O ratunku w angielskim stylu

Nie każdy będzie miał okazję ratować komuś innemu życie, nikomu z resztą tego nie życzę. Raz na jakiś czas jednak zdarza się taka sytuacja, że ktoś wpadnie na pomysł by dostarczyć innym adrenaliny, sprawdzić, czy znajomi mają dobry refleks i przygotowanie. Sam zainteresowany też naje się stresu i zbliży się niebezpiecznie do cienkiej granicy by sprawdzić, czy jest jakieś światełko na końcu tunelu, o którym opowiadają niektórzy wyratowani. Nie wiem, po co to robić, ale cóż, niektórzy tak mają. Warto więc mieć choćby minimalne (ale zalecane jest co najmniej rozszerzone) przygotowanie, bo nikt nie zna dnia, godziny, ani osoby, która zechce sprawdzić nasze przygotowanie.
Moja przygoda miała miejsce przed wakacjami, ale opisuję ją dopiero teraz, po nabraniu odpowiedniego dystansu, a chcę ją spisać, zanim umkną mi szczegóły z mojej słabej pamięci, bo lekcja była to dla mnie odpowiednia. A może jeszcze kto z czytających na tym skorzysta.
Zacznijmy od tego, że katastrofa zawsze jest sumą różnych niesprzyjających warunków, uchybień, błędów. My to nazywamy zrządzeniem losu, niepotrzebnie mitologizując prozaiczne lenistwo, zmęczenie, głupotę czy rutynę. Mój „buddy” to nurek o opinii pożeracza butli, tam, gdzie inni są w połowie zapasów, tam mój „buddy” podobno jechał już na rezerwie, a większość nurkowań kończył na octopusie partnera. Na tym wyjeździe połączono go ze mną, tym samym podnosząc mi samoocenę, gdy przed całą grupą nurków mianowany zostałem doświadczonym nurkiem i dostałem pod opiekę kogoś ze słabszymi notowaniami. Dajemy pierwszego nura, idzie nam świetnie, bez żadnych problemów, kończymy nura z takim samym poziomem powietrza (starcza na drugiego nura), wszystko fajnie. Drugi nurek też raczej nie budzi zastrzeżeń. Dzień nurkowy kończymy imprezą i tu się przyznaję bez bicia, że tym razem przekroczyłem swoją linię i tego wieczora bawiłem się ciut za dobrze jak na przyjęte przeze mnie standardy zabawy przed nurkowaniem. Następnego dnia byłem mniej wypoczęty, czułem, że pod wodą muszę uważać, na bicie rekordów nie ma miejsca. Błąd numer jeden – było zrobić jakieś roszady, pójść z kimś bardziej doświadczonym ode mnie. Błąd numer dwa to brak sprawdzenia przed wejściem do wody. Pierwszy dzień poszedł tak dobrze, że odpuściliśmy sobie sprawdzanie sprzętu partnera. Po prostu ogólne „ok? ok.” i pod wodę. Idziemy spokojnie na cztery metry, zwiedzamy okolice, jest nieźle. Oglądam się za siebie – nie ma partnera. Patrzę w górę, jest na powierzchni – no ładnie – musiał wystrzelić jak torpeda, ciekawe, dlaczego. Nie widzę z dołu żadnych oznak problemu, czy kłopotów, więc zaczynam powoli wynurzanie, nie ma co szaleć, ani robić zamieszania. Wynurzam się i widzę walkę z kamizelką. Widzę też, że partner utrzymuje się głównie na powierzchni za pomocą płetw, że kamizelka nie jest do końca napompowana. Nie dociera do mnie jednak informacja, że partner ma problem z powietrzem w butli i że błaga mnie o podanie octopusa mówiąc „podaj mi rurkę”. Głupieję kompletnie, bo nie ma takiego scenariusza, czy komunikatu, który by omawiał podawanie jakiejś głupiej rurki drugiemu nurkowi. Jednak orientuję się, że idzie o octopusa. Sięgam po zestaw i próbuję go podać partnerowi, ten jednak co chwila zanurza się pod wodę. Ja mam dobrze napompowane skrzydło, jednak jego konstrukcja powoduje, że próbuje mnie obrócić to na plecy, to na twarz, więc w takiej sytuacji ciągnięty przez partnera sam znikam pod wodą. Próba wyciągnięcia go nad wodę i podania automatu nie daje rezultatu. Każdą próbę kończymy podtapiając się wspólnie – w końcu ja nie mam automatu w zębach, bo wynurzyłem się myśląc, że wszystko gra i wyjąłem go by zapytać, co jest grane. Łapię swój automat, łapię oddech i ściągam partnera pod wodę – tylko w tej pozycji udaje mi się podać mu automat zapasowy. Mamy oboje powietrze, znam zapas mojej butli, nie martwię się więc nim, bo jesteśmy blisko brzegu. W dodatku, niedaleko nas trzech doświadczonych chłopów przerabia kurs ratunkowy. Wciągam więc partnera na siebie i powoli płynę na plecach do brzegu. Jak już jestem naprawdę blisko nich, informuję ich o tym, że mam tu autentyczną sytuację awaryjną i mogą się wykazać. Chłopaki wykazują się, aż za nadto, trochę tak teatralnie przejmują poszkodowanego, wyciągają do brzegu i na rękach wynoszą na trawę po porzuceniu całego sprzętu. Ja sobie myślę, że robią teatr, a sam zachowałem niemal brytyjską flegmę w takiej sytuacji. Uznałem, że skoro panuję nad sytuacją, to nie mam co się wydzierać, doholuję do brzegu i nie będę robił szumu, grzecznie poinformuję o kłopotach niemal jakbym chciał to ubrać w słowa „mam nadzieję, że nie robię wam zbyt wielkiego kłopotu, ale widzicie, tygrys odgryzł mi nogę w nocy”. Można w tym miejscu zadać mnóstwo pytań. Ja na kilka potem wpadłem, chętnie zapoznam się z innymi. Niech każdy sobie przeanalizuje całą sytuację. Ja tylko dodam, że ostatecznie ustalono: a) partner pod wodą stwierdził, że automat przestał podawać powietrze, b) na brzegu okazało się, że ma przegryziony ustnik – nie wiadomo, czy było to przyczyną, czy skutkiem, bo c) miał ledwie odkręconą butlę – zrobił w roztargnieniu odwrotną czynność, najpierw musiał odkręcić prawidłowo butlę, potem o tym zapomniał, zakręcił i wykonał jeden obrót wstecz. Czyli zawór butli był ledwie uchylony. Zastanawiam się, czemu w tej konfiguracji problemy z dostępem powietrza nie pojawiły się wcześniej, w trakcie zanurzania. Może ktoś ma pomysły?
O co warto zapytać podsumowując całą sytuację:
Warto sprawdzać się za KAŻDYM razem? Warto. Właśnie po to ktoś to wynalazł, żeby ktoś przez własne roztargnienie nie zrobił komuś, albo sobie krzywdy.
Warto w takiej sytuacji od razu walić na powierzchnię i tutaj bić się ze sprzętem? Ja już wiem, że nie warto. Po to robi się na kursie masę ćwiczeń z rozwiązywania tego typu sytuacji pod wodą by potem zareagować prawidłowo. Warto to powtarzać i mieć dobrze przećwiczone, bo to ma być odruch, który ma nas powstrzymać od głupich decyzji. Tam pod wodą mój partner albo mógł mnie poinformować o problemach i poprosić o mój octopus, albo po prostu nie czekać, aż odpowiem zaproszeniem na kredowym papierze i wyciągnąć go ? po to człowiek pływa w duecie. Wtedy moglibyśmy wspólnie pod wodą sprawdzić awarię sprzętu i być może ją rozwiązać. Na powierzchni nie było na to miejsca – człowiek cały czas walczył by utrzymać się nad taflą. Cztery metry to nie dużo, ale ryzyko powikłań wynikłych z tak szybkiej zmiany ciśnienia jakieś było. A gdybyśmy byli głębiej? Kłopoty murowane.
Warto mieć dobrze przećwiczone wszystkie sytuacje awaryjne? No chyba to jest jasne. Nie dlatego by je pamiętać, by umieć je potem przerobić w teorii. Je trzeba mieć we krwi. To ma być odruch, by nam potem do głowy nie przychodziły głupoty w stylu „podaj mi rurkę”, albo żebym ja od razu wzywał pomoc, a nie zgrywał dżentelmena. To też mogło się kiepsko skończyć, gdybym się jednak szybciej zmęczył, albo sam zaczął mieć problemy ze swoim sprzętem.
Tym razem mieliśmy szczęście, byliśmy blisko brzegu, mieliśmy pod ręką świetną ekipę, która zareagowała szybko. Na miejscu był odpowiedni sprzęt. Nie zdecydowano się podawać tlenu. Partner dobrze wypoczął, odstresował się, przegadaliśmy sprawę wzdłuż i wrzesz- jak kazał Nur Instruktor. Sprzęt sprawdziliśmy, mam nadzieję, że partner lekcję przyjął i nie przejął się tym, że dostał jeszcze pouczenie. Namówiłem go potem na króciutki nurek przy brzegu by przypadkiem nie utrwalić w sobie jakiegoś lęku i zatrzeć złe wrażenia. Poszło świetnie, tym razem się sprawdziliśmy, popłynęliśmy zobaczyć ładne rybki i ładne szuwary. Z wody wyszliśmy zadowoleni. I tego wam życzę na zakończenie każdego nurka.

Czy nurkowanie to sport tylko dla szaleńców i innych „hardkorów”?

Czy trzeba być wariatem by nurkować? Absolutnie nie. Ja jestem tego żywym przykładem. Nurkowanie jest sportem ekstremalnym, ponieważ pod wodą nie pooddychamy sobie bez odpowiedniego aparatu. Jak aparat się zepsuje, albo go gdzieś zapodzieję – robi się klops. Wypłynę za szybko z dużej głębokości – robi się klops. Nie zapanuję nad sprzętem i mnie pociągnie w dół, w głębinę – robi się klops. No ekstremalność do kwadratu. Szkoda, że w życiu codziennym mam równie spore szanse na ekstremalne „doznania” – może mnie auto potrącić, mogę uczestniczyć w kolizji, może mnie strzelić piorun, albo przywalić drzewo, już nie mówiąc o tym, że może mnie wykończyć państwowa służba zdrowia. Wszystko zależy od tego, jak się do tego wszystkiego przygotuję, jakie przedsięwezmę środki ostrożności. Pierwszym środkiem jest kurs. Kurs trzeba zrobić, kurs trzeba „przejść ze zrozumieniem”, a nie metodą studencką: zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Nie po to się robi kurs. Kurs ma nas nauczyć reagować w różnych nieprzewidzianych sytuacjach. Drugim środkiem jest nasz rozsądek – nie bąblujemy po spożyciu, na kacu, bez przygotowania, nigdy nic na siłę. Nurkować trzeba też z odpowiednio dobranymi ludźmi. To środek ostrożności numer trzy. Na nurkowanie trzeba patrzeć przez pryzmat społeczności nurków. A ta jest bardzo kolorowa, różnorodna. Można spotkać szaleńców, imprezowiczów, nurków kolekcjonerów (sprzętu), nurków podróżników, nurków weekendowych, nurków eksploratorów, nurków bijących rekordy. To jest naprawdę bardzo mieszane towarzystwo. Wariacji na temat sposobu uprawiania nurkowania jest po prostu tak wiele, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tak samo też znajdzie odpowiednie towarzystwo, w którym mu będzie dobrze. Mi najbardziej imponują ci skupieni na odkrywaniu podwodnego świata, na poznawaniu tajemnic, mający podejście podróżników, badaczy. To zwykle bardzo rozsądni i wyważeni ludzie, dla których bezpieczeństwo jest bardzo ważnym czynnikiem. Nie cechuje ich ułańska fantazja, nie przygotowują się do bąbelkowania na zasadzie „jakoś to będzie”. Każde nurkowanie to przede wszystkim długi etap planowania, sprawdzania, przygotowania sprzętu. W nurkowaniu nie ma mowy o pośpiechu, gonitwie. Nie ma takiej wersji nurkowania. To lubię. Najchętniej siedziałbym pod wodą całe godziny, szukam tam oderwania od hałasu cywilizacji. Przenoszę się do innego wymiaru, opuszczam planetę Ziemię i udaję się w podwodny kosmos wypełniony ciszą, wypełniony organizmami żyjącymi według zupełnie innego rytmu życia. Woda wymaga zupełnie innej formy poruszania się, wodzie trzeba się poddać. Jesteśmy w stanie nieważkości. To jest niesamowite uczucie. Właśnie takim nurkiem jestem i mam nadzieję, że na swojej drodze spotkam wielu takich, którzy traktują to niemal filozoficznie, traktują to jako terapię, a każde nurkowanie jest jak najlepsza sesja medytacji. Dlatego nie potrzebuję kolorowych rybek, raf i oszałamiających kolorów ciepłych mórz. Lubię zielone, chłodne ciemności polskich wód, w które uciekam od hałaśliwej i pędzącej rzeczywistości. Cieszę się, jak coś ciekawego wypatrzę, ale nie ryczę, jeżeli widoki mnie nie powalą. Grunt, żeby widoczność pozwoliła bezstresowo popływać, bym zwiedził nieznane, bym mógł zajrzeć za kolejny zakręt, do kolejnego dołka. Wychodzę z wody wypoczęty i zrelaksowany. To jest właśnie mój typ nurkowania. Prawda, że szalony i ekstremalny?

 

Czy nurkowanie to rzeczywiście taka droga „impreza”? Jak inwestować w sprzęt? Co kupić na start, a co potem dokupować?

Artykuł zaktualizowany: 9 sierpnia 2013 i potem 25 lutego 2020 – trochę więcej wiedzy w głowie, trochę nowinek.

Zła wiadomość na start – taniej dyscypliny sobie nie znaleźliście. Z drugiej strony jednak zapaleniec w każdej dziedzinie sportowej może utopić masę pieniędzy. Wspomnę o drugim moim ukochanym sporcie – w rower też można inwestować bez końca, do tego kupować różne stroje, wyposażenie, plecaki, sakwy, lepszy osprzęt. Miałem też długi epizod z wędkarstwem (ale polityka odpowiedzialnych krajowych organów w sprawie kontroli ilości ryb zdatnych do wyławiania skutecznie mnie zniechęciła do chwytania za kij) – to przecież też studnia bez dna, kolejne wędki, kołowrotki, spławiki, błystki, wymiana żyłek, pudełka, przynęty, zanęty, pozwolenia na odłów, wynajem łódki, i tak dalej. Nurkowanie jednak w wersji minimum pociągnie za sobą kilka poważnych wydatków. Już sam kurs i zorganizowanie przyzwoitego ABC to wydatek rzędu tysiąca złotych. A potem, jak człowiek wsiąknie i zechce zyskać trochę samodzielności, zacznie się inwestowanie w swój sprzęt. Jednak jeżeli będziemy nurkować z konkretną grupą nurkową, która zwykle dysponuje swoim bogatym zapleczem sprzętowym, a będziemy dawać nura kilka razy do roku, to nawet często lepiej jest pożyczać odpłatnie sprzęt, niż kupować własny, który potem będzie kurzył się w piwnicy. A zakupiony sprzęt też wymaga kosztownych zabiegów – serwisu, przeglądu kontrolnego, ładowania, czasem legalizacji (butle). Zakup zatem nie oznacza wcale uniknięcia kolejnych kosztów w przyszłości. Zastanów się zatem dobrze, czy chcesz od razu inwestować we własny sprzęt. Ja tylko podpowiem, że warto zwlekać. Warto skończyć kurs na nieswoim sprzęcie. Warto potem wyjechać na kilka nurków z pożyczonym sprzętem. Warto opływać się, oswoić z wodą, poznać środowisko wodne, zobaczyć jak my zachowujemy się w wodzie i z jakim sprzętem jak nam się pływa. Im więcej opcji wypróbujecie, zwłaszcza przed zakupem, tym łatwiej będzie wam wybrać najlepszy sprzęt dla siebie. Można słuchać mnóstwa porad na temat wyboru, można sugerować się opiniami doświadczonych nurków, którzy widząc was w wodzie, powiedzą – wybierz to, czy tamto. Ja jednak uważam, że te porady są o tyle niepewne, że nie uwzględniają naszych własnych preferencji, które musimy po prostu poznać próbując różne rozwiązania. Pożyczaj zatem dużo, to nie jest duży wydatek (jak robisz jakikolwiek kurs, wypożyczenie masz w cenie, a na nurek rekreacyjny wynajem sprzętu za dzień to około 20 zł). Nie ma lepszej szkoły jeżeli chodzi o poznanie sprzętu, wariantów i konfiguracji. Ja kurs skończyłem mając własną maskę, rurę, płetwy kaloszowe (używałem na pierwszych zajęciach basenowych), dokupiłem w trakcie kursu rękawice (grube, bo mi łapy strasznie marzną), buty i płetwy paskowe.  Po zakończeniu kursu zainwestowałem we własną piankę. Resztę pożyczałem regularnie i wychodziło mnie to około stówki za weekend – pas balastowy, kamizelka, automat, butla. Wyjazdy organizowane mają taką zaletę, że jak pożyczasz od organizatorów to liczą oni zwykle jedną, konkretną i atrakcyjną stawkę za wypożyczenie na okres wyjazdu, a nie rozliczają za każdy dzień. Pytaj, dowiaduj się, może jest to kolejny element, który wpłynie na twoją ocenę, czy warto wiązać się z daną grupą nurkową. Płetwy i buty to wydatek rzędu 400 – 500zł. Kurs to okolice 1500zł.

Teraz kilka informacji o tym, co ja kupiłem i gdzie trafiłem dobrze, a gdzie – źle. Korzystajcie z tych doświadczeń, bo są one dość świeże. Ostro zacząłem inwestować dopiero niedawno. Po zakupieniu pianki (z polecenia mojego instruktora, który także dystrybuował dany sprzęt, zjawisko chyba normalne w polskim środowisku nurkowym, ma swoje wady, ale chyba dużo więcej zalet, o tym później) – tu akurat zakup bardzo trafiony. Pianka ma już ponad dziesięć lat i wciąż mi bardzo dobrze służy – podarł się ze starości ocieplacz z kapturem, ale główna pianka ma się dobrze. Mój model składa się z kompletnego kombinezonu z długim rękawem i długą nogawką, pianka o grubości 7mm, na to idzie ocieplacz z krótkim rękawkiem, nogawką i kapturem na łeb. Też 7 mm grubości pianki.

Na polskie wody jak znalazł, nurkowałem już w różnych temperaturach i nawet w zimnej wodzie wytrzymywałem spokojnie pół godziny. Od tego czasu trochę się w piankach zmieniło – generalnie wychodzi na to, że dobrze dopasowana do budowy ciała pianka wystarczy, że będzie miała 5mm. Grubsza będzie tylko krępować ruchy. Jednak mówimy o dobrze dopasowanej – przylegającej wszędzie (pod pachami i na klacie zwłaszcza) do ciała. Jakiekolwiek luzy pod pianką będą powodować szybsze wychładzanie. Dopiero na tak dobrze dobraną piankę dobieramy docieplenie i tu zależnie od naszych termicznych potrzeb wybieramy 5mm lub 7mm. Teraz możemy decydować, na cieplejsze wody wziąć tylko jedną część pianki. Na zimne zabieramy komplet i rękawice. Rozwiązanie jak na razie dla mnie idealne na każde warunki. Teraz na piankę tego typu należy wydać kwotę rzędu 1500zł. Doliczcie rękawice – ok. 250zł.

Pas balastowy był następny. Zdecydowałem się kupić własny, bo ten zakup nie jest specjalnie drogi, a koniecznie już chciałem zacząć kolekcjonować swoje wyposażenie. Tutaj specjalnie nie ma co filozofować. Pas to pas, na nim ciężarki, są też pasy z kieszeniami na rzepy welcro. Ciężarki mogą być w postaci worków ze śrutem (nie niszczą ostrymi krawędziami odzieży), prostych klocków (najtańsze, ale czasem człowiek musi je przenieść na pasie na ubraniu, ostre kanty mogą zniszczyć odzież) i klocków powlekanych gumową powłoką (moim zdaniem najlepsze rozwiązanie). Tylko żeby było jasne – ja już od dłuższego czasu lansuję wizję, że nurkowanie z balastem na pasie to już przeszłość. Balast powinien znajdować się w odpowiednich kieszeniach zintegrowanych z naszym sprzętem wypornościowym (jacketem lub skrzydłem). Pas obecnie służy mi jedynie do przenoszenia balastu. Wydatek około 200 – 300zł.

Po pasie balastowym była kamizelka, albo nawet równocześnie. Już nie pamiętam dokładnie. Do wyboru mamy albo klasyczny „jacket”, czyli po naszemu po prostu kamizelka, albo „skrzydło”. Popularna jest opinia, że „jacket” dobry jest na start, a potem i tak większość przesiada się na skrzydło. Jeżeli jednak będziecie mieli okazję wcześnie przetestować skrzydło, spróbujcie. Zupełnie inne doznania. Długo myślałem, że kupię jacket. Cały kurs zrobiłem na tym rozwiązaniu, potem rekreacyjne nurki też na kamizelce. Jednak zawsze miałem wrażenie, że jacket zabiera mi sporo swobody pod wodą. Znowu Rudi dał mi szansę przetestować skrzydło. I to było po prostu BINGO, jak mawiał Porucznik Frank Drebin. Z przodu swoboda, cały balon gdzieś z tyłu. Różnice pomiędzy tymi patentami są ogromne. Dużą zaletą kamizeli jest jej praca na powierzchni. Pompujemy jacket do pełna i po powierzchni pływamy jak królowe i królowie. Brakuje tylko drinka z palemką i kapelusza słomkowego. Skrzydło na powierzchni to dla niektórych mordęga. Skrzydło cały czas próbuje nas położyć. Jeżeli go nie opanujemy, będziemy kładli się na twarz, ale jak się nauczymy z nim żyć w zgodzie, nagle się okaże, że całkiem wygodnie da się położyć na plecach. Tylko warto to przetestować na samym sobie. Ja dość szybko opanowałem skrzydło i na powierzchni nie mam z nim problemów, ale na przykład w sytuacjach awaryjnych podejrzewam, że skrzydło nie ułatwi mi życia. Stawiam jednak na to, że nurkowanie głównie odbywa się pod wodą, więc mam w nosie tą wadę skrzydła. Pod wodą chyba nie znajdziecie takiego, który nie odczuje wyższości skrzydła nad kamizelą. To po prostu bajka, czysta przyjemność. Żadnego balona z przodu (ci z brzuchem zwłaszcza docenią tą cechę), ustawienie pod wodą jak w szwajcarskim zegarku, żadnego bujania, żadnego obracania się. Mniam, mniam. Przetestujcie, pokombinujcie. Podejrzewam, że pływając często na pożyczonym sprzęcie zechcecie dość szybko posiąść własną kamizelkę KRW. Kamizelki źle znoszą częste używanie przez różnie doświadczonych nurków, zwłaszcza jak jeszcze służy tym uczącym się. To w sumie delikatny sprzęt, dodatkowo musi leżeć na człowieku jak dobrze skrojony garnitur. Jeżeli dobrze ułożymy się z konkretnym modelem, będzie nam się pływać idealnie, ale na następny nurek dostaniemy troszkę inny model, albo inaczej używany i będziemy z nim walczyć od nowa. Łatwo też trafić na kamizelki z jakimiś wadami, uszkodzeniami, których nie wykrył (lub udaje, że nie wykrył) wypożyczający. Mi udało się trafić na kamizelkę z uszkodzonym mocowaniem inflatora (był po prostu pokruszony, a że na mocowanie zasłonięte jest nakrętką, o uszkodzeniu dowiedziałem się dopiero w wodzie), na zerwane plastikowe złączki, na przetarte paski, na zbyt luźne konstrukcje. To było po prostu męczące. Skrzydło kosztowało coś koło 1600zł i ani trochę nie żałuję tego zakupu. Obecnie typowe konstrtukcje to wydatek rzędu 2000zł. Prostsze jackety i rekreacyjne skrzydła (choćby z Decathlonu) – bliżej 1500zł.

Polecam przeczytać inny mój wpis „To w końcu jacket czy skrzydło”.

Długa przerwa w finansowaniu nurkomanii i w końcu zakup automatu. Decyzja spowodowana tym, że na jednym wyjeździe dostałem automat z bardzo, bardzo, bardzo… bardzo długim przewodem do drugiego stopnia. A do tego, chyba żeby zachować jakąś równowagę w przyrodzie, ultrakrótki przewód do manometra. Tak krótki, że o odczyt ciśnienia w butli musiałem prosić partnera. A wszystko przez to, że organizator wyjazdu (przez sympatię nie wymienię z nazwiska) zapomniał sprzętu dla mnie i pożyczaliśmy na miejscu. Kolejny impuls, żeby wydać pieniądze. No to ciach. Tu się przyznam, że chyba przedwcześnie podjąłem decyzję, nie mając jeszcze dość wiedzy o doborze tego urządzenia, zdałem się znowu na wiedzę Rudiego, który zaproponował coś ze swojej oferty. Na szczęście był to bardzo popularny model ScubaTech R2 Ice, któremu już się przyglądałem na Allegro i w innych sklepach internetowych. Model okazuje się być idealnym rozwiązaniem na debiut. Ma wszystko co potrzeba, firma solidna, dobre opinie, niedrogi serwis. Jednak w tej kwestii doradzam brak pośpiechu, pływanie na wypożyczonym sprzęcie, na możliwie najróżniejszym sprzęcie, pytanie innych nurków, słuchanie ich opinii. Nie idzie o ich pochwały dla sprzętu, ale warto badać, co skłoniło ich do wyboru danego modelu, czyli na co oni zwrócili uwagę i czy przypadkiem ten element nie będzie miał dla nas znaczenia. Ci nurkujący w polskich wodach i w trudnych warunkach będą stawiać zawsze na sprzęt dostosowywany do takich warunków, posiadający dodatkowe patenty zmniejszające ryzyko zamarzania układów. Koszt rzędu 1000zł.

Po paru latach nurkowania i zmian na rynków teraz polecałbym ciut wyższe modele z oferty Scubatecha, ewentualnie Apeksy, albo tańszego Aqualunga. Generalnie za komplet podstawowy powinniśmy zapłacić koło 2000zł – w tym będzie już manometr.

Komputer nurkowy był następny. I tutaj chyba niespecjalnie jest co testować. Wystarczy znowu popatrzyć na wyposażenie innych, posłuchać, jakie cechy komputera mają znaczenie przy wyborze. Jak człowiek nie chce szaleć, sięgnie pewnie po podstawowe Suunto, Cressi, Aqualunga, czy Maresa. Ja wtedy wybrałem Suunto Vypera (starszą wersję, odpowiednik obecnego Zoopa). W tym komputerze brakuje mi tylko kompasu, ale ten już sobie dokupiłem jako osobne urządzenie. Komputer jest obecny na rynku od kilku ładnych lat i kolejne opinie tylko potwierdzają, że to bardzo udana konstrukcja. Generalnie Suunto jest dobrym wyborem. Na początku przygody nie szalejcie z opcjami – nie musicie mieć od początku ekranu LED, dodatkowych funkcji (kompas elektroniczny, podawanie ciśnienia przez zewnętrzny nadajnik zamontowany na butli, itd.). Wybierzcie komputer, który obsłuży ewentualnie nitroks, bo ten kurs pewnie dość szybko zrobicie i zdarzy wam się na jakimś wyjeździe zanurkować na nitroksie. Podstawowe komputery: Aqualung i300, Cressi Leonadro lub Giotto, Mares Puck Pro+ lub Suunto ZOOP Novo to są jednostki wręcz idealne na start, a wydatek rzędu 1000zł a czasem nawet poniżej.

Przejdźmy płynnie do kompasu. Nie kombinujcie z kompasami zintegrowanymi z konsolami (z manometrem) czy w komputerach. Chcecie widzieć jednocześnie komputer i kompas – najlepiej na jednym ręku. Jeden rzut oka i znamy głębokość i kierunek. A zatem zostaje noszenie kompasu na pasku, jak zegarek lub na gumkach bungee – i wtedy na dłoni lub na przegubie ręki. Wtedy można go sobie dowolnie ułożyć blisko komputera, albo na drugim ręku, albo tam, gdzie wygodnie. Trzymanie kompasu na wierzchu dłoni to wygodne rozwiązanie, bo dłonią można lepiej manewrować niż przegubem. Grunt by busolę móc łatwo ustawić w jednej linii z oczami, tak by orientacyjna linia na kompasie wskazywała idealnie na wprost przed nas. Tylko wtedy mamy pewność, że wyznaczamy kierunek prawidłowo. W mądrych książkach wręcz pokazują, że rękę z kompasem należy ująć drugą ręką i ustawić kompas prostopadle do twarzy. Montaż busoli na gumkach gdzieś w innych miejscach nie ma więc sensu. Kompas to prosta konstrukcja, do wyboru mamy kilka firm produkujących kompasy. Liczy się dosłownie pięć, może cztery firmy. Wszyscy jednak polecają Suunto SK-8, bo zakres wychylenia największy (czyli teoretycznie możesz płynąć głową w dół, do góry, albo pod dziwnym kątem i kompas będzie w stanie wskazać północ w tej pozycji). Coś jest na rzeczy. Ja się z tłumem kłócić nie będę. Cena 280zł.

Następny zakup to butla. Koniecznie pragnąłem mieć już komplet by uniezależnić się od grupy i móc w razie czego pojechać gdzieś sam. Tak, tylko co z tego, jak sobie nie wystrugam partnera do nurkowania. Żony jeszcze nie namówiłem na kurs, jeden znajomy, co kiedyś nurkował, teraz ukochał sobie latanie na „glajcie” (paragliding), na nurkowanie szkoda mu kasy, a poza tym już tak długo nie nurkował, że musiałby sobie przypomnieć wszystko. Wymyśliłem sobie, że kupię butlę 12l, bo kręgosłup mam dość słaby, trzeba ograniczać obciążenie, a 15l jest do tego strasznie nieporęczna. Zakup butli wcale nie zdejmuje z nas regularnych kosztów – własną butlę trzeba jeszcze ładować, przeglądy i legalizacje robić. Chyba się pospieszyłem z tym zakupem. Były momenty, że żałowałem zakupu 12l, bo w końcu większość posiadaczy 15l potrafi na jednym ładowaniu zaliczyć dwa pełne nurki. Ja teraz też jestem w stanie zrobić dwa nurki na 12l, ale w Polsce zdecydowanie popularniejsze są butle 15l. Z dwunastką ten plus, że z czasem, jak znajdzie się pieniądz, kupi się kolejną 12 i zrobi się zestaw dwubutlowy – łączony, albo każda butla oddzielnie. W ostatecznym rozrachunku uważam, że dokonałem dobrego wyboru. Koszt 1000zł.

Latarka – nie ograniczajmy się do samego Allegro i swojego centrum nurkowego. Na rynku polskim są wyspecjalizowane firmy, które produkują wysokiej jakości światła od modeli najprostszych do bardzo drogich i mocnych systemów oświetleń. Ja szukałem na początek dobrego światła typu backup, który mógłby mi służyć póki co za główne światło. Są tego typu światła. Między innymi wybrany przeze mnie jako pierwszy – LED Tecline LED US 15, ale i Ammonite, i Gralmarine, i Hi-Max mają w swoich ofertach tego typu światła z jednym lub trzema LEDami. Ekonomiczne, wydajne i mocne światła typu backup w  zupełności wystarczą na nurkowania w polskich wodach. Wyposażyć się tylko w dobre ładowane akumulatorki i ładowarkę i można z powodzeniem używać tych latarek jako głównego światła. LED US 15 jest dość długą latarką, jak chcę ją schować w kieszeń balastową przy skrzydle, to ledwo się mieści. Dodatkowo zasilana jest trzema bateriami R14 (bądź porównywalnymi akumulatorkami, bądź mniejszymi akumulatorkami z zastosowaniem odpowiednich reduktorów) – jeżeli zdecydujemy się na ładowane akumulatorki, trzeba będzie myśleć o ładowaniu – nie każda ładowarka obsługuje ładowanie nieparzystej ilości akumulatorków. A jak kupujemy baterie nieładowane – nie wszędzie sprzedają te baterie na sztuki. Zatem długość latarki i nieparzystość bateryjek zaliczam jako wadę latarki. Teraz wybrałbym na pierwsze światło Ammonite LED Stingray, Hi-Max X-5 lub coś w tych gabarytach. Te szatany mają już naprawdę dobrą moc i czas świecenia a ich wymiary są wręcz znakomite. Latarka tego typu to wydatek rzędu 350zł.

A jak ktoś marzy o nagrywaniu wideo, niech koniecznie pomyśli o odpowiedniej wersji takiej latarki z nieskupionym światłem, ale to nie jednej tylko dwóch, do tego musi być stabilny i poręczny uchwyt, no i kamerka. Na start duży wydatek a jeżeli jeszcze nie czujemy się pewnie pod wodą, odpuśćmy sobie filmowanie i skupmy się na szlifowaniu technik pływania.

No i mamy ponad siedem tysięcy złotych, za jakiś czas człowiek dojrzeje do zakupu suchego skafandra, bo jest to normalna decyzja w przypadku nurków zwiedzających regularnie polskie zbiorniki. Za chwilę trzeba brać się za kolejny poziom, specjalizację, doskonalić się. A jeszcze, o zgrozo, przyjdzie mi pomysł na wymianę jakiegoś sprzętu na lepszą klasę. Chyba nieprędko. To, co mam, prezentuje się i służy mi dobrze. Buty (te bez zamka) już czas wymienić. Nie chcę straszyć, ale podliczając ten sport, raczej małych sum nie osiągniecie. Tylko porównajcie to sobie z innymi sportami. Ile jest dyscyplin, które wymagają skomplikowanego sprzętu ratującego, lub podtrzymującego życie, które w ogóle wymagają specjalistycznego sprzętu? Wspinaczki, różne formy latania, czy skakania z jakimś kawałkiem materiału na plecach. Ktoś coś dorzuci? Ktoś przedstawi koszty z tym związane?  A teraz najważniejsza sprawa – trzy czwarte sprzętu kupiłem na raty. To też kolejny plus korzystania z usług swojej grupy nurkowej. To wszystko rozkłada się jeszcze na dobre dziesięć lat inwestowania. Jak ktoś będzie zacięty, będzie mógł częściej inwestować w nurkowanie, ale też nie będzie posiadać niezwykłego budżetu, podobnie jak ja, zapewne będzie w stanie w ciągu dwóch, trzech lat to wszystko zdobyć. Ja jednak do tego nie namawiam, nie idzie o szybkie zdobycie sprzętu, ale o zdobycie sprzętu odpowiadającego naszym upodobaniom i potrzebom. Bez opływania się na cudzym sprzęcie, bez opływania się w ogóle, bez posprawdzania wielu opcji nie wyobrażam sobie by wszystkie zakupy były udane. Nie spieszmy się z zakupami. Na kurs idziemy ze sprzętem ABC (maska, płetwy, rura, ewentualnie płetwy paskowe plus buty nurkowe). Po zakończeniu kursu zaczynamy inwestować: skafander, kamizelka. Te sprzęty są bardzo osobiste i muszą być do nas dobrze dopasowane. Wydaje się, że własne narzędzia nawigacyjno rejestrujące powinny pójść przed automatem i butlą. Własna latarka też chyba powinna zmieścić się przed automatem i butlą. Pas balastowy i inne detale to nie są duże koszty, więc wykonujemy je w tak zwanym międzyczasie, zależnie od okazji i potrzeb.

Czy jest to sport dla mnie? Gdzie zrobić kurs?

Sport to zdrowie. W zdrowym ciele zdrowy duch. Tak, tak, jasne. Cudowny świat kontuzji i urazów dotyczy każdej dyscypliny. Nawet szachiści mają problemy z kręgosłupami, czy stawami. Według mnie każdy sport wymaga wsparcia w postaci ćwiczeń rozciągających, dbania o kondycję i sprawność mięśni, czy to będzie rower, czy żeglarstwo, czy podnoszenie ciężarów, czy bieganie. Warto więc dbać o ciało. Warto uprawiać gimnastykę, dużo się rozciągać, rozgrzewać stawy i mięśnie. Chcesz zminimalizować ryzyko urazu – dbaj o elastyczność mięśni i stawów. Dbaj o siebie. To się zawsze przydaje. Oczywiście nurkowanie nie wymaga super sylwetki, dość powszechny widok na nurkowisku to jowialny dżentelmen z wydatnym brzuszkiem. Od razu warto sobie uświadomić jedną rzecz – samo nurkowanie nie jest dyscypliną podnoszącą naszą kondycję, nie wpłynie znaczącą na sylwetkę. Ba, śmiem uważać, że ta dyscyplina wpływa negatywnie na prezencję naszej sylwetki. Środowisko nurkowe skore jest do zabaw, wieczorne grille, imprezki to normalka. Nurkowanie dodatkowo strasznie poprawia apetyt i człowiek po serii nurków odkrywa w sobie niesamowite możliwości pochłaniania jedzenia. Żegnaj piękna sylwetko? Spokojnie, nie ma tragedii, po prostu nurkowanie wymaga od nas dbania o siebie, szanowania swojego ciała. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję o środowisku nurków. Pośród spotykanej kadry instruktorów i niezliczonej ilości doświadczonych nurków wielokrotnie usłyszałem, że nurkowanie kłóci się z imprezowym stylem życia, że palenie wyklucza się nurkowaniem. I mówili mi to faceci, którzy poprzedniego dnia byli królami imprezy, ich śpiew słyszałem długo potem jak sam odpadłem i udałem się na spoczynek. Mówili mi to ludzie, którzy właśnie zapalali kolejnego papierosa. Nie jestem mnichem. Na szczęście palenie rzuciłem zanim wziąłem się za nurkowanie. To mi się przydało ogólnie – poprawiło kondycję. Pić lubiłem i pić lubię. Lubię whisky, a mówi się, że kolorowe mocne alkohole są najgorsze – najbardziej kacogenne i ciężkie dla naszych systemów neutralizacji toksyn. Jednak przyjąłem zasadę – nie włażę do wody nawet na lekkim kacu. Te dwie rzeczy kompletnie się nie łączą. Zauważasz takie zachowania w trakcie kursu? Omijaj takich ludzi. Nie chcesz  by twoje bezpieczeństwo zależało od nich. Znasz to dobrze z autopsji, jeżeli sam lubisz napić się dobrego alkoholu, jakiegokolwiek rodzaju. Jak się za mocno pobawisz, to nieważne, co będziesz robił następnego dnia by zredukować efekty – efekty i tak będą, gorsza koncentracja, gorsza kondycja, takiego dnia najlepiej leżeć plackiem i robić jak najmniej. A już na pewno nie brać się za nurkowanie. Pod wodą może wystąpić kilka zjawisk przykrych dla naszego organizmu, a ryzyko ich wystąpienia ostro wzrasta w przypadku organizmu zmęczonego imprezą.

Wiesz już, że brzuszek nie dyskwalifikuje, nie trzeba mieć super kondycji. Czeka nas dźwiganie butli i pasów balastowych, więc dobrze mieć trochę siły. Niemniej widok nurkujących filigranowych niewiast nie jest niecodziennym widokiem. I one sobie dają świetnie radę. Łatwiej jednak tym, którzy mają trochę siły w ciele.

Warto umieć pływać, ale nie trzeba być pływakiem doskonałym. Co więcej, to właśnie nurkowanie może przyczynić się do poprawy twoich umiejętności pływania. Czasem po prostu związane jest to z blokadami psychicznymi, które nas ograniczają. Jak już wspominałem, część ludzi bierze się za nurkowanie po to by przewalczyć jakieś własne blokady. Szokujące było dla mnie, kiedy dowiedziałem się, że moja dobra znajoma, która na wyjeździe do Grecji kąpała się w otwartym morzu tylko po zmroku, bo, miała poważny problem z wchodzeniem do otwartej wody (nie szło o jej sylwetkę, bo tą miała normalną), zrobiła kurs i jest teraz regularnym nurasem. Takie historie słyszy się chyba na każdym kursie nurkowym. Z kolei nigdy nie spotkałem osoby, która spróbowała nurkowania i powiedziała: „nie, to nie dla mnie, dziękuję, wolę zająć się uprawą ogródka”. Jeżeli już jakiś bodziec spowoduje, że zainteresujemy się tym sportem, to z całą odpowiedzialnością gwarantuję, że kurs nas do tego sportu nie zniechęci. Nawet jeżeli traficie na niekompetentnych ludzi, którzy odstraszą was, zechcecie spróbować z innymi, woda będzie was kusić. Raz spróbujecie i już nigdy nie zrezygnujecie. A przynajmniej będziecie chcieli to kilka razy powtórzyć.

Grunt to dobry „research”, także medyczny, więc z pewnością przed podjęciem kursu i przed wydaniem pieniędzy dowiecie się, czy wasze przypadłości nie dyskwalifikują was w tej dziedzinie. To samo dotyczy szansy spotkania niekompetentnych ludzi na kursie. W Internecie roi się od opinii i warto postudiować je, wyławiając informacje dotyczące danej grupy nurkowej. Istotne są też pierwsze spotkania z ludźmi, którzy mają nas ewentualnie uczyć. Nie wstydzimy się więc pójść na zwykły wywiad by posłuchać tych ludzi i popatrzeć na ich otoczenie. Jaka ta cała ich baza jest. Czy widząc ją macie wrażenie, że to kompletnie przypadkowa banda ludzi, która skrzyknęła się wczoraj? Mają niewiele sprzętu i żyją według dewizy: jakoś to będzie? Dowiadujecie się, że szkoła to w rzeczywistości jeden facet, który jest od wszystkiego? Dowiadujecie się, że jest wielu zainteresowanych więc na jednego instruktora przypada kilkunastu kursantów? Trzaśnijcie drzwiami. Wiem, że będziecie polegać na swoim wrażeniu, na swoim instynkcie. Wiem, że nie macie jeszcze żadnego doświadczenia, ani wiedzy, która pozwoli wam ocenić kompetencję. Niemniej jednak z tymi ludźmi przyjdzie wam spędzić sporo czasu, będziecie z nimi dużo rozmawiać, więc naprawdę ważnym elementem oceny jest tak zwana chemia w komunikacji międzyludzkiej. Musi coś zaiskrzyć w kontakcie, musicie instynktownie polubić tych ludzi. Co z tego, że przeczytacie tonę pozytywnych opinii, że dany instruktor zostanie wam polecony? Jeżeli z miejsca nie złapiecie z nim kontaktu to może oznaczać późniejsze kłopoty w porozumiewaniu się. Nie będziecie mu do końca wierzyć, ufać. Ciężko będzie wam wyciągnąć jakieś informacje, albo o coś zapytać wprost. A to może mieć negatywny wpływ na przebieg szkolenia. To sport towarzyski, nie ma w nim miejsca na odludków, mruków i kamedułów. Trzeba gadać, dużo gadać. Jeżeli więc nie dociera do was to, co mówi do was potencjalny instruktor, wracajcie do domu i kontynuujcie poszukiwania wymarzonej szkoły.

Ostatnie poprawki makijażu przed zanurzeniem

Jak zacząć ? instrukcja podparta przykładem początku mojej przygody nurkowej

Artykuł edytowany 17 września 2013 roku. Poprawki merytoryczne.

W znaki zodiaku niespecjalnie wierzę, lub przynajmniej dobrze udaję, że nie wierzę. Wodnik według znaków jestem i coś w tym jest. Woda od zawsze była moim żywiołem. Nawet już dobrze nie pamiętam, kiedy dokładnie to było, ale dobrze pamiętam, jakie wydarzenie wzbudziło we mnie żądzę nurkowania. Byłem na wakacjach nad jakimś podolsztyńskim jeziorze. Miałem może trzynaście, czy czternaście lat. Nie pamiętam, czy miałem własne, czy pożyczone płetwy, rurkę i maskę. Nawet chyba wtedy jeszcze nie za dobrze pływałem (bardzo późno nauczyłem się prawidłowo pływać), ale do wody ciągnęło mnie od zawsze, więc ten brak umiejętności nie był dla mnie specjalną przeszkodą, nawet raz z tego powodu się podtopiłem. A z rurą, maską i płetwami można pływać bez żadnego problemu. No to ciach do wody i nagle wielkie odkrycie, ryby takie i siakie, na wyciągnięcie ręki, piękne podwodne widoki, krainy, rośliny. Podpływanie pod grążele, do trzcin, zaglądanie w różne ciemne zakamarki. Pływać mogłem godzinami. Gapić się na to wszystko, to było lepsze od telewizji. Ciężko mnie było wyciągnąć z wody. Wtedy też postanowiłem, że nauczę się nurkować. Lata mijały, temat czekał. W międzyczasie jeszcze połknąłem wątek Titanica, który podsycał potrzebę rozwijania zainteresowań w tą stronę. Niestety, ceny kursów, całe to skomplikowanie związane z całym ekwipunkiem nurka budowały w mojej świadomości obraz świata nurków jako zabawy dla bogatych, albo dla tych, których praca związana jest/ będzie z nurkowaniem. Po prostu nie wierzyłem, że będzie mnie na to stać i że opanuję kiedyś tą dziedzinę. Chyba już w 2001 roku zacząłem jednak temat badać dokładniej, okazało się, że nawet w Warszawie jest kilka grup nurkowych, które przeprowadzają kursy w basenach, a finał kursu robiony jest na jakimś mazurskim jeziorze. Pojawiało się sporo informacji w Internecie, które odwracały wizję nurkowania jako sportu elitarnego. Wg zapisanych tam słów nurkować mógł każdy. Ja miałem czas, okazało się, że stać mnie na ten kurs, na wstęp miałem tylko zorganizować sobie maskę z rurą i płetwy. Wszystko już miałem. Znalazłem szkołę niejakiego Erzeta i Rudiego, którzy chyba już wtedy łapali magię pozycjonowania stron w Google, bo ich strona była na samym szczycie wyników szukania. I szast prast, wziąłem udział w kursie. Zdziwicie się jakie to proste i łatwe wszystko po kolei, zapisać się, dowiedzieć się, co potrzeba na start, a w co należy zainwestować przy pierwszym podejściu (płetwy paskowe i buty nurkowe, zamiast płetw kaloszowych, które dobre są tylko do pływania z rurką i do zajęć na basenie). Zajęcia pokazywały głównie jak fajny i ciekawy może być to sport, a poznawanie sprzętu przynosiło tylko kolejne zaskoczenia – że nie trzeba kończyć elitarnej wojskowej szkoły nurków by połapać się w wyposażeniu, że to wszystko tylko z zewnątrz wygląda tak groźnie i skomplikowanie.

Teoretyczne zajęcia dają podstawy wiedzy o środowisku, do którego chcemy zawitać, o zachowaniu naszego organizmu w tych warunkach, o zjawiskach, które spotkamy w trakcie nurkowania. Tą wiedzę warto uzupełniać dodatkowymi książkami. I z całą pewnością tej wiedzy nie należy olewać. To nie jest wiedza potrzebna nam tylko do przejścia przez egzamin i zapomnienia. Ta wiedza pozwoli nam zrozumieć naszą sytuację pod wodą.

Praktyczne zajęcia przygotowują nas do wielu sytuacji awaryjnych. Miałem wrażenie, że to tak naprawdę kurs ratunkowy. Co zrobić jak nam maskę zaleje, jak ją zgubimy, jak ucieknie nam automat do oddychania, jak zabraknie nam albo partnerowi powietrza, jak holować nieprzytomnego. Z rzeczy niedotyczących ratowania zostaje chyba tylko nauka kontroli pływalności, prawidłowej pracy płetw, montowania i użytkowania sprzętu. Z czasem człowiek pojmuje, że mnogość tematów związanych z jakimś kryzysem podwodnym ma dać nam szansę przygotować się na niespodzianki. Ma dać nam szansę zareagować automatycznie w takiej sytuacji. Pod wodą nie ma co myśleć, zastanawiać się, nie ma kogo pytać „a co ja mam teraz zrobić”?. Trzeba działać instynktownie. To ma być odruch. Ktoś ma problem? Nie czekasz na zaproszenie na kredowym papierze – reagujesz. Można nabrać wrażenia, że czekają nas pod wodą same niebezpieczeństwa, że nic tylko dać sobie spokój z nurkowaniem, lepiej grać w szachy. Nic bardziej mylnego. Te wszystkie zajęcia pozwalają nam oswoić się z tym środowiskiem, dają nam szansę „opływać się” w sprzęcie, zupełnie przy okazji nasze ciało powoli oswaja się ze światem podwodnym i uczy się w nim poruszać. Poruszamy się w końcu zupełnie inaczej. Nie ma co szarpać się, miotać, pewne efekty osiągamy z lekkim opóźnieniem, musimy współpracować z wodą, a nie podporządkować ją sobie. Przy okazji dowiadujemy się, że w naszej grupie nurkowej są ludzie słabo pływający, albo ludzie, którzy robią kurs żeby przewalczyć jakieś własne lęki. Jest to dla nas szok, bo gdyby nam tego nie powiedziano, nie zorientowalibyśmy się, że w naszej grupie są takie osoby.

Na koniec największa atrakcja, wyjazd na wody otwarte. Przy okazji weekend spędzony nad wodą w pięknych okolicznościach przyrody, jakiś wspólny grill, jakieś zajęcia integracyjne, po prostu mile spędzony czas. Pierwszy kontakt początkującego nurka z otwartą wodą. Dużo adrenaliny, jakieś obawy, ale cały czas jesteśmy w grupie, cały czas na wyciągnięcie ręki są instruktorzy, którzy nas bacznie obserwują i reagują na każde zamieszanie, które powodujemy. Zaliczamy kolejne punkty programu i po chwili orientujemy się, że właśnie zaliczyliśmy pierwszego nurka na znaczną głębokość. Pokonaliśmy jakąś niesamowitą barierę. Przenieśliśmy się do innego świata. A przy okazji się dowiadujemy, że właśnie ukończyliśmy kurs i mamy licencję nurka. Duma nas rozpiera, bo w końcu nie każdy może się pochwalić taką licencją, albo takim hobby, póki co to wciąż nieco egzotyczne zajęcie w Polsce.

Podsumujmy zatem, co nas czeka na start. Posiadamy zapewne jakieś sprzęty do pływania z rurą (snorkelowania). Na jakichś wakacjach, albo tuż przed wyjazdem do Turcji, czy Egiptu poszliśmy do sportowego supermarketu, sklepu i sobie kupiliśmy jakąś kolorową maskę, jakąś rurkę i zgrabniutkie płetwy kaloszowe. Można z tym zacząć kurs. W czasie kursu instruktor będzie miał czas się przyjrzeć temu naszemu ekwipunkowi i nam powie, czy z czymś takim damy radę ukończyć kurs, czy czeka nas inwestycja. Wszystko zależy od tego, kiedy i gdzie będziemy kończyć kurs na otwartych wodach. W sezonie wakacyjnym nawet polskie wody dają szansę na użycie płetw kaloszowych, ale jeśli są one odpowiednio długie i dają nam wystarczającą siłę napędową (jeżeli spodziewamy się zakończyć kurs w kwietniu, lub maju, w polskiej wodzie – czeka nas zakup butów nurkowych i pewnie też od razu płetw paskowych, które zakłada się na te buty).

Maska nie musi być z najwyższej półki, często ta kupiona do nurkowania z rurką będzie dobra na początek przygody. Grunt, żeby miała dobrej jakości kołnierz uszczelniający, który pasuje do naszej twarzy – dobrze się na niej uszczelnia i nie powoduje dyskomfortu przy dłuższym jej noszeniu. Idąc do sklepu sprawdzamy każdą maskę dociskając ją do twarzy, nie oddychamy nosem i sprawdzamy, czy sama – bez użycia paska – utrzyma się na twarzy gdy pochylimy się do przodu. Jakikolwiek dyskomfort, albo brak efektu zassania po kilku próbach ułożenia dyskwalifikuje daną maskę. Czy czarny sylikon, czy przeźroczysty – to już kwestia gustu po prostu (choć niektórzy użytkownicy masek z przeźroczystym silikonem narzekają, że po pewnym czasie silikon żółknie i nie wygląda estetycznie). Jedni wolą takie, drudzy – siakie, praktycznego znaczenia nie ma. Zwracajmy uwagę na pole widzenia, jakie zapewnia nam maska. Jeżeli nie potrzebujemy maski z korekcją optyczną (takie rozwiązania ma Tusa i Aqualung – gotowe szkła korekcyjne, wychodzi taniej niż u optyka), przetestujmy maski jednoszybowe – wg mnie lepszy zakres widzenia. Kolor silikonu w kilku sytuacjach może mieć znaczenie. W krystalicznych wodach słońce może nam utrudniać obserwację środowiska jeżeli mamy maskę z przeźroczystym silikonem, przez który przebijają się promienie słońca i odbijają się nam od wewnętrznej strony szyby. Z czarnym, albo nieprzeźroczystym silikonem nie będziemy mieli tego problemu. Z kolei w mrocznych wodach komfort nurkowania poprawi nam „doświetlona” maska z przeźroczystym silikonem. Każdy promień słońca w takich warunkach jest na wagę złota. Niezależnie od wyboru maski – szyba obowiązkowo hartowana (tempered glass). Zacznij od czegoś niezbyt drogiego, wypróbuj, naucz się nurkować, z czasem sam dojdziesz do tego by uznać, że tego typu maska to jest to, czy jednak trzeba poszukać czegoś innego.

Rura, niby nic niezwykłego, żaden tam specjalistyczny sprzęt. A jednak mnogość wersji, rozwiązań, patentów po prostu boli w oczy. Czyste szaleństwo. Dla nurka jest to jednak sprzęt dodatkowy, używany dość rzadko. Nie ma co kombinować, nawet najprostsza da radę. Można tylko zwrócić czy wygodnie reguluje się wysokość montażu rurki do paska maski i jej ułożenie. Niektóre rurki montuje się tak niewygodnie, że po kilku użyciach wywalicie je do kosza. Dobrze jest więc kupować się od razu przy okazji kupowania maski i dobrać je wspólnie, albo przyjść z własną maską i przetestować montaż. Można pomyśleć o rurce, która ma dwa dodatkowe patenty. Są to fajne ułatwienia i w niektórych sytuacjach mogą znacznie podnieść komfort użytkowania – specjalna osłonka przed zalewaniem falami i zestaw membran ułatwiający przedmuchanie rury, kiedy dostanie się do niej woda. Pierwszy element to taka nakładka na końcówkę rury, której specjalne ukształtowanie ma zmniejszyć możliwość przypadkowego zalania wodą. Końcówką powinno dać się obracać, czasem może to się przydać, jeżeli mamy określony kierunek wiatru, pływu fal – ustawiamy sobie wtedy końcówkę w odpowiednią stronę i już. Drugi patent widać od razu – tuż przy ustniku. Podkreślam jednak, że to bajery. Nie są obowiązkowe. Można też zwrócić uwagę, czy fajka ma elastyczny przegub lub cała jest elastyczna – jedni tak nie lubią pływać z fajkami, że chowają je do kieszeni. Z fajką się jednak nie rozstajemy – nie uczmy się złych wzorców. Są sytuacje, gdy fajka się przyda, albo wręcz zapewni nam bezpieczeństwo. Nie rezygnujmy więc z fajek. W najgorszym wypadku miejmy ją w kieszeni skafandra, kamizelki czy skrzydła. Wtedy dobrze mieć taką elastyczną. Zaletą elastycznego przegubu jest też to, że jak nie używamy fajki to nie włazi nam ona tak łatwo w twarz jak to lubi się dziać w przypadku sztywnej konstrukcji. Zwróćcie też uwagę na klips mocujący fajkę do maski. Niekiedy to małe ustrojstwo potrafi nam napsuć krwi, jak jest mało ustawne i sztywne. Fajny patent ma m.in. Tusa z klipsem ruchomym.

Chcemy na start kupić sobie płetwy paskowe i buty? No dobra, to do roboty. Nie jest to żadna wyższa szkoła jazdy. Zaczynamy poszukiwania od butów. Jeżeli na start planujemy odwiedzać polskie wody – wybieramy grubsze buty (6-7 mm). Jeżeli planujemy nurkować tylko w gorące miesiące, lub tylko w ciepłych wodach – buty mogą być cieńsze. Przy czym z powodzeniem wykorzystamy grubsze buty w ciepłych wodach – odwrotnie raczej się nie da. Jak ktoś ma marznące kończyny (jak ja), niech bierze te grubsze. Podeszwa powinna być dość sztywna i z jakimś „traktorem”. W końcu to but, w którym zdarzy nam się nieraz przejść po różnych nawierzchniach. Łażenie z brzegu do głębszej wody, przed założeniem płetw to chleb powszedni nurka, a różne rzeczy leżą na dnie. Potem jeszcze zwracamy uwagę, jak łatwo zakłada się buty, czy mają zamek, czy nie.

Brać z suwakiem, czy bez? Przede wszystkim, obecnie na rynku ciężko jest trafić na buty bez suwaka. Jak ja zaczynałem przygodę, wybór był dość bogaty. Czy szukać tych bez suwaka? Są różne opinie i szkoły. Czy suwak, czy bez , ciężko jest wysuszyć buty. Jak się go dobrze nie otworzy, nie wywinie i nie wysuszy to się robi tragedia. Niewysuszony but po kilku dniach zaczyna śmierdzić. Suwak w tym nie pomoże, ale suwak ułatwi jedną rzecz. Ściąganie butów po nurkowaniu – tych bez suwaka – to po prostu mordęga. Jak jeszcze pogoda nie dopisuje, a my zziębnięci próbujemy wyrwać skostniałą nogę z podłego buta. Oj, oj, nie było to fajne. Przyszedł więc odpowiedni czas i moje stare buty bez suwaka poszły na półkę, a kupiłem sobie całkiem porządne buty firmy Waterproof 6,5mm pianki z suwaczkiem. Wada niby taka, że zamek nie trzyma ciepła, że przez zamek szybciej noga się wychłodzi. Aż tak drastycznej różnicy nie ma, a jednak wątek z mocowaniem się z butami to spora niewygoda. Zalicz kilka nurkowań w polskich wodach przy słabszej aurze pogodowej, kilka dni deszczu i wtedy powalcz z butami. No i na koniec wybór płetw. Sprawdzamy je z wybranymi butami, sprawdzamy, czy nigdzie nas nie piją po założeniu i dociągnięciu pasków (mocno się je ściąga, nie ma tu miejsca na delikatność, zgubienie płetwy pod wodą nie jest trudne, a wierz mi, nie chcesz tego zaliczyć – znam to z autopsji). Długość i kształt to już inna sprawa i tutaj też można dostać zawrotu głowy od ilości opcji. Tutaj przydaje się jednak doświadczenie z basenu i podpowiedź instruktora. Jeżeli idzie nam dobrze na basenie z krótką płetwą, instruktor stwierdza, że nieźle pracujemy swoimi kopytkami, wybierzemy pewnie płetwy ciut krótsze i twardsze (dają lepszego kopa, ale nie wspomagają sterowności). Jeżeli instruktor uważa, że nasze wiosłowanie nóżkami wychodzi nam średnio, lub wręcz tragicznie – warto pomyśleć o płetwach z dłuższym i miękkim piórem. Jeżeli pociąga nas też wizja nurkowania bez sprzętu, na bezdechu – wtedy zdecydowanie wybieramy płetwy z miękkim, długim piórem. W przyszłości zapewne wymienisz swoje pierwsze płetwy na coś konkretniej dobranego pod styl nurkowania, który będziesz uprawiać. Inne wybierzesz, jeżeli będziesz nurkować w suchym skafandrze, inne będziesz zabierać na zajęcia basenowe i na wyjazdy do Egiptu. Zapewne w tych paskowych, jeżeli nie kupisz od razu ze sprężynami – sam je sobie dokupisz po jakimś czasie. Sprężyny zamiast pasków to bardzo fajne rozwiązanie bardzo poważnie ułatwiające zakładanie i zdejmowanie płetw. Wydatek rzędu stu złotych, a Ty zamiast mordować się z płetwą przy wchodzeniu na nura i przy wychodzeniu, robisz ciach, ciach i już płetwa założona/ zdjęta.

Mamy to wszystko? Lecimy na basen na pierwsze zajęcia – nie zapominamy o klapkach, czepkach i odpowiednim stroju kąpielowym (ach, te cudowne regulacje na polskich pływalniach, faceci w luźnych szortach są persona non grata, bez czepka wejdą tylko łysi, no a klapki, żeby zminimalizować kontakt z podłogą). No i ręcznik!

A o czym jeszcze nie pomyślałaś, nie pomyślałeś, a powinnaś, powinieneś? Jest sporo rzeczy nienurkowych, które mogą się bardzo przydać, lub będą wręcz niezbędne przy planowaniu wycieczek na basen lub na wody otwarte. Nieważne, czy będziesz nurkować na swoim sprzęcie, czy na pożyczonym, będzie zdarzać się, że będziesz wozić ten sprzęt ze sobą. Warto zaopatrzyć się w odpowiednie torby lub pojemniki, które będzie łatwo nosić, które będą wodoszczelne (suszenie wnętrza samochodu jest nam zupełnie niepotrzebne). Tanim i dobrym pomysłem są torby z Ikei (ale nie zapewniają stuprocentowej szczelności) i wanienki do mieszania zapraw murarskich – do dostania w każdym solidniejszym sklepie budowlanym. Kosztują śmieszne pieniądze, a świetnie nadają się do transportu mokrych sprzętów w samochodzie. Są też droższe skrzynki narzędziowe (np. Stanley) – tutaj oprócz wodoszczelności, dostajemy kółka i uchwyty do transportu na kółkach. Warto o tym pomyśleć planując wyjazd ze sprzętem. Nie zapominajmy też o tym, że mokre pianki, rękawice, kamizelki i buty jakoś trzeba suszyć – zaopatrujmy się więc w mocniejsze, plastikowe wieszaki i zabierajmy je ze sobą. Tylko nie wydawajcie na nie kosmicznych pieniędzy (są takie wieszaki „nurkowe”, a wszystko, co zawiera określenie „nurkowe”, lubi kosztować dwa razy więcej niż to samo bez członu „nurkowe”) – wieszaki i tak lubią ginąć, łamać się, ktoś czasem je nam gwizdnie (czasem kompletnie niechcący). Dobrym pomysłem dla nurkujących w Polsce jest też mata, albo karimata, którą rozłożymy na ziemi, kiedy będziemy się przebierać. Na różnym podłożu i w różnych warunkach przyjdzie nam się przebierać, a kiepsko się zakłada mokrą, zapiaszczoną, albo zabłoconą piankę. Ważnym dodatkiem do naszego ubioru po nurkowaniu będzie odpowiednia czapka, którą osłonimy wychłodzoną głowę i uszy. Widok nurków w zimowych czapkach już od tej chwili nie powinien was w ogóle dziwić. To nie kwestia mody, jakiegoś braterstwa czapek, to kwestia zdrowia.

O nurkowaniu z głową, o nurkowaniu w Polsce, o wszystkim tym, czego nie znajdziecie w podręcznikach, ani na innych portalach.