Doroczny rachunek sumienia

Zacząć należy od przeprosin za tak długą, niczym nie zapowiedzianą i uzasadnioną ciszę w eterze. Niestety, kompletnie straciłem wenę i nie mogłem złożyć więcej jak pięciu zdań. Miałem zaczętych kilka tekstów, ale gdzieś para pisarska uciekała po kilku zdaniach i wątek nijak nie chciał urosnąć do rozmiaru artykułu. Wracam do Was więc z przeprosinami za moją nieobecność i z podsumowaniem tego roku. To nie był szczególnie dobry okres dla mnie. We wrześniu pożegnałem swojego Tatę, który dzielnie walczył do samego końca z wyjątkowo podłą chorobą. W ten sposób ciężko będzie mi pozytywnie podsumować rok 2015. Niemniej jednak z kilku wydarzeń jestem dumny i usatysfakcjonowany. Przede wszystkim był to dla mnie bardzo pracowity okres, obfitujący w wyjazdy nurkowe, w kursy i kursantów. Dużo wyjazdów w Polskę, fajnych odkryć, nowe geograficzne rodzynki. Wreszcie zawitałem na Kulkę – Nemo w Kulce, nad jeziorem Łęsk. Dodałem to miejsce do ulubionych. Zajrzałem pod wodę w bardzo przyzwoitych warunkach do Wapienników koło Sulejowa. Spodobała mi się wielkopolska Honoratka – ogólnie, odkryłem, że Wielkopolskie powoli rośnie nam na nurkową potęgę nurkowisk. Zrobiłem fajną rundę po około-olsztyńskich akwenach. Najprzyjemniej nurkowało mi się w niezapowiadającym się jakoś szczególnie jeziorze Narie, rozczarowałem się mocno reklamowanym jeziorem Wukśniki, zasmucił mnie widok z Isąga.Te zagraniczne wojaże – choć wciąż niespecjalnie liczne to jednak satysfakcjonujące.  Ogromnie cieszy mnie, że załapałem się na Grünersee, zanim je zamknięto do odwołania. Czarnogóra bardziej chyba podobała mi się nad wodą niż pod wodą, choć wrak Oreste, jako ten pierwszy – prawdziwy, z historią, to było przeżycie. Czarnogóra na pewno do powtórzenia i poprawienia. Wiele sobie obiecuję po Zatoce Kotorskiej, gdzie jest kilka obiecujących wraków i ciekawe nurkowiska. Wracając do stolicy, tutaj niestety strasznie pluję sobie w brodę, bo kompletnie zaniedbałem imprezy GEPNowskie, będąc ledwie na kilku i nie zaliczając tych najważniejszych. Szkoleniowo – nieźle, choć jeszcze daleko do idealnie. Szkółka rośnie w sprzęt i w zaplecze, ale wciąż dużo pracy przed nami. Na baseny ludkowie przychodzą, szkolą się, pływają dla przyjemności, biorą warsztaty z doskonałej pływalności. Na wyjazdach coraz więcej powtarzających się twarzy, tu kurs, tam kurs i robi się coraz przyjemniej. Oby tak dalej szło.

Fot. 1. Grunersee.

 Co do szczegółów, przebiegając paluchem po logbooku – tak, kochani, prowadzę logbooka. Dobra rzecz na sklerozę, fajnie jest powspominać, zobaczyć, kiedy i gdzie się bywało. Widzę, że nawet kursanci jakoś tak bez przekonania biorą do ręki wręczane logbooki, tak jakby taka forma upamiętniania swoich własnych dokonań już totalnie się nie liczyła. Najważniejsze, to wrzucić zdjęcia na fejsbuki, ewentualnie walnąć jakimś zdjęciem, filmem, czy innem medium dokumentującym naszą zajebistość. Trochę szkoda, że kultura piśmiennicza powoli odchodzi do lamusa. Jednak wracając do zapisków logbookowych, gdzie wpisuję wszystkie nurkowania moim zdaniem wnoszące jakąś wartość do mojego doświadczenia (pomijam większość nurkowań szkoleniowych z kursantami i niektóre nurkowania turystyczne, jeżeli moim zdaniem niczego nie wnoszą do mojej historii). Rok 2015 rozpoczynam swoim sto sześćdziesiątym piątym nurkowaniem. Wypada to akurat w nowym akwenie dla mnie – Wapienniki Sulejów. Dość blisko od stolicy, dość dobry dojazd – akwen spory i głęboki. Pod wodą krajobraz kosmiczny, choć dość ubogi w urozmaicenia. Ot kilka rur i głównie pofałdowane malowniczo dno. Wizura tego akurat dnia genialna, na dnie (około trzynastu metrów) widno i miło, widać dobrze wszystko na dobre cztery metry i czasem dalej. Niestety, zbiornik pod tym względem okrutnie niestabilny. Z doniesień fejsbukowych wychodzi, że wizura diametralnie potrafi zmienić się z dnia na dzień i to bez wyraźnych i jasnych przyczyn. Wyjazd nad Wapienniki jest moim jednym z nielicznych tegorocznych nurkowań z przyjaciółmi z GEPNu. Potem dramatyczna zmiana temperatur i wyskakuję do mojego ulubionego Dahabu, akurat na swoje urodziny. Jak zwykle zacnie się wynurkowuję i potwierdzam swoją ogromną miłość do Bellsów, czyli genialnego nurkowiska obok Blue Hole.

Fot. 2. Wapienniki Sulejów

Po powrocie do kraju mocno eksploatuję Zakrzówek i Jaworzno poznając każdy kamień na każdym metrze głębokości. Są momenty, że mam mocno dość tych akwenów, ale i tak mocno je doceniam jako szkoleniowiec i organizator nurkowań. Te akweny dają mi spore pole do popisu pod wodą i zapewniają fajne warunki okołonurkowe. Lubię też widzieć radosne pyski wynurzające się z wody i to szczęście, tą euforię w oczach ludzi, którzy odkrywają ze mną te miejsca. Na Zakrzówku udaje mi się przeprowadzić bardzo wczesną część wód otwartych kursu OWD – już w marcu robimy nura w piankach. Na szczęście są do półsuchary Triborda, więc jest to jednak coś więcej niż pianka, ale i tak pogoda dopisuje. Kursanci są zadowoleni, nie wyziębieni i oczarowani miejscem.

marzec_majorka

Fot. 3. Majorka odłożona w czasie.

W marcu zapada też decyzja o tym by jednak nie zmieniać kraju zamieszkania. Od końca wcześniejszego roku intensywnie planowałem rozwój swojej instruktorskiej kariery za granicą. Wszystko było już pozałatwiane, miejsce pracy, praca, bilet, sprzęt, rodzina jakoś pogodzona z myślą o rozłące. W perspektywie sielskie życie na Majorce, ciężka harówka w turystycznym kurorcie, prawdopodobne wypalenie zawodowe, ogromna tęsknota do rodziny, zwłaszcza do młodego wciąż syna. Jednak strasznie marzyłem by się z tym spróbować, zobaczyć jak to jest – popracować w innym kraju, zobaczyć jak wygląda „praca marzeń w wymarzonym miejscu”. Przecież tym nas się mami, takimi obrazkami się nas karmi – zostań instruktorem nurkowania, zamień ciasne biuro na gorącą plażę – zblazowany, opalony instruktor popijający drinka na plaży, rozkochane kursantki i beztroskie życie, a w rzeczywistości zasuwanie od rana do wieczora z wiecznie niezadowolonymi i nieodpowiedzialnymi turystami, powtarzanie w kółko tych samych rzeczy – a to intro nurkowe, a to mocno przyspieszone OWD. Los chciał inaczej – raz, że Tata wyraźnie słabł w oczach, dwa, że nadarzyła się okazja pchnięcia interesu nurkowego tu, w Polsce. Za mniejsze pieniądze, bez tego całego słońca i plaż, ale za to blisko rodziny i z nadzieją, że za jakiś czas zacznie to wszystko fajnie pracować. Bilet na Majorkę idzie więc w odstawkę, a ja pierwsze dni po ogłoszeniu decyzji straszliwie pluję sobie w brodę i sam osobiście się szczerze nienawidzę, bo przecież ta Majorka, te widoki, te plaże, to sielskie życie kontra ta tutaj szara rzeczywistość, nasze rodzime piekiełko.

styczen_dahab

Fot. 4. Styczniowy Egipt

W kwietniu poznaję wielkopolską Honoratkę i z miejsca popadam w głębokie uczucie do tej dziewczyny, choć ta stara się dość brutalnie odczynić ten urok. Doświadczam pierwszej w swym życiu poważnej akcji ratunkowej. Koleżanka z chorobą dekompresyjną drugiego stopnia trafia do komory w Gdyni, a my wracamy spietrani do domów. Doświadczam swoich pierwszych stresów powypadkowych, uczę się z tym żyć. To nie był wypadek na życzenie, tutaj chodziło o ukrytą wadę w sercu, nikt tego przewidzieć nie mógł i nie było jak się przed tym zabezpieczyć. Dobrze, że przynajmniej my wszyscy byliśmy odpowiednio przygotowani by nieść ratunek. Część naszej załogi była świeżo po sesji treningowej Rescue Diver, zestaw tlenowy był na naszym wyposażeniu, akcja przebiegła całkiem sprawnie i przede wszystkim, to cieszy najbardziej, nasza koleżanka wróciła do zdrowia i pełnej sprawności, choć ja miałem okrutnego stracha, że to się nie może skończyć tak szczęśliwie.

DSC_0039

Fot. 5. Czarnogóra

DSC_0240

Fot. 6. Widok znad Grunersee.

W maju odkrywamy uroki Czarnogóry, z której nam wszystkim najbardziej podoba się austriackie Grünersee. Nie, oczywiście, Czarnogóra też fajna. Pod wodą jest masa wraków, szkoda tylko, że za daleko dla naszego kapitana z lokalnego centrum nurkowego. Jeden wrak to dla mnie zdecydowanie za mało. Fajnie za to nad wodą – przepiękny stary i zrujnowany Bar, przepiękna i bardzo malownicza Zatoka Kotorska. No i ten szalony pomysł na powrót przez Grünersee, w sumie rzucony od tak, na gorąco, bez specjalnych przygotowań. Najpierw szukanie noclegu w okolicznych górach – dzwonienie po austriackich pensjonatach, gdzie niewiele osób włada językiem angielskim. Potem przyjemne piwo wypite w lokalnym barze. Pobudka z najpiękniejszym widokiem z okna – na strzeliste góry. Szybka orientacja w terenie, gdzie załatwić opłaty nurkowe, gdzie pożyczyć brakujący nam sprzęt – w końcu do Czarnogóry nie taszczyliśmy butli i balastu. Na koniec dość bolesne odchudzenie portfela – jednak nie żałuję ani jednego euro wydanego na nurkowanie w Zielonym Jeziorze. Już sam widok z powierzchni wody, w każdą stronę piękne góry, intensywnie zielony las i ta cudnie klarowna woda. Zanurzenie w tą lodowatą wodę (a przecież na Czarnogórę nie braliśmy grubych ocieplaczy pod nasze sucharki, więc szybko zimno dało nam w kość) i odkrycie, że nie jest to jednak martwy zbiornik. Wydawało mi się, że skoro zbiornik w porze ciepłej praktycznie zamienia się w kałużę to jest rzeczą oczywistą, że nie ma w nim miejsca na więcej jak kilka małych rybek. A tu taki zaskok. Całe ławice przepięknie iskrzących się w słońcu ryb, no i te tłuściutkie pstrągi! Na takie nurkowania trzeba zabierać poetę, by jakoś umiejętnie nazwał te uczucia towarzyszące doświadczaniu takich miejsc.

Kolejna dla mnie istotna wyprawa to safari po jeziorach warmińskich – plan powstał nagle, jako zastępstwo za nieudany wypad nad Attersee. Boże Ciało, początek czerwca – jest nadzieja, że zdążymy przed zakwitaniem jezior. Ekipa sklecona, rodzina zabrana, jest więc i rodzinnie, i nurkowo. Plany ambitne zostają na miejscu jednak okrojone, wszystkim udziela się lenistwo. Baza Narie, jeszcze przed sezonem, to urocze i malownicze miejsce zakotwiczone przy sympatycznej zatoczce. Zatoczka niezbyt głęboka, ale fajna – jest i wyspa, są łąki. Robimy tu kilka bardzo udanych nurkowań w litoralu. Przeprowadzamy wypady jedynie na dwa jeziora – na Wukśniki i Isąg. Wukśniki niestety zaczynają kwitnąć, a pod wodą nie ma totalnie nic ciekawego. Isąg też nie powala wizurą, wbrew oczekiwaniom nabranym ze studiowania map batymetrycznych – nudzi ukształtowaniem. No i odkrycie ogromnej i dzikiej sieci – żaki były wypełnione prześlicznymi, dorodnymi rybami kotłującymi się w wąskim tunelu. Smutny widok. Wpierw pomyślałem, że nie mi to oceniać, ktoś się naje, a może to jednak legalna sieć – nie znam się, lepiej się nie wtrącać. Potem refleksja – część żaków wypełniona trupem już w stanie totalnego rozkładu – to nie może być sprawdzana i regularnie oczyszczana sieć. Nawet jak ktoś to legalnie postawił to o tym zapomniał, albo o to nie dbał. Trudno, może podejmuję złą decyzję, może będę uważany za jakiegoś ekoterrorystę. Sięgam po nóż i tnę sieć w kilku miejscach i z radością, wręcz z ulgą oglądam uwalniające się piękne dorodne okonie, potężne płocie i liny. Potem, odpływając, żałuję, że mocniej nie pociąłem tego cholerstwa – tak po całej długości.

Czerwiec i lipiec to w ogóle bardzo intensywny dla mnie okres wyjazdów, co wielokrotnie zostaje mi wypomniane przez zaniedbaną rodzinę. Ja jednak jestem w nurkowym ciągu, są ludzie chętni ze mną jeździć, są kursanci – trzeba jeździć. No to jeżdżę – od dalekiego zachodu (jezioro Głębokie) po moją ukochaną Suwalszczyznę, oczywiście zahaczając po drodze, kilkukrotnie o Zakrzówek. Jest i okazja by zajrzeć nad jezioro Staw. Oczywiście ja już nawet nie muszę się martwić, czy się ludziom będzie podobać. Ja już wiem, że nawet jak pogoda nie dopisuje, nawet, jak na to jezioro, wizura jest marna – to jest to i tak zawsze dużo lepiej niż wszędzie indziej. Nikt nigdy nie wraca z nurkowania w Stawie nieusatysfakcjonowany.

pazdziernik_staw

Fot. 7. Jezioro Staw

lipiec_reskju

Fot. 8. Kurs Rescue nad Nartami.

lipiec_narty

Fot. 9. Drzwi w Nartach.

Jeszcze tylko wspomnę, że w lipcu wreszcie udaje mi się dotrzeć do hańczowych dłubanek. Długo na nie polowałem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie by do nich dotrzeć. A to awaria latarki, a to problem jednego z nurkujących, zawsze okazja przechodziła koło nosa. No i wreszcie nadarza się okazja. Jest stres, że nie trafimy, choć instrukcja jest jasna i klarowna jak wizura w Egipcie. Na trzydziestu paru metrach nie ma za dużo czasu na kręcenie się i szukanie. Na szczęście dłubanki są tam, gdzie mają być. Na pewno jest to jedno z fajniejszych nurkowań w Hańczy.

Swój urlop na przełomie lipca i sierpnia zaczynam od bardzo fajnego, licznego wyjazdu na Zakrzówek. Cieszy mnie ogromnie to, że tym razem kursantów jest tylu, że trzeba przysiąść i pokombinować jak zaplanować wszystkie nurkowania i podzielić się robotą tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby wszystko odbyło się po bożemu. Udaje się i to z nawiązką. W ciągu weekendu robimy kilka AOWD, dwa wrakowe, suchy skafander i zaczynamy głębokie. Prosto z Krakowa zabieram rodzinę w moje góry pienińskie. Sprzęt mam, niecne plany nurkowe też. W końcu przez dwa tygodnie bez nurkowania nie wytrzymam. Udaje się raz wyskoczyć na Zakrzówek, raz zanurkować w jeziorze czorsztyńskim (niestety, znowu słaba wizura, no i to błocko przy wejściu i wyjściu odbierają całkowicie przyjemność z nurkowania), a nawet udaje się zrobić fajnego niby-nura w jednej kałuży – na przełomie Białki jest jedno głębsze miejsce – ze trzy metry z hakiem, ale siedzą tu pstrągi. No tośmy ze szwagrem pewnego dnia zebrali szpej i poszliśmy się pluskać w tej sadzawce. A że lato wyjątkowo upalne, a że ludem sypnęło to i hecę zrobiliśmy. Lubię widzieć te paszcze rozdziawione na widok maszerujących nurków, te dzieciaki pokazujące nas paluchami i mówiące: „pac mamo, nulek!”. Znikam pod wodą mając wszystkie spojrzenia na swoich plecach i wiem, że to co robię, to jest nieziemska zajawka. Chciałbym mieć potem odwagę po wyjściu wrzasnąć do ludzi – nie gapcie się, nie zazdrośćcie, idźcie na kurs, to nie jest takie trudne i niemożliwe jak wam się wydaje. Na koniec wakacji zostaję znowu oddelegowany na Zakrzówek by poprowadzić kilka kursów. Porównuję ścisk i tłum weekendowy do tych cudownych pustek, kiedy mam sposobność wpaść na Zakrzówek w tygodniu. Zdecydowanie polecam – lepiej wziąć urlop w tygodniu i zrobić super nury, niż męczyć się w wakacyjny weekend.

sierpien_zakrzowek

Fot. 10. Zakrzówek. Drużyna AOWD.

We wrześniu ważne dla mnie jest zaznajomienie się z Łęskiem. Baza Nemo w Kulce. Równie blisko jak jezioro Narty, w sam raz na szybki wypad z domu – ot tak na jeden dzień. Miejsce nie od razu oczarowujące, ale po pewnym czasie człowiek odkrywa, że w zasadzie czuje się tu jak u siebie w domu. Przegenialna wygoda samego ośrodka nurkowego. Wjeżdżasz autem przed namioty, wywalasz szpej i auto do końca wyjazdu może stać w tym samym miejscu, a ty tylko na gicach przemieszczasz się – po szpej, nabić flaszkę, do wody, z wody pod daszek zrzucić sprzęt, na żarełko, na łóżko by się kimnąć i potem znowu do wody. Dookoła lasy, jest tu urokliwie, choć nie jakoś specjalnie poetycko pięknie. Po prostu ładnie. Pod wodą często średnia wizura, ale co najmniej raz zaskoczyła mnie tu bardzo fajna wizura. Szczęściem akurat tego dnia nadarzyła się okazja zobaczyć lokalną ściankę iłową. Fantastyczne miejsce, ogromna ścianka, nie musząca się zupełnie niczego wstydzić wobec ścianek z Hańczy. Chętnie wracam do Kulki, chyba bardziej do tego całokształtu, do tego poczucia luzu i wygody.

sierpien_bialka

Fot . 11. Białka pod wodą.

Wspomnę jeszcze o dwóch tegorocznych wydarzeniach – powrót nad jezioro Narty. W lato pojechaliśmy tam z rodziną i z Arkiem Rybką, zacnym uczestnikiem kilku organizowanych przez nasz Godiving wypraw. Powziąłem decyzję, że nie zamierzam eksplorować „głębin” pod termokliną i że fajnie będzie sobie zanurkować w piance. Jakże ja się dobrze bawiłem mogąc fikać koziołki i czuć ogromną swobodę ruchu w piance! Nie myślcie sobie, że nie lubię nurkować w sucharze – to też super sprawa, niemniej jednak suchar wymusza bardziej dostojną i spokojną motorykę pod wodą. W piance można się wydurniać jak dziecko i po raz kolejny potwierdziłem sam sobie, że właśnie takie nurkowanie lubię – na luzie, bez zadęcia, z dziecięcą radością.

styczen_koparki

Fot. 12. Koparki.

Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem był wyjazd z Gazelą – w końcu się udało! Cały rok żeśmy się próbowali zmawiać na wspólnego nura. Co ja miałem czas, ochotę i plany wobec niego, to on akurat gdzieś jechał, miał coś do roboty. Jak on miał czas i plan to ja z kolei byłem w innej części Polski, albo akurat nie wypadało mi urywać się z domu na nurki, bo był akurat „ten weekend z rodziną”. Partnur, z którym tak naprawdę zacząłem nurkować pełną piersią, z którym w ogóle zacząłem odkrywać nurkowanie samodzielnie organizowane, bardziej spontaniczne i zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące niż uczestnictwo w gotowcach sporządzonych przez jakieś centrum nurkowe. Partnur, któremu jestem wdzięczny, że miałem z nim okazję odkryć takie zbiorniki jak Piechcin, czy jezioro Piaseczno. W końcu z zaskoczeniem odkryliśmy, że jest jednak jeden zbieżny termin, kiedy możemy razem zanurkować. Tym razem jednak trochę się boksowaliśmy z wyborem miejsca nurkowania. Ja miałem ochotę na dawno niewidziany Piechcin, liczyłem po cichu na taką samą genialną wizurę, jaką mieliśmy wtedy, kiedy jeszcze w piankach nurkowaliśmy w październiku 2013 roku. Gazela napalił się na Koparki, widząc zdjęcia bodajże Mariusza Dziobka sprzed kilku dni. Trasa szybka i wygodna. Uznałem, że warto ustąpić, choć Koparki w tym roku miałem dobrze opływane, a szczęścia do jakiejś genialnej wizury na Koparkach póki co nie miałem i nie wierzyłem by tym razem coś miało się zmienić. Co do wizury to niestety miałem rację, była średnia, niemniej jednak daliśmy dwa fajne nury i jak zwykle dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie a ja każde tego typu nurkowanie o tyle przyjemnie przeżywam, że nie muszę występować w roli przewodnika, albo opiekuna grupy, albo instruktora. W takich relacjach zawsze mam spięte pośladki i ciężko jest mi skupić się na smakowaniu samego nurkowania, jak bardzo fajne by nie było. Doceniam więc każde nurkowanie na luzie, choć przyznam się, że lubię też te nurkowania, gdzie jestem psem przewodnikiem. Jasne, spięcie mam, mniej skupiam się na samej przyjemności nurkowania, ale ogromną satysfakcję mam z takiego nura, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem. A jak jeszcze po wynurzeniu ludzie będą wyraźnie podekscytowani i zadowoleni z nura, to jest to już coś okrutnie przyjemnego.

listopad_diversnight

Fot. 13. GEPN Diversnight.

Rok ten kończę w Egipcie, wyjazdem na sylwestra. Będę miał przyjemność poznać rafy nieopodal Marsa Alam. Będę miał zaszczyt poprowadzić kurs DEEP i AOWD. Jest to z pewnością dobre zamknięcie roku i chyba najlepszy sposób na spędzenie sylwestra. Nie jestem szczególnym fanem tego święta, dla mnie to tylko kolejna liczba w kalendarzu, a towarzysząca temu feta jest raczej męcząca. Oczywiście i tak weźmiemy udział w jakiejś celebracji nadchodzącego roku, oczywiście też będę sobie życzyć w duchu kilku rzeczy, oczywiście też będę snuł plany, czasem pewnie ciut za ambitne. Chciałbym by to, co robię wspólnie z Tomkiem w ramach Shop4divers – żeby to urosło na kształt i podobieństwo fajnego klubu nurkowego, chciałbym by to miejsce stało się ważnym punktem na naszej nurkowej mapie stolicy. Chciałbym odkryć fajne nurkowisko na mazowszu, wreszcie chciałbym mieć jeszcze więcej kursantów i jeszcze więcej fajnych wyjazdów.

Nasze urocze kamieniołomy

Na terenie naszego uroczego kraju mamy trzy porządne kamieniołomy – nurkowiska. Zwracam uwagę tylko na takie, które mają pełną infrastrukturę na brzegu, przygotowaną pod nas – nurków. A przynajmniej starają się ją mieć w jak najszybszym czasie (choć kwestia „jak najszybszy” jest tu mocno względna i zależy od punktu widzenia). Mówię tutaj o nurkowiskach, do których możemy wpaść praktycznie bez zapowiedzi – a już na pewno w trakcie sezonu nurkowego (czyli u nas mówimy mniej więcej o okresie od kwietnia do października), na miejsce można nie zabierać ze sobą sprzętu, lub mieć braki w sprzęcie. Te miejsca powinny oferować ciekawe walory nurkowe, być w pełni przygotowane do obsługi nurków od A do Z: ładować butle powietrzem (choć przydałyby się też inne mieszanki dla zaawansowanych nurków), udostępniać suche i wygodne miejsca (najlepiej zadaszone) do przebierania się, dać możliwość dostarczenia blisko wody sprzętu i zaparkowania auta. W chłodniejsze dni przyda się pomieszczenie zamknięte by złapać trochę ciepła, przydadzą się też jakieś przekąski i ciepłe napoje i mamy już całkiem przyzwoity europejski poziom. Nie zaszkodzi też by opiekun akwenu miał jasną politykę cenową (o wysokości nie ma co dyskutować, zawsze się znajdą głosy, że może być taniej). Warto też sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wymieniane te nurkowiska są na takim poziomie, że bez cienia wstydu możemy zaprosić na nurkowanie naszego znajomego z zagranicy? A przy okazji warto wspomnieć o położeniu akwenu i przez to jego dostępności dla nurków z całej Polski i jej okolic.

Same walory nurkowe wszystkich trzech akwenów są bezsprzecznie wysokie – warunki pod wodą potrafią być znakomite i bardzo rzadko się dzieje, że wizura jest tragiczna. Każdy akwen ma do zaoferowania różne atrakcje pod wodą, oczywiście Zakrzówek z racji głębokości i wielkości będzie w tej kategorii zawsze wygrywać, ale umówmy się, że i Piechcin i Koparki Jaworzno dają nam dużo nurkowej frajdy i warto je w swoim nurkowym życiu zaliczyć co najmniej raz, jak nie dwa. Atrakcjami Zakrzówka są niekończące się pionowe skalne ściany, półki, zatopione drzewa, możliwość osiągnięcia trzydziestu metrów i masa sztucznie zatopionych atrakcji zaczynając od instalacji do ćwiczenia pływalności a kończąc na dwóch samolotach i Grubym, czyli drewnianym statku leżącym na dwunastu metrach. W Koparkach obowiązkowo oglądamy… koparki, piękne, majestatyczne i gigantyczne. Kopary, przy których czujemy się maluczcy. Kopary fajne są dla wycertyfikowanych już „owudziaków”, raz, że się nie pogubią – akwen za duży nie jest, dwa, że nie przekroczą swoich uprawnień nawet jak się bardzo będą starać – maks siedemnaście metrów i dno. Piechcin to zatopiony pełnomorski jacht „Magda M.” z betonowym poszyciem, fajny łuk skalny, zatopiony las i kolor wody przypominający momentami jakiś Adriatyk, albo coś koło tego. Tylko tam jak dotąd udało mi się trafić wizurę, która powaliła mnie na kolana. Wizurę spotykaną tylko w morzach.

Koparki

Foto 1. (kubaCE) Koparki Jaworzno. Robią wrażenie.

Jadąc na przygotowane nurkowisko liczymy na to, że opiekun nurkowiska stanie na wysokości zadania i ułatwi nam nurkowanie pod każdym aspektem. Każda z wymienionych baz oferuje nam ładowanie butli, choć w przypadku Piechcina mówimy póki co o ładowaniu niestacjonarnym – butle są zabierane z bazy do ładowania w mieście. Podobno już w tym roku ma ruszyć ładowanie na miejscu. Zakrzówek i Piechcin nie biją butli do maksa. Strata nie duża, ale tu wygrywa obecny opiekun Jaworzna – butle ładowane są „po brzegi”. Wymagający innych mieszanek mogą mieć problem. Na Zakrzówku w cenniku mamy inne gazy, ale zaznajomieni z tematem twierdzą, że nigdy nie można natrafić na moment, żeby ktoś mógł przygotować daną mieszankę. To znaczy, gazy do mieszania są, ale człowieka uprawnionego do mieszania już trudniej spotkać. Koparki według oficjalnej strony, w obecnej tymczasowej formie proponują wypożyczanie butli z nitroxem, z nieoficjalnych informacji wynika, że jest możliwość ładowania innymi mieszankami. O mieszaniu na miejscu nie ma słowa na oficjalnej stronie. Piechcin? Tylko powietrze.

Infrastruktura powierzchniowa jest bardzo różna. Jeżeli miałbym przywieźć kogoś z zagranicy i pokazać mu te trzy miejsca to chyba obecnie najlepiej prezentuje się Zakrzówek, choć zabudowa nie jest jakoś szczególnie estetyczna. Rozumiem, że wynika to z warunków umowy użytkowania terenu, że wszystko ma być maksymalnie tymczasowe. Myślę, że Maciek Curzydło, właściciel zakrzówkowej bazy Kraken wie, że łaska miasta może się zawsze skończyć i że może się powtórzyć scenariusz jak z Koparek, gdzie poprzedniego właściciela pożegnano praktycznie bez żalu i ceregieli. A ówczesna baza na Koparkach prezentowała się naprawdę zacnie. Pomimo, że zabudowa też była tymczasowa, Mirek Kierepka i jego Orca Group włożyli sporo roboty w to by baza prezentowała się elegancko. Przyznam, że ówczesny wygląd bazy stawiał ją najwyżej w kategorii estetycznej. Zakrzówek ma rozbudowaną bazę, ale jeżeli chodzi o prezencję, to szału nie ma. Piechcin na tym tle wypada zwyczajnie biednie. Obecne Koparki też teraz nie robią wrażenia, ale jest i tak lepiej niż na Piechcinie, z resztą to podobno stan tymczasowy, już na oficjalnej stronie prezentowane są plany architektoniczne takiej bazy, że mucha nie usiądzie. Pytanie tylko, kiedy plany zostaną zrealizowane. Poczekamy pewnie jeszcze z rok co najmniej.

Piechcin

Foto 2. (kubaCE) Malowniczy łuk w Piechcinie.

Zakrzówek to spory główny budynek, w którym znajdziemy bardzo porządnie wyposażony sklep nurkowy z bardzo dobrymi cenami, wypożyczalnię sprzętu i sprężarkownię. Są też pokoje socjalne dla klubowiczów Krakena, w zimę można korzystać z wygodnej łazienki. Sklep nie dość, że świetnie wyposażony, to jeszcze ceny czasem wręcz okazyjne. Wypożyczalnia też na bogato wyposażona, ale jak mamy sezon to radzę rezerwować sprzęt z dużym wyprzedzeniem. Sprężarkownia ma sporą wydajność, ale w sezonie poczekamy na napełnienie butli i z pół godziny. Toalety „letnie” mamy na zewnątrz, w osobnym budynku. Przyzwoite, żadne tojtojki. Problem, że możliwości szamba są dość ograniczone i w letni weekend dość regularnie toalety są wyłączane z użytku ze względu na pełne szambo (w Krakowie nie da się znaleźć rozsądnego odbieracza nieczystości, który nie odebrałby ich w weekend?). Jest też Ramzes, albo Pan Kiełbaska, czyli lokalna „gastronomia”. Jak dla mnie to żarcie pod nurków ciut za ciężkie – grillowane kiełbachy i karkówki, ale to kwestia gustu. Mamy też dużo dużych i solidnych wiat, dwa parkingi i wygodną drogę dojazdową. Baza ma swoją ograniczoną pojemność i w bardziej tłumne dni radzę być bladym świtem.

Koparki mają bardzo elegancko jeżeli chodzi o teren do zagospodarowania. Dużo ładnej płaskiej powierzchni, jest jak się tu urządzać. Póki co dużo tego nie ma. Barak – główny budynek, tu ładujemy butle, tu się rozliczamy, tu wypijemy kawę, herbatę, zupę, kupimy sobie jakiś napój czy przekąskę z automatu. Wypożyczyć sprzęt też można, ale póki co tego dużo nie ma. Mamy też namiot iglo, w którym można się w zimne dni ogrzać. Toalety to szpalerek tojtojek, do tego kilka wiat i parking. Wszystko, co trzeba, ale czekam na więcej i porządniej.

Piechcin to znowu jakaś zbieranina ze złomu – jakiś pseudobarakowóz robi za pomieszczenie opiekuna, jedna wiata i kawałek jakiegoś materiałowego dachu. W zimne dni tutaj ciężko jest gdzie się ogrzać poza wnętrzem własnego samochodu. Stawiane są też jakieś kontenery, które mają być wkrótce wypożyczalnią sprzętu i sprężarkownią. Parking mikry i dosłownie jedna tojtojka. Jest miejsce na więcej i plany też chyba jakieś są, ale póki co mamy tutaj najsłabszą infrastrukturę. A szkoda, bo to miejsce zasługuje na więcej.

Trzech operatorów, zatem trzy różne cenniki, choć widać podobieństwa. Zakrzówek i Koparki skupiają się na opłacie bazowej za dzień naszego pobytu. W obu przypadkach mówimy o kwocie trzydziestu złotych. W tej cenie nurkować możemy tyle, ile nam się będzie chciało, dodatkowo w zimę Koparki w cenie oferują ciepły napój – miły gest. Za ładowanie powietrza liczą nas podobnie – płacimy za butlę, a nie za faktycznie bite litry. W przypadku Zakrzówka możemy powiedzieć o systemie premiującym grupy zorganizowane z instruktorem – preferencyjny cennik wszystkich opłat, łącznie z biciem butli. Piechcin też stosuje promocje dla instruktorów z grupą powyżej sześciu osób (mowa jest o organizatorze grupy, więc teoretycznie nie musimy być w takim przypadku instruktorem nurkowania), ale cennik Piechcina to niestety, ale dla mnie kuriozum. Właściciel wychodzi z założenia, że korzystniej dla wszystkich będzie jak będzie liczone wszystko oddzielnie, ilość aut (i zdaje się – ich wielkość), nurków i nurkowań. Zastanawiałem się jak są w takim razie liczone nurkowania w dni, kiedy baza jest oblegana – odkryłem klucz dość szybko, przywożąc swoją grupę zorganizowaną – właściciel wychodził z założenia, że wszyscy nurkują maksymalną ilość razy. W ogóle system rejestrowania i rozliczania grupy w Piechcinie to była w tym przypadku jakaś masakra i spędziłem bitą godzinę z opiekunem próbując pogodzić zapisy z jego i mojej listy odnośnie rzeczy podlegających opłacie. Zalecam więc, jeżeli planujecie wypad grupą na Piechcin, niech lepiej każdy sam się rozlicza i pilnuje swoich zapisków. Widzę dobrą wolę u właściciela, ale nie rozumiem pokrętnej logiki rozliczania. Według mnie zła droga, zwłaszcza niezrozumiała na przykładzie nocnego nurkowania, które owszem można wykonać, ale za dodatkową opłatą… 30zł. Czyli niemal podwajamy koszt korzystania z Piechcina, jeżeli decydujemy się na nocne. Nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa, więc nie wiem, czy wysokość tej opłaty wynika z tego, że opiekun karnie zostaje i czeka do zakończenia nurkowań nocnych, ale opłata powala i mocno zniechęca do bawienia się w nocne w tym miejscu.

Zakrzówek

Foto 3. (kubaCE) Zakrzówek to przede wszystkim mój ulubiony Gruby – drewniany statek spoczywający na 12m.

We wszystkich miejscach zachęcam do nieskrępowanej kontroli zapisków czynionych przez obsługę akwenów. Nie zakładam złej woli obsługi, ale w gorących chwilach potrafią namieszać w zapisach i potem się robi niepotrzebna dyskusja na ten temat.

Jako nurek rekreacyjny nie przepadałem za Zakrzówkiem – denerwowała mnie ilość ludzi, jaka potrafi tu wystąpić w ciągu ciepłego weekendu. Piechcin mnie urzekł pod wodą, ale nad wodą oczekiwań nie miałem żadnych, więc nie przeszkadzał mi stan bazy. Bardzo spodobała mi się baza w Koparkach, choć pod wodą się zawiodłem. Koparki są ekstra, ale na raz. Obecnie z resztą pod wodą nie ma żadnych innych większych atrakcji.

Jako instruktor obecnie doceniam infrastrukturę i zaplecze Zakrzówka, doceniam też walory samego akwenu, który oferuje ogromną różnorodność i atrakcje pod wodą. Chciałbym bardzo móc to samo powiedzieć o Piechcinie, bo akwen mnie zauroczył, choć jest mniejszy od Zakrzówka. Niestety, pomimo swoich możliwości turystyczno szkoleniowych (jest i głębokość odpowiednia, jest różnorodnie, są atrakcje podwodne) Piechcin obecnie spadł na ostatnią pozycję, już tymczasowa baza na Koparkach prezentuje się lepiej i zdecydowanie wygodniej z niej się korzysta pod każdym względem – łącznie z opłatami. Koparki są o tyle dla mnie mało atrakcyjne, że sam akwen jest mikruśny – to taki niemalże basen w wersji maksi. Prawie cały czas równa głębokość 15 – 17 metrów, żadnych półek skalnych, brak łagodnego wejścia – trudno sobie więc wyobrazić w tym miejscu szkolenia podstawowe. Na OWD za głęboko – jest jedna podwodna platforma na pięciu metrach, ale dla ludzi wchodzących pierwszy raz do otwartej wody w nurkowym sprzęcie Koparki to chyba niepotrzebne wyzwanie. Z kolei AOWD tutaj nie zrobimy, nie mamy możliwości złapania większej głębokości. Nowy właściciel dużo obiecuje, ale to wciąż tylko obietnice. Na efekty trzeba będzie poczekać.

Lokalizacja Piechcina daje mu największą szansę zdobycia dużej ilości klientów pośród polskiej nurkowej braci. Nieco poza środkiem Polski, ale jednak zewsząd wszyscy mają najbliżej do Piechcina. Drogowo było słabo, teraz jest nieźle, bo i A2 i A1 bardzo usprawniły dojazd w ten region Polski. Północna część Polski poszkodowana jest jeżeli chodzi o Zakrzówek w Krakowie i Koparki w Jaworznie. Nie dość, że trzeba się przedrzeć przez cały kraj, to jeszcze sieć dróg nie powala. Dojazd do Krakowa od strony Warszawy, gdzie wciąż mamy do czynienia z jednym pasem w każdą stronę na długich odcinkach, to dla mnie jakaś masakra w dzisiejszych czasach. To już na Jaworzno dojechać można sprawniej, korzystając z jednej autostrady i ekspresówek. Wtedy wygodniej jest z tego punktu dojechać do Krakowa korzystając z A4. Dobrym pomysłem jest zaplanowanie weekendu z objazdem obu kamieniołomów. Pierwszego dnia bawimy się na Koparkach, na drugi dzień przejeżdżamy na Zakrzówek i mamy bardzo fajny nurkowy weekend zapewniony.

Poprosiłem też moich znajomych o komentarz odnośnie naszych nurkowalnych kamieniołomów.

Zakrzówek dla mnie jest akwenem numer jeden – pisze Błażej Kabziński, instruktor nurkowania (www.godiving.pl) –  na mapie polskich nurkowisk, szczególnie pod względem szkoleniowym. Jest to miejsce, które zawsze pozytywnie zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonego nurka. Nurkowisko to jest bezkonkurencyjne pod względem wielkości, rozbudowanej infrastruktury na powierzchni oraz ilości atrakcji pod wodą (tych naturalnych oraz zapewnionych przez CN Kraken).

Kamieniołom Koparki w Jaworznie to mój nr dwa na liście, choć po zmianie dzierżawcy terenu może to z czasem się zmieni. Z całą pewności jest to akwen mniejszy i mniej urozmaicony niż ten w Krakowie, więc z założenia mniej atrakcyjny. Można go opłynąć dookoła w trakcie jednego nurkowania 🙂 to co jest wyróżnikiem tego akwenu to same koparki, które robią na prawdę duże wrażenie oraz ciekawostka, że w tym zbiorniku nie występuje wyraźna termoklina.

Piechcin jest bardzo urokliwym miejscem po środku „niczego”. Zajmuje trzecie miejsce przede wszystkim ze względu na warunki pod wodą, a raczej pochodzenie tego zbiornika. Jest to miejsce skąd wydobywano wapień i to o wysokiej czystości. Powoduje to, że woda ma niecodzienny, jak na Polskę, turkusowy kolor, ale zalęgający na dnie pył wapienny jest bardzo lekki i podnosi się z każdym nieumiejętnym machnięciem płetwy nad dnem. Po wizycie w Piechcinie zdecydowanie polecam dobre przepłukanie sprzętu z wszędobylskiego pyłu. Infrastruktura też niestety jest najgorzej rozwinięta. Najbardziej dotkliwa jest kwestia braku sprężarkowni na miejscu, przez co można mieć zdecydowanie dłuższą przerwę między nurkowaniami niż się planowało, bo butle „jeszcze nie wróciły”.

Cokolwiek by nie pisać i szukać dziury w całym, to każde z tych miejsc warto odwiedzić. Każde z tych miejsc jest specyficzne i wyjątkowe. Są to zupełnie inne zbiorniki niż jeziora i warto o nich pamiętać, planując wyjazd nurkowy, ale każde z nich daje ogromną frajdę.

Tomek Wolski – perfectdive.pl – instruktor nurkowania: Nurkując czysto rekreacyjnie, zanim zostałem instruktorem, uwielbiałem Koparki w Jaworznie, ale te za czasów Mirka Kierepki i tak by było do dzisiaj… To, co stworzył Mirek miało swój niezwykły klimat. Infrastrutkura, nowe inwestycje, masa udogodnień dla nurków – wiaty, platformy… i najważniejsze – toaleta, w której czułeś się jak w domu :))) Obecnie Koparki to już nie to samo miejsce jak dla mnie. Od czasu sprzedaży byłem tam dwa razy i jakoś w żaden sposób mnie tam nie ciągnie.
Jako instruktor lubię Zakrzowek, za to że spelnia wszystkie moje potrzeby: doceniam udogodnienia do prowadzenia kursów od OWD aż do DIVEMASTERA. Moje postrzeganie miejsca nurkowego zmieniło się diametralnie w chwili zostania instruktorem. Przede wszystkim bezpieczeństwo kursantów jest dla mnie priorytetem,, ale rowniez komfort mojej pracy z ludźmi – Kraków spełnia w stu procentach.

Podsumowując te akweny w kilku słowach:

Zakrzówek –  zaleta: lokalizacja i atmosfera; wada: mało wydajny bank powietrza.
Koparki – zaleta: blisko z Łodzi; wada: wpuszczanie na teren ludzi postronnych.
Piechcin – zaleta: woda; wada: ładowanie butli, a zwłaszcza powietrze masakrycznie wilgotne w smaku.

Bartek Sajkowski – instruktor nurkowania:

Najbardziej odpowiadał mi jako turyście podwodnemu Zakrzówek, ale przede wszystkim późną jesienią lub zimą.O tej porze roku jest mniej nurków i lepsza wizura. Jako instruktor dalej preferuję Zakrzówek. Można na nim wykonać prawie wszystkie kursy i specjalizacje. Zakrzówek zajmuje pierwsze miejsce, drugie Koparki a na szarym końcu Piechcin.

Zakrzówek – ilość atrakcji podwodnych, głębokość i ukształtowanie odpowiednie do prowadzenia kursów, niezła infrastruktura. Postarałbym się za to lepiej zorganizować parking. Koparki – fajna rzecz to Koparki Fajny zbiornik do ćwiczenia i do prowadzenia niektórych specjalizacji. Do poprawy infrastruktura. Piechcin – dość ciekawie pod wodą, ale cała reszta mocno kuleje. Zacząłbym od zorganizowania sprężarki

Gdybym mógł stworzyć własny kamieniołom łącząc cechy zebrane z innych, wyszłoby połączenie Zakrzówka, Koparek i Sparmanna czyli wizurka Koparek, atrakcje Zakrzówka i głębokość Sparmanna. A gdybym mógł coś poprawić w naszych akwenach to do Koparek i Zakrzówka dodałbym głębokość i zrobił jak najlepszą infrastrukturę na powierzchni.

Wakacje z deszczami

Uf, uf… ufff…. Uffff. Dotarłem do tego momentu w życiu nurka, że potrzebowałem przerwy od nurkowania. Nurkolog milczał przez wakacyjne miesiące, gdyż Nurkolog – instruktor był całkiem zajęty. Nurkolog – instruktor odkrywał w czasie wakacji uroki życia instruktorskiego. Pracował, nurkował, rozwijał własną działalność instruktorską, zakładał działalność gospodarczą, poszukiwał klientów, tworzył oferty. To był dla mnie intensywny okres. Mówi się, że człowiek z własną „firmą” nie miewa wakacji. Ja muszę się przyznać, że jednak miałem. I były to wakacje od nurkowania. Po kilku tygodniach pracy miałem zaplanowany wypad z rodziną w Pieniny nad jezioro Czorsztyńskie. Przyznam się szczerze, że jechałem nań wielce uradowany, że odpocznę od nurkowania. Co zatem się działo ze mną przed wyjazdem?

Załapałem trochę fuszek od mojego guru, Rudiego. Poprowadziłem różne części kursu OWD w różnych częściach Polski. Do tego podłapałem swoich pierwszych klientów i poprowadziłem swoje własne pierwsze kursy pod moim własnym szyldem (oprócz Nurkologa doszło jeszcze GoDiving.pl). Sprawiedliwie jednak należy zaznaczyć, że to nie oznacza, że już zarobiłem straszne pieniądze, odpracowałem kosmiczne koszty kursu instruktorskiego i zaczynam żyć po królewsku. Coś zarobiłem, ale szału nie ma. Jest sporo nadziei na przyszłość, kilka rzeczy może wyjdzie, pewnie część nie wyjdzie. Niemniej jednak jestem pełen nadziei. Podoba mi się wybrana ścieżka. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja praca łączy się z moją pasją. Te pierwsze chwile, kiedy uzmysławiałem sobie – to jest moja praca, to jest moje miejsce pracy – leżę sobie na powierzchni jeziora Leleskiego, czekam na kolejnych kursantów i mam dookoła cudowne okoliczności przyrody. Przychodzi ta myśl do głowy „kurna, jestem w pracy!”. Wołam do ludzi na brzegu, którzy przyglądają się mi z rozbawieniem – ja tu pracuję! Ciężką mam pracę! Trochę zrozumienia!

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Nasz „domek” w Leleszkach.

Zostawmy jednak samo instruktorowanie. Dalej jestem też nurkiem. Odkrywam nowe miejsca w Polsce. Dalej się uczę i odkrywam nowe rzeczy w nurkowaniu. Tu się nic nie zmieniło w moim życiu. Na pierwszy ogień Leleszki i jezioro Leleskie. Baza Warszawskiego Centrum Nurkowego (WCNUR). Zaledwie sto osiemdziesiąt jeden kilometrów z centrum stolicy. Rzut beretem dla stołecznych nurków. Miejscowość typowo letniskowa. Rolnicze gospodarstwa niewidoczne, głównie same kwatery, pensjonaciki i agroturystyki. Ładnie, kolorowo, czysto i porządnie. Pensjonat Leleszki – nasza baza noclegowa – zgrabny i zachęcający do powrotu. Zabudowania starego pruskiego gospodarstwa odnowione i przystosowane dla gości w sposób bardzo zgrabny. Nie sposób nie polubić tego miejsca. Dodać należy do tego znakomite jedzenie, jakim nas tu karmią. Gospodarze zajmują się nami po królewsku, dokarmiają, przygotowują znakomity wieczór z grillem, oddają do dyspozycji porządny ekspres do kawy (niby mała rzecz, ale dla kawoszy coś genialnego), żywo interesują się gośćmi. Nad jezioro rzut beretem, ale my z tą ilością nurkowych bambetli musimy podjeżdżać autami. Nurkujemy z miejscowej plaży. Na miejscu jedna wiata, miejsce na ognisko i ławki. Nam to wystarczy w zupełności. Niestety wyjazd mam zaplanowany na gęsto. Z kursantami siedzę całe dwa dni w wodzie. Śmieją się ze mnie, że wyrosną mi skrzela, bo cały dzień wiszę w wodzie. Nie mam w związku z tym okazji pozwiedzać jeziora. Donoszą mi, że nie mam czego żałować. Wizura nie dopisuje. Nie ma co się uprzedzać. W tym roku nigdzie w Polsce szału nie ma. Jeziora dostają potężne lanie. Nad nami przechodzi co najmniej jedna spora burza. Nie skreślam jeziora. Dam mu jeszcze szansę, właśnie ze względu na odległość (nota bene, rzut beretem od moich ukochanych Nart) i noclegownię. Uwaga dla zainteresowanych zorganizowaniem wypadu nurkowego – weźcie pod uwagę, że w Pensjonacie, pomimo, że zorientowany na nurków, nie ma zestawu tlenowego (WCNUR dementuje informację, którą otrzymał Rudi na miejscu – zestaw jest w piwnicy), a lokalna sprężarka Gera nie jest super wydajna. Warto zabrać swoją do pomocy.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 2. (kubaCE) Dzielni kursanci przygotowują sprzęt.

Foto 3. (kubaCE) Briefing na powitanie.

Potem przenoszę się daaaaaaleko, daaaaleko stąd. Pod granicę niemiecką, gdzieś nawysokości Gorzowa Wielkopolskiego. Jezioro Lipie koło miejscowości Długie przed Dobiegniewem. Cholernie daleko dla mnie. Fajnie, że jest autostrada i mknie się zgrabnie (niestety, nie dość zgrabnie na odcinku Warszawa – Łódź, gdzie korki są codziennością). Jedziemy tam odkryć nowe potencjalnie nurkowisko dla Rudiego. Jedziemy. Jedziemy… Jedziemy i jedziemy. W końcu dojeżdżamy, jest już późny wieczór – jest jednak środek wakacji, dzień jest długi, słońce chowa się dopiero po dwudziestej drugiej. Ośrodek Wodnik. Nic specjalnego. Taki polski standard. Niedostatki w obsłudze, pokoje niby przyzwoite, ale zawsze coś gdzieś nie działa, nie domaga (prysznic), albo kuleje (smętnie zwisająca półka w łazience). Dostajemy pokój z dostawką. Dostawka ulokowana… w szufladzie od szafy… Kolega spał dosłownie w szufladzie. Ubaw mieliśmy po pachy. Następnego dnia odkrywamy jezioro i lokalną bazę nurkową. Jezioro z powierzchni robi miłe wrażenie. Malownicza miejscowość nad brzegiem, pozostała część linii brzegowej zajęta przez piękny las – nietrudno o skojarzenia z Łagowem. Ładnie, spokojnie, elegancko. Nie cicho, trwa lato, jesteśmy na „miejskiej” plaży. Rozkręca się już stanowisko letniego DJa, muzyka gra, a ja zaczynam czuć, że to nie mój klimat. Baza nurkowa zacna. Chłopaki goszczą nas elegancko, niczego nam nie brakuje. Ja mam zaplanowane zajęcia z OWD, więc znowu znikam pod wodą przy brzegu i nie mam możliwości zwiedzić jeziora. Brzeg mam piaszczysty, niby w porządku, niepokój jednak budzi ruch łodzi (w tym motorowych) w naszym pobliżu. Brak jasno wydzielonych stref ruchu dla łodzi i luzackie podejście sterników nie wpływa pozytywnie na nasz komfort nurkowania. Tym razem nie mam dużej ekipy kursantów, więc zajęcia kończę szybko. Drugi instruktor, Kuba, proponuje mi, bym w ramach rozrywki popłynął z kursantami AOWD na nocne. Będę miał okazję zobaczyć jezioro. Oczywiście się rzucam na tą okazję ponurkowania. Powstaje plan nurkowania po ósmej z zakończeniem przed dziesiątą w nocy – bo jakiś ważny mecz finału jakiegoś tam mundialu (totalnie nie śledziłem, jakieś lata wcześniej jeszcze coś tam od czasu do czasu pooglądałem, ale z czasem okrutnie mi to zbrzydło). Szkoda tylko, że jak się wynurzaliśmy to było jeszcze jasno. Używaliśmy latarek chyba bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Akwen niestety mnie nie oczarował. Nic specjalnego, wizura do tego słaba (ale to znów nie wina akwenu, ile kapryśnego lata), płynęliśmy do zatoki, gdzie miało być fajnie, wynudziliśmy się jednak okropnie. Musiałem się pilnować by nie zgubić automatu, bo tak mi się ziewać chciało. W końcu nie wytrzymałem i w drodze powrotnej zarządziłem wynurzenie. Nie chcę narzekać na to jezioro. Z pewnością lokalni nurkowie mają tu ubaw po pachy, jeżeli dopisuje wizura – ale z racji tego, że blisko mają do niemieckich kamieniołomów, chyba tak często nie goszczą nad jeziorem Lipie. Dla nurków z Polski centralnej to raczej strata czasu i pieniędzy. Już lepiej jechać do Łagowa, albo do Niemiec. Nurkowanie w jeziorze Lipie nie dostarcza żadnych nowych wrażeń dla znawców polskich jezior. Są w Polsce ciekawsze akweny i nie warto pchać się przez całą Polskę by poznawać uroki tego zbiornika.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 4 – 11. (kubaCE) Jezioro Lipie. Wesoła gromadka moich Owudziaków to ogromny plus tego wyjazdu.

Pomiędzy kolejnymi wyjazdami w nowe miałem okazję zajrzeć nad stare i znajome jezioro Piaseczno koło Łęcznej. Zrobiłem tam indywidualny kurs OWD (samo zakończenie). Na miejscu platformy, wszystko oporęczowane, jest co zwiedzać. Warunki wydają się idealne do przeprowadzenia kursu. Niestety, jezioro postanowiło zrobić nurkom psikusa i nażarło się sinic. Od siódmego metra w dół woda totalnie mętna. Gdzieś tam na dole poniżej nastego metra widoczność wraca. Jednak przejście przez warstwę zerowej widoczności to żadna przyjemność. W dodatku Przemo, naczelnik bazy Nureczno strasznie klął na pogodę – non stop oberwania chmur, zlewy i ulewy. To nie jest dobry rok dla tego jeziora, niestety.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Potwór z jeziora Piaseczno!

Po tym wypadzie przyszedł czas na moje osobiste AOWD na Zakrzówku. Nie będę się rozpisywać o walorach dobrze znanego wszystkim akwenu (już lepiej zrobił to mój dobry przyjaciel, mój współinsturktor Błażej – na stronie naszej grupy nurkowej Go Diving), choć nieco pozmieniał się pod wodą, a i ja miałem wreszcie okazję go sobie spokojnie pozwiedzać (dotąd wpadałem na Zakrzówek tylko w charakterze kursanta i niespecjalnie miałem okazję go porządnie zwiedzić). Doszły rury i samolot z „Koparek Jaworzno”, drewniany statek „Gruby” w końcu osiadł na dnie. Mieliśmy więc co zwiedzać ze współnurkami i wreszcie czułem, że akwen mam obcykany, aż napadła mnie myśl, że nie bardzo mam pomysł, co dalej w nim zwiedzać.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 13 – 17. (kubaCE) Zakrzówek, wycieczki i AOWD.

Właśnie na tym etapie kończyłem mój maraton nurkowy i udawałem się na rodzinny urlop myśląc o tym, jak przyjemnie będzie rzucić sprzęt nurkowy w kąt i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście stan ten nie trwał długo, już po tygodniu zacząłem kombinować, gdzie tu zanurkować. Jednak od początku urlopu lało często i gęsto. Na dobitkę dopadł mnie okrutny wirus, pognębił gorączką, kaszlem i paskudnym katarem. Moje plany, by dać nura w jeziorze Czorsztyńskim, poszły precz. Zaraz potem jednak przemieszczałem się ze swoim synem w region suwalski by tu spędzić kilka dni z moimi rodzicami. Sprzęt miałem w pogotowiu czując, że tym razem nur będzie nieunikniony. Nie tak daleko w końcu miałem do Hańczy, nie tak daleko miałem też do innego akwenu, który chodził mi po głowie. Lata temu mój guru napisał o niewielkim, uroczym jeziorze skrytym w lasach. O jeziorze krystalicznie czystym, nieskalanym cywilizacją. O boskich podwodnych łąkach, o bogactwie podwodnego życia, o niesamowitej wizurze.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 18 – 21. (kubaCE) „Fatalna” wizura w jeziorze Staw.

Jezioro Staw. Tyle razy sobie obiecywałem, że tu zanurkuję. Tyle razy bywałem gdzieś w tych okolicach, albo przejazdem, a jednak nie zajrzałem nad nie. W końcu rozpocząłem przygotowania. Odszukałem jezioro na mapie. Na mapie wygląda to już mniej romantycznie niż w opisach Rudiego. Jezioro jest praktycznie przedłużeniem jeziora Wigry, a dookoła mamy co najmniej dwie spore miejscowości – Płociczno – Tartak i Gawrych – Ruda. Moja wizja odkrywania dzikiego jeziora w środku lasu legła w gruzach – brutalna rzeczywistość. Nic to, z miejsca wypoczynku miałem do jeziora jakieś czterdzieści kilometrów. Zapakowałem sprzęt, mojego syna, siostrzenicę i mojego brata. Dzieciaki miały się doskonale ukąpać, a brat występował w roli opieki do dzieci. Ruszyliśmy. Pogoda nie zapowiadała się na rewelacyjną, gorzej – jak tylko dotarliśmy nad jezioro, zaczęło padać. Najpierw dotarliśmy w opisany punkt zejścia do wody prosto z drogi. Po jednej stronie gospodarstwo rybne, po drugiej stronie drogi jezioro. Zejście w samym szczycie jeziora z widokiem na jego strome, zalesione zbocza. Jezioro niezbyt duże, ale urokliwe. Cała linia brzegowa to strome zbocze, więc nad brzegiem nie straszą żadne zabudowania. Dookoła tylko las. Wygląda to naprawdę sympatycznie, niestety nasze miejsce nie zachęca do wejścia do wody. Gęsta rzęsa na wodzie i śmieci na brzegu. W dodatku ten deszcz. Wsiadamy do auta i ruszamy na objazd jeziora. W ten sposób próbujemy przeczekać deszcz. Najpierw zwiedzamy wschodni brzeg. Kilka gospodarstw i gęsty las. Nie wykryłem żadnego ogólnodostępnego zejścia do wody. Objeżdżamy jezioro i wracamy do miejscowości, badamy lokalne uliczki idące w stronę jeziora. Jedna z nich prowadzi nad brzeg skarpy, dalej wąska ścieżynka schodzi ostro w dół i niknie między drzewami. Zostawiam auto i idę na zwiad. Dochodzę do lokalnej dzikiej „plaży”. Uwielbiam takie miejsca. Brzeg skryty w cieniu drzew. Las jednak niezbyt gęsty, nie z tych mokrych i zarośniętych. Woda… Szok. Kryształ. Przecież świeżo padało! A tu widać pod wodą wszystko. W dodatku to dno. Sam piaseczek i drobne kamyki. Łagodnie opadające dno, przy brzegu płytko. Dla dzieciaków miejsce idealne. Zakładamy obóz a ja lecę po sprzęt. Ubieram się prędko i wskakuję do wody. Jest dopiero co po deszczu a wizura jak w lepsze dni na jeziorze Narty, albo w przeciętne dni w kamieniołomach typu Piechcina czy Zakrzówka. Pamiętam opis Rudiego, który tłumaczy niesamowitą klarowność wody obecnością licznych podwodnych źródeł zasilania jeziora. Schodzę na chwilę głębiej, płynę w pojedynczej piance bez rękawic więc od razu wyczuwam granicę termokliny na pięciu metrach. Docieram na osiem metrów. Jedynymi oznakami tej „znacznej” głębokości jest chłód wody i ubogość szaty roślinnej. Nie ma jednak żadnej ciemności, ani krajobrazu księżycowego. Wracam nad termoklinę i zwiedzam okolice. Oczom nie wierzę. Trawy, rdestnice takie i owakie, moczarki, inne piękne podwodne rośliny, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Gąbka słodkowodna do tego. Po dłuższej chwili wpadam na pomysł by jednak trzymać się bliżej brzegu, samych płycizn, bo właśnie tam jest najciekawiej – szczupaczki, szczupaki i szczupaczydła. Powalone drzewa, konary i inne dekoracje podwodne skryte w cieniu drzew zwisających nad wodą. Ach, ten kolor wody! Coś cudownego! Przełączam kamerę GoPro na wyższą rozdzielczość i filmuję jak wariat. Wynurzam się po półgodzinie i dopytuję pozostałych, czy już mają dosyć i mam kończyć. Nie, im też się tu podoba. Znikam dalej, idę w drugą stronę. Całe jezioro tętni życiem i zachęca do zwiedzania. Gdzieś tam, w stronę jeziora Wigry, rozciągają się całe łąki gąbek słodkowodnych, o których pisał Rudi. Ja spotykam ich niewielkie skupiska, ale widok robi wrażenie. Do tego bardzo przystojny król Szczupak Wielki. Nieśmiały. Nie daje sobie zrobić porządnego zdjęcia. Nie to co zielonkowskie szczupaczydła z parciem na szkło. Wychodzę z wody z żalem i już planuję, kiedy tu wrócę. Siadam do planów, we wrześniu chcę tu wrócić z większą grupą.

Potem jeszcze powtórka Zakrzówka – kolejny kurs AOWD. Zaczynam się czuć na Zakrzówku jak w domu. Fajne to miejsce, dobre do prowadzenia kursów. Z ogromną przyjemnością nurkuje się tutaj w tygodniu. Wiaty wolne, butle ładuje się w kilka minut, jest gdzie stanąć autem tuż przy wiacie. Brakuje Pana Kiełbaski, ale ja za nim i jego kuchnią nie tęsknię. Wyjazd sobie bardzo chwalę, doskonałych kursantów mam, bawimy się w wodzie doskonale, do tego pysznie się obżeramy w Karczmie Rzym. Wracam wypoczęty i zrelaksowany. Zrzucam logi z komputera nurkowego na komputer stacjonarny. Dive Manager pokazuje mi, że załadowałem w sumie ponad 50 nurkowań. W sumie wykonałem w tym roku więcej zanurzeń niż przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, część logów będę musiał zsumować – siedzenie w wodzie przez cały dzień potraktuję jako jedno nurkowanie… 🙂

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 22 – 26. (kubaCE) I znowu Zakrzówek!

Co w najbliższym czasie chciałbym tutaj wrzucić? Mam już kilka przemyśleń o sprzęcie, na którym nurkuję. Mam sprecyzowane wizje dalszego rozwoju (nie tylko jako instruktor, ale także jako nurek). Wciąż nie zrealizowałem marzeń i planów na temat oświetlenia do video. Sprzętowo ostatnio niespecjalnie się rozwinąłem. Najważniejszym zakupem był zakup suchego skafandra na początku tego sezonu nurkowego i potem praktycznie nic. Poczyniłem za to pierwsze zakupy w imieniu moich kursantów i znajomych. Postaram się wkrótce naskrobać kilka słów na ten temat jak i na temat mojego wyboru suchego skafandra.

Od zera do „Owsika”

Skłamałbym, gdybym powiedział, że pamiętam to jakby to było dziś. Jednak dość dobrze umiem umiejscowić to wspomnienie w czasie. Był dziewiętnasty maja dwutysięcznego trzeciego roku. Miałem dwadzieścia trzy lata i właśnie wracałem z weekendu spędzonego nad jeziorem Narty. Byłem szczęśliwy jak nigdy, właśnie wracałem jako świeżo upieczony nurek OWD. Podróżowały ze mną jeszcze dwie nowo certyfikowane nurczynki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, co dalej. Pamiętam, że już wtedy padło to słynne „pewnego dnia będę instruktorem nurkowania”. Jedna z koleżanek też złożyła taką obietnicę. Nie pamiętam już ich imion, nasze drogi się rozeszły. Siedzę przed komputerem, z lewej leży mój certyfikat OWD. W kuchni, na lodówce wisi dyplom potwierdzający, że trzynastego kwietnia tego roku pomyślnie zdałem wszystkie egzaminy kończące kurs IDC (Instructor Development Course) i potwierdzające, że od teraz mogę uczyć innych jak nurkować. Wciąż przed oczami mam ten moment, kiedy włoski egzaminator, bardzo sympatyczny (co zaskakujące – świetnie mówiący po angielsku, co zabawne – okrutnie przypominający mi nieśmiałego właściciela sklepu z komiksami w serialu „Big Bang Theory”) Marco ściska moją rękę i mówi „Congratulations, Open Water Scuba Instructor”. Najważniejsze słowa dla mnie. Kończące pewien etap w życiu, zamykające długą drogę od marzenia do realizacji, otwierający nową, zapewne równie trudną część życia przede mną. W końcu wymyśliłem sobie, że z tego bycia OWSIkiem da się utrzymać. Może wtedy, w dwutysięcznym trzecim było to dość oczywiste, teraz – coś jakby mniej. Instruktorów jest jak psów, pieniądze nie leją się z nieba, hasło „kryzys” wciąż ochoczo hula sobie po rynku, choć już chyba co najmniej rok temu oficjalnie odwołano tą imprezę. Czemu ja więc jak osioł uparcie dążyłem do swojego celu, wydając okrutnie nieprzyzwoite kwoty pieniędzy na ten temat, skreślając poważną liczbę cyferek ze swojej prywatnej świnki skarbonki, która miała mi zapewnić dostatnie życie emeryta? Bo człowiek żyje po to by realizować swoje marzenia. Jednym z moich marzeń było zostanie instruktorem nurkowania. Właśnie przy nim teraz mogę postawić „fistaszka” – właśnie to odfajkowałem. Wiecie, jak fajne jest to uczucie? Jest taka dość banalna i patetyczna fraza umieszczona na początku podręcznika instruktora PADI „To, co dostajemy pozwala nam żyć, ale to, co dajemy nadaje życiu sens”. Tak powiedział/ napisał imć Winston Churchill. Niegłupie nawet i właśnie ja teraz czuję, że życie ma sens. Czy zmieni to mój stosunek do tego bloga, czy wpłynie to jakoś na bloga? Niespecjalnie, wcale nie uważam, że ów dyplom spowodował nagle, że już wiem wszystko o nurkowaniu, nurkuję świetnie i mogę teraz wszystkim mówić jak mają nurkować. Wciąż się uczę, wciąż będę się uczył, poprawiał swoje techniki, trenował, kupował, wymieniał sprzęt i tak dalej, i tak dalej. Tyle jeszcze jest rzeczy do poznania, zobaczenia i opisania. Z pewnością nie zabraknie mi tematów do opisywania. 10175905_842489205768486_2029824555_o

Kurs i egzamin kończący to była dla mnie prawdziwa droga przez mękę. Dawno nie musiałem zdawać egzaminów, a nie jestem fanem takich wrażeń. Stresu było dużo. Generalnie do testów z wiedzy przygotować się jest łatwo (ale ja nigdy dobrym uczniem nie byłem, ciężko mi idzie „siadanie do książek” i długo nad nimi nie wytrzymuję), ja jednak pietra miałem przed wszystkimi częściami praktycznymi egzaminu, gdzie nawet najlepsze przygotowanie nie zapewnia stu procent pewności przejścia. Łatwo jest pomylić jakąś sekwencję ćwiczenia, z nerwów zapomnieć o jakimś elemencie demonstracji. Sporo potu i nerwów mnie kosztowały części praktyczne. Piotrek Kędzia dawał z siebie wszystko w trakcie dwóch tygodni nauki, przygotował nas dobrze do egzaminu, spędzając z nami całe dni od rana do… kolejnego rana czasami. Wracaliśmy z basenów o trzeciej, o czwartej nad ranem. Wypluci, wypruci, wymęczeni. Jechaliśmy potem na kolejne zajęcia, z niesłabnącym entuzjazmem i energią. Zdawaliśmy kolejne testy sprawdzające nasze przygotowanie do egzaminu. To były najbardziej intensywne dwa tygodnie nauki, jakie przeżyłem w swoim życiu. W piątek przed egzaminami ruszyliśmy na Kraków. Do hotelu dotarliśmy koło północy by zameldować się o 7:30 w sobotę na rozpoczęciu egzaminów. Już i tak byłem totalnie wybity z normalnego rytmu spania, niespecjalnie mi przeszkadzało to, że realnie przespałem wtedy może z pięć godzin. Adrenalina buzowała od samego rana. Pamiętam, że jak już kończyłem sobotnie zajęcia wiedząc, że wszystko poszło dobrze, wiedziałem, że niedzielne zajęcia na wodach otwartych to już formalność, że już jestem jedną nogą instruktorem. Bezczelne to było przeczucie, jednak tak właśnie się czułem – skoro wykłady i baseny ogarnąłem, na wodach otwartych będę się musiał mocno postarać by to spartolić. Sobotnia noc była pierwszą kiedy porządnie się wyspałem. W niedzielę miałem wylosowane dwa dość złożone ćwiczenia do poprowadzenia – CESA przy linie i oddychanie z octopusa. Oba jednak już miałem mocno przetrenowane, układ znałem, plan poprowadzenia miałem w głowie. Poszło tak szybko, że się nie zorientowałem nawet jak już wracałem do brzegu. Tutaj tylko szybka prezentacja podejmowania nieprzytomnego nurka z powierzchni, rozebranie go ze sprzętu i doholowanie do brzegu z prowadzeniem sztucznego oddychania i już wyłaziłem z wody by robić odprawę końcową. Kilkanaście minut później już wręczano dyplomy, gratulacje, zdjęcia, uśmiechy i ten niesamowity moment, kiedy cały stres z człowieka schodzi. Kiedy dociera do ciebie pierwszy raz ta myśl: zdałeś, jesteś już instruktorem nurkowania.

10006195_10201800611357935_2107985383307111448_n

Zakrzówek

Tytułem przypomnienia o sobie, w ramach udowodnienia, że nie zdechłem, ani się nie znudziłem blogowaniem, postanowiłem skrobnąć kilka słów na temat Zakrzówka. W planach mam by na Nurkologa wrzucić dużą ilość opisów polskich zbiorników „nurkowalnych”. Zacznę od tych, które ja znam, potem chciałbym pozbierać najciekawsze opisy innych zbiorników, które mam nadzieję sam odwiedzić. A po wizycie postaram się szybko dać swój opis danego nurkowiska. Zaczniemy od Zakrzówka.

Zazdroszczę Krakałerom takiego zbiornika pod nosem. Zakrzówek dostali po prostu w prezencie i umieli ten prezent wykorzystać w sposób znakomity. Zazdraszam im tego okrutnie. Stołeczni nurkowie są na kompletnie straconej pozycji. Gdzieś czytałem o jakimś sztucznym zbiorniku, jakichś zalanych silosach, ale podobno temat umarł, bo było za mało zainteresowanych. Są też różne glinianki eksplorowane przez ambitną Grupę Eksplorującą Podwarszawskie Nurkowiska. Kibicuję chłopakom, ale jak dotąd brak spektakularnych sukcesów. Głównie jakieś błotka z minimalną widocznością i wielkością kilku wanien. Jest jakaś tajemnicza zalana elektrownia, ale warunki też tam raczej dla doświadczonych i odważnych nurków. A nasi drodzy podwawelscy bracia mają akwen pełną gębą i to niemal w samym centrum miasta. Nic tylko wrzucić sprzęt do autobusu miejskiej komunikacji i prosto z jego drzwi wskoczyć do wody. Zaraz po pracy zrelaksować się szybkim nurem, wyciągnąć tylko butlę, sprzęt i hop do wody. Czegoś brakuje, albo trzeba dobić butlę? Nie ma problemu, lokalna baza jest „wszystko mająca”. Sprężanie w try miga, sprzętu nie brakuje. Do tego porządne wiaty dla grup nurkowych, parking. Na paskudne tojtojki i smutnego pana od gastronomii (co najgorsze, ustawionego świetnie, bo nie ma tam żadnej konkurencji dla jego średniutkich i wyśrubowanych cenowo usług) spuśćmy zasłonę niepamięci. Te detale nie psują obrazu całości czyli okoliczności przyrody. Nie dość, że Krakusy mają swój pełnowartościowy, głęboki akwen, to jeszcze tak malowniczy, że szczęka opada. Zakrzówek poznałem we wrześniu, więc już paleta barw jesienna – to powinien opisać poeta. Piękne skałki tworzą pionową ścianę strzelającą wysoko w górę ponad taflę wody. A na jej szczycie las. Wszystko tak schowane w niecce, że miasta ani widać, ani słychać. Zupełnie jakby człowiek został teleportowany gdzieś w kompletną głuszę. Kolejny powód do zazdrości. Urzeczony tymi widokami uzbraja się człowiek w sprzęt, zarzuca butlę i wskakuje do wody. A raczej maszeruje, bo na nurkowanie można wmaszerować dwoma wygodnymi, łagodnie opadającymi ścieżkami. A dokładniej drogami. Warto poczytać o Zakrzówku w Internecie. Ja tylko wspomnę, że jest to zalany kamieniołom, więc pod wodą dość szybko zauważamy pierwsze ślady działalności ludzkiej ręki przy kształtowaniu ścian zbiornika. Przejrzystość wody potrafi zaskoczyć tych, którzy lubią tylko ciepłe morza. Potwierdzam to, bo na Zakrzówek udałem się niemal prosto z włoskich nurkowisk. Porównanie miałem idealne i Zakrzówek nie ma się czego wstydzić. Oczywiście, nurkowie potrafią zabełtać wodą, a akwen należy do bardzo popularnych, zatem na pewno jest wiele dni, kiedy przejrzystość nie oszałamia. Jest to jednak głównie zasługa machających płetwami. Tam chyba nie ma dnia wolnego od obecności nurków, a tym bardziej takiego, żeby nie trwał tam jakiś kurs. W weekend, w który ja tam zdobywałem stopień AOWD, wokoło toczyło się kilkanaście kursów. Wszystkie wiaty zajęte były przez różne grupy nurkowe, kilka kursów OWD, co najmniej trzy kursy Rescue, ciekawe ile jeszcze innych nie zauważyłem. A ilu wtedy nurkowało tylko rekreacyjnie? Trudno powiedzieć. Parking był zapełniony samochodami, nie było pustego miejsca. Nie myślcie tylko sobie, że wpłynęło to na komfort nurkowania. Można podejrzewać, że woda Zakrzówka powinna przypominać wodę gazowaną zaraz po otwarciu butelki, albo jacuzzi większych rozmiarów. Nic podobnego, Zakrzówek jest na tyle duży, że grupy się rozpraszają. Do tego jest cała masa atrakcji dla kursantów – tory przeszkód dla trenujących pływalność, lustra, platformy do ćwiczeń. Do tego jeszcze masa złomu zatopionego dla podniesienia atrakcyjności. Akurat moim skromnym zdaniem większość tych bajerów jest zupełnie zbędna. Akwen broni się sam w zupełności swoją naturalną urodą. Uważam, że niepotrzebnie usiłuje się go uatrakcyjniać. Jakieś radiowozy, nyski, komputery – po co to komu? Człowiek ma wrażenie, że zamienił się miejscami z rybami w akwarium i że go wsadzono do jakiejś sztucznej szklanej kostki z plastikowymi skrzyniami ze skarbami, statkiem piratów i przyklejonym zdjęciem roślinek wodnych. Jest tam jednak kilka wyjątków, które robią wrażenie. Stary Ikarus zatopiony na 18 metrach i korpus samolotu na 12 metrach. Bledną jednak w moich oczach wobec genialnych ścianek i „Bajkowego Lasu”. Dużą atrakcją są też ryby. Absolutnie przyzwyczajone do widoku nurków, nie czmychają tak szybko jak ich kuzynki z innych zbiorników. Radosny to widok, jak całe zgraje tych cwaniaków siedzą w cieniu platformy, człowiek zagląda tam do nich i ma wrażenie, jakby ich spojrzenia wyraźnie mówiły: „A pan do kogo? Czy był pan umówiony?”. Amatorzy głębokich zanurzeń znajdą miejsca rzędu 30 metrów. Widoki tam też bajkowe. Słyszałem dużo o zalegającym tam siarkowodorze, który pogarsza widoczność. No to nie w tym miejscu, w którym ja siedziałem, czyli na 27 metrach za Bajkowym Lasem. Tam ten bełt wziął i się schował a wizury nie można było krytykować, no do momentu aż nie trzepnęło się o dno i wtedy wiadomo co…

Uznaję więc Zakrzówek za bardzo fajne miejsce. To niesprawiedliwość dziejowa, że oni tam mają taki fajny zbiornik a my tu kompletnie nic. Jedynie nie zazdraszczam im tłumów, które pewnie dość regularnie muszą się tam tłoczyć w letnie dni. Ja tam chętnie jeszcze wpadnę, ale będę celował w mniej popularne daty.

Zakrzówek

Zakrzówek = AOWD

Z Zakrzówka wróciłem pełen podejrzeń. Miałem wrażenie, że odbyło się coś tylko a-la kurs, coś po łepkach, coś nie do końca odpowiedniego do rangi, którą uzyskałem. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że zdobycie AOWD to wcale nie jest żaden egzamin czy test. To są po prostu nurkowania, podczas których wykonałem kilka ćwiczeń lepiej bądź gorzej, ale to tyle. Można by się spierać, czy tak się powinno odbywać podnoszenie kwalifikacji nurka.

Sprawa ma kilka aspektów. Fundamentalne jest to, czy różnica pomiędzy 18 metrami dozwolonymi dla OWD, a 30 metrami dostępnymi dla AOWD jest tak znaczna? Zdecydowanie jest, co podkreślane jest w trakcie zajęć. Na 30 metrach jest zdecydowanie chłodniej, ciemniej (zależy od miejsca, ale można przyjąć, że generalnie jaśniej to tam nie ma). Przede wszystkim trzeba pamiętać, że z tej głębokości wyskok na powierzchnię jest już poważnym wypadkiem, który może być bardzo niebezpieczny dla nurka. Różnica ciśnień robi swoje. Czyli kontrolowanie pływalności i panowanie nad sprzętem, a także nad sobą samym to podstawa. Tu nie ma pola na podstawowe błędy. To jest jasne dla wszystkich. No to dla mnie największa zagadka, czemu do AOWD są dopuszczani ludzie świeżo po kursie OWD, bez żadnego bagażu, lub z minimalnym bagażem oddanych nurków rekreacyjnych, w czasie których mogli potrenować swoje umiejętności i po prostu się opływać? Praktycznie za jednym zamachem podnosili swoje kwalifikacje do poziomu AOWD, dzięki czemu kolejnego dnia mogli już samodzielnie (w parach) schodzić na 30 metrów. Usiadłem po powrocie i zacząłem studiować różne strony dotyczące szkolenia w systemie PADI i potwierdziłem swoje przypuszczenia. Nigdzie nikt nie broni przystąpić do kursu AOWD świeżo upieczonym kursantom OWD. Ba, nawet się zachęca by przystąpić do kolejnego stopnia niezwłocznie, żeby poczuć pełną moc wrażeń związaną z podniesieniem swoich umiejętności. Zapewne ktoś zechce podyskutować ze mną na ten temat, ale mi się ten pomysł nie podoba. Ja bym wolał jednak by AOWD było jednak kursem. Kursem, który potwierdzi umiejętności uczestników i dopiero na koniec, pozwoli im zejść na 30 metrów i potwierdzi, że nadają się do tego by siedzieć na takiej głębokości. Z czystym sumieniem można byłoby wielu osobom powiedzieć „nie, stary, ty jeszcze poczekasz na to, by zdobyć AOWD. Popływaj, ogarnij się ze sprzętem, naucz się nie walczyć z nim, popracuj nad pływalnością, oducz się machać łapkami cały czas. Wtedy wróć, podejdziemy raz jeszcze do tematu.” Przy czym wcale nie domagam się by AOWD wymagało zalogowania wcześniej jakiejś konkretnej liczby nurkowań. To się przyda na pewno, ale nie jest warunkiem koniecznym. Grunt, żeby pierwsze nurkowania na kursie AOWD były sprawdzeniem umiejętności kursantów i potwierdzeniem, że mogą iść głębiej, dalej, w trudniejsze.

Podręcznik PADI mówi, że AOWD to nurkowania z przygodą. Oddałem więc pięć nurkowań z przygodą: powtórzenie kontroli pływalności, nawigacyjne, nocne, głębokie i wrakowe. I uzyskałem tym samym kolejny stopień. A ja tyle lat zwlekałem, mając wrażenie, że to na serio poważne wyzwanie. Odnosiłem wrażenie, że to już nie przelewki. Traktowałem to jeszcze poważniej niż w ogóle przystąpienie do kursu nurkowania. Chyba nikt tak długo nie siedział na poziomie OWD jak ja. Dziewięć lat minęło od kursu OWD, zdołałem zrobić w tym czasie dwadzieścia sześć nurkowań. Na początku nurkowałem dosłownie raz do roku, potem się mogłem trochę rozpędzić i poczułem mocny wiatr w żagle. Wszyscy moi współkursanci byli zwykle świeżo po kursie OWD, cztery – osiem nurkowań zalogowanych. Niektórzy z pływalnością mieli poważne problemy, to ich ciągnęło w dół, to wystrzeliwało na powierzchnię, niektórzy machali łapkami pod wodą jakby próbowali fruwać. A instruktor spokojnie wyznaczał kolejne zadania i cele. Zejść pod wodę, nawigować po kwadracie. Raz wyszło „S”, drugi raz jego odwrotność, ale jakoś szło. Nikt nie kazał wszystkiego po pięć razy powtarzać. Głównie dostawaliśmy brawa. Wróciłem do domu, studiowałem materiały i różne strony. Dowiedziałem się, jak już o tym pisałem, że to tak naprawdę tylko pięć nurkowań z przygodą. Podchodząc do AOWD jestem już nurkiem z uprawnieniami, teraz je tylko potwierdzam, nikt nie wisi nade mną i w razie czego wyciąga z wody, albo przejmuje za mnie kontrolę nad sprzętem. Zrobię kilka ćwiczeń i już frunie koperta do centrali PADI ze zgłoszeniem, że należy mi się certyfikat AOWD. No fajnie, ale jakieś wrażenie pozostaje, że to nie do końca tak powinno być. Ja rzeczywiście już nieźle radzę sobie pod wodą, nie próbuję walczyć z wodą jako żywiołem, nie zużywam tony energii i powietrza by ułożyć się odpowiednio, albo wykonać prosty manewr. Niemniej jednak zdarza mi się jeszcze trzepnąć o dno. Na trzydziestu metrach trzeba lekko osiąść by zrobić kilka ćwiczeń sprawdzających, czy azot nie zaczyna nam mącić w głowach. Na Zakrzówku ciężko jest znaleźć takie miejsce by dało się wygodnie usiąść na dnie. A tam zalega masa syfu, który za jednym dotknięciem unosi się i powoduje spadek widoczności do kilku centymetrów. Jak usiedliśmy na dnie, nie widziałem dalej jak na dziesięć centymetrów. Kula światła dostarczana przez potężną lampę instruktora znikała mi z pola widzenia pomimo, że była ode mnie oddalona z dwadzieścia centymetrów. Musiałem się trzymać pozostałej dwójki by się nie zgubić. Mam wrażenie, że to nurkowanie niczego mnie nie nauczyło, oprócz tego, że utwierdziło mnie w przekonaniu, że regularne nurkowanie w Polsce wymaga suchego skafandra. Chyba to jest główny cel tego nurkowania. Chłód na tej głębokości właził każdym szwem pianki, choć to solidna 7mm pianka z ocieplaczem, więc na korpusiku mam prawie 14mm warstwy ochronnej. Wylazłem z wody z mocnym postanowieniem, że trzeba przesegregować listę zakupów i suchy skafander przesunąć na wyższą pozycję.

Co my tam jeszcze mieliśmy ciekawego? Nurkowanie nocne, nurkowanie „wrakowe” (na Zakrzówku wrakiem okazał się być stary dobry Ikarus pewnie z lokalnej Komunikacji Miejskiej, ale mieli tam jeszcze taki fajny samolot – sam korpus, ale fajnie wyglądał). Z tych trzech: głębokie, nocne i wrakowe – dla mnie najfajniejszy nurek to nocny. Może to zasługa Zakrzówka, ale strasznie mi się podobało zwiedzanie ścianki w nocy. To prawda co mówią o nocnych, człowiek skupia wzrok na tym, co pokazuje światło latarki, nie biegają mu oczy dookoła głowy. Wyłapujemy łatwiej drobne szczegóły, latarka wszystko ukazuje w innym kształcie, nadaje całości niesamowite  kształty, wzory. Jest tajemniczo do kwadratu, a przecież ja to właśnie lubię w nurkowaniu. Dlatego tak lubię nurkować w polskich wodach. Do tego te ryby, które idą właśnie spać. Niektóre są już tak śpiące, że można je schwycić delikatnie i przemieścić. W nocy wychodzą na żer inne ryby, których za dnia nie spotkacie w otwartej toni.  Potem nurkowanie wrakowe ? zadanie polega na wykonaniu rysunków wraku z różnych stron. Opadliśmy więc na ikarusa z różnych stron, zjeżdżając doń na poręczówce. Próbowaliśmy nie dygotać z zimna i w miarę sprawnie orysować zadany odcinek, modląc się tylko, by szybko dano sygnał do płynięcia dalej, płycej, do cieplejszej wody. Suchy skafander po raz drugi się przypomina – kup mnie! Nurkowanie głębokie już opisałem, nie było ekscytujące. Człowiek nie ma czasu się zastanawiać, że ma nad sobą trzydzieści metrów wody. Dygoce z zimna, siada na dnie, wzbudza osad, zmienia więc pozycję, tym razem wznieca trochę mniej osadu. Wykonuje zadanie matematyczne, żeby sprawdzić, jak mu idzie myślenie w tych warunkach. Ja bym jeszcze chętnie sprawdził, jak to zadanie wykonuje się w ciepłym sucharze. Efektów narkozy azotowej nie poczułem ani ja, ani drugi kursant. Z radością wypłynęliśmy. Pozostało jedynie mgliste wspomnienie magicznego podwodnego lasu, przez który się przepływa do jednej z najgłębszych dziur na Zakrzówku.

Tym chaotycznym sposobem opisuję wam wrażenia z tego wypadu. Długo zbierałem się do dokończenia tekstu, bo wciąż nie wiedziałem jak opisać moje wrażenia. Z jednej strony ogromnie się cieszę, że zdobyłem kolejny stopień i dalej mam mocne postanowienie zdobywania kolejnych stopni, łącznie ze ścieżką profesjonalną ? instruktorską. Z drugiej strony uważam, że jeszcze sporo PADI może zdziałać w temacie metody uzyskiwania certyfikatu AOWD.  Ja osobiście nie czuję się usatysfakcjonowany sposobem uzyskania tego poziomu uprawnień. Chyba w kilku wschodnich krajach odbywają się egzaminy na prawo jazdy w taki sposób, że człowiek wsiada do auta i ma przejechać kilkadziesiąt metrów prostej i pustej drogi. I to tyle. W ten sposób decyduje się o bezpieczeństwie uczestników ruchu drogowego. To porównanie świetnie tu pasuje, właśnie w ten sposób zdobyłem uprawnienie do schodzenia na 30 metrów, że przepłynąłem się kawałek tu i tam. To nie był żaden wyczyn, żadne sprawdzenie się. Może o to chodzi włodarzom PADI? To uczucie niedosytu okropnie pobudza do kolejnych kroków i zdobywania kolejnych stopni. Na przyszły rok plan jest więc taki, że robię co najmniej Rescue Diver, a może i zacznę podchody pod Divemastera. Divemaster już wymaga odpowiedniego pakietu doświadczenia.