Białe noce w Rummu

2020 rok jest rokiem szaleństw. Udało mi się na początku roku ułożyć dość szczegółowy plan wyjazdów na praktycznie trzy czwarte roku, wszystkie główne wyjazdy zostały wpisane w kalendarz i dopięte organizacyjnie. I tąpnęło. Szaleństwo COVID przemeblowało mi nie tylko zawodową sytuację, ale też wszelkie plany wyjazdowe. O mały włos, a na sam początek polskiej i europejskiej kwarantanny pojechałbym do Budapesztu, do Kobanyi. Dosłownie na dwa dni przed wyprawą zdecydowaliśmy z uczestnikami, że sobie odpuszczamy. Dzień później gruchnęła wieść, że granice zostają zamknięte, wprowadza się kwarantanny dla powracających i tym podobne „atrakcje”. W ten sposób zaplanowany na majówkę wyjazd do Rummu nie odbył się. Próbuję teraz ułożyć plan na jesień. Nie mówię jeszcze, czy się uda, bo to wciąż są bardzo niepewne czasy. Jednak roku bez wizyty w Rummu sobie po prostu nie wyobrażam i zrobię wszystko by tam znowu pojechać. Dlaczego rok bez Rummu uważam za stracony?

W czerwcu najsłabsza wizura w budynkach. Foto: kubaCE

Wyprawa do Rummu to moja ulubiona mieszanka przeżyć i emocji. W 2019 roku odbyłem moją już czwartą wyprawę do Rummu. Już sama droga przez byłe republiki związku radziekiego: Litwę, Łotwę i potem Estonię to już ciekawy miks doznań, choć nie jest to szybka jazda ekspresowymi drogami niestety. Okolica Rummu to raczej odludne miejsce osłonięte lasami, torfowiskami. To jest dobry kierunek dla tych, którzy szukają spokoju i odpoczynku od cywilizacji. Ten ostatni punkt dopełniony jest przez miejscówkę, którą regularnie wybieram na nasz nocleg. Paekalda Puhkekeskus (Paekalda Holiday Center) to niewielki, skromny ośrodek wybudowany tuż nad brzegiem jeziora Rummu. To raczej niewielka gromada drewnianych domów budowanych z bali w stylu fińskim. Mamy dwa większe budynki: jeden to rodzaj kantyny, kawiarenki, drugi to duży dom do wynajęcia dla większych grup (tzw. Lakehouse), są bodajże jeszcze trzy średniej wielkości domy (Hunter house) i cztery mniejsze (Fishermen house). I to wszystko. Domki są rozrzucone dość szeroko po niezbyt gęstym lesie iglastym, nikt tu sobie nie przeszkadza, praktycznie nie odczuwa obecności innych gości ośrodka. Na wodzie jeszcze znajdują się takie domki-baryłki. To raczej opcja na jedną noc, w ciepłym sezonie. Do tego ośrodek ma swoje molo, swoją plażę z różnymi udogodnieniami i kilka pływających obiektów: pływającą platformę z zadaszeniem do organizacji imprez integracyjnych na wodzie, mniejszą platformę – doskonałą dla nurków, pływającą Saunę Fińską…

W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Foto: kubaCE

Sam estoński kamieniołom doskonale łączy walory wapiennego wyrobiska (wapienna skała jest naturalnym filtrem do wody, to gwarantuje krystaliczną wręcz wizurę) i naturalnego zbiornika pełnego roślinności i zwierzyny podwodnej, do tego zalane budynki „gułagu”, mur więzienny, wielkie maszyny wydobywcze. To wszystko w jednym miejscu. A jak komu mało, zawsze może wyskoczyć na bałtyckie wraki z estońskiego wybrzeża – a jest co zaliczać. Do tego koniecznie trzeba skoczyć choć na jeden dzień do Tallina, przejść tallińską starówkę, obowiązkowo zwiedzić wystawę estońskiego muzeum morskiego, gdzie do odkrycia czekają na nas: Lembit – estoński okręt podwodny z czasów IIWŚ wystawiony w głównym hangarze muzeum, do zwiedzenia z dołu, z góry i w środku; Suur Toll – przepiękny parowy lodołamacz z początków XXw, przejście przez kabiny i maszynownię pokazuje jak wspaniałą kiedyś sztuką łączącą funkcjonalność z elegancją było budowanie takich statków.
Estonia jest więc naturalnie bardzo atrakcyjnym kierunkiem podróży dla nurków z Polski. Z roku na rok obserwuję coraz większe zainteresowanie naszych klubów i szkół nurkowych tym kierunkiem i cieszy mnie, że pojawiają się kolejne wyprawy grup zorganizowanych jak i pojedynczych nurków.

Baraki. Foto: kubaCE

Estonia leży stosunkowo blisko, wystarczy pokonać niecałe tysiąc kilometrów, przejechać granice Litwy, Łotwy i jesteśmy w Estonii. W państwie, które kiedyś wydawało mi się totalną egzotyką z bloku wschodniego, wciąż odczuwającą skutki tkwienia w Związku Radzieckim. Niczym opad radioaktywny i wysokie stężenie promieniowania, w oczach świata zły pierwiastek ZSSR trwale „skaził” tą część świata. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy tu dojechałem po raz pierwszy, w 2016r. Owszem, ślady „promieniowania ZSSR” są, ale Estończycy mają wyraźnie przedsiębiorczość i upór Skandynawów. Wykonali więc kawał dobrej roboty by ich świat bardziej przypominał Szwecję, niż państwo byłego bloku komunistycznego. Widać to zwłaszcza w większych aglomeracjach lub bardziej atrakcyjnych turystycznie częściach kraju.
Ostatnia wyprawa wybitnie pokazała, że czas nie stoi, że wszystko powoli się zmienia. Zacznijmy jednak od tego, że był to mój pierwszy wyjazd w okresie ciepłym, praktycznie letnim – wakacyjnym. Wyprawa wypadła w okresie Bożego Ciała, praktycznie przed samymi wakacjami. W Rummu było już bardzo ciepło i widać było, że woda już przyciągała letnich amatorów sportów wodnych. Efekt taki, że najchętniej odwiedzane przez nurków budynki nie mogły pochwalić się dobrą widocznością. To bezpośredni kontakt z lokalną plażą powoduje, że ta atrakcja Rummu najlepiej się prezentuje po sezonie letnim. Trzeba pamiętać, że jest to płytkie miejsce. Głębokość nurkowania nie przekracza pięciu metrów. Często poruszamy się na głębokości dwóch metrów. Ruchy wody powodują wzbudzenie dennej warstwy osadu.
Jednak już wystarczyło odpłynąć od budynków i zwiedzać okolice Muru i Lasu – tam już widoczność była dużo lepsza, a miejsca te również są warte uwagi. Jak zwykle dałem grupie czas na pokręcenie się w tym miejscu. Wszyscy rozpłynęli się na różne strony i nie chcieli wracać. Musiałem ich zaganiać i przypomnieć, że mamy jeszcze do odwiedzenia inne lokacje tego dnia.

Rummu pieszo. Foto: kubaCE

Dla mnie największym zaskoczeniem były zmiany w części zamkniętej wybrzeża, gdzie wygrodzony teren byłego więzienia został sprzedany prywatnej firmie. Właściciel terenu (według lokalnych plotek to także ostatni kierownik tej placówki za czasów jej funkcjonowania) wreszcie otworzył się na przemysł turystyczny i zrobił drogę dojazdową nad wodę (ale dalej z szlabanem i – obowiązkowo – punktem poboru opłat) i zorganizował miejsce nad wodą. Na miejscu pojawiła się więc mini kawiarenka i kontener, w którym funkcjonuje jedna z tallińskich baz nurkowych. Nie jest to jednak stała baza, otwierana jest tylko wtedy, gdy mają umówionych klientów (zajrzyjcie na rummu.eu w celu kontaktu). Stałej bazy z ładowaniem butli nie ma wciąż na miejscu.
Naszą wyprawę nurkową najlepiej planować w okresie omijającym wakacje. Zagwarantuje to nam: względny spokój nad wodą, lepszą wizurę, lepsze ceny, zerową albo mniejszą obecność wszelkich latających insektów i zbiornik praktycznie na wyłączność. Tak, to kolejny element, który zaskoczył mnie na tej wyprawie. Rummu odbierałem zawsze jako miejsce względnie odludne, by nie powiedzieć, że wyłączone z cywilizacji. Nad wodą mamy tylko mały ośrodek Paekalda Puhkekeskus (Holiday Center – miejsce, gdzie zawsze nocujemy) i wioskę czy raczej osiedle Rummu, która jest pamiątką po funkcjonującym więzieniu. Wyraźnie widać, że to w zasadzie tylko grupa bloków powstała by pracownicy więzienia i ich rodziny miały gdzie spać. Oczywiście jest jeszcze teren ogrodzony, ostatnia „sucha” pamiątka po więzieniu. Poza tym dookoła żadnych zabudowań, tylko skaliste wybrzeże akwenu, częściowo zalesione. Żeby kogoś spotkać na nabrzeżu, a już na wodzie? Bardzo, bardzo rzadko widziałem pojedyncze auta nurków czy innych amatorów wypoczynku nad/pod wodą. W czerwcu jednak linia brzegowa tętniła życiem, auta podjeżdżały gdzie tylko mogły. Spotykaliśmy freediverów na środku akwenu. Przy budynkach i na plaży zawsze jacyś ludzie i ruch w wodzie (co się przełożyło na wizurę w tym miejscu). To dla mnie kolejny sygnał, że Rummu smakuje najlepiej w okresach posezonowych.
Trzeba pamiętać, że sami Estończycy wciąż wyraźnie jednak inaczej podchodzą do nurkowania w Rummu. Gdyby Rummu było na terenie polskim, już mielibyśmy tam drugi Zakrzówek, albo i lepiej – kilka baz nurkowych, wypożyczalnię rowerków (roweryków) wodnych i tym podobne. Nad Rummu jednak póki co panuje względny spokój i dobitny brak przynajmniej szczątkowej infrastruktury nawodnej. Reelika, właścicielka ośrodka Paekalda stawia na sporty nawodne, na szczęście raczej te ciche, bliższe naturze – pływanie SUPami, pływające platformy, pływająca sauna (szaleństwo typowe dla Skandynawów). To, co wyrosło przy budynkach, to dopiero zapowiedź zmian, ale czy prędkich? Czy Estończycy nie widzą potencjału miejsca by postawić tu solidną bazę całoroczną, albo przynajmniej działającą regularnie w sezonie? Tak więc przybywającym tu rodakom zalecam – przywoźcie cały swój sprzęt, ładowanie można ogarnąć w Tallinie, nie jest to w końcu daleko. Najlepsze nurkowania niestety tylko z wody. Z brzegu od biedy da się obskoczyć kilka atrakcji, a najlepiej na skuterach podwodnych. Jednak by zaliczyć wszystko, warto uzbierać grupkę i gotówkę na pożyczenie platformy, którą można zaliczyć wszystkie najlepsze miejscówki Rummu.
Opisywałem już nurkowania we wszystkich w zasadzie miejscówkach nurkowych w zbiorniku, więc tym razem pozwolę sobie nie opisywać przebiegu poszczególnych nurkowań tylko skupię się na przeglądzie miejscówek w oparciu o najnowsze obserwacje w ramach nurkowań wykonanych w 2019 roku.

Foto: kubaCE

Mur i budynki – możliwość nurkowania z brzegu, głębokości rzędu 5-7m. Widoczność przed i po sezonie doskonała, słaba w okresie letnim. W tym roku doszło obojkowanie regionu. Właściciel wyznaczył teren, w którym obowiązują opłaty za nurkowanie, czy w ogóle korzystanie z tej przestrzeni. Do roku 2020 koszt wynosił 10 Euro za dzień nurkowania. Pod wodą mamy kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Płytkie budynki przy samej plaży z charakterystycznym wysokim budynkiem wystającym z wody – tutaj fajnie wystawić wodę z głowy i obejrzeć też, co dzieje się nad wodą. W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Niestety, w czerwcu tragiczna wizura. Przepłynęliśmy przez te budynki, znowu podziwialiśmy oczka siarkowodoru wewnątrz dużego budynku. Tutaj znajdują się „obeliski”, niektóre stoją, inne są już przewrócone – betonowe słupy tworzą ciekawy krajobraz tego miejsca. Stąd możemy nawigować na dalsze budynki lub na mur. Dalsze budynki są schowane pod wodą, choć ich dachy znajdują się ledwie pod taflą wody. To w zasadzie trzy pomieszczenia, gdzie można znaleźć nawet resztki narzędzi i umeblowania. Tutaj fajnie pokombinować z nawigacją przepływając z różnych stron te same pomieszczenia i przejścia między nimi. Przy jednym z wąskich wejść obalony obelisk. W tym miejscu idzie poręczówka prowadząca do muru, w okolice bramy. Mur to w zasadzie samodzielna atrakcja, warto przepłynąć z jego jednej i drugiej strony przez całą długość zbiornika. W tym miejscu zbiornik jest dość wąski, więc wycieczka nie trwa długo. Z jednej strony znajdziemy „Magiczny Las”, który warto zostawić sobie na koniec nurkowania by tu po prostu się pokręcić bez konkretnego celu, zagubić się w lesie i poczuć jego magię: mroczne oczka siarkowodoru, porzucone rzeczy i smutno zwieszone gałęzie drzew. Z drugiej strony mamy bramę i mały magazynek z otwartym włazem w dachu. Da się tędy przepłynąć, choć magazynek jest dość wąski i ciemny, ale wypłynięcie włazem dostarcza przyjemnej adrenalinki. Do tego z obu stron metalowe schody, wdzięczny obiekt do pozowanych zdjęć. Mur,  sporo lamp więziennych już niestety zniszczonych, ale magia muru więziennego wciąż aktywna. Robi to piorunujące wrażenie. I mała kratowana brama też wciąż budzi emocje. My tutaj nadpływamy platformą, kotwiczymy przy murze i stąd rozpoczynamy zwiedzanie: kawałek muru, budynki dalsze i budynki przy plaży, potem powrót do muru i zwiedzanie jego obu stron, na koniec magiczny las.

Foto: kubaCE

Stacja pomp. Z brzegu niedostępna, choć znajduje się zaraz przy nim, jest to jednak dzika część brzegu, gdzie można jedynie dojść na piechotę. Głębokość do 14m. Widoczność przez cały rok przynajmniej dobra, albo rewelacyjna. Miejsce jest jednak zacienione (albo ja mam szczęście zawsze tu nurkować, kiedy słońce nie operuje). Jeden wysoki budynek – wieża. Kapitalne, klimatyczne pomieszczenie górne z jakimś kotłem i instalacjami hydraulicznymi. Do tego dwa baraki, w tym jeden w zasadzie w kompletnej ruinie. To raczej miejsce na krótkiego nurka, do 30 minut maksymalnie. Stajemy platformą tuż nad budynkiem, najpierw zwiedzanie pomieszczenia górnego, potem zanurzenie do najgłębszego miejsca i szukanie głębokości, potem okrążamy zabudowania i zwiedzamy pozostałości zabudowy rozrzucone dookoła.

Foto: kubaCE

Baraki.  Do osiągnięcia z brzegu, ale zdecydowanie prościej z pływającej platformy. Baraki znajdują się praktycznie na środku zbiornika. Głębokości rzędu 8-9m. W tym roku kapitalna wizura i jedno z lepszych nurkowań. Przede wszystkim pojawiły się poręczówki, które prowadzą do wszystkich atrakcji, do tego tablice informacyjne z dokładnym planem miejsca i orientacją dla nurka. Coś kapitalnego! Fundamenty ceglanych budynków plus lekkie budynki, część to bodajże wagony kolejowe. Ustawione w równych rzędach, raczej nie do eksploracji wewnątrz, tylko do zaglądania przez okienka. Szukamy takich sprzętów jak: biurko z imadłem, kasy pancernej, krzesła ustawionego na dachu jednego z baraków, do tego w jednym z baraków pod sufitem unoszą się „skupiska” żarówek.

Foto: kubaCE

Machiny (drill machine) – raczej tylko z łodzi, z brzegu daleko. Głębokość 10m. Wizura zawsze dobra. To miejsce odkrywałem stopniowo. Za pierwszym razem dotarliśmy tutaj z brzegu, ale płynie się długo, poręczówki były pozrywane (dodatkowo sporo poręczówek rozłożonych równolegle i kończących się nagle – to chyba lokalny poligon do ćwiczenia poręczowania) – nie polecam płynięcia z brzegu. Najpierw odkryliśmy jedną maszynę, dokładnie ją zwiedziliśmy, potem, na kolejnym wyjeździe, udało się dopłynąć do drugiej. W ostatnim roku okazało się, że jak już dopłyniemy do jednej maszyny to warto zrobić koło poręczówką idącą od jednej maszyny do drugiej, a potem kolejnej. Maszyny są gigantyczne, takie jak nasze jaworzyńskie koparki. Odległości między maszynami spore, ale warto się poświęcić. Widoki imponujące. To mechaniczne potwory, które przycupnęły tu kiedyś, zapadły w wieczny sen i nawet nie poczuły kiedy znalazły się pod wodą.

Foto: kubaCE

Brzeg przy psiej budzie. Miejsce dostępne z brzegu. Można zaparkować praktycznie nad samą wodą. Wejście po skalistych półkach i schodkach już dostarcza frajdy. Głębokości rzędu 10m. Wizura zawsze dobra. Po zanurzeniu odkrywamy, że to taki lokalny Zakrzówek. Skaliste ściany, rumowiska skał, głazy. Do tego „artystyczna instalacja” lokalnych nurków. Psia buda z miską, jakieś choinki i inne dziwne artefakty. Można stąd rozpocząć długą wycieczkę na machiny. Przyroda w tym miejscu raczej uboga i praktycznie brak życia. Dobre miejsce na roznurkowanie.

Foto: kubaCE

Brzeg przy ośrodku Paekalda. Dostępna z brzegu. Głębokości od 2-3m do 10m. Wizura – przy samym brzegu potrafi pojawić się mleczna zawiesina, ale dalej praktycznie zawsze doskonała widoczność. Moja ulubiona miejscówka na nurkowanie podwieczorne lub nocne. Zależnie od wybranej drogi możemy zaliczyć nurkowanie w kamieniołomie, lub typową przyrodniczą wycieczkę wzdłuż brzegu, pełną spotkań zwierząt i odkrywania różnych ciekawych przedstawicieli i pomników flory. Ja proponuję najpierw odpłynąć od brzegu, na wprost, w stronę środka jeziora. Początkowo płytka płaszczyzna dna zniknie i zacznie się kamieniołom. Popłyńmy najpierw kawałek w prawo, potem zawróćmy i płyńmy w drugą stronę cały czas trzymając się urwiska. Meandrujmy po kolejnych stanowiskach wydobywczych. Odnajdziemy podwodne góry, spotkamy raki, odpoczywające w zakamarkach okonie. Dopłyniemy w końcu do linii brzegowej, gdzie możemy jeszcze kawalątek płynąć na jezioro a potem zawrócić do punktu startowego. Tutaj linia brzegowa bogata jest w roślinność, życie kwitnie, spotkamy ławice młodych rybek, dość normalnym zjawiskiem są też szczupaki. Dopłyńmy z powrotem do pomostów ośrodka i pokręćmy się jeszcze wzdłuż brzegu. Szuwary, roślinność wypiętrzająca, pojedyncze drzewka – to doskonałe miejsca do poszukiwań flory i do fotografii podwodnej.
Mój dobry znajomy, Tago Moldau, właściciel tallińskiego centrum nurkowego Maremark podsunął mi ostatnio ich prywatne mapy zbiornika. Atrakcji w zbiorniku jest jeszcze całkiem sporo, jest co odkrywać na kolejnych wyjazdach. Będę dalej eksplorować Rummu i mam nadzieję przywieźć kolejne estońskie opowieści. Zainteresowani mogą próbować kontaktować się z Tago poprzez stronę centrum nurkowego Maremark. Tago mieszka niedaleko zbiornika (wioska obok) i ma sprężarkę na swojej posesji.
Okolice zbiornika warte są zwiedzania pieszego lub rowerowego (przez ośrodek przebiega jeden z lokalnych szlaków rowerowych). Mi udało się odbyć całkiem porządny spacer z ośrodka ulokowanego na wschodnim końcu aż do zachodniego krańca, gdzie znajdują się największe atrakcje zbiornika. Ścieżki idą często nad samą wodą, jest to okazja do wykonania fantastycznych zdjęć. Można też kontynuować spacer i dojść na górę popielną (lokalni tłumaczą nazwę góry na angielskie „Ash Mountain”), którą tworzy wydobyty z kamieniołomu piach i drobne kamienie. Widok z góry jest spektakularny.

Magiczny Las. Foto: kubaCE

Ciekawostka na koniec. Białe noce w Rummu można zaliczyć właśnie w czerwcu, kiedy słońce chowa się za horyzontem gdzieś w okolicach północy, ale widno jest do drugiej w nocy przynajmniej. Straszna rzecz dla dyscypliny. Towarzystwo nie chodziło wcześnie spać i ciężko było potem zbierać się i pozostałych na nurkowania przed południem. Zwłaszcza, że ośrodek Paekalda to fantastyczne miejsce do odpoczynku i integracji, więc nie należy się dziwić, że czasem ochota do eksploracji zbiornika przegrywa z ochotą do zwykłego odpoczynku, lenistwa i siedzenia przed domkiem, śledzenia zachodzącego słońca, czy siedzenia w saunie.
Ja będę organizować wyprawy, póki mi sił starczy, każdego roku. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.
Umieszczę praktyczne informacje na temat podróży do Rummu na stronie swojego klubu:

Estonia – nurkowanie i nie tylko


Jestem zawsze chętny by dopomóc w organizacji wyjazdów samodzielnych i grupowych.

Piszcie do mnie na mejla: szkola@nurkolog.pl lub kuba@nurklub.pl .

 

Lembit. Muzeum Morskie w Tallinie. Foto: kubaCE
Machiny. Foto: kubaCE
Platforma. Foto: kubaCE
Białe noce. Foto: kubaCE