Archiwum kategorii: kurs

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO
Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.
DCIM100GOPRO
Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.
DCIM100GOPRO
Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.
DCIM100GOPRO
Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA
Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA
Foto 6. (kubaCE) Startujemy!
DCIM100MEDIA
Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.
DCIM100MEDIA
Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO
Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO
Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.
DCIM100GOPRO
Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.
DCIM100GOPRO
Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!
DCIM100GOPRO
Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.
DCIM100GOPRO
Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!

Wakacje z deszczami

Uf, uf… ufff…. Uffff. Dotarłem do tego momentu w życiu nurka, że potrzebowałem przerwy od nurkowania. Nurkolog milczał przez wakacyjne miesiące, gdyż Nurkolog – instruktor był całkiem zajęty. Nurkolog – instruktor odkrywał w czasie wakacji uroki życia instruktorskiego. Pracował, nurkował, rozwijał własną działalność instruktorską, zakładał działalność gospodarczą, poszukiwał klientów, tworzył oferty. To był dla mnie intensywny okres. Mówi się, że człowiek z własną „firmą” nie miewa wakacji. Ja muszę się przyznać, że jednak miałem. I były to wakacje od nurkowania. Po kilku tygodniach pracy miałem zaplanowany wypad z rodziną w Pieniny nad jezioro Czorsztyńskie. Przyznam się szczerze, że jechałem nań wielce uradowany, że odpocznę od nurkowania. Co zatem się działo ze mną przed wyjazdem?

Załapałem trochę fuszek od mojego guru, Rudiego. Poprowadziłem różne części kursu OWD w różnych częściach Polski. Do tego podłapałem swoich pierwszych klientów i poprowadziłem swoje własne pierwsze kursy pod moim własnym szyldem (oprócz Nurkologa doszło jeszcze GoDiving.pl). Sprawiedliwie jednak należy zaznaczyć, że to nie oznacza, że już zarobiłem straszne pieniądze, odpracowałem kosmiczne koszty kursu instruktorskiego i zaczynam żyć po królewsku. Coś zarobiłem, ale szału nie ma. Jest sporo nadziei na przyszłość, kilka rzeczy może wyjdzie, pewnie część nie wyjdzie. Niemniej jednak jestem pełen nadziei. Podoba mi się wybrana ścieżka. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja praca łączy się z moją pasją. Te pierwsze chwile, kiedy uzmysławiałem sobie – to jest moja praca, to jest moje miejsce pracy – leżę sobie na powierzchni jeziora Leleskiego, czekam na kolejnych kursantów i mam dookoła cudowne okoliczności przyrody. Przychodzi ta myśl do głowy „kurna, jestem w pracy!”. Wołam do ludzi na brzegu, którzy przyglądają się mi z rozbawieniem – ja tu pracuję! Ciężką mam pracę! Trochę zrozumienia!

DCIM100GOPRO

Foto 1. (kubaCE) Nasz „domek” w Leleszkach.

Zostawmy jednak samo instruktorowanie. Dalej jestem też nurkiem. Odkrywam nowe miejsca w Polsce. Dalej się uczę i odkrywam nowe rzeczy w nurkowaniu. Tu się nic nie zmieniło w moim życiu. Na pierwszy ogień Leleszki i jezioro Leleskie. Baza Warszawskiego Centrum Nurkowego (WCNUR). Zaledwie sto osiemdziesiąt jeden kilometrów z centrum stolicy. Rzut beretem dla stołecznych nurków. Miejscowość typowo letniskowa. Rolnicze gospodarstwa niewidoczne, głównie same kwatery, pensjonaciki i agroturystyki. Ładnie, kolorowo, czysto i porządnie. Pensjonat Leleszki – nasza baza noclegowa – zgrabny i zachęcający do powrotu. Zabudowania starego pruskiego gospodarstwa odnowione i przystosowane dla gości w sposób bardzo zgrabny. Nie sposób nie polubić tego miejsca. Dodać należy do tego znakomite jedzenie, jakim nas tu karmią. Gospodarze zajmują się nami po królewsku, dokarmiają, przygotowują znakomity wieczór z grillem, oddają do dyspozycji porządny ekspres do kawy (niby mała rzecz, ale dla kawoszy coś genialnego), żywo interesują się gośćmi. Nad jezioro rzut beretem, ale my z tą ilością nurkowych bambetli musimy podjeżdżać autami. Nurkujemy z miejscowej plaży. Na miejscu jedna wiata, miejsce na ognisko i ławki. Nam to wystarczy w zupełności. Niestety wyjazd mam zaplanowany na gęsto. Z kursantami siedzę całe dwa dni w wodzie. Śmieją się ze mnie, że wyrosną mi skrzela, bo cały dzień wiszę w wodzie. Nie mam w związku z tym okazji pozwiedzać jeziora. Donoszą mi, że nie mam czego żałować. Wizura nie dopisuje. Nie ma co się uprzedzać. W tym roku nigdzie w Polsce szału nie ma. Jeziora dostają potężne lanie. Nad nami przechodzi co najmniej jedna spora burza. Nie skreślam jeziora. Dam mu jeszcze szansę, właśnie ze względu na odległość (nota bene, rzut beretem od moich ukochanych Nart) i noclegownię. Uwaga dla zainteresowanych zorganizowaniem wypadu nurkowego – weźcie pod uwagę, że w Pensjonacie, pomimo, że zorientowany na nurków, nie ma zestawu tlenowego (WCNUR dementuje informację, którą otrzymał Rudi na miejscu – zestaw jest w piwnicy), a lokalna sprężarka Gera nie jest super wydajna. Warto zabrać swoją do pomocy.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 2. (kubaCE) Dzielni kursanci przygotowują sprzęt.

Foto 3. (kubaCE) Briefing na powitanie.

Potem przenoszę się daaaaaaleko, daaaaleko stąd. Pod granicę niemiecką, gdzieś nawysokości Gorzowa Wielkopolskiego. Jezioro Lipie koło miejscowości Długie przed Dobiegniewem. Cholernie daleko dla mnie. Fajnie, że jest autostrada i mknie się zgrabnie (niestety, nie dość zgrabnie na odcinku Warszawa – Łódź, gdzie korki są codziennością). Jedziemy tam odkryć nowe potencjalnie nurkowisko dla Rudiego. Jedziemy. Jedziemy… Jedziemy i jedziemy. W końcu dojeżdżamy, jest już późny wieczór – jest jednak środek wakacji, dzień jest długi, słońce chowa się dopiero po dwudziestej drugiej. Ośrodek Wodnik. Nic specjalnego. Taki polski standard. Niedostatki w obsłudze, pokoje niby przyzwoite, ale zawsze coś gdzieś nie działa, nie domaga (prysznic), albo kuleje (smętnie zwisająca półka w łazience). Dostajemy pokój z dostawką. Dostawka ulokowana… w szufladzie od szafy… Kolega spał dosłownie w szufladzie. Ubaw mieliśmy po pachy. Następnego dnia odkrywamy jezioro i lokalną bazę nurkową. Jezioro z powierzchni robi miłe wrażenie. Malownicza miejscowość nad brzegiem, pozostała część linii brzegowej zajęta przez piękny las – nietrudno o skojarzenia z Łagowem. Ładnie, spokojnie, elegancko. Nie cicho, trwa lato, jesteśmy na „miejskiej” plaży. Rozkręca się już stanowisko letniego DJa, muzyka gra, a ja zaczynam czuć, że to nie mój klimat. Baza nurkowa zacna. Chłopaki goszczą nas elegancko, niczego nam nie brakuje. Ja mam zaplanowane zajęcia z OWD, więc znowu znikam pod wodą przy brzegu i nie mam możliwości zwiedzić jeziora. Brzeg mam piaszczysty, niby w porządku, niepokój jednak budzi ruch łodzi (w tym motorowych) w naszym pobliżu. Brak jasno wydzielonych stref ruchu dla łodzi i luzackie podejście sterników nie wpływa pozytywnie na nasz komfort nurkowania. Tym razem nie mam dużej ekipy kursantów, więc zajęcia kończę szybko. Drugi instruktor, Kuba, proponuje mi, bym w ramach rozrywki popłynął z kursantami AOWD na nocne. Będę miał okazję zobaczyć jezioro. Oczywiście się rzucam na tą okazję ponurkowania. Powstaje plan nurkowania po ósmej z zakończeniem przed dziesiątą w nocy – bo jakiś ważny mecz finału jakiegoś tam mundialu (totalnie nie śledziłem, jakieś lata wcześniej jeszcze coś tam od czasu do czasu pooglądałem, ale z czasem okrutnie mi to zbrzydło). Szkoda tylko, że jak się wynurzaliśmy to było jeszcze jasno. Używaliśmy latarek chyba bardziej dla zabawy niż z potrzeby. Akwen niestety mnie nie oczarował. Nic specjalnego, wizura do tego słaba (ale to znów nie wina akwenu, ile kapryśnego lata), płynęliśmy do zatoki, gdzie miało być fajnie, wynudziliśmy się jednak okropnie. Musiałem się pilnować by nie zgubić automatu, bo tak mi się ziewać chciało. W końcu nie wytrzymałem i w drodze powrotnej zarządziłem wynurzenie. Nie chcę narzekać na to jezioro. Z pewnością lokalni nurkowie mają tu ubaw po pachy, jeżeli dopisuje wizura – ale z racji tego, że blisko mają do niemieckich kamieniołomów, chyba tak często nie goszczą nad jeziorem Lipie. Dla nurków z Polski centralnej to raczej strata czasu i pieniędzy. Już lepiej jechać do Łagowa, albo do Niemiec. Nurkowanie w jeziorze Lipie nie dostarcza żadnych nowych wrażeń dla znawców polskich jezior. Są w Polsce ciekawsze akweny i nie warto pchać się przez całą Polskę by poznawać uroki tego zbiornika.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPROFoto 4 – 11. (kubaCE) Jezioro Lipie. Wesoła gromadka moich Owudziaków to ogromny plus tego wyjazdu.

Pomiędzy kolejnymi wyjazdami w nowe miałem okazję zajrzeć nad stare i znajome jezioro Piaseczno koło Łęcznej. Zrobiłem tam indywidualny kurs OWD (samo zakończenie). Na miejscu platformy, wszystko oporęczowane, jest co zwiedzać. Warunki wydają się idealne do przeprowadzenia kursu. Niestety, jezioro postanowiło zrobić nurkom psikusa i nażarło się sinic. Od siódmego metra w dół woda totalnie mętna. Gdzieś tam na dole poniżej nastego metra widoczność wraca. Jednak przejście przez warstwę zerowej widoczności to żadna przyjemność. W dodatku Przemo, naczelnik bazy Nureczno strasznie klął na pogodę – non stop oberwania chmur, zlewy i ulewy. To nie jest dobry rok dla tego jeziora, niestety.

DCIM100GOPRO

Foto 12. (kubaCE) Potwór z jeziora Piaseczno!

Po tym wypadzie przyszedł czas na moje osobiste AOWD na Zakrzówku. Nie będę się rozpisywać o walorach dobrze znanego wszystkim akwenu (już lepiej zrobił to mój dobry przyjaciel, mój współinsturktor Błażej – na stronie naszej grupy nurkowej Go Diving), choć nieco pozmieniał się pod wodą, a i ja miałem wreszcie okazję go sobie spokojnie pozwiedzać (dotąd wpadałem na Zakrzówek tylko w charakterze kursanta i niespecjalnie miałem okazję go porządnie zwiedzić). Doszły rury i samolot z „Koparek Jaworzno”, drewniany statek „Gruby” w końcu osiadł na dnie. Mieliśmy więc co zwiedzać ze współnurkami i wreszcie czułem, że akwen mam obcykany, aż napadła mnie myśl, że nie bardzo mam pomysł, co dalej w nim zwiedzać.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 13 – 17. (kubaCE) Zakrzówek, wycieczki i AOWD.

Właśnie na tym etapie kończyłem mój maraton nurkowy i udawałem się na rodzinny urlop myśląc o tym, jak przyjemnie będzie rzucić sprzęt nurkowy w kąt i zająć się innymi rzeczami. Oczywiście stan ten nie trwał długo, już po tygodniu zacząłem kombinować, gdzie tu zanurkować. Jednak od początku urlopu lało często i gęsto. Na dobitkę dopadł mnie okrutny wirus, pognębił gorączką, kaszlem i paskudnym katarem. Moje plany, by dać nura w jeziorze Czorsztyńskim, poszły precz. Zaraz potem jednak przemieszczałem się ze swoim synem w region suwalski by tu spędzić kilka dni z moimi rodzicami. Sprzęt miałem w pogotowiu czując, że tym razem nur będzie nieunikniony. Nie tak daleko w końcu miałem do Hańczy, nie tak daleko miałem też do innego akwenu, który chodził mi po głowie. Lata temu mój guru napisał o niewielkim, uroczym jeziorze skrytym w lasach. O jeziorze krystalicznie czystym, nieskalanym cywilizacją. O boskich podwodnych łąkach, o bogactwie podwodnego życia, o niesamowitej wizurze.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 18 – 21. (kubaCE) „Fatalna” wizura w jeziorze Staw.

Jezioro Staw. Tyle razy sobie obiecywałem, że tu zanurkuję. Tyle razy bywałem gdzieś w tych okolicach, albo przejazdem, a jednak nie zajrzałem nad nie. W końcu rozpocząłem przygotowania. Odszukałem jezioro na mapie. Na mapie wygląda to już mniej romantycznie niż w opisach Rudiego. Jezioro jest praktycznie przedłużeniem jeziora Wigry, a dookoła mamy co najmniej dwie spore miejscowości – Płociczno – Tartak i Gawrych – Ruda. Moja wizja odkrywania dzikiego jeziora w środku lasu legła w gruzach – brutalna rzeczywistość. Nic to, z miejsca wypoczynku miałem do jeziora jakieś czterdzieści kilometrów. Zapakowałem sprzęt, mojego syna, siostrzenicę i mojego brata. Dzieciaki miały się doskonale ukąpać, a brat występował w roli opieki do dzieci. Ruszyliśmy. Pogoda nie zapowiadała się na rewelacyjną, gorzej – jak tylko dotarliśmy nad jezioro, zaczęło padać. Najpierw dotarliśmy w opisany punkt zejścia do wody prosto z drogi. Po jednej stronie gospodarstwo rybne, po drugiej stronie drogi jezioro. Zejście w samym szczycie jeziora z widokiem na jego strome, zalesione zbocza. Jezioro niezbyt duże, ale urokliwe. Cała linia brzegowa to strome zbocze, więc nad brzegiem nie straszą żadne zabudowania. Dookoła tylko las. Wygląda to naprawdę sympatycznie, niestety nasze miejsce nie zachęca do wejścia do wody. Gęsta rzęsa na wodzie i śmieci na brzegu. W dodatku ten deszcz. Wsiadamy do auta i ruszamy na objazd jeziora. W ten sposób próbujemy przeczekać deszcz. Najpierw zwiedzamy wschodni brzeg. Kilka gospodarstw i gęsty las. Nie wykryłem żadnego ogólnodostępnego zejścia do wody. Objeżdżamy jezioro i wracamy do miejscowości, badamy lokalne uliczki idące w stronę jeziora. Jedna z nich prowadzi nad brzeg skarpy, dalej wąska ścieżynka schodzi ostro w dół i niknie między drzewami. Zostawiam auto i idę na zwiad. Dochodzę do lokalnej dzikiej „plaży”. Uwielbiam takie miejsca. Brzeg skryty w cieniu drzew. Las jednak niezbyt gęsty, nie z tych mokrych i zarośniętych. Woda… Szok. Kryształ. Przecież świeżo padało! A tu widać pod wodą wszystko. W dodatku to dno. Sam piaseczek i drobne kamyki. Łagodnie opadające dno, przy brzegu płytko. Dla dzieciaków miejsce idealne. Zakładamy obóz a ja lecę po sprzęt. Ubieram się prędko i wskakuję do wody. Jest dopiero co po deszczu a wizura jak w lepsze dni na jeziorze Narty, albo w przeciętne dni w kamieniołomach typu Piechcina czy Zakrzówka. Pamiętam opis Rudiego, który tłumaczy niesamowitą klarowność wody obecnością licznych podwodnych źródeł zasilania jeziora. Schodzę na chwilę głębiej, płynę w pojedynczej piance bez rękawic więc od razu wyczuwam granicę termokliny na pięciu metrach. Docieram na osiem metrów. Jedynymi oznakami tej „znacznej” głębokości jest chłód wody i ubogość szaty roślinnej. Nie ma jednak żadnej ciemności, ani krajobrazu księżycowego. Wracam nad termoklinę i zwiedzam okolice. Oczom nie wierzę. Trawy, rdestnice takie i owakie, moczarki, inne piękne podwodne rośliny, których nazw nie jestem w stanie spamiętać. Gąbka słodkowodna do tego. Po dłuższej chwili wpadam na pomysł by jednak trzymać się bliżej brzegu, samych płycizn, bo właśnie tam jest najciekawiej – szczupaczki, szczupaki i szczupaczydła. Powalone drzewa, konary i inne dekoracje podwodne skryte w cieniu drzew zwisających nad wodą. Ach, ten kolor wody! Coś cudownego! Przełączam kamerę GoPro na wyższą rozdzielczość i filmuję jak wariat. Wynurzam się po półgodzinie i dopytuję pozostałych, czy już mają dosyć i mam kończyć. Nie, im też się tu podoba. Znikam dalej, idę w drugą stronę. Całe jezioro tętni życiem i zachęca do zwiedzania. Gdzieś tam, w stronę jeziora Wigry, rozciągają się całe łąki gąbek słodkowodnych, o których pisał Rudi. Ja spotykam ich niewielkie skupiska, ale widok robi wrażenie. Do tego bardzo przystojny król Szczupak Wielki. Nieśmiały. Nie daje sobie zrobić porządnego zdjęcia. Nie to co zielonkowskie szczupaczydła z parciem na szkło. Wychodzę z wody z żalem i już planuję, kiedy tu wrócę. Siadam do planów, we wrześniu chcę tu wrócić z większą grupą.

Potem jeszcze powtórka Zakrzówka – kolejny kurs AOWD. Zaczynam się czuć na Zakrzówku jak w domu. Fajne to miejsce, dobre do prowadzenia kursów. Z ogromną przyjemnością nurkuje się tutaj w tygodniu. Wiaty wolne, butle ładuje się w kilka minut, jest gdzie stanąć autem tuż przy wiacie. Brakuje Pana Kiełbaski, ale ja za nim i jego kuchnią nie tęsknię. Wyjazd sobie bardzo chwalę, doskonałych kursantów mam, bawimy się w wodzie doskonale, do tego pysznie się obżeramy w Karczmie Rzym. Wracam wypoczęty i zrelaksowany. Zrzucam logi z komputera nurkowego na komputer stacjonarny. Dive Manager pokazuje mi, że załadowałem w sumie ponad 50 nurkowań. W sumie wykonałem w tym roku więcej zanurzeń niż przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, część logów będę musiał zsumować – siedzenie w wodzie przez cały dzień potraktuję jako jedno nurkowanie… 🙂

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Foto 22 – 26. (kubaCE) I znowu Zakrzówek!

Co w najbliższym czasie chciałbym tutaj wrzucić? Mam już kilka przemyśleń o sprzęcie, na którym nurkuję. Mam sprecyzowane wizje dalszego rozwoju (nie tylko jako instruktor, ale także jako nurek). Wciąż nie zrealizowałem marzeń i planów na temat oświetlenia do video. Sprzętowo ostatnio niespecjalnie się rozwinąłem. Najważniejszym zakupem był zakup suchego skafandra na początku tego sezonu nurkowego i potem praktycznie nic. Poczyniłem za to pierwsze zakupy w imieniu moich kursantów i znajomych. Postaram się wkrótce naskrobać kilka słów na ten temat jak i na temat mojego wyboru suchego skafandra.

Dahab – repeta

Powrót do Dahabu był kwestią czasu. Jednak w najdziwniejszych snach nie mogłem przewidzieć, że stanie się to tak szybko. Ledwie cztery miesiące minęły, a ja znowu kłaniałem się znajomym recepcjonistom z hotelu Tropitel pod Dahabem. Nawet bez zaglądania w komputer pierwszy z nich powiedział na powitanie: Ty tu nie jesteś pierwszy raz. Był to mój drugi raz w Dahabie, ale pierwszy raz pod wieloma względami. Niektórymi baaaardzo przyjemnymi dla mnie. Tym razem występowałem jako instruktor, jako pies przewodnik wyprawy. Za każdym razem przywołane myśli na ten temat mile łechcą moją małą pyszkę. Jest i duża odpowiedzialność za uczestników, za kursantów, za jakość dostarczanych nurkowań i rozrywek. Jest i stres, bo wszystkie problemy, nieporozumienia, niezadowolenie uczestników prędzej czy później stają się moimi zagadnieniami. Entuzjazm nie gasł jednak ani razu. Czułem się z tym wszystkim jak ryba w wodzie. To jest właśnie to, co mnie kręci. Nie od dziś organizowałem różne wydarzenia i różne przedsięwzięcia, nie pierwszy raz starałem się organizować komuś czas. Sam nudy na wczasach nie znoszę, leżenie plackiem przy basenie jest mi totalnie obce. Nawet jak się położę, to zwykle wytrzymam godzinę i już będzie mnie nosić.

GOPR3217 GOPR3212 GOPR3201

Uczestnikami wyjazdu okazali się być ludzie nadzwyczajnie idealni jak na mój pierwszy raz. Praktycznie brak indywidualistów, towarzystwo szybko znalazło wspólny język i łatwo się zintegrowało. Wszyscy zmotywowani do nurania, do odkrywania uroków podwodnego świata Dahabu. Przed nimi takie miejsca do odkrycia jak Blue Hole, Gabr El Bint, Two Caves, Morray Garden, czy Canyon.

Pierwszy atak przeprowadziliśmy na Lighthouse. Dla mnie o tyle dobre miejsce, że na start do poprowadzenia miałem wody otwarte OWD. Dla pozostałych może niezbyt ciekawa miejscówka, łysa i mało atrakcyjna widokowo, jednak doskonały punkt by Mohamed z Dahab Days mógł sprawdzić nurków rekreacyjnych. Tym razem bez Achmeda, tym razem nurkował dzień w dzień z nami, prowadząc wszystkie nurkowania rekreacyjne. Ja w tym czasie oddawałem się czystej przyjemności, jaką była współpraca z moimi kursantami. Ewa i Paweł wyraźnie czuli wodę i szybko opanowywali wszystkie umiejętności pod wodą. Ani strachu, ani paniki. Pawła wręcz łapałem na tym, że dość szybko przyjął rolę doświadczonego nurka, pomagając Ewie w różnych sytuacjach, samemu jednak nie zwracając uwagi na pewne szczegóły. Ewa potrzebowała więcej czasu na opanowanie neutralnej pływalności i reagowanie na jej zmiany, jednak nadrabiała prędkością. Paweł praktycznie nie mógł jej nigdy dogonić. Ewa tym sposobem szybko zapracowała na przezwisko „Torpeda”.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kolejnego dnia, na południu Dahabu, siedzieliśmy w mojej ulubionej, uroczej restauracji Camel z dostępem do takich miejscówek nurkowych jak: Morray Garden, Golden Blocks, Three Pools, czy dalej Two Caves, Umm Sid. Knajpki z Lighthouse idąc za modą europejską, oferują normalne stoliki i siedzenia zupełnie nie rozumiejąc, że cały urok egipskich knajpek to możliwość rozkładania się po królewsku na ziemi przykrytej dywanami i poduchami. W ten sposób czas między nurkowaniami można wygodnie spędzić sjestując na leżąco w cieniu palmowych zadaszeń. Rekreacyjni podzieleni na dwa zespoły rozbiegli się do swoich nurkowań: świeżo upieczeni OWD udali się na spokojnego płytkiego nurka z Divemasterem Hummym, a reszta zwiedzała głębie Two Caves. Ja kończyłem OWD z Ewą i Pawłem w okolicach Golden Blocks czując rosnącą we mnie zazdrość o nurkowanie w Two Caves. Najgorsze się potwierdziło, grupa z Two Caves wróciła bardzo zadowolona uznając to miejsce jako jedno z fajniejszych. Mnie nie dane było tam zanurkować i szczerze tego żałuję. Cóż, kiedyś będzie ten trzeci raz w Dahab… Niemniej jednak ja też miałem powody do dumy. Moi dzielni kursanci zaliczyli wszystkie zajęcia z OWD i tym samym mogłem im pod wodą pogratulować dołączenia do zacnego grona certyfikowanych nurków. Szczęście malujące się na ich twarzach było najlepszą nagrodą dla mnie.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Na trzeci dzień za  planowaliśmy sobie wyprawę łodzią. Moi kursanci dzięki temu mogli poczuć smak nurkowań z łodzi, zaliczyć co najmniej dwa nurkowania AOWD (nurkowanie z łodzi i tzw. „drift dive”), a wszyscy razem zaliczaliśmy trzy nurkowania w nieznanym mi dotąd miejscu Gabr El Bint. Bardzo ładna, bogata rafa, wciąż niezniszczona i nie zadeptana przez hordy nurków. Z Dahabu łódź dopływa w to miejsce w około godzinę. Kotwiczymy przy brzegu w rzędzie łodzi nurkowych, zakładamy sprzęt i dajemy susa do wody. Pod nami od razu robi się głęboko. Półka na około osiemnastu metrach a potem powoli, ale zdecydowanie dno się obniża. Jest to miejsce obfitujące w piękne gorgonie. To miejsce wręcz kipi podwodnym życiem. Wycieczki odbywa się wzdłuż linii brzegowej na północ, lub południe. W obie strony każdy znajdzie coś dla siebie. Głębinowcy mogą posiedzieć na trzydziestu metrach, płytcy będą mieli dużo dobrej zabawy w przedziale od powierzchni aż do osiemnastu metrów. My pierwszego nurka kończymy szybko – Ewę łapią mdłości. Wyhuśtana przez łódź nie zniosła tego najlepiej i sygnalizuje powrót do powierzchni. Daję znać Mohamedowi, że mój zespół kończy nura i wraz z Pawłem wychodzimy na powierzchnię. Odprowadzamy Ewę do łodzi, oddajemy w ręce obsługi i sami zanurzamy się jeszcze na płytkiego nureczka w okolicy. Dochodzimy do północnego cypla, chwilę się tam kręcimy i wracamy do łodzi. Drugie nurkowanie miało być nurkowaniem totalnie rekreacyjnym, jednak los chce inaczej. Zauważam brak swojej szpulki, która musiała się bezczelnie odpiąć w trakcie poprawiania ułożenia bojki. Mam mniej więcej pomysł, gdzie to mogło się stać, więc zarządzam moim kursantom „Search & Recovery” – ustalamy najlepszy plan poszukiwania, omawiamy co i jak ma wyglądać i ruszamy na poszukiwania. Reszta robi nurka na południe od łodzi. Oczywistością jest, że znalezienie małej szpulki w tak kolorowym środowisku to jak szukanie nie igły, ale wręcz bakterii i nie w stogu siana, ale w całym lesie gęsto zadrzewionym. Mam tylko nadzieję, że sznurek się choć trochę rozwinął i wychwycimy jego wciąż intensywną biel na tle raf. Znowu muszę pogratulować moim dzielnym kursantom, choć wiem dobrze, że mamy dużo szczęścia. Już nie pamiętam, jaka rzecz, ale coś zmusiło nas do zejścia do dna na osiemnasty metr, na półkę pod łodzią. Coś tam sobie poprawialiśmy w sprzęcie i właśnie wtedy Ewa wykonuje dramatyczny ruch ręką i pokazuje coś między koralowcami. Co? Oczywiście moją szpulkę. Ładnie zwiniętą – sznurek nie raczył się rozwinąć, ładnie zaparkowaną w cieniu koralowców. Gdybyśmy nie spadli obok niej – nigdy byśmy jej tam nie dostrzegli. Kończymy więc S&R i wracamy na łódź. Dumni i zadowoleni z osiągnięć. Trzeci nurek to już pożegnanie z Gabr El Bint. Ruszamy na północ, w stronę Dahabu. Cała grupa ma przed sobą około pięćdziesiąt minut płynięcia wzdłuż brzegu. Oczywiście, w razie czego dzielimy się na zespoły, jeżeli komuś wcześniej powietrze dojdzie do rezerwy. Wynurzeni czekają na łódź, która ich zgarnie z wody. To długi nur, który daje nam możliwość zwiedzenia naprawdę dużego obszaru rafy. Jednak w moim zespole, w około trzydziestej minucie nurkowania, dojeżdżamy do rezerwy i kończymy nurka. Wynurzamy się i czekamy na łódź. Na powierzchni spore falowanie. Cieszę się, że mój zespół nauczony jest, że fajka to niezbędny sprzęt i zawsze musi być na wyposażeniu, nawet jeżeli ma się nie przydać. Tu się bardzo przydaje. Wymęczeni krótkim dystansem na powierzchni czekamy aż łódź się ustawi, wyłączy silniki i wyciągną nas na linach. Dwadzieścia minut później pozostali wychodzą na łódź. Wszyscy mocno wymęczeni wracamy do Dahabu.

dahab0050 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Czwarty dzień – Bells i Blue Hole. Punkt obowiązkowy wypadu. Tym razem Blue Hole tętni życiem. W lutym były tu zwyczajne pustki. Trzech nurków, kilka psów i walające się śmieci. W czerwcu, pomimo, że wakacje jeszcze nie wystartowały, tłum, tłoczno, gwarno, głośno. Tym razem kursantom robię przerwę. Robimy dwa pyszne nurkowania rekreacyjne. Pierwszy oczywiście z Bells do Blue Hole. Głębinowcy przechodzą pod małym łukiem w Bells, ja z moimi podopiecznymi odbijam ze „szczerbinki” wcześniej i idziemy płycej. Zawisam nad łukiem. Uzmysławiam sobie, że totalnie nie pamiętam przejścia przez łuk za pierwszym razem. Ledwo wyleczony z dość podłego przeziębienia okropnie bałem się, że nie będę w stanie wyrównać ciśnienia i nie wykonam planowanego wtedy zejścia na czterdziesty metr. Leciałem w dół cały czas walcząc z wyrównywaniem ciśnienia – czy to mnie wtedy tak pochłonęło, czy dopadła mnie lekka narkoza? Łuk nie sposób minąć nie zauważając go. Grunt, że udało się wtedy. Osiągnąłem czterdzieści metrów. Teraz patrzyłem na to wszystko z góry i nie żałowałem, że nie schodzę na 40 metrów. Ściany ciągnące się od Bells do Blue Hole to istna skarbnica życia morskiego. Taka kotłowanina rozpościera się na całej wysokości osiągalnej dla rekreacyjnych nurków. Ja i moi kursanci nie narzekaliśmy na brak atrakcji. A że Ewa pędziła jak torpeda, nie było czasu na skupianie się na detalach…

DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Na drugiego nurka zamieniłem się kierownictwem. Mohamed wziął moich dzielnych studentów na wycieczkę poza Blue Hole, a ja z głębinowcami dałem susa do Blue Hole by spróbować dojrzeć ten Łuk. Ten właściwy. Ten znany, ten legendarny. Na pięćdziesięciu trzech metrach studnia tworząca Blue Hole rozchyla się pięknym łukiem i otwiera na otwarte morze. By jednak przejść pod łukiem należy zejść do pięćdziesięciu pięciu metrów i przepłynąć kilka ładnych metrów by móc rozpocząć wynurzanie po drugiej stronie. Nie jest to wyczyn dla nurków rekreacyjnych i nie na naszą konfigurację – pojedyncze butle 12 litrów. My chcemy tylko go zobaczyć. Wiem, słyszałem, filmy widziałem. Są ludzie, którzy decydują się na przejście pod łukiem łamiąc te podstawowe zasady bezpieczeństwa. Ładują się na głębokości, gdzie zaczyna się nurkowanie dekompresyjne, walą pod łuk z jedną butlą, w której powietrze na tej głębokości znika w oczach. To jak z włażeniem na Kasprowy, czy inne góry polskie w klapeczkach. Nikt nikomu tego nie zakaże, ktoś może parsknie śmiechem, ktoś inny pokręci głową z politowaniem, trzeci skomentuje. Brak wyobraźni jednak jest nieuleczalny. Ci, którzy mają okazję przekonać się o swoim braku, zwykle nie mają szansy przekazać tej cennej wiedzy swoim następcom. A tych nie brakuje. My dochodzimy do czterdziestego metra, ja zawisam na czterdziestce, koledzy z drugiego zespołu schodzą jeszcze ciut niżej. Niestety, jesteśmy w złym miejscu. Zanurzanie zaczęliśmy w dobrym punkcie, ale za wolno się opuszczaliśmy i za wolno płynęliśmy do celu. Za mało powietrza by jeszcze pokonać jeden załom. Tym razem nie mamy okazji obejrzeć łuku. Następnym razem. Z radością zaczynam wynurzanie czując efekt narkozy azotowej. Dokładnie tak jakbym strzelił sobie kilka porządniejszych drinków. Nieco przymroczony, czuję lekki stres i mam wrażenie, jakbym nie rejestrował wszystkich klatek obrazu. Efekt znika dosłownie po paru metrach wynurzenia. Wyłazimy na powierzchnię dokładnie w tym samym momencie co grupa nurkująca na zewnątrz. Wszyscy wracają zadowoleni, a łuk na nas poczeka.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Ostatni „pakietowy” dzień nurkowy spędzamy w Canyonie. Grupa dokupuje sobie nurkowanie nocne. Czekają więc nas trzy nurkowania. Ja tego dnia kończę kurs AOWD. W Canyonie opadamy na trzydziesty metr, robimy nasze zadania, po czym dołączamy do wycieczki, która rozpoczyna wychodzenie z Canyonu i powolutku wracamy do laguny. Spokojny nureczek, choć odczuwamy pchający nas na południe  prąd. Pawłowi udaje się strzelić bojkę i szybko zmiatamy do laguny by nas prąd nie porwał w dalszą drogę. Drugi nurek my spędzamy głównie w lagunie robiąc nurkowanie nawigacyjne. Ja jeszcze pokazuję Ewie kilka ćwiczeń by lepiej zrozumiała pływalność i odpuściła sobie wyścigi podwodne. Ewa właśnie tym tłumaczyła swój sprint podwodny (z nieustającym użyciem rąk), że jak zwalniała, miała wrażenie ciągłego opadania. Po tych kilku dodatkowych ćwiczeniach nagle się okazuje, że ręce mogą głównie spoczywać sobie, ale „speed” się nie wyłącza. Ewa zawsze musi być pierwsza! Robimy krótką wycieczkę na zewnątrz laguny, ale prąd lekko się wzmaga. Odpuszczam Ewie strzelenie bojki i wracamy do brzegu.

dahab0069 dahab0080 dahab0075

Na nocny nurek idzie nas tylko pięciu wraz z Mohamedem. Idziemy zobaczyć Canyon w nocy. Zapowiadane są mureny, duże ilości skrzydlic i inne atrakcje. Rzeczywiście Canyon tętni nocnym życiem, ale ani skrzydlic, ani muren. Murenę dopiero spotykamy przy brzegu, a na jednej skrzydlicy o mało nie usiadłem tuż przy brzegu. Widok Canyonu w światłach latarek robi jednak niesamowite wrażenie.

Ostatni dzień nurkowania – tu już tylko dla chętnych, za dodatkową opłatą. Jednak odlot mamy tak ustawiony, że spokojnie możemy spędzić ten dzień na nurkowaniu. Marzeniem moim było pokazanie Islands tym, którzy tu nie byli. Niestety zbyt wysoka fala nie pozwalała na odbycie nurkowania w tym miejscu. Zdecydowaliśmy się na powrót na południe, do knajpki Camel i stąd wyprawy w niezbadane przez nas nurkowiska – Umm Sid i Golden Blocks. W Umm Sid można zobaczyć naprawdę duże gorgonie, często spotykałem też nadymki. Jest to też miejsce, gdzie można podziwiać Garden Eels – niesamowite grupy wstążkowatych kreatur wystające z białego piasku. Arcyciekawy widok. Z kolei Golden Blocks to królestwo żółtego koralowca i znowu mamy okazję spotkać majestatyczne wachlarze gorgonii. Na zakończenie nurka Ewa zalicza strzelenie bojki i powoli, z ociąganiem zbieramy się do brzegu. Czas kończyć nurkowania, płukać i suszyć sprzęt. Następnego dnia trzeba będzie odlecieć do Polski. Jak szybko zatęsknię za Dahabem? Pewnie szybko. Mam tu do zaliczenia jeszcze Two Caves, chętnie wrócę do Bells, do Blue Hole, do Gabr El Bint, Islands, czy Canyonu. Niemniej jednak z radością wracałem do Polski. Do naszej kuchni, do naszego chleba. Nie pokochałem się z kuchnią egipską, wyżej cenię sobie dokonania kuchni tureckiej, czy libańskiej, a w Egipcie wręcz okrutnie bolał mnie totalny brak przyzwoitego pieczywa – wszystko to słodkawe białe pieczywo. Tydzień na diecie egipskiej wywołał u mnie poważną tęsknotę do polskich smaków. Z ogromną radością wracałem do domu marząc o kromce ciemnego chleba na zakwasie upieczonego przez mą zacną małżonkę. Bo czyż nie po to się wyjeżdża, by móc potem z radością wracać w swoje cztery kąty?

DCIM100GOPRO DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO dahab0105 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA dahab0091 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Od zera do „Owsika”

Skłamałbym, gdybym powiedział, że pamiętam to jakby to było dziś. Jednak dość dobrze umiem umiejscowić to wspomnienie w czasie. Był dziewiętnasty maja dwutysięcznego trzeciego roku. Miałem dwadzieścia trzy lata i właśnie wracałem z weekendu spędzonego nad jeziorem Narty. Byłem szczęśliwy jak nigdy, właśnie wracałem jako świeżo upieczony nurek OWD. Podróżowały ze mną jeszcze dwie nowo certyfikowane nurczynki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, co dalej. Pamiętam, że już wtedy padło to słynne „pewnego dnia będę instruktorem nurkowania”. Jedna z koleżanek też złożyła taką obietnicę. Nie pamiętam już ich imion, nasze drogi się rozeszły. Siedzę przed komputerem, z lewej leży mój certyfikat OWD. W kuchni, na lodówce wisi dyplom potwierdzający, że trzynastego kwietnia tego roku pomyślnie zdałem wszystkie egzaminy kończące kurs IDC (Instructor Development Course) i potwierdzające, że od teraz mogę uczyć innych jak nurkować. Wciąż przed oczami mam ten moment, kiedy włoski egzaminator, bardzo sympatyczny (co zaskakujące – świetnie mówiący po angielsku, co zabawne – okrutnie przypominający mi nieśmiałego właściciela sklepu z komiksami w serialu „Big Bang Theory”) Marco ściska moją rękę i mówi „Congratulations, Open Water Scuba Instructor”. Najważniejsze słowa dla mnie. Kończące pewien etap w życiu, zamykające długą drogę od marzenia do realizacji, otwierający nową, zapewne równie trudną część życia przede mną. W końcu wymyśliłem sobie, że z tego bycia OWSIkiem da się utrzymać. Może wtedy, w dwutysięcznym trzecim było to dość oczywiste, teraz – coś jakby mniej. Instruktorów jest jak psów, pieniądze nie leją się z nieba, hasło „kryzys” wciąż ochoczo hula sobie po rynku, choć już chyba co najmniej rok temu oficjalnie odwołano tą imprezę. Czemu ja więc jak osioł uparcie dążyłem do swojego celu, wydając okrutnie nieprzyzwoite kwoty pieniędzy na ten temat, skreślając poważną liczbę cyferek ze swojej prywatnej świnki skarbonki, która miała mi zapewnić dostatnie życie emeryta? Bo człowiek żyje po to by realizować swoje marzenia. Jednym z moich marzeń było zostanie instruktorem nurkowania. Właśnie przy nim teraz mogę postawić „fistaszka” – właśnie to odfajkowałem. Wiecie, jak fajne jest to uczucie? Jest taka dość banalna i patetyczna fraza umieszczona na początku podręcznika instruktora PADI „To, co dostajemy pozwala nam żyć, ale to, co dajemy nadaje życiu sens”. Tak powiedział/ napisał imć Winston Churchill. Niegłupie nawet i właśnie ja teraz czuję, że życie ma sens. Czy zmieni to mój stosunek do tego bloga, czy wpłynie to jakoś na bloga? Niespecjalnie, wcale nie uważam, że ów dyplom spowodował nagle, że już wiem wszystko o nurkowaniu, nurkuję świetnie i mogę teraz wszystkim mówić jak mają nurkować. Wciąż się uczę, wciąż będę się uczył, poprawiał swoje techniki, trenował, kupował, wymieniał sprzęt i tak dalej, i tak dalej. Tyle jeszcze jest rzeczy do poznania, zobaczenia i opisania. Z pewnością nie zabraknie mi tematów do opisywania. 10175905_842489205768486_2029824555_o

Kurs i egzamin kończący to była dla mnie prawdziwa droga przez mękę. Dawno nie musiałem zdawać egzaminów, a nie jestem fanem takich wrażeń. Stresu było dużo. Generalnie do testów z wiedzy przygotować się jest łatwo (ale ja nigdy dobrym uczniem nie byłem, ciężko mi idzie „siadanie do książek” i długo nad nimi nie wytrzymuję), ja jednak pietra miałem przed wszystkimi częściami praktycznymi egzaminu, gdzie nawet najlepsze przygotowanie nie zapewnia stu procent pewności przejścia. Łatwo jest pomylić jakąś sekwencję ćwiczenia, z nerwów zapomnieć o jakimś elemencie demonstracji. Sporo potu i nerwów mnie kosztowały części praktyczne. Piotrek Kędzia dawał z siebie wszystko w trakcie dwóch tygodni nauki, przygotował nas dobrze do egzaminu, spędzając z nami całe dni od rana do… kolejnego rana czasami. Wracaliśmy z basenów o trzeciej, o czwartej nad ranem. Wypluci, wypruci, wymęczeni. Jechaliśmy potem na kolejne zajęcia, z niesłabnącym entuzjazmem i energią. Zdawaliśmy kolejne testy sprawdzające nasze przygotowanie do egzaminu. To były najbardziej intensywne dwa tygodnie nauki, jakie przeżyłem w swoim życiu. W piątek przed egzaminami ruszyliśmy na Kraków. Do hotelu dotarliśmy koło północy by zameldować się o 7:30 w sobotę na rozpoczęciu egzaminów. Już i tak byłem totalnie wybity z normalnego rytmu spania, niespecjalnie mi przeszkadzało to, że realnie przespałem wtedy może z pięć godzin. Adrenalina buzowała od samego rana. Pamiętam, że jak już kończyłem sobotnie zajęcia wiedząc, że wszystko poszło dobrze, wiedziałem, że niedzielne zajęcia na wodach otwartych to już formalność, że już jestem jedną nogą instruktorem. Bezczelne to było przeczucie, jednak tak właśnie się czułem – skoro wykłady i baseny ogarnąłem, na wodach otwartych będę się musiał mocno postarać by to spartolić. Sobotnia noc była pierwszą kiedy porządnie się wyspałem. W niedzielę miałem wylosowane dwa dość złożone ćwiczenia do poprowadzenia – CESA przy linie i oddychanie z octopusa. Oba jednak już miałem mocno przetrenowane, układ znałem, plan poprowadzenia miałem w głowie. Poszło tak szybko, że się nie zorientowałem nawet jak już wracałem do brzegu. Tutaj tylko szybka prezentacja podejmowania nieprzytomnego nurka z powierzchni, rozebranie go ze sprzętu i doholowanie do brzegu z prowadzeniem sztucznego oddychania i już wyłaziłem z wody by robić odprawę końcową. Kilkanaście minut później już wręczano dyplomy, gratulacje, zdjęcia, uśmiechy i ten niesamowity moment, kiedy cały stres z człowieka schodzi. Kiedy dociera do ciebie pierwszy raz ta myśl: zdałeś, jesteś już instruktorem nurkowania.

10006195_10201800611357935_2107985383307111448_n

Na kurs instruktora biegiem marsz!

Czyli dlaczego długo nie będę Divemasterem.

Tak, proszę Państwa, czas się brać ostro do roboty. Obiecywałem sobie to dawno temu, kilka razy odkładałem, były lata, że myślałem, że nic z tego nie będzie. Pierwszy raz pomyślałem o tym, że chcę zostać instruktorem, jak byłem na kursie OWD. Było to ponad dziesięć lat temu. Mijały lata, uciekały mi kolejne okazje by dążyć do tego celu. Splot różnych wydarzeń, ogólnie przeciętny zawodowo 2013 rok (ale nie nurkowo, to trzeba przyznać!) – przesądziły o tym, że wziąłem i przed się wziąłem odpowiednie kroki. Czas iść na kurs. Jestem w 3/4 kursu Divemastera, praktycznie nie zabawię długo na tym poziomie, bo to będzie jakiś miesiąc może i 29 marca rozpocznę kurs instruktorski (jak nic nie stanie na przeciwko). Kosztuje to straszne pieniądze, nie mniejsze pieniądze wydaję by skończyć kurs Divemastera, do tego w końcu trzeba kupić suchy skafander, bez tego nie ma jak w ogóle podejść w Polsce do zaliczenia kursu instruktorskiego. Nic tylko pożyczać, wybierać ostatnie oszczędności, kombinować jak koń pod górę.

Dlaczego tak nagle i tak prosto z marszu? Dlaczego nie pobyć jakiś czas divemasterem? W moich oczach na polskim rynku divemaster to tylko taka droga zabawa w „profesjonalnego nurka”. Dla polskich centrów nurkowych divemaster nie jest ważnym ogniwem w prowadzeniu nurkowego biznesu. U nas to raczej forma aplikacji przed podejściem do instruktorskiego kursu. Zrobisz Divemastera tylko dla własnej satysfakcji, być może nawiążesz relację z jakimś centrum nurkowym i będziesz od czasu do czasu przewodniczył jakiejś wyprawie nurkowej w Polskę, czy zagranicę. Pieniędzy jednak na tym nie zarobisz, tylko wydasz może trochę mniej. Jeżeli jednak zamierzasz utrzymywać się z nurkowania, o divemasterze w Polsce zapomnij. Za granicą, w popularnych kurortach – owszem, praca się znajdzie. Jednak to już krok od instruktora, a to już porządniejsze pieniądze, więc tam też parcie będziesz mieć by zostać instruktorem. Niezależnie więc od tego, gdzie będę szukać pracy w biznesie nurkowym, wychodzę z założenia, że jako instruktor będę miał łatwiej/ lepiej.

Czy ja z tego wyżyję? Dużo się o tym ostatnio mówi. Kryzys nie pomógł rynkowi nurkowemu, choć bardzo go nie potargał. Nastroje w polskiej części tej branży dość mieszane ze wskazaniem na mało pozytywne. To jest to, co właśnie mnie tknęło jak zacząłem pracować u polskiego przedstawiciela Tusy i Poseidona. Wiele czynników wskazuje, że z branżą źle nie jest. Ba, niektóre wskaźniki pokazują, że jest nawet coraz lepiej. Skąd więc tak liczne głosy narzekania? Mogę tylko domniemywać, że z tego, że rynek się zmienił – przeprofilował. Klientów nie brakuje, ale konkurencja jest ostra. Łatwo jest wypaść z obiegu, albo być zepchniętym na boczny tor. Centra nurkowe to już nie towarzyskie kluby – takie dość hermetyczne towarzystwa wzajemnej adoracji, gdzie spora grupka oddanych ludzi orbituje wokół Szefa firmy/ głównego instruktora i jakoś się to kręci w ramach tej grupki. W tym układzie nie trzeba było specjalnie wysilać się by choćby skromne gromadki ludzi się pojawiały na zajęciach i wyjazdach. Teraz trzeba być maksymalnie otwartym, wciąż poszukiwać zainteresowanych, wciąż dawać o sobie znać, że tu jestem, że zapraszam. Walczyć o uwagę. Dochodzą jeszcze różne mechanizmy rynkowe, które ograniczają nam pole manewru w ustalaniu cen. Są groupony i inne wynalazki „kup pan tanio”, każdy chętnie trąbi swoją niską ceną na swoich stronach, fanpage’ach na facebooku, na forach. Nie wszystkim to odpowiada i czuć to w środowisku. Tak ja to widzę przynajmniej. I widzę, że nie ma co rąk załamywać, że wciąż jest przestrzeń do rozwoju i do pracy. Dlatego też nie załamuję się i zamierzam spróbować. Już w tym roku. W końcu to zawsze chciałem robić. Utwierdzam się w tym przekonaniu mogąc obecnie prowadzić (w ramach zaliczeń divemasterowskich) różne zajęcia z potencjalnymi nurkami i kursantami (program PADI „Odkryj nurkowanie” * i niektóre zajęcia z kursów OWD). Czuję wręcz rozpierającą mnie satysfakcję z każdych zajęć, po zakończeniu których moi podopieczni wychodzą z basenu z otwartymi szczękami, z wielkimi uśmiechami na twarzach (tak wielkimi, że gdyby nie uszy, toby się śmiali dookoła głowy). Czuję ogromną radość, jeżeli słyszę od któregoś, że chciałby się dalej szkolić pod moją opieką. To jest niesamowita przyjemność.

1003198_632949453409431_818933264_nfoto.1.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Instruktor nurkowania to dla mnie naturalna kolej rzeczy. Długi czas zajmowałem się szkoleniem ludzi w biznesie. Długi czas myślałem, że to będzie moja ścieżka kariery. Okazało się, że mogę pogodzić jedno z drugim. Zawsze czułem się dobrze z tym całym zagadnieniem szkolenia, prezentacji. Wydaje mi się, że posiadam właściwe cechy by być dobrym nauczycielem. Rozumiem proces uczenia się ludzi (a sam okropnie się uczę),  umiem efektywnie przekazywać wiedzę. Przy okazji każda forma prowadzenia takiej edukacji sprawia mi dużo frajdy.

W tym miejscu zwrócę uwagę, że spotykałem się nieraz z różnymi divemasterami i kandydatami na divemasterów. Stwierdzam kategorycznie, że spora grupa tych ludzi kompletnie nie zrozumiała idei tego etapu w karierze nurkowej. Spora część ludzi dochodzi do tego poziomu tylko dla własnej satysfakcji, wcale nie po to by coś jako ten divemaster przed się brać. Ot po prostu, fajnie jest móc tytułować się divemasterem. W końcu master jest master – nic tu nikomu tłumaczyć nie trzeba. Spora grupa ludzi nigdy nie planowała i pewnie nigdy nie pójdzie ścieżką instruktorską. Nie mówiąc już o ludziach, którzy są pozbawieni jakichkolwiek predyspozycji by iść w tym kierunku. Divemaster to przedsionek w wielkiej chałupie PADI, w której większość mieszkańców żyje z edukowania innych. Po zaliczeniu „kursu” uiszcza się opłatę członkowską PADI i staje się jednym z mieszkańców tej chałupy. Ten czynsz należy opłacać co roku by móc dalej mieszkać w PADI. A mieszkać w PADI opłaca się tylko wtedy, kiedy ma się z tego jakieś pieniądze – to chyba oczywiste. Do tego proszę się przyjrzeć programowi kursu DM. Cała zabawa w ramach „kursu” DM to przecież przygotowanie do instruktorstwologii. Siedzimy całe dnie na basenach i uczymy się jak prezentować kolejne ćwiczenia z kursów PADI. Musimy posiąść wiedzę teoretyczną równorzędną tej posiadanej przez instruktora. Do zaliczenia mamy masę asyst instruktorskich, gdzie po prostu terminujemy przy wybranym instruktorze podczas prowadzonych przez niego kursów. Jeżeli to wszystko zaliczamy tylko po to by móc tytułować się DM i od czasu do czasu pojechać gdzieś jako „jeden z kadry organizującej wyjazd”, albo by komuś pomóc przy kursie (i nie mówimy tutaj o zarobieniu z tego tytułu pieniędzy) to dla mnie jest to pomysł dość szalony. Osobiście znam jednego człowieka na poziomie DM, który próbuje na tym poziomie żyć z nurkowania. Jak mu idzie, nie wiem. Chyba muszę go o to zapytać.

1017633_632949380076105_405548295_n

foto.2.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

Reszta potencjalnych DM albo w końcu zostanie instruktorami, albo w końcu przestanie płacić czynszu w PADI i tym samym przestanie być DM. Tutaj trzeba pamiętać, że DM tak naprawdę nie jest już stopniem nurkowym – nie dostanę nowej plastikowej karty do kolekcji. DM to jest status w PADI. Jeżeli więc walczę o ten status to tylko po to by coś z tego statusu wyniknęło. DM nie uprawnia mnie do nurkowania głębiej, inaczej, w innym sprzęcie, w innych miejscach. Jeżeli chcę piąć się po kolejne umiejętności, specjalizacje i możliwości – idę odrębną ścieżką. Dopinam ścieżkę rekreacyjną zdobywając wszystkie specjalizacje, nurkuję do 40 metrów, zostaje mi nadany tytuł Master Scuba Divera. Jeżeli czuję niedosyt, ruszam ścieżką nurkowań technicznych. Pomijam jednak całe to divemasterostwo szerokim łukiem, bo dla mnie jako dla nurka to kompletnie nic nie oznacza, że jestem DM. Tak więc nieważne, na jakim jesteś etapie ścieżki nurkowej, ale już zacząłeś myśleć o tym całym zamieszaniu z byciem divemasterem, z instruktorem to fajnie. Zrób tylko rachunek sumienia, sprawdź, czy jesteś naturalnym przywódcą (cecha opcjonalna, ale bardzo przydatna), czy lubisz udzielać się wśród ludzi (cecha obowiązkowa), czy lubisz im przekazywać wiedzę i widzisz, że dobrze ci to wychodzi. Jeżeli tak, to gratuluję, jesteś na dobrej drodze – w końcu osiągniesz swój cel. Nie wątpię w to.

1524773_626211664083210_321761051_nfoto.3.: Rudi Stankiewicz: Zajęcia „Odkryj nurkowanie”.

1546032_632948820076161_1832181706_n foto.4.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

1609772_632948540076189_676123864_nfoto.5.: Rudi Stankiewicz: zajęcia „Odkryj nurkowanie”/ 1 zajęcia basenowe kursu OWD.

*) Z pełną premedytacją nie używam nazw angielskich. Nie jestem pewien czy to polityka PADI, czy nie/świadoma decyzja, czy lenistwo polskiej grupy decydującej o tym jak tłumaczyć materiały PADI, ale używanie angielskich nazw uważam za błąd.