Powrót na Heweliusza

Cud pod wezwaniem wspaniałego Netflixa się ziścił i chyba głównie za sprawą tego jakże mrocznego (nie dałem rady drugi raz obejrzeć) serialu ruch w naszym bałtyckim, wrakowym interesie się uczynił. Powstali z pocovidowej śpiączki operatorzy łódek, może przerzedziły się im zlecenia od off-shoru, albo wyczuli koniunkturę i się zaczęło.

Głównie za sprawą oferty Tomka Stachury i jego Espace w tym roku obrodziło rejsami na naszego Heweliusza. Żeby tego mało było to do oferty wypraw na Heweliusza dołączył Hanter na codzień pływający z Łeby i na łono wypraw wrakowych powrócił (wreszcie!) Doktor Lubecki z Kołobrzegu. Korzystajmy z tego wyprawowego El Dorado, póki trwa! Wiadomo – tanio już było, więc ceny gryzą w oczy, kieszeń boli a portfel kuli się zlękniony w rogu plecaka. Jesteśmy jednak nurkami wrakowymi, wrakoholikami, więc nie płaczemy. Co tam, że trzeba poświęcić pół a czasem i więcej dnia by dotrzeć nad brzeg Bałtyku, wsiąść na łajbę, poświęcić kolejnych kilka godzin by wykonać na wraku dwa około godzinne nurkowania i potem najczęściej rozpocząć długą podróż powrotną. W końcu można spotkać się z naszą bałtycką historią żeglugi.

Historia Heweliusza jest smutna, jest gryząca w gardło i wkurza pod wieloma względami. Świetnie te emocje wygrał serial pokazując, że to były niewesołe czasy i nieweseli ludzie odpowiadali za dopiero rodzący się biznes wolnorynkowy. Katastrofy można było uniknąć, a nawet jeżeli nie, to można było uratować więcej ludzi. ale tak się nie stało i prom Jan Heweliusz zniknął w mrocznej i zimnej odchłani w okolicach niemieckiej wyspy Rugia zabierając na dno znakomitą większość pasażerów. Na „szczęście” to był prom kolejowo ciężarowy, więc samych pasażerów nie było zbyt wielu. Nijak tu porównywać katastrofę do Salem Express, czy promu „Estonia”. Jednak to nasza największa tragedia w historii współczesnej żeglugi morskiej i trzeba o niej pamiętać.

I tu sobie pozwolę na polemikę z panem redaktorem Romanem Czejarkiem, którego ciekawy (ale nierówny i często niepotrzebnie brnący w jakieś sensacyjne teorie) program radiowy/ podcast słuchałem „od deski do deski”. Pan redaktor nie jest fanem komercyjnych wypraw nurkowych na Heweliusza i najchętniej widziałby wrak niedostępnym dla nurków.

Dla mnie to tak jakby ktoś pokroju pana redaktora stanął przy bramie do Auschwitz i mówił wchodzącym wycieczkom, że to troszkę niemoralne, wchodzić na ten teren i za pieniądze oglądać miejsce, gdzie tylu ludzi zginęło i taka tragedia ludzka. Wiem, nie ta skala. Na Heweliuszu zginęło „tylko” około sześćdziesiąt osób, no i tam wszystko jest pilnowane by nikt niczego nie niszczył, nie wyciągał i nie „bezcześcił” miejsca pamięci. Tylko, że z wrakami jest specyficzna sytuacja – one są pod wodą i ciężko je pilnować na bieżąco. I najlepszą formą kontroli jest obecność nurków, nad którymi jest jakaś kontrola. O to postulowali nurkowie z grupy Baltictech i powoli zaczyna ten ich postulat docierać do niektórych przedstawicieli władzy. Jeżeli licencjonowani operatorzy będą mieli dostęp do wraków wrażliwych to będą oni bardzo zainteresowani by tym wrakom nic się nie działo, bo każdy akt złej woli, zniszczenia czy zubożenia będzie szkodził ich interesom. A wrak pozostawiony sam sobie na niestrzeżonym morzu jest łatwym łupem dla nurków, którzy nie przejmują się żadnymi traktatami o zachowaniu morskich mogił w spokoju. Zatem gdyby spojrzeć na to bardziej łaskawym okiem, to te wyprawy nie tylko podtrzymują zainteresowanie historią danego wraku (kto za kilka lat będzie pamiętał o serialu o Heweliuszu?), ale też pozwalają opinii publicznej dowiadywać się o stanie obecnym promu.

A ten niestety nie jest najlepszy. Jan Heweliusz leży płytko. Przy dnie mamy głębokość niecałych trzydziestu metrów, najpłysza część wraku – prawa burta wystaje na głębokość niecałych dziesięciu metrów. Wrak więc jest targany pływami, prądami, zjada go mocno korozja. Konstrukcja kadłuba wygląda solidnie, pewnie jeszcze długo będzie trzymać się w całości, ale wiele uszkodzonych elementów – mam wrażenie – uległo większemu uszkodzeniu. Albo mnie pamięć zawodzi, bo ostatnia moja wyprawa na Heweliusza miała miejsce pięć lat temu, albo ładownie i wysypany ładunek uległy działaniu morza. Teraz dostępna część ładowni to już nie jest jedna część, a dwie. Trzeba wypłynąć z części rufowej i dopiero po chwili,kierując się w stronę dzioba, można ponownie zanurkować wgłąb przedziału dla tirów i wagonów. Nie byłem w stanie zlokalizować jakże charakterystycznej naczepy z plandeką firmy Scansped, nie widziałem tych kabin samochodów, które widziałem ostatnim razem. Na wraku udało mi się spędzić niecałe dwie godziny podczas dwóch nurkowań. Warunki były niezłe, ale nie idealne. Do termokliny, która pojawiała się na około dwudziestu metrach woda ma kilkanaście stopni i przejrzystość średnią głównie za sprawą unoszonych „farfocli” jakiegoś fitoplanktonu chyba, dopiero poniżej termokliny woda jest niemal krystaliczna i wolna od zawiesiny. Tym razem na zewnątrz wraku panował niewielki prąd i można było spokojnie zbadać każdy fragment wraku. Mam nadzieję wrócić tu jeszcze we wrześniu, jak mi się uda kolejna wyprawa. Po pierwszym nurkowaniu byłem zniechęcony i gotowy powiedzieć, że „już nigdy tu nie wrócę”, ale po drugim nurkowaniu, gdzie już lepiej rozumiałem pokryte gęstą panierką muszli fragmenty ładunku i wraku i lepiej czytałem szczegóły, nabrałem większej ochoty zrobienia dokładniejszej inwentaryzacji wraku. Oby mi się udało.

Eksplorację wraku na pierwszym nurkowaniu rozpoczęliśmy od ogólnego przeglądu pola szczątków, przypłynęliśmy od rufy, przez pole szczątków aż do dziobu, skąd wyszliśmy na dziesięć metrów i po płytkiej burcie wróciliśmy do rufy. Tutaj jeszcze tylko na moment zajrzęliśmy do ładowni i kończyliśmy nurkowanie.

Drugie nurkowanie skupiło się na ładowni. Próby zorientowania się, gdzie leżą zapamiętane obiekty, zorientowania się jak przepłynąć przez całą długość ładowni, co skończyło się koniecznością wyjścia na zewnątrz i znalezienia wejścia do dziobowej części ładowni. Wciąż można dotrzeć do ściany wieńczącej ładownię i do włazu do klatki schodowej. Ogromne wrażenie robią odbojniki kończące tory dla wagonów kolejowych. Na koniec obowiązkowa wizyta przy śrubach i sterach promu, jednak tu wizura dużo słabsza, więc po kilku minutach rozpoczęliśmy wynurzenie.

Dwa słowa o łódce – Espace to Rolls Royce wśród polskich łódek wożących nurków. To łódź zbudowana przez nurka, pod niego i dla jego własnej wygody. Ogromnym szczęściem dla nas się stało, że Tomek Stachura postanowił się dzielić swoim wychuchanym dzieckiem. Łódź jest arcywygodna, choć nie jest szczególnie wielka. Mieści całkiem wygodnie dziesięciu nurków, jak się dobrze zorganizuje to i jedenastu. Do tego dwóch członków załogi dba o bezpieczeństwo i sprawne operacje wokół naszych nurkowań. Jedynie boli brak porządnego kompresora lub banku by posiadacze zestawów OC mogli się dobijać między nurkami, ale wiadomo – łódź powstała z myślą o eksploracji wraków na 70 – 100 metrach, gdzie obecnie króluje obieg zamknięty. Kto raz zaliczył w tym roku nabijanie butli trimixem i poczuł ceny helu na własnym portfelu, ten już zrozumiał, że rebreathery już nie są fanaberią dla znudzonych nurków, nie są ciekawą alternatywą dla sprzętu do głębokich nurkowań – to obecnie w zasadzie jedyny rozsądny wybór, jeżeli chce się nurkować poniżej sześćdziesięciu metrów. No chyba, że ktoś nie ma problemu, żeby „nafjukać” sobie flaszkę na jednego nurka za osiemset złotych.

Śruba Heweliusza
Aperture: 2
Camera: ILCE-7M4
Iso: 640
« ‹ of 41 › »

Vis nie a vis.

Pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowaliśmy się rodziną na pełnoprawny, dwutygodniowy urlop w jednym ciągu. Jest to o tyle znamienne, że w czasach tak mocno niestabilnych pod każdym względem trudno sobie wymyślić i zaplanować tak długą przerwę w zawodowym życiorysie i nie denerwować się cały czas wszystkim dookoła: cenami paliwa, sytuacją na świecie, dramatycznymi zmianami pogody, itd. I wytrzymać to finansowo – urlop to teraz bardzo kosztowny luksus. Niezależnie od tego, czy wybierzemy polskie morze, słowackie góry czy włoską riwierę.

Dla mnie urlop musi być związany z wodą. A jak jeszcze będę mógł zanurkować, to już jestem szczęśliwy. A jak jeszcze przy okazji mogę zobaczyć coś nowego i przetestować potencjalny kierunek na wyprawy nurkowe mojego klubu – cudownie! Tak więc padło na Vis, o którym już dawno myślałem i od dawna było na mojej liście wstydu – kierunku, który odkładałem z roku na rok obiecując sobie, że „już za rok na pewno tam pojadę”. W bagażu, oprócz podstawowego sprzętu nurkowego znalazł się nowy zestaw do podwodnej fotografii, więc plany i oczekiwania były ambitne.

Podróż na Vis z centralnej Polski to niestety poważna wyprawa samochodowa pod każdym względem – ciężko sobie wyobrazić odbycie tej podróży na „jeden strzał” – czystej jazdy czternaście godzin. Najlepiej więc podróż podzielić na dwa etapy i zaliczyć nocleg gdzieś po drodze. To także obecnie dość spore wyzwanie finansowe – ceny paliwa szybują w górę, każdy kraj po drodze winszuje sobie opłaty drogowe, do tego dochodzi prom.

Droga na szczęście jest całkiem relaksacyjna, można podróżować praktycznie cały czas autostradami i drogami ekspresowymi. Korków można się spodziewać dopiero tam, gdzie pojawiają się bramki na autostradach – w Chorwacji. Od Austrii zaczynamy etap górski – to się wspinamy, to zjeżdżamy, drogi wiją się serpentynami, widoki podkręcają ciśnienie.Wspaniałym finałem jest zjazd z gór do Splitu. Widok zatyka dech w piersi. Tutaj też ustawiamy się do kolejki na prom. Obsługa operatora linii promowej Jadrolinija kieruje auto do odpowiedniego sznurka aut a my się zastanawiamy, czy oni na pewno wiedzą, gdzie my jedziemy i czy mamy w ogóle wykupiony bilet. Stajemy w długim zawijasie w zasadzie nie mając pojęcia jak zostaliśmy zweryfikowani, że nie stoimy w złej kolejce. W końcu tuż przed samym wjazdem na prom ktoś sprawdza nasz bilet i to tyle odnośnie weryfikacji.

Podróż promem samochodowym na Vis trwa trochę ponad dwie godziny – przy okazji odkrywam ciekawą historię promu, który nas transportuje. Prom jest niewiele młodszy od naszego Jana Heweliusza – powstał w latach osiemdziesiątych dla duńskiego operatora przyjmując nazwę Langeland III, czego można się dowiedzieć podziwiając dziobowy dzwon statku. Chorwacki operator kupił statek w 1998, jeżeli przeprowadził jakiś remont, to raczej był to tylko kosmetyczny proces – na statku mocno czuć ducha lat osiemdziesiątych, a najbardziej urocze jest odkrycie zdjęcia papieża Jana Pawła II w okrętowej gablocie przy głównych schodach.

Vis wita nas przelotnym deszczem i przyjemnie chłodną, pochmurną aurą, ale to tylko zmyłka, bo od następnego dnia przez dwa tygodnie będzie świecić słońce, niebo będzie czyste, asfalt i beton będą rozgrzewać się do astronomicznych temperatur a żeglarze na próżno będą wypatrywać jakiegokolwiek podmuchu wiatru. My jednak meldujemy się do naszego wynajętego mieszkanka, które okazuje się jednym wielkim cudem świata. Położone w wyższej partii miasta, z wielkim tarasem z widokiem na całą zatokę Vis, urządzone ze smakiem i komfortowo. Jedyny szkopuł – brak miejsca do parkowania. Generalnie miasto i wyspa Vis cierpi na homeopatyczną ilość miejsca dla aut. Zagęszczona zabudowa miejska z czasów przed nastaniem ery samochodu, wąskie uliczki, wąskie drogi bez pobocza i kompletny brak przestrzeni parkingowej. Każdy dom czy apartament ma swoje prywatne miejsca, o które chorwaccy właściciele potrafią walczyć jak lwy. Jak gdzieś jest kawałek niezagospodarowanej przestrzeni, tam stają auta bez przypisanego miejsca – niekoniecznie tak by ułatwić innym pojazdom przejazd. Do tego jeszcze jakiś nieczynny zakład produkcyjny dysponujący dużym placem służy za dziki parking w mieście. A promy samochodowe zawijają po pięć razy dziennie odbierając i dostarczając całą rzekę aut. Doprawdy, spodziewam się, że Vis w pewnym momencie będzie musiał ograniczyć systemowo ruch samochodowy, bo wyspa zostanie zatkana. Na szczęście, póki co wyspa, nawet w szczycie sezonu, nie jest szczególnie oblegana. To ogromny plus tego miejsca. Wciąż można znaleźć nieoblegane, ciche plaże i miejsca odludne.

A nurkowo? Zacznijmy od tego, że na Vis ściągnęła mnie oferta krakowskiego centrum nurkowego Nautica Safari, która na Visie posiada swoją pełnoprawną, dużą bazę nurkową, która funkcjonuje mniej więcej od maja do października. To tu zjeżdżają się raz do roku podwodni fotografowie i urządzają podwodne igrzyska zdjęciowe. To tu można spotkać Piotra Stósa, jednego z bardziej utalentowanych polskich fotografów podwodnych i nieco spić z krynicy jego fotograficznej mądrości. Do tego jest kilka ciekawych wraków i naprawdę przyjemne warunki nurkowe – przejrzysta woda o znośnych temperaturach (ani za zimno, ani za gorąco). Jednak to przede wszystkim raj dla fanów mikrożycia – ślimaczków i innych robaczków. Fani wraków (czyli ja), mają też co robić pod wodą, ale zawiodą się ci, którzy szukają kolorowych raf i bujnego życia podwodnego. Owszem, życie kwitnie, ale przy wrakach. W wielu miejscach życia jednak nie uświadczymy aż nadto. Nurkując przy licznych, reklamowanych szeroko kawernach zaskoczony byłem tym wrażeniem pustki. Pojedyncze skrzydlice, langusty, małe ryby papuzie – owszem, ale ogromnych ławic się tutaj nie naoglądamy. Można za to znaleźć trochę historii. Przy samej bazie nurkowej ulokowanej przy hotelu Issa w mieście Vis można natrafić na potłuczone amfory wrośnięte w dno – zabawne, że znajdują się one dosłownie pięć metrów pod wodą zaraz obok ludnej miejskiej plaży. Do tego wraki: na nurkowanie przeznaczyłem jedynie cztery dni z mojego pobytu, więc głównie pooglądałem kawerny (kompletnie nie moja bajka, więc czułem się jak nastolatek w muzeum sztuki nowoczesnej – zupełnie nie kumałem, czym zachwycają się inni ludzie), ale udało mi się zaliczyć wraki Teti i Brioni.

Teti jest mocno zniszczonym frachtowcem, którym wieziono ładunek kamienia brukowego. W wyniku błędu nawigacyjnego statek rozbił się o brzeg i zsunął rufą pod wodę. Teti długo wystawał poza linię wody, więc lokalni mieszkańcy mieli dostęp do części ładunkowej. Podobno duża część uliczek pobliskiej Komiży jest wybrukowana kamieniem z Teti. Na szczęście większość śródokręcia i rufa spoczywają na tyle głęboko, że tutaj można znaleźć jeszcze sporo ładunku a zgrabna rufa jest wdzięcznym obiektem podwodnej fotografii.

Brioni to już inna bajka – spektakularny kolos, który spoczął na jednej z burt, kładąc się łagodnie na boku. Leży głęboko, dno tutaj znajduje się na sześćdziesięciu metrach a najpłytsza część wraku dostępna jest od czterdziestu pięciu metrów. Nurkowie rekreacyjni mogą go jedynie podziwiać krótko z góry, nam udaje się na niedługi czas zejść do jednej z galeryjek a także przyjrzeć się śrubom napędowym, ale też czas dekompresji i dostępny gaz wygania nas zaraz do góry. Wracam więc z uczuciem niedosytu, bo najciekawsze fotograficznie partie znajdują się na głębokościach rzędu pięćdziesięciu metrów. Kiedyś tu trzeba będzie wrócić.

Czas nienurkowy poświęcamy na zwiedzanie wyspy – moje biedne nurkowe Renault dostaje mocno w kość, bo drogi wiją się serpentynami wzdłuż górzystego wybrzeża, wspinają się wartko do góry by za chwilę opaść dramatycznie niemal do poziomu morza, do tego połowa dróg jest szutrowa – by dojechać do ciekawych plaż albo wypatrzonych na Google Maps fortyfikacji, trzeba się nieźle napocić przy manewrowaniu autem. Właśnie – atrakcje Vis to pozostałości po jugosłowiańskim wojsku. Długie lata wyspa nie była dostępna dla szarego obywatela z zewnątrz – stacjonowało tutaj wojsko i praktycznie posiadało całą wyspę na swoją wyłączność. Część historycznych bunkrów po IIWŚ zaadoptowało do swoich celów, część fortyfikacji wybudowała od nowa. Po odejściu wojska zostało to wszystko nie zagospodarowane i nie pilnowane. Można trafić na przewrócone, zardzewiałe tablice ostrzegawcze, krążą miejskie legendy, że eksploracja jest niebezpieczna, bo część obiektów jest wciąż zaminowana – zatem to wciąż jest turystyka dzika, choć w paru miejscach mijałem zorganizowane grupy wożone przez lokalnych biznesmenów – partyzantów. Obiekty powojskowe nie są w żaden sposób zabezpieczone czy oznakowane pod turystykę, więc zalecam ostrożność przy eksploracji, ale generalnie jest tu bogato i atrakcyjnie. Nabrzeżne stanowiska ogniowe i obserwacyjne połączone podziemnymi korytarzami, intrygująco wkomponowane w skalny krajobraz wybrzeża występują licznie na wyspie. Do tego perełka – podziemny schron dla łodzi podwodnej! Zachowany w doskonałym stanie, łatwo dostępny i do tego położony w bardzo ładnej zatoczce! Wart odwiedzenia!

Jeżeli miałbym podsumować wyprawę na Vis to powiedziałbym, że to miejsce idealne na tygodniowy wypad, raczej nie tylko poświęcony nurkowaniu, ale i turystyce lądowej. Na pewno warto poszlajać się po uliczkach miasta Vis, bo to kawał pięknej historycznej architektury. Warto zajrzeć do Komiży – mniejszej, ale równie uroczej miejscowości po drugiej stronie Vis. Warto zajrzeć w różne części wyspy by obejrzeć kamieniste plaże. To, czego nie zrobiłem, a żałuję – to pewnie następnym razem wziąłbym jakiś wodny środek transportu i popłynąłbym posnurkować w jednej z licznych grot dostępnych od strony morza. Vis będę wspominał miło głównie ze względu na dość leniwą atmosferę spokoju, pomimo wakacyjnego szczytu sezonu i za ten kolor i zapach morskiej wody. Czy tu wrócę? Mam nadzieję, bo mam tam niezrealizowane spotkania z kilkoma ciekawymi wrakami.

Brioni
Aperture: 5
Camera: ILCE-7M4
Iso: 640
« ‹ of 44 › »