Santi karlsruhe

Otwarcie nowej warszawskiej siedziby Santi Concept Store połączone z prezentacją zdjęć z wyprawy Santi Karlsruhe.

foto: kubaCE

Tomek Stachura umie oczarować ludzi i opowiada o nurkowaniu jak nikt inny. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że gdyby przygotować go do prezentacji zdjęć z międzynarodowych mistrzostw gry w Bingo dla zawodników w wieku 80-90 lat, gdyby tylko poczuł pasję tych zawodów, opowiedziałby o tym najlepiej na tej planecie. Ten facet ma dar opowiadania! Właśnie dlatego musiałem w końcu dotrzeć na prezentację Tomka i posłuchać jego opowieści o najnowszej ekspedycji ekipy Baltictech.

Zanim nastała prezentacja…
… toczyły się liczne rozmowy w kuluarach…
… a gospodarze uwijali się w ukropie.

Podejrzewam, że Tomek mógł minąć się z powołaniem. Gdyby dać mu szansę, mógłby z powodzeniem zajmować się pozyskiwaniem środków na kolejne ekspedycje. Dać mu tylko wybór dobrych zdjęć, dobrą opowieść do snucia i już mamy przepis na sukces. Tym razem okazję do posłuchania Tomka mieliśmy przy okazji uruchomienia nowej siedziby warszawskiej delegatury Santi Concept Store. Tomek uświetnił otwarcie oddziału swojego imperium przyciągając uwagę warszawskich nurków. A tych namawiać do takiego spotkania nie trzeba było. Zgodnie z informacjami na Facebooku uczestnictwo w imprezie zadeklarowało około sto pięćdziesiąt osób. Nie sądzę by ktoś policzył, ilu ostatecznie przybyło, ale pewnie nie było jakoś dużo mniej ludzi. Nowa siedziba Santi w szczytowym momencie wieczoru pękała w szwach. Niespecjalnie było widać, żeby gdzieś było dużo wolnego miejsca, a trzeba przyznać, że nowa siedziba Santi ma zdecydowanie lepsze warunki do podejmowania dużej ilości gości.

Michał Kosut w ogniu pytań o zmianę miejsca pracy
Tomek Stachura w trakcie przygotowań
I zaczyna się prelekcja.

Warto nadmienić, że zainteresowanie wydarzeniem to nie tylko zasługa popularności marki Santi i Tomka Stachury jako bardzo zdolnego aktora wydarzenia. Widać, że w narodzie jest duży głód spotkań międzynurkowych po długim okresie pandemicznych ograniczeń i że ludzie wprost garną do każdej okazji integracji środowiskowej. Do tego bardzo nośny temat, którym ostatnio Internet z innymi mediami żył intensywnie. Karlsruhe. Ekspedycja Baltictech zbadała dokładnie wrak jednego z ostatnich niemieckich okrętów opuszczających oblegany przez Armię Czerwoną Królewiec. Niby nic specjalnego w tym statku, jednym z wielu, które brały udział w operacji Hannibal – ewakuacji morskiej Niemców w ostatnim okresie wojny. O tyle jednak sprawa ciekawa, że był to praktycznie ostatni statek wywożący dużą ilość towaru z oblężonego miasta, gdzie Niemcy zgromadzili dużą ilość skarbów. To właśnie w Królewcu po raz ostatni widziano Bursztynową Komnatę, po której ślad zaginął po wojnie. Trzeba sobie uzmysłowić, że w ostatnich dniach wojny Niemcy głównie skupili się na ewakuacji ludności z terenów wcześniej okupowanych, które teraz systematycznie odbierała im Armia Czerwona. Trzeba pamiętać, że spanikowani Niemcy nie mieli żadnych złudzeń wobec intencji kroczących ku nim żołnierzy sowieckich. Każdemu cywilowi i żołnierzowi zależało by znaleźć się jak najdalej poza zasięgiem Sowietów. A tutaj nagle w środku wojennej zawieruchy i nerwowej ewakuacji trafia się statek, który dostaje bardzo wyraźny rozkaz przyjęcia i przetransportowania ładunku 360t upchanego w starannie zabezpieczone skrzynie. Tylko decyzją kapitana „Karlsruhe” przyjął na pokład ok. 900 osób ewakuowanych z Królewca. Statek jednak dość krótko po opuszczeniu brzegu zostaje zbombardowany i idzie w rekordowo krótkim czasie na dno. Zabiera z powierzchni nie tylko około ośmiuset dusz, ale też tajemnicę zawartości ładowni.

Tomek Stachura tkał swoją opowieść najpierw o krystalizowaniu się zamysłów grupy Baltictech, która chciała odkryć ostatnie zaginione jednostki biorące udział w operacji Hannibal, potem opowiadał o odnalezieniu „Karlsruhe” i właśnie o tym jak członkowie grupy uświadomili sobie, że ładownie statku mogą skrywać jedną z większych sensacji historycznych XX wieku.

Niestety, nie jest już tajemnicą, że wyprawa nie potwierdziła tej sensacji, ale też można żyć nadzieją, że wrak „Karlsruhe” wciąż skrywa wiele tajemnic także w skrzyniach przykrytych dwumetrową warstwą mułu. Nic jednak z tego nie zepsuło nastroju wieczoru, gdyż Tomek ze swadą opowiedział o całej organizacji nurkowań, o podchodach i grach, które toczyły się między poszukiwaczami a przedstawicielami urzędów, którzy byli obecni na pokładzie.

Może ta wyprawa nie jest żadnym kamieniem milowym w odkrywaniu historii wraków spoczywających na dnie Bałtyku, ale jest na pewno ogromnie ciekawym wydarzeniem, o którym fantastycznie opowiada Tomek. Mam nadzieję, że grupa teraz wróci do tematu „Orła” i na tapecie znów będzie akcja „Santi. Odnaleźć Orła”, ale jestem niemal pewien, że wyprawa „Karlsruhe” była bardzo potrzebna członkom ekipy Baltictech by dać im sporo nowej wiedzy o sposobach poszukiwań, by dać im też dużo nowej energii do poszukiwań, a także – o czym bardzo marzę – by dać im potrzebny zasób środków na wyprawę.