Powrót na Heweliusza

Cud pod wezwaniem wspaniałego Netflixa się ziścił i chyba głównie za sprawą tego jakże mrocznego (nie dałem rady drugi raz obejrzeć) serialu ruch w naszym bałtyckim, wrakowym interesie się uczynił. Powstali z pocovidowej śpiączki operatorzy łódek, może przerzedziły się im zlecenia od off-shoru, albo wyczuli koniunkturę i się zaczęło.

Głównie za sprawą oferty Tomka Stachury i jego Espace w tym roku obrodziło rejsami na naszego Heweliusza. Żeby tego mało było to do oferty wypraw na Heweliusza dołączył Hanter na codzień pływający z Łeby i na łono wypraw wrakowych powrócił (wreszcie!) Doktor Lubecki z Kołobrzegu. Korzystajmy z tego wyprawowego El Dorado, póki trwa! Wiadomo – tanio już było, więc ceny gryzą w oczy, kieszeń boli a portfel kuli się zlękniony w rogu plecaka. Jesteśmy jednak nurkami wrakowymi, wrakoholikami, więc nie płaczemy. Co tam, że trzeba poświęcić pół a czasem i więcej dnia by dotrzeć nad brzeg Bałtyku, wsiąść na łajbę, poświęcić kolejnych kilka godzin by wykonać na wraku dwa około godzinne nurkowania i potem najczęściej rozpocząć długą podróż powrotną. W końcu można spotkać się z naszą bałtycką historią żeglugi.

Historia Heweliusza jest smutna, jest gryząca w gardło i wkurza pod wieloma względami. Świetnie te emocje wygrał serial pokazując, że to były niewesołe czasy i nieweseli ludzie odpowiadali za dopiero rodzący się biznes wolnorynkowy. Katastrofy można było uniknąć, a nawet jeżeli nie, to można było uratować więcej ludzi. ale tak się nie stało i prom Jan Heweliusz zniknął w mrocznej i zimnej odchłani w okolicach niemieckiej wyspy Rugia zabierając na dno znakomitą większość pasażerów. Na „szczęście” to był prom kolejowo ciężarowy, więc samych pasażerów nie było zbyt wielu. Nijak tu porównywać katastrofę do Salem Express, czy promu „Estonia”. Jednak to nasza największa tragedia w historii współczesnej żeglugi morskiej i trzeba o niej pamiętać.

I tu sobie pozwolę na polemikę z panem redaktorem Romanem Czejarkiem, którego ciekawy (ale nierówny i często niepotrzebnie brnący w jakieś sensacyjne teorie) program radiowy/ podcast słuchałem „od deski do deski”. Pan redaktor nie jest fanem komercyjnych wypraw nurkowych na Heweliusza i najchętniej widziałby wrak niedostępnym dla nurków.

Dla mnie to tak jakby ktoś pokroju pana redaktora stanął przy bramie do Auschwitz i mówił wchodzącym wycieczkom, że to troszkę niemoralne, wchodzić na ten teren i za pieniądze oglądać miejsce, gdzie tylu ludzi zginęło i taka tragedia ludzka. Wiem, nie ta skala. Na Heweliuszu zginęło „tylko” około sześćdziesiąt osób, no i tam wszystko jest pilnowane by nikt niczego nie niszczył, nie wyciągał i nie „bezcześcił” miejsca pamięci. Tylko, że z wrakami jest specyficzna sytuacja – one są pod wodą i ciężko je pilnować na bieżąco. I najlepszą formą kontroli jest obecność nurków, nad którymi jest jakaś kontrola. O to postulowali nurkowie z grupy Baltictech i powoli zaczyna ten ich postulat docierać do niektórych przedstawicieli władzy. Jeżeli licencjonowani operatorzy będą mieli dostęp do wraków wrażliwych to będą oni bardzo zainteresowani by tym wrakom nic się nie działo, bo każdy akt złej woli, zniszczenia czy zubożenia będzie szkodził ich interesom. A wrak pozostawiony sam sobie na niestrzeżonym morzu jest łatwym łupem dla nurków, którzy nie przejmują się żadnymi traktatami o zachowaniu morskich mogił w spokoju. Zatem gdyby spojrzeć na to bardziej łaskawym okiem, to te wyprawy nie tylko podtrzymują zainteresowanie historią danego wraku (kto za kilka lat będzie pamiętał o serialu o Heweliuszu?), ale też pozwalają opinii publicznej dowiadywać się o stanie obecnym promu.

A ten niestety nie jest najlepszy. Jan Heweliusz leży płytko. Przy dnie mamy głębokość niecałych trzydziestu metrów, najpłysza część wraku – prawa burta wystaje na głębokość niecałych dziesięciu metrów. Wrak więc jest targany pływami, prądami, zjada go mocno korozja. Konstrukcja kadłuba wygląda solidnie, pewnie jeszcze długo będzie trzymać się w całości, ale wiele uszkodzonych elementów – mam wrażenie – uległo większemu uszkodzeniu. Albo mnie pamięć zawodzi, bo ostatnia moja wyprawa na Heweliusza miała miejsce pięć lat temu, albo ładownie i wysypany ładunek uległy działaniu morza. Teraz dostępna część ładowni to już nie jest jedna część, a dwie. Trzeba wypłynąć z części rufowej i dopiero po chwili,kierując się w stronę dzioba, można ponownie zanurkować wgłąb przedziału dla tirów i wagonów. Nie byłem w stanie zlokalizować jakże charakterystycznej naczepy z plandeką firmy Scansped, nie widziałem tych kabin samochodów, które widziałem ostatnim razem. Na wraku udało mi się spędzić niecałe dwie godziny podczas dwóch nurkowań. Warunki były niezłe, ale nie idealne. Do termokliny, która pojawiała się na około dwudziestu metrach woda ma kilkanaście stopni i przejrzystość średnią głównie za sprawą unoszonych „farfocli” jakiegoś fitoplanktonu chyba, dopiero poniżej termokliny woda jest niemal krystaliczna i wolna od zawiesiny. Tym razem na zewnątrz wraku panował niewielki prąd i można było spokojnie zbadać każdy fragment wraku. Mam nadzieję wrócić tu jeszcze we wrześniu, jak mi się uda kolejna wyprawa. Po pierwszym nurkowaniu byłem zniechęcony i gotowy powiedzieć, że „już nigdy tu nie wrócę”, ale po drugim nurkowaniu, gdzie już lepiej rozumiałem pokryte gęstą panierką muszli fragmenty ładunku i wraku i lepiej czytałem szczegóły, nabrałem większej ochoty zrobienia dokładniejszej inwentaryzacji wraku. Oby mi się udało.

Eksplorację wraku na pierwszym nurkowaniu rozpoczęliśmy od ogólnego przeglądu pola szczątków, przypłynęliśmy od rufy, przez pole szczątków aż do dziobu, skąd wyszliśmy na dziesięć metrów i po płytkiej burcie wróciliśmy do rufy. Tutaj jeszcze tylko na moment zajrzęliśmy do ładowni i kończyliśmy nurkowanie.

Drugie nurkowanie skupiło się na ładowni. Próby zorientowania się, gdzie leżą zapamiętane obiekty, zorientowania się jak przepłynąć przez całą długość ładowni, co skończyło się koniecznością wyjścia na zewnątrz i znalezienia wejścia do dziobowej części ładowni. Wciąż można dotrzeć do ściany wieńczącej ładownię i do włazu do klatki schodowej. Ogromne wrażenie robią odbojniki kończące tory dla wagonów kolejowych. Na koniec obowiązkowa wizyta przy śrubach i sterach promu, jednak tu wizura dużo słabsza, więc po kilku minutach rozpoczęliśmy wynurzenie.

Dwa słowa o łódce – Espace to Rolls Royce wśród polskich łódek wożących nurków. To łódź zbudowana przez nurka, pod niego i dla jego własnej wygody. Ogromnym szczęściem dla nas się stało, że Tomek Stachura postanowił się dzielić swoim wychuchanym dzieckiem. Łódź jest arcywygodna, choć nie jest szczególnie wielka. Mieści całkiem wygodnie dziesięciu nurków, jak się dobrze zorganizuje to i jedenastu. Do tego dwóch członków załogi dba o bezpieczeństwo i sprawne operacje wokół naszych nurkowań. Jedynie boli brak porządnego kompresora lub banku by posiadacze zestawów OC mogli się dobijać między nurkami, ale wiadomo – łódź powstała z myślą o eksploracji wraków na 70 – 100 metrach, gdzie obecnie króluje obieg zamknięty. Kto raz zaliczył w tym roku nabijanie butli trimixem i poczuł ceny helu na własnym portfelu, ten już zrozumiał, że rebreathery już nie są fanaberią dla znudzonych nurków, nie są ciekawą alternatywą dla sprzętu do głębokich nurkowań – to obecnie w zasadzie jedyny rozsądny wybór, jeżeli chce się nurkować poniżej sześćdziesięciu metrów. No chyba, że ktoś nie ma problemu, żeby „nafjukać” sobie flaszkę na jednego nurka za osiemset złotych.

Śruba Heweliusza
Aperture: 2
Camera: ILCE-7M4
Iso: 640
« of 41 »

Vis nie a vis.

Pierwszy raz od bardzo dawna zdecydowaliśmy się rodziną na pełnoprawny, dwutygodniowy urlop w jednym ciągu. Jest to o tyle znamienne, że w czasach tak mocno niestabilnych pod każdym względem trudno sobie wymyślić i zaplanować tak długą przerwę w zawodowym życiorysie i nie denerwować się cały czas wszystkim dookoła: cenami paliwa, sytuacją na świecie, dramatycznymi zmianami pogody, itd. I wytrzymać to finansowo – urlop to teraz bardzo kosztowny luksus. Niezależnie od tego, czy wybierzemy polskie morze, słowackie góry czy włoską riwierę.

Dla mnie urlop musi być związany z wodą. A jak jeszcze będę mógł zanurkować, to już jestem szczęśliwy. A jak jeszcze przy okazji mogę zobaczyć coś nowego i przetestować potencjalny kierunek na wyprawy nurkowe mojego klubu – cudownie! Tak więc padło na Vis, o którym już dawno myślałem i od dawna było na mojej liście wstydu – kierunku, który odkładałem z roku na rok obiecując sobie, że „już za rok na pewno tam pojadę”. W bagażu, oprócz podstawowego sprzętu nurkowego znalazł się nowy zestaw do podwodnej fotografii, więc plany i oczekiwania były ambitne.

Podróż na Vis z centralnej Polski to niestety poważna wyprawa samochodowa pod każdym względem – ciężko sobie wyobrazić odbycie tej podróży na „jeden strzał” – czystej jazdy czternaście godzin. Najlepiej więc podróż podzielić na dwa etapy i zaliczyć nocleg gdzieś po drodze. To także obecnie dość spore wyzwanie finansowe – ceny paliwa szybują w górę, każdy kraj po drodze winszuje sobie opłaty drogowe, do tego dochodzi prom.

Droga na szczęście jest całkiem relaksacyjna, można podróżować praktycznie cały czas autostradami i drogami ekspresowymi. Korków można się spodziewać dopiero tam, gdzie pojawiają się bramki na autostradach – w Chorwacji. Od Austrii zaczynamy etap górski – to się wspinamy, to zjeżdżamy, drogi wiją się serpentynami, widoki podkręcają ciśnienie.Wspaniałym finałem jest zjazd z gór do Splitu. Widok zatyka dech w piersi. Tutaj też ustawiamy się do kolejki na prom. Obsługa operatora linii promowej Jadrolinija kieruje auto do odpowiedniego sznurka aut a my się zastanawiamy, czy oni na pewno wiedzą, gdzie my jedziemy i czy mamy w ogóle wykupiony bilet. Stajemy w długim zawijasie w zasadzie nie mając pojęcia jak zostaliśmy zweryfikowani, że nie stoimy w złej kolejce. W końcu tuż przed samym wjazdem na prom ktoś sprawdza nasz bilet i to tyle odnośnie weryfikacji.

Podróż promem samochodowym na Vis trwa trochę ponad dwie godziny – przy okazji odkrywam ciekawą historię promu, który nas transportuje. Prom jest niewiele młodszy od naszego Jana Heweliusza – powstał w latach osiemdziesiątych dla duńskiego operatora przyjmując nazwę Langeland III, czego można się dowiedzieć podziwiając dziobowy dzwon statku. Chorwacki operator kupił statek w 1998, jeżeli przeprowadził jakiś remont, to raczej był to tylko kosmetyczny proces – na statku mocno czuć ducha lat osiemdziesiątych, a najbardziej urocze jest odkrycie zdjęcia papieża Jana Pawła II w okrętowej gablocie przy głównych schodach.

Vis wita nas przelotnym deszczem i przyjemnie chłodną, pochmurną aurą, ale to tylko zmyłka, bo od następnego dnia przez dwa tygodnie będzie świecić słońce, niebo będzie czyste, asfalt i beton będą rozgrzewać się do astronomicznych temperatur a żeglarze na próżno będą wypatrywać jakiegokolwiek podmuchu wiatru. My jednak meldujemy się do naszego wynajętego mieszkanka, które okazuje się jednym wielkim cudem świata. Położone w wyższej partii miasta, z wielkim tarasem z widokiem na całą zatokę Vis, urządzone ze smakiem i komfortowo. Jedyny szkopuł – brak miejsca do parkowania. Generalnie miasto i wyspa Vis cierpi na homeopatyczną ilość miejsca dla aut. Zagęszczona zabudowa miejska z czasów przed nastaniem ery samochodu, wąskie uliczki, wąskie drogi bez pobocza i kompletny brak przestrzeni parkingowej. Każdy dom czy apartament ma swoje prywatne miejsca, o które chorwaccy właściciele potrafią walczyć jak lwy. Jak gdzieś jest kawałek niezagospodarowanej przestrzeni, tam stają auta bez przypisanego miejsca – niekoniecznie tak by ułatwić innym pojazdom przejazd. Do tego jeszcze jakiś nieczynny zakład produkcyjny dysponujący dużym placem służy za dziki parking w mieście. A promy samochodowe zawijają po pięć razy dziennie odbierając i dostarczając całą rzekę aut. Doprawdy, spodziewam się, że Vis w pewnym momencie będzie musiał ograniczyć systemowo ruch samochodowy, bo wyspa zostanie zatkana. Na szczęście, póki co wyspa, nawet w szczycie sezonu, nie jest szczególnie oblegana. To ogromny plus tego miejsca. Wciąż można znaleźć nieoblegane, ciche plaże i miejsca odludne.

A nurkowo? Zacznijmy od tego, że na Vis ściągnęła mnie oferta krakowskiego centrum nurkowego Nautica Safari, która na Visie posiada swoją pełnoprawną, dużą bazę nurkową, która funkcjonuje mniej więcej od maja do października. To tu zjeżdżają się raz do roku podwodni fotografowie i urządzają podwodne igrzyska zdjęciowe. To tu można spotkać Piotra Stósa, jednego z bardziej utalentowanych polskich fotografów podwodnych i nieco spić z krynicy jego fotograficznej mądrości. Do tego jest kilka ciekawych wraków i naprawdę przyjemne warunki nurkowe – przejrzysta woda o znośnych temperaturach (ani za zimno, ani za gorąco). Jednak to przede wszystkim raj dla fanów mikrożycia – ślimaczków i innych robaczków. Fani wraków (czyli ja), mają też co robić pod wodą, ale zawiodą się ci, którzy szukają kolorowych raf i bujnego życia podwodnego. Owszem, życie kwitnie, ale przy wrakach. W wielu miejscach życia jednak nie uświadczymy aż nadto. Nurkując przy licznych, reklamowanych szeroko kawernach zaskoczony byłem tym wrażeniem pustki. Pojedyncze skrzydlice, langusty, małe ryby papuzie – owszem, ale ogromnych ławic się tutaj nie naoglądamy. Można za to znaleźć trochę historii. Przy samej bazie nurkowej ulokowanej przy hotelu Issa w mieście Vis można natrafić na potłuczone amfory wrośnięte w dno – zabawne, że znajdują się one dosłownie pięć metrów pod wodą zaraz obok ludnej miejskiej plaży. Do tego wraki: na nurkowanie przeznaczyłem jedynie cztery dni z mojego pobytu, więc głównie pooglądałem kawerny (kompletnie nie moja bajka, więc czułem się jak nastolatek w muzeum sztuki nowoczesnej – zupełnie nie kumałem, czym zachwycają się inni ludzie), ale udało mi się zaliczyć wraki Teti i Brioni.

Teti jest mocno zniszczonym frachtowcem, którym wieziono ładunek kamienia brukowego. W wyniku błędu nawigacyjnego statek rozbił się o brzeg i zsunął rufą pod wodę. Teti długo wystawał poza linię wody, więc lokalni mieszkańcy mieli dostęp do części ładunkowej. Podobno duża część uliczek pobliskiej Komiży jest wybrukowana kamieniem z Teti. Na szczęście większość śródokręcia i rufa spoczywają na tyle głęboko, że tutaj można znaleźć jeszcze sporo ładunku a zgrabna rufa jest wdzięcznym obiektem podwodnej fotografii.

Brioni to już inna bajka – spektakularny kolos, który spoczął na jednej z burt, kładąc się łagodnie na boku. Leży głęboko, dno tutaj znajduje się na sześćdziesięciu metrach a najpłytsza część wraku dostępna jest od czterdziestu pięciu metrów. Nurkowie rekreacyjni mogą go jedynie podziwiać krótko z góry, nam udaje się na niedługi czas zejść do jednej z galeryjek a także przyjrzeć się śrubom napędowym, ale też czas dekompresji i dostępny gaz wygania nas zaraz do góry. Wracam więc z uczuciem niedosytu, bo najciekawsze fotograficznie partie znajdują się na głębokościach rzędu pięćdziesięciu metrów. Kiedyś tu trzeba będzie wrócić.

Czas nienurkowy poświęcamy na zwiedzanie wyspy – moje biedne nurkowe Renault dostaje mocno w kość, bo drogi wiją się serpentynami wzdłuż górzystego wybrzeża, wspinają się wartko do góry by za chwilę opaść dramatycznie niemal do poziomu morza, do tego połowa dróg jest szutrowa – by dojechać do ciekawych plaż albo wypatrzonych na Google Maps fortyfikacji, trzeba się nieźle napocić przy manewrowaniu autem. Właśnie – atrakcje Vis to pozostałości po jugosłowiańskim wojsku. Długie lata wyspa nie była dostępna dla szarego obywatela z zewnątrz – stacjonowało tutaj wojsko i praktycznie posiadało całą wyspę na swoją wyłączność. Część historycznych bunkrów po IIWŚ zaadoptowało do swoich celów, część fortyfikacji wybudowała od nowa. Po odejściu wojska zostało to wszystko nie zagospodarowane i nie pilnowane. Można trafić na przewrócone, zardzewiałe tablice ostrzegawcze, krążą miejskie legendy, że eksploracja jest niebezpieczna, bo część obiektów jest wciąż zaminowana – zatem to wciąż jest turystyka dzika, choć w paru miejscach mijałem zorganizowane grupy wożone przez lokalnych biznesmenów – partyzantów. Obiekty powojskowe nie są w żaden sposób zabezpieczone czy oznakowane pod turystykę, więc zalecam ostrożność przy eksploracji, ale generalnie jest tu bogato i atrakcyjnie. Nabrzeżne stanowiska ogniowe i obserwacyjne połączone podziemnymi korytarzami, intrygująco wkomponowane w skalny krajobraz wybrzeża występują licznie na wyspie. Do tego perełka – podziemny schron dla łodzi podwodnej! Zachowany w doskonałym stanie, łatwo dostępny i do tego położony w bardzo ładnej zatoczce! Wart odwiedzenia!

Jeżeli miałbym podsumować wyprawę na Vis to powiedziałbym, że to miejsce idealne na tygodniowy wypad, raczej nie tylko poświęcony nurkowaniu, ale i turystyce lądowej. Na pewno warto poszlajać się po uliczkach miasta Vis, bo to kawał pięknej historycznej architektury. Warto zajrzeć do Komiży – mniejszej, ale równie uroczej miejscowości po drugiej stronie Vis. Warto zajrzeć w różne części wyspy by obejrzeć kamieniste plaże. To, czego nie zrobiłem, a żałuję – to pewnie następnym razem wziąłbym jakiś wodny środek transportu i popłynąłbym posnurkować w jednej z licznych grot dostępnych od strony morza. Vis będę wspominał miło głównie ze względu na dość leniwą atmosferę spokoju, pomimo wakacyjnego szczytu sezonu i za ten kolor i zapach morskiej wody. Czy tu wrócę? Mam nadzieję, bo mam tam niezrealizowane spotkania z kilkoma ciekawymi wrakami.

Brioni
Aperture: 5
Camera: ILCE-7M4
Iso: 640
« of 44 »

Prom Jan Heweliusz – nurkowanie z historią

Piątek, 7 lipca, 2017 rok. Kołobrzeg, godziny wieczorne.

Samochody powoli zjeżdżają się na wąską uliczkę Węgorzową. Z aut wysypują się nurkowie. Zaczynają nosić butle, balasty, obszerne torby ze skafandrami, skrzynki ze sprzętem. To tutaj do nabrzeża zacumował „Doktor Lubecki”. Mój bus zatrzymuje się za pozostałymi autami. Nie jesteśmy pierwsi, dotarliśmy jakoś krótko po 20:00, mając za sobą wyjątkowo dłużącą się podróż drogami lokalnymi. Niezależnie, czy wybrało się trasę na pomorze, czy na Poznań, dużą część trasy trzeba było pokonać ciągnąc wąskimi drogami lokalnymi aż do Kołobrzegu. Nawet teraz, pomimo rozwoju dróg ekspresowych i autostrad trasa do Kołobrzegu z Warszawy zajmuje ponad sześć godzin.

Widok naszego statku spowodował, że jakiekolwiek zmęczenie zniknęło wyparte z krwiobiegu solidnym zastrzykiem adrenaliny. O to statek, który zabierze nas na Heweliusza. Nasz morski transport. Pierwsze wrażenie to mieszanina skrajnych uczuć. Lubecki to nie wycieczkowy statek dla turystów, tylko robocza krypa dostosowana do nowych zadań.

Pokład Lubeckiego. 2021r

Lubecki.

Oparty o sprawdzony projekt z lat 60tych, kuter typu B25s, wybudowany w 1968 roku dla Morskiego Instytutu Rybołóstwa (stąd pierwsza nazwa MIR-1) w Gdyńskiej Stoczni Remontowej. W 1987r. zaadaptowany do zadań naukowo badawczych i używany długie lata przez Instytut Morski (jednym z jego kapitanów był znany mi dobrze Benedykt Hac) do badań prowadzonych na Bałtyku. W 2007r. przechodzi w prywatne ręce i używany jest do celów rekreacyjnych – głównie połowów wędkarskich i właśnie wypraw nurkowych.

Statek wygląda dokładnie na swoje lata, guzowata, nierówna blacha poszycia, którą ktoś chyba próbował dostosować do kształtu młotkiem, ozdobiona długimi rdzawymi zaciekami, pokład przystosowany do prac na morzu, a nie wylegiwania się na leżakach, wysoka na 3m nad poziom wody burta, jeszcze wyższy kasztel dziobowy i pokład rufowy ze sterówką. Kabiny ciasno zabudowane piętrowymi kojami, tu nie ma miejsca na luksusy. Jest jednak mesa, w której serwują pyszne posiłki, są toalety z umywalkami. Da się żyć, ale ma to więcej wspólnego z solidną robotą na morzu a nie rekreacją. Mi od razu udziela się ten klimat, w myślach naiwnie staję się prawdziwym wilkiem morskim. Wypływamy o północy, jeszcze wcześniej kilka ważnych informacji odnośnie ogólnej obecności na statku – w tym jakże ważne procedury awaryjne, ratunkowe – tu szalupy, takie sygnały będą nadane w przypadku konieczności opuszczenia statku, tu gromadzimy się w czasie ewakuacji. Idziemy spać kołysani przez morze i tuleni do snu równym, głośnym warkotem silników diesela.

Doktor Lubecki w 2017r

Wstajemy wcześnie, nie potrzebujemy zachęty do pobudki. Ciągłe zmiany pracy silnika oznaczające precyzyjne manewry, dzwonki na pokładzie oznajmiają, że jesteśmy na pozycji Heweliusza.

Pierwsze spotkanie z Heweliuszem.

Jest pogodny, mglisty poranek, sobota 8 lipca 2017r. Wypadam na pokład, po drodze łapiąc tylko jakąś słodką bułkę i jogurt. Porządne śniadanie będzie po pierwszym nurkowaniu. Teraz czas na zanurzenie. Wyszukuję swój sprzęt. Uprząż z automatami, workiem i butlami już zmontowana na ławce, zaształowana do relingu. Jednak worki z ocieplaczami i suchymi skafandrami tworzą malowniczy kopiec w przejściu z mesy na pokład. Do tego trzeba odnaleźć ikeowską torbę z latarkami i gopro, upewnić się, że wszystkie baterie naładowane i zamontowane, a obudowy uszczelnione. Podział nurków na zespoły, kolejność wychodzenia do wody (konieczność wykonania skoku w pełnym sprzęcie z wysokości prawie trzech metrów budzi emocje) i już można dopinać skafander, ubierać się w sprzęt.

Ciężarówki na dnie.

Skok do wody, spotkanie z partnerem, ostatnie sprawdzenie sprzętu i sygnał „zanurzamy się”. Zanurzamy się przy boi, pod którą idzie lina opustowa opadająca do wraku. Na jej końcu znajduje się prosiak – solidny ciężarek rzucony przez załogę. Powinien znajdować się przy wraku. W głowie kotłujące się myśli: czy dobrze go rzucili, czy go nie zniosło, gdzie dokładnie wypadnie nam zacząć zwiedzanie? W końcu widzę płaszczyznę. Ogromną. Czy to dno usłane muszlami omułek? Za płytko na dno. To burta Heweliusza! Jest jasno, znajdujemy się na głębokości dziesięciu metrów. Wrak leży na lewej burcie, przy dnie jest około dwadzieścia pięć metrów. Woda na odsłoniętej burcie ma niezłą przejrzystość, jednak czuć tam zawsze prąd – czasem nawet dość mocny. Jak schodzimy głębiej, chowamy się w rumowisku, prądu nie czuć, ale znajdujemy się w cieniu rzucanym przez sylwetkę wraku, jest ciemniej, mamy wrażenie słabszej wizury. Na początku długo jest trudno rozeznać się co jest czym. Jestem rozczarowany tym, że rumowisko nie wygląda tak pięknie jak na zdjęciu znalezionym w sieci. Nie jestem w stanie rozpoznać kabin ciężarówek, fragmentów wagonów ani statku. Wszystko jest wymieszaną masą tworzyw, stali, kabli, gumy i przykryta grubą warstwą muszli różnych skorupiaków.

Wpływamy do środka.

Pokład towarowy rozpadł się, rozdarty pod naporem ciężarówek i wagonów. Wszystko runęło najpierw na lewą burtę, potem na sufit, kiedy prom obrócił się do góry stępką w czasie, kiedy tonął. Dostęp do pokładu towarowego leżącego na boku Heweliusza nie nastręcza więc żadnych problemów. Do tej części można wpłynąć wyrwą po rufowej rampie załadunkowej, albo licznymi wyrwami w górnej części kadłuba. Wpływając do środka ma się wrażenie przebywania w jakiejś piekielnej katedrze. Jest dość mrocznie, ale przejrzystość wody jest zdecydowanie lepsza niż na zewnątrz. Wystarczy kilka źródeł światła, do tego w tle majaczy butelkowa zieleń toni i mamy możliwość rozejrzenia się w rumowisku wagonów i naczep. Tutaj dość szybko człowiek wyłapuje szczegóły i rozpoznaje kształty. Zwłaszcza, że plandeki TIRów wyglądają jakby zatonięcie miało miejsce kilka miesięcy temu. Napisy reklamujące firmy przewozowe i logistyczne są w wielu miejscach okrutnie czytelne.

Wpływamy do części załadunkowej

Po odwiedzeniu rumowiska na zewnątrz i wewnątrz części załadunkowej warto się udać na dziób i zwiedzić odsłoniętą burtę promu, w okolicach dziobu. Poszukać śladów napisu „Jan Heweliusz”. Nadbudówka jest widoczna, ale część sterówki oderwała się, kiedy prom obracał się do góry dnem. Tu też jest kilka miejsc, gdzie można zajrzeć do środka, ale przestrzenie są dość ciasne i nie ma pewności dokąd prowadzą, więc lepiej nie ryzykować.

Napisu już próżno szukać. Widać ślady długiego niebieskiego pasa idącego przez całą długość kadłuba, ale to wszystko, co udaje się znaleźć pod grubą warstwą skorupiaków. Zwykle na miejscu wystarczają dwa dłuższe nurkowania. Nie bardzo jest potem co robić na wraku, chyba, że ktoś planuje konkretną penetrację wnętrza. Już wtedy było to kontrowersyjne. Mowa była o zalegających wewnątrz resztkach paliwa, które zastygło w galaretowatej postaci przy dnie i każdy ruch w środku powoduje jego wyciek na zewnątrz. Przy ostatniej wyprawie w 2021 roku obecność jednego z podmorskich gazo czy ropociągów powodowała, że Niemcy dostawali białej gorączki jak tylko pojawiali się nurkowie w okolicy wraku. Ich ruchy wewnątrz powodowały wydostawanie się resztek paliwa a te z kolei uruchamiały wszystkie alarmy przy instalacji podmorskiego połączenia. Jednak człowiek ma ciągłą ochotę wracać do wraku promu. Z każdą kolejną wyprawą odkrywa nowe szczegóły, uczy się rozpoznawać, co było szoferką ciężarówki, co wagonem, co ładunkiem. Najłatwiej jest rozpoznawać kształty kół ciężarówek. Każda kolejna wyprawa to nowe odkrycia. Miewam wrażenie, że wrak się zmienia. Leży dość płytko, więc pływy z pewnością odciskają swoje piętno na konstrukcji. Pamięć też jest zawodna. Szukam znanych sobie przejść by odkryć je w zupełnie innych częściach, nie pamiętam, gdzie odkryłem charakterystyczną plandekę ciężarówki z napisem Scansped.

Słynny już napis na plandece

Inne wraki i nurkowania z Lubeckiego.

Nurkowania z Lubeckiego niezależnie od tego, czy były realizowane na wraku Heweliusza czy innych niesamowitych wrakach to była zawsze niezwykła, morska przygoda. Ustalanie zespołów, harmonogram wejść do wody, logistyka. Wszystko smakowało poważnym przedsięwzięciem. Łódka z resztą fajnie sprawdza się na wyprawach. Jest miejsce na zmontowanie i trzymanie sprzętu. Między nurkowaniami butle ładowane są ze sprężarki długim przewodem, więc nie ma powodu przemieszczać ciężki sprzęt. Owszem, do wody trzeba wyskoczyć z pokładu oddalonego od tafli jakieś trzy metry, ale powrót na pokład odbywa się wygodną, elektryczną windą. Solidna klatka zjeżdża do wody, można do niej wpłynąć, stanąć i dać sygnał operatorom, że można wyciągać klatkę. Bywały rejsy, że zafalowanie było na tyle mocne, że samo trafienie w klatkę było przygodą. Do tego zawsze miło wspominaliśmy posiłki serwowane przez kuka pokładowego. Nigdy jedzenia nie brakowało, było różnorodne, bogate i sycące. Aż żal było nie jeść, kiedy podróżników dopadała choroba morska. Bałtyk charakteryzuje się dość krótką falą. W warunkach gorszej pogody fale potrafią naprawdę mocno rozkołysać łódkę pokroju „Lubeckiego”, stąd co najmniej jeden powrót z nurkowań wspominam dość niemile. Nie dopadły mnie nudności, nie zbierało mi się na wymioty, ale ciągłe falowanie wprawiło mnie w stan strasznej irytacji i doprowadziło do mocnego bólu głowy. Bywały jednak wyprawy, gdy Bałtyk bardziej przypominał spokojne jezioro, fali nie było prawie w ogóle. Zwłaszcza wieczory, kiedy przy zachodzącym słońcu wpływaliśmy po spokojnej tafli do portu w Nexo. Te rzeczy zostają najdłużej w pamięci.

Kolejne wyprawy.

Od pierwszej wyprawy starałem się organizować wyprawy na Heweliusza przynajmniej raz do roku. Zainteresowanie zawsze było duże i zapełnienie Lubeckiego dwudziestoma paroma nurkami nigdy nie nastręczało większego kłopotu. Zwłaszcza, że oprócz samego promu arcyciekawie zawsze jawiły się wraki wokół duńskiego Bornholmu. Bornholm był bardzo często uzupełnieniem programu weekendowego. Jeden dzień na Heweliuszu, drugi na Bornholmie. Lubecki miał tam swój drugi stały port, w małej portowej mieścince Nexo, obok której leży prześliczny wrak statku handlowego nazywanego Affaire. To XIX wieczny galeas ze świetnie zachowanym pokładem i resztką omasztowania, który robi niesamowite wrażenie stanem zachowania drewna. Do tego obecność dużych wraków na trasie Bornholm – Kołobrzeg: majestatycznego Halstenbeka, czy dziwacznej pogłębiarki Refuller. Bywały rejsy, na których w zasadzie bardziej interesowały nas inne wraki. Planowałem też co najmniej jeden rejs bez wizyty na Heweliuszu. Przyszedł jednak COVID. Rynek turystyki wrakowej stanął. Potem przyszła napaść Rosji na Ukrainę, ceny paliwa poszybowały w górę. Nikt nie chciał pływać na wraki przy astronomicznych cenach. Łódki wożące dotąd nurków musiały skupić się na alternatywnych źródłach dochodów. I okazało się, że jest co robić. Prace „off-shore”, czyli rozliczne badania dna bałtyckiego, stawianie farm wiatrowych i inne prace na otwartym morzu okazały się dużo pewniejszym źródłem zarobkowania dla operatorów łódek, w tym dla „Lubeckiego”. Kilka rejsów turystycznych zostało odwołanych jakoby z powodu awarii napędu lub innych problemów, ale w środowisku mówiło się, że Lubecki ma lepszą robotę, do której zlecający wezwał go wcześniej niż było w planach i tak się skończyło. Rejsy nagle ustały. Ja co roku piszę lub dzwonię do Tomka Kurzawskiego, jednego z właścicieli „Lubeckiego” i pytam o rejsy. „Kuba, w tym roku nie”. Nie będą pływać z nurkami. Po pierwsze, są inne roboty, gdzie płacone jest nawet jak łódka stoi w porcie, do tego sytuacja na morzu, a zwłaszcza w okolicy gazociągów i ropociągów jest nerwowa. Kontrole są co chwila, podejrzenie, że ktoś znowu zechce sabotować któryś z rurociągów jest wysokie. Tomek opowiada, że bywały rejsy, że w zasadzie co chwila byli kontrolowani, sprawdzani. Kontrole nasyłali Niemcy, Duńczycy, Polacy. Wszyscy.

Lubecki w 2021r.

Rozpoznanie tematu alternatywnego środka transportu na Heweliusza póki co nie przyniosło żadnego rozwiązania. Niemieckie łódki jeżeli pływają na Heweliusza to robią to bez rozgłosu, nikomu się nie chwaląc. Z Bornholmu nikt nie wypływa. Lokalne bazy mogą zorganizować nurkowania co najwyżej na wrakach wokół wyspy. Nikt z Polski nie planuje rejsów na „Jana Heweliusza”.

A ja niebawem pewnie znowu zadzwonię do załogi „Lubeckiego” z nadzieją, że usłyszę: „Wiesz co, Kuba, chyba w tym roku czas popłynąć”. Czego sobie i wam życzę.

Lubecki w porcie w Nexo

Harpunem w układ

Ta historia przykuwa moją uwagę od dłuższego czasu. Nie dotyka ona dziedziny nurkowania, którą ja uprawiam, więc nie dotyka mnie bezpośrednio, jednak nurkowanie zawodowe, czyli prace podwodne to bardzo ciekawa część świata podwodnego. Moje zainteresowanie wzięło się z tego, że znam bezpośrednio zaangażowanych w ten konflikt ludzi i znam podobne historie z innych dziedzin podwodnych.

Wszystko zaczęło się od poznania chłopaków z Harpuna. Przyjechali na Deepspot EXPO 2024, zrobili masę fajnej roboty dosłownie wylewając litry potu i pracując jak w ulu by jak najwięcej osób chętnych (a tych nie brakowało) mogło zobaczyć, jak nurkuje się w sprzęcie do prac podwodnych – czyli hełmie z kabloliną, czy masce pełnotwarzowej połączonej radiowo z powierzchnią. Uwijali się jak w ukropie, dosłownie nie mieli za dużo chwil do wytchnienia i widać było po nich, że robią to z ogromnym entuzjazmem. Na etapie rozmów o ich uczestnictwie nie było rozmów o tym, co oni z tego będą mieli, nie było zastanawiania się, ile dzięki temu mogą sprzedać kursów i tak dalej. To czysto wizerunkowa akcja, pokazanie się światu – tak wygląda praca pod wodą. Bardzo zjednali mnie tym podejściem. Podobało mi się ich zaangażowanie i autentyczna chęć zrobienia fajnej roboty.

Już gdzieś wcześniej od kogoś słyszałem, że środowisko szkolące nurków zawodowych to dość zamknięta grupa, że każdy tylko i wyłącznie myśli o własnym ogródku, że patrzy wilkiem na konkurencję. Każdy każdemu przykleja łatkę: ci są drodzy, robią trochę na odwal się, ale nie ma większych problemów, tamci mocno dokręcają śrubę, ale nie bardzo się to przekłada na realia pracy potem i tak dalej. Dość podobne historie dotyczą mojego środowiska szkolącego nurków sportowych – czyli nurkujących dla własnej przyjemności. Im większe pieniądze do zarobienia, tym opinie bardziej skrajne i ciężar zarzutów (oczywiście przekazywanych pokątnie, w kuluarowych rozmowach a nie na forum ogólnym) większy.

I tu zaczyna się historia walki Harpuna o miejsce na rynku, a dokładnie o byt na rynku uzależniony od potwierdzenia nabywanych uprawnień. Inaczej niż w nurkowaniu rekreacyjnym nurkowie zawodowi po odbyciu szkolenia w którymś z ośrodków udają się na egzamin państwowy przed niezależną komisją powoływaną przez Urząd Morski, czyli państwową instytucję. Kłopot polega na tym, że Harpunowi kursanci nie bardzo są w stanie na taki egzamin się dostać:

WIRTUALNA POLSKA: WIELKA AWANTURA O RATOWANIE GÓRNIKÓW

Oczywiście druga strona nie pozostaje dłużna i oskarża Harpuna, co kończy się zabraniem uprawnień Harpunowi do szkolenia nurków zawodowych. Ten artykuł jest niestety płatny:

GAZETA WYBORCZA: INTRYGI W ŚRODOWISKU NURKÓW ZAWODOWYCH

Zachęcam do zapoznania się z oboma artykułami. Jako, że drugi jest płatny, przytoczę w skrócie opisany tam wątek.

Artykuł szerzej opisuje nieprawidłowości, jakie zgłoszono do urzędu, który wydał decyzję o cofnięciu uprawnień. Nieprawidłowości zgłasza jeden konkretny kursant, któremu zaliczono więcej nurkowań niż to miało miejsce w rzeczywistości i że część nurkowań to były po prostu sprężenia w komorze dekompresyjnej.

Z tego, co zdążyłem zorientować się to przepisy dopuszczają odbycie części szkoleń w formie sprężenia w komorze, ale rzeczywiście ilości nurkowań mogą budzić wątpliwości.

Wspomina się o wcześniejszych zgłoszeniach i incydentach odnośnie działalności Harpuna, które pokazują na braki w szkoleniach, skracanie ścieżki edukacji i powodowanie niebezpiecznych sytuacji.

Rozumiem kaliber oskarżeń, rozumiem wagę tej decyzji na podstawie tych oskarżeń, ale brakuje mi w tym artykule miejsca na to by Harpun mógł wystąpić w swojej obronie – tak jak i w świetle decyzji – Urząd nie dał miejsca Harpunowi do obrony, do wyjaśnienia. I to chyba w tym wszystkim mi się najbardziej nie podoba.

Co zabawne, pod moim wpisem opisującym ten artykuł od razu pojawiły się wpisy pokazujące rzeczywistość z drugiej strony. Cytuję wpisy (pisownia oryginalna):

„Sprawa z tym kursantem wygląda tak, że ja byłem na tym kursie, i po fakcie połączyłem kropki. Kolega ok. 22 letni przychodzi na kurs i cały miesiąc (!!) nagrywa wszystko dyktafonem (w ukryciu, czaicie, razem paliliśmy i plotkowaliśmy, a on się nawet nie zająknął), co udostępnia później UM razem z „doniesieniem”. Spóźnia się na każde bezwzględnie zajęcia w wodzie (co powoduje początkowo nasze żarty, bo nie uczestniczy w noszeniu sprzętu), ale w praktyce dezorganizuje harmonogram i powoduje że kończymy dużo później, czasem nie wyrabiając się przed burzą (czerwiec był fatalny pogodowo). Tak jak i ja ma uroczystość rodzinną, więc traci razem ze mną dzień nurkowań, więc zaczyna mnie nagabywać abyśmy razem wymogli na Robercie podpisanie nurów bez nurów. Nie zgadzam się, z resztą w żartach z naszej strony, Robert kategorycznie odmawia jakichkolwiek dywagacji na ten temat. Później przyjeżdża specjalnie dla nas na 7 zrobić te dodatkowe nurkowania. Kolega oczywiście się nie pojawia. Dodam że koleś, który nigdy nie nurkował, składa profesjonalne zawiadomienie do UM, jakoby nie był przygotowany do egzaminu, na 30 stron z własnymi interpretacjami ustawy i skomplikowanymi wyliczeniami roboczogodzin, procedur itp… Skontaktowałem się z dziennikarzem Gazety, który to pisał, stwierdził że zauważył dziwne koincydencje… Szkoda że ich nie opisał, tylko dał „relację pokrzywdzonego Kacpra”….. Generalnie sprawa skrzywdziła wielu kursantów, którzy ciężko pracowali przez miesiąc. Ale układy są ważniejsze.”

„Ta sprawa to jedno wielkie bagno UM i układów. Wytłumacz mi jak można wyznaczyć nam egzamin, 14 dni do przodu, następnie wejść z kontrolą (na 3 dni przed egzaminem), która przekracza dopuszczalny czas 60 dni (!!) (tłumaczenie że urlopy itp), następnie wydać decyzję o rozpoczęciu nowej edycji kursu (wiedząc już że go zablokują) i przekazać decyzję (bez wyjaśnienia) pocztą w połowie kolejnego kursu. Przecież to na kilometr śmierdzi chęcią uwalenia finansowego ośrodka, tak aby się więcej nie pozbierał. Ale widać takie mamy urzędy w Polsce…”

Właśnie przed chwilą Kamil z kanału „Spod Wody” opublikował ciekawy wywiad z Robertem Poleskim z Harpuna, który opisuje bliżej sytuacje z ich punktu widzenia. Oczywiście, to jest subiektywna ocena z jednej strony, więc obaj z Kamilem pracujemy nad tym by w podobnym tonie mogły wypowiedzieć się osoby z drugiej strony.

Jeszcze na koniec zapraszam na stronę lub profil Harpuna, gdzie opublikowali swoje oświadczenie i można śledzić sprawę na bieżaco:

https://www.facebook.com/OSPPHarpun

https://www.osppharpun.pl/

Podsumowując, chcę, żeby to jasno wybrzmiało. Ja nie chcę bronić Harpuna, jeżeli oskarżenia okażą się prawdziwe, jeżeli potwierdzi je sąd, to ja to doskonale zrozumiem. Jednak kaliber kontroskarżeń też jest solidny, a najsłabsze w tym wszystkim jest podejrzenie, że Urząd Morski nie jest niezawisłym i obiektywnym ośrodkiem kontrolującym prawidłowość procesu nabywania uprawnień.

To jest wątek, który mi się w tym wszystkim najmniej podoba. Chciałbym, żeby te i Kamila publikacje przynajmniej doprowadziły do wyjaśnienia tych wątków. Bo w to, że konkurencyjne wobec siebie ośrodki szkolące nurków przestały na siebie nawzajem „nadawać” i wzajemnie się oskarżać, zwyczajnie już nie wierzę. Trzeba to po prostu uznać za pewnego rodzaju folklor.

Deepspot EXPO

Expo już za mną. Kilka miesięcy tęgiej nerwówki, czy uda się wszystko spiąć i nic się nie wyrypie, potem w zasadzie trzy dni tylko i wyłącznie życia EXPO. No i koniec. Ciach, emocje opadają, wystawcy się rozjechali. To już? Tak szybko? Nie wiem, kiedy to minęło.
A jak to podsumować można? Krótkim montażem obrazków znad i spod wody. 🙂

I po letnim NFM a przed Deepspot EXPO

Naprawdę chciałbym wrócić do regularnego pisania bloga, ale coś ostatnio literki mi się nie składają tak naturalnie jak kiedyś. Jakby mi ktoś zabrał tak z 50% mojej niegdysiejszej pisarskiej inwencji. Czasami ciężko mi złożyć pięć sensownych zdań na temat kursów, które rozwijam w ramach działalności instruktorskiej na Nurklub.pl.

Ale nie o tym miało być. Letnia edycja NFMu za nami. Wyszło, a jakże! Z takimi ludzikami jak Kamil „Jakuza” Jaczyński nie mogło nic się popsuć. Bogaty plan rozrywkowy okazał się za bogaty. Nie przewidzieliśmy, że ludzie w lato jednak będą woleli ponurkować zamiast brać udział w dziwnych aktywnościach wymyślonych przez naszą ekipę. Ludzie więc po prostu dużo nurkowali, a że było ich nie mało to i wystawcy mieli trochę roboty. Zdołaliśmy jednak rozegrać próbne zawody nurków na SUPach i zabawę w kierowanie pracami „podwodnymi”. Konkurencje mogą być ciekawymi propozycjami na kolejne edycje.

Udało mi się zgromadzić całkiem sympatyczny zestaw przedstawicieli polskiej branży nurkowej:

Był Krzysiek „Kriss” Motyka odpowiedzialny za promocję marek oferowanych przez ECN Systemy Nurkowe (duży dystrybutor takich marek jak m.in.: BARE, Atomic, Hollis, Zeagle). Przywiózł sprzętu tyle, że ledwo mieścił się pod swoim namiotem. Z tego, co obserwowałem, miał duży ruch na skafandrach, więc tym razem Santi miało mniej do roboty.

A Santi oczywiście było, czyli Kuba Janowicz z przeglądem różnych produktów oferowanych przez gdyńskiego producenta sprzętu. Trochę systemów grzewczych (choć to lato, to jednak o grzaniu nie można było zapominać), skafandry, ocieplacze i dodatki.

Do tego miałem na miejscu Marcina Bramsona z Deep Adventure z ofertą marek Seacraft (całkiem skowyrne, ale okrutnie drogie skuterki), Toddy Style („niekoszerny” side-mount 😉 ), Divesoft – Liberty (rebreathery) i Halcyon (rebreather na klatę czyli tzw. chest-mount). To ostatnie to o tyle ciekawostka, że czołowi producenci rebów wrzucili do swojej oferty po takim rebriderku zakładanym na klatkę piersiową. Nie jest to w sumie żadna nowość, bo po pierwsze – od właśnie takich tlenowych konstrukcji zaczynali nasi pradziadowie, a potem wojsko dość sprawnie rozwijało tą technologię. W nurkowaniu „przyjemnościowym” dopiero ta idea szuka swojego miejsca na rynku, głównie jako dobry pomysł na zestaw podróżny (rebriderek jest naprawdę malutki) i jako sprzęt dodatkowy. Wadą tego patentu jest niezbyt fortunne miejsce mocowania. Nie po to pozbywamy się wszystkiego z brzucha i piersi (rezygnacja z jacketów na rzecz skrzydeł) by montować sobie na nich mało zgrabne pudełko z rurami od odkurzacza.

Były jeszcze latarki – tutaj Hi-max jak zwykle, ale też XTAR, czyli chińska oferta oświetleniowa od polskiej firmy BTO, którą reprezentował Janusz Paradowski. To pewnie nie był najlepszy moment na testowanie latarek, bo dni były dość długie, słoneczne, a pod wodą zaskakująco fajna wizura.

Do tego IDF – czyli polska federacja szkoleniowa reprezentowana przez Daniela Popławskiego. I troszkę rzeczy od lubianego przeze mnie Kwarka – grzewcze rękawice, kamizelki, walonki.

Było więc co oglądać, z kim rozmawiać i co testować. A do tego oczywiście kilka ciekawych prelekcji, wszystkie zahaczające o historię: Daniel Popławski opowiedział o historii dekompresji, Marcin Bramson o historii konfiguracji side-mount, Paweł Laskowski – o letnich obozach szkoleniowych w czasach PRLu i na koniec Łukasz Jaczun fajnie domknął wątkiem nurkowego Do It Yourself w czasach, gdy nie było niczego, czyli jak sobie polscy nurkowie radzili w czasach komuny i wiecznych braków sprzętowych.

A ja już myślami na EXPO w Deepspot. Bo w końcu wrzesień już. A jak wrzesień do Deepspot EXPO. A tu znowu masa roboty, bo wystawców nie brakuje. Pozwolę sobie tutaj zareklamować wydarzenie, może ktoś się zainteresuje tematem i zechce zajrzeć na EXPO. Będzie mi niezwykle miło.

Zapraszam do Deepspot, 27-28 września. Przyjdź i przywitaj się. 🙂

Letnia edycja Nurkowego Festiwalu Mocy

Ponownie organizuję Nurkowy Festiwal Mocy, tym razem jednak padło na lato! W zimę też się spotkamy, ale bardzo chciałem zrobić też letnią edycję, na której będą mogli się pojawić nowi uczestnicy – ci, którzy w zimę nurkują co najwyżej w Deepspot, albo za granicą. Do tego będzie można zaprosić większą liczbę wystawców, którzy spokojnie ze swoją ofertą będa mogli się rozstawić w namiotach przed budynkiem głównym.

Przy okazji tej edycji chcemy mocno nawiązać do polskiej tradycji obozów nurkowych. Chcemy nie tylko przybliżyć Wam ich historię (jeżeli się uda, zrobimy wystawę fotografii), ale też stworzyć z Wami klimat takich obozów.

Będą więc zawody, będą konkurencje związane z nurkowaniem. Będziemy mieli wyścigi powierzchniowe, zadania podwodne, będą też konkurencje dla nienurkujących. Będzie można sprawdzić jak się kieruje nurkiem zawodowym, będzie można wykazać się w nawigacji.

Dla fanów spotkań i prelekcji przygotowujemy też atrakcje. Będzie m.in. Daniel Popławski z opowieściami o historii dekompresji. Będzie też panel wynalazców DIY.

A co będzie można potestować? Z jakimi wystawcami spotkać?

Na liście wystawców mamy:

Centrum Techniki Nurkowej Gdynia z kapturami K01

Deep Adventure z ofertą sprzętową Divesoftu, Liberty i skuterami Seacraft.

ECN-Systemy Nurkowe z markami m.in. Atomic Aquatics, Bare, Hollis, Oceanic, Zeagle, Oceama.

BTO Sp. z o.o. z ofertą oświetlenia XTAR

IDF ze swoją ofertą szkoleniową.

SANTI Diving z ofertą marek Avatar: diving made easy i SANTI Diving.

Zapraszamy, szczegóły TUTAJ

Garmin x50i – nowy potwór w ofercie

Garmin nie zatrzymuje się i wciąż prze do przodu z budowaniem oferty dla nurków. Jest to też wreszcie pełnoprawny komputer nurkowy a nie zegarek z funkcjami komputera. To już nie fajny gadżet, nie zabawka dla bogatych, ale solidny sprzęt dla poszukujących dobrego komputera nurkowego z mocnym wyświetlaczem i wszystkimi właściwymi parametrami potrzebnymi nurkom początkującym i nurkom doświadczonym.

4. marca miałem okazję wciąć udział w wydarzeniu GARMINa w Deepspot, które miało pokazać możliwości nowego komputera nurkowego ze stajni Garmina – X50i.

Garmin Event w Deepspot
Garmin Event w Deepspot

Pełny opis funkcji i możliwości na stronie producenta: TUTAJ.

Ja tylko w skrócie podam, że komputer obsługuje jeden gaz, wiele gazów, dodawanie gazu w trakcie nurkowania, nurkowanie rekreacyjne, dekompresyjne (ZHLC 16c, ustawiane GF) w pełni konfigurowalne, ma planer nurkowań (NDL i nurkowania dekompresyjne), łączy się równie sprawnie z telefonem jak zegarkowe komputery Garmina.

Ekran świeci odpowiednio mocno – mamy z resztą kilka trybów świecenia, możemy konfigurować ekrany. Dodatkowymi bajerami są mapy, komunikacja SubWave i możliwość podłączenia transmitera.

Sam komputer to solidna cegła z dużym wyświetlaczem. Łapiemy go na przedramieniu dwoma elastycznymi paskami zapinanymi na klamry. Do obsługi menu mamy cztery przyciski umieszczone na dolnym rancie obudowy (żegnajcie problemy użytkowników pierścieni suchych rękawic w suchych skafandrach).

Znakomitą informacją jest cena – komputer wyceniony został na 6700zł brutto. Wychodzi więc taniej niż zegarkowy Descent Mk3i i troszkę drożej niż Shearwater Perdix 2.

Jestem użytkownikiem i Shearwatera i Descenta Mk3i, więc przesiadka na X50i nie była dla mnie problemem. Konfiguracja podstawowa to kilka kliknięć i możemy nurkować. Obsługa pod wodą jasna, komunikaty odnośnie przystanków, tempa wynurzania, zbliżania się limitów i inne alerty – czytelne.

Komunikaty na ekranie w trakcie głębokiego zanurzenia.
Alerty odnośnie limitu.
Komunikaty odnośnie przystanków deko (komputer celowo ustawiony na GF 20/70)
Najwyższa jasność ekranu
Średnia jasność
Najniższa jasność – „nurkowanie nocne”

Jeżeli interesuje Was ten komputer, sugeruję wybrać się do Deepspot i spróbować nurkowania z tym urządzeniem. Jest możliwość wypożyczenia komputera na miejscu. Gorąco polecam!

Znowu Budapeszt, znowu Kobanya

Moja kolejna wyprawa do Budapesztu właśnie się zakończyła. Będzie to już bodajże moja szósta wizyta w tym miejscu! Miejsce mityczne, mroczne i niesamowite. Nie jest to nurkowanie dla każdego i nie każdy zrozumie moje uwielbienie do tego miejsca. Wysokie na ponad dziesięć metrów korytarze zalane wodą od podłogi do sufitu, ogromne komnaty, klatki schodowe, dziwne komnaty i masa sprzętu będącego niegdyś wyposażeniem kopalni skały wapiennej.

Pisemna historia tego miejsca sięga XIII wieku, ale wygląda na to, że wapień wydobywano w tym miejscu już dużo wcześniej. Generalnie cały ten dystrykt/dzielnica stanowił kiedyś ogromny obszar górniczy. System korytarzy rozrósł się przez lata do rozmiarów sporego miasta. Jednak trzeba pamiętać, że nie mówimy tu o niezbyt stabilnych kopalniach węgla rytych w ziemi, ale o systemie korytarzy wykutych w litej skale. Równe chodniki, szerokie i często niezwykle wysokie korytarze pozwalają samochodom poruszać się daleko wgłąb kopalni. Dlatego też gdy kopalnia przestała funkcjonować jako ośrodek górniczy, lokalny browar uczynił z korytarzy osobliwy magazyn na swoje beczki.

Obecnie kopalnia stanowi dość popularną atrakcję turystyczną dla zwiedzających jej suchą część oraz służy nam nurkom do podwodnej eksploracji. Z racji, że Budapeszt leży na źródłach termalnych, temperatura wody w kopalni utrzymuje stały poziom między osiem a dwanaście stopni. Nie jest to może upał jak w kopalni Molnar Janos po drugiej stronie Budapesztu (powyżej dwudziestu stopni), ale dalej stanowi miłą odmianę od zimnych wód w Polsce.

W kopalni nurkują nie tylko posiadacze certyfikatów „overhead” (cave/ mine diving), ale też doświadczeni nurkowie wód otwartych – na podobnych zasadach, jak w meksykańskich cenotach. Wystarczy być posiadaczem uprawnień na suchy skafander, deep diver, nitrox, być już na tyle doświadczoną osobą by nie mieć problemów z pływalnością – do tego móc używać dwóch niezależnych źródeł gazu oddechowego (twinset, sidemount, single tank + stage) i Kobanya stoi otworem. A dokładnie czterema. Lokacje udostępnione nurkom WO nie przedstawiają większych trudności technicznych, nie ma w nich żadnych zmyłek nawigacyjnych, zawsze jest prosta droga do ewakuacji i zawsze jest w miarę blisko do przestrzeni z dostępem do powietrza, zawsze też nurkowania odbywają się pod opieką lokalnego przewodnika.

Lokacje w wolnym tłumaczeniu:

  • Studnia – dwie ogromne komnaty, jedna nad drugą, połączone charakterystyczną studnią – okrągłym otworem o długości ok. 10m, który łączy obie komory. Jest tu też normalna i szeroka przestrzeń do nawigacji między oboma komorami. To jedno z trzech miejsc, gdzie nurkowanie odbywa się głównie w pionie, nie ma za bardzo okazji do pływania na dłuższym dystansie w poziomie. Najgłębsze miejsce w kopalni. Maksymalna głębokość 36m.
  • Zimna Woda – nurkowanie w pionie – ogromna klatka schodowa z dostępem do powietrza na powierzchni. Jest tu niezbyt długi, ślepy korytarz o imponującej wysokości dziesięciu metrów i małe pomieszczenie połączone zarówno z korytarzem jak i główną klatką. Miejsce z najzimniejszą wodą o temperaturze ośmiu stopni.
  • Park/ Park kut – fontanna parkowa. Większość zdjęć dostępnych w internecie pochodzi właśnie z tego charakterystycznego miejsca. Nurkowanie zaczynamy w ogromnej komnacie/kaplicy. Z pomieszczenia można zejść głębiej do niższej, niedużej komnaty, gdzie znajdują się bardzo charakterystyczne spiralne, metalowe schody. Z komnaty wychodzi też długi, wielopoziomowy korytarz. Nurkowie bez odpowiednich uprawnień pokonują tylko niewielką odległość tego korytarza.
  • Dwie dziury – znowu pionowe nurkowisko – coś jakby otwarta, ogromna klatka schodowa, z której wychodzą dwa wąskie i krótkie korytarze. Do obu da się wpłynąć, choć jest to dość emocjonujące przedsięwzięcie, ponieważ otwory wejściowe pozwalają zmieścić się jednemu nurkowi naraz.

Do wszystkich miejsc docieramy samochodem. Kopalnia jest udostępniona szerokiemu gronu, ale nikt specjalnie nie dba w niej o czystość, więc najwygodniej jest szykować się na nurkowanie na zewnątrz (wstępny montaż sprzętu, przebranie się w odzież nurkową). Baza nurkowa zlokalizowana na miejscu, z której zawsze korzystam, ma swoje ogrzewane pomieszczenia, gdzie można się przebrać, skorzystać z łazienki, napić herbaty, zrobić odprawę i nabić butle nitroksem.

Wewnątrz kopalni dojeżdżamy do nurkowiska, zakładamy tylko skafandry, wrzucamy sprzęt na plecy i do wody. Nurkowania trwają zwykle ok. 50min, potem wyjeżdżamy na powierzchnię naładować butle, przeschnąć i odsapnąć. Dobrze jest wygospodarować trochę wolnego czasu i w ograniczonym zakresie zwiedzić część suchą systemu. Skala miejsca bowiem robi niemałe wrażenie.

Warto pamiętać, że kopalnia mieści się w samym sercu miasta – w dzielnicy… Kobanya, która jest bardziej przemysłową, nowoczesną dzielnicą miasta, a zaraz nad wjazdem do kopalni góruje budynek browaru i osiedla bloków mieszkalnych. Mamy stąd bardzo niedaleko do wspaniałego, niezwykle ciekawego i atrakcyjnego turystycznie centrum miasta nad Dunajem. Warto tam wykonać dłuższe spacery wzdłuż rzeki: wejść na wzgórze Gellerta, górę zamkową, zrobić zdjęcie po zmierzchu pięknie oświetlonemu i spektakularnemu budynkowi parlamentu. Budapeszt jest jednym z ładniejszych miast Europy. Nawet osoby niezbyt przepadające za miastami tak jak ja, czują się w nim doskonale.

Zapraszam do obejrzenia moich zdjęć z wyprawy w poniższej galerii:

Kobanya - wjazd, baza nurkowa
« of 23 »