Wszystkie wpisy, których autorem jest kubace

Podsumowanie 2021 cz.2

Część II podsumowania 2021.

Pierwszą część znajdziesz TUTAJ

Lipiec.

To oprócz intensywnych kursów nad Hańczą wyprawa na Heweliusza i na Bornholm. Znowu zwyczajnie niezwyczajnie z Bałtykiem, znowu zmiany planów. Z czterech nurkowań, w tym wymarzonego nurkowania na bornholmskim żaglowcu „Affaire” wyszły trzy nurkowania, w tym jedno na powrocie, na przełamanym Halstenbeku. „Affaire” niestety nie tym razem, a tak ostrzyłem sobie zęby na nurkowanie dekompresyjne na tym wraku, wreszcie nie nerwowo, nie w pośpiechu, dokładnie miałem go sobie obejrzeć. Trzeba do niego wrócić. Za to Heweliusz zaskoczył temperaturą i niezłą widocznością, zwiedziliśmy go bardzo dokładnie tu i ówdzie, także na skuterach podwodnych. Z Heweliuszem nigdy nic nie wiadomo względem przyszłości, właściciele wiozącej nas jednostki „Lubecki” mówią, że Niemcy robią wszystko by „zamknąć” wrak dla nurków rekreacyjnych, rzekomo z powodu przebiegającego niedaleko gazociągu „Nordstream”. Spieszmy się więc nurkować na Heweliuszu.

Sierpień.

Duże wydarzenie. Powrót na Bałtyk, znowu zmiany, ale całkiem fajne. Wyprawa miała być tylko i wyłącznie obejmująca nurkowania na wraku Georg Buchner. Na Buchnera czaiłem się już dobre dwa lata. Ostatecznie udało mi się dogadać z jednostką Thorr by przestawili się na Władysławowo i zabrali nas na „Grzesia” (jakże pieszczotliwa nazwa dla Georga Buchnera, choć zdaje się, że Georg niemiecki ma więcej wspólnego z polskim Jerzym niż Grzesiem). Jeden dzień jednak był wietrzny, więc zrobiliśmy nurkowania na zatoce: odwiedziłem dawno nie odwiedzaną „Malutką” (troszkę zawód, bo słaba widoczność, no i nurkowanie na tym poziomie doświadczenia to już niestety nie przeżycie, ale początkującym nurkom z pewnością „Malutka” jest w stanie podnieść ciśnienie). Potem – „Trałowiec” w wersji dekompresyjnej! Takiej mikro dekompresyjnej, bo potrzebowałem zachować gazy na kolejne nurkowania, ale jednak. W końcu jednak w niedzielę była pogoda i popłynęliśmy na Georga. Tu wszystko było niespodzianką i wielkim doznaniem. Przede wszystkim ogromna skala wraku, jego ponury kształt – kiedyś niezwykle pięknego wycieczkowca, teraz gołej stali przykrytej całunem omułków, leżącego na boku. Tu trzeba zanurkować co najmniej cztery razy, najlepiej ze skuterem podwodnym. Tylko wtedy ma się szansę dobrze obejrzeć wrak. Niestety, głębokości podane w sieci nijak nie miały się do rzeczywistości. Okazuje się, że wrak zaczyna się na dwudziestu paru metrach, a schodzi aż do czterdziestu. Ciężko tu zanurkować nie wpadając w dekompresję by cokolwiek zobaczyć. A warto go opłynąć od rufy do dziobu, przyjrzeć się galeryjkom, poszukać mostku kapitańskiego, sprawdzić czy są otwarte ładownie na dziobie. Będę wracał tutaj, mam tam jeszcze dużo do obejrzenia.

Wrzesień.

Powrót do Rummu. Po długiej przerwie wracałem do kochanego Rummu, do surowej urody Estonii, to uroczego ośrodka wypoczynkowego Paekalda nad brzegiem Rummu. Na miejscu w zasadzie niewielkie, ale jednak zmiany nad wodą i pod wodą. Właścicielka ośrodka, Reelika oczywiście nie spoczywa na laurach i wciąż coś poprawia i dobudowuje w ośrodku. Znowu jakieś niesamowite konstrukcje na wodzie, pływające tarasy z saunami. Pod wodą z kolei więcej wyznaczonych tras, artystyczne instalacje: „las manekinów”, stół do popołudniowej herbatki i znajome budynki. Dopisała wizura, sporo życia w zbiorniku. Niestety, najsłabsza pogoda – nie, że lało non stop, ale było pochmurno i popadywało. Temu miejscu zdecydowanie ładniej kiedy jest ładna pogoda i światło słonecznie gra nam pięknie pod wodą na niewielkich głębokościach. Bo przecież tam się nurkuje wyłącznie płytko, siedem metrów, dziesięć czasem.

Konieczne było też sprawdzenie, co w Tallinie słychać. Odwiedziliśmy więc starówkę na krótką chwilę, przeszliśmy się portowym nadbrzeżem, zupełnie niechcący natknęliśmy się na tablicę upamiętniającą internowanie i potem śmiałą ucieczkę naszego okrętu podwodnego ORP Orzeł w okresie II Wojny Światowej. Obowiązkowa była też wizyta w tallińskim muzeum morskim, zwiedzenie okrętu podwodnego Lembit i parowego lodołamacza „Suur Toll” – te rzeczy nieprędko mi się znudzą. Niestety, nie mogłem ostatecznie zabrać ze sobą Syna z Polski, a bardzo chciałem mu pokazać te atrakcje Tallina. Uważam odwiedziny w morskim muzeum w Tallinie za obowiązkowy punkt programu każdej wizyty w tym mieście.

Październik.

W październiku warszawski oddział Santi zmieniał lokalizację, przenosząc się do większego i bardziej reprezentacyjnego lokum. Okazję tą okraszono odpowiednią imprezą, pojawił się więc założyciel marki, Tomek Stachura (polecam WYWIAD – CZĘŚĆ I i CZĘŚĆ II – który przeprowadziłem z Tomkiem), a jak się pojawił Tomek to koniecznie musiał pokazać kilka zdjęć i posnuć swoje nurkowe opowieści. Tej okazji przepuścić nie mogłem, bo uważam Tomka za świetnego opowiadacza nurkowych historii. Tomek opowiedział o efektach ekspedycji, która miała odkryć tajemnice hitlerowskiego Karlsruhe. To był ostatni transport z obleganego Królewca. Wielu badaczy uważało, że legendarna Bursztynowa Komnata mogła być właśnie ewakuowana tą drogą. Jeżeli tak, to ogromna szansa, że właśnie Karlsruhe ją przewoził. Tego potwierdzić się nie udało, ale i tak ekspedycja była niezwykle emocjonująca i cała relacja Tomka to temat na kilka odcinków serialu przygodowego albo na dobrą książkę.

Foto: kubaCE, Rummu, Estonia.

Listopad.

Diversnight w Deepspocie, czyli pierwszy raz pod dachem. W tej imprezie uczestniczymy regularnie, głównie nurkując w naszych skromnych zbiorniczkach wokoło stolicy. Tym razem udało się zorganizować nurkowanie w ekstra warunkach, czyli w ciepełku, bez skafandrów, ale oczywiście po ciemku, czyli przy zgaszonych światłach. Takie warunki oczywiście przyciągnęły uwagę i pobiliśmy wszelkie rekordy tej imprezy. Pod wodą znalazło się pięćdziesiąt sześć osób, co nawet dla Deepspot było sporym wyzwaniem logistycznym, ale daliśmy radę i wybitny fotograf, Tomek Płociński uczynił nam piękną pamiątkę z tego dokonania.

Foto: GEPN, przygotowania do grupowego zdjęcia z Diversnight 2021

W listopadzie trzeci w tym roku projekt filmowy! Jakże się nie cieszyć? Kilka kolejnych dni zdjęciowych na planie kolejnego polskiego serialu realizowanego na zlecenie Netflix. Serial znowu ma elementy fantastyczne i na szczęście dla mnie znowu były ujęcia pod wodą. Tym razem za plan posłużył nasz stołeczny basen Pałacu Kultury i Nauki, w którym normalnie nie można nurkować ze sprzętem, więc tym bardziej cieszyłem się na tą okazję. Dodatkowo musiałem dobrać sobie do pomocy nurka – a dokładniej dublerkę do zastępowania jednej z aktorek. Zatem nasza klubowiczka Ania Rykier mogła zabłysnąć w przemyśle filmowym i wykazać się nie byle hartem ducha wykonując niektóre ewolucje kaskaderskie – i to były ewolucje! Podziwiam ją za odwagę, boję się, że sam bym się spietrał. Ja tym razem tylko zabezpieczałem ujęcia pod wodą, miałem troszkę czasu by porobić zdjęcia. Miałem też dużo czasu by utwierdzić się w przekonaniu, że kilka godzin w skafandrze plus neoprenowa kryza to nie jest dobry pomysł!

Grudzień.

Nurkowy Festiwal Mocy – dwa lata przerwy to zdecydowanie za długo. Zdecydowałem się zaryzykować i zorganizować kolejną, siódmą już edycję NFMu. Czułem głód i czułem, że ludzie też są głodni takiej imprezy. Nie myliłem się, pomimo wciąż panujących pandemicznych okoliczności stawiliśmy się z naręczem sprzętu do testowania: Ammonite System, Hi-Max, Orca Torch, Kwark, Seacraft, Santi i Tecline. Na miejscu ponad pięćdziesiąt osób, co na tą imprezę może rekordem nie było, ale było bardzo dobrym wynikiem. Na prelekcje udało mi się zaprosić Marcina Bramsona i niezawodnego Kamila Iwankiewicza, czyli sprawdzonych prelegentów. Wszystko wyszło pysznie, łącznie z panelem dyskusyjnym, plebiscytem na „najbardziej wkurzające w nurkowaniu” ( zachowania sprzętu i nurków) i loterią nagród. Znowu piękne kalendarze Ireny Stangierskiej i inne fanty od dostawców sprzętu testowego poszły w ręce gości NFM. Powstał znowu plan, żeby zrobić letnią edycję festiwalu i jest to plan na rok 2022.

Przed nami więc wspaniałe plany na 2022, koniecznie dużo wraków, powtórki rzeczy, które wyszły nie tak jak miały wyjść, plany by zobaczyć nowe rzeczy dla mnie: w końcu Hemmoor, może pojechać w końcu na chorwackie wraki? Odwiedzić Maltę? Przede wszystkim życzę sobie znaleźć czas by wreszcie skończyć spisywać wywiad z Wojtkiem A. Filipem, czego nie dokonałem w tym roku i uważam za moją największą porażkę tego roku. Życzę też sobie bardziej regularnego pisania do Nurkologa i nie tylko. A czego życzyć Wam?

Podsumowanie 2021

Część I

Jeżeli chcesz przejść do części II, kliknij TUTAJ

Z czego jestem dumny, co udało mi się osiągnąć w 2021r.

Chyba najważniejszym skokiem osobistym było wejście na ścieżkę nurkowań dekompresyjnych i zrobienie uprawnień Advanced Nitrox. To kolejny ważny krok w moim osobistym rozwoju, który postawiłem sobie dawno temu na liście celów. Tym bardziej się cieszę, że zrobiłem te uprawnienia pod okiem Kuby Urbaniaka, który jest jeżeli nie pokrewną mi duszą to na pewno stworzoną z podobnej matrycy i dogadywaliśmy się w zasadzie  bez zbędnych słów. Docelowo dla mnie to szczęśliwy traf, że znalazłem taką duszę, gdy plany idą dalej – zamierzam za jakiś czas zdobyć uprawnienia instruktorskie i bardzo chętnie będę asystował Kubie przy kolejnych kursach by zdobywać bezcenną wiedzę w tym zakresie. Jeszcze jedna rzecz się w tym układzie bardzo zgadza – obaj mamy autentycznego hyzia na temat rozsądnego podchodzenia do nurkowania i ja tej szkoły będę się trzymał. Ścieżka dekompresyjna jest piękna, nęcąca, ale by podnosić znacząco ryzyko nukowań, trzeba to robić w jakimś celu, a nie tylko by sobie i innym udowadniać wielkość/twardość niektórych części ciała. Będę to uzmysławiał każdej osobie, która będzie chciała iść tą ścieżką i nie zamierzam odpuszczać nikomu na żadnym polu tylko po to by był szczęśliwy z otrzymania certyfikatu, a niekoniecznie odpowiedniego szkolenia. Dla mnie w nurkowaniu dekompresyjnym celem są wraki, których nie osiągnę w limitach rekreacyjnych. Ale o tym później.

Po kolei. Niech to będzie kompletny przegląd wydarzeń roku 2021.

Styczeń, luty, marzec.

Fot. kubaCE. Deepspot przy zgaszonych lampach.

W ogóle okres zimowy minął mi pod znakiem Deepspot. Myślę, że to jeden z ważniejszych punktów zmieniających mój dotychczasowy proces szkoleniowy i bardzo wpływający na moje podejście do nurkowania. Deepspot daje mi genialne miejsce do realizacji części basenowej kursu podstawowego, do tego mogę odbyć pod dachem, w kapitalnych warunkach część szkoleń robionych dotąd na wodach otwartych. Nie wszystkim kursom to może służyć, ale w wielu przypadkach bardzo pomaga: ćwiczenie pływalności, poruszanie się po przestrzeniach ograniczających swobodę, różne głębokości dla różnych poziomów doświadczenia. Wstyd się przyznać, ale od zimy 2020/2021 zupełnie nie chce mi się wyjeżdżać na wody otwarte w okresie zimowym. Ten czas spędzałem na warsztatach basenowych, nocnych nurkowaniach, nurkowaniach przypominających, prowadziłem całe bloki kursów OWD cały czas pod komfortowym dachem Deepspotu.

Udało się wyskoczyć na Piechcin i nad Honoratkę. Piekielne zimno, przyzwoita wizura, ale wcale nie jakaś powalająca, jakiej można byłoby oczekiwać od okresu zimnej wody. Za każdym razem to sobie powtarzałem wracając z ogromną przyjemnością do sztucznego zbiornika w Mszczonowie.

Fot. kubaCE. Kobanya

W marcu już chłonąłem wiedzę teoretyczną z kursu IANTD Advanced Nitrox i dałem radę wyskoczyć do budapesztańskiej kopalni Kobanya. Przejazd w okresie panowania europejskich obostrzeń związanych z pandemią to był dla mnie nie lada wyczyn logistyczny i sporo stresu związanego z wieloma niewiadomymi. Musieliśmy zdobyć potwierdzenie, że jedziemy w konkretnym celu do Budapesztu by przekroczyć granicę, musieliśmy jechać trochę na około, bo Czechy zamknęły się na wszelki ruch, nawet tranzytowy. W Budapeszcie musieliśmy zrobić sobie testy PCR przed powrotem do Polski. Każda kontrola na granicy i po drodze to dodatkowy zastrzyk stresu. Słowacka policja wręcz wręczyła nam mandaty za brak maseczek w aucie (wolno było tylko spokrewnionym, my nie chcieliśmy ani łgać, ani kłócić się). Kosztowało nas to coś koło 10 Euro chyba? No jakoś to przeżyliśmy! Warto było znowu zobaczyć wspaniałe komnaty Kobanyi. Smutny był tylko covidowy Budapeszt, mało ludzi, knajpki wydające pokarm tylko na wynos, ale nie odmówiliśmy sobie spaceru wzdłuż Dunaju.

Kwiecień.

To mocne dociśnięcie pedału gazu ze szkoleniami przed otwarciem sezonu ciepłego w Polsce. To także ćwiczenia przygotowujące do kursu Advanced Nitrox.  Mi udało się jeszcze trafić na plan filmowy rodzimej produkcji. Strasznie żałuję, że tak strasznie mało się u nas kręci zdjęć w wodzie i pod wodą, bo to kapitalna robota. Fajna zabawa przede wszystkim, choć czasem i ciężka praca. To były bodajże trzy czy cztery dni po kilkanaście godzin spędzonych na planie. Tak, tak, możecie się zdziwić, ale ci goście pracują zwykle po jedenaście albo dwanaście godzin dziennie. Jak to się zdarza raz na kilka miesięcy to jest fajnie, ale taki rozchwytywany koordynator kaskaderów, albo kaskader jeżdżący z planu na plan to chyba w ogóle nie ma życia osobistego. Mocno cygańskie z resztą to życie jak patrzę na ludzi z branży filmowej. Ja się cieszę, że raz na jakiś czas mogę ich popodglądać w pracy, zwłaszcza, że ekipa Stunt Service Tomka Lewandowskiego to całkiem profesjonalna grupa pozytywnych wariatów. A do tego jeszcze miałem dużo roboty pod wodą. Tylko tym razem spędziłem w sucharze po kilkanaście godzin dziennie i miałem go na koniec serdecznie dość. Zwłaszcza neoprenowej kryzy, która nie miała kiedy wyschnąć i po prostu zaczęła śmierdzieć. Nie polecam kryzy neoprenowej jeżeli komuś zdarza się spędzać w skafandrze więcej niż dwie godzinki dziennie.

Serial w reżyserii Kasi Adamik ma pojawić się na platformie Netflix w nowym roku, albo później. To produkcja fantasy, coś a’la Polskie Baśnie Bagińskiego. Jestem bardzo ciekaw efektu końcowego.

Fot. kubaCE. Natalia dubluje z uśmiechem na twarzy. Zaraz auto zniknie pod wodą.

Maj.

To wody otwarte kończące kurs Advanced Nitrox. Kurs kończyliśmy na Hańczy wykonując kilka zanurzeń dziennie i wisząc za każdym razem cholerną godzinę w cholernie zimnej wodzie nad cholerną platformą. Ćwiczenia, procedury, powtórki. Pogoda w dodatku wyjątkowo wredna – ostatniego dnia powróciła zima. Dostałem naprawdę mocno w kość, ale dzięki temu ostatnie nurkowanie wieńczące kurs – wyprawa na księżycówkę i pierwsza legalna dekompresja to było bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.

fot. kubaCE. Pan nadInstruktor i współkursanci.

Udało się też w ramach klubowej działalności skrzyknąć ekipę na wyprawę w góry. Nie nurkować, tylko pochodzić. Towarzystwo się zebrało zacne, pojechaliśmy więc pochodzić po Gorcach i Tatrach, trafiliśmy pięknie w pogodę, więc przedłużony weekend minął nam pod znakiem gorczańskiego Turbacza (piękna, długa, ale łatwa trasa) i tatrzańskiej Doliny Czarnego Stawu (jedna z podgrup w tym czasie poszła na Kasprowy), czyli po drodze przeszliśmy przez moją ulubioną Halę Gąsienicową. Pod Czarnym Stawem zalegała jeszcze konkretna czapa śniegowa, więc było całkiem emocjonujące dojście do Czarnego Stawu. To było coś, co na pewno będę chciał powtarzać. Zostawiłem kawał serca w górach.

Z drugiej strony maj to kolejne rozczarowanie. Na rok dwa tysiące dwadzieścia jeden zaplanowałem dużo wypraw na Bałtyk, w tym co najmniej cztery związane z jednostką Hanter wypływającą z Łeby. Odwoływałem po kolei wszystkie rejsy Hanterem i jakaś połowa wypraw innymi jednostkami odbywała się w innym od zamierzonego zakresie. Bałtyk w tym roku mocno dał mi do zrozumienia, że lubić go można, ale nie należy się przyzwyczajać. Charakter ma on kapryśny i lubi to pokazywać.

Źródło: POLSAT. Kard z 10. odcinka „Komisarz Mama”. Autor w wodzie z Joasią, na burcie RIBa siedzi Mirek.

Czerwiec.

Na Bałtyk dotarłem więc dopiero w połowie roku, ale jeszcze po drodze, na dzień dziecka zabezpieczałem plan zdjęciowy na Narwii. Bardzo przesympatyczna aktorka, Joanna Niemirska miała scenę jak wynurza się z wody i informuje ludzi na łódce o znalezionym trupie. Odbyliśmy najpierw sesję zapoznawczą ze sprzętem nurkowym na Deepspocie, poćwiczyliśmy podstawowe procedury nurkowe i potem asystowałem jej w wodzie przez całe ujęcia pilnując by czuła komfort – co nie było łatwe, bo byliśmy na środku rzeki – i była zabezpieczona – dlatego cały czas trzymałem ją pod wodą, do tego drugi kaskader, Mirek Pisarek, trzymał ją na linie zabezpieczającej. Cała magia małego ekranu! I tak na koncie mam kolejną Wielką Rolę bezimiennego nurka partnerującego pani policjantce. Czyste szaleństwo! Tak więc znalazłem się w napisach końcowych jako „Ewolucje kaskaderskie” obok znakomitego kaskadera Mirka Pisarka i świetnego (oaza spokoju) koordynatora kaskaderów, Sławka Kurka. Kolejna fajna współpraca ze Stunt Service. Pamiętajcie, odcinek dziesiąty serialu „Komisarz Mama” na Polsacie. 🙂

Na Bałtyku wyszedł nam jeden dzień nurkowań. Nurkowaliśmy z Helu, więc zamówiłem mojego ukochanego Trałowca zaraz obok portu na Helu. Wrak głęboki, w sam raz na dekompresję, ale tym razem mając pod opieką nurka rekreacyjnego spotkałem się z Trałowcem tylko na kilka minut, starając się wprawiać w fotografii podwodnej. Kilka ujęć spod wody zostało, choć jeszcze daleko do ideału. To kolejna umiejętność, którą chcę rozwijać. Zaczęło się od troszkę porządniejszego zestawu fotograficznego – czyli bardziej ambitnej (od gopro głównie, którym dotąd operowałem) małpki i zestawu porządniejszych lamp błyskowych. Ceny sprzętu fotograficznego podwodnego przyprawiają o zawrót głowy, a potem człowiek próbuje opanować tego wielkiego pająka pod wodą, mało to wszystko poręczne. Doceniajmy więc fotografów podwodnych, bo nie jest to łatwy kawałek chleba.

Fot. kubaCE. Trałowiec.

W ramach ciągłych zmian planów bałtyckich, drugiego dnia zamiast nurkować na wrakach, musieliśmy nurkować na Kaszubach. Pogoda na Bałtyku nie dopuszczała opcji nurkowania. Wybraliśmy się więc poznać bazę nurkową gdyńskiego Trytona nad kaszubskim jeziorem Kłodno. Ładnie to wpasowane w wakacyjny krajobraz, rozbudowana baza, ale wrażenie chaosu i tymczasowości niestety typowe jest dla naszych baz nurkowych. Pod wodą nawet przyzwoita wizura, ale kompletna pustynia. Zanurkować tam warto tylko będąc przy okazji w okolicy, ale żeby specjalnie po to tam jechać? No nie.

CIĄG DALSZY W CZĘŚCI II

Santi karlsruhe

Otwarcie nowej warszawskiej siedziby Santi Concept Store połączone z prezentacją zdjęć z wyprawy Santi Karlsruhe.

foto: kubaCE

Tomek Stachura umie oczarować ludzi i opowiada o nurkowaniu jak nikt inny. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby przygotować go do prezentacji zdjęć z międzynarodowych mistrzostw gry w Bingo dla zawodników w wieku 80-90 lat, gdyby tylko poczuł pasję tych zawodów, opowiedziałby o tym najlepiej na tej planecie. Ten facet ma dar opowiadania! Właśnie dlatego musiałem w końcu dotrzeć na prezentację Tomka i posłuchać jego opowieści o najnowszej ekspedycji ekipy Baltictech.

Zanim nastała prezentacja…
… toczyły się liczne rozmowy w kuluarach…
… a gospodarze uwijali się w ukropie.

Podejrzewam, że Tomek mógł minąć się z powołaniem. Gdyby dać mu szansę, mógłby z powodzeniem zajmować się pozyskiwaniem środków na kolejne ekspedycje. Dać mu tylko wybór dobrych zdjęć, dobrą opowieść do snucia i już mamy przepis na sukces. Tym razem okazję do posłuchania Tomka mieliśmy przy okazji uruchomienia nowej siedziby warszawskiej delegatury Santi Concept Store. Tomek uświetnił otwarcie oddziału swojego imperium przyciągając uwagę warszawskich nurków. A tych namawiać do takiego spotkania nie trzeba było. Zgodnie z informacjami na Facebooku uczestnictwo w imprezie zadeklarowało około sto pięćdziesiąt osób. Nie sądzę by ktoś policzył, ilu ostatecznie przybyło, ale pewnie nie było jakoś dużo mniej ludzi. Nowa siedziba Santi w szczytowym momencie wieczoru pękała w szwach. Niespecjalnie było widać, żeby gdzieś było dużo wolnego miejsca, a trzeba przyznać, że nowa siedziba Santi ma zdecydowanie lepsze warunki do podejmowania dużej ilości gości.

Michał Kosut w ogniu pytań o zmianę miejsca pracy
Tomek Stachura w trakcie przygotowań
I zaczyna się prelekcja.

Warto nadmienić, że zainteresowanie wydarzeniem to nie tylko zasługa popularności marki Santi i Tomka Stachury jako bardzo zdolnego aktora wydarzenia. Widać, że w narodzie jest duży głód spotkań międzynurkowych po długim okresie pandemicznych ograniczeń i że ludzie wprost garną do każdej okazji integracji środowiskowej. Do tego bardzo nośny temat, którym ostatnio Internet z innymi mediami żył intensywnie. Karlsruhe. Ekspedycja Baltictech zbadała dokładnie wrak jednego z ostatnich niemieckich okrętów opuszczających oblegany przez Armię Czerwoną Królewiec. Niby nic specjalnego w tym statku, jednym z wielu, które brały udział w operacji Hannibal – ewakuacji morskiej Niemców w ostatnim okresie wojny. O tyle jednak sprawa ciekawa, że był to praktycznie ostatni statek wywożący dużą ilość towaru z oblężonego miasta, gdzie Niemcy zgromadzili dużą ilość skarbów. To właśnie w Królewcu po raz ostatni widziano Bursztynową Komnatę, po której ślad zaginął po wojnie. Trzeba sobie uzmysłowić, że w ostatnich dniach wojny Niemcy głównie skupili się na ewakuacji ludności z terenów wcześniej okupowanych, które teraz systematycznie odbierała im Armia Czerwona. Trzeba pamiętać, że spanikowani Niemcy nie mieli żadnych złudzeń wobec intencji kroczących ku nim żołnierzy sowieckich. Każdemu cywilowi i żołnierzowi zależało by znaleźć się jak najdalej poza zasięgiem Sowietów. A tutaj nagle w środku wojennej zawieruchy i nerwowej ewakuacji trafia się statek, który dostaje bardzo wyraźny rozkaz przyjęcia i przetransportowania ładunku 360t upchanego w starannie zabezpieczone skrzynie. Tylko decyzją kapitana „Karlsruhe” przyjął na pokład ok. 900 osób ewakuowanych z Królewca. Statek jednak dość krótko po opuszczeniu brzegu zostaje zbombardowany i idzie w rekordowo krótkim czasie na dno. Zabiera z powierzchni nie tylko około ośmiuset dusz, ale też tajemnicę zawartości ładowni.

Tomek Stachura tkał swoją opowieść najpierw o krystalizowaniu się zamysłów grupy Baltictech, która chciała odkryć ostatnie zaginione jednostki biorące udział w operacji Hannibal, potem opowiadał o odnalezieniu „Karlsruhe” i właśnie o tym jak członkowie grupy uświadomili sobie, że ładownie statku mogą skrywać jedną z większych sensacji historycznych XX wieku.

Niestety, nie jest już tajemnicą, że wyprawa nie potwierdziła tej sensacji, ale też można żyć nadzieją, że wrak „Karlsruhe” wciąż skrywa wiele tajemnic także w skrzyniach przykrytych dwumetrową warstwą mułu. Nic jednak z tego nie zepsuło nastroju wieczoru, gdyż Tomek ze swadą opowiedział o całej organizacji nurkowań, o podchodach i grach, które toczyły się między poszukiwaczami a przedstawicielami urzędów, którzy byli obecni na pokładzie.

Może ta wyprawa nie jest żadnym kamieniem milowym w odkrywaniu historii wraków spoczywających na dnie Bałtyku, ale jest na pewno ogromnie ciekawym wydarzeniem, o którym fantastycznie opowiada Tomek. Mam nadzieję, że grupa teraz wróci do tematu „Orła” i na tapecie znów będzie akcja „Santi. Odnaleźć Orła”, ale jestem niemal pewien, że wyprawa „Karlsruhe” była bardzo potrzebna członkom ekipy Baltictech by dać im sporo nowej wiedzy o sposobach poszukiwań, by dać im też dużo nowej energii do poszukiwań, a także – o czym bardzo marzę – by dać im potrzebny zasób środków na wyprawę.

Czytasz? Fajnie! Napisał(a)byś? Jeszcze fajniej!

Ogłoszenie!
Nurkolog to moje dziecko, projekt totalnie autorski. Mam masę pomysłów na rozwój, na zrobienie fajnego zjawiska w naszej nurkowej przestrzeni, ale zwyczajnie mi czasu brakuje.
Chcesz mi pomóc? Lubisz pisać? Czujesz, że masz coś ciekawego do powiedzenia? Napisz do mnie!
Szukam przeciwnej duszy, z którą stworzę ferment twórczy i która pchnie Nurkologa w nową mańkę. Mogę zainspirować, ale też liczę na kontr-inspirację.
Jest robota nie tylko tekstowa, ale jest też kanał na YouTube, są pomysły na nagrania audio.
Napisz mi krótki tekst, albo nagraj krótki materiał o ulubionym miejscu nurkowym albo o fajnym nurkowym sprzęcie, który zrobił na Tobie wrażenie. Ślij zapytania jak i propozycje na: kontakt@nurkolog.pl

Deepspot – czy warto nurkować w basenie?

 

Czterdzieści pięć metrów głębokości, fantastyczna wizura cały rok, trzydzieści stopni i zawsze idealne warunki do nurkowania. Gdy ustawisz się w jednym konkretnym miejscu, przy odrobinie szczęścia z powierzchni będziesz w stanie zobaczyć napis „45,4 m” na dnie najgłębszej studni basenu.

Wejście do głębi Deepspot

Deepspot – najgłębszy basen dla nurków to już fakt. Wystarczy pojechać do Mszczonowa i proszę, stoi, można skorzystać. Tym samym Polska dołącza do Włoch (Y40 Deep Joy) i do Belgii (Nemo33) mając swój specjalny basen wybudowany właśnie dla nas, nurków. Dla naszej przyjemności i do naszego użytku. Do tego, w tej chwili Deepspot jest najgłębszym basenem ze wszystkich. Ma szansę go zdetronizować dopiero brytyjski Blue Abyss, ale ten projekt jeszcze nie zaczął nabierać nawet realnych kształtów. Ostatnia informacja z zeszłego roku mówi o przeniesieniu inwestycji w inny region kraju. Zatem przynajmniej przez rok Polska jest liderem wśród głębokich basenów dla nurków.

Deepspot – dla kogo to jest i dlaczego warto się tam wybrać choć raz w życiu? Sztuczny zbiornik schowany pod dachem, przygotowany dla nurków wszelakiej maści, a więc: ma tubę, w której można zejść do 45m głębokości. Jest system „jaskiń” (cztery poziomy, jeden nad drugim, z każdego sporo prostych dróg ucieczki), jest „wrak” na dnie niecki 20m, jest płytka część dla ludzi stawiających pierwsze kroki pod wodą. Możemy więc w tym miejscu spróbować nurkowania, wykonać rekreacyjne nurkowanie ze sprzętem, poćwiczyć różne umiejętności, wyszkolić się lub ćwiczyć nurkowanie na bezdechu, wykonać testy lub szkolenia sprzętowe, itd. Tak wyglądają zamysły autorów tej atrakcji.

Korytarz jeszcze przed otwarciem

Ja czytam jednak komentarze (głównie na Facebooku) i mam wrażenie, że znakomita większość doświadczonych nurków oczekuje od autorów projektu by wodę wypuszczono, inwestycję zasypano ziemią i by wszyscy udawali, że nie było takiego tematu. Na start orzeczono, że to „jak zwykle lipa”. Czytając te wpisy odnoszę wrażenie, że znakomita część osób nie ma bladego pojęcia o co chodzi w takim basenie.

Po co buduje się takie rzeczy i jaki to ma sens? Przecież większość z nas to nurkowie rekreacyjni wciąż szukający nowych wrażeń, miejsc, odkryć. Jeżeli nawet wybierzemy się tam na jedno nurkowanie to pewnie to będzie ten pierwszy i ostatni raz, bo po co nurkować w basenie. A! No i są przecież te wszystkie ograniczenia i niedogodności!

Pierwszą niedogodnością będzie cena. Bilet regularny dla samotnego scuba divera to aż 300 (TRZYSTA) złotych! Chwila, chwila, zanim zrobisz aferę, sprawdź konfigurator i poklikaj różne kombinacje. Wysoka cena pojawia się tylko w sytuacji, gdy rezerwujesz dla siebie 1 wejście i system zakłada, że chcesz wejść bez partnera – wtedy dolicza ci koszt opieki instruktora z Deepspot. Jednak idąc już parą, rezerwując wspólnie, zależnie od kombinacji terminu, godziny cena waha się od 189 do 219zł (zakłada się, że po siedemnastej i w weekendy będą godziny szczytu na basenie i wtedy jest ciut drożej). Bilet uprawnia do jednego wejścia obejmującego około czterdzieści pięć minut nurkowania (sześćdziesiąt minut na wszystko), zapewniony jest cały podstawowy sprzęt, w tym napełniona powietrzem butla o pojemności 12l. Można (i warto) przynieść jedynie swoją maskę i komputer. Naczelny zarzut pod adresem tych warunków: można przecież zebrać się autem w kilka osób i pojechać na jeden dzień nurkowania nad jednym z polskich zbiorników i zapłaci się mniej za kilka nurkowań – nielimitowanych w zasadzie niczym poza NDL, ilością powietrza i własnym widzi-mi-się. Ktoś już nawet policzył, że jakby zrobić dziesięć nurkowań w Deepspot to już jest kasa zbliżona do pakietu w jakimś urokliwym Egipcie, czy czymś podobnym.

Kolejne niedogodności: wszystko na to wskazuje, że Deepspot wzorem pozostałych obiektów tego typu nie będzie pozwalał na wnoszenie swojego sprzętu. Cały sprzęt potrzebny do wykonania nurkowania jest uwzględniony w cenie: płetwy, BCD, butla i automat. Do tego limit czasu – 45 minut, mała butla, bo tylko 12l. A przecież robienie nurka na 45 metrów na nieswoim automacie, pojedynczej butli o pojemności 12l i bez skafandra, zapasowej maski, narzędzia do wycinania i dwóch latarek to zabójstwo!

Zacznijmy się więc po kolei mierzyć ze wspomnianymi „potykaczami”. Na początek cena. Jeżeli będziemy ją odnosić do różnych innych nurkowych atrakcji, które są w naszym zasięgu to najłatwiej to porównać do wypadu na cały dzień na polskie nurkowisko. Tylko nie zawsze mamy pogodę zachęcającą nas do nurkowania w polskim zbiorniku, są wśród nas często nurkowie, którzy generalnie w Polsce nie nurkują. Czasem też nie mamy tyle czasu, możliwości czy ochoty organizować sobie coś bardziej skomplikowanego logistycznie. Wtedy właśnie na tapetę wchodzi taki Deepspot. Masz zachciankę zanurkować, albo coś sprawdzić, poćwiczyć? Wchodzisz na stronę, kupujesz i ju. Wystarczy tylko dojechać na ustaloną godzinę i zanurkować. Nigdy nie będziesz odnosić Deepspotu do wyjazdu za granicę, bo jeżeli masz czas, możliwość i ochotę – to zawsze wygra wyjazd na wody otwarte, Deepspot nigdy nie będzie ciekawą alternatywą dla porządniejszego wypadu na nurki w terenie. Czy jest to dużo, czy mało, zwłaszcza w odniesieniu do innych basenów tego typu? Nie chcę tego oceniać, cena wydaje się normalna za tego typu atrakcję, zważywszy, że wszystko jest już w tej cenie. Co do dokładnej atrakcyjności – myślę, że sam rynek to zweryfikuje i czas pokaże. Większość i tak z pewnością zaplanuje to jedno jedyne nurkowanie by zobaczyć obiekt z nastawieniem, że raczej tego doświadczenia nie powtórzą. I wtedy to dwieście złotych jakoś strasznie nie brzmi.

Swojego sprzętu nie wniesiesz. Dla wielu ludzi jest to zaskoczenie. Skandal i tragedia. Tylko proszę teraz sprawdzić, jak działają pozostałe baseny tego typu. Powtarzanie w kółko tego „zarzutu” oznacza, że autorzy zarzutu nigdy nie interesowali się ofertą głębokich basenów dla nurków, bo jest to niestety normalna praktyka, na tle której Deepspot nie wymyślił niczego nowego. Zapewne więc osoby mocno przywiązane do własnej konfiguracji nie rozważały nurkowań ani w Nemo33, ani w Y-40 Deep Joy i obawiam się, że mocno może to zabrzmi, ale nikt nie spodziewa się, że nagle zmienią upodobania i zaczną walić drzwiami i oknami do Deepspotu. Trudno, chcesz zanurkować w tym basenie, zostawiasz swój sprzęt. Czy to źle? Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz napiszę dlaczego uważam, że wcale nie jest tak źle.

Zasada ta wynika z prostej ekonomii przedsięwzięcia. Trzeba cholernie dużo wody by napełnić taki zbiornik i nikt tu nie planuje tej wody wymieniać. Za jej oczyszczanie odpowiada potężna machina filtrująca, która przepuszcza całą objętość zbiornika cztery razy dziennie, ale wciąż jest ryzyko, że ktoś na swoim sprzęcie przyniesie jakieś bakterie, albo zanieczyszczenie chemiczne, które zmusi obsługę do jakiejś interwencyjnej wymiany wody. Wyobraźcie sobie teraz chociażby kilka dni przestoju takiego obiektu (wynikające z tego koszty), chociażby częściową, albo pełną wymianę wody w takim zbiorniku. Już sobie wyobrażam jak właściciele trzęsą się na samą myśl o takich „przygodach”, bo ktoś zwyczajnie nieświadomie doprowadził do takiej sytuacji. Nie chodzi tutaj o nic takiego, że ktoś nie wypłucze z błotka płetw, albo wejdzie z zapiaszczonym zestawem wypornościowym. Nasz sprzęt może być starannie wypłukany, ale nie wszystko widać gołym okiem.

Deepspot i tak pozwala na całkiem sporo. Wręcz jest to dla mnie zastanawiające – czy nie próbując zmiękczać politykę, strzelają sobie w płetwę? Według opisu na nurkowanie może być wniesione: „maska; fajka; automat oddechowy; płetwy; komputer nurkowy; rush vest” (pisownia oryginalna). Po pierwsze, komunikat w kwestii higieny jest wtedy niejasny – coś sporo rzeczy prosto z wody niemalże może być wniesione i zwiększa się ryzyko przywleczenia jakiegoś badziewia (po drugie).

Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw, które toczyły się lub toczą się za kulisami inwestycji. Od początku opracowywania koncepcji toczyły się burze mózgów odnośnie wnoszenia swojego sprzętu i wciąż jest małe okienko, że może po jakimś czasie, albo na specjalnych warunkach będzie możliwość wnoszenia swojego sprzętu. Czas pokaże. Na przykład przed otwarciem zarówno ja z członkami ze swojego klubu Nurklub.pl jak i członkowie innych szkół i centrów nurkowych mogli testować zbiornik w swoim sprzęcie. Kto wie, może to będzie utrzymane. Dajmy sobie czas i szansę organizatorom miejsca. Nawet, jeżeli teraz nie będziemy mogli wejść w swoim sprzęcie, na miejscu ma być dostępny sprzęt wysokiej klasy z oferty Maresa. Nie jest żadną tajemnicą, że Deepspot zawarł umowę z konsorcjum Head Group, właścicielami marek: SSI i Mares. Stąd Deepspot jest centrum szkoleniowym SSI a cały sprzęt do nurkowania zapewni Mares. Nie wiem, na jakim etapie są teraz rozmowy, ale od początku były plany, by oprócz podstawowego rekreacyjnego sprzętu na miejscu dostępny był segment Mares XR: skrzydła, zestawy side-mount, zestawy twin-set i odpowiednie do tego wyposażenie. Rozważano też wprowadzenie innych marek, tam, gdzie Mares nie ma swojej propozycji. Generalnie celem jest przyciąganie uwagi nurków bardziej zaawansowanych i umożliwianie szkolenia na bardziej zaawansowanym sprzęcie. W końcu Mares to także oszczędzarka Mares Horizon. Jeżeli więc nie będzie można wnosić swojego sprzętu, będzie dostępna (nawet jeżeli nie od razu to za jakiś czas) cała gama sprzętu dla wymagających.

Pozostaje jeszcze przeanalizować limit czasu, jaki nam dają w ramach dostępnego obecnie vouchera, a także ilość gazu do oddychania. Podkreślam, że mówimy tu póki co tylko o jednym wariancie dostępu, przeznaczonym dla nurków rekreacyjnych, którzy chcą po prostu zaliczyć „fun dive”. Można spodziewać się, że niebawem światło dzienne ujrzą kolejne warianty, pakiety: na serię wejść, na szkolenia, wejścia dla freediverów, instruktorów i tak dalej.

W ramach mojego testowego nurkowania wykonałem ze swoją grupą nurkowanie trwające właśnie czterdzieści pięć minut. Nurkowałem na zestawie podwójnym 2x12l, komputer Suunto (którego model i tak słynie z wysokiego konserwatyzmu) ustawiłem na najniższy konserwatyzm. W trakcie tego nurkowania mogłem spokojnym tempem zejść na dno tuby, odbić się od dna, rozpocząć spokojne wynurzanie (siedzenie przy dnie dłużej niż minutę nie ma sensu, tam nie ma co oglądać), dwa przystanki po drodze wykonane. Wizyta w tubie wraz z dodatkowym, głębokim przystankiem, dokładnym spokojnym zwiedzeniem tuneli „jaskiniowych” i zabawach na płytkiej wodzie zajęła nam dokładnie 44 minuty. W tym czasie zużyłem niecałą połowę zapasu powietrza, a zużycie mam raczej przeciętne, nie jestem żadnym asem oszczędności gazu. Można założyć więc, że osoba wyposażona w pojedynczą butlę będzie w stanie odwiedzić wszystkie atrakcje za jednym nurkowaniem, choć istnieje ryzyko, że zakończy nurkowanie z mniejszą ilością gazu niż obowiązkowe minimum pięćdziesiąt barów. Osoby z większym zużyciem będą musiały podzielić zwiedzanie na dwie tury – ale przecież o to chodzi twórcom. Nie mamy tam siedzieć w nieskończoność, tylko coś ma nas limitować. Jeśli nie NDL to na pewno ograniczona ilość gazu.

Ja się zwyczajnie cieszę, wręcz jaram tym, że coś takiego zbudowano tu w Polsce, że ten nasz kraj pomimo wszystko potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej i czymś się wybić ponad przeciętność (i wcale nie mówię tu o skali głupoty, jaką serwują nam politycy ogółem swoim). Stąd smutno mi, że poraz kolejny „fejsbukowi specjaliści” mnie nie zawiedli i objechali projekt z góry na dół. Coś jest w tym narodzie, że każdą najfajniejszą rzecz musi ocenić krytycznie, rozłożyć na czynniki pierwsze i zwyczajnie po ludzku dowalić się. Tak jakby naprawdę z niczego, co tutaj zrobimy, sprowadzimy czy zorganizujemy, nie można się tak normalnie, po ludzku cieszyć. Być zwyczajnie dumnym i zadowolonym. Deep Spot nie jest żadną nowinką. Jest trzecim w historii głębokim basenem budowanym specjalnie dla nurków (mówię tu o głębokościach 30+). Jest to kawał solidnej architektonicznej roboty, ciekawie zaprojektowana niecka dająca sporo frajdy nawet takim starym wyjadaczom jak ja. Będę pewnie chciał kiedyś zaliczyć włoski Y-40 by mieć zaliczone wszystkie trzy baseny, ale jeżeli chodzi o wrażenia z Nemo33 to nasz basen obecnie wygrywa w moim prywatnym rankingu jeżeli chodzi o atrakcyjność niecki. Zobaczymy, jak dalej potoczą się losy oferty ośrodka, czy i kiedy dojdzie zaawansowany sprzęt, jak będzie układać się współpraca z polskimi szkołami i centrami nurkowymi, czy będą jakieś dodatkowe atrakcje i wydarzenia mogące ożywić zainteresowanie obiektem osób nienurkujących, nurkujących sporadycznie i zaawansowanych nurków. Ja chcę być dobrej myśli i trzymam mocno kciuki za to miejsce.

Kolejna maska pod wodą