Archiwum kategorii: ogólnie

Podsumowanie 2021 cz.2

Część II podsumowania 2021.

Pierwszą część znajdziesz TUTAJ

Lipiec.

To oprócz intensywnych kursów nad Hańczą wyprawa na Heweliusza i na Bornholm. Znowu zwyczajnie niezwyczajnie z Bałtykiem, znowu zmiany planów. Z czterech nurkowań, w tym wymarzonego nurkowania na bornholmskim żaglowcu „Affaire” wyszły trzy nurkowania, w tym jedno na powrocie, na przełamanym Halstenbeku. „Affaire” niestety nie tym razem, a tak ostrzyłem sobie zęby na nurkowanie dekompresyjne na tym wraku, wreszcie nie nerwowo, nie w pośpiechu, dokładnie miałem go sobie obejrzeć. Trzeba do niego wrócić. Za to Heweliusz zaskoczył temperaturą i niezłą widocznością, zwiedziliśmy go bardzo dokładnie tu i ówdzie, także na skuterach podwodnych. Z Heweliuszem nigdy nic nie wiadomo względem przyszłości, właściciele wiozącej nas jednostki „Lubecki” mówią, że Niemcy robią wszystko by „zamknąć” wrak dla nurków rekreacyjnych, rzekomo z powodu przebiegającego niedaleko gazociągu „Nordstream”. Spieszmy się więc nurkować na Heweliuszu.

Sierpień.

Duże wydarzenie. Powrót na Bałtyk, znowu zmiany, ale całkiem fajne. Wyprawa miała być tylko i wyłącznie obejmująca nurkowania na wraku Georg Buchner. Na Buchnera czaiłem się już dobre dwa lata. Ostatecznie udało mi się dogadać z jednostką Thorr by przestawili się na Władysławowo i zabrali nas na „Grzesia” (jakże pieszczotliwa nazwa dla Georga Buchnera, choć zdaje się, że Georg niemiecki ma więcej wspólnego z polskim Jerzym niż Grzesiem). Jeden dzień jednak był wietrzny, więc zrobiliśmy nurkowania na zatoce: odwiedziłem dawno nie odwiedzaną „Malutką” (troszkę zawód, bo słaba widoczność, no i nurkowanie na tym poziomie doświadczenia to już niestety nie przeżycie, ale początkującym nurkom z pewnością „Malutka” jest w stanie podnieść ciśnienie). Potem – „Trałowiec” w wersji dekompresyjnej! Takiej mikro dekompresyjnej, bo potrzebowałem zachować gazy na kolejne nurkowania, ale jednak. W końcu jednak w niedzielę była pogoda i popłynęliśmy na Georga. Tu wszystko było niespodzianką i wielkim doznaniem. Przede wszystkim ogromna skala wraku, jego ponury kształt – kiedyś niezwykle pięknego wycieczkowca, teraz gołej stali przykrytej całunem omułków, leżącego na boku. Tu trzeba zanurkować co najmniej cztery razy, najlepiej ze skuterem podwodnym. Tylko wtedy ma się szansę dobrze obejrzeć wrak. Niestety, głębokości podane w sieci nijak nie miały się do rzeczywistości. Okazuje się, że wrak zaczyna się na dwudziestu paru metrach, a schodzi aż do czterdziestu. Ciężko tu zanurkować nie wpadając w dekompresję by cokolwiek zobaczyć. A warto go opłynąć od rufy do dziobu, przyjrzeć się galeryjkom, poszukać mostku kapitańskiego, sprawdzić czy są otwarte ładownie na dziobie. Będę wracał tutaj, mam tam jeszcze dużo do obejrzenia.

Wrzesień.

Powrót do Rummu. Po długiej przerwie wracałem do kochanego Rummu, do surowej urody Estonii, to uroczego ośrodka wypoczynkowego Paekalda nad brzegiem Rummu. Na miejscu w zasadzie niewielkie, ale jednak zmiany nad wodą i pod wodą. Właścicielka ośrodka, Reelika oczywiście nie spoczywa na laurach i wciąż coś poprawia i dobudowuje w ośrodku. Znowu jakieś niesamowite konstrukcje na wodzie, pływające tarasy z saunami. Pod wodą z kolei więcej wyznaczonych tras, artystyczne instalacje: „las manekinów”, stół do popołudniowej herbatki i znajome budynki. Dopisała wizura, sporo życia w zbiorniku. Niestety, najsłabsza pogoda – nie, że lało non stop, ale było pochmurno i popadywało. Temu miejscu zdecydowanie ładniej kiedy jest ładna pogoda i światło słonecznie gra nam pięknie pod wodą na niewielkich głębokościach. Bo przecież tam się nurkuje wyłącznie płytko, siedem metrów, dziesięć czasem.

Konieczne było też sprawdzenie, co w Tallinie słychać. Odwiedziliśmy więc starówkę na krótką chwilę, przeszliśmy się portowym nadbrzeżem, zupełnie niechcący natknęliśmy się na tablicę upamiętniającą internowanie i potem śmiałą ucieczkę naszego okrętu podwodnego ORP Orzeł w okresie II Wojny Światowej. Obowiązkowa była też wizyta w tallińskim muzeum morskim, zwiedzenie okrętu podwodnego Lembit i parowego lodołamacza „Suur Toll” – te rzeczy nieprędko mi się znudzą. Niestety, nie mogłem ostatecznie zabrać ze sobą Syna z Polski, a bardzo chciałem mu pokazać te atrakcje Tallina. Uważam odwiedziny w morskim muzeum w Tallinie za obowiązkowy punkt programu każdej wizyty w tym mieście.

Październik.

W październiku warszawski oddział Santi zmieniał lokalizację, przenosząc się do większego i bardziej reprezentacyjnego lokum. Okazję tą okraszono odpowiednią imprezą, pojawił się więc założyciel marki, Tomek Stachura (polecam WYWIAD – CZĘŚĆ I i CZĘŚĆ II – który przeprowadziłem z Tomkiem), a jak się pojawił Tomek to koniecznie musiał pokazać kilka zdjęć i posnuć swoje nurkowe opowieści. Tej okazji przepuścić nie mogłem, bo uważam Tomka za świetnego opowiadacza nurkowych historii. Tomek opowiedział o efektach ekspedycji, która miała odkryć tajemnice hitlerowskiego Karlsruhe. To był ostatni transport z obleganego Królewca. Wielu badaczy uważało, że legendarna Bursztynowa Komnata mogła być właśnie ewakuowana tą drogą. Jeżeli tak, to ogromna szansa, że właśnie Karlsruhe ją przewoził. Tego potwierdzić się nie udało, ale i tak ekspedycja była niezwykle emocjonująca i cała relacja Tomka to temat na kilka odcinków serialu przygodowego albo na dobrą książkę.

Foto: kubaCE, Rummu, Estonia.

Listopad.

Diversnight w Deepspocie, czyli pierwszy raz pod dachem. W tej imprezie uczestniczymy regularnie, głównie nurkując w naszych skromnych zbiorniczkach wokoło stolicy. Tym razem udało się zorganizować nurkowanie w ekstra warunkach, czyli w ciepełku, bez skafandrów, ale oczywiście po ciemku, czyli przy zgaszonych światłach. Takie warunki oczywiście przyciągnęły uwagę i pobiliśmy wszelkie rekordy tej imprezy. Pod wodą znalazło się pięćdziesiąt sześć osób, co nawet dla Deepspot było sporym wyzwaniem logistycznym, ale daliśmy radę i wybitny fotograf, Tomek Płociński uczynił nam piękną pamiątkę z tego dokonania.

Foto: GEPN, przygotowania do grupowego zdjęcia z Diversnight 2021

W listopadzie trzeci w tym roku projekt filmowy! Jakże się nie cieszyć? Kilka kolejnych dni zdjęciowych na planie kolejnego polskiego serialu realizowanego na zlecenie Netflix. Serial znowu ma elementy fantastyczne i na szczęście dla mnie znowu były ujęcia pod wodą. Tym razem za plan posłużył nasz stołeczny basen Pałacu Kultury i Nauki, w którym normalnie nie można nurkować ze sprzętem, więc tym bardziej cieszyłem się na tą okazję. Dodatkowo musiałem dobrać sobie do pomocy nurka – a dokładniej dublerkę do zastępowania jednej z aktorek. Zatem nasza klubowiczka Ania Rykier mogła zabłysnąć w przemyśle filmowym i wykazać się nie byle hartem ducha wykonując niektóre ewolucje kaskaderskie – i to były ewolucje! Podziwiam ją za odwagę, boję się, że sam bym się spietrał. Ja tym razem tylko zabezpieczałem ujęcia pod wodą, miałem troszkę czasu by porobić zdjęcia. Miałem też dużo czasu by utwierdzić się w przekonaniu, że kilka godzin w skafandrze plus neoprenowa kryza to nie jest dobry pomysł!

Grudzień.

Nurkowy Festiwal Mocy – dwa lata przerwy to zdecydowanie za długo. Zdecydowałem się zaryzykować i zorganizować kolejną, siódmą już edycję NFMu. Czułem głód i czułem, że ludzie też są głodni takiej imprezy. Nie myliłem się, pomimo wciąż panujących pandemicznych okoliczności stawiliśmy się z naręczem sprzętu do testowania: Ammonite System, Hi-Max, Orca Torch, Kwark, Seacraft, Santi i Tecline. Na miejscu ponad pięćdziesiąt osób, co na tą imprezę może rekordem nie było, ale było bardzo dobrym wynikiem. Na prelekcje udało mi się zaprosić Marcina Bramsona i niezawodnego Kamila Iwankiewicza, czyli sprawdzonych prelegentów. Wszystko wyszło pysznie, łącznie z panelem dyskusyjnym, plebiscytem na „najbardziej wkurzające w nurkowaniu” ( zachowania sprzętu i nurków) i loterią nagród. Znowu piękne kalendarze Ireny Stangierskiej i inne fanty od dostawców sprzętu testowego poszły w ręce gości NFM. Powstał znowu plan, żeby zrobić letnią edycję festiwalu i jest to plan na rok 2022.

Przed nami więc wspaniałe plany na 2022, koniecznie dużo wraków, powtórki rzeczy, które wyszły nie tak jak miały wyjść, plany by zobaczyć nowe rzeczy dla mnie: w końcu Hemmoor, może pojechać w końcu na chorwackie wraki? Odwiedzić Maltę? Przede wszystkim życzę sobie znaleźć czas by wreszcie skończyć spisywać wywiad z Wojtkiem A. Filipem, czego nie dokonałem w tym roku i uważam za moją największą porażkę tego roku. Życzę też sobie bardziej regularnego pisania do Nurkologa i nie tylko. A czego życzyć Wam?

Podsumowanie 2021

Część I

Jeżeli chcesz przejść do części II, kliknij TUTAJ

Z czego jestem dumny, co udało mi się osiągnąć w 2021r.

Chyba najważniejszym skokiem osobistym było wejście na ścieżkę nurkowań dekompresyjnych i zrobienie uprawnień Advanced Nitrox. To kolejny ważny krok w moim osobistym rozwoju, który postawiłem sobie dawno temu na liście celów. Tym bardziej się cieszę, że zrobiłem te uprawnienia pod okiem Kuby Urbaniaka, który jest jeżeli nie pokrewną mi duszą to na pewno stworzoną z podobnej matrycy i dogadywaliśmy się w zasadzie  bez zbędnych słów. Docelowo dla mnie to szczęśliwy traf, że znalazłem taką duszę, gdy plany idą dalej – zamierzam za jakiś czas zdobyć uprawnienia instruktorskie i bardzo chętnie będę asystował Kubie przy kolejnych kursach by zdobywać bezcenną wiedzę w tym zakresie. Jeszcze jedna rzecz się w tym układzie bardzo zgadza – obaj mamy autentycznego hyzia na temat rozsądnego podchodzenia do nurkowania i ja tej szkoły będę się trzymał. Ścieżka dekompresyjna jest piękna, nęcąca, ale by podnosić znacząco ryzyko nukowań, trzeba to robić w jakimś celu, a nie tylko by sobie i innym udowadniać wielkość/twardość niektórych części ciała. Będę to uzmysławiał każdej osobie, która będzie chciała iść tą ścieżką i nie zamierzam odpuszczać nikomu na żadnym polu tylko po to by był szczęśliwy z otrzymania certyfikatu, a niekoniecznie odpowiedniego szkolenia. Dla mnie w nurkowaniu dekompresyjnym celem są wraki, których nie osiągnę w limitach rekreacyjnych. Ale o tym później.

Po kolei. Niech to będzie kompletny przegląd wydarzeń roku 2021.

Styczeń, luty, marzec.

Fot. kubaCE. Deepspot przy zgaszonych lampach.

W ogóle okres zimowy minął mi pod znakiem Deepspot. Myślę, że to jeden z ważniejszych punktów zmieniających mój dotychczasowy proces szkoleniowy i bardzo wpływający na moje podejście do nurkowania. Deepspot daje mi genialne miejsce do realizacji części basenowej kursu podstawowego, do tego mogę odbyć pod dachem, w kapitalnych warunkach część szkoleń robionych dotąd na wodach otwartych. Nie wszystkim kursom to może służyć, ale w wielu przypadkach bardzo pomaga: ćwiczenie pływalności, poruszanie się po przestrzeniach ograniczających swobodę, różne głębokości dla różnych poziomów doświadczenia. Wstyd się przyznać, ale od zimy 2020/2021 zupełnie nie chce mi się wyjeżdżać na wody otwarte w okresie zimowym. Ten czas spędzałem na warsztatach basenowych, nocnych nurkowaniach, nurkowaniach przypominających, prowadziłem całe bloki kursów OWD cały czas pod komfortowym dachem Deepspotu.

Udało się wyskoczyć na Piechcin i nad Honoratkę. Piekielne zimno, przyzwoita wizura, ale wcale nie jakaś powalająca, jakiej można byłoby oczekiwać od okresu zimnej wody. Za każdym razem to sobie powtarzałem wracając z ogromną przyjemnością do sztucznego zbiornika w Mszczonowie.

Fot. kubaCE. Kobanya

W marcu już chłonąłem wiedzę teoretyczną z kursu IANTD Advanced Nitrox i dałem radę wyskoczyć do budapesztańskiej kopalni Kobanya. Przejazd w okresie panowania europejskich obostrzeń związanych z pandemią to był dla mnie nie lada wyczyn logistyczny i sporo stresu związanego z wieloma niewiadomymi. Musieliśmy zdobyć potwierdzenie, że jedziemy w konkretnym celu do Budapesztu by przekroczyć granicę, musieliśmy jechać trochę na około, bo Czechy zamknęły się na wszelki ruch, nawet tranzytowy. W Budapeszcie musieliśmy zrobić sobie testy PCR przed powrotem do Polski. Każda kontrola na granicy i po drodze to dodatkowy zastrzyk stresu. Słowacka policja wręcz wręczyła nam mandaty za brak maseczek w aucie (wolno było tylko spokrewnionym, my nie chcieliśmy ani łgać, ani kłócić się). Kosztowało nas to coś koło 10 Euro chyba? No jakoś to przeżyliśmy! Warto było znowu zobaczyć wspaniałe komnaty Kobanyi. Smutny był tylko covidowy Budapeszt, mało ludzi, knajpki wydające pokarm tylko na wynos, ale nie odmówiliśmy sobie spaceru wzdłuż Dunaju.

Kwiecień.

To mocne dociśnięcie pedału gazu ze szkoleniami przed otwarciem sezonu ciepłego w Polsce. To także ćwiczenia przygotowujące do kursu Advanced Nitrox.  Mi udało się jeszcze trafić na plan filmowy rodzimej produkcji. Strasznie żałuję, że tak strasznie mało się u nas kręci zdjęć w wodzie i pod wodą, bo to kapitalna robota. Fajna zabawa przede wszystkim, choć czasem i ciężka praca. To były bodajże trzy czy cztery dni po kilkanaście godzin spędzonych na planie. Tak, tak, możecie się zdziwić, ale ci goście pracują zwykle po jedenaście albo dwanaście godzin dziennie. Jak to się zdarza raz na kilka miesięcy to jest fajnie, ale taki rozchwytywany koordynator kaskaderów, albo kaskader jeżdżący z planu na plan to chyba w ogóle nie ma życia osobistego. Mocno cygańskie z resztą to życie jak patrzę na ludzi z branży filmowej. Ja się cieszę, że raz na jakiś czas mogę ich popodglądać w pracy, zwłaszcza, że ekipa Stunt Service Tomka Lewandowskiego to całkiem profesjonalna grupa pozytywnych wariatów. A do tego jeszcze miałem dużo roboty pod wodą. Tylko tym razem spędziłem w sucharze po kilkanaście godzin dziennie i miałem go na koniec serdecznie dość. Zwłaszcza neoprenowej kryzy, która nie miała kiedy wyschnąć i po prostu zaczęła śmierdzieć. Nie polecam kryzy neoprenowej jeżeli komuś zdarza się spędzać w skafandrze więcej niż dwie godzinki dziennie.

Serial w reżyserii Kasi Adamik ma pojawić się na platformie Netflix w nowym roku, albo później. To produkcja fantasy, coś a’la Polskie Baśnie Bagińskiego. Jestem bardzo ciekaw efektu końcowego.

Fot. kubaCE. Natalia dubluje z uśmiechem na twarzy. Zaraz auto zniknie pod wodą.

Maj.

To wody otwarte kończące kurs Advanced Nitrox. Kurs kończyliśmy na Hańczy wykonując kilka zanurzeń dziennie i wisząc za każdym razem cholerną godzinę w cholernie zimnej wodzie nad cholerną platformą. Ćwiczenia, procedury, powtórki. Pogoda w dodatku wyjątkowo wredna – ostatniego dnia powróciła zima. Dostałem naprawdę mocno w kość, ale dzięki temu ostatnie nurkowanie wieńczące kurs – wyprawa na księżycówkę i pierwsza legalna dekompresja to było bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.

fot. kubaCE. Pan nadInstruktor i współkursanci.

Udało się też w ramach klubowej działalności skrzyknąć ekipę na wyprawę w góry. Nie nurkować, tylko pochodzić. Towarzystwo się zebrało zacne, pojechaliśmy więc pochodzić po Gorcach i Tatrach, trafiliśmy pięknie w pogodę, więc przedłużony weekend minął nam pod znakiem gorczańskiego Turbacza (piękna, długa, ale łatwa trasa) i tatrzańskiej Doliny Czarnego Stawu (jedna z podgrup w tym czasie poszła na Kasprowy), czyli po drodze przeszliśmy przez moją ulubioną Halę Gąsienicową. Pod Czarnym Stawem zalegała jeszcze konkretna czapa śniegowa, więc było całkiem emocjonujące dojście do Czarnego Stawu. To było coś, co na pewno będę chciał powtarzać. Zostawiłem kawał serca w górach.

Z drugiej strony maj to kolejne rozczarowanie. Na rok dwa tysiące dwadzieścia jeden zaplanowałem dużo wypraw na Bałtyk, w tym co najmniej cztery związane z jednostką Hanter wypływającą z Łeby. Odwoływałem po kolei wszystkie rejsy Hanterem i jakaś połowa wypraw innymi jednostkami odbywała się w innym od zamierzonego zakresie. Bałtyk w tym roku mocno dał mi do zrozumienia, że lubić go można, ale nie należy się przyzwyczajać. Charakter ma on kapryśny i lubi to pokazywać.

Źródło: POLSAT. Kard z 10. odcinka „Komisarz Mama”. Autor w wodzie z Joasią, na burcie RIBa siedzi Mirek.

Czerwiec.

Na Bałtyk dotarłem więc dopiero w połowie roku, ale jeszcze po drodze, na dzień dziecka zabezpieczałem plan zdjęciowy na Narwii. Bardzo przesympatyczna aktorka, Joanna Niemirska miała scenę jak wynurza się z wody i informuje ludzi na łódce o znalezionym trupie. Odbyliśmy najpierw sesję zapoznawczą ze sprzętem nurkowym na Deepspocie, poćwiczyliśmy podstawowe procedury nurkowe i potem asystowałem jej w wodzie przez całe ujęcia pilnując by czuła komfort – co nie było łatwe, bo byliśmy na środku rzeki – i była zabezpieczona – dlatego cały czas trzymałem ją pod wodą, do tego drugi kaskader, Mirek Pisarek, trzymał ją na linie zabezpieczającej. Cała magia małego ekranu! I tak na koncie mam kolejną Wielką Rolę bezimiennego nurka partnerującego pani policjantce. Czyste szaleństwo! Tak więc znalazłem się w napisach końcowych jako „Ewolucje kaskaderskie” obok znakomitego kaskadera Mirka Pisarka i świetnego (oaza spokoju) koordynatora kaskaderów, Sławka Kurka. Kolejna fajna współpraca ze Stunt Service. Pamiętajcie, odcinek dziesiąty serialu „Komisarz Mama” na Polsacie. 🙂

Na Bałtyku wyszedł nam jeden dzień nurkowań. Nurkowaliśmy z Helu, więc zamówiłem mojego ukochanego Trałowca zaraz obok portu na Helu. Wrak głęboki, w sam raz na dekompresję, ale tym razem mając pod opieką nurka rekreacyjnego spotkałem się z Trałowcem tylko na kilka minut, starając się wprawiać w fotografii podwodnej. Kilka ujęć spod wody zostało, choć jeszcze daleko do ideału. To kolejna umiejętność, którą chcę rozwijać. Zaczęło się od troszkę porządniejszego zestawu fotograficznego – czyli bardziej ambitnej (od gopro głównie, którym dotąd operowałem) małpki i zestawu porządniejszych lamp błyskowych. Ceny sprzętu fotograficznego podwodnego przyprawiają o zawrót głowy, a potem człowiek próbuje opanować tego wielkiego pająka pod wodą, mało to wszystko poręczne. Doceniajmy więc fotografów podwodnych, bo nie jest to łatwy kawałek chleba.

Fot. kubaCE. Trałowiec.

W ramach ciągłych zmian planów bałtyckich, drugiego dnia zamiast nurkować na wrakach, musieliśmy nurkować na Kaszubach. Pogoda na Bałtyku nie dopuszczała opcji nurkowania. Wybraliśmy się więc poznać bazę nurkową gdyńskiego Trytona nad kaszubskim jeziorem Kłodno. Ładnie to wpasowane w wakacyjny krajobraz, rozbudowana baza, ale wrażenie chaosu i tymczasowości niestety typowe jest dla naszych baz nurkowych. Pod wodą nawet przyzwoita wizura, ale kompletna pustynia. Zanurkować tam warto tylko będąc przy okazji w okolicy, ale żeby specjalnie po to tam jechać? No nie.

CIĄG DALSZY W CZĘŚCI II

Santi karlsruhe

Otwarcie nowej warszawskiej siedziby Santi Concept Store połączone z prezentacją zdjęć z wyprawy Santi Karlsruhe.

foto: kubaCE

Tomek Stachura umie oczarować ludzi i opowiada o nurkowaniu jak nikt inny. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby przygotować go do prezentacji zdjęć z międzynarodowych mistrzostw gry w Bingo dla zawodników w wieku 80-90 lat, gdyby tylko poczuł pasję tych zawodów, opowiedziałby o tym najlepiej na tej planecie. Ten facet ma dar opowiadania! Właśnie dlatego musiałem w końcu dotrzeć na prezentację Tomka i posłuchać jego opowieści o najnowszej ekspedycji ekipy Baltictech.

Zanim nastała prezentacja…
… toczyły się liczne rozmowy w kuluarach…
… a gospodarze uwijali się w ukropie.

Podejrzewam, że Tomek mógł minąć się z powołaniem. Gdyby dać mu szansę, mógłby z powodzeniem zajmować się pozyskiwaniem środków na kolejne ekspedycje. Dać mu tylko wybór dobrych zdjęć, dobrą opowieść do snucia i już mamy przepis na sukces. Tym razem okazję do posłuchania Tomka mieliśmy przy okazji uruchomienia nowej siedziby warszawskiej delegatury Santi Concept Store. Tomek uświetnił otwarcie oddziału swojego imperium przyciągając uwagę warszawskich nurków. A tych namawiać do takiego spotkania nie trzeba było. Zgodnie z informacjami na Facebooku uczestnictwo w imprezie zadeklarowało około sto pięćdziesiąt osób. Nie sądzę by ktoś policzył, ilu ostatecznie przybyło, ale pewnie nie było jakoś dużo mniej ludzi. Nowa siedziba Santi w szczytowym momencie wieczoru pękała w szwach. Niespecjalnie było widać, żeby gdzieś było dużo wolnego miejsca, a trzeba przyznać, że nowa siedziba Santi ma zdecydowanie lepsze warunki do podejmowania dużej ilości gości.

Michał Kosut w ogniu pytań o zmianę miejsca pracy
Tomek Stachura w trakcie przygotowań
I zaczyna się prelekcja.

Warto nadmienić, że zainteresowanie wydarzeniem to nie tylko zasługa popularności marki Santi i Tomka Stachury jako bardzo zdolnego aktora wydarzenia. Widać, że w narodzie jest duży głód spotkań międzynurkowych po długim okresie pandemicznych ograniczeń i że ludzie wprost garną do każdej okazji integracji środowiskowej. Do tego bardzo nośny temat, którym ostatnio Internet z innymi mediami żył intensywnie. Karlsruhe. Ekspedycja Baltictech zbadała dokładnie wrak jednego z ostatnich niemieckich okrętów opuszczających oblegany przez Armię Czerwoną Królewiec. Niby nic specjalnego w tym statku, jednym z wielu, które brały udział w operacji Hannibal – ewakuacji morskiej Niemców w ostatnim okresie wojny. O tyle jednak sprawa ciekawa, że był to praktycznie ostatni statek wywożący dużą ilość towaru z oblężonego miasta, gdzie Niemcy zgromadzili dużą ilość skarbów. To właśnie w Królewcu po raz ostatni widziano Bursztynową Komnatę, po której ślad zaginął po wojnie. Trzeba sobie uzmysłowić, że w ostatnich dniach wojny Niemcy głównie skupili się na ewakuacji ludności z terenów wcześniej okupowanych, które teraz systematycznie odbierała im Armia Czerwona. Trzeba pamiętać, że spanikowani Niemcy nie mieli żadnych złudzeń wobec intencji kroczących ku nim żołnierzy sowieckich. Każdemu cywilowi i żołnierzowi zależało by znaleźć się jak najdalej poza zasięgiem Sowietów. A tutaj nagle w środku wojennej zawieruchy i nerwowej ewakuacji trafia się statek, który dostaje bardzo wyraźny rozkaz przyjęcia i przetransportowania ładunku 360t upchanego w starannie zabezpieczone skrzynie. Tylko decyzją kapitana „Karlsruhe” przyjął na pokład ok. 900 osób ewakuowanych z Królewca. Statek jednak dość krótko po opuszczeniu brzegu zostaje zbombardowany i idzie w rekordowo krótkim czasie na dno. Zabiera z powierzchni nie tylko około ośmiuset dusz, ale też tajemnicę zawartości ładowni.

Tomek Stachura tkał swoją opowieść najpierw o krystalizowaniu się zamysłów grupy Baltictech, która chciała odkryć ostatnie zaginione jednostki biorące udział w operacji Hannibal, potem opowiadał o odnalezieniu „Karlsruhe” i właśnie o tym jak członkowie grupy uświadomili sobie, że ładownie statku mogą skrywać jedną z większych sensacji historycznych XX wieku.

Niestety, nie jest już tajemnicą, że wyprawa nie potwierdziła tej sensacji, ale też można żyć nadzieją, że wrak „Karlsruhe” wciąż skrywa wiele tajemnic także w skrzyniach przykrytych dwumetrową warstwą mułu. Nic jednak z tego nie zepsuło nastroju wieczoru, gdyż Tomek ze swadą opowiedział o całej organizacji nurkowań, o podchodach i grach, które toczyły się między poszukiwaczami a przedstawicielami urzędów, którzy byli obecni na pokładzie.

Może ta wyprawa nie jest żadnym kamieniem milowym w odkrywaniu historii wraków spoczywających na dnie Bałtyku, ale jest na pewno ogromnie ciekawym wydarzeniem, o którym fantastycznie opowiada Tomek. Mam nadzieję, że grupa teraz wróci do tematu „Orła” i na tapecie znów będzie akcja „Santi. Odnaleźć Orła”, ale jestem niemal pewien, że wyprawa „Karlsruhe” była bardzo potrzebna członkom ekipy Baltictech by dać im sporo nowej wiedzy o sposobach poszukiwań, by dać im też dużo nowej energii do poszukiwań, a także – o czym bardzo marzę – by dać im potrzebny zasób środków na wyprawę.

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

Titanic – wszystko to, o czym mogliście nie wiedzieć. Część I

001

Mija właśnie sto piąta rocznica tragicznego rejsu Titanica, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku świat dumnych ludzi uległ dramatycznej zmianie kiedy bardzo nowoczesny i bardzo luksusowy statek po lekkim otarciu o kawałek lodu dryfujący po ogromnej kałuży oceanu atlantyckiego zaczął szybko nabierać wodę wbrew zamysłom projektantów, którzy byli przekonani, że zbudowali „prawie niezatapialny statek”. W niecałe dwie godziny statek poleciał na dno Atlantyku zabierając pod wodę ponad tysiąc pięćset osób. Tekst ten siedział mi w głowie już długi czas.

Zgromadzona wiedza nie jest wcale tajna, ani szczególnie niedostępna. Wszystkie te wiadomości można znaleźć w Internecie i różnych książkach. Ja je tylko zebrałem, wybierając najciekawsze i najistotniejsze informacje. Wybór jest absolutnie nie obiektywny. Po raz pierwszy usiadłem nad uporządkowaniem tej treści, kiedy przygotowywałem się do wykładu, który poprowadziłem na spotkaniu Klubu 4divers. Materiał jest na tyle obszerny (a jak wiecie, lubię się rozpisać), że postanowiłem go podzielić na dwie części. Zapraszam więc do lektury części pierwszej.

002
Clive Cussler. Autor serii powieści przygodowych.

GDZIE LEŻY MAGNES?

Jest coś w tej historii, co bardzo mnie pociągało już od dawnych młodzieńczych lat, daleko przed tym, zanim zapisałem się na kurs nurkowania (ale już w kościach czułem, że kiedyś będę nurkować). Wszystko zaczęło się od serii powieści Clive’a Cusslera o przygodach dzielnego i bardzo szczęśliwego nurka – badacza, Dirka Pitta, który wraz z przedsiębiorczą grupą pracującą dla niesamowitej narodowej agencji poszukiwań podwodnych NUMA poszukiwał różnych obiektów pod wodą, lub w jakiś sposób z nią związanych. Szczęśliwy dlatego, że posiadał niekończące się pokłady fartu, z każdej najgorszej kabały ratował się głównie dzięki szczęściu. Trzeba było trafu, że akurat gdy leżał spętany i pilnowany przez uzbrojonych zbirów coś zdarzało się takiego, że za chwilę jego wrogowie leżeli na ziemi a on już biegł w stronę cennego skarbu. Literatura przygodowa może nie najwyższej próby, ale bardzo działająca na moją wyobraźnię. Bardzo chętnie chłonąłem kolejne przygody Dirka. Bodajże najpierw był „Vixen 03” a potem „Lodowa Pułapka” i wtedy nastąpił ten błysk, to coś. Zaiskrzyło. Kolejna powieść w moich rękach, „Podnieść Titanica”, uruchomiła mnie. Dostałem absolutnego kręcioła na punkcie statku. Jakże mocno działało na moją wyobraźnię całe to zamieszanie z wrakiem luksusowego liniowca, w ładowniach którego miał znajdować się tajemniczy radioaktywny pierwiastek, który miał zmienić losy świata i zmienić bieg zimnej wojny. Najpierw mozolne poszukiwania wraku, podniecające odkrycie, a potem dramatyczne wydobycie statku na powierzchnię wody. Już we wstępie autor podkreślał, że pisząc powieść nie spodziewał się, że statek zaraz właśnie zostanie odnaleziony i że będzie się znajdować w tak świetnym stanie, choć niestety nie w jednym kawałku. Musiałem wiedzieć jak najwięcej o nim, musiałem zbadać jego prawdziwą historię. Źródłem informacji nie był na pewno film, który obejrzałem wiele lat później – na podstawie książki Cusslera, o tym samym tytule „Podnieść Titanica” – solidna, ale okropnie nudna produkcja amerykańska z lat osiemdziesiątych. Dość porządne tradycyjne efekty specjalne robiły niezłe wrażenie. Filmowcy zbudowali na serio ogromny model zniszczonego ale kompletnego wraku, który wydostaje się na powierzchnię oceanu  i kończy swój rejs wpływając triumfalnie do portu w Nowym Jorku.

005
Tak w ujęciu filmowców miał wyglądać Titanic po wydobyciu z dna oceanu atlantyckiego.

Opis statku w książce był bliższy realizmowi niż w filmie, w którym filmowcy stwierdzili, że realizm nie jest tak romantyczny jak wizja, gdy wrak, który najpierw opadał szybko cztery kilometry na dno (pęd wody, wiadomo, zrywa wszystko, opór jest silny), a potem szybko frunął do góry, równie daleko – mógł zachować wciąż takie elementy wyposażenia jak kominy, maszty i olinowanie! Film warto obejrzeć tylko dla samego odnalezienia i wyciągnięcia statku z dna. Cała fabuła jest jedynie wspomnieniem po całkiem wciągającej i zawiłej historii z książki. Miły dla oczu jest epizod sir Aleca Guinessa – odtwórcy roli Obi Wan Kenobiego w starych Gwiezdnych Wojnach.

004
Plakat filmu

Wróćmy jednak do rzeczywistości i do mojej świeżo rozkwitłej miłości do historii statku z początku dwudziestego wieku. Wyobraźcie sobie młodego człowieka, który wydaje swoje niezbyt pokaźne kieszonkowe na ogromniastą książkę – album „Odnalezienie Titanica” autorstwa Roberta D. Ballarda. Książka kosztowała wtedy trzydzieści jeden złotych (na okładce znajdują się dwie ceny, znak, że kupowałem ją w czasach, gdy Polska przechodziła denominację, stara cena – trzysta dziesięć tysięcy i pod spodem dopisane 31zł), nie była to więc dla mnie mała kwota. Myślę, że ówcześni pracownicy księgarni jak i moi rodzice byli ze mnie dumni, że postanowiłem w tak szlachetny sposób wydać swoje kieszonkowe. Dlaczego sięgnąłem po tą książkę? Otóż już od Cusslera dowiedziałem się, że to właśnie doktor Robert D. Ballard był owym człowiekiem, który odnalazł naprawdę Titanica, a stało się to w roku 1985. I to właśnie na jego książkę opisującą to wydarzenie natrafiłem w jednej z księgarni. Musiałem ją mieć!

okladka

O samych poszukiwaniach i badaniu wraku opowiem później, warto najpierw zastanowić się dlaczego historia Titanica rozpala wyobraźnię kolejnych pokoleń ludzi. Przecież to nie był wcale jedyny największy statek – miał przecież równie potężnych braci: Olympica i Britannica. Przecież nie była to największa katastrofa morska na świecie. Titanic ze swoim „żałosnym wynikiem” ponad tysiąca pięciuset ofiar nie znajduje się nawet w pierwszej piątce największych katastrof morskich (warto wspomnieć, że największa tragedia wydarzyła się u naszych brzegów na Bałtyku pod koniec drugiej wojny światowej i dotyczyła zatonięcia niemieckiego Gustloffa zatopionego przez rosyjski okręt podwodny i pociągającego za sobą życie sześciu tysięcy i pięćdziesięciu osób!). Chodzi tutaj jednak o ogromną zmianę w świadomości ówczesnych ludzi. Musimy pamiętać, że początek dwudziestego wieku to były specjalne czasy dla ludzi. Byliśmy piekielnie przedsiębiorczy, wynalazczy i rozwijający się. Wszystko nam wychodziło. Wiek wynalazków, wiek rozwoju przemysłu, maszyn parowych, rosnących majątków pojedynczych przedsiębiorców (a nie tylko już lekko zmurszałej klasy arystokratycznej – od teraz pieniądz i wpływy mogły znaleźć się w rękach każdego przedsiębiorczego osobnika). Ludzie czuli, że mają moc, są w stanie pokonać wszystkie żywioły i że przyroda nie jest im straszna. Jednym z dowodzących tego przeświadczenia wydarzeń miał być właśnie rejs między innymi Titanica, choć nie był on pierwszym z trójki ogromnych statków. Jednak to właśnie Titanic miał być tym najwspanialszym (jego młodszy brat – Britannic mógł go przyćmić, ale w tym czasie dopiero się rodził). Synonim luksusu, potwór, największy z największych. No i „praktycznie niezatapialny” – tu ważne jest podkreślenie, że autorami tego sloganu wcale nie byli twórcy statku, czy armator – w zasadzie hasło narodziło się w prasie, ale ani armator, ani stocznia nie dementowali, ale też nie potwierdzali tego stwierdzenia. Jakież ogromne zdziwienie było wszystkich, że ten synonim luksusu i bezpieczeństwa poszedł spektakularnie na dno po lekkim draśnięciu lodowej góry. Jak bardzo to wpłynęło na świadomość ówczesnych ludzi. Lekcja pokory – nic co ludzkie nie jest niezniszczalne, a żywioły dalej rządzą – ludzie nie mają szans. Ta gorzka lekcja pokory przede wszystkim przyczyniła się do zasadniczych zmian w przepisach bezpieczeństwa żeglugi morskiej.

043

Trzeba sobie uzmysłowić, że przestarzałe przepisy Brytyjskiej Izby Handlowej nie uwzględniały tak dużych statków w żegludze morskiej, a zatem chociażby liczba szalup nie zależała od ilości pasażerów, ale od tonażu statku i mówiła jedynie o tym, że statki powyżej masy dziesięciu tysięcy ton miały zapewnić przynajmniej szesnaście szalup mogących pomieścić przynajmniej dziewięćset dziewięćdziesiąt osób (i tak decydenci w sprawie Titanica wspaniałomyślnie dołożyli cztery składane łodzie ponad ten limit). Następną ważną zmianą po katastrofie była rewolucja w systemie komunikacji radiotelegraficznej – dotychczas radiotelegrafiści nie byli członkami załogi tylko pracownikami firm radiotelegraficznych, a ich głównym zadaniem było przekazywanie wiadomości od i do pasażerów. Co ciekawe, radiooperatorzy nie pracowali całą dobę – kończyli swoją zmianę i szli normalnie spać nie prowadząc całodobowego nasłuchu. Po katastrofie wprowadzono całodobowe zmiany przy radioodbiornikach, a radiotelegrafiści przeszli pod komendę kapitanów statków i głównym ich zadaniem odtąd było wymienianie się informacjami pomiędzy statkami dotyczącymi bezpieczeństwa żeglugi.

010
Titanic i Olympic

TRZEJ SYNOWIE WHITE STAR LINE

Zacznijmy naszą historię od rodziców statku. Wszystko zrodziło się w prężnych i nie znających określenia „nie da się” umysłach włodarzy linii White Star Line. I tu ciekawostka numer jeden. Przez długie lata opierając swoją wiedzę o Titanicu z książek Cusslera i Ballarda żyłem w przeświadczeniu, że ów statek jest tak brytyjski jak to tylko możliwe. Jest po prostu brytyjski aż do bólu. W końcu stocznia irlandzka go zbudowała, a port macierzysty – Wielka Brytania. Statek wyruszył w rejs z Wielkiej Brytanii, na pokładzie głównie śmietanka brytyjskiego „high class”. Jakież moje zdziwienie było kiedy dowiedziałem się, że owszem WSL główną siedzibę miało w Zjednoczonym Królestwie, ale właścicielem WSL  był amerykański holding – stąd na statku obowiązywało nazewnictwo amerykańskie (windy nie jak po brytyjsku „lift”, ale „elewator”, itp.). Jak już wspomniałem – Titanic miał dwóch braci. Najstarszy – „Olympic”, powstał nieco wcześniej i już regularnie kursował w czasie, kiedy Titanic opuszczał suchy dok i przygotowywał się do swojego dziewiczego rejsu. Jednak trzeba pamiętać, że od początku zakładano wybudowanie trzech ogromnych transatlantyków. Miała być to odpowiedź na konkurencyjną flotyllę statków należących do Cunnard Lines. Cunnard szczycił się luksusowymi i bardzo szybkimi statkami. WSL od początku założyło, że nie będzie walczyć o pałeczkę pierwszeństwa na polu prędkości – zwyczajnie nie dysponowali ani wiedzą ani technologią, która mogła pomóc im w pokonaniu konkurencji. Postawiono więc na wielkość i luksus. Trzy statki miały stanowić wzorzec w kwestii luksusu i wielkości – wszystko miało być „naj” i nie było czynionych w tej kwestii żadnych skrótów czy oszczędności. „Olympic” był pierwszym, a więc doświadczenia z jego budowy i użytkowania miały ogromny wpływ na zmiany czynione w projektowaniu i budowaniu młodszych braci. To „Olympic” służył najdłużej i pracował zgodnie z założeniem projektantów. Jego służba trwała od 1911 roku do 1935, kiedy po kolejnej kolizji zdecydowano, że nie opłaca się wykonywać remontu i należy pociąć statek na żyletki. Ciekawostka numer dwa – „Olympic” miał co najmniej dwie niebezpieczne przygody w trakcie swojej służby. Jedna z nich – kolizja z HMS Hawke tak poważnie uszkodziła statek, że ten musiał zawinąć do stoczni remontowej, w której powstawał Titanic. Do jego remontu (kolizja spowodowała zalanie dwóch wodoszczelnych przedziałów statku) skierowano dużą część robotników pracujących przy „Titanicu”, co spowodowało opóźnienie daty dziewiczego rejsu „Titanica”. Teraz rzecz najzabawniejsza w całym tym nieszczęściu – kapitanem odpowiedzialnym za tą kolizję był Edward John Smith – ten sam, który dowodził Titanicem podczas jego feralnego rejsu. To poniekąd obrazuje logikę działań ludzi odpowiedzialnych za żeglugę morską. Gość, który niespecjalnie dobrze sobie radził z prowadzeniem „Olympica” i przyczynił się do poważnej kolizji, dostał pod komendę najwspanialsze cacuszko White Star Line.

Ciekawostka numer trzy – swego czasu popularna była teoria spiskowa dotycząca zamiany statków. Według tejże Titanic miał być zamieniony z Olympiciem właśnie w momencie, kiedy Olympic został uszkodzony. Uznano, że naprawa jest nieopłacalna, przemalowano statek, zamaskowano uszkodzenia, wsadzono pasażerów i wysłano na ocean by ten zatonął w miejscu umówionym z innym statkiem (rzekomo z Californianem, który miał swój udział w smutnej historii Titanica), który miał zebrać pasażerów. To się ładnie nazywa oszustwem ubezpieczeniowym – Olympic idzie na dno, kasa idzie na konto WSL, zepsuty Olympic przestaje być problemem. Jednak Titanic/Olympic nie dopłynął do umówionego miejsca, stuknął w górę i poleciał na dno dużo wcześniej. Ciekawa teoria godna Foxa Muldera, co nie?

013

Już zostawmy w spokoju zwyczajną niemożliwość utrzymania tajemnicy – rzesze robotników pracujących przy obu statkach mieliby nie wypaplać takiej tajemnicy, że załoga nie pisnęła słowa – Jaaasne.

Od razu widać, że teoria musi mieć stary rodowód, kiedy prasa jeszcze nie była prężna, ludzie nie mieli takiego dostępu do informacji i zdjęć obu statków i na wszystkich wyobraźnię działało hasło „bliźniacze statki”. Wystarczy porównać zdjęcia obu statków, które jednak nie były tak do końca bliźniacze. Olympic powstał wcześniej.

014

Jego pasażerowie z pierwszej klasy skarżyli się załodze i armatorowi, że podczas wysokiej fali woda zalewa ich elegancki pokład spacerowy A. Wyciągnięto wnioski z tych skarg podczas projektowania Titanica i Britannica, których jedna trzecia długości pokładu spacerowego A jest zabudowana od strony dziobu. Na potrzeby takiej machlojki nikt nie przebudowałby statku, bo to już tym bardziej nie opłacało się nikomu, już nie mówiąc o skali przedsięwzięcia, a więc znowu o utrzymaniu tej całej mistyfikacji w tajemnicy.

015
RMS Gigantic/Britannic

Britannic – a tak naprawdę Gigantic, bo tak oryginalnie miał się nazywać ostatni z trzech braci. Zwodowany już po zatonięciu Titanica. Uznano, że Gigantic w takiej sytuacji byłoby zbyt pretensjonalną nazwą i spuszczono z tonu nazywając statek Britanniciem. Po katastrofie Titanica oba statki zatrzymano w dokach stoczni Harland and Wolff i dokonano poważnych poprawek konstrukcyjnych – podwyższono grodzie, dodano szalupy. Kiedy Britannic był gotowy do swojego rejsu wybuchła I Wojna Światowa i statek został zarekwirowany przez Brytyjską Marynarkę Wojenną. Jeszcze długi czas przystosowywano go do służby wojskowej, zanim tak się stało, statek pływał regularnie przez trzy miesiące na trasie Anglia – Irlandia – Francja. Potem przyszły pierwsze rejsy w nowej roli – statku szpitalnego. Britannic wykonał pięć rejsów, głównie do Włoch. Szósty rejs zakończył się dla statku tragicznie. Statek po wyjściu z kanału egejskiego wpadł na minę i zatonął w ciągu pięćdziesięciu pięciu minut. Tym razem obyło się bez spektakularnej liczby ofiar. Szalup było wystarczająco dużo, morze egejskie to nie zimny Atlantyk, a katastrofa miała miejsce blisko lądu. Jedyne ofiary to nieszczęśnicy, którzy wpadli pod pracujące cały czas śruby okrętowe – kapitan do końca próbował doprowadzić tonący statek do brzegu. Wrak statku odkryty i zbadany został przez samego Jacquesa Cousteau w 1975 roku, leży na głębokości 133 metrów

PROJEKT STATKU

Odnośnie samego Titanica, warto sobie uzmysłowić, że jego los został przypieczętowany już w momencie projektowania konstrukcji. O losie statku zadecydowały takie czynniki jak:

Dobór stali i nitów. Początkowo popularna teoria była o tym, że wszystkiemu winna była krucha stal, która w wyniku kontaktu z zimną wodą i pod naporem góry lodowej zwyczajnie popękała. Jak późniejsze badania wykazały, najbardziej wadliwym elementem całej konstrukcji był materiał użyty do produkcji nitów. Dobrze jest wiedzieć, że to były czasy pary i wynalazków. Ludzie czuli coraz większą presję czasu, maszyny coraz częściej wyręczały ludzi w pracy, a więc dużo ludzi i zawodów przestawało być nagle potrzebnymi. W zagrożonej grupie znaleźli się nitownicy. Ludzie, którzy ręcznie nitowali pokrycie statków w stoczni Harlanda i Wolffa musieli czuć presję – owszem, automatyczne nitownice były już powszechne, ale były ciężkie i drogie i nie nadawały się do nitowania w trudno dostępnych miejscach i na bardziej zakrzywionych powierzchniach. Pojawiały się jednak mniejsze i bardziej wydajne, mogące pracować także tam. Oczywiście kosztowały też odpowiednio. Nitownicy robili więc wszystko by stocznia nie zamieniła ich na nitownice. Opracowywali techniki bardziej efektywnej pracy (jeden trzymający nit, dwóch młotkujących), eksperymentowali także z surowcem, z którego odlewano nity. I tu tkwił problem, do składników nitów dodawano dużo różnych ulepszaczy, które powodowały, że materiał był plastyczny przy niższej temperaturze podgrzania. Tak zwany żużel powodował, że nitowanie szło szybciej, ale też powodował, że nit był podatny na pęknięcia.

034

Grodzie wodoszczelne dzielące statek na szesnaście wodoszczelnych przedziałów. Miały zapewnić, że przy zalanych czterech przednich lub tylnich, lub dwóch dowolnych innych statek mógł utrzymać się na wodzie. Oryginalnie miały sięgać dużo wyżej, bo aż do pokładu B. Jednak to nie czynnik ekonomiczny zdecydował o ich obniżeniu. Ważną wizytówką Titanica miała być ogromna klatka schodowa ulokowana między pierwszym a drugim kominem. To przez jej wielkość zdecydowano, że grodzie będą sięgać niżej tylko po to by znalazło się miejsce na byczą klatkę schodową (która z resztą miała ogromny wpływ na wytrzymałość kadłuba w tym miejscu).

Rezygnacja z podwójnego kadłuba. To mogła być najlepsza rzecz, w którą mógł zostać uzbrojony Titanic i która spowodowałaby, że żadna góra lodowa nie byłaby mu groźna. Obrazowo rzecz ujmując jeden kadłub schowany byłby w drugim – zewnętrznym. Gdyby jeden został uszkodzony, drugi utrzymałby statek na wodzie. Jednak uznano, że nie ma co dublować już i tak wielu niesamowitych zabezpieczeń statku. Uznano, że te pieniądze można wydać na inne udogodnienia na statku.

Ilość szalup ratunkowych. Tu nie chodziło o oszczędność – żeby to było jasne. Szło o przestarzałe przepisy ustanowione przez Brytyjską Izbę Handlową i brak ich aktualizacji pomimo pojawienia się takich jednostek jak Olympic, czy „ciut mniejszych” należących do Cunarda. Przepisy mówiły jasno – statki o masie pow. 10tyś. ton musiały zapewnić szesnaście szalup mogących pomieścić dziewięćset dziewięćdziesiąt osób. I tak w przypadku Titanica dołożono cztery ponad limit. Oryginalnie miało być ich więcej, ale armator uznał, że będą one tylko zaśmiecać pokład i zasłaniać piękne widoki bogatym pasażerom spacerującym po najwyższym pokładzie, tzw. pokładzie słonecznym. Co ciekawe, dyskusja w tej sprawie trwała piętnaście minut, podczas gdy decydenci dyskutowali później co najmniej dwie godziny na temat doboru dywanów dla pierwszej klasy.

Ciekawostka numer cztery – czwarty komin to atrapa! Informacja jest już wielokrotnie powielana w mediach, jednak wciąż niewielu ludzi wie, że czwarty komin na statkach WSL to była atrapa. Wydano kupę kasy na zbudowanie kominów, które świadczyły jedynie o skali i potędze statku, jednak nie miały totalnie żadnego praktycznego zastosowania. Wiąże się z tym jedna zabawna plotka, jakoby jeden z palaczy na Titanicu (to ci wiecznie umorusani pyłem węgielnym goście, którzy dzień i noc pracowali przy kotłach statku – projektanci też o tym pomyśleli – palacze mieli oddzielne pomieszczenia sypialne, stołówkę i inne potrzebne do życia pomieszczenia – byli dosłownie odseparowani od reszty załogi i pasażerów statku, byli dlań niewidoczni) wdrapał się po drabinie wewnętrznej w kominie numer cztery, wychylił się ze środka i pomachał wystraszonym pasażerom, z których część opuściła statek po tym incydencie (więc mogło mieć to miejsce w czasie, gdy Titanic przepływał z Irlandii do South Hampton, skąd ruszył przez Atlantyk do Nowego Jorku).

BUDOWA STATKU

Wyobraźcie sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Belfaście, w stoczni Harland & Wolff kładli pierwsze belki pod budowę Titanica, kilka tysięcy kilometrów dalej, w regionie zachodniej Grenlandii oderwał się kawał lodu i narodziła się góra lodowa, której przeznaczeniem było pokaleczenie Titanica i spowodowanie jego zatonięcia.

0001map
Trasa góry i Titanica aż do punktu spotkania

Tymczasem w Belfaście ruszyła budowa giganta. Jakież to musiało być wydarzenie dla całej Europy i reszty świata. Jak musiało działać na wyobraźnie powstawanie takich elementów jak kotwice statku, które transportowano przez całe miasto do stoczni zaprzęgiem złożonym z co najmniej dziesięciu par koni pociągowych. Jak wytaczano z hal ogromne kominy parowca. Przy budowie statku pracowało trzy tysiące robotników, budowa rozpoczęła się w 1909 roku.

018
Komin Titanica

019
Zaprzęg koni ciągnie kotwicę Titanica

020
Silniki statku. Zwróćcie uwagę na postać z lewej strony silnika. Skala robi wrażenie.

021
Robotnicy pozują przy śrubach statku.

Trzy śruby statku – w tym środkowa, która pracowała tylko do przodu, ale nie do tyłu, co powodowało, że statek zdecydowanie słabiej i gorzej reagował na manewry we wstecznym ciągu.

31 maja 1911 zsunięto kadłub statku po pochylni do mokrego doku stoczni. Przy okazji zginęło kilku robotników, ale nikt tego specjalnie nie przeżywał. Statek odholowano do ostatnich prac wykończeniowych i wyposażenia. Statek był gotowy do rejsu w kwietniu 1912. Kroniki filmowe puszczane w ówczesnych kinach pokazywały ogrom Titanica, choć warto wiedzieć (kolejny argument podpierający teorię o zamianie statków), że autorzy kronik często pokazywali ukończonego wcześniej Olympica i montowali tak materiał by ludzie mieli wrażenie, że oglądają nowego i większego Titanica.

FILMOWA OBSADA

Na pokładzie statku znalazły się różne ciekawe osoby. Oprócz wielu bogaczy, przedstawicieli różnych ważnych rodów szlacheckich na statku obecnych było trzech ludzi, którzy tworzyli bardzo filmowy zestaw bohaterów tragedii.

025
Thomas Andrews

Główny projektant – Thomas Andrews – zdecydowanie pozytywny bohater tej historii, to według jego oryginalnego projektu na statku miało być czterdzieści sześć, a nie szesnaście szalup. To on przedstawił projekt podwójnego kadłuba i grodzi sięgających pokładu B.

026
Grodzie według oryginalnego projektu

027
Grodzie w ostatecznej formie.

To jest ten typ artysty, który uważa, że jego dzieło nigdy nie jest dostatecznie doskonałe i cały czas myśli jak je poprawić. Jeszcze ponoć w trakcie rejsu siedział, przechadzał się po statku i kombinował jak ulepszyć statek. Thomas Andrews wymyślił na przykład sprytny system żurawików obsługujących szalupy, dzięki któremu żurawik mógł obsłużyć kilka szalup naraz, ustawionych jedna za drugą. I takie żurawiki zainstalowano na statku, mimo że żurawiki obsługiwały jedynie po jednej szalupie.

ismay
Bruce Ismay

Bruce Ismay – czarny charakter – przedstawiciel linii WSL. To najpewniej on zdecydował o obniżeniu poziomu grodzi (żeby zmieściła się ogromna i wystawna klatka schodowa), zmniejszeniu liczby szalup do przepisowej ilości (zgodnie z przestarzałymi przepisami) – bo ludzie nie płyną takim statkiem by oglądać szalupy – i o pojedynczym kadłubie. Posądzano go także o to, że nakłaniał kapitana do płynięcia pełną parą i zaoszczędzenia jednego dnia podróży. Piąta ciekawostka – plotka, jakoby Thomas dyskutował z kapitanem by płynąć pełną parą by zdobyć Błękitną Wstęgę Atlantyku (poprawka dzięki czytelnikowi nikita_t). Purpurowa harfa Błękitna Wstęga to rodzaj wyróżnienia dla statku, który pokonał Atlantyk w najkrótszym czasie. Jak pamiętamy, WSL od początku nastawiało się, że nie doścignie statków Cunarda, a więc nie odbierze im purpurowej harfy Błękitnej Wstęgi. Jedyny rekord, jaki Titanic mógł pobić to tempo, w jakim Atlantyk został pokonany przez Olympica. Nie ma pewności, a nawet jest to wielce nieprawdopodobne by tylko ten jeden człowiek był ojcem wszystkich złych pomysłów, które zadecydowały o losie statku. Jednakże biedny Bruce naraził się mocno opinii publicznej faktem, że uratował się. Pomimo, że załoga miała polecenie umieszczać w łodzi najpierw kobiety i dzieci, stąd oczywistym było dla publicznej opinii że Bruce powinien był oddać swoje miejsce w szalupie jakiejś kobiecie. W istocie sporo łodzi opuszczano z dużo mniejszą liczbą pasażerów na pokładach. Oficerowie głównie zadbali o ratunek pasażerów z wyższych klas, a jak nie byli w stanie wyłowić ich z tłumów kręcących się po statku pasażerów, pozwalali wsiadać do szalup mężczyznom. Bruce tłumaczył się tym, że czuł obowiązek przekazania wszystkich informacji opinii publicznej i być głównym świadkiem tej straszliwej tragedii by przysłużyć się przyszłej żegludze morskiej i spowodować by nigdy nie powtórzono takiego błędu. Bruce wycofał się z życia publicznego po katastrofie.

029
Kapitan E. J. Smith

Edward John Smith – kapitan statku. Dziewiczy rejs Titanica miał być ukoronowaniem jego kariery i zaraz po rejsie miał odejść na emeryturę. Wcześniej pływał wszystkimi flagowymi statkami linii. Nazywany był kapitanem bogaczy. Trzeba sobie uzmysłowić, że to był kapitan celebryta, ówczesna gwiazda mediów i ulubieniec wyższych sfer. Niektórzy bogacze, czy członkowie rodzin szlacheckich decydowali się na jakiś rejs tylko na podstawie informacji, że statkiem ma dowodzić właśnie Smith. Sam Edward przyznał, bez cienia wstydu, że nigdy, przenigdy w trakcie całej jego morskiej historii nie przytrafiło się mu nic niezwykłego, czy trudnego. To z pewnością przygotowało go na rejs Titaniciem. Pamiętajcie jednak, że tak naprawdę nie było wtedy żadnego kapitana gotowego do prowadzenia statków o tej skali. Nikt do końca nie umiał prawidłowo prowadzić tej wielkości statków i nie wiedział jak one zachowają się w różnych sytuacjach. W takich chociażby jak hamowanie przed górą lodową na kursie.