Co z wrakami Bałtyku?

Bałtycka turystyka wrakowa się zwija. Dlaczego nie ma czym pływać na wraki?

Jeżeli chcesz posłuchać artykułu w formie audio, kliknij poniższy player.

Polska linia brzegowa Bałtyku ma około pięćset dwadzieścia kilometrów długości. Dostęp do Bałtyku mają takie większe miejscowości i miasta idąc od zachodu jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Jastarnia, Hel, Puck i Trójmiasto. Wraków jest od groma. Na mapie serwisu „wrakibaltyku.pl” mamy informacje o stu dwudziestu sześciu wrakach. W tym są wraki, do których trzeba dopłynąć na albo za Bornholm, albo odwiedzić wybrzeża Litwy i Łotwy. W tym są też wraki ogólnie wyłączone z nurkowań „turystycznych”. Niech więc odpadnie z tej listy, dajmy na to, pięćdziesiąt procent, dalej mamy ponad sześćdziesiąt wraków dostępnych dla nurków.

Jakie są te nasze wraki? Przede wszystkim ciekawe historycznie – jak wraki statków biorących udział w II Wojnie Światowej, w operacji Hannibal (zakrojona na szeroką skalę ewakuacja ludności niemieckiej z terenów okupowanych drogą morską), wraki z początków XIX wieku, wraki drewniane z czasów XVIII wieku i starsze – wraki świetnie zachowane, bo Bałtyk dobrze konserwuje drzewo. Niestety, Bałtyk nie jest najlepszym miejscem do rozwoju i utrzymania życia. Niskie zasolenie, natlenienie nie pomagają rozwojowi fauny i flory. Jednak w tym kryje się dla nas jedno zwycięstwo. W Bałtyku długo nie było a teraz wciąż nie występuje w znaczących ilościach świdrak okrętowy, który żywi się drewnem. Wraki dzięki temu wyglądają jak nietknięte przez czas. Fascynują bogactwem szczegółów.

Samo nurkowanie wrakowe w Bałtyku jest na pewno bardziej wymagającym wyczynem niż nurkowania wrakowe w takim Egipcie chociażby, ale dalej jest to fantastyczne doświadczenie. Nurkujemy w suchych skafandrach najczęściej, przejrzystość wody daleka jest od tej spotykanej w ciepłych morzach, ale warunki bywają naprawdę zaskakująco dobre (co ma niestety swoje złe strony dla przyrody i wraków). Zdarzało już mi się wielokrotnie nurkować na wrakach bałtyckich w okresie letnim i nie czuć zjawiska termokliny – woda była ciepła do samego dna. Przejrzystość wody – zwłaszcza na otwartym morzu (czyli poza Zatoką Pucką) potrafi zaskakiwać. Generalnie, warunki do nurkowania na morzu otwartym są zdecydowanie lepsze od tych, które zastaję na wrakach zatoki, gdzie występuje spore zamulenie, które pogarsza widoczność zwłaszcza w warunkach często zmieniających się prądów. Powiedziałbym więc, że nurkowanie wrakowe na Bałtyku to rewelacyjna propozycja dla ludzi już średnio zaawansowanych. Obyci z pływalnością, mający uprawnienia do 30m, nurkujący w suchym skafandrze – a tych przecież w Polsce nie brakuje.

Trudno więc zrozumieć, dlaczego oferta wrakowej turystyki bałtyckiej w Polsce jest obecnie tak biedna. Jeżeli popatrzymy na polską linię brzegową Bałtyku i podzielimy wybrzeże na wschód i zachód, a naszą granicą będzie Ustka, to okaże się, że na wraki pływa się tylko na wschód od Ustki. Tak naprawdę pierwszą miejscowością z ofertą dla nurków jest Łeba. Potem mamy półwysep helski z kilkoma łódkami i Trójmiasto. I to koniec. Na zachód obecnie nie ma ani jednej łódki. Ani jednej. Nic.

Niedawno w ramach Nurkowego Festiwalu Mocy, który organizuję cyklicznie w zimie, prowadziłem panel dyskusyjny właśnie na ten temat. Osoby pływające na wraki wspominały takie łódki jak Nitrox z Darłowa, Saracena z Kołobrzegu. Tych łódek już nie ma. Nie pływa też bardzo aktywny w swym czasie Litoral z Trójmiasta, na nurkowe wyprawy nie zabierzemy się już też legendarnym Lubeckim z Kołobrzegu.

Gdzie leży problem? Zapytałem kilku znajomych nurków o ten wątek. Według Tomka Stachury z Santi Diving Polska (który prywatnie jest też właścicielem łódki, którą regularnie pływa na wraki) za problemem stoją trzy rzeczy: kasa, kasa i kasa. Niestety, prawda jest taka, że zbliżyliśmy się bardzo do cen, które oferują inne kraje mające dostęp do Bałtyku. Do tego duża część operatorów takich łódek często jest wynajmowana do prac „off-shore’owych”, które się im zwyczajnie dużo bardziej opłacają. Tutaj jest firma zlecająca, płacąca za każdy dzień konkretne, duże pieniądze. Jeżeli z powodu warunków jakiś dzień wypada, zlecający płaci postojowe, a projekt i tak musi być wykonany, więc często jest to przesuwane na inny dzień. Z nurkami już jest inaczej – wypłynięcia są tylko w weekendy, to są tylko dwa dni w tygodniu. Każdy wie, jak z pogodą bywa. Wypłynięcia nie dochodzą do skutku, kasy nie ma. Nikt nie płaci za takie wypłynięcie, które nie doszło do skutku. Terminu alternatywnego nie ma. Jak zaproponujesz inny termin nurkom to temu nie pasuje, tamten nie może na dwa dni i tak dalej.

To był jeden z powodów, dla których Tomek zdecydował się na własną łódkę – dostępność łódek dla nurków, rosnące koszty wypłynięć.

Przy okazji Baltictechu zapytałem o to Krzysztofa Wnorowskiego z Centrum Nurkowego Tryton, organizatora wypraw na wraki  – odpowiedział podobnie, że to są złe czasy dla turystyki wrakowej. Mnóstwo inwestycji na Bałtyku, w które angażują się łódki wożące nurków – wiadomo, dla łódek to lepsza i bezpieczniejsza forma zarobku, a w naszym przypadku dużą niewiadomą jest chimeryczna pogoda na Bałtyku.

Przyjrzyjmy się więc cenom wypłynięć i ich zmianom na przestrzeni ostatnich kilku lat. Moje wyliczenia opieram o ofertę kilku operatorów łódek, którzy oferują lub oferowali wypłynięcia małymi jednostkami na jedno nurkowanie lub większymi – na cały dzień. Przeliczyłem zebrane oferty na jedno nurkowanie, uśredniłem je i tak przyjąć można, że w 2020 roku płaciliśmy za jedno wypłynięcie około 124zł. W 2021 roku cena wzrosła do prawie 140zł, kolejną podwyżkę mieliśmy w 2022 roku, duży skok, bo do poziomu 172zł. Jednak w tym samym roku ceny na moment spadły do poziomu 150zł, ale już w 2023 roku osiągnęliśmy pułap 180zł by w 2024 przekroczyć granicę 200zł.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do cen europejskich? Jak to w ogóle wygląda w innych krajach nadbałtyckich?

Marcin Dobrucki (instruktor nurkowania, serwisant sprzętu nurkowego, specjalista od świateł nurkowych) mieszka w Finlandii od dawna. Opowiada, że w Finlandii nurkowanie nie jest tak skomercjalizowane. Opiera się przede wszystkim na działalności klubów nurkowych, które organizują wyjazdy. Ceny kursów i nurkowań mają głównie pokrywać koszty działalności klubów. Są oczywiście komercyjni operatorzy, ale stanowią zdecydowaną mniejszość na lokalnym rynku. Pojedyncze wypłynięcie na bliskie wraki może kosztować około 30 Euro, dalsze wraki to już kwestia wypłynięcia na dzień, lub więcej, więc tutaj zależnie od wyboru wraków cena za jedno nurkowanie może wahać się między 25 a 50 Euro. Jeżeli jednak jest to połączone z działalnością w klubie, to żeby być uczciwym, należy pamiętać, że kosztem jest tutaj też składka klubowa. Mówimy o kwotach na poziomie 70 Euro, z czego 30 Euro to opłata do federacji, a reszta idzie na działalność klubu. Czyli 40 Euro rozkłada się na różne wyjazdy nurkowe – kto wyjeżdża częściej, tym rozkłada te 40 Euro na większą ilość wyjazdów.

Marcin Wojturski z Reel Diving mieszka w Szwecji. Tam też dużą część rynku stanowią kluby, ale jest też sporo firm działających komercyjnie. W Szwecji nurkowania wrakowe to głównie Bałtyk w okolicach Sztokholmu oraz jezioro Vännern – działają tam takie firmy komercyjne jaknp. Vrakdykarpensionatet (obecni na Baltic Tech), ale też kluby, które mają własne łodzie oraz osoby prywatne z własnymi łodziami.

Jeżeli mowa o firmach to jest sześciu, siedmiu operatorów większych, reszta to kluby i osoby prywatne z własnymi łódkami. Jest ciekawy podział: wschodnie wybrzeże – tylko wraki, a na zachodzie to nurkowanie na „rafach” – natura, brak wraków.

Ceny poszły w górę ze względu na wzrost cen paliwa oraz kosztów ogólnie. Licząc ogólnie to ceny oscylują wokół 70-120 Euro za dzień ( z reguły dwa nurkowania, z lunchem w cenie). Można przyjąć, że wyprawy klubowe to połowa tych stawek. Tylko oczywiście trzeba być członkiem danego klubu.

Jeżeli więc przyjmiemy, że Euro ostatnio kosztuje coś około 4,30 – 4,50zł to jedno nurkowanie wrakowe u nas kosztuje poniżej 50 Euro, czym wpasowujemy się gdzieś pośrodku stawek naszych bałtyckich sąsiadów.

Rosnące ceny były jednym z wątków naszej dyskusji na Festiwalu Mocy. Starałem się występować w roli obrońcy operatorów łódek, bo dość wyraźnie rysowała się linia argumentacji odnośnie spadku zainteresowania nurkowaniem wrakowym z powodu astronomicznych podwyżek cen. Prawda jest taka, że ostatnie kilka lat notujemy skoki cenowe w zasadzie w każdej dziedzinie życia i posiadaczy łódek to też dotyczy. Skoki ich cen nie wynikają z chęci zarabiania większej ilości pieniędzy, ile z utrzymania poziomu zarobków w odniesieniu do kosztów życia. Inflacja, inflacja, inflacja. Można to słowo odmieniać przez wszystkie przypadki. Dogoniliśmy zachód. Moim zdaniem jest teraz idealny moment przejścia na Euro w Polsce, bo specjalnie tego przewalutowania nie poczujemy. Ba, być może niektóre rzeczy stanieją po wejściu w strefę Euro?! Oczywiście teraz ironizuję.

Jeszcze musi upłynąć sporo czasu zanim wyjdziemy z szoku i zaczniemy te rzeczy spokojnie analizować, kiedy złapiemy odpowiedni dystans do zmian, które nas dotknęły w ciągu pandemii i po agresji Rosji na Ukrainę. Póki co wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i się dziwią a to skokom cen, a to zawirowaniom na rynku łodzi nurkowych. Patrzę na nurkowanie jako biznes z różnych stron: szkolenia, wyjazdy, zakupy sprzętu. Tu wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i dziwią się co chwila, że coś nie wygląda tak jak dawniej, że żadne modele i schematy nie pasują do tego, co się dzieje wokół nas. Jestem ciekaw analiz odnośnie tego, ilu ludzi się obecnie szkoli w nurkowaniu, jak wyglądają statystyki typowego centrum nurkowego, jak wyglądają wyjazdy nurkowe. Widzę na pewno po ofertach last minute na safari nurkowe, że tu różu nie ma. Mój punkt widzenia jest specyficzny, nie prowadzę dużego centrum szkoleniowego, szkolę indywidualnie, mam mały klub nurkowy, obserwuję jednak to, co dzieje się w Deepspocie, gdzie ruch utrzymuje się wciąż na dość wysokim poziomie, ale nie nazwałbym tego złotymi czasami.

Myślę, że to samo jest z łódkami na Bałtyku, operatorzy obserwują spadek zainteresowania, szukają alternatywnych źródeł dochodu – bezpieczniejszych, bardziej stabilnych, regularnych. Nie mogą opierać się jedynie na weekendowej turystyce małej grupki fascynatów wrakowych. Przypominam, że nurkujący regularnie na wrakach stanowią jedynie niedużą część nurków. Duża część nurków woli wydać więcej na kilkudniowy wyjazd do Egiptu, na tamtejsze wraki, bo przynajmniej jest ciepło, słonecznie, kolorowo i przejrzystość wody zawsze na wysokim poziomie.

Ja lubię nazywać się wrakoholikiem, bo mnie wprost ciągnie do wraków jak do nałogu i dla mnie, jak i dla pewnej grupy nurków wraki egipskie nie są łakomym kąskiem. Są ładne, nurkowania są przyjemniutkie, ale nie takich wrażeń na nich szukamy. Ja szukam na wrakach historii, tajemnicy, zagadek. Lubię nasze surowe warunki nurkowań na Bałtyku, kojarzą mi się z czymś pierwotnym, to taka męska przygoda na pełnym morzu a nie wycieczka All Inclusive do Marsa Alam. Wiem, że nie należę do licznej grupy, ale jeżeli tylko będą operatorzy łódek gotowi wozić nas na bałtyckie wraki, będę chciał pływać. Zastanawiam się co nasza wąska grupa musi zrobić by mieć wciąż ofertę wypłynięć.

Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby zapełnienie grafiku łódek – zmiana modelu wyjazdów nurkowych, odejście od wypadów weekendowych. Wraki nie tylko w weekend, ale też w dni robocze. Wszystkie łódki pływające na wraki w krajach turystycznych zarabiają na pływaniu cały tydzień a nie tylko w weekendy. Jeżeli zwiększy się skala wypłynięć, być może łódki będą mogły zaproponować nam lepsze warunki i same będą zainteresowane rozbudowywaniem oferty dla nas, a nie szukaniem zarobku na projektach „off-shore”: stawianiu farm wiatrowych, serwisach infrastruktury portowej, czy badaniach naukowych na morzu.

Krótka relacja z Fotoweekendu w Deepspot

18-19 stycznia 2025. Fotoweekend w Deepspot.

Organizator: Nautica Safari, Piotr Stós.

To już czwarta edycja Fotoweekendu, czyli spotkania fotografów podwodnych. Spotkanie odbyło się w Deepspot, w salkach, nad wodą i pod wodą. Wykłady, prezentacje, wystawa zdjęć i oczywiście wspólne nurkowanie z zadaniami fotograficznymi. Rzecz warta uwagi, jeżeli ktoś chce rozwijać się fotograficznie pod wodą.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info MAJ 2017 (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemiąPodstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane.

Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów.

Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów.

Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Rummu – w odległej Estonii

Nurkowanie w zalanym gułagu Rummu Karjar. Paekalda Holliday Center.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Rummu – budynki pod wodą.