Archiwum kategorii: ogólnie

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

Titanic – wszystko to, o czym mogliście nie wiedzieć. Część I

001

Mija właśnie sto piąta rocznica tragicznego rejsu Titanica, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku świat dumnych ludzi uległ dramatycznej zmianie kiedy bardzo nowoczesny i bardzo luksusowy statek po lekkim otarciu o kawałek lodu dryfujący po ogromnej kałuży oceanu atlantyckiego zaczął szybko nabierać wodę wbrew zamysłom projektantów, którzy byli przekonani, że zbudowali „prawie niezatapialny statek”. W niecałe dwie godziny statek poleciał na dno Atlantyku zabierając pod wodę ponad tysiąc pięćset osób. Tekst ten siedział mi w głowie już długi czas.

Zgromadzona wiedza nie jest wcale tajna, ani szczególnie niedostępna. Wszystkie te wiadomości można znaleźć w Internecie i różnych książkach. Ja je tylko zebrałem, wybierając najciekawsze i najistotniejsze informacje. Wybór jest absolutnie nie obiektywny. Po raz pierwszy usiadłem nad uporządkowaniem tej treści, kiedy przygotowywałem się do wykładu, który poprowadziłem na spotkaniu Klubu 4divers. Materiał jest na tyle obszerny (a jak wiecie, lubię się rozpisać), że postanowiłem go podzielić na dwie części. Zapraszam więc do lektury części pierwszej.

002
Clive Cussler. Autor serii powieści przygodowych.

GDZIE LEŻY MAGNES?

Jest coś w tej historii, co bardzo mnie pociągało już od dawnych młodzieńczych lat, daleko przed tym, zanim zapisałem się na kurs nurkowania (ale już w kościach czułem, że kiedyś będę nurkować). Wszystko zaczęło się od serii powieści Clive’a Cusslera o przygodach dzielnego i bardzo szczęśliwego nurka – badacza, Dirka Pitta, który wraz z przedsiębiorczą grupą pracującą dla niesamowitej narodowej agencji poszukiwań podwodnych NUMA poszukiwał różnych obiektów pod wodą, lub w jakiś sposób z nią związanych. Szczęśliwy dlatego, że posiadał niekończące się pokłady fartu, z każdej najgorszej kabały ratował się głównie dzięki szczęściu. Trzeba było trafu, że akurat gdy leżał spętany i pilnowany przez uzbrojonych zbirów coś zdarzało się takiego, że za chwilę jego wrogowie leżeli na ziemi a on już biegł w stronę cennego skarbu. Literatura przygodowa może nie najwyższej próby, ale bardzo działająca na moją wyobraźnię. Bardzo chętnie chłonąłem kolejne przygody Dirka. Bodajże najpierw był „Vixen 03” a potem „Lodowa Pułapka” i wtedy nastąpił ten błysk, to coś. Zaiskrzyło. Kolejna powieść w moich rękach, „Podnieść Titanica”, uruchomiła mnie. Dostałem absolutnego kręcioła na punkcie statku. Jakże mocno działało na moją wyobraźnię całe to zamieszanie z wrakiem luksusowego liniowca, w ładowniach którego miał znajdować się tajemniczy radioaktywny pierwiastek, który miał zmienić losy świata i zmienić bieg zimnej wojny. Najpierw mozolne poszukiwania wraku, podniecające odkrycie, a potem dramatyczne wydobycie statku na powierzchnię wody. Już we wstępie autor podkreślał, że pisząc powieść nie spodziewał się, że statek zaraz właśnie zostanie odnaleziony i że będzie się znajdować w tak świetnym stanie, choć niestety nie w jednym kawałku. Musiałem wiedzieć jak najwięcej o nim, musiałem zbadać jego prawdziwą historię. Źródłem informacji nie był na pewno film, który obejrzałem wiele lat później – na podstawie książki Cusslera, o tym samym tytule „Podnieść Titanica” – solidna, ale okropnie nudna produkcja amerykańska z lat osiemdziesiątych. Dość porządne tradycyjne efekty specjalne robiły niezłe wrażenie. Filmowcy zbudowali na serio ogromny model zniszczonego ale kompletnego wraku, który wydostaje się na powierzchnię oceanu  i kończy swój rejs wpływając triumfalnie do portu w Nowym Jorku.

005
Tak w ujęciu filmowców miał wyglądać Titanic po wydobyciu z dna oceanu atlantyckiego.

Opis statku w książce był bliższy realizmowi niż w filmie, w którym filmowcy stwierdzili, że realizm nie jest tak romantyczny jak wizja, gdy wrak, który najpierw opadał szybko cztery kilometry na dno (pęd wody, wiadomo, zrywa wszystko, opór jest silny), a potem szybko frunął do góry, równie daleko – mógł zachować wciąż takie elementy wyposażenia jak kominy, maszty i olinowanie! Film warto obejrzeć tylko dla samego odnalezienia i wyciągnięcia statku z dna. Cała fabuła jest jedynie wspomnieniem po całkiem wciągającej i zawiłej historii z książki. Miły dla oczu jest epizod sir Aleca Guinessa – odtwórcy roli Obi Wan Kenobiego w starych Gwiezdnych Wojnach.

004
Plakat filmu

Wróćmy jednak do rzeczywistości i do mojej świeżo rozkwitłej miłości do historii statku z początku dwudziestego wieku. Wyobraźcie sobie młodego człowieka, który wydaje swoje niezbyt pokaźne kieszonkowe na ogromniastą książkę – album „Odnalezienie Titanica” autorstwa Roberta D. Ballarda. Książka kosztowała wtedy trzydzieści jeden złotych (na okładce znajdują się dwie ceny, znak, że kupowałem ją w czasach, gdy Polska przechodziła denominację, stara cena – trzysta dziesięć tysięcy i pod spodem dopisane 31zł), nie była to więc dla mnie mała kwota. Myślę, że ówcześni pracownicy księgarni jak i moi rodzice byli ze mnie dumni, że postanowiłem w tak szlachetny sposób wydać swoje kieszonkowe. Dlaczego sięgnąłem po tą książkę? Otóż już od Cusslera dowiedziałem się, że to właśnie doktor Robert D. Ballard był owym człowiekiem, który odnalazł naprawdę Titanica, a stało się to w roku 1985. I to właśnie na jego książkę opisującą to wydarzenie natrafiłem w jednej z księgarni. Musiałem ją mieć!

okladka

O samych poszukiwaniach i badaniu wraku opowiem później, warto najpierw zastanowić się dlaczego historia Titanica rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń ludzi. Przecież to nie był wcale jedyny największy statek – miał przecież równie potężnych braci: Olympica i Britannica. Przecież nie była to największa katastrofa morska na świecie. Titanic ze swoim „żałosnym wynikiem” ponad tysiąca pięciuset ofiar nie znajduje się nawet w pierwszej piątce największych katastrof morskich (warto wspomnieć, że największa tragedia wydarzyła się u naszych brzegów na Bałtyku pod koniec drugiej wojny światowej i dotyczyła zatonięcia niemieckiego Gustloffa zatopionego przez rosyjski okręt podwodny i pociągającego za sobą życie sześciu tysięcy i pięćdziesięciu osób!). Chodzi tutaj jednak o ogromną zmianę w świadomości ówczesnych ludzi. Musimy pamiętać, że początek dwudziestego wieku to były specjalne czasy dla ludzi. Byliśmy piekielnie przedsiębiorczy, wynalazczy i rozwijający się. Wszystko nam wychodziło. Wiek wynalazków, wiek rozwoju przemysłu, maszyn parowych, rosnących majątków pojedynczych przedsiębiorców (a nie tylko już lekko zmurszałej klasy arystokratycznej – od teraz pieniądz i wpływy mogły znaleźć się w rękach każdego przedsiębiorczego osobnika). Ludzie czuli, że mają moc, są w stanie pokonać wszystkie żywioły i że przyroda nie jest im straszna. Jednym z dowodzących tego przeświadczenia wydarzeń miał być właśnie rejs między innymi Titanica, choć nie był on pierwszym z trójki ogromnych statków. Jednak to właśnie Titanic miał być tym najwspanialszym (jego młodszy brat – Britannic mógł go przyćmić, ale w tym czasie dopiero się rodził). Synonim luksusu, potwór, największy z największych. No i „praktycznie niezatapialny” – tu ważne jest podkreślenie, że autorami tego sloganu wcale nie byli twórcy statku, czy armator – w zasadzie hasło narodziło się w prasie, ale ani armator, ani stocznia nie dementowali, ale też nie potwierdzali tego stwierdzenia. Jakież ogromne zdziwienie było wszystkich, że ten synonim luksusu i bezpieczeństwa poszedł spektakularnie na dno po lekkim draśnięciu lodowej góry. Jak bardzo to wpłynęło na świadomość ówczesnych ludzi. Lekcja pokory – nic co ludzkie nie jest niezniszczalne, a żywioły dalej rządzą – ludzie nie mają szans. Ta gorzka lekcja pokory przede wszystkim przyczyniła się do zasadniczych zmian w przepisach bezpieczeństwa żeglugi morskiej.

043

Trzeba sobie uzmysłowić, że przestarzałe przepisy Brytyjskiej Izby Handlowej nie uwzględniały tak dużych statków w żegludze morskiej, a zatem chociażby liczba szalup nie zależała od ilości pasażerów, ale od tonażu statku i mówiła jedynie o tym, że statki powyżej masy dziesięciu tysięcy ton miały zapewnić przynajmniej szesnaście szalup mogących pomieścić przynajmniej dziewięćset dziewięćdziesiąt osób (i tak decydenci w sprawie Titanica wspaniałomyślnie dołożyli cztery składane łodzie ponad ten limit). Następną ważną zmianą po katastrofie była rewolucja w systemie komunikacji radiotelegraficznej – dotychczas radiotelegrafiści nie byli członkami załogi tylko pracownikami firm radiotelegraficznych, a ich głównym zadaniem było przekazywanie wiadomości od i do pasażerów. Co ciekawe, radiooperatorzy nie pracowali całą dobę – kończyli swoją zmianę i szli normalnie spać nie prowadząc całodobowego nasłuchu. Po katastrofie wprowadzono całodobowe zmiany przy radioodbiornikach, a radiotelegrafiści przeszli pod komendę kapitanów statków i głównym ich zadaniem odtąd było wymienianie się informacjami pomiędzy statkami dotyczącymi bezpieczeństwa żeglugi.

010
Titanic i Olympic

TRZEJ SYNOWIE WHITE STAR LINE

Zacznijmy naszą historię od rodziców statku. Wszystko zrodziło się w prężnych i nie znających określenia „nie da się” umysłach włodarzy linii White Star Line. I tu ciekawostka numer jeden. Przez długie lata opierając swoją wiedzę o Titanicu z książek Cusslera i Ballarda żyłem w przeświadczeniu, że ów statek jest tak brytyjski jak to tylko możliwe. Jest po prostu brytyjski aż do bólu. W końcu stocznia irlandzka go zbudowała, a port macierzysty – Wielka Brytania. Statek wyruszył w rejs z Wielkiej Brytanii, na pokładzie głównie śmietanka brytyjskiego „high class”. Jakież moje zdziwienie było kiedy dowiedziałem się, że owszem WSL główną siedzibę miało w Zjednoczonym Królestwie, ale właścicielem WSL  był amerykański holding – stąd na statku obowiązywało nazewnictwo amerykańskie (windy nie jak po brytyjsku „lift”, ale „elewator”, itp.). Jak już wspomniałem – Titanic miał dwóch braci. Najstarszy – „Olympic”, powstał nieco wcześniej i już regularnie kursował w czasie, kiedy Titanic opuszczał suchy dok i przygotowywał się do swojego dziewiczego rejsu. Jednak trzeba pamiętać, że od początku zakładano wybudowanie trzech ogromnych transatlantyków. Miała być to odpowiedź na konkurencyjną flotyllę statków należących do Cunnard Lines. Cunnard szczycił się luksusowymi i bardzo szybkimi statkami. WSL od początku założyło, że nie będzie walczyć o pałeczkę pierwszeństwa na polu prędkości – zwyczajnie nie dysponowali ani wiedzą ani technologią, która mogła pomóc im w pokonaniu konkurencji. Postawiono więc na wielkość i luksus. Trzy statki miały stanowić wzorzec w kwestii luksusu i wielkości – wszystko miało być „naj” i nie było czynionych w tej kwestii żadnych skrótów czy oszczędności. „Olympic” był pierwszym, a więc doświadczenia z jego budowy i użytkowania miały ogromny wpływ na zmiany czynione w projektowaniu i budowaniu młodszych braci. To „Olympic” służył najdłużej i pracował zgodnie z założeniem projektantów. Jego służba trwała od 1911 roku do 1935, kiedy po kolejnej kolizji zdecydowano, że nie opłaca się wykonywać remontu i należy pociąć statek na żyletki. Ciekawostka numer dwa – „Olympic” miał co najmniej dwie niebezpieczne przygody w trakcie swojej służby. Jedna z nich – kolizja z HMS Hawke tak poważnie uszkodziła statek, że ten musiał zawinąć do stoczni remontowej, w której powstawał Titanic. Do jego remontu (kolizja spowodowała zalanie dwóch wodoszczelnych przedziałów statku) skierowano dużą część robotników pracujących przy „Titanicu”, co spowodowało opóźnienie daty dziewiczego rejsu „Titanica”. Teraz rzecz najzabawniejsza w całym tym nieszczęściu – kapitanem odpowiedzialnym za tą kolizję był Edward John Smith – ten sam, który dowodził Titanicem podczas jego feralnego rejsu. To poniekąd obrazuje logikę działań ludzi odpowiedzialnych za żeglugę morską. Gość, który niespecjalnie dobrze sobie radził z prowadzeniem „Olympica” i przyczynił się do poważnej kolizji, dostał pod komendę najwspanialsze cacuszko White Star Line.

Ciekawostka numer trzy – swego czasu popularna była teoria spiskowa dotycząca zamiany statków. Według tejże Titanic miał być zamieniony z Olympiciem właśnie w momencie, kiedy Olympic został uszkodzony. Uznano, że naprawa jest nieopłacalna, przemalowano statek, zamaskowano uszkodzenia, wsadzono pasażerów i wysłano na ocean by ten zatonął w miejscu umówionym z innym statkiem (rzekomo z Californianem, który miał swój udział w smutnej historii Titanica), który miał zebrać pasażerów. To się ładnie nazywa oszustwem ubezpieczeniowym – Olympic idzie na dno, kasa idzie na konto WSL, zepsuty Olympic przestaje być problemem. Jednak Titanic/Olympic nie dopłynął do umówionego miejsca, stuknął w górę i poleciał na dno dużo wcześniej. Ciekawa teoria godna Foxa Muldera, co nie?

013

Już zostawmy w spokoju zwyczajną niemożliwość utrzymania tajemnicy – rzesze robotników pracujących przy obu statkach mieliby nie wypaplać takiej tajemnicy, że załoga nie pisnęła słowa – Jaaasne.

Od razu widać, że teoria musi mieć stary rodowód, kiedy prasa jeszcze nie była prężna, ludzie nie mieli takiego dostępu do informacji i zdjęć obu statków i na wszystkich wyobraźnię działało hasło „bliźniacze statki”. Wystarczy porównać zdjęcia obu statków, które jednak nie były tak do końca bliźniacze. Olympic powstał wcześniej.

014

Jego pasażerowie z pierwszej klasy skarżyli się załodze i armatorowi, że podczas wysokiej fali woda zalewa ich elegancki pokład spacerowy A. Wyciągnięto wnioski z tych skarg podczas projektowania Titanica i Britannica, których jedna trzecia długości pokładu spacerowego A jest zabudowana od strony dziobu. Na potrzeby takiej machlojki nikt nie przebudowałby statku, bo to już tym bardziej nie opłacało się nikomu, już nie mówiąc o skali przedsięwzięcia, a więc znowu o utrzymaniu tej całej mistyfikacji w tajemnicy.

015
RMS Gigantic/Britannic

Britannic – a tak naprawdę Gigantic, bo tak oryginalnie miał się nazywać ostatni z trzech braci. Zwodowany już po zatonięciu Titanica. Uznano, że Gigantic w takiej sytuacji byłoby zbyt pretensjonalną nazwą i spuszczono z tonu nazywając statek Britanniciem. Po katastrofie Titanica oba statki zatrzymano w dokach stoczni Harland and Wolff i dokonano poważnych poprawek konstrukcyjnych – podwyższono grodzie, dodano szalupy. Kiedy Britannic był gotowy do swojego rejsu wybuchła I Wojna Światowa i statek został zarekwirowany przez Brytyjską Marynarkę Wojenną. Jeszcze długi czas przystosowywano go do służby wojskowej, zanim tak się stało, statek pływał regularnie przez trzy miesiące na trasie Anglia – Irlandia – Francja. Potem przyszły pierwsze rejsy w nowej roli – statku szpitalnego. Britannic wykonał pięć rejsów, głównie do Włoch. Szósty rejs zakończył się dla statku tragicznie. Statek po wyjściu z kanału egejskiego wpadł na minę i zatonął w ciągu pięćdziesięciu pięciu minut. Tym razem obyło się bez spektakularnej liczby ofiar. Szalup było wystarczająco dużo, morze egejskie to nie zimny Atlantyk, a katastrofa miała miejsce blisko lądu. Jedyne ofiary to nieszczęśnicy, którzy wpadli pod pracujące cały czas śruby okrętowe – kapitan do końca próbował doprowadzić tonący statek do brzegu. Wrak statku odkryty i zbadany został przez samego Jacquesa Cousteau w 1975 roku, leży na głębokości 133 metrów

PROJEKT STATKU

Odnośnie samego Titanica, warto sobie uzmysłowić, że jego los został przypieczętowany już w momencie projektowania konstrukcji. O losie statku zadecydowały takie czynniki jak:

Dobór stali i nitów. Początkowo popularna teoria była o tym, że wszystkiemu winna była krucha stal, która w wyniku kontaktu z zimną wodą i pod naporem góry lodowej zwyczajnie popękała. Jak późniejsze badania wykazały, najbardziej wadliwym elementem całej konstrukcji był materiał użyty do produkcji nitów. Dobrze jest wiedzieć, że to były czasy pary i wynalazków. Ludzie czuli coraz większą presję czasu, maszyny coraz częściej wyręczały ludzi w pracy, a więc dużo ludzi i zawodów przestawało być nagle potrzebnymi. W zagrożonej grupie znaleźli się nitownicy. Ludzie, którzy ręcznie nitowali pokrycie statków w stoczni Harlanda i Wolffa musieli czuć presję – owszem, automatyczne nitownice były już powszechne, ale były ciężkie i drogie i nie nadawały się do nitowania w trudno dostępnych miejscach i na bardziej zakrzywionych powierzchniach. Pojawiały się jednak mniejsze i bardziej wydajne, mogące pracować także tam. Oczywiście kosztowały też odpowiednio. Nitownicy robili więc wszystko by stocznia nie zamieniła ich na nitownice. Opracowywali techniki bardziej efektywnej pracy (jeden trzymający nit, dwóch młotkujących), eksperymentowali także z surowcem, z którego odlewano nity. I tu tkwił problem, do składników nitów dodawano dużo różnych ulepszaczy, które powodowały, że materiał był plastyczny przy niższej temperaturze podgrzania. Tak zwany żużel powodował, że nitowanie szło szybciej, ale też powodował, że nit był podatny na pęknięcia.

034

Grodzie wodoszczelne dzielące statek na szesnaście wodoszczelnych przedziałów. Miały zapewnić, że przy zalanych czterech przednich lub tylnich, lub dwóch dowolnych innych statek mógł utrzymać się na wodzie. Oryginalnie miały sięgać dużo wyżej, bo aż do pokładu B. Jednak to nie czynnik ekonomiczny zdecydował o ich obniżeniu. Ważną wizytówką Titanica miała być ogromna klatka schodowa ulokowana między pierwszym a drugim kominem. To przez jej wielkość zdecydowano, że grodzie będą sięgać niżej tylko po to by znalazło się miejsce na byczą klatkę schodową (która z resztą miała ogromny wpływ na wytrzymałość kadłuba w tym miejscu).

Rezygnacja z podwójnego kadłuba. To mogła być najlepsza rzecz, w którą mógł zostać uzbrojony Titanic i która spowodowałaby, że żadna góra lodowa nie byłaby mu groźna. Obrazowo rzecz ujmując jeden kadłub schowany byłby w drugim – zewnętrznym. Gdyby jeden został uszkodzony, drugi utrzymałby statek na wodzie. Jednak uznano, że nie ma co dublować już i tak wielu niesamowitych zabezpieczeń statku. Uznano, że te pieniądze można wydać na inne udogodnienia na statku.

Ilość szalup ratunkowych. Tu nie chodziło o oszczędność – żeby to było jasne. Szło o przestarzałe przepisy ustanowione przez Brytyjską Izbę Handlową i brak ich aktualizacji pomimo pojawienia się takich jednostek jak Olympic, czy „ciut mniejszych” należących do Cunarda. Przepisy mówiły jasno – statki o masie pow. 10tyś. ton musiały zapewnić szesnaście szalup mogących pomieścić dziewięćset dziewięćdziesiąt osób. I tak w przypadku Titanica dołożono cztery ponad limit. Oryginalnie miało być ich więcej, ale armator uznał, że będą one tylko zaśmiecać pokład i zasłaniać piękne widoki bogatym pasażerom spacerującym po najwyższym pokładzie, tzw. pokładzie słonecznym. Co ciekawe, dyskusja w tej sprawie trwała piętnaście minut, podczas gdy decydenci dyskutowali później co najmniej dwie godziny na temat doboru dywanów dla pierwszej klasy.

Ciekawostka numer cztery – czwarty komin to atrapa! Informacja jest już wielokrotnie powielana w mediach, jednak wciąż niewielu ludzi wie, że czwarty komin na statkach WSL to była atrapa. Wydano kupę kasy na zbudowanie kominów, które świadczyły jedynie o skali i potędze statku, jednak nie miały totalnie żadnego praktycznego zastosowania. Wiąże się z tym jedna zabawna plotka, jakoby jeden z palaczy na Titanicu (to ci wiecznie umorusani pyłem węgielnym goście, którzy dzień i noc pracowali przy kotłach statku – projektanci też o tym pomyśleli – palacze mieli oddzielne pomieszczenia sypialne, stołówkę i inne potrzebne do życia pomieszczenia – byli dosłownie odseparowani od reszty załogi i pasażerów statku, byli dlań niewidoczni) wdrapał się po drabinie wewnętrznej w kominie numer cztery, wychylił się ze środka i pomachał wystraszonym pasażerom, z których część opuściła statek po tym incydencie (więc mogło mieć to miejsce w czasie, gdy Titanic przepływał z Irlandii do South Hampton, skąd ruszył przez Atlantyk do Nowego Jorku).

BUDOWA STATKU

Wyobraźcie sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Belfaście, w stoczni Harland & Wolff kładli pierwsze belki pod budowę Titanica, kilka tysięcy kilometrów dalej, w regionie zachodniej Grenlandii oderwał się kawał lodu i narodziła się góra lodowa, której przeznaczeniem było pokaleczenie Titanica i spowodowanie jego zatonięcia.

0001map
Trasa góry i Titanica aż do punktu spotkania

Tymczasem w Belfaście ruszyła budowa giganta. Jakież to musiało być wydarzenie dla całej Europy i reszty świata. Jak musiało działać na wyobraźnie powstawanie takich elementów jak kotwice statku, które transportowano przez całe miasto do stoczni zaprzęgiem złożonym z co najmniej dziesięciu par koni pociągowych. Jak wytaczano z hal ogromne kominy parowca. Przy budowie statku pracowało trzy tysiące robotników, budowa rozpoczęła się w 1909 roku.

018
Komin Titanica
019
Zaprzęg koni ciągnie kotwicę Titanica
020
Silniki statku. Zwróćcie uwagę na postać z lewej strony silnika. Skala robi wrażenie.
021
Robotnicy pozują przy śrubach statku.

Trzy śruby statku – w tym środkowa, która pracowała tylko do przodu, ale nie do tyłu, co powodowało, że statek zdecydowanie słabiej i gorzej reagował na manewry we wstecznym ciągu.

31 maja 1911 zsunięto kadłub statku po pochylni do mokrego doku stoczni. Przy okazji zginęło kilku robotników, ale nikt tego specjalnie nie przeżywał. Statek odholowano do ostatnich prac wykończeniowych i wyposażenia. Statek był gotowy do rejsu w kwietniu 1912. Kroniki filmowe puszczane w ówczesnych kinach pokazywały ogrom Titanica, choć warto wiedzieć (kolejny argument podpierający teorię o zamianie statków), że autorzy kronik często pokazywali ukończonego wcześniej Olympica i montowali tak materiał by ludzie mieli wrażenie, że oglądają nowego i większego Titanica.

FILMOWA OBSADA

Na pokładzie statku znalazły się różne ciekawe osoby. Oprócz wielu bogaczy, przedstawicieli różnych ważnych rodów szlacheckich na statku obecnych było trzech ludzi, którzy tworzyli bardzo filmowy zestaw bohaterów tragedii.

025
Thomas Andrews

Główny projektant – Thomas Andrews – zdecydowanie pozytywny bohater tej historii, to według jego oryginalnego projektu na statku miało być czterdzieści sześć, a nie szesnaście szalup. To on przedstawił projekt podwójnego kadłuba i grodzi sięgających pokładu B.

026
Grodzie według oryginalnego projektu
027
Grodzie w ostatecznej formie.

To jest ten typ artysty, który uważa, że jego dzieło nigdy nie jest dostatecznie doskonałe i cały czas myśli jak je poprawić. Jeszcze ponoć w trakcie rejsu siedział, przechadzał się po statku i kombinował jak ulepszyć statek. Thomas Andrews wymyślił na przykład sprytny system żurawików obsługujących szalupy, dzięki któremu żurawik mógł obsłużyć kilka szalup naraz, ustawionych jedna za drugą. I takie żurawiki zainstalowano na statku, mimo że żurawiki obsługiwały jedynie po jednej szalupie.

ismay
Bruce Ismay

Bruce Ismay – czarny charakter – przedstawiciel linii WSL. To najpewniej on zdecydował o obniżeniu poziomu grodzi (żeby zmieściła się ogromna i wystawna klatka schodowa), zmniejszeniu liczby szalup do przepisowej ilości (zgodnie z przestarzałymi przepisami) – bo ludzie nie płyną takim statkiem by oglądać szalupy – i o pojedynczym kadłubie. Posądzano go także o to, że nakłaniał kapitana do płynięcia pełną parą i zaoszczędzenia jednego dnia podróży. Piąta ciekawostka – plotka, jakoby Thomas dyskutował z kapitanem by płynąć pełną parą by zdobyć Błękitną Wstęgę Atlantyku (poprawka dzięki czytelnikowi nikita_t). Purpurowa harfa Błękitna Wstęga to rodzaj wyróżnienia dla statku, który pokonał Atlantyk w najkrótszym czasie. Jak pamiętamy, WSL od początku nastawiało się, że nie doścignie statków Cunarda, a więc nie odbierze im purpurowej harfy Błękitnej Wstęgi. Jedyny rekord, jaki Titanic mógł pobić to tempo, w jakim Atlantyk został pokonany przez Olympica. Nie ma pewności, a nawet jest to wielce nieprawdopodobne by tylko ten jeden człowiek był ojcem wszystkich złych pomysłów, które zadecydowały o losie statku. Jednakże biedny Bruce naraził się mocno opinii publicznej faktem, że uratował się. Pomimo, że załoga miała polecenie umieszczać w łodzi najpierw kobiety i dzieci, stąd oczywistym było dla publicznej opinii że Bruce powinien był oddać swoje miejsce w szalupie jakiejś kobiecie. W istocie sporo łodzi opuszczano z dużo mniejszą liczbą pasażerów na pokładach. Oficerowie głównie zadbali o ratunek pasażerów z wyższych klas, a jak nie byli w stanie wyłowić ich z tłumów kręcących się po statku pasażerów, pozwalali wsiadać do szalup mężczyznom. Bruce tłumaczył się tym, że czuł obowiązek przekazania wszystkich informacji opinii publicznej i być głównym świadkiem tej straszliwej tragedii by przysłużyć się przyszłej żegludze morskiej i spowodować by nigdy nie powtórzono takiego błędu. Bruce wycofał się z życia publicznego po katastrofie.

029
Kapitan E. J. Smith

Edward John Smith – kapitan statku. Dziewiczy rejs Titanica miał być ukoronowaniem jego kariery i zaraz po rejsie miał odejść na emeryturę. Wcześniej pływał wszystkimi flagowymi statkami linii. Nazywany był kapitanem bogaczy. Trzeba sobie uzmysłowić, że to był kapitan celebryta, ówczesna gwiazda mediów i ulubieniec wyższych sfer. Niektórzy bogacze, czy członkowie rodzin szlacheckich decydowali się na jakiś rejs tylko na podstawie informacji, że statkiem ma dowodzić właśnie Smith. Sam Edward przyznał, bez cienia wstydu, że nigdy, przenigdy w trakcie całej jego morskiej historii nie przytrafiło się mu nic niezwykłego, czy trudnego. To z pewnością przygotowało go na rejs Titaniciem. Pamiętajcie jednak, że tak naprawdę nie było wtedy żadnego kapitana gotowego do prowadzenia statków o tej skali. Nikt do końca nie umiał prawidłowo prowadzić tej wielkości statków i nie wiedział jak one zachowają się w różnych sytuacjach. W takich chociażby jak hamowanie przed górą lodową na kursie.

Znowu straszyłem w radiu.

Zalegam z wpisami, ale przynajmniej innymi kanałami próbuję opowiadać o nurkowaniu. 🙂

W niedzielę 23.08.2015 o 16:00 miałem przyjemność występować przed mikrofonem Polskiego Radia w Czwórce, w audycji „Co nas kręci”. Opowiadałem oczywiście o nurkowaniu, o tym, że w Polsce można fajnie nurkować, że mamy fantastyczne nurkowiska i że my Polacy znaczymy coś na nurkowej arenie międzynarodowej. Słówko też było o tym, jak zacząć nurkować i jak wygląda podstawowy kurs nurkowania.

Gdyby ktoś nie miał okazji to TUTAJ można znaleźć nagranie audycji.

Literatura nurkowa

Kiedyś umieściłem ten wpis na forum Nuras. Teraz zainspirowany jedną rozmową uznałem, że miejsce tego wpisu jest na Nurkologu. Trochę dodałem, trochę poprawiłem.

ksiazka-glebokie-zanurzenie

Głębokie zanurzenie: Tragiczne przygody podczas nurkowań na Andrea Dorii

Kevin F. McMurray.

Andrea Doria – włoski liniowiec pasażerski zatonął w 1956 roku podczas podróży do Nowego Jorku. Spoczął na głębokości 76 metrów u wybrzeży wyspy Nantucket (USA). Przez wiele lat statek ten stanowił cel wypraw nurkowych (w tym wielu takich, które kłócą się z moim pojmowaniem etycznego nurkowania – czyli polowań na artefakty). Ciekawostką jest to, że statek, z którym zderzyła się Andrea Doria, pływa do dzisiaj i czasem zawija do polskich wybrzeży. Wtedy nazywał się „Sztokholm”, teraz nosi imię „MS Athena”. (za Wikipedią).

Książka jest wciągającą kroniką nurkowań na Andrea Dorii w tym oczywiście tych, które nie zakończyły się szczęśliwie. Ciekawie opowiada o amerykańskim biznesie nurkowym (głównie o łodziach organizujących wyprawy nurkowe), o rywalizacji pomiędzy nurkami, o ciekawych postaciach amerykańskiej historii nurkowania. Wśród pojawiających się bohaterów odnajdziecie tych ulubionych, którzy pojawiają się w innych wymienianych poniżej tytułach. Autor ma smykałkę do pisania, stara się bardzo obiektywnie przedstawiać wszystkie wydarzenia, tłumacze dali radę, choć niestety edytor się nie postarał i jest sporo błędów.
8/10

gladiator-oceanu-b-iext8645869Gladiator Oceanu

Mark Ellyatt

Mark Ellyat to ciekawa, bardzo barwna postać. Techniczny nurek, instruktor nurkowania, posiadacz rekordu głębokiego nurkowania z 2003 roku (313 metrów) na obiegu otwartym. Tytuł książki jest wręcz kretyński, trudno podejrzewać, że za nim skrywa się bodaj najfajniejsza, najbardziej jajcarska i urocza opowieść o bardzo barwnym życiu i karierze nurkowej Marka. Można traktować to jako pseudo autobiografię, gdyż czuć wyraźnie, że autor lubi przejaskrawiać pewne rzeczy i pisze z mocnym przymrużeniem oka. Styl jednak jest wręcz wybitny, czuć w nim brytyjską smykałkę do zjadliwego humoru. To jest książka, przy której niejednokrotnie będziecie głośno rechotać. To tak jakby Terry Pratchett postanowił zanurkować i opisać swoje doświadczenia. Na mojej prywatnej skali mocna dziesiątka, pomimo znowu średniej korekty tekstu, która przepuściła sporo baboli. Tłumacz dał radę. 10/10

Mrok

Phillip Finch

Znowu bardzo wciągająca książka, niemalże czułem się jakbym był blisko związany z wydarzeniami i osobami, które uczestniczyły w ostatnim zanurzeniu Davida Shawa. David upodobał sobie nurkowanie jaskiniowe i miał niesamowite osiągnięcia w głębokich nurkowaniach na obiegu zamkniętym, w jaskini Boesmansgat (Bushman’s Hole w Afryce). Zszedł niemalże na samo dno jaskini, na głębokość 270m w 2005 roku. Odnalazł tam ciało Deona Dryera, który zginął w jaskini w 1994 roku. Postanowił wydobyć ciało na powierzchnie. Niestety, los chciał, że David zginął w trakcie próby wydobycia zwłok. Przewrotność opatrzności polegała na tym, że ekipa likwidująca osprzęt zamontowany w trakcie tego nurkowania zupełnie nieświadomie pociągnęła ku powierzchni oba ciała. David osiągnął więc swój cel, choć zapłacił najwyższą możliwą cenę. Po prostu dech z piersi wyciska do ostatniej strony. Brawa dla autora. Brawa także dla tłumaczenia i korekty.

9/10

28516de705e149fb81c24e7ec6df8628
W pogoni za cieniem

Robert Kurson

Niesamowita opowieść, nadająca się na film (chodzą bardzo poważne ploty, że już powstaje, ale na tym etapie może się jeszcze wszystko zmienić pięć razy), takie historie bardzo lubimy i bardzo nam uruchamiają wyobraźnię. Odnaleziony wrak U-boota w okolicach Jersey, niebezpieczne nurkowania by odkryć jego tajemnice i żmudne śledztwo by go zidentyfikować. Nurkowanie z wydobywaniem artefaktów z wraków uważam za nieetyczne, nie podoba mi się to, czym parają się bohaterowie tej książki, ale ich chęć identyfikacji okrętu podwodnego i poznania jego historii i mi się udzieliła. Niestety, albo fatalne tłumaczenie, albo autor niespecjalnie ma smykałkę do pisania. Historia fantastyczna, ale pisana takim stylem, że można czasami dostać szczękościsku. No i takie błędy przeszły w korekcie, że szczęka po prostu odpada, bo już nie opada. 6/10

Wakacje z deszczami

Uf, uf… ufff…. Uffff. Dotarłem do tego momentu w życiu nurka, że potrzebowałem przerwy od nurkowania. Nurkolog milczał przez wakacyjne miesiące, gdyż Nurkolog – instruktor był całkiem zajęty. Nurkolog – instruktor odkrywał w czasie wakacji uroki życia instruktorskiego. Pracował, nurkował, rozwijał własną działalność instruktorską, zakładał działalność gospodarczą, poszukiwał klientów, tworzył oferty. To był dla mnie intensywny okres. Mówi się, że człowiek z własną „firmą” nie miewa wakacji. Ja muszę się przyznać, że jednak miałem. I były to wakacje od nurkowania. Po kilku tygodniach pracy miałem zaplanowany wypad z rodziną w Pieniny nad jezioro Czorsztyńskie. Przyznam się szczerze, że jechałem nań wielce uradowany, że odpocznę od nurkowania. Co zatem się działo ze mną przed wyjazdem?

Załapałem trochę fuszek od mojego guru, Rudiego. Poprowadziłem różne części kursu OWD w różnych częściach Polski. Do tego podłapałem swoich pierwszych klientów i poprowadziłem swoje własne pierwsze kursy pod moim własnym szyldem (oprócz Nurkologa doszło jeszcze GoDiving.pl). Sprawiedliwie jednak należy zaznaczyć, że to nie oznacza, że już zarobiłem straszne pieniądze, odpracowałem kosmiczne koszty kursu instruktorskiego i zaczynam żyć po królewsku. Coś zarobiłem, ale szału nie ma. Jest sporo nadziei na przyszłość, kilka rzeczy może wyjdzie, pewnie część nie wyjdzie. Niemniej jednak jestem pełen nadziei. Podoba mi się wybrana ścieżka. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja praca łączy się z moją pasją. Te pierwsze chwile, kiedy uzmysławiałem sobie – to jest moja praca, to jest moje miejsce pracy – leżę sobie na powierzchni jeziora Leleskiego, czekam na kolejnych kursantów i mam dookoła cudowne okoliczności przyrody. Przychodzi ta myśl do głowy „kurna, jestem w pracy!”. Wołam do ludzi na brzegu, którzy przyglądają się mi z rozbawieniem – ja tu pracuję! Ciężką mam pracę! Trochę zrozumienia!

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Nasz „domek” w Leleszkach.

Zostawmy jednak samo instruktorowanie. Dalej jestem też nurkiem. Odkrywam nowe miejsca w Polsce. Dalej się uczę i odkrywam nowe rzeczy w nurkowaniu. Tu się nic nie zmieniło w moim życiu. Na pierwszy ogień Leleszki i jezioro Leleskie. Baza Warszawskiego Centrum Nurkowego (WCNUR). Zaledwie sto osiemdziesiąt jeden kilometrów z centrum stolicy. Rzut beretem dla stołecznych nurków. Miejscowość typowo letniskowa. Rolnicze gospodarstwa niewidoczne, głównie same kwatery, pensjonaciki i agroturystyki. Ładnie, kolorowo, czysto i porządnie. Pensjonat Leleszki – nasza baza noclegowa – zgrabny i zachęcający do powrotu. Zabudowania starego pruskiego gospodarstwa odnowione i przystosowane dla gości w sposób bardzo zgrabny. Nie sposób nie polubić tego miejsca. Dodać należy do tego znakomite jedzenie, jakim nas tu karmią. Gospodarze zajmują się nami po królewsku, dokarmiają, przygotowują znakomity wieczór z grillem, oddają do dyspozycji porządny ekspres do kawy (niby mała rzecz, ale dla kawoszy coś genialnego), żywo interesują się gośćmi. Nad jezioro rzut beretem, ale my z tą ilością nurkowych bambetli musimy podjeżdżać autami. Nurkujemy z miejscowej plaży. Na miejscu jedna wiata, miejsce na ognisko i ławki. Nam to wystarczy w zupełności. Niestety wyjazd mam zaplanowany na gęsto. Z kursantami siedzę całe dwa dni w wodzie. Śmieją się ze mnie, że wyrosną mi skrzela, bo cały dzień wiszę w wodzie. Nie mam w związku z tym okazji pozwiedzać jeziora. Donoszą mi, że nie mam czego żałować. Wizura nie dopisuje. Nie ma co się uprzedzać. W tym roku nigdzie w Polsce szału nie ma. Jeziora dostają potężne lanie. Nad nami przechodzi co najmniej jedna spora burza. Nie skreślam jeziora. Dam mu jeszcze szansę, właśnie ze względu na odległość (nota bene, rzut beretem od moich ukochanych Nart) i noclegownię. Uwaga dla zainteresowanych zorganizowaniem wypadu nurkowego – weźcie pod uwagę, że w Pensjonacie, pomimo, że zorientowany na nurków, nie ma zestawu tlenowego (WCNUR dementuje informację, którą otrzymał Rudi na miejscu – zestaw jest w piwnicy), a lokalna sprężarka Gera nie jest super wydajna. Warto zabrać swoją do pomocy.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 2. (kubaCE) Dzielni kursanci przygotowują sprzęt.

Foto 3. (kubaCE) Briefing na powitanie.

Potem przenoszę się daaaaaaleko, daaaaleko stąd. Pod granicę niemiecką, gdzieś nawysokości Gorzowa Wielkopolskiego. Jezioro Lipie koło miejscowości Długie przed Dobiegniewem. Cholernie daleko dla mnie. Fajnie, że jest autostrada i mknie się zgrabnie (niestety, nie dość zgrabnie na odcinku Warszawa – Łódź, gdzie korki są codziennością). Jedziemy tam odkryć nowe potencjalnie nurkowisko dla Rudiego. Jedziemy. Jedziemy… Jedziemy i jedziemy. W końcu dojeżdżamy, jest już późny wieczór – jest jednak środek wakacji, dzień jest długi, słońce chowa się dopiero po dwudziestej drugiej. Ośrodek Wodnik. Nic specjalnego. Taki polski standard. Niedostatki w obsłudze, pokoje niby przyzwoite, ale zawsze coś gdzieś nie działa, nie domaga (prysznic), albo kuleje (smętnie zwisająca półka w łazience). Dostajemy pokój z dostawką. Dostawka ulokowana… w szufladzie od szafy… Kolega spał dosłownie w szufladzie. Ubaw mieliśmy po pachy. Następnego dnia odkrywamy jezioro i lokalną bazę nurkową. Jezioro z powierzchni robi miłe wrażenie. Malownicza miejscowość nad brzegiem, pozostała część linii brzegowej zajęta przez piękny las – nietrudno o skojarzenia z Łagowem. Ładnie, spokojnie, elegancko. Nie cicho, trwa lato, jesteśmy na „miejskiej” plaży. Rozkręca się już stanowisko letniego DJa, muzyka gra, a ja zaczynam czuć, że to nie mój klimat. Baza nurkowa zacna. Chłopaki goszczą nas elegancko, niczego nam nie brakuje. Ja mam zaplanowane zajęcia z OWD, więc znowu znikam pod wodą przy brzegu i nie mam możliwości zwiedzić jeziora. Brzeg mam piaszczysty, niby w porządku, niepokój jednak budzi ruch łodzi (w tym motorowych) w naszym pobliżu. Brak jasno wydzielonych stref ruchu dla łodzi i luzackie podejście sterników nie wpływa pozytywnie na nasz komfort nurkowania. Tym razem nie mam dużej ekipy kursantów, więc zajęcia kończę szybko. Drugi instruktor, Kuba, proponuje mi, bym w ramach rozrywki popłynął z kursantami AOWD na nocne. Będę miał okazję zobaczyć jezioro. Oczywiście się rzucam na tą okazję ponurkowania. Powstaje plan nurkowania po ósmej z zakończeniem przed dziesiątą w nocy – bo jakiś ważny mecz finału jakiegoś tam mundialu (totalnie nie śledziłem, jakieś lata wcześniej jeszcze coś tam od czasu do czasu pooglądałem, ale z czasem okrutnie mi to zbrzydło). Szkoda tylko, że jak się wynurzaliśmy to było jeszcze jasno. Używaliśmy latarek chyba bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Akwen niestety mnie nie oczarował. Nic specjalnego, wizura do tego słaba (ale to znów nie wina akwenu, ile kapryśnego lata), płynęliśmy do zatoki, gdzie miało być fajnie, wynudziliśmy się jednak okropnie. Musiałem się pilnować by nie zgubić automatu, bo tak mi się ziewać chciało. W końcu nie wytrzymałem i w drodze powrotnej zarządziłem wynurzenie. Nie chcę narzekać na to jezioro. Z pewnością lokalni nurkowie mają tu ubaw po pachy, jeżeli dopisuje wizura – ale z racji tego, że blisko mają do niemieckich kamieniołomów, chyba tak często nie goszczą nad jeziorem Lipie. Dla nurków z Polski centralnej to raczej strata czasu i pieniędzy. Już lepiej jechać do Łagowa, albo do Niemiec. Nurkowanie w jeziorze Lipie nie dostarcza żadnych nowych wrażeń dla znawców polskich jezior. Są w Polsce ciekawsze akweny i nie warto pchać się przez całą Polskę by poznawać uroki tego zbiornika.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 4 – 11. (kubaCE) Jezioro Lipie. Wesoła gromadka moich Owudziaków to ogromny plus tego wyjazdu.

Pomiędzy kolejnymi wyjazdami w nowe miałem okazję zajrzeć nad stare i znajome jezioro Piaseczno koło Łęcznej. Zrobiłem tam indywidualny kurs OWD (samo zakończenie). Na miejscu platformy, wszystko oporęczowane, jest co zwiedzać. Warunki wydają się idealne do przeprowadzenia kursu. Niestety, jezioro postanowiło zrobić nurkom psikusa i nażarło się sinic. Od siódmego metra w dół woda totalnie mętna. Gdzieś tam na dole poniżej nastego metra widoczność wraca. Jednak przejście przez warstwę zerowej widoczności to żadna przyjemność. W dodatku Przemo, naczelnik bazy Nureczno strasznie klął na pogodę – non stop oberwania chmur, zlewy i ulewy. To nie jest dobry rok dla tego jeziora, niestety.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Potwór z jeziora Piaseczno!

Po tym wypadzie przyszedł czas na moje osobiste AOWD na Zakrzówku. Nie będę się rozpisywać o walorach dobrze znanego wszystkim akwenu (już lepiej zrobił to mój dobry przyjaciel, mój współinsturktor Błażej – na stronie naszej grupy nurkowej Go Diving), choć nieco pozmieniał się pod wodą, a i ja miałem wreszcie okazję go sobie spokojnie pozwiedzać (dotąd wpadałem na Zakrzówek tylko w charakterze kursanta i niespecjalnie miałem okazję go porządnie zwiedzić). Doszły rury i samolot z „Koparek Jaworzno”, drewniany statek „Gruby” w końcu osiadł na dnie. Mieliśmy więc co zwiedzać ze współnurkami i wreszcie czułem, że akwen mam obcykany, aż napadła mnie myśl, że nie bardzo mam pomysł, co dalej w nim zwiedzać.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 13 – 17. (kubaCE) Zakrzówek, wycieczki i AOWD.

Właśnie na tym etapie kończyłem mój maraton nurkowy i udawałem się na rodzinny urlop myśląc o tym, jak przyjemnie będzie rzucić sprzęt nurkowy w kąt i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście stan ten nie trwał długo, już po tygodniu zacząłem kombinować, gdzie tu zanurkować. Jednak od początku urlopu lało często i gęsto. Na dobitkę dopadł mnie okrutny wirus, pognębił gorączką, kaszlem i paskudnym katarem. Moje plany, by dać nura w jeziorze Czorsztyńskim, poszły precz. Zaraz potem jednak przemieszczałem się ze swoim synem w region suwalski by tu spędzić kilka dni z moimi rodzicami. Sprzęt miałem w pogotowiu czując, że tym razem nur będzie nieunikniony. Nie tak daleko w końcu miałem do Hańczy, nie tak daleko miałem też do innego akwenu, który chodził mi po głowie. Lata temu mój guru napisał o niewielkim, uroczym jeziorze skrytym w lasach. O jeziorze krystalicznie czystym, nieskalanym cywilizacją. O boskich podwodnych łąkach, o bogactwie podwodnego życia, o niesamowitej wizurze.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 18 – 21. (kubaCE) „Fatalna” wizura w jeziorze Staw.

Jezioro Staw. Tyle razy sobie obiecywałem, że tu zanurkuję. Tyle razy bywałem gdzieś w tych okolicach, albo przejazdem, a jednak nie zajrzałem nad nie. W końcu rozpocząłem przygotowania. Odszukałem jezioro na mapie. Na mapie wygląda to już mniej romantycznie niż w opisach Rudiego. Jezioro jest praktycznie przedłużeniem jeziora Wigry, a dookoła mamy co najmniej dwie spore miejscowości – Płociczno – Tartak i Gawrych – Ruda. Moja wizja odkrywania dzikiego jeziora w środku lasu legła w gruzach – brutalna rzeczywistość. Nic to, z miejsca wypoczynku miałem do jeziora jakieś czterdzieści kilometrów. Zapakowałem sprzęt, mojego syna, siostrzenicę i mojego brata. Dzieciaki miały się doskonale ukąpać, a brat występował w roli opieki do dzieci. Ruszyliśmy. Pogoda nie zapowiadała się na rewelacyjną, gorzej – jak tylko dotarliśmy nad jezioro, zaczęło padać. Najpierw dotarliśmy w opisany punkt zejścia do wody prosto z drogi. Po jednej stronie gospodarstwo rybne, po drugiej stronie drogi jezioro. Zejście w samym szczycie jeziora z widokiem na jego strome, zalesione zbocza. Jezioro niezbyt duże, ale urokliwe. Cała linia brzegowa to strome zbocze, więc nad brzegiem nie straszą żadne zabudowania. Dookoła tylko las. Wygląda to naprawdę sympatycznie, niestety nasze miejsce nie zachęca do wejścia do wody. Gęsta rzęsa na wodzie i śmieci na brzegu. W dodatku ten deszcz. Wsiadamy do auta i ruszamy na objazd jeziora. W ten sposób próbujemy przeczekać deszcz. Najpierw zwiedzamy wschodni brzeg. Kilka gospodarstw i gęsty las. Nie wykryłem żadnego ogólnodostępnego zejścia do wody. Objeżdżamy jezioro i wracamy do miejscowości, badamy lokalne uliczki idące w stronę jeziora. Jedna z nich prowadzi nad brzeg skarpy, dalej wąska ścieżynka schodzi ostro w dół i niknie między drzewami. Zostawiam auto i idę na zwiad. Dochodzę do lokalnej dzikiej „plaży”. Uwielbiam takie miejsca. Brzeg skryty w cieniu drzew. Las jednak niezbyt gęsty, nie z tych mokrych i zarośniętych. Woda… Szok. Kryształ. Przecież świeżo padało! A tu widać pod wodą wszystko. W dodatku to dno. Sam piaseczek i drobne kamyki. Łagodnie opadające dno, przy brzegu płytko. Dla dzieciaków miejsce idealne. Zakładamy obóz a ja lecę po sprzęt. Ubieram się prędko i wskakuję do wody. Jest dopiero co po deszczu a wizura jak w lepsze dni na jeziorze Narty, albo w przeciętne dni w kamieniołomach typu Piechcina czy Zakrzówka. Pamiętam opis Rudiego, który tłumaczy niesamowitą klarowność wody obecnością licznych podwodnych źródeł zasilania jeziora. Schodzę na chwilę głębiej, płynę w pojedynczej piance bez rękawic więc od razu wyczuwam granicę termokliny na pięciu metrach. Docieram na osiem metrów. Jedynymi oznakami tej „znacznej” głębokości jest chłód wody i ubogość szaty roślinnej. Nie ma jednak żadnej ciemności, ani krajobrazu księżycowego. Wracam nad termoklinę i zwiedzam okolice. Oczom nie wierzę. Trawy, rdestnice takie i owakie, moczarki, inne piękne podwodne rośliny, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Gąbka słodkowodna do tego. Po dłuższej chwili wpadam na pomysł by jednak trzymać się bliżej brzegu, samych płycizn, bo właśnie tam jest najciekawiej – szczupaczki, szczupaki i szczupaczydła. Powalone drzewa, konary i inne dekoracje podwodne skryte w cieniu drzew zwisających nad wodą. Ach, ten kolor wody! Coś cudownego! Przełączam kamerę GoPro na wyższą rozdzielczość i filmuję jak wariat. Wynurzam się po półgodzinie i dopytuję pozostałych, czy już mają dosyć i mam kończyć. Nie, im też się tu podoba. Znikam dalej, idę w drugą stronę. Całe jezioro tętni życiem i zachęca do zwiedzania. Gdzieś tam, w stronę jeziora Wigry, rozciągają się całe łąki gąbek słodkowodnych, o których pisał Rudi. Ja spotykam ich niewielkie skupiska, ale widok robi wrażenie. Do tego bardzo przystojny król Szczupak Wielki. Nieśmiały. Nie daje sobie zrobić porządnego zdjęcia. Nie to co zielonkowskie szczupaczydła z parciem na szkło. Wychodzę z wody z żalem i już planuję, kiedy tu wrócę. Siadam do planów, we wrześniu chcę tu wrócić z większą grupą.

Potem jeszcze powtórka Zakrzówka – kolejny kurs AOWD. Zaczynam się czuć na Zakrzówku jak w domu. Fajne to miejsce, dobre do prowadzenia kursów. Z ogromną przyjemnością nurkuje się tutaj w tygodniu. Wiaty wolne, butle ładuje się w kilka minut, jest gdzie stanąć autem tuż przy wiacie. Brakuje Pana Kiełbaski, ale ja za nim i jego kuchnią nie tęsknię. Wyjazd sobie bardzo chwalę, doskonałych kursantów mam, bawimy się w wodzie doskonale, do tego pysznie się obżeramy w Karczmie Rzym. Wracam wypoczęty i zrelaksowany. Zrzucam logi z komputera nurkowego na komputer stacjonarny. Dive Manager pokazuje mi, że załadowałem w sumie ponad 50 nurkowań. W sumie wykonałem w tym roku więcej zanurzeń niż przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, część logów będę musiał zsumować – siedzenie w wodzie przez cały dzień potraktuję jako jedno nurkowanie… 🙂

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 22 – 26. (kubaCE) I znowu Zakrzówek!

Co w najbliższym czasie chciałbym tutaj wrzucić? Mam już kilka przemyśleń o sprzęcie, na którym nurkuję. Mam sprecyzowane wizje dalszego rozwoju (nie tylko jako instruktor, ale także jako nurek). Wciąż nie zrealizowałem marzeń i planów na temat oświetlenia do video. Sprzętowo ostatnio niespecjalnie się rozwinąłem. Najważniejszym zakupem był zakup suchego skafandra na początku tego sezonu nurkowego i potem praktycznie nic. Poczyniłem za to pierwsze zakupy w imieniu moich kursantów i znajomych. Postaram się wkrótce naskrobać kilka słów na ten temat jak i na temat mojego wyboru suchego skafandra.