego spałem w gospodarstwie agroturystycznym Adama Kułakowskiego (gorąco polecam, choćby dlatego, że Adam zajmuje się wyrobem genialnych serów). Niby gospodarstwo położone jest daleko od Hańczy, ale nigdy nam to nie przeszkadzało – jazda samochodem zajmuje około 10 minut. Nad samą Hańczą też można zrobić kilka pięknych spacerów. To jest jeden z najbardziej malowniczych regionów w Polsce. Wiem o czym mówię, bo nurkiem doświadczonym może nie jestem, ale aktywnym podróżnikiem – owszem. Jeżdżę po Polsce dużo i niewiele mam już do zobaczenia. Warto zwrócić uwagę, że ten region Polski nazywany jest biegunem zimna. Zwykle bywa tu chłodniej niż w innych regionach, wiosna startuje później (docieracie tam przez kwitnące, zielone regiony kraju, a na miejscu zastajecie jeszcze śpiącą przyrodę), ale jest tu po prostu pięknie. Wielu też chwali regionalną kuchnię (słynne Kartacze). Ja fanem kuchni opartej na ziemniakach nie jestem, więc polecać nie będę.

Hańcza  to taki punkt pielgrzymek nurków. Każdy nurek, który zakosztował nurkowania w kraju, musi przynajmniej raz zanurkować na Hańczy. Jak już tu dotrze, ciężko mu będzie nie zakochać się w tych okolicach i nie poczuć okrutnej potrzeby powtórzenia wizyty, co stwierdzam na podstawie własnego przykładu. W tym roku sezon nurkowy po raz kolejny zainauguruję na Hańczy. Do zobaczenia na miejscu!

Parking górny nr 2 w maju. Foto – A.P. CieślakParking nr 2 w maju

Wejście do wody z górnego parkingu nr 2. Sporo tu śliskich kamieni, trzeba bardzo uważać by się nie wykopyrtnąć. Foto – A.P. CieślakWejście do wody z parkingu nr 2