Archiwum kategorii: gdzie nurkować

Deepspot – czy warto nurkować w basenie?

 

Czterdzieści pięć metrów głębokości, fantastyczna wizura cały rok, trzydzieści stopni i zawsze idealne warunki do nurkowania. Gdy ustawisz się w jednym konkretnym miejscu, przy odrobinie szczęścia z powierzchni będziesz w stanie zobaczyć napis „45,4 m” na dnie najgłębszej studni basenu.

Wejście do głębi Deepspot

Deepspot – najgłębszy basen dla nurków to już fakt. Wystarczy pojechać do Mszczonowa i proszę, stoi, można skorzystać. Tym samym Polska dołącza do Włoch (Y40 Deep Joy) i do Belgii (Nemo33) mając swój specjalny basen wybudowany właśnie dla nas, nurków. Dla naszej przyjemności i do naszego użytku. Do tego, w tej chwili Deepspot jest najgłębszym basenem ze wszystkich. Ma szansę go zdetronizować dopiero brytyjski Blue Abyss, ale ten projekt jeszcze nie zaczął nabierać nawet realnych kształtów. Ostatnia informacja z zeszłego roku mówi o przeniesieniu inwestycji w inny region kraju. Zatem przynajmniej przez rok Polska jest liderem wśród głębokich basenów dla nurków.

Deepspot – dla kogo to jest i dlaczego warto się tam wybrać choć raz w życiu? Sztuczny zbiornik schowany pod dachem, przygotowany dla nurków wszelakiej maści, a więc: ma tubę, w której można zejść do 45m głębokości. Jest system „jaskiń” (cztery poziomy, jeden nad drugim, z każdego sporo prostych dróg ucieczki), jest „wrak” na dnie niecki 20m, jest płytka część dla ludzi stawiających pierwsze kroki pod wodą. Możemy więc w tym miejscu spróbować nurkowania, wykonać rekreacyjne nurkowanie ze sprzętem, poćwiczyć różne umiejętności, wyszkolić się lub ćwiczyć nurkowanie na bezdechu, wykonać testy lub szkolenia sprzętowe, itd. Tak wyglądają zamysły autorów tej atrakcji.

Korytarz jeszcze przed otwarciem

Ja czytam jednak komentarze (głównie na Facebooku) i mam wrażenie, że znakomita większość doświadczonych nurków oczekuje od autorów projektu by wodę wypuszczono, inwestycję zasypano ziemią i by wszyscy udawali, że nie było takiego tematu. Na start orzeczono, że to „jak zwykle lipa”. Czytając te wpisy odnoszę wrażenie, że znakomita część osób nie ma bladego pojęcia o co chodzi w takim basenie.

Po co buduje się takie rzeczy i jaki to ma sens? Przecież większość z nas to nurkowie rekreacyjni wciąż szukający nowych wrażeń, miejsc, odkryć. Jeżeli nawet wybierzemy się tam na jedno nurkowanie to pewnie to będzie ten pierwszy i ostatni raz, bo po co nurkować w basenie. A! No i są przecież te wszystkie ograniczenia i niedogodności!

Pierwszą niedogodnością będzie cena. Bilet regularny dla samotnego scuba divera to aż 300 (TRZYSTA) złotych! Chwila, chwila, zanim zrobisz aferę, sprawdź konfigurator i poklikaj różne kombinacje. Wysoka cena pojawia się tylko w sytuacji, gdy rezerwujesz dla siebie 1 wejście i system zakłada, że chcesz wejść bez partnera – wtedy dolicza ci koszt opieki instruktora z Deepspot. Jednak idąc już parą, rezerwując wspólnie, zależnie od kombinacji terminu, godziny cena waha się od 189 do 219zł (zakłada się, że po siedemnastej i w weekendy będą godziny szczytu na basenie i wtedy jest ciut drożej). Bilet uprawnia do jednego wejścia obejmującego około czterdzieści pięć minut nurkowania (sześćdziesiąt minut na wszystko), zapewniony jest cały podstawowy sprzęt, w tym napełniona powietrzem butla o pojemności 12l. Można (i warto) przynieść jedynie swoją maskę i komputer. Naczelny zarzut pod adresem tych warunków: można przecież zebrać się autem w kilka osób i pojechać na jeden dzień nurkowania nad jednym z polskich zbiorników i zapłaci się mniej za kilka nurkowań – nielimitowanych w zasadzie niczym poza NDL, ilością powietrza i własnym widzi-mi-się. Ktoś już nawet policzył, że jakby zrobić dziesięć nurkowań w Deepspot to już jest kasa zbliżona do pakietu w jakimś urokliwym Egipcie, czy czymś podobnym.

Kolejne niedogodności: wszystko na to wskazuje, że Deepspot wzorem pozostałych obiektów tego typu nie będzie pozwalał na wnoszenie swojego sprzętu. Cały sprzęt potrzebny do wykonania nurkowania jest uwzględniony w cenie: płetwy, BCD, butla i automat. Do tego limit czasu – 45 minut, mała butla, bo tylko 12l. A przecież robienie nurka na 45 metrów na nieswoim automacie, pojedynczej butli o pojemności 12l i bez skafandra, zapasowej maski, narzędzia do wycinania i dwóch latarek to zabójstwo!

Zacznijmy się więc po kolei mierzyć ze wspomnianymi „potykaczami”. Na początek cena. Jeżeli będziemy ją odnosić do różnych innych nurkowych atrakcji, które są w naszym zasięgu to najłatwiej to porównać do wypadu na cały dzień na polskie nurkowisko. Tylko nie zawsze mamy pogodę zachęcającą nas do nurkowania w polskim zbiorniku, są wśród nas często nurkowie, którzy generalnie w Polsce nie nurkują. Czasem też nie mamy tyle czasu, możliwości czy ochoty organizować sobie coś bardziej skomplikowanego logistycznie. Wtedy właśnie na tapetę wchodzi taki Deepspot. Masz zachciankę zanurkować, albo coś sprawdzić, poćwiczyć? Wchodzisz na stronę, kupujesz i ju. Wystarczy tylko dojechać na ustaloną godzinę i zanurkować. Nigdy nie będziesz odnosić Deepspotu do wyjazdu za granicę, bo jeżeli masz czas, możliwość i ochotę – to zawsze wygra wyjazd na wody otwarte, Deepspot nigdy nie będzie ciekawą alternatywą dla porządniejszego wypadu na nurki w terenie. Czy jest to dużo, czy mało, zwłaszcza w odniesieniu do innych basenów tego typu? Nie chcę tego oceniać, cena wydaje się normalna za tego typu atrakcję, zważywszy, że wszystko jest już w tej cenie. Co do dokładnej atrakcyjności – myślę, że sam rynek to zweryfikuje i czas pokaże. Większość i tak z pewnością zaplanuje to jedno jedyne nurkowanie by zobaczyć obiekt z nastawieniem, że raczej tego doświadczenia nie powtórzą. I wtedy to dwieście złotych jakoś strasznie nie brzmi.

Swojego sprzętu nie wniesiesz. Dla wielu ludzi jest to zaskoczenie. Skandal i tragedia. Tylko proszę teraz sprawdzić, jak działają pozostałe baseny tego typu. Powtarzanie w kółko tego „zarzutu” oznacza, że autorzy zarzutu nigdy nie interesowali się ofertą głębokich basenów dla nurków, bo jest to niestety normalna praktyka, na tle której Deepspot nie wymyślił niczego nowego. Zapewne więc osoby mocno przywiązane do własnej konfiguracji nie rozważały nurkowań ani w Nemo33, ani w Y-40 Deep Joy i obawiam się, że mocno może to zabrzmi, ale nikt nie spodziewa się, że nagle zmienią upodobania i zaczną walić drzwiami i oknami do Deepspotu. Trudno, chcesz zanurkować w tym basenie, zostawiasz swój sprzęt. Czy to źle? Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz napiszę dlaczego uważam, że wcale nie jest tak źle.

Zasada ta wynika z prostej ekonomii przedsięwzięcia. Trzeba cholernie dużo wody by napełnić taki zbiornik i nikt tu nie planuje tej wody wymieniać. Za jej oczyszczanie odpowiada potężna machina filtrująca, która przepuszcza całą objętość zbiornika cztery razy dziennie, ale wciąż jest ryzyko, że ktoś na swoim sprzęcie przyniesie jakieś bakterie, albo zanieczyszczenie chemiczne, które zmusi obsługę do jakiejś interwencyjnej wymiany wody. Wyobraźcie sobie teraz chociażby kilka dni przestoju takiego obiektu (wynikające z tego koszty), chociażby częściową, albo pełną wymianę wody w takim zbiorniku. Już sobie wyobrażam jak właściciele trzęsą się na samą myśl o takich „przygodach”, bo ktoś zwyczajnie nieświadomie doprowadził do takiej sytuacji. Nie chodzi tutaj o nic takiego, że ktoś nie wypłucze z błotka płetw, albo wejdzie z zapiaszczonym zestawem wypornościowym. Nasz sprzęt może być starannie wypłukany, ale nie wszystko widać gołym okiem.

Deepspot i tak pozwala na całkiem sporo. Wręcz jest to dla mnie zastanawiające – czy nie próbując zmiękczać politykę, strzelają sobie w płetwę? Według opisu na nurkowanie może być wniesione: „maska; fajka; automat oddechowy; płetwy; komputer nurkowy; rush vest” (pisownia oryginalna). Po pierwsze, komunikat w kwestii higieny jest wtedy niejasny – coś sporo rzeczy prosto z wody niemalże może być wniesione i zwiększa się ryzyko przywleczenia jakiegoś badziewia (po drugie).

Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw, które toczyły się lub toczą się za kulisami inwestycji. Od początku opracowywania koncepcji toczyły się burze mózgów odnośnie wnoszenia swojego sprzętu i wciąż jest małe okienko, że może po jakimś czasie, albo na specjalnych warunkach będzie możliwość wnoszenia swojego sprzętu. Czas pokaże. Na przykład przed otwarciem zarówno ja z członkami ze swojego klubu Nurklub.pl jak i członkowie innych szkół i centrów nurkowych mogli testować zbiornik w swoim sprzęcie. Kto wie, może to będzie utrzymane. Dajmy sobie czas i szansę organizatorom miejsca. Nawet, jeżeli teraz nie będziemy mogli wejść w swoim sprzęcie, na miejscu ma być dostępny sprzęt wysokiej klasy z oferty Maresa. Nie jest żadną tajemnicą, że Deepspot zawarł umowę z konsorcjum Head Group, właścicielami marek: SSI i Mares. Stąd Deepspot jest centrum szkoleniowym SSI a cały sprzęt do nurkowania zapewni Mares. Nie wiem, na jakim etapie są teraz rozmowy, ale od początku były plany, by oprócz podstawowego rekreacyjnego sprzętu na miejscu dostępny był segment Mares XR: skrzydła, zestawy side-mount, zestawy twin-set i odpowiednie do tego wyposażenie. Rozważano też wprowadzenie innych marek, tam, gdzie Mares nie ma swojej propozycji. Generalnie celem jest przyciąganie uwagi nurków bardziej zaawansowanych i umożliwianie szkolenia na bardziej zaawansowanym sprzęcie. W końcu Mares to także oszczędzarka Mares Horizon. Jeżeli więc nie będzie można wnosić swojego sprzętu, będzie dostępna (nawet jeżeli nie od razu to za jakiś czas) cała gama sprzętu dla wymagających.

Pozostaje jeszcze przeanalizować limit czasu, jaki nam dają w ramach dostępnego obecnie vouchera, a także ilość gazu do oddychania. Podkreślam, że mówimy tu póki co tylko o jednym wariancie dostępu, przeznaczonym dla nurków rekreacyjnych, którzy chcą po prostu zaliczyć „fun dive”. Można spodziewać się, że niebawem światło dzienne ujrzą kolejne warianty, pakiety: na serię wejść, na szkolenia, wejścia dla freediverów, instruktorów i tak dalej.

W ramach mojego testowego nurkowania wykonałem ze swoją grupą nurkowanie trwające właśnie czterdzieści pięć minut. Nurkowałem na zestawie podwójnym 2x12l, komputer Suunto (którego model i tak słynie z wysokiego konserwatyzmu) ustawiłem na najniższy konserwatyzm. W trakcie tego nurkowania mogłem spokojnym tempem zejść na dno tuby, odbić się od dna, rozpocząć spokojne wynurzanie (siedzenie przy dnie dłużej niż minutę nie ma sensu, tam nie ma co oglądać), dwa przystanki po drodze wykonane. Wizyta w tubie wraz z dodatkowym, głębokim przystankiem, dokładnym spokojnym zwiedzeniem tuneli „jaskiniowych” i zabawach na płytkiej wodzie zajęła nam dokładnie 44 minuty. W tym czasie zużyłem niecałą połowę zapasu powietrza, a zużycie mam raczej przeciętne, nie jestem żadnym asem oszczędności gazu. Można założyć więc, że osoba wyposażona w pojedynczą butlę będzie w stanie odwiedzić wszystkie atrakcje za jednym nurkowaniem, choć istnieje ryzyko, że zakończy nurkowanie z mniejszą ilością gazu niż obowiązkowe minimum pięćdziesiąt barów. Osoby z większym zużyciem będą musiały podzielić zwiedzanie na dwie tury – ale przecież o to chodzi twórcom. Nie mamy tam siedzieć w nieskończoność, tylko coś ma nas limitować. Jeśli nie NDL to na pewno ograniczona ilość gazu.

Ja się zwyczajnie cieszę, wręcz jaram tym, że coś takiego zbudowano tu w Polsce, że ten nasz kraj pomimo wszystko potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej i czymś się wybić ponad przeciętność (i wcale nie mówię tu o skali głupoty, jaką serwują nam politycy ogółem swoim). Stąd smutno mi, że poraz kolejny „fejsbukowi specjaliści” mnie nie zawiedli i objechali projekt z góry na dół. Coś jest w tym narodzie, że każdą najfajniejszą rzecz musi ocenić krytycznie, rozłożyć na czynniki pierwsze i zwyczajnie po ludzku dowalić się. Tak jakby naprawdę z niczego, co tutaj zrobimy, sprowadzimy czy zorganizujemy, nie można się tak normalnie, po ludzku cieszyć. Być zwyczajnie dumnym i zadowolonym. Deep Spot nie jest żadną nowinką. Jest trzecim w historii głębokim basenem budowanym specjalnie dla nurków (mówię tu o głębokościach 30+). Jest to kawał solidnej architektonicznej roboty, ciekawie zaprojektowana niecka dająca sporo frajdy nawet takim starym wyjadaczom jak ja. Będę pewnie chciał kiedyś zaliczyć włoski Y-40 by mieć zaliczone wszystkie trzy baseny, ale jeżeli chodzi o wrażenia z Nemo33 to nasz basen obecnie wygrywa w moim prywatnym rankingu jeżeli chodzi o atrakcyjność niecki. Zobaczymy, jak dalej potoczą się losy oferty ośrodka, czy i kiedy dojdzie zaawansowany sprzęt, jak będzie układać się współpraca z polskimi szkołami i centrami nurkowymi, czy będą jakieś dodatkowe atrakcje i wydarzenia mogące ożywić zainteresowanie obiektem osób nienurkujących, nurkujących sporadycznie i zaawansowanych nurków. Ja chcę być dobrej myśli i trzymam mocno kciuki za to miejsce.

Kolejna maska pod wodą

Kilka ujęć z podwodnej wizyty w Deep Spot

Udało mi się  zajrzeć do Deep Spotu jeszcze przed jego oficjalnym otwarciem. To wciąż plac budowy, ale w zasadzie już na ostatnim odcinku i widać już metę. Fajnie to wygląda i zapowiada się na jeden z najciekawszych sztucznych zbiorników dla nurków. Pod dachem, zawsze ciepło, zawsze dobra widoczność i całkiem ciekawa architektura dostarczą emocji nawet doświadczonym nurkom. No i znakomite miejsce na ćwiczenie umiejętności, konfiguracji, itd. Dodam później trochę uwag odnośnie tego miejsca i odbioru naszej nurkowej społeczności. Dorzucę wtedy kilka zdjęć z tego nurkowania. Póki co zapraszam na film.

 

Białe noce w Rummu

2020 rok jest rokiem szaleństw. Udało mi się na początku roku ułożyć dość szczegółowy plan wyjazdów na praktycznie trzy czwarte roku, wszystkie główne wyjazdy zostały wpisane w kalendarz i dopięte organizacyjnie. I tąpnęło. Szaleństwo COVID przemeblowało mi nie tylko zawodową sytuację, ale też wszelkie plany wyjazdowe. O mały włos, a na sam początek polskiej i europejskiej kwarantanny pojechałbym do Budapesztu, do Kobanyi. Dosłownie na dwa dni przed wyprawą zdecydowaliśmy z uczestnikami, że sobie odpuszczamy. Dzień później gruchnęła wieść, że granice zostają zamknięte, wprowadza się kwarantanny dla powracających i tym podobne „atrakcje”. W ten sposób zaplanowany na majówkę wyjazd do Rummu nie odbył się. Próbuję teraz ułożyć plan na jesień. Nie mówię jeszcze, czy się uda, bo to wciąż są bardzo niepewne czasy. Jednak roku bez wizyty w Rummu sobie po prostu nie wyobrażam i zrobię wszystko by tam znowu pojechać. Dlaczego rok bez Rummu uważam za stracony?

W czerwcu najsłabsza wizura w budynkach. Foto: kubaCE

Wyprawa do Rummu to moja ulubiona mieszanka przeżyć i emocji. W 2019 roku odbyłem moją już czwartą wyprawę do Rummu. Już sama droga przez byłe republiki związku radziekiego: Litwę, Łotwę i potem Estonię to już ciekawy miks doznań, choć nie jest to szybka jazda ekspresowymi drogami niestety. Okolica Rummu to raczej odludne miejsce osłonięte lasami, torfowiskami. To jest dobry kierunek dla tych, którzy szukają spokoju i odpoczynku od cywilizacji. Ten ostatni punkt dopełniony jest przez miejscówkę, którą regularnie wybieram na nasz nocleg. Paekalda Puhkekeskus (Paekalda Holiday Center) to niewielki, skromny ośrodek wybudowany tuż nad brzegiem jeziora Rummu. To raczej niewielka gromada drewnianych domów budowanych z bali w stylu fińskim. Mamy dwa większe budynki: jeden to rodzaj kantyny, kawiarenki, drugi to duży dom do wynajęcia dla większych grup (tzw. Lakehouse), są bodajże jeszcze trzy średniej wielkości domy (Hunter house) i cztery mniejsze (Fishermen house). I to wszystko. Domki są rozrzucone dość szeroko po niezbyt gęstym lesie iglastym, nikt tu sobie nie przeszkadza, praktycznie nie odczuwa obecności innych gości ośrodka. Na wodzie jeszcze znajdują się takie domki-baryłki. To raczej opcja na jedną noc, w ciepłym sezonie. Do tego ośrodek ma swoje molo, swoją plażę z różnymi udogodnieniami i kilka pływających obiektów: pływającą platformę z zadaszeniem do organizacji imprez integracyjnych na wodzie, mniejszą platformę – doskonałą dla nurków, pływającą Saunę Fińską…

W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Foto: kubaCE

Sam estoński kamieniołom doskonale łączy walory wapiennego wyrobiska (wapienna skała jest naturalnym filtrem do wody, to gwarantuje krystaliczną wręcz wizurę) i naturalnego zbiornika pełnego roślinności i zwierzyny podwodnej, do tego zalane budynki „gułagu”, mur więzienny, wielkie maszyny wydobywcze. To wszystko w jednym miejscu. A jak komu mało, zawsze może wyskoczyć na bałtyckie wraki z estońskiego wybrzeża – a jest co zaliczać. Do tego koniecznie trzeba skoczyć choć na jeden dzień do Tallina, przejść tallińską starówkę, obowiązkowo zwiedzić wystawę estońskiego muzeum morskiego, gdzie do odkrycia czekają na nas: Lembit – estoński okręt podwodny z czasów IIWŚ wystawiony w głównym hangarze muzeum, do zwiedzenia z dołu, z góry i w środku; Suur Toll – przepiękny parowy lodołamacz z początków XXw, przejście przez kabiny i maszynownię pokazuje jak wspaniałą kiedyś sztuką łączącą funkcjonalność z elegancją było budowanie takich statków.
Estonia jest więc naturalnie bardzo atrakcyjnym kierunkiem podróży dla nurków z Polski. Z roku na rok obserwuję coraz większe zainteresowanie naszych klubów i szkół nurkowych tym kierunkiem i cieszy mnie, że pojawiają się kolejne wyprawy grup zorganizowanych jak i pojedynczych nurków.

Baraki. Foto: kubaCE

Estonia leży stosunkowo blisko, wystarczy pokonać niecałe tysiąc kilometrów, przejechać granice Litwy, Łotwy i jesteśmy w Estonii. W państwie, które kiedyś wydawało mi się totalną egzotyką z bloku wschodniego, wciąż odczuwającą skutki tkwienia w Związku Radzieckim. Niczym opad radioaktywny i wysokie stężenie promieniowania, w oczach świata zły pierwiastek ZSSR trwale „skaził” tą część świata. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy tu dojechałem po raz pierwszy, w 2016r. Owszem, ślady „promieniowania ZSSR” są, ale Estończycy mają wyraźnie przedsiębiorczość i upór Skandynawów. Wykonali więc kawał dobrej roboty by ich świat bardziej przypominał Szwecję, niż państwo byłego bloku komunistycznego. Widać to zwłaszcza w większych aglomeracjach lub bardziej atrakcyjnych turystycznie częściach kraju.
Ostatnia wyprawa wybitnie pokazała, że czas nie stoi, że wszystko powoli się zmienia. Zacznijmy jednak od tego, że był to mój pierwszy wyjazd w okresie ciepłym, praktycznie letnim – wakacyjnym. Wyprawa wypadła w okresie Bożego Ciała, praktycznie przed samymi wakacjami. W Rummu było już bardzo ciepło i widać było, że woda już przyciągała letnich amatorów sportów wodnych. Efekt taki, że najchętniej odwiedzane przez nurków budynki nie mogły pochwalić się dobrą widocznością. To bezpośredni kontakt z lokalną plażą powoduje, że ta atrakcja Rummu najlepiej się prezentuje po sezonie letnim. Trzeba pamiętać, że jest to płytkie miejsce. Głębokość nurkowania nie przekracza pięciu metrów. Często poruszamy się na głębokości dwóch metrów. Ruchy wody powodują wzbudzenie dennej warstwy osadu.
Jednak już wystarczyło odpłynąć od budynków i zwiedzać okolice Muru i Lasu – tam już widoczność była dużo lepsza, a miejsca te również są warte uwagi. Jak zwykle dałem grupie czas na pokręcenie się w tym miejscu. Wszyscy rozpłynęli się na różne strony i nie chcieli wracać. Musiałem ich zaganiać i przypomnieć, że mamy jeszcze do odwiedzenia inne lokacje tego dnia.

Rummu pieszo. Foto: kubaCE

Dla mnie największym zaskoczeniem były zmiany w części zamkniętej wybrzeża, gdzie wygrodzony teren byłego więzienia został sprzedany prywatnej firmie. Właściciel terenu (według lokalnych plotek to także ostatni kierownik tej placówki za czasów jej funkcjonowania) wreszcie otworzył się na przemysł turystyczny i zrobił drogę dojazdową nad wodę (ale dalej z szlabanem i – obowiązkowo – punktem poboru opłat) i zorganizował miejsce nad wodą. Na miejscu pojawiła się więc mini kawiarenka i kontener, w którym funkcjonuje jedna z tallińskich baz nurkowych. Nie jest to jednak stała baza, otwierana jest tylko wtedy, gdy mają umówionych klientów (zajrzyjcie na rummu.eu w celu kontaktu). Stałej bazy z ładowaniem butli nie ma wciąż na miejscu.
Naszą wyprawę nurkową najlepiej planować w okresie omijającym wakacje. Zagwarantuje to nam: względny spokój nad wodą, lepszą wizurę, lepsze ceny, zerową albo mniejszą obecność wszelkich latających insektów i zbiornik praktycznie na wyłączność. Tak, to kolejny element, który zaskoczył mnie na tej wyprawie. Rummu odbierałem zawsze jako miejsce względnie odludne, by nie powiedzieć, że wyłączone z cywilizacji. Nad wodą mamy tylko mały ośrodek Paekalda Puhkekeskus (Holiday Center – miejsce, gdzie zawsze nocujemy) i wioskę czy raczej osiedle Rummu, która jest pamiątką po funkcjonującym więzieniu. Wyraźnie widać, że to w zasadzie tylko grupa bloków powstała by pracownicy więzienia i ich rodziny miały gdzie spać. Oczywiście jest jeszcze teren ogrodzony, ostatnia „sucha” pamiątka po więzieniu. Poza tym dookoła żadnych zabudowań, tylko skaliste wybrzeże akwenu, częściowo zalesione. Żeby kogoś spotkać na nabrzeżu, a już na wodzie? Bardzo, bardzo rzadko widziałem pojedyncze auta nurków czy innych amatorów wypoczynku nad/pod wodą. W czerwcu jednak linia brzegowa tętniła życiem, auta podjeżdżały gdzie tylko mogły. Spotykaliśmy freediverów na środku akwenu. Przy budynkach i na plaży zawsze jacyś ludzie i ruch w wodzie (co się przełożyło na wizurę w tym miejscu). To dla mnie kolejny sygnał, że Rummu smakuje najlepiej w okresach posezonowych.
Trzeba pamiętać, że sami Estończycy wciąż wyraźnie jednak inaczej podchodzą do nurkowania w Rummu. Gdyby Rummu było na terenie polskim, już mielibyśmy tam drugi Zakrzówek, albo i lepiej – kilka baz nurkowych, wypożyczalnię rowerków (roweryków) wodnych i tym podobne. Nad Rummu jednak póki co panuje względny spokój i dobitny brak przynajmniej szczątkowej infrastruktury nawodnej. Reelika, właścicielka ośrodka Paekalda stawia na sporty nawodne, na szczęście raczej te ciche, bliższe naturze – pływanie SUPami, pływające platformy, pływająca sauna (szaleństwo typowe dla Skandynawów). To, co wyrosło przy budynkach, to dopiero zapowiedź zmian, ale czy prędkich? Czy Estończycy nie widzą potencjału miejsca by postawić tu solidną bazę całoroczną, albo przynajmniej działającą regularnie w sezonie? Tak więc przybywającym tu rodakom zalecam – przywoźcie cały swój sprzęt, ładowanie można ogarnąć w Tallinie, nie jest to w końcu daleko. Najlepsze nurkowania niestety tylko z wody. Z brzegu od biedy da się obskoczyć kilka atrakcji, a najlepiej na skuterach podwodnych. Jednak by zaliczyć wszystko, warto uzbierać grupkę i gotówkę na pożyczenie platformy, którą można zaliczyć wszystkie najlepsze miejscówki Rummu.
Opisywałem już nurkowania we wszystkich w zasadzie miejscówkach nurkowych w zbiorniku, więc tym razem pozwolę sobie nie opisywać przebiegu poszczególnych nurkowań tylko skupię się na przeglądzie miejscówek w oparciu o najnowsze obserwacje w ramach nurkowań wykonanych w 2019 roku.

Foto: kubaCE

Mur i budynki – możliwość nurkowania z brzegu, głębokości rzędu 5-7m. Widoczność przed i po sezonie doskonała, słaba w okresie letnim. W tym roku doszło obojkowanie regionu. Właściciel wyznaczył teren, w którym obowiązują opłaty za nurkowanie, czy w ogóle korzystanie z tej przestrzeni. Do roku 2020 koszt wynosił 10 Euro za dzień nurkowania. Pod wodą mamy kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Płytkie budynki przy samej plaży z charakterystycznym wysokim budynkiem wystającym z wody – tutaj fajnie wystawić wodę z głowy i obejrzeć też, co dzieje się nad wodą. W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Niestety, w czerwcu tragiczna wizura. Przepłynęliśmy przez te budynki, znowu podziwialiśmy oczka siarkowodoru wewnątrz dużego budynku. Tutaj znajdują się „obeliski”, niektóre stoją, inne są już przewrócone – betonowe słupy tworzą ciekawy krajobraz tego miejsca. Stąd możemy nawigować na dalsze budynki lub na mur. Dalsze budynki są schowane pod wodą, choć ich dachy znajdują się ledwie pod taflą wody. To w zasadzie trzy pomieszczenia, gdzie można znaleźć nawet resztki narzędzi i umeblowania. Tutaj fajnie pokombinować z nawigacją przepływając z różnych stron te same pomieszczenia i przejścia między nimi. Przy jednym z wąskich wejść obalony obelisk. W tym miejscu idzie poręczówka prowadząca do muru, w okolice bramy. Mur to w zasadzie samodzielna atrakcja, warto przepłynąć z jego jednej i drugiej strony przez całą długość zbiornika. W tym miejscu zbiornik jest dość wąski, więc wycieczka nie trwa długo. Z jednej strony znajdziemy „Magiczny Las”, który warto zostawić sobie na koniec nurkowania by tu po prostu się pokręcić bez konkretnego celu, zagubić się w lesie i poczuć jego magię: mroczne oczka siarkowodoru, porzucone rzeczy i smutno zwieszone gałęzie drzew. Z drugiej strony mamy bramę i mały magazynek z otwartym włazem w dachu. Da się tędy przepłynąć, choć magazynek jest dość wąski i ciemny, ale wypłynięcie włazem dostarcza przyjemnej adrenalinki. Do tego z obu stron metalowe schody, wdzięczny obiekt do pozowanych zdjęć. Mur,  sporo lamp więziennych już niestety zniszczonych, ale magia muru więziennego wciąż aktywna. Robi to piorunujące wrażenie. I mała kratowana brama też wciąż budzi emocje. My tutaj nadpływamy platformą, kotwiczymy przy murze i stąd rozpoczynamy zwiedzanie: kawałek muru, budynki dalsze i budynki przy plaży, potem powrót do muru i zwiedzanie jego obu stron, na koniec magiczny las.

Foto: kubaCE

Stacja pomp. Z brzegu niedostępna, choć znajduje się zaraz przy nim, jest to jednak dzika część brzegu, gdzie można jedynie dojść na piechotę. Głębokość do 14m. Widoczność przez cały rok przynajmniej dobra, albo rewelacyjna. Miejsce jest jednak zacienione (albo ja mam szczęście zawsze tu nurkować, kiedy słońce nie operuje). Jeden wysoki budynek – wieża. Kapitalne, klimatyczne pomieszczenie górne z jakimś kotłem i instalacjami hydraulicznymi. Do tego dwa baraki, w tym jeden w zasadzie w kompletnej ruinie. To raczej miejsce na krótkiego nurka, do 30 minut maksymalnie. Stajemy platformą tuż nad budynkiem, najpierw zwiedzanie pomieszczenia górnego, potem zanurzenie do najgłębszego miejsca i szukanie głębokości, potem okrążamy zabudowania i zwiedzamy pozostałości zabudowy rozrzucone dookoła.

Foto: kubaCE

Baraki.  Do osiągnięcia z brzegu, ale zdecydowanie prościej z pływającej platformy. Baraki znajdują się praktycznie na środku zbiornika. Głębokości rzędu 8-9m. W tym roku kapitalna wizura i jedno z lepszych nurkowań. Przede wszystkim pojawiły się poręczówki, które prowadzą do wszystkich atrakcji, do tego tablice informacyjne z dokładnym planem miejsca i orientacją dla nurka. Coś kapitalnego! Fundamenty ceglanych budynków plus lekkie budynki, część to bodajże wagony kolejowe. Ustawione w równych rzędach, raczej nie do eksploracji wewnątrz, tylko do zaglądania przez okienka. Szukamy takich sprzętów jak: biurko z imadłem, kasy pancernej, krzesła ustawionego na dachu jednego z baraków, do tego w jednym z baraków pod sufitem unoszą się „skupiska” żarówek.

Foto: kubaCE

Machiny (drill machine) – raczej tylko z łodzi, z brzegu daleko. Głębokość 10m. Wizura zawsze dobra. To miejsce odkrywałem stopniowo. Za pierwszym razem dotarliśmy tutaj z brzegu, ale płynie się długo, poręczówki były pozrywane (dodatkowo sporo poręczówek rozłożonych równolegle i kończących się nagle – to chyba lokalny poligon do ćwiczenia poręczowania) – nie polecam płynięcia z brzegu. Najpierw odkryliśmy jedną maszynę, dokładnie ją zwiedziliśmy, potem, na kolejnym wyjeździe, udało się dopłynąć do drugiej. W ostatnim roku okazało się, że jak już dopłyniemy do jednej maszyny to warto zrobić koło poręczówką idącą od jednej maszyny do drugiej, a potem kolejnej. Maszyny są gigantyczne, takie jak nasze jaworzyńskie koparki. Odległości między maszynami spore, ale warto się poświęcić. Widoki imponujące. To mechaniczne potwory, które przycupnęły tu kiedyś, zapadły w wieczny sen i nawet nie poczuły kiedy znalazły się pod wodą.

Foto: kubaCE

Brzeg przy psiej budzie. Miejsce dostępne z brzegu. Można zaparkować praktycznie nad samą wodą. Wejście po skalistych półkach i schodkach już dostarcza frajdy. Głębokości rzędu 10m. Wizura zawsze dobra. Po zanurzeniu odkrywamy, że to taki lokalny Zakrzówek. Skaliste ściany, rumowiska skał, głazy. Do tego „artystyczna instalacja” lokalnych nurków. Psia buda z miską, jakieś choinki i inne dziwne artefakty. Można stąd rozpocząć długą wycieczkę na machiny. Przyroda w tym miejscu raczej uboga i praktycznie brak życia. Dobre miejsce na roznurkowanie.

Foto: kubaCE

Brzeg przy ośrodku Paekalda. Dostępna z brzegu. Głębokości od 2-3m do 10m. Wizura – przy samym brzegu potrafi pojawić się mleczna zawiesina, ale dalej praktycznie zawsze doskonała widoczność. Moja ulubiona miejscówka na nurkowanie podwieczorne lub nocne. Zależnie od wybranej drogi możemy zaliczyć nurkowanie w kamieniołomie, lub typową przyrodniczą wycieczkę wzdłuż brzegu, pełną spotkań zwierząt i odkrywania różnych ciekawych przedstawicieli i pomników flory. Ja proponuję najpierw odpłynąć od brzegu, na wprost, w stronę środka jeziora. Początkowo płytka płaszczyzna dna zniknie i zacznie się kamieniołom. Popłyńmy najpierw kawałek w prawo, potem zawróćmy i płyńmy w drugą stronę cały czas trzymając się urwiska. Meandrujmy po kolejnych stanowiskach wydobywczych. Odnajdziemy podwodne góry, spotkamy raki, odpoczywające w zakamarkach okonie. Dopłyniemy w końcu do linii brzegowej, gdzie możemy jeszcze kawalątek płynąć na jezioro a potem zawrócić do punktu startowego. Tutaj linia brzegowa bogata jest w roślinność, życie kwitnie, spotkamy ławice młodych rybek, dość normalnym zjawiskiem są też szczupaki. Dopłyńmy z powrotem do pomostów ośrodka i pokręćmy się jeszcze wzdłuż brzegu. Szuwary, roślinność wypiętrzająca, pojedyncze drzewka – to doskonałe miejsca do poszukiwań flory i do fotografii podwodnej.
Mój dobry znajomy, Tago Moldau, właściciel tallińskiego centrum nurkowego Maremark podsunął mi ostatnio ich prywatne mapy zbiornika. Atrakcji w zbiorniku jest jeszcze całkiem sporo, jest co odkrywać na kolejnych wyjazdach. Będę dalej eksplorować Rummu i mam nadzieję przywieźć kolejne estońskie opowieści. Zainteresowani mogą próbować kontaktować się z Tago poprzez stronę centrum nurkowego Maremark. Tago mieszka niedaleko zbiornika (wioska obok) i ma sprężarkę na swojej posesji.
Okolice zbiornika warte są zwiedzania pieszego lub rowerowego (przez ośrodek przebiega jeden z lokalnych szlaków rowerowych). Mi udało się odbyć całkiem porządny spacer z ośrodka ulokowanego na wschodnim końcu aż do zachodniego krańca, gdzie znajdują się największe atrakcje zbiornika. Ścieżki idą często nad samą wodą, jest to okazja do wykonania fantastycznych zdjęć. Można też kontynuować spacer i dojść na górę popielną (lokalni tłumaczą nazwę góry na angielskie „Ash Mountain”), którą tworzy wydobyty z kamieniołomu piach i drobne kamienie. Widok z góry jest spektakularny.

Magiczny Las. Foto: kubaCE

Ciekawostka na koniec. Białe noce w Rummu można zaliczyć właśnie w czerwcu, kiedy słońce chowa się za horyzontem gdzieś w okolicach północy, ale widno jest do drugiej w nocy przynajmniej. Straszna rzecz dla dyscypliny. Towarzystwo nie chodziło wcześnie spać i ciężko było potem zbierać się i pozostałych na nurkowania przed południem. Zwłaszcza, że ośrodek Paekalda to fantastyczne miejsce do odpoczynku i integracji, więc nie należy się dziwić, że czasem ochota do eksploracji zbiornika przegrywa z ochotą do zwykłego odpoczynku, lenistwa i siedzenia przed domkiem, śledzenia zachodzącego słońca, czy siedzenia w saunie.
Ja będę organizować wyprawy, póki mi sił starczy, każdego roku. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.
Umieszczę praktyczne informacje na temat podróży do Rummu na stronie swojego klubu:

Estonia – nurkowanie i nie tylko


Jestem zawsze chętny by dopomóc w organizacji wyjazdów samodzielnych i grupowych.

Piszcie do mnie na mejla: szkola@nurkolog.pl lub kuba@nurklub.pl .

 

Lembit. Muzeum Morskie w Tallinie. Foto: kubaCE
Machiny. Foto: kubaCE
Platforma. Foto: kubaCE
Białe noce. Foto: kubaCE

Rummu – Wielki Powrót

Powrót do Rummu

(Artykuł w oryginalnej wersji pojawił się w numerze 12/2017 Nuras.info, tutaj macie jego rozszerzoną wersję)

Pierwszy nur na mur

Poranek pochmurny, ale ciepły. Po pięciu godzinach snu wstajemy w ostatniej chwili przed umówioną godziną zaokrętowania na naszą pływającą nurkową platformę. Wrzucamy w pośpiechu jedzenie do żołądków, kilka łyków kawy i sprzęt na tratwę. Witam się ze znanym mi już z wcześniejszej wyprawy Śpiącym Kapitanem, który braki w angielskim nadrabia dobrym humorem i pozytywnym podejściem. Wymownie pytające oczy kapitana – dokąd płyniemy? Odpowiadam „gate”. Wypływamy. Czemu Śpiący Kapitan? Na ostatniej wyprawie zapamiętaliśmy go wszyscy z niesamowitej umiejętności zasypiania w każdym momencie, w którym tylko nie był potrzebny. Ładowaliśmy się na tratwę – spał. Dopłynęliśmy na miejsce nurkowania – od razu poszedł spać. Gość wyraźnie odsypiał kilka nieprzespanych nocy. Teraz wyraźnie brak snu mu nie dokuczał. Płyniemy na Mur, do słynnej Bramy. Spektakularny bajzel pięknie skomponowany z porozrzucanego po całym pokładzie sprzętu nurkowego powoli zamienia się w nieźle zorganizowane sterty osobistych zestawów do nurkowania. Zbliżając się do miejsca nurkowania nie tracimy żadnej minuty skręcając sprzęt, przygotowując skafandry, sprawdzając kamery i światło. Kiedy kapitan cumuje platformę do bojki, jesteśmy praktycznie gotowi. Szybkie omówienie nurkowania, sprzęt na grzbiet i wskakuję do wody. Czekając na pozostałych na platformie nurków filmuję budynki widoczne przy plaży i zaglądam pod wodę. Wizura jest boska, jest dobrze. Serce bije szybciej. W końcu ludzie są w wodzie i sygnalizują gotowość do zanurzenia. Inflatory w górę, powietrze ucieka z worków, świat nawodny unosi się w górę, zanurzamy się w estoński przestwór królestwa Rummu. Prowadzę wycieczkę wzdłuż Muru przecinającego całą szerokość akwenu. Ryby umykają przed nami, nie ma ich dużo, ale jednak jest lepiej niż poprzednim razem na wiosnę, wtedy jedyne pojedyncze sztuki okonków widziałem tylko na nocnym nurkowaniu. Dopływamy do brzegu, widzimy wspinające się stromo schody, prowadzące na powierzchnię zbiornika, przelatujemy nad Murem na drugą stronę i wracamy w stronę tratwy. Mijamy zamontowane na murze duże lampy, część z nich oderwała jakaś niewidzialna siła i zrzuciła je z Muru. Ciekawe, byłem pewien, że większość z nich ostatnio była na Murze. Działanie sił natury czy brak rozwagi pływających na powierzchni? Docieramy do bramy, która teraz jest ukryta w cieniu naszej platformy. To jest wizytówka Rummu. Każdy odwiedzający to miejsce musi choć raz przepłynąć przez uchylone kratowane wrota więzienia. Kiedyś tędy wchodzili i wychodzili pracownicy kamieniołomu i więzienia. Teraz my unosząc się dwa metry nad dnem przemykamy zwinnie i lekko. Potem meandrujemy do najbliższego budynku, do którego wpływamy od strony powalonego słupa, który za każdym razem bardzo kojarzy mi się z egipskim obeliskiem. Zaglądamy w zacienione, ale duże pomieszczenia. Pamiętam ich układ dość dobrze, nieco zazdroszczę mym współnurkom. Zazdroszczę uczucia ekscytacji pierwszej wizyty w tym miejscu, pamiętam jak ja cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało najfajniejszą zabawkę, jaką mogło sobie wymarzyć. Pamiętam, że chichotałem do automatu. Teraz jestem lekko zawiedziony, że nie towarzyszy mi już to uczucie. Teraz czuję się jakbym wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Niby wszystko pamiętam, ale wyłapuję szczegóły, których nie pamiętałem. I przede wszystkim skala. Mam wrażenie, że wszystko było większe i rozleglejsze. Wracamy na platformę. Mamy jeszcze sporo czasu z zarezerwowanych trzech godzin pływania platformą po zbiorniku Rummu, w butlach sporo wiatru, pomimo że pod wodą spędziliśmy dobre czterdzieści pięć minut. Ja już mam w głowie plan na kolejne nurkowanie: na stację pomp – oznajmiam kapitanowi.

Estonia to niewielki kraj leżący na dalekiej północy za Litwą i Łotwą. Niegdysiejsza republika Związku Radzieckiego poza odciśniętą mocno w zurbanizowanych krajobrazach socrealistyczną szarością w niczym nie daje się poznać jako kraj byłego ZSRR. Estoński język należy do grupy ugrofińskiej, uległ bardziej wpływom niemieckim, niż ruskim, Estończycy nie posługują się cyrylicą, zatem mijając kolejne znaki informacyjne i reklamy, utwierdzamy się w przekonaniu, że gdzieś zaspaliśmy i zapędziło nas za morze bałtyckie. Mamy cały czas przekonanie, że jesteśmy już na półwyspie skandynawskim. Widać, że kulturowe wpływy skandynawskie coraz silniej wypierają brzydotę socrealu zamieniając ten kawałek świata w coraz ładniejsze miejsce. Nie żebym specjalnie dużo miał okazji do rozmów z samymi Estończykami, ale na tej ograniczonej podstawie mogę powiedzieć, że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, skorzy do pomocy i gościnni, choć może delikatnie zdystansowani. W komunikacji stawiałem na język angielski uznając, że rosyjski będzie raczej słabym pomysłem. Zaskakująco często rozmówcy mówili po angielsku albo bardzo słabo, albo w ogóle, co w komunikacji im w ogóle nie przeszkadzało i za każdym razem znajdowaliśmy wspólny język. Estonia przez moment była także zjednoczona z Polską, ale poza tym epizodem nasze ścieżki na drodze historii raczej się nie spotykały zbyt często. Można jeszcze wspomnieć ostatni znaczący incydent – internowanie okrętu i załogi ORP Orzeł w trakcie II Wojny Światowej. Ogólnie historii Estończycy łatwej nie mieli. Praktycznie cały czas tereny obecnej Estonii znajdowały się pod wpływem lub rządami niemieckimi, zdarzały się „przyjacielskie” wizyty Szwedów. Potem to całe zamieszanie z ZSRR, z komunizmem, stalinizmem i innymi izmami, które próbowały wytrzeć gumką narodową tożsamość Estończyków i zastąpić ją czymś o wiele ciekawszym. Estonia to jednak przetrwała i ma się całkiem dobrze. Widać to chociażby po ośrodku wypoczynkowym, który znajduje się nad zbiornikiem Rummu i który drugi raz posłużył mi za mój dom w trakcie estońskich eksploracji. Paekalda Puhkekeskus – nazwa dla Polaka jest zdecydowanie epickim wyzwaniem dla języka i znakomitym treningiem dla pamięci, a za nią kryje się mini osada złożona z prostych chałup typu fińskiego usytuowanych tuż nad brzegiem Rummu. Zaczynając od największego Domu nad Jeziorem, po drodze mając dwa Domki Myśliwskie i kończąc na trzech Chatach Rybaków mamy niezbyt gęsto zabudowany kompleks drewnianych domków schowanych w niezbyt gęstym lesie. O oddaleniu od cywilizacji może mówić dźwięk pracującego spalinowego generatora prądu. Wszystkie domy wyposażone w aneks kuchenny, jadalnię, łazienkę i antresolę z łóżkami. Te większe mają jeszcze sauny. Wszystko wykonane i umeblowane w uroczym, surowym, skandynawskim stylu. Miejsce takie, że od razu chcesz pod kominkiem postawić swoje buty, poprosić tutaj o azyl i dożyć sędziwej starości rozkoszując się smakiem gloggu ze szklanki prosto z Ikei. Posiłki najlepiej jest przyrządzać sobie samemu na miejscu, kuchnia jest dobrze wyposażona, do tego przy każdym domku ustawiony jest duży grill i jest kilka stanowisk do rozpalania ogniska. Dla leniuszków są restauracje, choć te znajdują się w sporej odległości, nam bardzo podeszła kuchnia serwowana przez rosyjskich Estończyków w nadmorskim Paldiski, w tawernie Peetri Toll. Jest jeszcze opcja dowozu cateringu (bardzo smaczne dania z grilla, zwłaszcza wyborny łosoś).

Drugi nur do stacji rur (pomp)

Zeskakujemy do wody w drugiej lokacji, jesteśmy w najgłębszej części zbiornika. Na dole szalone trzynaście metrów i to raczej w jednym miejscu z komputerem wsadzonym po łokieć w dno. Stoi tu samotny budynek, dość wysoki i zwarty. W nim właśnie pracowały pompy osuszające teren. Budynek jest na tyle wysoki, że jego zadaszenie znajduje się niemal pod taflą wody. Brakuje sporej części dachu, co daje szansę nurkom zajrzeć do górnych pomieszczeń budynku. Zaglądamy więc do nich, a ja ze zdumieniem odkrywam, że moja dziurawa pamięć umiejscowiła te wnętrza w kompletnie innym budynku w innej części akwenu. Zaraz potem okrążamy budynek i zaliczamy najniższy punkt akwenu, potem meandrujemy wzdłuż baraku pozbawionego dachu i resztek porozrzucanej tu i ówdzie infrastruktury kompleksu. Przewrócony zbiornik, którego cztery łapy podstawy wskazują teraz niebo, taboret, na którym jakiś żartowniś ustawił starą żeliwną patelnię, schody wokół budynku. Moje pierwsze nurkowanie w tym miejscu zostawiło we mnie odczucie zawodu. Jednak poprzednim razem byłem po pierwszym nurkowaniu przy murze i bliskich budynkach, na pierwszym nurkowaniu słońce pięknie doświetlało wszystkie atrakcje, a na nurkowanie przy pompowni nadeszła nad nas chmura. W dodatku byłem nurkiem zamykającym grupę i oglądałem głównie tumany wznoszonych osadów z dna. Tym razem doceniałem każdy element tej atrakcji nurkowej Rummu i cieszyłem się, że tu wróciłem by móc odczuć jego tajemniczy urok pełnym sercem. Zaznaczam jednak, że na to miejsce nie potrzeba przeznaczać więcej czasu jak jakieś trzydzieści minut nurkowania: krótka wycieczka do wnętrza budynku, potem raz go opłynąć, odpłynąć do pobliskiego baraku i w zasadzie to tyle.

Powrót do Rummu zaplanowałem na październik chcąc uniknąć wakacyjnych tłumów, letniej okupacji owadów latających a jednak mając nadzieję na zapoznanie się z lokalną podwodną fauną, której na wiosnę dwa lata wcześniej nie uświadczyłem specjalnie. Plan na wyjazd był praktycznie taki sam, dwa dni nurkowań w Rummu, trzeci dzień rekreacyjno turystyczny – spacery po okolicy i wizyta w Tallinie, opcjonalnie dodatkowe nurkowania. Okazało się to bardzo szczęśliwym układem, który zaowocował dwoma dniami bardzo intensywnych nurkowań, które przed południem wykonywaliśmy z pływającej platformy, a po południu albo nurkowaliśmy z naszego brzegu, albo po podjechaniu autami na drugą stronę. Miałem małego lenia i po cichu liczyłem, że grupa nie będzie miała ochoty na wyprawę do Tallina. Uczestnicy jednak jednogłośnie zdecydowali, że musimy tam jechać i znowu tego nie żałowałem mogąc odkryć nowe rzeczy. Po pierwsze, jadąc  do Tallina zaplanowałem dłuższą, krajobrazopoznawczą trasę wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Po drugie, odkryłem kolejne ciekawe uliczki prowadzące przez tallińską starówkę. Sama starówka jest wizytówką stolicy Estonii. Okazała, autentyczna, ładnie położona na wzgórzu, jednak niezbyt nerwowym spacerkiem jesteśmy w stanie obejść ją dość dokładnie w ciągu dwóch godzin. Warto z pewnością zajrzeć do Soboru św. Aleksandra Newskiego, pomeandrować wąskimi uliczkami na szczycie starówki, obejrzeć panoramę nabrzeża ze wzgórza starego miasta i koniecznie zajrzeć do uliczki idącej w cieniu wysokich murów miejskich.

Trzeci nur – nocny nur

Po pierwszych nurkach uszła z nas totalnie para. Choć plany były ambitne i zakładały rychłego nurka z brzegu, odezwało się w nas zmęczenie długą podróżą, krótką nocą (dojechaliśmy na czwartą rano, a tratwę mieliśmy umówioną na godzinę dziesiątą) i zbytnim skondensowaniem zbyt czystego powietrza. Odbębniliśmy więc w pełni zasłużoną sjestę i ostatnie nurkowanie dnia zaplanowaliśmy jako nocne z naszego pomostu. Dno w tym miejscu idzie w głąb akwenu płasko jakieś kilkanaście metrów, potem gwałtownie się urywa i opadamy na głębokość dziesięciu metrów. Z tego miejsca zapamiętałem ciekawy efekt przypominający haloklinę – na wiosnę woda Rummu przy naszym brzegu miała stałą tendencję do „mleczenia” w miarę upływu dnia. Do południa woda była czysta jak łza, później robiła się coraz bardziej mleczna. Pod wodą okazało się wtedy, że ta zawiesina wapienna utrzymuje się tylko w górnej warstwie wody, a przy dnie dalej jest przejrzysta. W październiku efektu tego nie uświadczyliśmy. Woda przez cały dzień odznaczała się znakomitą przejrzystością, a my po zejściu wzdłuż ściany kamieniołomu zaczęliśmy płynąć na wschód przeskakując kolejne małe zatoczki przedzielane równo usypanymi głazami. Pod wodą królowały szczupaki, nie brakowało okoni, spotkaliśmy też kilka raków. Fajnie było obejrzeć więcej życia, którego mi dotąd brakowało w Rummu, jednak tak naprawdę w świetle naszych latarek najwięcej wdzięku roztoczyły przed nami krajobrazy skomponowane przez ukształtowanie dna i przedstawicieli estońskiej flory podwodnej.

Rummu jako więzienie zaczęło funkcjonować w roku 1938, gdzie zgodnie z planem miało pracować czterystu skazanych. Aż do 1960 większość budynków w tym miejscu była drewniana, dopiero w latach 60-80 rozpoczęła się modernizacja budynków zgodnie z przyjętymi w ZSSR wytycznymi. Rummu nie miało być zwykłym miejscem osadzenia, w roku 1868 uruchomiono na terenie więzienia szkołę zawodową, z kolei w roku 2004 ośrodek przekształcono w więzienie otwarte – o złagodzonym rygorze. W okresie uzyskania niepodległości przez Estonię spadło zapotrzebowanie na wapień i wtedy też zapadła decyzja o wyłączeniu części pomp. Woda podeszła tak szybko, że nie zdążono ewakuować większości maszyn z północnej części zbiornika. Później, jak już więzienie przeszło kolejne zmiany i zaprzestano wydobycia wapienia, wyłączono ostatnie pompy i wody zajęły cały teren obecnego zbiornika, łącznie z częścią za murem, w ten sposób znane dziś nurkom budynki znalazły się pod wodą. Więzienie ostatecznie zamknięto w roku 2012, a jego tereny sprzedano prywatnemu właścicielowi, którego tereny dalej są ogrodzone wysokimi murami, a za nimi widać sporo wojskowego sprzętu. Właściciel stara się kontrolować też teren plaży blisko budynków wystających z wody i położonej u stóp górującego nad zbiornikiem wzgórza, choć obszar ten znajduje się poza murami jego działki. W lecie plaża zmienia się w dzikie kąpielisko i dochodzi w tym miejscu do wypadków, którym ulegają wspinający się na budynki. Stąd właściciel robi wszystko by odstraszyć wszystkich z tego regionu. Trzeba sobie uświadomić, że najbardziej popularne miejsce nurkowe znajduje się na jego terenie i właściciel winszuje sobie z tego tytułu opłatę za nurkowanie. Coś koło 10 Euro od nurka.

Nowy dzień mieni się słońcem

Drugi dzień planowanych nurkowań zaczęliśmy od powrotu tratwą do Muru i do najbardziej spektakularnego budynku w Rummu. Tym razem pogoda nam bardzo dopisała, na niebie nie było żadnej chmury, tafla wody była idealnie płaska, słońce ozdabiało nieboskłon swoimi ciepłymi promieniami gwarantując fantazyjną grę świateł i cieni w szkieletowej strukturze największego budynku znajdującego się bardzo blisko plaży. Tratwa zacumowała tuż przy Murze, a my zaraz po zanurkowaniu zaczęliśmy płynąć w stronę płycizny, gdzie znajdował się nasz cel. Po drodze przecięliśmy mały budynek, który zwiedziliśmy dzień wcześniej, tym razem nie poświęcając mu większej uwagi. Między budynkami jest spora odległość, nawet pomimo dobrej widoczności nie mogłem dostrzec naszego docelowego punktu po wypłynięciu z małego budynku. Płynąłem więc na określony azymut mając nadzieję, że nie przestrzelę z nawigacją. Robiło się coraz płycej, a budynku nie było widać. Nie zapamiętałem dobrze z poprzedniej wizyty w Rummu czy była znacząca różnica w głębokości pomiędzy budynkami, więc drastyczny spadek głębokości wzbudzał we mnie niepokój, że jednak pokićkałem nawigację. A tu proszę! Nagle przed nami zamajaczyły majestatyczne kolumny filarów. Widząc je wyłaniające się z mgły znowu miałem skojarzenia z Egiptem. Sceneria stwarzała wrażenie, że nie znajduję się w Estonii, ale na nieznanym nikomu stanowisku archeologicznym w dolinie Nilu. Ogromne kolumny, obeliski i zwaliste mury budynku. Ciemny prostokąt wejścia do jednego ślepego pomieszczenia, wpływamy tylko po to by zerknąć przez zakratowane okno na widok roztaczający się na zewnątrz. Wypływamy i kierujemy się do najbardziej spektakularnego punktu Rummu – otwarte wrota głównego budynku, z którego został kilkupiętrowy szkielet pozbawiony w zasadzie w całości stropów. Tutaj warto wynurzyć łeb z wody i rozejrzeć się po budynku. Przy dnie bardzo malowniczo usadowiły się pojedyncze bajorka siarkowodoru, mgiełka wypełniająca zagłębienia dodaje temu miejscu dodatkowej magii. Wypływamy drugą stroną budynku, zaglądamy na płyciznę, gdzie zalega kolejny ogromny obelisk, pod który można się nawet wcisnąć. Na koniec nurka jeszcze odwiedziny w zatopionym lesie, pełnym porozrzucanych dziwnych sprzętów, opon, podziurawionym także oczkami siarkowodoru. Wracając z Muru zahaczyliśmy na bardzo krótkie nurkowanie przy barakach, jednak tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to szczególnie rozległe i specjalnie atrakcyjne miejsce. Warto pokręcić się z dwadzieścia minut, opłynąć resztki murów jedynego murowanego budynku, zajrzeć do dwóch rozpadających się baraków i w zasadzie to już koniec nurka. Tym razem, zapewne z powodu braku przewodnika, nie udało mi się trafić na stół z imadłem i wydaje mi się, że gdzieś mi umknęły dwa małe baraki, zwłaszcza jeden z intrygującym podsufitowym dziełem sztuki – stertą żarówek unoszących się pod sufitem.

Kolejna wyprawa do Estonii to kolejna okazja wizyty w Tallinie. Nie ciągnęło mnie do estońskiej stolicy, ale skoro już tak daleko zajechaliśmy, grupa uznała, że bez Tallina wyprawa nie będzie kompletna. Zatem ponowny przejazd do stolicy Estonii, tym razem dłuższą, krętą drogą idącą wybrzeżem Bałtyku. Mieliśmy okazję oglądać linię brzegową estońskiego odcinka morza. Sama linia może nie jest spektakularna, jednak osady, miejscowości i miasteczka robiły wrażenie bardzo zgrabnych, eleganckich, bardziej skandynawskich niż wschodnio europejskich. Wjechaliśmy jednak do miasta, zaparkowaliśmy auto blisko starówki – nie ma się co łudzić, znalezienie bezpłatnego parkingu jest niemożliwością – zostawiliśmy więc kilka Euro w parkomacie i wybraliśmy się zwiedzać starówkę. Te same kręte uliczki, niektóre bardzo wąskie, inne szerokie – pnące się i opadające dość żwawo po wysokim wzgórzu, do tego kilka tarasów widokowych, pokazujących spektakularną panoramę Tallina. Starówka z zewnątrz robi wrażenie dużo większej od tych znanych z Polski, ale po kilku minutach spaceru nie sposób przeciąć lub wrócić do uliczki, którą już przeszliśmy. Zajrzeliśmy do Soboru św. Aleksandra Newskiego, okazałej cerkwi i zaczęliśmy schodzić główną ulicą z staromiejskiego wzgórza. I tu odkryłem kolejne magiczne miejsce, gdzie w cieniu wysokich murów okalających starówkę ulokowały się stragany pamiątkarskie. Miejsce bardzo intrygujące głównie ze względu na skalę murów, pod którymi przycupnęły małe straganiki. Po przejściu w cieniu miejskich murów wyszliśmy poza obszar starówki i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Wielkie wiercące coś

Trzecie nurkowanie drugiego dnia wykonaliśmy z brzegu, z jedynego miejsca dającego szeroki i wygodny dostęp do zbiornika dla zmotoryzowanych nurków. Od północnego wschodu piaszczysta droga doprowadza auta pod sam brzeg akwenu i otwiera się na kilka miejsc dających wygodną przestrzeń do sklarowania sprzętu i wskoku do wody. Stąd można wyruszyć po poręczówkach prowadzących do znacznie oddalonych od brzegu maszyn zalegających w zbiorniku. Poręczówki potrafią znikać, mylić kierunki, chyba część została zerwana, albo ktoś równolegle poprowadził jakieś ćwiczebne poręczówki, ja więc wolałem ufać bardziej kompasowi niż poręczówkom, co okazało się dla nas zbawienne. Dwanaście litrów pojemności butli to jednak może być ciut za mało dla niektórych wybierających to miejsce – płynięcie do maszyn zajmuje sporo czasu. W końcu jednak dopływamy do skrzyżowania poręczówek i wybieramy prawą odnogę, która po chwili doprowadza nas do „Drilling Machine” – nie wiem, co to było, ale było wielkie. Większe niż nasze koparki z Jaworzna. Kawał stalowego bydlaka, tytan, potwór – Wielki Przedwieczny spoczywający w letargu w głębinach Rummu. Klocowata gigantomachina jest pozbawiona zębów: swojej broni, ogołocona z wielkiego wiertła, porzucona po środku akwenu budzi mieszane emocje. Buduje respekt swoją skalą, wzbudza litość swym kalectwem i osamotnieniem. Choć wszyscy już są na powietrzu przewidzianym na powrót, spędzamy dodatkowe minuty sycąc się widokiem i eksplorując ten pomnik ludzkiej myśli inżynieryjnej z minionej epoki. Wracamy na oparach w butlach nie żałując żądnej dodatkowej sekundy spędzonej przy kolosie.

Finalne pół dnia, pół nocy pod wodą

Ostatni dzień wyjazdu, którego większą część spędziliśmy w Tallinie, zwieńczyliśmy nurkowaniem rozpoczętym daleko przed zachodem słońca, a zakończonym już w kompletnej ćmie. Nurkowanie trwało dobrze ponad godzinę i pozwoliło nam dokładnie zwiedzić zatokę, przy której przycupnęły zabudowania domków wypoczynkowych ośrodka Paekalda. W trakcie poprzedniej wyprawy nurkowanie w zatoce poprowadziliśmy w prawo od naszego pomostu, tą samą trasę rozbudowaliśmy na nocnym nurkowaniu poprzedniego dnia. Tym razem nasza wędrówka zaplanowana była w drugą stronę zatoki. Układ dna w tym miejscu był bardzo przewidywalny. Od brzegu płaskie dno trzyma głębokość rzędu trzech metrów, potem nagle ucieka spod płetw i gwałtownie opada do około dziesięciu metrów. Czy płyniesz w lewo, czy w prawo, co chwila przecinasz kolejne grzebienie ułożonych skał i kamieni dzielących miejsce wydobycia wapienia na małe zatoczki. Płynąc w lewo minęliśmy sporo takich zatoczek zanim dopłynęliśmy do łagodnie wypłycającej się skarpy wyznaczającej linię brzegową jeziora. Krajobraz od razu wzbogacił się o roślinność przybrzeżną i ożył mnogością ławic małych rybek, oraz żerujących szczupaków. W zasadzie ta część akwenu jest najbardziej naturalnie wyglądającą częścią niegdysiejszego kamieniołomu, co bardzo przyjemnie współgra z doskonałą widocznością charakterystyczną dla wód Rummu. Chciałbym by w kilku polskich jeziorach można było czasem choć zaliczyć taką wizurę i cieszyć się panoramą bogactwa litoralu. Butle jednak mają skończoną pojemność a nasze już wskazywały nam, że warto zacząć myśleć o powrocie. To jest zawsze najmniej lubiany przeze mnie moment – ostatnie nurkowanie wyjazdu i ta chwila, kiedy wiesz, że trzeba wracać, że każda sekunda nurkowania przybliża cię do wyjścia z wody, potem tylko suszenie sprzętu, rozkręcanie go, pakowanie, samochodowa wersja bagażowego tetrisa i jazda do domu. My mieliśmy jeszcze jeden miły akcent zaplanowany na ten wyjazd, czyli pożegnalne ognisko. Najpierw oczywiście znakomita sauna, skok do wody dla najtwardszych, zasłużona kolacja i mogliśmy się rozsiąść przy przyjemnie grzejącym ogniu. Póki starczało sił i zimno nie dawało w kość, póty siedzieliśmy wedle ogniska i podsumowywaliśmy naszą estońską przygodę. Rummu pożegnało nas bardzo przyjemnym wieczorem, rozgwieżdżonym niebem i całkiem łagodnym chłodem nocy. Takie przyjemne pożegnanie z wyraźnym zaproszeniem do kolejnych wizyt w tym magicznym zakątku świata.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemią.

 

Podstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane. Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów. Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów. Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Zdjęcia: Jakub Cieślak i Monika Kur