Pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowaliśmy się rodziną na pełnoprawny, dwutygodniowy urlop w jednym ciągu. Jest to o tyle znamienne, że w czasach tak mocno niestabilnych pod każdym względem trudno sobie wymyślić i zaplanować tak długą przerwę w zawodowym życiorysie i nie denerwować się cały czas wszystkim dookoła: cenami paliwa, sytuacją na świecie, dramatycznymi zmianami pogody, itd. I wytrzymać to finansowo – urlop to teraz bardzo kosztowny luksus. Niezależnie od tego, czy wybierzemy polskie morze, słowackie góry czy włoską riwierę.
Dla mnie urlop musi być związany z wodą. A jak jeszcze będę mógł zanurkować, to już jestem szczęśliwy. A jak jeszcze przy okazji mogę zobaczyć coś nowego i przetestować potencjalny kierunek na wyprawy nurkowe mojego klubu – cudownie! Tak więc padło na Vis, o którym już dawno myślałem i od dawna było na mojej liście wstydu – kierunku, który odkładałem z roku na rok obiecując sobie, że „już za rok na pewno tam pojadę”. W bagażu, oprócz podstawowego sprzętu nurkowego znalazł się nowy zestaw do podwodnej fotografii, więc plany i oczekiwania były ambitne.
Podróż na Vis z centralnej Polski to niestety poważna wyprawa samochodowa pod każdym względem – ciężko sobie wyobrazić odbycie tej podróży na „jeden strzał” – czystej jazdy czternaście godzin. Najlepiej więc podróż podzielić na dwa etapy i zaliczyć nocleg gdzieś po drodze. To także obecnie dość spore wyzwanie finansowe – ceny paliwa szybują w górę, każdy kraj po drodze winszuje sobie opłaty drogowe, do tego dochodzi prom.
Droga na szczęście jest całkiem relaksacyjna, można podróżować praktycznie cały czas autostradami i drogami ekspresowymi. Korków można się spodziewać dopiero tam, gdzie pojawiają się bramki na autostradach – w Chorwacji. Od Austrii zaczynamy etap górski – to się wspinamy, to zjeżdżamy, drogi wiją się serpentynami, widoki podkręcają ciśnienie.Wspaniałym finałem jest zjazd z gór do Splitu. Widok zatyka dech w piersi. Tutaj też ustawiamy się do kolejki na prom. Obsługa operatora linii promowej Jadrolinija kieruje auto do odpowiedniego sznurka aut a my się zastanawiamy, czy oni na pewno wiedzą, gdzie my jedziemy i czy mamy w ogóle wykupiony bilet. Stajemy w długim zawijasie w zasadzie nie mając pojęcia jak zostaliśmy zweryfikowani, że nie stoimy w złej kolejce. W końcu tuż przed samym wjazdem na prom ktoś sprawdza nasz bilet i to tyle odnośnie weryfikacji.
Podróż promem samochodowym na Vis trwa trochę ponad dwie godziny – przy okazji odkrywam ciekawą historię promu, który nas transportuje. Prom jest niewiele młodszy od naszego Jana Heweliusza – powstał w latach osiemdziesiątych dla duńskiego operatora przyjmując nazwę Langeland III, czego można się dowiedzieć podziwiając dziobowy dzwon statku. Chorwacki operator kupił statek w 1998, jeżeli przeprowadził jakiś remont, to raczej był to tylko kosmetyczny proces – na statku mocno czuć ducha lat osiemdziesiątych, a najbardziej urocze jest odkrycie zdjęcia papieża Jana Pawła II w okrętowej gablocie przy głównych schodach.
Vis wita nas przelotnym deszczem i przyjemnie chłodną, pochmurną aurą, ale to tylko zmyłka, bo od następnego dnia przez dwa tygodnie będzie świecić słońce, niebo będzie czyste, asfalt i beton będą rozgrzewać się do astronomicznych temperatur a żeglarze na próżno będą wypatrywać jakiegokolwiek podmuchu wiatru. My jednak meldujemy się do naszego wynajętego mieszkanka, które okazuje się jednym wielkim cudem świata. Położone w wyższej partii miasta, z wielkim tarasem z widokiem na całą zatokę Vis, urządzone ze smakiem i komfortowo. Jedyny szkopuł – brak miejsca do parkowania. Generalnie miasto i wyspa Vis cierpi na homeopatyczną ilość miejsca dla aut. Zagęszczona zabudowa miejska z czasów przed nastaniem ery samochodu, wąskie uliczki, wąskie drogi bez pobocza i kompletny brak przestrzeni parkingowej. Każdy dom czy apartament ma swoje prywatne miejsca, o które chorwaccy właściciele potrafią walczyć jak lwy. Jak gdzieś jest kawałek niezagospodarowanej przestrzeni, tam stają auta bez przypisanego miejsca – niekoniecznie tak by ułatwić innym pojazdom przejazd. Do tego jeszcze jakiś nieczynny zakład produkcyjny dysponujący dużym placem służy za dziki parking w mieście. A promy samochodowe zawijają po pięć razy dziennie odbierając i dostarczając całą rzekę aut. Doprawdy, spodziewam się, że Vis w pewnym momencie będzie musiał ograniczyć systemowo ruch samochodowy, bo wyspa zostanie zatkana. Na szczęście, póki co wyspa, nawet w szczycie sezonu, nie jest szczególnie oblegana. To ogromny plus tego miejsca. Wciąż można znaleźć nieoblegane, ciche plaże i miejsca odludne.
A nurkowo? Zacznijmy od tego, że na Vis ściągnęła mnie oferta krakowskiego centrum nurkowego Nautica Safari, która na Visie posiada swoją pełnoprawną, dużą bazę nurkową, która funkcjonuje mniej więcej od maja do października. To tu zjeżdżają się raz do roku podwodni fotografowie i urządzają podwodne igrzyska zdjęciowe. To tu można spotkać Piotra Stósa, jednego z bardziej utalentowanych polskich fotografów podwodnych i nieco spić z krynicy jego fotograficznej mądrości. Do tego jest kilka ciekawych wraków i naprawdę przyjemne warunki nurkowe – przejrzysta woda o znośnych temperaturach (ani za zimno, ani za gorąco). Jednak to przede wszystkim raj dla fanów mikrożycia – ślimaczków i innych robaczków. Fani wraków (czyli ja), mają też co robić pod wodą, ale zawiodą się ci, którzy szukają kolorowych raf i bujnego życia podwodnego. Owszem, życie kwitnie, ale przy wrakach. W wielu miejscach życia jednak nie uświadczymy aż nadto. Nurkując przy licznych, reklamowanych szeroko kawernach zaskoczony byłem tym wrażeniem pustki. Pojedyncze skrzydlice, langusty, małe ryby papuzie – owszem, ale ogromnych ławic się tutaj nie naoglądamy. Można za to znaleźć trochę historii. Przy samej bazie nurkowej ulokowanej przy hotelu Issa w mieście Vis można natrafić na potłuczone amfory wrośnięte w dno – zabawne, że znajdują się one dosłownie pięć metrów pod wodą zaraz obok ludnej miejskiej plaży. Do tego wraki: na nurkowanie przeznaczyłem jedynie cztery dni z mojego pobytu, więc głównie pooglądałem kawerny (kompletnie nie moja bajka, więc czułem się jak nastolatek w muzeum sztuki nowoczesnej – zupełnie nie kumałem, czym zachwycają się inni ludzie), ale udało mi się zaliczyć wraki Teti i Brioni.
Teti jest mocno zniszczonym frachtowcem, którym wieziono ładunek kamienia brukowego. W wyniku błędu nawigacyjnego statek rozbił się o brzeg i zsunął rufą pod wodę. Teti długo wystawał poza linię wody, więc lokalni mieszkańcy mieli dostęp do części ładunkowej. Podobno duża część uliczek pobliskiej Komiży jest wybrukowana kamieniem z Teti. Na szczęście większość śródokręcia i rufa spoczywają na tyle głęboko, że tutaj można znaleźć jeszcze sporo ładunku a zgrabna rufa jest wdzięcznym obiektem podwodnej fotografii.
Brioni to już inna bajka – spektakularny kolos, który spoczął na jednej z burt, kładąc się łagodnie na boku. Leży głęboko, dno tutaj znajduje się na sześćdziesięciu metrach a najpłytsza część wraku dostępna jest od czterdziestu pięciu metrów. Nurkowie rekreacyjni mogą go jedynie podziwiać krótko z góry, nam udaje się na niedługi czas zejść do jednej z galeryjek a także przyjrzeć się śrubom napędowym, ale też czas dekompresji i dostępny gaz wygania nas zaraz do góry. Wracam więc z uczuciem niedosytu, bo najciekawsze fotograficznie partie znajdują się na głębokościach rzędu pięćdziesięciu metrów. Kiedyś tu trzeba będzie wrócić.
Czas nienurkowy poświęcamy na zwiedzanie wyspy – moje biedne nurkowe Renault dostaje mocno w kość, bo drogi wiją się serpentynami wzdłuż górzystego wybrzeża, wspinają się wartko do góry by za chwilę opaść dramatycznie niemal do poziomu morza, do tego połowa dróg jest szutrowa – by dojechać do ciekawych plaż albo wypatrzonych na Google Maps fortyfikacji, trzeba się nieźle napocić przy manewrowaniu autem. Właśnie – atrakcje Vis to pozostałości po jugosłowiańskim wojsku. Długie lata wyspa nie była dostępna dla szarego obywatela z zewnątrz – stacjonowało tutaj wojsko i praktycznie posiadało całą wyspę na swoją wyłączność. Część historycznych bunkrów po IIWŚ zaadoptowało do swoich celów, część fortyfikacji wybudowała od nowa. Po odejściu wojska zostało to wszystko nie zagospodarowane i nie pilnowane. Można trafić na przewrócone, zardzewiałe tablice ostrzegawcze, krążą miejskie legendy, że eksploracja jest niebezpieczna, bo część obiektów jest wciąż zaminowana – zatem to wciąż jest turystyka dzika, choć w paru miejscach mijałem zorganizowane grupy wożone przez lokalnych biznesmenów – partyzantów. Obiekty powojskowe nie są w żaden sposób zabezpieczone czy oznakowane pod turystykę, więc zalecam ostrożność przy eksploracji, ale generalnie jest tu bogato i atrakcyjnie. Nabrzeżne stanowiska ogniowe i obserwacyjne połączone podziemnymi korytarzami, intrygująco wkomponowane w skalny krajobraz wybrzeża występują licznie na wyspie. Do tego perełka – podziemny schron dla łodzi podwodnej! Zachowany w doskonałym stanie, łatwo dostępny i do tego położony w bardzo ładnej zatoczce! Wart odwiedzenia!
Jeżeli miałbym podsumować wyprawę na Vis to powiedziałbym, że to miejsce idealne na tygodniowy wypad, raczej nie tylko poświęcony nurkowaniu, ale i turystyce lądowej. Na pewno warto poszlajać się po uliczkach miasta Vis, bo to kawał pięknej historycznej architektury. Warto zajrzeć do Komiży – mniejszej, ale równie uroczej miejscowości po drugiej stronie Vis. Warto zajrzeć w różne części wyspy by obejrzeć kamieniste plaże. To, czego nie zrobiłem, a żałuję – to pewnie następnym razem wziąłbym jakiś wodny środek transportu i popłynąłbym posnurkować w jednej z licznych grot dostępnych od strony morza. Vis będę wspominał miło głównie ze względu na dość leniwą atmosferę spokoju, pomimo wakacyjnego szczytu sezonu i za ten kolor i zapach morskiej wody. Czy tu wrócę? Mam nadzieję, bo mam tam niezrealizowane spotkania z kilkoma ciekawymi wrakami.