Archiwum kategorii: ogólnie

Avatar – dobry wybór na pierwszy suchy skafander?

To jest II część wywiadu, rozmowy przeprowadzonej z Marcinem Bramsonem – instruktorem nurkowań dekompresyjnych, rebreatherowych. W trakcie tej rozmowy wymieniamy nasze uwagi odnośnie używania skafandra Avatara w różnych warunkach i okolicznościach. Zastanawiamy się, komu warto polecić ten skafander, czy to dobry pomysł na pierwszy skafander w życiu i czy jest ktoś, dla kogo to nie jest dobry wybór. Zapraszam do lektury.

Pierwszą część wywiadu znajdziesz TUTAJ

KC

To jest obserwacja z innych skafandrów, że to jest element stały każdej konstrukcji skafandra, niezależnie od wybranego typu kryzy szyjnej. To docieplenie zawsze tam jest. W BARE tak mam też, pomimo posiadania już chyba trzeciej kryzy neoprenowej, dalej jest neoprenowe docieplenie. Jednak tutaj w żaden sposób to nie przeszkadza przy zakładaniu.

Akurat ten element mi w niczym nie przeszkadza w Avatarze, bo ja – tu już możemy zdradzić – zdecydowałem się na kryzę lateksową. Ja się celowo skazałem na kryzę lateksową…

MB

… Podoba mi się to „Skazałem się” (śmiech).

KC

Ja wiem, rozumiem. Znam opinie użytkowników, sam sobie wyrobiłem podobną. Kryza neoprenowa w użytkowaniu jest zwyczajnie przyjemna, wygodna, fajnie się ją zakłada, zdejmuje. Nie uciska, a jedyny jej użytkowy mankament, to że może się źle ułożyć i podcieknąć. Zwłaszcza, jeżeli jest troszkę grubszy i sztywny materiał. Miewałem już różne kryzy neoprenowe i za każdym razem były różnej grubości i elastyczności. Nawet jeżeli człowiek uważa na ruchy głową, dobrze wywija kryzę, jednak czasem neoprenowa kryza potrafi się tak ułożyć, że coś tam podcieknie do wewnątrz. Mimo wszystko ja znalazłem jedną, dla mnie dość poważną wadę kryzy neoprenowej. Jeżeli człowiek używa skafandra cały dzień i ta kryza nie ma czasu zwyczajnie wyschnąć w międzyczasie to się zamienia po prostu w kisiel. Jest to nieprzyjemny kisiel, nieprzyjemnie pachnie. Neopren, jak się go nie wysuszy dobrze, zaczyna się niefajnie ciągnąć, degenerować i do tego szybko zaczyna nieprzyjemnie pachnieć. Podkreślam, nie jest to związane z higieną osobistą (śmiech). Stąd do tego typu prac wybrałem kryzę lateksową. Przy czym ja wcześniej nurkowałem niejednokrotnie w skafandrach z kryzami lateksowymi i nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało. Jedyne, czego się obawiałem to właśnie termika, ale to docieplenie robi robotę i mi to w niczym nie przeszkadza.

Z samym przeciskaniem się przez kryzę nie mam kłopotów. Tu zwrócę też uwagę, że mam nietypowo szeroką głowę i mam na przykład ogromny problem z doborem kapturów. I tu muszę podkreślić, że mnie zaskoczył kaptur, który przyjechał ze skafandrem. Ja się tego w ogóle nie spodziewałem. Zakładałem, że skoro skafander teoretycznie jest z półki „low budget” to nie zakładałem, że w zestawie przyjdzie kaptur. Wydaje mi się, albo nie pamiętam, żeby ktokolwiek mnie przy zamawianiu pytał o rozmiar kaptura. Ten, który przyjechał, od razu na mnie pasował a ja na przykład długo dobierałem sobie kaptur wcześniej. Na przykład nie pasuje na mnie żaden rozmiar lubianej marki kapturów Fourth Element. Z Santi też się mierzyłem i potwierdzam to, co większość użytkowników zwracało uwagę, że te kaptury „ciągną szczękę”. A tu tego problemu nie ma. Bardzo wygodny, elastyczny i dobrze przylegający. Nie wiem czy ty w ogóle używasz tego kaptura.

MB

Używam, choć z innych względów. Jednak mogę to potwierdzić. To mnie zaskoczyło, z resztą jak większość użytkowników, których znam, a którzy używali też skafandrów Santi, że kaptur Avatara jest dużo wygodniejszy od kapturów Santi.

KC

Ciekawe, co nie?

MB

Nie wiem, z czego to wynika, ale tak jest. Druga rzecz, z którą nie wiem czy się ze mną zgodzisz. A już tym bardziej czy się Tomek Stachura (właściciel obu marek) ze mną zgodzi, ale to już mnie mniej interesuje (śmiech), że ja bym w ogóle nie pozycjonował w kategorii skafandrów budżetowych. Z tego powodu, że to jest skafander, który ma wszystko, co powinien mieć. To nie jest skafander, który zrobiono tak by był najtańszy – „zabierzmy wszystko z wyposażenia by obniżyć cenę”. Fakt, że ten skafander rzeczywiście jest teraz jednym z najtańszych skafandrów na rynku nie wynika z jakości użytych materiałów, ale z modelu produkcji, dystrybucji i sprzedaży. Mi się zawsze kojarzy niska cena z gorszą jakością a tutaj jest to pełnowartościowy skafander, tylko tutaj jest tak jak z Fordem w jego początkach, że mogłeś mieć ten samochód w każdym kolorze o ile tym kolorem był czarny. Tak jest z Avatarem. Możesz mieć go w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to ten niebieski policyjny…

KC

… Listonoszowy! (śmiech)

MB

I w każdym rozmiarze, pod warunkiem, że jest to rozmiar z tabeli. I tyle. Byłem kilka razy w fabryce, gdzie te skafandry powstają. To jest zupełnie inny proces produkcyjny. Teraz mogę nie podawać precyzyjnie, nie chcę wprowadzać w błąd, ale o ile dobrze zapamiętałem to skafander Santi potrzebuje czternastu dni na to by zostać uszytym. Czyli od zera do uszycia go ręcznego musi upłynąć co najmniej czternaście dni roboczych. A Avatar powstaje w jeden dzień. Tu zostaje zmieniona technologia, sposób sprzedaży i trochę marketing. Dzięki temu ten skafander jest skafandrem relatywnie tanim. Ja bym nie nazywał go skafandrem budżetowym. To jest po prostu gotowiec.

KC

Wiesz co, użyłem tego określenia nie bez powodu, bo słuchałem ostatnio wywiadu Agnieszki Hrynkiewicz z Santi. To był jeden z podcastów „Spod Wody” i tam właśnie Agnieszka używała okrągłych słów i sformułowań. Widać, że próbowała nie użyć bezpośrednio tego określenia. Padały takie określenia jak „skafander w optymalnej cenie” czy coś takiego, jakieś takie fajne określenie użyła. Umówmy się, tutaj wyraźnie jednym z zamierzeń było, żeby cena, o przypomniałem sobie słowo – cena basic. Jednak ja to też potwierdzam, że nie mam odczucia obcowania z tanim skafandrem, bo miałem też do czynienia ze skafandrami celującymi w niższą półkę cenową. I tam się rzeczywiście pojawiały takie rozwiązania typu, że jeżeli torba do skafandra to za dopłatą, kaptura w standardzie nie ma, zdarzają się też przypadki, co dla mnie jest totalnym kuriozum…

MB

… Że nie ma kieszeni.

KC

Dokładnie, że nie ma kieszeni. Dla mnie to jest bezsens, to po co w ogóle sprzedawać suchara. Suchar bez kieszeni to tak jakby dostać połowę suchara.

MB

Dla mnie Avatar jest produktem standard a Santi – produktem premium.

KC

Odnośnie kieszeni za dopłatą – kiedyś spotkałem się z takim modelem sprzedaży u jednego producenta aut, niemal na zasadzie „chce pan kierownicę to trzeba dopłacić”. Dla mnie skafander bez kieszeni to produkt niekompletny, wybrakowany. Ktoś kupujący świadomie skafander suchy właśnie chce mieć te kieszenie, bo jest nauczony, że tam może schować kilka rzeczy, których nigdzie indziej nie schowa, nie przyczepi.

MB

Sprzedaż skafandra bez kieszeni jest jak sprzedaż auta bez kół. No można tylko, że nie da się tego używać. Ja rozumiem, że P-Valve (opcjonalny zawór pozwalający nurkowi bezproblemowo oddawać mocz poza skafander, bez konieczności rozbierania się) to tak jak wybór pomiędzy autem z klimatyzacją i bez. Za to można dopłacić ekstra. Jednak są takie rzeczy, które powinny być i definitywnie kieszenie są „must have”.

KC

I teraz co mogę powiedzieć, co widzę jako ukłon ze strony twórców Avatara a w zasadzie samego Tomka Stachury w stronę bardziej wymagających i doświadczonych nurków to pogrubienie na patce kieszeni. On sam o tym mówił w wywiadzie ze mną w 2020r (WYWIAD Z TOMKIEM STACHURĄ), że wprowadził ją w skafandrach Santi bo sam miał problem kiedy próbował wyjąć coś z kieszeni w trakcie nurkowania i nie był w stanie namacać patki w grubej rękawicy. Pomyślałbyś „ok, jest w Santi, nie musi być w Avatarze, chociażby żeby podkreślić różnicę między nimi”. A tu niespodzianka, tadam, jest zgrubienie także w Avatarze, które ułatwia namacanie i otwarcie kieszeni w trakcie nurkowania.

Przejdźmy do kolejnego szczegółu. Szelki. Ja jestem już wielkim fanem rozwiązania Santi. Nie jest właścicielem skafandra Santi, ale tyle razy, ile nurkowałem w ich skafandrach, chwaliłem to rozwiązanie. Szelki zaczynają się dużo wyżej a niżej jest wstawka z materiału przypominająca trochę spodnie typu ogrodniczki. Nawet nie chodzi o kieszeń, która się znajduje na tej wstawce, ale dzięki temu, że szelki zaczynają się dużo wyżej, nie mają tendencji do rozchodzenia się, zsuwania się na boki. Nie mają też tendencji do tej elastycznej pracy przez co, jak się chodzi w skafandrze do połowy zdjętym to on nie pracuje tak góra dół. Szelki w Avatarze już są bardziej standardowe, ale nie są złe, czego się obawiałem. Zachowują się całkiem poprawnie, ale może to sprawa małej wagi skafandra. Ty masz do nich jakieś uwagi?

MB

Uważam, że zaletą jest to, że są. Znaczy uważam znowu, że to, że są, nie stawia tego skafandra w kategorii skafandrów budżetowych. W tanim skafandrze próżno szukać szelek.

KC

Ja się już nie spotkałem ze skafandrem bez szelek. Tym mnie zaskoczyłeś.

MB

Ja się z tym spotkałem, że albo w skafandrze nie było szelek, albo były w opcji, za dopłatą.

KC

Zrozumiałbym jeżeli dotyczyło to starszych modeli konstrukcyjnie – tych nie teleskopowych. Tam bym jeszcze zrozumiał brak szelek. Ale nawet w takim skafandrze brak opcji zdjęcia go do połowy i zawiśnięcia na szelka jest nie do pomyślenia. To dla mnie nie jest pełnowartościowy produkt.

MB

Wracając do szelek Avatara. Nie oceniam ich konstrukcji jako wady bo unikam noszenia skafandra zdjętego do połowy. Staram się zakładać skafander tuż przed nurkowaniem i w miarę szybko go zdjąć po. To już nawet troszkę weszło mi w nawyk. Jeżeli w ciągu dnia robię dwa nurkowania, albo chodzę, nie daj boże, w skafandrze długo przed nurkowaniem i się spocę to moim zdaniem pozbawia mnie to komfortu użytkowania. Jedną z zalet tego skafandra jest szybkość ubierania się, dlatego szelki nie są dla mnie żadnym problemem, w takiej formie. Za to jest inna rzecz, która jest fajna. Mianowicie buty.

KC

O! No właśnie.

MB

Ty na co dzień nie nurkujesz w skafandrze Santi, więc być może nie dostrzegasz tej subtelnej różnicy.

KC

Ale ja ją znam i chyba wiem, o co ci chodzi. Opowiedz o tym.

MB

Buty w Avatarze są dużo bardziej komfortowe niż w Santi. Przepraszam, użyłem dużego skrótu myślowego, bo w Avatarze w standardzie są Flexsole i chyba nie ma innej opcji a w Santi są trzy opcje do wyboru. Oczywiście porównuję Flexsole do Flexsoli i te, które są w Avatarze, są mega wygodne w zakładaniu, zdejmowaniu. Ja mam dość wysoką nogę w podbiciu i dla mnie ma to duże znaczenie dla sprawności jego założenia i zdjęcia.

KC

Ja odnośnie butów po pierwsze byłem świadomy, że jest dużo uwag w stosunku do Flexsoli używanych w Santi, chociaż mi się wydaje, że to zostało poprawione w którymś momencie. W sensie, że zmieniono w pewnym momencie model tych Flexsoli. Narzekano na zbyt miękkie podeszwy, trochę się tego obawiałem w Avatarze. Jednak póki co, zdarza mi się w twinsecie wchodzić po drabinkach i zwracam uwagę na obciążenie stopy i póki co nie spotkałem się z sytuacją, że ta podeszwa była za miękka. Jest całkiem w porządku. To, co powiedziałeś odnośnie podbicia, bo ja też mam z tym kłopoty choć nie mam wysokiego podbicia. Jednak w używanej konfiguracji ocieplenia – używam dość grubej walonki do tego nachodzi ona na ocieplacz schodzący do kostki. Używane dotąd BARE ma bardzo przyzwoite buty i nie ma tam na przykład tej taśmy na rzep do ściągania obwodu buta nad kostką. Jednak mam duży kłopot, żeby wyciągnąć nogę z buta, jest na tyle wąski obwód przy kostce. Nie mam tego problemu w Avatarze i uważam, że w tym przypadku buty to bardzo udany element skafandra.

Chciałem cię teraz zapytać o inną rzecz. Odnoszę wrażenie, że od początku istnienia marki były montowane w skafandrach wysoko profilowe zawory upustowe Apeksa. Ja nawet o tym zapomniałem przy zamówieniu i nie wskazałem tego, że wolałbym nisko profilowy zawór i z automatu dostałem nisko profilowy. Jak to jest? Ty w swoich skafandrach masz nisko profilowy, czy inny, czy to w ogóle zamawiałeś?

MB

Ja mam niestety nisko profilowy, bo wolę właśnie ten wysoko profilowy (śmiech). Jednak to jest chyba kwestia kompletnie losowa i pandemiczna, że dostępność niektórych elementów jest dość losowa. Santi od dawna stosuje zawory Apeksa, a ostatnio dostawy są jakie są. Myślę więc, że tu nie ma wyrobionego standardu. Chyba są obydwa dostępne. Nie ma w specyfikacji, czy wybierasz taki, czy taki. Chyba to kwestia przypadku i dostępności, który dostaniesz.

KC

Bo ja gdybym miał wybór, zostałbym przy Sitechu, gdzie już ten podstawowy model jest dostatecznie dobrze wyprofilowany, że nie stwarza żadnych problemów przy ściąganiu i zakładaniu. Niewiele miałem do czynienia z wysoko profilowym Apeksem, ale nie miałem z nim specjalnych kłopotów, jednak patrząc na jego konstrukcję aż czuję, że ta konstrukcja mówi jakby producenci jasno powiedzieli „chcemy by on zawadzał o wszystko”. Wygląda jak brzydki, wyrośnięty pryszcz do wyciśnięcia.

MB

Ja używam go w praktycznie każdym skafandrze, poza Avatarami, i nie mam z nim problemów a zwłaszcza takich, że mi on podcieka, co niestety te nisko profilowe, a zwłaszcza Sitechy potrafią.

KC

No tak, to się im zdarza.

MB

Ja akurat nie mam najlepszej opinii o zaworach Sitecha, bo mają one dość dużą tendencję do zapiaszczania.

KC

Potwierdzam.

MB

U mnie to wynika z warunków nurkowania w specyficznych miejscach, ale tam się po prostu łatwo dostaje piasek i trudno potem zaworem obracać.

KC

Potwierdzam to, ale jak widać, jestem jednak mniej doświadczonym użytkownikiem bo po prostu miałem przekonanie, że tak musi być (śmiech) i nie miałem pojęcia, że w wysokich Apeksach to się nie zdarza. To jest dobra uwaga.

MB

To wynika z jego konstrukcji i dlatego jest on taki wysoki, że się nie da tego, co jest w środku zrobić w zaworze niskim.

KC

A widzisz, zatem kochani użytkownicy, wybierajcie wysoki zawór Apeksa. Z resztą jak się człowiek nauczy dobrze go układać i uważać na niego przy zdejmowaniu i zakładaniu uprzęży to nie jest to jakiś dramat.

MB

On ma też swoje wady a mianowicie on wymaga lepszego opływania w skafandrze, ponieważ wolniej wypuszcza gaz niż nisko profilowy.

KC

Mhm? Hmmm, jakoś tego nie zauważyłem i nie odczułem.

MB

Oj tak, zdecydowanie.

KC

Ja mam wrażenie, że ta konstrukcja, gdzie on jest wyższy niż szerszy powoduje, że on się czasem źle układa i wtedy nieefektywnie wyprowadza gaz. Wydaje mi się, że przy nim trzeba po prostu bardziej świadomie pracować ramieniem tak by się dobrze ułożył zawór. Obserwuję to zwłaszcza przy kursach na suchy skafander, zwracam uwagę, kiedy częściej użytkownicy muszą walczyć z ułożeniem zaworu by wypuścić gaz, niż w przypadku zaworu nisko profilowego.

MB

Zdecydowanie wymaga on więcej uwagi.

KC

No dobrze, jeszcze z takich minusów i plusów, jakie sobie wynotowałem. Wspomniałeś o tym kolorze już. Znaczy tak, dla mnie kolor jest kwestią wtórną. Wielu użytkowników pewnie też tak powie. Tym niemniej na jakimś etapie być może producent mieć z tym kłopot by zdobywać nowy rynek, że jednak dużo użytkowników odrzuca ten skafander z powodu doboru koloru. Może, gdyby był dostępny ten słynny podstawowy kolor Forda, czyli czarny?

MB

Nikt nie powiedział, że go nie ma.

KC

No tak, jednak oficjalnie skafander w sprzedaży dostępny jest w jednym kolorze. Oczywiście, chodzą słuchy, że ktoś tam: „krewni i znajomi królika”, mogą i że ktoś tam specjalny też może zamówić go w innym kolorze. I że były testy innych kolorów. Ja rozumiem argumentację, że to podnosi koszty ze względu na logistykę, czyli trzymanie tych iluś tam opcji na magazynie.

MB

Do tego pełna rozmiarówka. Każdy kolor w każdym rozmiarze. Jeżeli Santi chce zapewnić sprzedaż od ręki to musi się liczyć z kosztami magazynowania. Każdy dodatkowy kolor to są dodatkowe koszty. Santi raczej nie jest jak polski rząd a Tomek jak Morawiecki i rozumie, że pieniądze nie biorą się znikąd i je rozda. Jak coś dołoży to musi za to zapłacić. Wiadomo, że pracownicy Santi na to zrzutki nie zrobią, tylko klient, skoro chce by mieć wybór, no to proszę bardzo, ale będzie to kosztowało dodatkowe pieniądze i nie tylko tego, który wybiera kolor, ale wszystkich. To podnosi ogólne koszty produkcji, dystrybucji i magazynowania.

KC

Tak.

MB

I tak, jest to wada, ale warto na to spojrzeć, że dzięki temu skafander kosztuje teraz – strzelam – chyba czterdzieści procent mniej niż topowy skafander Santi.

KC

Potwierdzam, robiłem niedawno rozpoznanie na rynku dla swoich klientów i porównywałem ceny różnych skafandrów. Muszę przyznać, że cena plasuje się teraz bardzo dobrze. Mówię tu o markach takich szeroko dostępnych, na całym świecie. Uznanych markach. Nie mówię tu o lokalnych produktach, które będą wygrywały zawsze bardziej bezpośrednią dystrybucją.

Ja już chyba wymieniłem wszystko z wynotowanych minusów i plusów. Czy ty masz jeszcze coś do dodania?

MB

Wiesz, co? Jak już możemy sobie pomarudzić, poszukać dziury w całym to ja jeszcze wymienię jedną wadę – ograniczona rozmiarówka. Jak się przyjrzysz to Avatar ma dużo mniejszy zakres rozmiarówek niż standardowe rozmiary Santi. Mówię o tym, bo ostatnio jeden z moich studentów, który relatywnie mało nurkuje i był w stanie zdecydować się na to, że to będzie Avatar. Po sprawdzeniu tabeli rozmiarów i przymiarkach okazało się, że jeden jest dla niego za mały, drugi – skrajnie za duży. Nie było nic pośrodku. Tu skończyło się na Santi, bo tam było można ten rozmiar dobrać i dopasować. To też trzeba się z tym liczyć, że może się nie uda dobrać skafandra perfekcyjnie, albo znam też takie przypadki, że cały skafander jest dobry, ale rękawy są przydługie, albo w klatce trochę wisi.

Pewnie większość młodych nurków nie pamięta czasów, kiedy skafandry były dostępne w trzech rozmiarach, bo był M, L i XL i koniec. XL miała rozmiar buta 47 i ludzie to kupowali, z reguły pływali w niedopasowanych skafandrach i wszyscy byli szczęśliwi. Teraz nam wszystkim trochę „poodpierdzielało”, bo mamy świadomość, że dobrze dobrany skafander zmienia percepcję nurkowania. Kiedyś skafander był uszyty ze sztywnej cordury bez teleskopowego torsu, krok był między kolanami, ale można było chociaż kucnąć. Jak już człowiek był ubrany i mu coś upadło, nie był w stanie tego podnieść i ludzie żyli. Pod wodą potem się to jakoś „dopasuje”, ciśnienie ułoży skafander na ciele, pas kroczny podciągnie krok, jest ok. Santi nas rozpieściło z tym, że jednak ten skafander może być zrobiony idealnie a nie tak sobie. Tutaj jest ta wada, że rozmiarówka jest ograniczona i może się zdarzyć, że nie da się dobrać skafandra idealnie pod człowieka. To znowu wynika z tego, że jeżeli tej rozmiarówki byłoby więcej to koszty magazynowe byłyby większe co dałoby wyższą cenę.

KC

No dobra, bardzo ważnym elementem tej całej otoczki związanej ze skafandrem nurkowym jest serwis. Nie ma rzeczy niezastąpionej, bezawaryjnej. Skafandry, pomimo, że w sumie prosta rzecz – wystarczy skleić ze sobą elementy – też ulegają awariom. Ja pod tym kątem też sobie temat przygotowywałem jeżeli chodzi o mój zakup. Pytałem ludzi, którzy używają tych skafandrów dość często i gęsto. Na przykład zapytałem Jozsefa Spanyola (węgierski instruktor nurkowania, prowadzący regularnie nurkowania jaskiniowe i nurkowania w zalanej węgierskiej kopalni Kobanya w Budapeszcie). Jozsef powiedział, że zdarzają się mu jedynie pojedyncze dziurki, które sam sobie nawet zakleja, nie wysyła tego do serwisu, robi to we własnym zakresie. Ja wiem, że ty miałeś przynajmniej z jednym modelem kłopoty serwisowe i warto o tym wspomnieć, bo rozumiem, że wartością jest jakość tej obsługi serwisowej.

MB

Zaczynając historię od początku: trzeba być świadomym, że technologia szycia skafandra Avatar jest diametralnie różna od technologii szycia Santi. Przez lata były chwalone skafandry DUI ze względu na ich trwałość, ale to wynikało z tego, w jaki sposób robione były szwy. W DUI każdy szew zalany był klejem. W Santi też każdy szew jest klejony taśmą, a w Avatarze jest to klejenie na gorąco bodajże, maszynowe. Dzięki temu ten skafander jest taki elastyczny na szwach, bo nie ma tam dużo materiału, jest taśma materiałowa, nie gumowa jak w Santi. Technologia tego jest, z punktu widzenia mojego -laika – taka jak kurtki outdoorowe, membranowe są szyte. Ona ma szwy klejone taką samą taśmą, czy podobną. Ponieważ to jest szyte czy klejone maszynowo i ten szew ma prawo się odkleić, choć nie powinien. Mam dla przykładu kurtkę membranę Berghaus za prawie dwa tysiące złotych, gdzie już trzy razy odklejał się właśnie szew i trzy razy był naprawiany.

Problemem tego typu skafandrów, które dotyczą też innych producentów, są odklejające się taśmy zabezpieczające szwy. To pewnie wymaga dojścia do jakiejś wprawy, precyzji, bo jak wspomniałeś firmę Fourth Element to ona przez lata miała problem z cieknącymi skafandrami właśnie z powodu odklejających się taśm, zwłaszcza w takich newralgicznych miejscach jak krok. No i tak właśnie się z jednym z moich Avatarów stało, że – w ogóle zauważyłem to w Meksyku, że wychodziłem z nurkowania po trzech godzinach i miałem lekko mokry krok. Zastanawiałem się czy to nie jest przypadkiem problem P-valve’a, który gdzieś podcieka, więc próbowałem to na różne sposoby rozwiązać. Po powrocie odesłałem skafander do Santi i okazało się, że odkleił się kawałek szwu w kroku. Wymienili mi całe szwy bez marudzenia, naprawili i skafander jest jak nowy. Największą przewagą Santi jest właśnie serwis. Nie można zakładać, że kupimy coś, co jest niezniszczalne, albo nawet nie ma prawa się zepsuć w okresie gwarancji. To są rzeczy mechaniczne, które my używamy w wodzie. Mój skafander był dość mocno używany, nurkowałem w nim w różnych warunkach: w Polsce, w Meksyku, w jaskiniach, w Chorwacji. Byłem w nim nawet na Bałtyku na wrakach. Miałem lekkie obawy co do niego gdy miałem wejść do wraku. Jednak ja je miałem pod wodą, przypomniałem sobie potem, po wyjściu, że nie miałem takich obaw, gdy eksplorowałem wraki w Chorwacji. Temperatury wody jednak inne. Gdybym tam skafander rozerwał to by nie byłby aż tak duży problem jak w siedmiostopniowej wodzie. Poza tą jedyną rzeczą, od kiedy używam Avatara i sukcesywnie coraz więcej – mam już trzy- poza tym jednym problemem w Meksyku, nic się z nimi nie dzieje. Oczywiście nie możemy spodziewać się od skafandra, który jest cieniutki jak kurtka ortalionowa, wytrzymałości skafandra z cordury.

KC

Mnie przekonuje po pierwsze, że człowiek, który żyje z nurkowań jaskiniowych i w kopalniach, używa go regularnie i nie ma większych problemów. Czy to świadczy coś o użytkowniku? Z drugiej strony nieuważny użytkownik jest w stanie uszkodzić nawet cordurę. Nawet cordura ma swoje słabe punkty, czyli miejsca łączeń, gdzie może powstać dziura czy przetarcie. To też się zdarzy. Dla mnie to nie jest problem. Zalety Avatara, jego lekkość, wygoda, przykrywają wszelkie potencjalne wady tej konstrukcji i jej podatność na uszkodzenie. Jestem w stanie załatać sobie typową dziurę i już, nie ma problemu. Celowo wybrałem sobie taki skafander żeby było wygodnie i lekko by dało się chodzić w tym jak w kurtce. Czy coś jeszcze byś dodał?

MB

Żeby to spróbować to podsumować dość subiektywnie, odczucia o Avatarze. U mnie Avatar wziął się z dwóch względów. Raz, że potrzebowałem pilnie skafandra, drugi raz – chciałem wyrobić sobie opinię na temat tego modelu, żeby móc potem ludziom coś powiedzieć: tak, kupujcie, albo nie, unikajcie tego jak ognia, dlatego, dlatego i dlatego.

Kupiłem ten skafander jako backup do backupu, staram się zawsze minimum dwa skafandry. Jeden na co dzień, drugi – na wszelki wypadek. Skafander, który miał być skafandrem zapasowym, stał się skafandrem głównym i nawet do tego stopnia, że mam oddzielny Avatar na ciepłe wody, oddzielny – na zimne, żeby nie musieć przekręcać zaworów. Moje dwa skafandry Santi wiszą na wieszakach, a eksploatuję moje Avatary i jestem z nich zadowolony. Są to jednak skafandry, które mają jakoś tak sześć – siedem miesięcy, ciężko jest mi powiedzieć, że to jest skafander wieczny. Aczkolwiek, przez ten czas tyle nurkowań, co ja zrobiłem i ile spędziły w wodzie i w podróży to myślę, że na przeciętnego nurka (w sensie ilości nurkowań) to jest jakieś dziesięć lat. Niech to będzie nawet przesada dwukrotna. Niech jednak taki użytkownik robi około pięćdziesięciu nurkowań rocznie no to taki Avatar posłuży mu spokojnie przez pięć lat bez większego problemu. Kolejną zaletą tego skafandra jest mobilność w nim, komfort poruszania się na powierzchni i pod wodą. Jest nieporównywalne do czegokolwiek. Następną zaletą jest jego pakowanie, jak mało zajmuje miejsca w bagażu, ile waży i to, że bardzo szybko schnie.

Ostatnia zaleta to jest serwis. To jest ewidentnie duży plus firmy Santi, to też od kilku lat współpracując z firmą Santi i mając kursantów – nurków, którzy nurkują w Santi, wiem, że nie ma tam problemów. Problem może być, że coś się zepsuje, ale nie ma problemu, że klient nie ma w czym nurkować. Jak się coś zepsuje to Santi jest w stanie zapewnić skafander zastępczy. Ciągłość nurkowania od strony producenta jest zapewniona.

KC

Mając na języku podsumowanie, właśnie sobie przypomniałem. Miałem jeszcze jedną uwagę konstrukcyjną co do skafandra, którą bym poprawił na jakimś etapie. Tego problemu nie ma w Santi, bo jest ta wstawka z szelkami jak w ogrodniczkach, która zasłania zawór dodawczy. W BARE jest doklejony kawałek neoprenu, który zasłania zawór dodawczy od wewnątrz. Tu żadnego takiego elementu nie ma. Rzeczywiście jak mi się zdarzyło parę razy nurkować w cienkim ocieplaczu, albo w samej bieliźnie termicznej to odczuwałem to, że wciskanie przycisku na zaworze i dociskanie zaworu do klatki piersiowej nieosłoniętej żadnym miękkim materiałem jest nieprzyjemnie odczuwalne. Czuć twardy plastik. Jedyna moja uwaga, już ostatnia.

Podsumowując, dla mnie jest to jakaś wiadomość dla ludzi, że rozważałbym taki skafander jako ten pierwszy, podstawowy, niezależnie od tego, czy myślimy o nurkowaniu w mokrym czy suchym skafandrze. Ze względu na to, że mając już takiego typu skafandry nie ma co rozważać zakupu pianki, bo taka pianka zabiera więcej miejsca w bagażu. Będzie – zwłaszcza na powrocie, o czym ty wspominałeś – dużo cięższa. Jest to więc znakomity wybór pod względem podróży. Nic tylko czekać, że niebawem nie będzie już wyboru pomiędzy suchym i mokrym skafandrem tylko będziemy mieć jeden skafander do nurkowania.

Ostatnim elementem podsumowania niech będzie potwierdzenie, że od strony kursowej, że pierwszy kontakt ze skafandrem suchym, podczas ćwiczeń już nie jest problemem. Ja chętnie używałem podczas kursów na suchy skafander takiej sentencji, że nurkowanie w suchym skafandrze jest jak małżeństwo z rozsądku, bez miłości. Ta miłość się dopiero później pojawi, po pewnym czasie. Na początku są same problemy, coś przeszkadza, coś uwiera, jest ciężej niż w piance. Tych zjawisk w Avatarze nie ma, co jest fantastyczne. Moment wejścia w skafander suchy, przejścia z pianki jest odczuwalnie przyjemniejszy. Nie stwarza problemów i to jest moje słowo.

MB

Ja bym tu jeszcze może chwilę podyskutował z tobą, albo wymienił się doświadczeniami. Dla kogo ten skafander będzie dobry. Jakie ty miałbyś, albo jakie my mielibyśmy rekomendacje. Kto powinien myśleć w ogóle o zakupie Avatara. Bo nie jest to ewidentnie skafander dla każdego.

KC

To musisz mi powiedzieć, dla kogo ten skafander nie jest wskazany. Kiedyś bym powiedział, że nie jest to dobry pomysł dla kogoś, kto nurkuje jaskiniowo, wrakowo. Teraz już niekoniecznie. Do tego dochodzi kwestia podróżowania po świecie, doboru dociepleń do różnych temperatur. Jego uniwersalność w zasadzie wyklucza potrzebę posiadania pianki. Teraz nie bardzo mam pomysł, do kogo ten skafander nie trafia.

MB

Zacznijmy od tego, że nie do końca to musi być skafander dla każdego. Mamy dwa aspekty świadczące przeciw. Pierwsza rzecz to jest ilość nurkowań. Można przyjąć, że jest to ponad pięćdziesiąt nurkowań rocznie. Może się okazać, że ten skafander nie spełni oczekiwań, że wyeksploatuje się w dość krótkim czasie . Do tego jednak nie byłbym pewien, czy chcę rekomendować nurkom, którzy eksplorują wraki czy jaskinie często, przeciskając się wąskimi korytarzami i mierząc się z  innymi takimi wyzwaniami. Inaczej wygląda nurkowanie turystyczne w miejscach wrakowych, czy jaskiniowych przygotowanych dla nurków, a inaczej w przypadku miejsc dziewiczych, rzadko lub w ogóle nie odwiedzanych. Ja wiem jak wyglądają moje skafandry po czterech latach intensywnych nurkowań w sidemount. One nie ciekną, ale są poprzecierane od butli, całe pomatowione tam, gdzie butla ma kontakt z ciałem. Ja tu jestem wręcz pewien, że ten skafander po dwóch latach będzie nadawał się bardziej do śmietnika niż do dalszej eksploatacji. Ale. Dla kogo jest ten skafander. Komu bym go rekomendował. Osobom, które robią do pięćdziesięciu nurkowań rocznie, zdecydowanie ten skafander powinien się sprawdzić. Osobom, które dużo podróżują samolotem. To jest na pewno perfekcyjny skafander jako drugi. My zawodowo nurkujący instruktorzy musimy posiadać dwa skafandry. Ciężko jest odwołać szkolenie, gdy nasz skafander musi iść do serwisu. Nawet najlepszy serwis nie zmieni faktu, że przez jakiś czas tego skafandra nie mamy. U mnie wziął się Avatar stąd, że miałem dwa skafandry, jeden miałem odesłać do serwisu, ale to odkładałem. W drugim zrobił się problem i miałem dwa niesprawne skafandry. Ciężko jest pracować na mokro ciągle. Stąd pojawił się Avatar. Warto mieć zapasowy skafander, gdy nurkuje się dużo. Posiada się sprzętu za gimbaliony pieniędzy i jeździ się na wyjazdy za gimbaliony a tu okazuje się, że w dniu wyjazdu… Tu jeszcze pół biedy jak w dniu wyjazdu, bo jeszcze możemy pożyczyć, ale znane są przypadki, że ktoś jest na wyjeździe, zakłada skafander a tu strzela manszeta albo rozdarł skafander, kryza się rozeszła. Warto więc mieć zapasowy skafander. Warto zainteresować się Avatarem.

KC

Ok, no i tymi pozytywnymi słowy kończmy, dziękuję ci pięknie za poświęcony czas, za tą rozmowę. Mam nadzieję, że pomimo, że może nie miało jakiegoś idealnego porządku, ale jest wartością taką, że w formie dyskusji i takiej burzy wniosków i uwag jest o tyle ciekawszym materiałem dla kogoś, kto zastanawia się nad zakupem skafandra czy chce wyrobić sobie opinię o Avatarze.

Avatar – rewolucja w suchych skafandrach?

Część I wywiadu z Marcinem Bramsonem – instruktorem nurkowań dekompresyjnych, rebreatherowych. To zapis rozmowy na temat naszych uwag odnośnie użytkowania skafandrów Avatar (marki córki Santi). Czy warto kupić Avatara? Czy to dobry pomysł na pierwszy suchy skafander? Zapraszam do lektury.

Część II wywiadu do przeczytania TUTAJ

Kuba Cieślak

Drogi Marcinie, pozwól, że w dwóch słowach zacznę. Chciałem dziś pogadać o Avatarach. Jak odbieramy ten produkt jako użytkownicy. Warto przy tym zauważyć, że jesteśmy specyficznymi użytkownikami. Jesteśmy instruktorami nurkowania. Nurkowanie to nasza praca. Wykonujemy zdecydowanie więcej nurkowań niż przeciętni użytkownicy.
Można nas posądzić, że możemy nie być obiektywni, bo obaj żyjemy też z tego, że ludziom sprzedajemy sprzęt nurkowy. Tu warto podkreślić, że nasz brak obiektywizmu przy sprzedaży byłby o tyle złą strategią, że staramy się budować długotrwałe relacje z naszymi klientami – kursantami. Żaden z nas nie żyje tylko i wyłącznie ze sprzedaży sprzętu, jest to tylko uzupełnienie naszej działalności. Jak to ktoś kiedyś powiedział: nie sztuką jest sprzedać raz, tylko sztuką sprzedawać jest wiele razy. Nikomu nie chcemy ściemniać, ani opowiadać niestworzonych rzeczy. To nie jest jednorazowa sprzedaż i zależy nam by nasi klienci byli zadowoleni, by do nas wracali, by nie wierzyli nam nie tylko jako sprzedawcom, ale przede wszystkim jako instruktorom nurkowania. Nie mamy interesu w tym by przed ludźmi coś ukrywać.

Marcin Bramson

Zdecydowanie, z resztą moja strategia działania jest bardziej oparta na tym, że produkt, który polecam to jest to produkt sprawdzony przeze mnie i biorę częściowo za niego odpowiedzialność. Nie chciałbym więc oferować czy rekomendować moim studentom rzeczy, z których sam bym był niezadowolony. To byłby obciach.

KC

Jasne. Odnośnie samego Avatara, jak go widziałem, jak on się pojawił na rynku. To była o tyle ciekawa rzecz, że ja go tak naprawdę zauważyłem najpierw na zagranicznych serwisach. Z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że jest to skafander o skandynawskim rodowodzie, chyba właśnie na stronach jakiegoś skandynawskiego dealera go wypatrzyłem. Gdzieś krótko potem przewinęła mi się przed oczami tajemnicza nazwa grupy SNT i wszystko było jasne. Szerzej jednak o rodowodzie skafandra miałem szansę dowiedzieć się w trakcie wywiadu z Tomkiem Stachurą.

Wcale tak bardzo nie odczuwałem by była to jakaś nowinka technologiczna. Sami obaj dobrze wiemy, że na naszym rynku już od dłuższego czasu funkcjonują lekkie skafandry, tak zwane membranowe, czy oddychające. Mamy chociażby naszego rodzimego producenta Seawolfa, mamy też zagraniczne opcje, takie jak Waterproof.

MB

Myślę, że w tej chwili tego typu skafandry są w tej chwili praktycznie w ofercie chyba większości firm, które produkują suche skafandry, ale znając trochę ideę Avatara to Clue w Avatarze nie jest sam skafander jako skafander. Tą innowacyjnością w przypadku Avatara jest jego sposób dostępności. Skafandry Santi, jak dobrze wiesz, są robione pod konkretne zamówienie konkretnego klienta. To nie jest tak, że możesz pójść do sklepu nurkowego powiedzieć „ten skafander Santi w takim rozmiarze” i go dostaniesz. Oczywiście jest jakaś szansa, że gdzieś się znajdzie jakiś jeden egzemplarz na magazynie. Jednak wszystkie lub dziewięćdziesiąt parę procent skafandrów Santi jest zamawiane do produkcji pod konkretne zamówienie konkretnego klienta. Jest to też jedna z przewag biznesowych Santi, że mimo sztywnej tabeli rozmiarów w ramach zakupu te cztery bodajże zmiany, dopasowania w rozmiarze są możliwe i są w cenie. Jednak to niestety, jak wszyscy zdążyli zauważyć, powoduje wydłużony czas oczekiwania. Jakbym powiedział, że czas oczekiwania na skafander Santi to trzy miesiące to bym wiele nie skłamał. Idea Avatara jest taka, że przychodzisz i go bierzesz z półki. I to jest super rozwiązanie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie na wszystko trzeba czekać.

Między innymi Avatar pojawił się u mnie dlatego, że potrzebowałem skafander na już a przy okazji chciałem go przetestować. W tej chwili bodajże można zrobić w nim dwie zmiany. Idea od początku była taka, że jest to zamknięta konstrukcja i niewiele do niego można dodać, poza P-valve. Jest taki jaki jest i albo go akceptujesz takim, jaki jest, albo nie. I teraz zdaje się, możliwe są dwie zmiany: możliwość zamontowania kryzy neoprenowej, co uważam, że jest bardzo dużym plusem  i pierścieni Santi Smart Seals.

KC

Tak. Potwierdzam.

MB

Plus można jeszcze jedną rzecz wybrać a to troszeczkę wydłuża czas oczekiwania na skafander, to są buty. Jednak uwzględniając wszystkie te zmiany, które możesz sobie zażyczyć to jednak masz skafander u siebie w ciągu dwóch tygodni, co jest rzadko spotykane w dzisiejszych czasach. Wydaje mi się, że to jest największa przewaga Avatara – zaczynasz nurkować, chcesz kupić skafander i niemalże od razu go masz.

KC

Tak, ale nie wyprzedzajmy tego, o czym pogadamy za chwilę czyli o plusach i minusach, jednak odwołując się do tego, co powiedziałem to ja to jednak widziałem, że ta dostępność to jest nowinka w przypadku Santi, że te skafandry leżą na półkach gotowe. Ja myślę jednak, że Santi wokół całego procesu produkcji swoich skafandrów całkiem fajnie zbudowało taką otoczkę, że to jest jak bardzo elegancki garnitur od dobrego krawca, czyli po dobry garnitur nie idzie się do sklepu tylko krawiec go do nas dostosowuje. To jest taka wersja ekskluzywna i to jest jasne. Pomysł biznesowy na Avatara jest taki, że one są takie trochę bardziej „dla ludu”, że są na półce, ale jednak konkurencja wychodzi z założenia, że jej skafandry są szyte według konkretnej rozmiarówki i leżą gotowe na półce. Możesz coś tam w nich zmienić, potem czekasz na dostawę w ciągu maksymalnie miesiąca. Przynajmniej tak to odbieram mając chociażby dotąd do czynienia z kanadyjskim Bare.

Źródło: Facebook / Ammonite System

U mnie początek z Avatarem był taki, że najpierw był wywiad z Tomkiem Stachurą, który opowiedział w ogóle dwa słowa o marce. Na jedną fajną rzecz zwrócił uwagę. To jest genialne marketingowo, że to jest bardzo dobry skafander dla osoby, która ma dopiero rozpocząć przygodę z suchym skafandrem, czy wykonać pierwsze swoje nurkowania w ramach kursu na suchy skafander. Nie wszystkim na dzień dobry mogą podejść klasyczne trylaminaty, jakieś cordury, czy inne takie tkaniny, które są dość sztywne, nie pracujące, a ten Avatar jednak jest jak zwiewna kurteczka typu soft shell. Zakładasz i nawet zapominasz, że to masz na plecach.

W moim przypadku to było tak, że musiałem zanurkować w Avatarze. Pojechałem na Hańczę na nurkowania, mój skafander postanowił ulec poważnej awarii, czyli rozeszła mi się manszeta w rękach, jak pończocha. Nie był to system typu smart seal, więc nie było opcji na szybką wymianę. Pożyczyłem więc na miejscu, w Banana Divers, Avatara. I rzeczywiście, doceniłem ogromną wygodę Avatara. Ja generalnie nurkuję w grubszym trylaminacie i nie mam z tym problemów. I tak w Bare jest ona stosunkowo elastyczna i lekka, dość przyjemna, ale nurkowałem też w sztywnych cordurach i takich rzeczach. Nigdy nie odczuwałem tego jako strasznej wady, problemu. Jednak w Avatarze od razu poczułem, że założenie go to po prostu przyjemność. Przyjemność przebywania w nim, to co nam się zdarza, w naszej pracy. Bardzo często przebywamy w tym skafandrze praktycznie przez cały dzień. To jest ten moment, kiedy ja chcę opowiedzieć, za chwilę też ciebie poproszę o to, Marcin, o opowiedzenie, jakimi jesteśmy użytkownikami suchych skafandrów. Żeby ludzie mieli świadomość, przez jaki pryzmat my oceniamy skafander Avatar.

Ja jestem instruktorem głównie nurkowania rekreacyjnego, co oznacza dla mnie, że bardzo często wchodzę do wody w ciągu jednego dnia po parę, czasami można zaryzykować stwierdzenie, że nawet po paręnaście razy. Nigdy do końca nie rozbieram się z tego skafandra, nurkowania najczęściej są płytkie, ale ten skafander dostaje mocno w tyłek ze względu na to, że nie za bardzo mam czas się z nim patyczkować. Trzeba się czasami po dnie przeczołgać z kursantem, podnieść go i ja to po prostu robię.

Druga rzecz, w roku robię ponad sto nurkowań, z tego też duża część jest nurkowaniami przyjemnościowymi, ale więcej jest nurkowań szkoleniowych. Zdarzają mi się też roboty, gdzie spędzam cały dzień w skafandrze. Mam zabezpieczenie planu filmowego i praktycznie się nie rozbieram ze sprzętu. Chodzę w nim cały czas zapięty, nie tak, że go sobie zdejmę do połowy i jest mi fajnie. Jest to mega nieprzyjemne, jeżeli jest to skafander nie oddychający i o tym opowiem między innymi, dlaczego z tego powodu celowo skazałem się na takie opcje jak kryza lateksowa zamiast neoprenowej.

Jak ty podchodzisz do tego tematu, jeżeli chodzi o twoje użytkowanie skafandra?

MB

Ja mam ten luksus, że nie muszę wchodzić kilkanaście razy do wody. Jak już wchodzę do wody raz, czy dwa to na przynajmniej dłuższy okres, ale u mnie problemy są tak naprawdę dwa. Albo trzy. Jeżeli chodzi o suchy skafander. Pierwszy to jego zewnętrzna wytrzymałość ze względu na ilość sprzętu, którą mam dopiętą i w jakiś sposób mającą kontakt z suchym skafandrem. Chodzi mi o butle stage’owe, bail-outy, rebreathery – tego typu sprzęt. Zwłaszcza, że nawet jak nurkuję w back-mountowym rebreatherze to stage bail-outowe mam podpięte side-mountowo. To jest dość dużo obciążenie dla skafandra. Druga rzecz to często zdarza mi się, że muszę się ubierać w warunkach odwrotnych do tych, które będą panowały w wodzie, a ubieram się na długie nurkowanie. Woda jest relatywnie zimna a na dworze jest zdecydowanie ciepło. Tutaj tak naprawdę nie ma znaczenia, czy to jest Meksyk i woda ma dwadzieścia trzy stopnie a na dworze jest trzydzieści i jest sto procent wilgotności, czy to jest Polska, gdzie woda ma cztery stopnie, a na dworze jest dwadzieścia parę stopni. Chciałbym więc uniknąć długiego ubierania się w sprzęt, czyli usprawnić moje ubieranie się. Między innymi dlatego parę lat temu zrezygnowałem z używania Rock Bootów, ponieważ to wydłużało czas ubierania i ekspozycję na temperaturę w grubym ubraniu. To są dwie rzeczy, takie najważniejsze, a trzecia, powiązana z Avatarem, to jest mobilność. Jeżeli ma się dość dużo sprzętu, jeszcze skafander jest mało mobilny to powoduje pewne komplikacje. Ja na przykład zrezygnowałem z używania bardzo grubych ocieplaczy. Nie używam (Santi) BZ400, bo bardziej zależy mi na swobodzie ruchów niż na tym by mieć bardzo gruby ocieplacz. Szukam więc innych rozwiązań, żeby nie zabierało to mojej mobilności. W tym się bardzo mocno sprawdza Avatar. To nie jest mój pierwszy skafander, który ma taką mobilność, bo parę lat temu byłem szczęśliwym posiadaczem skafandra Otter, który był z bardzo cieniutkiego jakby ortalionu. Taki był dziwny trylaminacik cienki. Był bardzo wygodny. Jedyny problem to trochę delikatny był ten skafander z zewnątrz. W sensie bardzo łatwo było w nim zrobić dziurę.

KC

Ok, teraz tak, jak ja w nim zanurkowałem poraz pierwszy, powiedziałem „no kurczę, podoba mi się”, ale miałem obawy co do jego wytrzymałości. Na rynku mamy sporo cienkich skafandrów suchych. Mamy naszego rodzimego Seawolfa, do którego z resztą kiedyś się przymierzałem, jednak ostatecznie wtedy, gdy ja kupowałem skafander, Seawolf nie był dla mnie dostępny. Różne rzeczy słyszałem o pomarańczkach (popularne określenie skafandrów Seawolf), ale fajne jest to jak pomysłodawca tych skafandrów, Wiesiek Zahor, przygotowuje swoich użytkowników do tego, by poradzili sobie z każdym problemem w każdych warunkach, z każdą awarią. To jest fantastyczne. Daje takie opcje, że naprawdę wszystko użytkownik może naprawić sobie w warunkach polowych…

MB

Przepraszam, że ci wejdę w słowo, byśmy nie odchodzili od głównego tematu i tak byśmy podsumowali wątek obawy cieknięcia cienkich skafandrów. Prawda jest taka, że każdy typ suchego skafandra potrafi ciec bardziej lub mniej.

KC

Dokładnie tak.

MB

To jest tylko urządzenie. Nurek potrafi je zepsuć, samo też może ulec awarii. Tutaj istotnym elementem jest wsparcie serwisowe producenta. Ja przeszedłem przez serwisy różnych producentów, nawet tych bardzo dobrych. Niestety, w Polsce ze wsparciem serwisowym (zagranicznych marek – przyp. Autora) jest bardzo słabo. Jedyna firma, która trzyma to w jakiś sposób to jest Santi. Tam można liczyć, że jak skafander cieknie to ten problem zostanie rozwiązany, a nie, że ktoś się na to wypnie, albo powie, że ma przerwę urlopową i naprawa zajmie trzy miesiące, jak z pewną kanadyjsko – maltańską firmą już miałem.

Prawda jest taka, że skafandry powinniśmy oceniać w dwóch aspektach, w ogóle tak mi się wydaje, że te same reguły dotyczą całego sprzętu nurkowego. Jeden: bezpośrednia jakość i użyteczność danego sprzętu. Dwa, musi iść za tym wsparcie producenta, bo co z tego, że mamy najlepszy skafander na świecie, jak on ciągle jest w serwisie. Z resztą dam ci przykład, dzisiaj czytałem wywiad z właścicielem wypożyczalni luksusowych samochodów. Mówimy tu o samochodach w cenach „milion plus”. Właściciel przyznawał, że jak się ma już taki samochód to serwis musi być na najwyższym poziomie. Nie wymienił w artykule żadnej marki, ale padły takie określenia jak włoskie, sportowe, bardzo luksusowe, szybkie, które niestety, pomimo, że serwis jest wspaniały. więcej czasu spędza w serwisie niż w pracy u klientów. Tu jest „clue”, że patrząc na sprzęt, zwłaszcza drogi, jakim jest suchy skafander, to powinniśmy patrzeć na to, czy najdrobniejsza awaria tego sprzętu, a nie możemy zakładać, że ten sprzęt nie ulegnie nigdy awarii, nie spowoduje u nas wyłączenia z nurkowania na tygodnie czy miesiące. A tak niestety w wielu przypadkach to wygląda.

KC

Jasne, jasne. To nawet nie jest forma dygresji, tylko chciałem pokazać, że miałem doświadczenia z dość podobnymi rozwiązaniami i byłem dość ostrożny w kwestii przechodzenia na dość cienki skafander. Później i tak chcę pogadać o takich kwestiach, o których powiedziałeś, że nie ma skafandra idealnego. Nie ma takiego sprzętu, który nie ulega awarii.

MB

Ok. To jak już przy tym jesteśmy to rozmawiajmy o przykładach. Miałem kiedyś skafander pewnej kanadyjsko – maltańskiej firmy (śmiech). Po pierwsze, czekałem na niego wiele miesięcy. Jak go w końcu dostałem, poleciałem z nim do Meksyku. I po pięciu miesiącach ten skafander był sitem. Ciekł w każdym najdrobniejszym miejscu. Już nie będę opowiadał, jakie były przejścia z polskim dystrybutorem i producentem. Takie rzeczy się zdarzają, więc też podchodziłem jak do jeża do samego materiału, z którego jest zrobiony Avatar.

KC

W zasadzie możemy teraz przejść na spokojnie przez wszystkie nasze użytkowe uwagi odnośnie skafandra, co do jego codziennego użytkowania, czyli zalety i wady.

Ja z mojego punktu widzenia zwracam uwagę na wagę skafandra. W wielu miejscach ten skafander reklamowany jest jako lekki, wręcz ultra lekki, podczas gdy jeden z modeli Santi, bodajże Emotion Plus ma w zasadzie tą samą wagę, oczywiście w pewnej konkretnej konfiguracji. Zatem ta waga. Czy ma dla ciebie znaczenie, czy jest to duży plus?

MB

Bardzo trudne pytanie. Bo tak i nie. Z reguły, jak podróżuję samolotem to i tak mam ponad sto kilogramów sprzętu, więc skafandra kilogram w tą czy tamtą nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, aczkolwiek zdarza mi się dość regularnie podróżować z małą ilością sprzętu. Dam ci przykład, miałem w lutym spontaniczny, rekreacyjny wypad na nurkowanie dla siebie, do Meksyku, gdzie zmieściłem się w wadze dwadzieścia trzy kilo. Oczywiście, dużą część sprzętu miałem w Meksyku, na miejscu, ale myślę, że gdybym nie zabierał Avatara, tylko (Santi) E.Lite już bym musiał szukać gdzieś tego kilograma do zejścia do bagażowego limitu. Z czegoś bym musiał zrezygnować, a miałem naprawdę mało rzeczy, włącznie z tym, że od wspomnianego Wieśka Zahora kupiłem trochę Dewolda (odzież termoaktywna wysokiej klasy) do chodzenia po dworze, żeby nie musieć wozić ze sobą dużej ilości odzieży. Byłem w zeszłym roku w Malezji i też mi się ten skafander zmieścił do bagażu. To nie idzie o jego wagę, która, jak sam zwróciłeś uwagę, nie jest jakaś „rocket science”, ale on się bardzo ładnie pakuje. On bardzo mało miejsca zajmuje. Jest cienki, mało materiału i to jest jego dodatkowa zaleta. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, że lecąc do Meksyku miałem dwadzieścia trzy kilo bagażu.

KC

Fajnie, że Avatar mało waży, choć można znaleźć na rynku też lekkie skafandry, ale ja też zwróciłem uwagę na to, że on się po prostu dobrze… składa! Nie wiem, czy jest to obiektywna uwaga.

MB

Skoro obaj to zauważyliśmy to jednak coś w tym musi być. Ja bym dodał jeszcze jedną dość ważną rzecz do wagi składania. Ten skafander ma tą zaletę, że on waży tyle samo w obie strony. O co mi chodzi: w moim przypadku chodzi o pewną specyfikę. Może nie nurkuję tuż przed odlotem (śmiech), ale w krótkim okresie od skończenia nurkowania muszę się spakować. Na przykład na lotnisko, z którego odlatuję następnego dnia, mam setki kilometrów. Albo nie mam jak się wcześniej spakować, bo muszę opuścić bazę albo pakować się w jakimś dziwnym miejscu to Avatar mega szybko schnie. To jest też jego gigantyczna zaleta. Wywieszasz go i w ciągu godziny jest on praktycznie suchy. Może poza butami, które są neoprenowe i potrzebują trochę więcej czasu, ale jego waga jest praktycznie taka sama jak skafandra, z którym przyleciałeś. No i potem to wszystko nie gnije w torbie.

KC

Oj raz mi się już udało zrobić w torbie niespodziankę. Byłem na Koparkach, na Demo Daysach i już następnego dnia nie brałem udziału w imprezie tylko jechałem z moim synem na zwiedzanie Jury Krakowsko Częstochowskiej i stwierdziłem, że zostawię skafander trochę celowo w samochodzie, w torbie. Samochód na szczęście mam duży, jeszcze dodatkowo z wentylowanym dachem, więc nie było tam strasznej kipieli, ale wiadomo, że zmieniała się tam temperatura. Po wyjęciu skafandra z paczki w poniedziałek i ten pierwszy „powiew świeżości” powiedział mi bardzo wyraźnie, że skafander takiego traktowania nie kocha (śmiech), ale potem rzeczywiście dość szybko udało mi się doprowadzić go do porządku.

Źdródło: Facebook / Marcin Bramson

MB

 Wiadomo, każdy skafander da się zakisić. Tylko jak jeden zniesie to lepiej, drugi – gorzej.

KC

No dobrze, skoro już tak analizujemy, przejdźmy zatem przez różne nasze obserwacje zalet i wad użytkowych tego skafandra. Pierwsza moja uwaga to plisa osłaniająca zamek gazoszczelny. Mi specjalnie nie przeszkadza brak dodatkowego zamka ochraniającego zamek gazoszczelny, przesiadłem się ze skafandra, w którym też była tylko plisa. Z plisą da się dogadać bezproblemowo a brak zamka wcale nie czyni skafander bardziej zagrożonym uszkodzeniami. Wszystko zależy od użytkownika. Jednak ja bym na jakimś etapie rozwoju Avatara poprawił tą plisę. Ona jest moim zdaniem po prostu za cienka, za lekka i za łatwo wchodzi w zamek. Mam porównanie ze skafandrem wyposażonym w grubszą plisę i tam tego problemu nie ma. Kwestia sztywności i grubości użytego materiału.

MB

Zgadzam się z tobą w stu procentach. Ta plisa jest fajna, ale potrafi się przyciąć w zamku.

Dla mnie największą wadą jest, z resztą podobny problem występuje też w skafandrach Santi, tylko tam jest łatwo się jej pozbyć, a mianowicie docieplenie kryzy szyi.

KC

O!

MB

Tak. Zdradzę już tajemnicę może. Ja już mam trzy Avatary (śmiech) i każdy Avatar wyposażony jest w neoprenową kryzę i po pierwsze to docieplenie w takim wariancie jest totalnie zbędne. Po drugie, ja mam chyba dość dużą głowę i bardzo mi przeszkadza to docieplenie w zakładaniu i w ściąganiu skafandra przez głowę. Ja już założę to już nie ma żadnego problemu, ale moment przejścia tego elementu przez głowę w tą czy w drugą stronę jest dość irytujący dla mnie i to psuje mój odbiór szybkości ubierania się w Avatara. Wszystkie moje pozostałe skafandry mają neoprenową kryzę i mają zlikwidowane docieplenia wokół szyi. Tu się to nie stało. Nie wiem czy z mojego zaniedbania, czy z tego, że one są już tak po prostu od razu zrobione, ale tak już do mnie przyjechały a ja wiem już, że tego nie chcę.

Koniec części I

Część II wywiadu do przeczytania TUTAJ

Podsumowanie 2021 cz.2

Część II podsumowania 2021.

Pierwszą część znajdziesz TUTAJ

Lipiec.

To oprócz intensywnych kursów nad Hańczą wyprawa na Heweliusza i na Bornholm. Znowu zwyczajnie niezwyczajnie z Bałtykiem, znowu zmiany planów. Z czterech nurkowań, w tym wymarzonego nurkowania na bornholmskim żaglowcu „Affaire” wyszły trzy nurkowania, w tym jedno na powrocie, na przełamanym Halstenbeku. „Affaire” niestety nie tym razem, a tak ostrzyłem sobie zęby na nurkowanie dekompresyjne na tym wraku, wreszcie nie nerwowo, nie w pośpiechu, dokładnie miałem go sobie obejrzeć. Trzeba do niego wrócić. Za to Heweliusz zaskoczył temperaturą i niezłą widocznością, zwiedziliśmy go bardzo dokładnie tu i ówdzie, także na skuterach podwodnych. Z Heweliuszem nigdy nic nie wiadomo względem przyszłości, właściciele wiozącej nas jednostki „Lubecki” mówią, że Niemcy robią wszystko by „zamknąć” wrak dla nurków rekreacyjnych, rzekomo z powodu przebiegającego niedaleko gazociągu „Nordstream”. Spieszmy się więc nurkować na Heweliuszu.

Sierpień.

Duże wydarzenie. Powrót na Bałtyk, znowu zmiany, ale całkiem fajne. Wyprawa miała być tylko i wyłącznie obejmująca nurkowania na wraku Georg Buchner. Na Buchnera czaiłem się już dobre dwa lata. Ostatecznie udało mi się dogadać z jednostką Thorr by przestawili się na Władysławowo i zabrali nas na „Grzesia” (jakże pieszczotliwa nazwa dla Georga Buchnera, choć zdaje się, że Georg niemiecki ma więcej wspólnego z polskim Jerzym niż Grzesiem). Jeden dzień jednak był wietrzny, więc zrobiliśmy nurkowania na zatoce: odwiedziłem dawno nie odwiedzaną „Malutką” (troszkę zawód, bo słaba widoczność, no i nurkowanie na tym poziomie doświadczenia to już niestety nie przeżycie, ale początkującym nurkom z pewnością „Malutka” jest w stanie podnieść ciśnienie). Potem – „Trałowiec” w wersji dekompresyjnej! Takiej mikro dekompresyjnej, bo potrzebowałem zachować gazy na kolejne nurkowania, ale jednak. W końcu jednak w niedzielę była pogoda i popłynęliśmy na Georga. Tu wszystko było niespodzianką i wielkim doznaniem. Przede wszystkim ogromna skala wraku, jego ponury kształt – kiedyś niezwykle pięknego wycieczkowca, teraz gołej stali przykrytej całunem omułków, leżącego na boku. Tu trzeba zanurkować co najmniej cztery razy, najlepiej ze skuterem podwodnym. Tylko wtedy ma się szansę dobrze obejrzeć wrak. Niestety, głębokości podane w sieci nijak nie miały się do rzeczywistości. Okazuje się, że wrak zaczyna się na dwudziestu paru metrach, a schodzi aż do czterdziestu. Ciężko tu zanurkować nie wpadając w dekompresję by cokolwiek zobaczyć. A warto go opłynąć od rufy do dziobu, przyjrzeć się galeryjkom, poszukać mostku kapitańskiego, sprawdzić czy są otwarte ładownie na dziobie. Będę wracał tutaj, mam tam jeszcze dużo do obejrzenia.

Wrzesień.

Powrót do Rummu. Po długiej przerwie wracałem do kochanego Rummu, do surowej urody Estonii, to uroczego ośrodka wypoczynkowego Paekalda nad brzegiem Rummu. Na miejscu w zasadzie niewielkie, ale jednak zmiany nad wodą i pod wodą. Właścicielka ośrodka, Reelika oczywiście nie spoczywa na laurach i wciąż coś poprawia i dobudowuje w ośrodku. Znowu jakieś niesamowite konstrukcje na wodzie, pływające tarasy z saunami. Pod wodą z kolei więcej wyznaczonych tras, artystyczne instalacje: „las manekinów”, stół do popołudniowej herbatki i znajome budynki. Dopisała wizura, sporo życia w zbiorniku. Niestety, najsłabsza pogoda – nie, że lało non stop, ale było pochmurno i popadywało. Temu miejscu zdecydowanie ładniej kiedy jest ładna pogoda i światło słonecznie gra nam pięknie pod wodą na niewielkich głębokościach. Bo przecież tam się nurkuje wyłącznie płytko, siedem metrów, dziesięć czasem.

Konieczne było też sprawdzenie, co w Tallinie słychać. Odwiedziliśmy więc starówkę na krótką chwilę, przeszliśmy się portowym nadbrzeżem, zupełnie niechcący natknęliśmy się na tablicę upamiętniającą internowanie i potem śmiałą ucieczkę naszego okrętu podwodnego ORP Orzeł w okresie II Wojny Światowej. Obowiązkowa była też wizyta w tallińskim muzeum morskim, zwiedzenie okrętu podwodnego Lembit i parowego lodołamacza „Suur Toll” – te rzeczy nieprędko mi się znudzą. Niestety, nie mogłem ostatecznie zabrać ze sobą Syna z Polski, a bardzo chciałem mu pokazać te atrakcje Tallina. Uważam odwiedziny w morskim muzeum w Tallinie za obowiązkowy punkt programu każdej wizyty w tym mieście.

Październik.

W październiku warszawski oddział Santi zmieniał lokalizację, przenosząc się do większego i bardziej reprezentacyjnego lokum. Okazję tą okraszono odpowiednią imprezą, pojawił się więc założyciel marki, Tomek Stachura (polecam WYWIAD – CZĘŚĆ I i CZĘŚĆ II – który przeprowadziłem z Tomkiem), a jak się pojawił Tomek to koniecznie musiał pokazać kilka zdjęć i posnuć swoje nurkowe opowieści. Tej okazji przepuścić nie mogłem, bo uważam Tomka za świetnego opowiadacza nurkowych historii. Tomek opowiedział o efektach ekspedycji, która miała odkryć tajemnice hitlerowskiego Karlsruhe. To był ostatni transport z obleganego Królewca. Wielu badaczy uważało, że legendarna Bursztynowa Komnata mogła być właśnie ewakuowana tą drogą. Jeżeli tak, to ogromna szansa, że właśnie Karlsruhe ją przewoził. Tego potwierdzić się nie udało, ale i tak ekspedycja była niezwykle emocjonująca i cała relacja Tomka to temat na kilka odcinków serialu przygodowego albo na dobrą książkę.

Foto: kubaCE, Rummu, Estonia.

Listopad.

Diversnight w Deepspocie, czyli pierwszy raz pod dachem. W tej imprezie uczestniczymy regularnie, głównie nurkując w naszych skromnych zbiorniczkach wokoło stolicy. Tym razem udało się zorganizować nurkowanie w ekstra warunkach, czyli w ciepełku, bez skafandrów, ale oczywiście po ciemku, czyli przy zgaszonych światłach. Takie warunki oczywiście przyciągnęły uwagę i pobiliśmy wszelkie rekordy tej imprezy. Pod wodą znalazło się pięćdziesiąt sześć osób, co nawet dla Deepspot było sporym wyzwaniem logistycznym, ale daliśmy radę i wybitny fotograf, Tomek Płociński uczynił nam piękną pamiątkę z tego dokonania.

Foto: GEPN, przygotowania do grupowego zdjęcia z Diversnight 2021

W listopadzie trzeci w tym roku projekt filmowy! Jakże się nie cieszyć? Kilka kolejnych dni zdjęciowych na planie kolejnego polskiego serialu realizowanego na zlecenie Netflix. Serial znowu ma elementy fantastyczne i na szczęście dla mnie znowu były ujęcia pod wodą. Tym razem za plan posłużył nasz stołeczny basen Pałacu Kultury i Nauki, w którym normalnie nie można nurkować ze sprzętem, więc tym bardziej cieszyłem się na tą okazję. Dodatkowo musiałem dobrać sobie do pomocy nurka – a dokładniej dublerkę do zastępowania jednej z aktorek. Zatem nasza klubowiczka Ania Rykier mogła zabłysnąć w przemyśle filmowym i wykazać się nie byle hartem ducha wykonując niektóre ewolucje kaskaderskie – i to były ewolucje! Podziwiam ją za odwagę, boję się, że sam bym się spietrał. Ja tym razem tylko zabezpieczałem ujęcia pod wodą, miałem troszkę czasu by porobić zdjęcia. Miałem też dużo czasu by utwierdzić się w przekonaniu, że kilka godzin w skafandrze plus neoprenowa kryza to nie jest dobry pomysł!

Grudzień.

Nurkowy Festiwal Mocy – dwa lata przerwy to zdecydowanie za długo. Zdecydowałem się zaryzykować i zorganizować kolejną, siódmą już edycję NFMu. Czułem głód i czułem, że ludzie też są głodni takiej imprezy. Nie myliłem się, pomimo wciąż panujących pandemicznych okoliczności stawiliśmy się z naręczem sprzętu do testowania: Ammonite System, Hi-Max, Orca Torch, Kwark, Seacraft, Santi i Tecline. Na miejscu ponad pięćdziesiąt osób, co na tą imprezę może rekordem nie było, ale było bardzo dobrym wynikiem. Na prelekcje udało mi się zaprosić Marcina Bramsona i niezawodnego Kamila Iwankiewicza, czyli sprawdzonych prelegentów. Wszystko wyszło pysznie, łącznie z panelem dyskusyjnym, plebiscytem na „najbardziej wkurzające w nurkowaniu” ( zachowania sprzętu i nurków) i loterią nagród. Znowu piękne kalendarze Ireny Stangierskiej i inne fanty od dostawców sprzętu testowego poszły w ręce gości NFM. Powstał znowu plan, żeby zrobić letnią edycję festiwalu i jest to plan na rok 2022.

Przed nami więc wspaniałe plany na 2022, koniecznie dużo wraków, powtórki rzeczy, które wyszły nie tak jak miały wyjść, plany by zobaczyć nowe rzeczy dla mnie: w końcu Hemmoor, może pojechać w końcu na chorwackie wraki? Odwiedzić Maltę? Przede wszystkim życzę sobie znaleźć czas by wreszcie skończyć spisywać wywiad z Wojtkiem A. Filipem, czego nie dokonałem w tym roku i uważam za moją największą porażkę tego roku. Życzę też sobie bardziej regularnego pisania do Nurkologa i nie tylko. A czego życzyć Wam?

Podsumowanie 2021

Część I

Jeżeli chcesz przejść do części II, kliknij TUTAJ

Z czego jestem dumny, co udało mi się osiągnąć w 2021r.

Chyba najważniejszym skokiem osobistym było wejście na ścieżkę nurkowań dekompresyjnych i zrobienie uprawnień Advanced Nitrox. To kolejny ważny krok w moim osobistym rozwoju, który postawiłem sobie dawno temu na liście celów. Tym bardziej się cieszę, że zrobiłem te uprawnienia pod okiem Kuby Urbaniaka, który jest jeżeli nie pokrewną mi duszą to na pewno stworzoną z podobnej matrycy i dogadywaliśmy się w zasadzie  bez zbędnych słów. Docelowo dla mnie to szczęśliwy traf, że znalazłem taką duszę, gdy plany idą dalej – zamierzam za jakiś czas zdobyć uprawnienia instruktorskie i bardzo chętnie będę asystował Kubie przy kolejnych kursach by zdobywać bezcenną wiedzę w tym zakresie. Jeszcze jedna rzecz się w tym układzie bardzo zgadza – obaj mamy autentycznego hyzia na temat rozsądnego podchodzenia do nurkowania i ja tej szkoły będę się trzymał. Ścieżka dekompresyjna jest piękna, nęcąca, ale by podnosić znacząco ryzyko nukowań, trzeba to robić w jakimś celu, a nie tylko by sobie i innym udowadniać wielkość/twardość niektórych części ciała. Będę to uzmysławiał każdej osobie, która będzie chciała iść tą ścieżką i nie zamierzam odpuszczać nikomu na żadnym polu tylko po to by był szczęśliwy z otrzymania certyfikatu, a niekoniecznie odpowiedniego szkolenia. Dla mnie w nurkowaniu dekompresyjnym celem są wraki, których nie osiągnę w limitach rekreacyjnych. Ale o tym później.

Po kolei. Niech to będzie kompletny przegląd wydarzeń roku 2021.

Styczeń, luty, marzec.

Fot. kubaCE. Deepspot przy zgaszonych lampach.

W ogóle okres zimowy minął mi pod znakiem Deepspot. Myślę, że to jeden z ważniejszych punktów zmieniających mój dotychczasowy proces szkoleniowy i bardzo wpływający na moje podejście do nurkowania. Deepspot daje mi genialne miejsce do realizacji części basenowej kursu podstawowego, do tego mogę odbyć pod dachem, w kapitalnych warunkach część szkoleń robionych dotąd na wodach otwartych. Nie wszystkim kursom to może służyć, ale w wielu przypadkach bardzo pomaga: ćwiczenie pływalności, poruszanie się po przestrzeniach ograniczających swobodę, różne głębokości dla różnych poziomów doświadczenia. Wstyd się przyznać, ale od zimy 2020/2021 zupełnie nie chce mi się wyjeżdżać na wody otwarte w okresie zimowym. Ten czas spędzałem na warsztatach basenowych, nocnych nurkowaniach, nurkowaniach przypominających, prowadziłem całe bloki kursów OWD cały czas pod komfortowym dachem Deepspotu.

Udało się wyskoczyć na Piechcin i nad Honoratkę. Piekielne zimno, przyzwoita wizura, ale wcale nie jakaś powalająca, jakiej można byłoby oczekiwać od okresu zimnej wody. Za każdym razem to sobie powtarzałem wracając z ogromną przyjemnością do sztucznego zbiornika w Mszczonowie.

Fot. kubaCE. Kobanya

W marcu już chłonąłem wiedzę teoretyczną z kursu IANTD Advanced Nitrox i dałem radę wyskoczyć do budapesztańskiej kopalni Kobanya. Przejazd w okresie panowania europejskich obostrzeń związanych z pandemią to był dla mnie nie lada wyczyn logistyczny i sporo stresu związanego z wieloma niewiadomymi. Musieliśmy zdobyć potwierdzenie, że jedziemy w konkretnym celu do Budapesztu by przekroczyć granicę, musieliśmy jechać trochę na około, bo Czechy zamknęły się na wszelki ruch, nawet tranzytowy. W Budapeszcie musieliśmy zrobić sobie testy PCR przed powrotem do Polski. Każda kontrola na granicy i po drodze to dodatkowy zastrzyk stresu. Słowacka policja wręcz wręczyła nam mandaty za brak maseczek w aucie (wolno było tylko spokrewnionym, my nie chcieliśmy ani łgać, ani kłócić się). Kosztowało nas to coś koło 10 Euro chyba? No jakoś to przeżyliśmy! Warto było znowu zobaczyć wspaniałe komnaty Kobanyi. Smutny był tylko covidowy Budapeszt, mało ludzi, knajpki wydające pokarm tylko na wynos, ale nie odmówiliśmy sobie spaceru wzdłuż Dunaju.

Kwiecień.

To mocne dociśnięcie pedału gazu ze szkoleniami przed otwarciem sezonu ciepłego w Polsce. To także ćwiczenia przygotowujące do kursu Advanced Nitrox.  Mi udało się jeszcze trafić na plan filmowy rodzimej produkcji. Strasznie żałuję, że tak strasznie mało się u nas kręci zdjęć w wodzie i pod wodą, bo to kapitalna robota. Fajna zabawa przede wszystkim, choć czasem i ciężka praca. To były bodajże trzy czy cztery dni po kilkanaście godzin spędzonych na planie. Tak, tak, możecie się zdziwić, ale ci goście pracują zwykle po jedenaście albo dwanaście godzin dziennie. Jak to się zdarza raz na kilka miesięcy to jest fajnie, ale taki rozchwytywany koordynator kaskaderów, albo kaskader jeżdżący z planu na plan to chyba w ogóle nie ma życia osobistego. Mocno cygańskie z resztą to życie jak patrzę na ludzi z branży filmowej. Ja się cieszę, że raz na jakiś czas mogę ich popodglądać w pracy, zwłaszcza, że ekipa Stunt Service Tomka Lewandowskiego to całkiem profesjonalna grupa pozytywnych wariatów. A do tego jeszcze miałem dużo roboty pod wodą. Tylko tym razem spędziłem w sucharze po kilkanaście godzin dziennie i miałem go na koniec serdecznie dość. Zwłaszcza neoprenowej kryzy, która nie miała kiedy wyschnąć i po prostu zaczęła śmierdzieć. Nie polecam kryzy neoprenowej jeżeli komuś zdarza się spędzać w skafandrze więcej niż dwie godzinki dziennie.

Serial w reżyserii Kasi Adamik ma pojawić się na platformie Netflix w nowym roku, albo później. To produkcja fantasy, coś a’la Polskie Baśnie Bagińskiego. Jestem bardzo ciekaw efektu końcowego.

Fot. kubaCE. Natalia dubluje z uśmiechem na twarzy. Zaraz auto zniknie pod wodą.

Maj.

To wody otwarte kończące kurs Advanced Nitrox. Kurs kończyliśmy na Hańczy wykonując kilka zanurzeń dziennie i wisząc za każdym razem cholerną godzinę w cholernie zimnej wodzie nad cholerną platformą. Ćwiczenia, procedury, powtórki. Pogoda w dodatku wyjątkowo wredna – ostatniego dnia powróciła zima. Dostałem naprawdę mocno w kość, ale dzięki temu ostatnie nurkowanie wieńczące kurs – wyprawa na księżycówkę i pierwsza legalna dekompresja to było bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.

fot. kubaCE. Pan nadInstruktor i współkursanci.

Udało się też w ramach klubowej działalności skrzyknąć ekipę na wyprawę w góry. Nie nurkować, tylko pochodzić. Towarzystwo się zebrało zacne, pojechaliśmy więc pochodzić po Gorcach i Tatrach, trafiliśmy pięknie w pogodę, więc przedłużony weekend minął nam pod znakiem gorczańskiego Turbacza (piękna, długa, ale łatwa trasa) i tatrzańskiej Doliny Czarnego Stawu (jedna z podgrup w tym czasie poszła na Kasprowy), czyli po drodze przeszliśmy przez moją ulubioną Halę Gąsienicową. Pod Czarnym Stawem zalegała jeszcze konkretna czapa śniegowa, więc było całkiem emocjonujące dojście do Czarnego Stawu. To było coś, co na pewno będę chciał powtarzać. Zostawiłem kawał serca w górach.

Z drugiej strony maj to kolejne rozczarowanie. Na rok dwa tysiące dwadzieścia jeden zaplanowałem dużo wypraw na Bałtyk, w tym co najmniej cztery związane z jednostką Hanter wypływającą z Łeby. Odwoływałem po kolei wszystkie rejsy Hanterem i jakaś połowa wypraw innymi jednostkami odbywała się w innym od zamierzonego zakresie. Bałtyk w tym roku mocno dał mi do zrozumienia, że lubić go można, ale nie należy się przyzwyczajać. Charakter ma on kapryśny i lubi to pokazywać.

Źródło: POLSAT. Kard z 10. odcinka „Komisarz Mama”. Autor w wodzie z Joasią, na burcie RIBa siedzi Mirek.

Czerwiec.

Na Bałtyk dotarłem więc dopiero w połowie roku, ale jeszcze po drodze, na dzień dziecka zabezpieczałem plan zdjęciowy na Narwii. Bardzo przesympatyczna aktorka, Joanna Niemirska miała scenę jak wynurza się z wody i informuje ludzi na łódce o znalezionym trupie. Odbyliśmy najpierw sesję zapoznawczą ze sprzętem nurkowym na Deepspocie, poćwiczyliśmy podstawowe procedury nurkowe i potem asystowałem jej w wodzie przez całe ujęcia pilnując by czuła komfort – co nie było łatwe, bo byliśmy na środku rzeki – i była zabezpieczona – dlatego cały czas trzymałem ją pod wodą, do tego drugi kaskader, Mirek Pisarek, trzymał ją na linie zabezpieczającej. Cała magia małego ekranu! I tak na koncie mam kolejną Wielką Rolę bezimiennego nurka partnerującego pani policjantce. Czyste szaleństwo! Tak więc znalazłem się w napisach końcowych jako „Ewolucje kaskaderskie” obok znakomitego kaskadera Mirka Pisarka i świetnego (oaza spokoju) koordynatora kaskaderów, Sławka Kurka. Kolejna fajna współpraca ze Stunt Service. Pamiętajcie, odcinek dziesiąty serialu „Komisarz Mama” na Polsacie. 🙂

Na Bałtyku wyszedł nam jeden dzień nurkowań. Nurkowaliśmy z Helu, więc zamówiłem mojego ukochanego Trałowca zaraz obok portu na Helu. Wrak głęboki, w sam raz na dekompresję, ale tym razem mając pod opieką nurka rekreacyjnego spotkałem się z Trałowcem tylko na kilka minut, starając się wprawiać w fotografii podwodnej. Kilka ujęć spod wody zostało, choć jeszcze daleko do ideału. To kolejna umiejętność, którą chcę rozwijać. Zaczęło się od troszkę porządniejszego zestawu fotograficznego – czyli bardziej ambitnej (od gopro głównie, którym dotąd operowałem) małpki i zestawu porządniejszych lamp błyskowych. Ceny sprzętu fotograficznego podwodnego przyprawiają o zawrót głowy, a potem człowiek próbuje opanować tego wielkiego pająka pod wodą, mało to wszystko poręczne. Doceniajmy więc fotografów podwodnych, bo nie jest to łatwy kawałek chleba.

Fot. kubaCE. Trałowiec.

W ramach ciągłych zmian planów bałtyckich, drugiego dnia zamiast nurkować na wrakach, musieliśmy nurkować na Kaszubach. Pogoda na Bałtyku nie dopuszczała opcji nurkowania. Wybraliśmy się więc poznać bazę nurkową gdyńskiego Trytona nad kaszubskim jeziorem Kłodno. Ładnie to wpasowane w wakacyjny krajobraz, rozbudowana baza, ale wrażenie chaosu i tymczasowości niestety typowe jest dla naszych baz nurkowych. Pod wodą nawet przyzwoita wizura, ale kompletna pustynia. Zanurkować tam warto tylko będąc przy okazji w okolicy, ale żeby specjalnie po to tam jechać? No nie.

CIĄG DALSZY W CZĘŚCI II

Santi karlsruhe

Otwarcie nowej warszawskiej siedziby Santi Concept Store połączone z prezentacją zdjęć z wyprawy Santi Karlsruhe.

foto: kubaCE

Tomek Stachura umie oczarować ludzi i opowiada o nurkowaniu jak nikt inny. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby przygotować go do prezentacji zdjęć z międzynarodowych mistrzostw gry w Bingo dla zawodników w wieku 80-90 lat, gdyby tylko poczuł pasję tych zawodów, opowiedziałby o tym najlepiej na tej planecie. Ten facet ma dar opowiadania! Właśnie dlatego musiałem w końcu dotrzeć na prezentację Tomka i posłuchać jego opowieści o najnowszej ekspedycji ekipy Baltictech.

Zanim nastała prezentacja…
… toczyły się liczne rozmowy w kuluarach…
… a gospodarze uwijali się w ukropie.

Podejrzewam, że Tomek mógł minąć się z powołaniem. Gdyby dać mu szansę, mógłby z powodzeniem zajmować się pozyskiwaniem środków na kolejne ekspedycje. Dać mu tylko wybór dobrych zdjęć, dobrą opowieść do snucia i już mamy przepis na sukces. Tym razem okazję do posłuchania Tomka mieliśmy przy okazji uruchomienia nowej siedziby warszawskiej delegatury Santi Concept Store. Tomek uświetnił otwarcie oddziału swojego imperium przyciągając uwagę warszawskich nurków. A tych namawiać do takiego spotkania nie trzeba było. Zgodnie z informacjami na Facebooku uczestnictwo w imprezie zadeklarowało około sto pięćdziesiąt osób. Nie sądzę by ktoś policzył, ilu ostatecznie przybyło, ale pewnie nie było jakoś dużo mniej ludzi. Nowa siedziba Santi w szczytowym momencie wieczoru pękała w szwach. Niespecjalnie było widać, żeby gdzieś było dużo wolnego miejsca, a trzeba przyznać, że nowa siedziba Santi ma zdecydowanie lepsze warunki do podejmowania dużej ilości gości.

Michał Kosut w ogniu pytań o zmianę miejsca pracy
Tomek Stachura w trakcie przygotowań
I zaczyna się prelekcja.

Warto nadmienić, że zainteresowanie wydarzeniem to nie tylko zasługa popularności marki Santi i Tomka Stachury jako bardzo zdolnego aktora wydarzenia. Widać, że w narodzie jest duży głód spotkań międzynurkowych po długim okresie pandemicznych ograniczeń i że ludzie wprost garną do każdej okazji integracji środowiskowej. Do tego bardzo nośny temat, którym ostatnio Internet z innymi mediami żył intensywnie. Karlsruhe. Ekspedycja Baltictech zbadała dokładnie wrak jednego z ostatnich niemieckich okrętów opuszczających oblegany przez Armię Czerwoną Królewiec. Niby nic specjalnego w tym statku, jednym z wielu, które brały udział w operacji Hannibal – ewakuacji morskiej Niemców w ostatnim okresie wojny. O tyle jednak sprawa ciekawa, że był to praktycznie ostatni statek wywożący dużą ilość towaru z oblężonego miasta, gdzie Niemcy zgromadzili dużą ilość skarbów. To właśnie w Królewcu po raz ostatni widziano Bursztynową Komnatę, po której ślad zaginął po wojnie. Trzeba sobie uzmysłowić, że w ostatnich dniach wojny Niemcy głównie skupili się na ewakuacji ludności z terenów wcześniej okupowanych, które teraz systematycznie odbierała im Armia Czerwona. Trzeba pamiętać, że spanikowani Niemcy nie mieli żadnych złudzeń wobec intencji kroczących ku nim żołnierzy sowieckich. Każdemu cywilowi i żołnierzowi zależało by znaleźć się jak najdalej poza zasięgiem Sowietów. A tutaj nagle w środku wojennej zawieruchy i nerwowej ewakuacji trafia się statek, który dostaje bardzo wyraźny rozkaz przyjęcia i przetransportowania ładunku 360t upchanego w starannie zabezpieczone skrzynie. Tylko decyzją kapitana „Karlsruhe” przyjął na pokład ok. 900 osób ewakuowanych z Królewca. Statek jednak dość krótko po opuszczeniu brzegu zostaje zbombardowany i idzie w rekordowo krótkim czasie na dno. Zabiera z powierzchni nie tylko około ośmiuset dusz, ale też tajemnicę zawartości ładowni.

Tomek Stachura tkał swoją opowieść najpierw o krystalizowaniu się zamysłów grupy Baltictech, która chciała odkryć ostatnie zaginione jednostki biorące udział w operacji Hannibal, potem opowiadał o odnalezieniu „Karlsruhe” i właśnie o tym jak członkowie grupy uświadomili sobie, że ładownie statku mogą skrywać jedną z większych sensacji historycznych XX wieku.

Niestety, nie jest już tajemnicą, że wyprawa nie potwierdziła tej sensacji, ale też można żyć nadzieją, że wrak „Karlsruhe” wciąż skrywa wiele tajemnic także w skrzyniach przykrytych dwumetrową warstwą mułu. Nic jednak z tego nie zepsuło nastroju wieczoru, gdyż Tomek ze swadą opowiedział o całej organizacji nurkowań, o podchodach i grach, które toczyły się między poszukiwaczami a przedstawicielami urzędów, którzy byli obecni na pokładzie.

Może ta wyprawa nie jest żadnym kamieniem milowym w odkrywaniu historii wraków spoczywających na dnie Bałtyku, ale jest na pewno ogromnie ciekawym wydarzeniem, o którym fantastycznie opowiada Tomek. Mam nadzieję, że grupa teraz wróci do tematu „Orła” i na tapecie znów będzie akcja „Santi. Odnaleźć Orła”, ale jestem niemal pewien, że wyprawa „Karlsruhe” była bardzo potrzebna członkom ekipy Baltictech by dać im sporo nowej wiedzy o sposobach poszukiwań, by dać im też dużo nowej energii do poszukiwań, a także – o czym bardzo marzę – by dać im potrzebny zasób środków na wyprawę.