Decathlon uskrzydla nurków – test skrzydła Subea SCD500B

Subea (właśnie uświadomiono mi, że to, co kiedyś znałem pod nazwą Tribord to teraz Subea) nie przestaje wpuszczać na rynek nurkowy kolejnych elementów wyposażenia nurka. Szkoda, że w międzyczasie polska sieć Decathlona, której marką jest Subea, nie przestaje zwijać oferty nurkowej ze sklepów stacjonarnych. Owszem, odpowiedź Decathlona jest oczywista – no przecież nasze produkty są wciąż dostępne online. Powód jednak do kwęku pozostaje – my, nurkowie, sprzęt musimy najpierw przymierzyć, zmacać, często nawet przetestować, zanim wydamy nań niemałe pieniądze. Owszem, polubiliśmy zakupy w sieci (ostatnio robiłem „research”, dosłownie co trzecie centrum/ szkoła nurkowania w Polsce otworzyła, lub otwiera swój e-sklep, to coś mówi o trendzie), ale w przypadku naszego sportu trudno sobie wyobrazić, że wszystko przejdzie do sieci i handel tradycyjny w tej dziedzinie umrze.

No dobra, ponarzekałem, ale czas brać się za skrzydło. Wcześniej miałem ogromną przyjemność testować jackety z oferty francuskiej marki –  Subea SCD500 pierwszej i drugiej generacji, którymi byłem naprawdę porządnie zauroczony. Może jest i budżetową marką, ale wypornościówkę robią tak, że nie widać nigdzie specjalnych oszczędności. Tak też jest z najnowszym produktem Subei.

Rekreacyjne skrzydło (porzućcie nadzieję, że przypniecie do niego zestaw dwubutlowy, stage’a też raczej ciężko będzie podpiąć) oparte jest o niewielki plastikowy noszak, lekki, kompaktowy worek wypornościowy (oczywiście, jak to w skrzydle bywa, całe powietrze na plecach) i lekką, szczątkową uprząż. Wszystko wyraźnie zrobione tak by waga była najmniejsza i by dało się to ładnie skompaktować w bagażu. Tak, jak w przypadku jacketów, tak i tu mamy do czynienia z dobrze przemyślaną, ładną i wygodną konstrukcją. To skrzydło może się ludziom podobać. Jego właściciel nie powinien mieć żadnych kompleksów z tytułu posiadania. SCD500B wygląda po prostu ładnie.

Skrzydło zamontowane i skonfigurowane do nurkowania.

Mamy w nim zintegrowane kieszenie balastowe, mamy rozbudowany inflator z opcją zrzucania powietrza szczytową spłuczką poprzez pociągnięcie głowicy i węża w dół. Ba, są nawet kieszenie trymujące przy pasie trzymającym butlę. Te akurat bardzo się przydadzą nurkom lubiącym ołów. Do kieszeni balastowych spokojnie wejdą dwa kafle po 2kg, ale producent zaleca maksymalne obciążenie 3kg na jedną kieszeń i ja bym z tym nie przeginał. Mocowanie kieszeni wygląda solidnie, ale już wcześniejsze modele pokazywały, że nie utrzymają większej ilości ołowiu i można łatwo doprowadzić do przypadkowego wypięcia kieszeni w trakcie nurkowania. Dlatego też warto skorzystać z kieszeni umieszczonych na plecach. Noszak posiada dwa punkty mocowania pasów do butli, można więc dołożyć kolejny pas z kolejnymi kieszeniami.

Inflator, jak wspomniałem, ma zintegrowaną na szczycie spłuczkę, którą można otworzyć pociągając cały wąż z głowicą inflatora. Mamy więc dwie spłuczki górne (jedną tradycyjną na drugim ramieniu) i jedną spłuczkę dolną. Producent deklaruje, że spłuczki mają dodatkowe zabezpieczenie przed wlewaniem się wody w momencie otwierania spłuczki. Nie testowałem tego jeszcze, będę to sprawdzał. Uwagę zwraca mała głowica inflatora – ja tu widzę świadome działanie w celu zmniejszenia masy sprzętu, ale posiadacze solidniejszych paluchów mogą narzekać na ten rozmiar głowicy. Przyciski i ustnik do pompowania są rozłożone wygodnie i nie sprawiają problemów w użytkowaniu.

Górna spłuczka na inflatorze.

Worek (jak i całe skrzydło) ma dwa rozmiary: S/M wyniesie ma wyporność 140N, z kolei L/XL – 210N. Przy czym ja, nie najmniejszy chłopek o wzroście 179cm i wadze ok. 80kg daję radę w rozmiarze S/M wszystko zapiąć i wyregulować i worek spokojnie mnie utrzymuje w pełnym uzbrojeniu. Jednak to tak na granicy jest, osobom o podobnym wzroście i wadze sugerowałbym raczej L/XL. Co fajne, pas biodrowy ma dodatkową regulację, więc szkoły wypożyczające sprzęt mogą się cieszyć, gdyż sprzęt można dostosować do użytkownika w większym zakresie, choć regulacja pasa ukryta jest pod wyściółką noszaka i nie należy do najłatwiejszych czynności.

Są i D-ringi, jest nawet kieszeń akcesoryjna dopinana pod kieszenie balastowe. Jest miejsce na montaż drugiej kieszeni. Czego mi brakuje? Pasa krocznego. Ja wiem, jest wiele kamizelek rekreacyjnych typu „skrzydło”, które są pozbawione tego elementu, ale ja bym przynajmniej przewidział możliwość dołożenia takiej opcji – a tu nawet niespecjalnie jest jak takie rozszerzenie podnoszące bezpieczeństwo i komfort używania skrzydła zamontować. Szkoda.

Brakuje mi tu też genialnie przemyślanych systemów układających „octopus” i manometr zastosowanych w jacketach Subea – sprytne otwory w kieszeniach pozwalały wygodnie i bezpiecznie zamontować wąż octopusa tak by jednym pociągnięciem uwolnić octopus ze skrytki. Póki nie użyty, octopus wraz z wężem był ładnie schowany i o nic nie wadził, a sama puszka II stopnia octopusa była ładnie wyeksponowana i łatwa do namierzenia. Z kolei manometr można poprowadzić od tyłu kieszeni (otwór I) do przodu (otwór II) i mano zawsze wystaje z przodu, jest łatwe do zlokalizowania i też wąż nie ma szans o nic zaczepiać i wadzić.

W skrzydle tych rozwiązań, lub podobnych nie zastosowano. Fajnie, że producent dodaje od siebie tradycyjne zaczepy (albo może dodano je do testowego egzemplarza, bo już ich nie widzę na zdjęciach na stronie Decathlonu?) na węże z jednej i drugiej strony, ale przypominam, że węże HP od manometru bywają różnej średnicy, a węże ogólnie LP lub HP uzbrojone w oplot niespecjalnie lubią się trzymać w tych zaczepach. No i już tak ładnie nam nie układa węży.

Sprzęt jest lekki, waga ledwie przekracza 3kg. Skrzydło daje się ładnie skompatkować, będzie to więc wierny towarzysz wielu podróży lotniczych dla nurków i myślę, że w tej roli sprawdzi się najlepiej. Sprzęt prezentuje się dobrze pod względem jakości wykonania i użytych materiałów. Poprzednie kamizelki – mam je wciąż i są regularnie używane przez moich kursantów, sam też lubię w nich prowadzić zajęcia, jeżdżą też z nami na nurkowania w Polskę i za granicę – pokazały, że to są trwałe konstrukcje. Kilka lat użytkowania i żadnych poważniejszych awarii czy wyraźnych śladów zmęczenia, żadnych połamanych klamerek i urwanych uchwytów. Nie ma tu Cordury, ani żadnych wypasionych materiałów, ale nie mam powodów podejrzewać, żeby to specjalnie odbijało się na trwałości konstrukcji. Jak dla mnie kolejna fajna konstrukcja, która nie zawiedzie rekreacyjnego nurka wożącego się ze sprzętem nie tylko po bliskich nurkowiskach.

Sprzęt wygląda naprawdę dobrze.
Mała głowica inflatora.
Pas trzymający butlę. W komplecie kieszenie trymujące.
Kieszenie trymujące.
Kieszeń balastowa.
Sprzęt gotowy do nurkowania. Widać kieszeń akcesoryjną montowaną do kieszeni balastowych.
Regulacja pasa biodrowego. Fajnie, że jest, choć regulacja łatwa nie jest.
Regulujemy z obu stron.
Kieszeń na balast – maks. 3kg.

Po więcej informacji (radzę też skorzystać z programu testowania) zapraszam na stronę producenta i jednocześnie sprzedawcy: Decathlon.

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

Rummu – Wielki Powrót

Powrót do Rummu

(Artykuł w oryginalnej wersji pojawił się w numerze 12/2017 Nuras.info, tutaj macie jego rozszerzoną wersję)

Pierwszy nur na mur

Poranek pochmurny, ale ciepły. Po pięciu godzinach snu wstajemy w ostatniej chwili przed umówioną godziną zaokrętowania na naszą pływającą nurkową platformę. Wrzucamy w pośpiechu jedzenie do żołądków, kilka łyków kawy i sprzęt na tratwę. Witam się ze znanym mi już z wcześniejszej wyprawy Śpiącym Kapitanem, który braki w angielskim nadrabia dobrym humorem i pozytywnym podejściem. Wymownie pytające oczy kapitana – dokąd płyniemy? Odpowiadam „gate”. Wypływamy. Czemu Śpiący Kapitan? Na ostatniej wyprawie zapamiętaliśmy go wszyscy z niesamowitej umiejętności zasypiania w każdym momencie, w którym tylko nie był potrzebny. Ładowaliśmy się na tratwę – spał. Dopłynęliśmy na miejsce nurkowania – od razu poszedł spać. Gość wyraźnie odsypiał kilka nieprzespanych nocy. Teraz wyraźnie brak snu mu nie dokuczał. Płyniemy na Mur, do słynnej Bramy. Spektakularny bajzel pięknie skomponowany z porozrzucanego po całym pokładzie sprzętu nurkowego powoli zamienia się w nieźle zorganizowane sterty osobistych zestawów do nurkowania. Zbliżając się do miejsca nurkowania nie tracimy żadnej minuty skręcając sprzęt, przygotowując skafandry, sprawdzając kamery i światło. Kiedy kapitan cumuje platformę do bojki, jesteśmy praktycznie gotowi. Szybkie omówienie nurkowania, sprzęt na grzbiet i wskakuję do wody. Czekając na pozostałych na platformie nurków filmuję budynki widoczne przy plaży i zaglądam pod wodę. Wizura jest boska, jest dobrze. Serce bije szybciej. W końcu ludzie są w wodzie i sygnalizują gotowość do zanurzenia. Inflatory w górę, powietrze ucieka z worków, świat nawodny unosi się w górę, zanurzamy się w estoński przestwór królestwa Rummu. Prowadzę wycieczkę wzdłuż Muru przecinającego całą szerokość akwenu. Ryby umykają przed nami, nie ma ich dużo, ale jednak jest lepiej niż poprzednim razem na wiosnę, wtedy jedyne pojedyncze sztuki okonków widziałem tylko na nocnym nurkowaniu. Dopływamy do brzegu, widzimy wspinające się stromo schody, prowadzące na powierzchnię zbiornika, przelatujemy nad Murem na drugą stronę i wracamy w stronę tratwy. Mijamy zamontowane na murze duże lampy, część z nich oderwała jakaś niewidzialna siła i zrzuciła je z Muru. Ciekawe, byłem pewien, że większość z nich ostatnio była na Murze. Działanie sił natury czy brak rozwagi pływających na powierzchni? Docieramy do bramy, która teraz jest ukryta w cieniu naszej platformy. To jest wizytówka Rummu. Każdy odwiedzający to miejsce musi choć raz przepłynąć przez uchylone kratowane wrota więzienia. Kiedyś tędy wchodzili i wychodzili pracownicy kamieniołomu i więzienia. Teraz my unosząc się dwa metry nad dnem przemykamy zwinnie i lekko. Potem meandrujemy do najbliższego budynku, do którego wpływamy od strony powalonego słupa, który za każdym razem bardzo kojarzy mi się z egipskim obeliskiem. Zaglądamy w zacienione, ale duże pomieszczenia. Pamiętam ich układ dość dobrze, nieco zazdroszczę mym współnurkom. Zazdroszczę uczucia ekscytacji pierwszej wizyty w tym miejscu, pamiętam jak ja cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało najfajniejszą zabawkę, jaką mogło sobie wymarzyć. Pamiętam, że chichotałem do automatu. Teraz jestem lekko zawiedziony, że nie towarzyszy mi już to uczucie. Teraz czuję się jakbym wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Niby wszystko pamiętam, ale wyłapuję szczegóły, których nie pamiętałem. I przede wszystkim skala. Mam wrażenie, że wszystko było większe i rozleglejsze. Wracamy na platformę. Mamy jeszcze sporo czasu z zarezerwowanych trzech godzin pływania platformą po zbiorniku Rummu, w butlach sporo wiatru, pomimo że pod wodą spędziliśmy dobre czterdzieści pięć minut. Ja już mam w głowie plan na kolejne nurkowanie: na stację pomp – oznajmiam kapitanowi.

Estonia to niewielki kraj leżący na dalekiej północy za Litwą i Łotwą. Niegdysiejsza republika Związku Radzieckiego poza odciśniętą mocno w zurbanizowanych krajobrazach socrealistyczną szarością w niczym nie daje się poznać jako kraj byłego ZSRR. Estoński język należy do grupy ugrofińskiej, uległ bardziej wpływom niemieckim, niż ruskim, Estończycy nie posługują się cyrylicą, zatem mijając kolejne znaki informacyjne i reklamy, utwierdzamy się w przekonaniu, że gdzieś zaspaliśmy i zapędziło nas za morze bałtyckie. Mamy cały czas przekonanie, że jesteśmy już na półwyspie skandynawskim. Widać, że kulturowe wpływy skandynawskie coraz silniej wypierają brzydotę socrealu zamieniając ten kawałek świata w coraz ładniejsze miejsce. Nie żebym specjalnie dużo miał okazji do rozmów z samymi Estończykami, ale na tej ograniczonej podstawie mogę powiedzieć, że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, skorzy do pomocy i gościnni, choć może delikatnie zdystansowani. W komunikacji stawiałem na język angielski uznając, że rosyjski będzie raczej słabym pomysłem. Zaskakująco często rozmówcy mówili po angielsku albo bardzo słabo, albo w ogóle, co w komunikacji im w ogóle nie przeszkadzało i za każdym razem znajdowaliśmy wspólny język. Estonia przez moment była także zjednoczona z Polską, ale poza tym epizodem nasze ścieżki na drodze historii raczej się nie spotykały zbyt często. Można jeszcze wspomnieć ostatni znaczący incydent – internowanie okrętu i załogi ORP Orzeł w trakcie II Wojny Światowej. Ogólnie historii Estończycy łatwej nie mieli. Praktycznie cały czas tereny obecnej Estonii znajdowały się pod wpływem lub rządami niemieckimi, zdarzały się „przyjacielskie” wizyty Szwedów. Potem to całe zamieszanie z ZSRR, z komunizmem, stalinizmem i innymi izmami, które próbowały wytrzeć gumką narodową tożsamość Estończyków i zastąpić ją czymś o wiele ciekawszym. Estonia to jednak przetrwała i ma się całkiem dobrze. Widać to chociażby po ośrodku wypoczynkowym, który znajduje się nad zbiornikiem Rummu i który drugi raz posłużył mi za mój dom w trakcie estońskich eksploracji. Paekalda Puhkekeskus – nazwa dla Polaka jest zdecydowanie epickim wyzwaniem dla języka i znakomitym treningiem dla pamięci, a za nią kryje się mini osada złożona z prostych chałup typu fińskiego usytuowanych tuż nad brzegiem Rummu. Zaczynając od największego Domu nad Jeziorem, po drodze mając dwa Domki Myśliwskie i kończąc na trzech Chatach Rybaków mamy niezbyt gęsto zabudowany kompleks drewnianych domków schowanych w niezbyt gęstym lesie. O oddaleniu od cywilizacji może mówić dźwięk pracującego spalinowego generatora prądu. Wszystkie domy wyposażone w aneks kuchenny, jadalnię, łazienkę i antresolę z łóżkami. Te większe mają jeszcze sauny. Wszystko wykonane i umeblowane w uroczym, surowym, skandynawskim stylu. Miejsce takie, że od razu chcesz pod kominkiem postawić swoje buty, poprosić tutaj o azyl i dożyć sędziwej starości rozkoszując się smakiem gloggu ze szklanki prosto z Ikei. Posiłki najlepiej jest przyrządzać sobie samemu na miejscu, kuchnia jest dobrze wyposażona, do tego przy każdym domku ustawiony jest duży grill i jest kilka stanowisk do rozpalania ogniska. Dla leniuszków są restauracje, choć te znajdują się w sporej odległości, nam bardzo podeszła kuchnia serwowana przez rosyjskich Estończyków w nadmorskim Paldiski, w tawernie Peetri Toll. Jest jeszcze opcja dowozu cateringu (bardzo smaczne dania z grilla, zwłaszcza wyborny łosoś).

Drugi nur do stacji rur (pomp)

Zeskakujemy do wody w drugiej lokacji, jesteśmy w najgłębszej części zbiornika. Na dole szalone trzynaście metrów i to raczej w jednym miejscu z komputerem wsadzonym po łokieć w dno. Stoi tu samotny budynek, dość wysoki i zwarty. W nim właśnie pracowały pompy osuszające teren. Budynek jest na tyle wysoki, że jego zadaszenie znajduje się niemal pod taflą wody. Brakuje sporej części dachu, co daje szansę nurkom zajrzeć do górnych pomieszczeń budynku. Zaglądamy więc do nich, a ja ze zdumieniem odkrywam, że moja dziurawa pamięć umiejscowiła te wnętrza w kompletnie innym budynku w innej części akwenu. Zaraz potem okrążamy budynek i zaliczamy najniższy punkt akwenu, potem meandrujemy wzdłuż baraku pozbawionego dachu i resztek porozrzucanej tu i ówdzie infrastruktury kompleksu. Przewrócony zbiornik, którego cztery łapy podstawy wskazują teraz niebo, taboret, na którym jakiś żartowniś ustawił starą żeliwną patelnię, schody wokół budynku. Moje pierwsze nurkowanie w tym miejscu zostawiło we mnie odczucie zawodu. Jednak poprzednim razem byłem po pierwszym nurkowaniu przy murze i bliskich budynkach, na pierwszym nurkowaniu słońce pięknie doświetlało wszystkie atrakcje, a na nurkowanie przy pompowni nadeszła nad nas chmura. W dodatku byłem nurkiem zamykającym grupę i oglądałem głównie tumany wznoszonych osadów z dna. Tym razem doceniałem każdy element tej atrakcji nurkowej Rummu i cieszyłem się, że tu wróciłem by móc odczuć jego tajemniczy urok pełnym sercem. Zaznaczam jednak, że na to miejsce nie potrzeba przeznaczać więcej czasu jak jakieś trzydzieści minut nurkowania: krótka wycieczka do wnętrza budynku, potem raz go opłynąć, odpłynąć do pobliskiego baraku i w zasadzie to tyle.

Powrót do Rummu zaplanowałem na październik chcąc uniknąć wakacyjnych tłumów, letniej okupacji owadów latających a jednak mając nadzieję na zapoznanie się z lokalną podwodną fauną, której na wiosnę dwa lata wcześniej nie uświadczyłem specjalnie. Plan na wyjazd był praktycznie taki sam, dwa dni nurkowań w Rummu, trzeci dzień rekreacyjno turystyczny – spacery po okolicy i wizyta w Tallinie, opcjonalnie dodatkowe nurkowania. Okazało się to bardzo szczęśliwym układem, który zaowocował dwoma dniami bardzo intensywnych nurkowań, które przed południem wykonywaliśmy z pływającej platformy, a po południu albo nurkowaliśmy z naszego brzegu, albo po podjechaniu autami na drugą stronę. Miałem małego lenia i po cichu liczyłem, że grupa nie będzie miała ochoty na wyprawę do Tallina. Uczestnicy jednak jednogłośnie zdecydowali, że musimy tam jechać i znowu tego nie żałowałem mogąc odkryć nowe rzeczy. Po pierwsze, jadąc  do Tallina zaplanowałem dłuższą, krajobrazopoznawczą trasę wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Po drugie, odkryłem kolejne ciekawe uliczki prowadzące przez tallińską starówkę. Sama starówka jest wizytówką stolicy Estonii. Okazała, autentyczna, ładnie położona na wzgórzu, jednak niezbyt nerwowym spacerkiem jesteśmy w stanie obejść ją dość dokładnie w ciągu dwóch godzin. Warto z pewnością zajrzeć do Soboru św. Aleksandra Newskiego, pomeandrować wąskimi uliczkami na szczycie starówki, obejrzeć panoramę nabrzeża ze wzgórza starego miasta i koniecznie zajrzeć do uliczki idącej w cieniu wysokich murów miejskich.

Trzeci nur – nocny nur

Po pierwszych nurkach uszła z nas totalnie para. Choć plany były ambitne i zakładały rychłego nurka z brzegu, odezwało się w nas zmęczenie długą podróżą, krótką nocą (dojechaliśmy na czwartą rano, a tratwę mieliśmy umówioną na godzinę dziesiątą) i zbytnim skondensowaniem zbyt czystego powietrza. Odbębniliśmy więc w pełni zasłużoną sjestę i ostatnie nurkowanie dnia zaplanowaliśmy jako nocne z naszego pomostu. Dno w tym miejscu idzie w głąb akwenu płasko jakieś kilkanaście metrów, potem gwałtownie się urywa i opadamy na głębokość dziesięciu metrów. Z tego miejsca zapamiętałem ciekawy efekt przypominający haloklinę – na wiosnę woda Rummu przy naszym brzegu miała stałą tendencję do „mleczenia” w miarę upływu dnia. Do południa woda była czysta jak łza, później robiła się coraz bardziej mleczna. Pod wodą okazało się wtedy, że ta zawiesina wapienna utrzymuje się tylko w górnej warstwie wody, a przy dnie dalej jest przejrzysta. W październiku efektu tego nie uświadczyliśmy. Woda przez cały dzień odznaczała się znakomitą przejrzystością, a my po zejściu wzdłuż ściany kamieniołomu zaczęliśmy płynąć na wschód przeskakując kolejne małe zatoczki przedzielane równo usypanymi głazami. Pod wodą królowały szczupaki, nie brakowało okoni, spotkaliśmy też kilka raków. Fajnie było obejrzeć więcej życia, którego mi dotąd brakowało w Rummu, jednak tak naprawdę w świetle naszych latarek najwięcej wdzięku roztoczyły przed nami krajobrazy skomponowane przez ukształtowanie dna i przedstawicieli estońskiej flory podwodnej.

Rummu jako więzienie zaczęło funkcjonować w roku 1938, gdzie zgodnie z planem miało pracować czterystu skazanych. Aż do 1960 większość budynków w tym miejscu była drewniana, dopiero w latach 60-80 rozpoczęła się modernizacja budynków zgodnie z przyjętymi w ZSSR wytycznymi. Rummu nie miało być zwykłym miejscem osadzenia, w roku 1868 uruchomiono na terenie więzienia szkołę zawodową, z kolei w roku 2004 ośrodek przekształcono w więzienie otwarte – o złagodzonym rygorze. W okresie uzyskania niepodległości przez Estonię spadło zapotrzebowanie na wapień i wtedy też zapadła decyzja o wyłączeniu części pomp. Woda podeszła tak szybko, że nie zdążono ewakuować większości maszyn z północnej części zbiornika. Później, jak już więzienie przeszło kolejne zmiany i zaprzestano wydobycia wapienia, wyłączono ostatnie pompy i wody zajęły cały teren obecnego zbiornika, łącznie z częścią za murem, w ten sposób znane dziś nurkom budynki znalazły się pod wodą. Więzienie ostatecznie zamknięto w roku 2012, a jego tereny sprzedano prywatnemu właścicielowi, którego tereny dalej są ogrodzone wysokimi murami, a za nimi widać sporo wojskowego sprzętu. Właściciel stara się kontrolować też teren plaży blisko budynków wystających z wody i położonej u stóp górującego nad zbiornikiem wzgórza, choć obszar ten znajduje się poza murami jego działki. W lecie plaża zmienia się w dzikie kąpielisko i dochodzi w tym miejscu do wypadków, którym ulegają wspinający się na budynki. Stąd właściciel robi wszystko by odstraszyć wszystkich z tego regionu. Trzeba sobie uświadomić, że najbardziej popularne miejsce nurkowe znajduje się na jego terenie i właściciel winszuje sobie z tego tytułu opłatę za nurkowanie. Coś koło 10 Euro od nurka.

Nowy dzień mieni się słońcem

Drugi dzień planowanych nurkowań zaczęliśmy od powrotu tratwą do Muru i do najbardziej spektakularnego budynku w Rummu. Tym razem pogoda nam bardzo dopisała, na niebie nie było żadnej chmury, tafla wody była idealnie płaska, słońce ozdabiało nieboskłon swoimi ciepłymi promieniami gwarantując fantazyjną grę świateł i cieni w szkieletowej strukturze największego budynku znajdującego się bardzo blisko plaży. Tratwa zacumowała tuż przy Murze, a my zaraz po zanurkowaniu zaczęliśmy płynąć w stronę płycizny, gdzie znajdował się nasz cel. Po drodze przecięliśmy mały budynek, który zwiedziliśmy dzień wcześniej, tym razem nie poświęcając mu większej uwagi. Między budynkami jest spora odległość, nawet pomimo dobrej widoczności nie mogłem dostrzec naszego docelowego punktu po wypłynięciu z małego budynku. Płynąłem więc na określony azymut mając nadzieję, że nie przestrzelę z nawigacją. Robiło się coraz płycej, a budynku nie było widać. Nie zapamiętałem dobrze z poprzedniej wizyty w Rummu czy była znacząca różnica w głębokości pomiędzy budynkami, więc drastyczny spadek głębokości wzbudzał we mnie niepokój, że jednak pokićkałem nawigację. A tu proszę! Nagle przed nami zamajaczyły majestatyczne kolumny filarów. Widząc je wyłaniające się z mgły znowu miałem skojarzenia z Egiptem. Sceneria stwarzała wrażenie, że nie znajduję się w Estonii, ale na nieznanym nikomu stanowisku archeologicznym w dolinie Nilu. Ogromne kolumny, obeliski i zwaliste mury budynku. Ciemny prostokąt wejścia do jednego ślepego pomieszczenia, wpływamy tylko po to by zerknąć przez zakratowane okno na widok roztaczający się na zewnątrz. Wypływamy i kierujemy się do najbardziej spektakularnego punktu Rummu – otwarte wrota głównego budynku, z którego został kilkupiętrowy szkielet pozbawiony w zasadzie w całości stropów. Tutaj warto wynurzyć łeb z wody i rozejrzeć się po budynku. Przy dnie bardzo malowniczo usadowiły się pojedyncze bajorka siarkowodoru, mgiełka wypełniająca zagłębienia dodaje temu miejscu dodatkowej magii. Wypływamy drugą stroną budynku, zaglądamy na płyciznę, gdzie zalega kolejny ogromny obelisk, pod który można się nawet wcisnąć. Na koniec nurka jeszcze odwiedziny w zatopionym lesie, pełnym porozrzucanych dziwnych sprzętów, opon, podziurawionym także oczkami siarkowodoru. Wracając z Muru zahaczyliśmy na bardzo krótkie nurkowanie przy barakach, jednak tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to szczególnie rozległe i specjalnie atrakcyjne miejsce. Warto pokręcić się z dwadzieścia minut, opłynąć resztki murów jedynego murowanego budynku, zajrzeć do dwóch rozpadających się baraków i w zasadzie to już koniec nurka. Tym razem, zapewne z powodu braku przewodnika, nie udało mi się trafić na stół z imadłem i wydaje mi się, że gdzieś mi umknęły dwa małe baraki, zwłaszcza jeden z intrygującym podsufitowym dziełem sztuki – stertą żarówek unoszących się pod sufitem.

Kolejna wyprawa do Estonii to kolejna okazja wizyty w Tallinie. Nie ciągnęło mnie do estońskiej stolicy, ale skoro już tak daleko zajechaliśmy, grupa uznała, że bez Tallina wyprawa nie będzie kompletna. Zatem ponowny przejazd do stolicy Estonii, tym razem dłuższą, krętą drogą idącą wybrzeżem Bałtyku. Mieliśmy okazję oglądać linię brzegową estońskiego odcinka morza. Sama linia może nie jest spektakularna, jednak osady, miejscowości i miasteczka robiły wrażenie bardzo zgrabnych, eleganckich, bardziej skandynawskich niż wschodnio europejskich. Wjechaliśmy jednak do miasta, zaparkowaliśmy auto blisko starówki – nie ma się co łudzić, znalezienie bezpłatnego parkingu jest niemożliwością – zostawiliśmy więc kilka Euro w parkomacie i wybraliśmy się zwiedzać starówkę. Te same kręte uliczki, niektóre bardzo wąskie, inne szerokie – pnące się i opadające dość żwawo po wysokim wzgórzu, do tego kilka tarasów widokowych, pokazujących spektakularną panoramę Tallina. Starówka z zewnątrz robi wrażenie dużo większej od tych znanych z Polski, ale po kilku minutach spaceru nie sposób przeciąć lub wrócić do uliczki, którą już przeszliśmy. Zajrzeliśmy do Soboru św. Aleksandra Newskiego, okazałej cerkwi i zaczęliśmy schodzić główną ulicą z staromiejskiego wzgórza. I tu odkryłem kolejne magiczne miejsce, gdzie w cieniu wysokich murów okalających starówkę ulokowały się stragany pamiątkarskie. Miejsce bardzo intrygujące głównie ze względu na skalę murów, pod którymi przycupnęły małe straganiki. Po przejściu w cieniu miejskich murów wyszliśmy poza obszar starówki i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Wielkie wiercące coś

Trzecie nurkowanie drugiego dnia wykonaliśmy z brzegu, z jedynego miejsca dającego szeroki i wygodny dostęp do zbiornika dla zmotoryzowanych nurków. Od północnego wschodu piaszczysta droga doprowadza auta pod sam brzeg akwenu i otwiera się na kilka miejsc dających wygodną przestrzeń do sklarowania sprzętu i wskoku do wody. Stąd można wyruszyć po poręczówkach prowadzących do znacznie oddalonych od brzegu maszyn zalegających w zbiorniku. Poręczówki potrafią znikać, mylić kierunki, chyba część została zerwana, albo ktoś równolegle poprowadził jakieś ćwiczebne poręczówki, ja więc wolałem ufać bardziej kompasowi niż poręczówkom, co okazało się dla nas zbawienne. Dwanaście litrów pojemności butli to jednak może być ciut za mało dla niektórych wybierających to miejsce – płynięcie do maszyn zajmuje sporo czasu. W końcu jednak dopływamy do skrzyżowania poręczówek i wybieramy prawą odnogę, która po chwili doprowadza nas do „Drilling Machine” – nie wiem, co to było, ale było wielkie. Większe niż nasze koparki z Jaworzna. Kawał stalowego bydlaka, tytan, potwór – Wielki Przedwieczny spoczywający w letargu w głębinach Rummu. Klocowata gigantomachina jest pozbawiona zębów: swojej broni, ogołocona z wielkiego wiertła, porzucona po środku akwenu budzi mieszane emocje. Buduje respekt swoją skalą, wzbudza litość swym kalectwem i osamotnieniem. Choć wszyscy już są na powietrzu przewidzianym na powrót, spędzamy dodatkowe minuty sycąc się widokiem i eksplorując ten pomnik ludzkiej myśli inżynieryjnej z minionej epoki. Wracamy na oparach w butlach nie żałując żądnej dodatkowej sekundy spędzonej przy kolosie.

Finalne pół dnia, pół nocy pod wodą

Ostatni dzień wyjazdu, którego większą część spędziliśmy w Tallinie, zwieńczyliśmy nurkowaniem rozpoczętym daleko przed zachodem słońca, a zakończonym już w kompletnej ćmie. Nurkowanie trwało dobrze ponad godzinę i pozwoliło nam dokładnie zwiedzić zatokę, przy której przycupnęły zabudowania domków wypoczynkowych ośrodka Paekalda. W trakcie poprzedniej wyprawy nurkowanie w zatoce poprowadziliśmy w prawo od naszego pomostu, tą samą trasę rozbudowaliśmy na nocnym nurkowaniu poprzedniego dnia. Tym razem nasza wędrówka zaplanowana była w drugą stronę zatoki. Układ dna w tym miejscu był bardzo przewidywalny. Od brzegu płaskie dno trzyma głębokość rzędu trzech metrów, potem nagle ucieka spod płetw i gwałtownie opada do około dziesięciu metrów. Czy płyniesz w lewo, czy w prawo, co chwila przecinasz kolejne grzebienie ułożonych skał i kamieni dzielących miejsce wydobycia wapienia na małe zatoczki. Płynąc w lewo minęliśmy sporo takich zatoczek zanim dopłynęliśmy do łagodnie wypłycającej się skarpy wyznaczającej linię brzegową jeziora. Krajobraz od razu wzbogacił się o roślinność przybrzeżną i ożył mnogością ławic małych rybek, oraz żerujących szczupaków. W zasadzie ta część akwenu jest najbardziej naturalnie wyglądającą częścią niegdysiejszego kamieniołomu, co bardzo przyjemnie współgra z doskonałą widocznością charakterystyczną dla wód Rummu. Chciałbym by w kilku polskich jeziorach można było czasem choć zaliczyć taką wizurę i cieszyć się panoramą bogactwa litoralu. Butle jednak mają skończoną pojemność a nasze już wskazywały nam, że warto zacząć myśleć o powrocie. To jest zawsze najmniej lubiany przeze mnie moment – ostatnie nurkowanie wyjazdu i ta chwila, kiedy wiesz, że trzeba wracać, że każda sekunda nurkowania przybliża cię do wyjścia z wody, potem tylko suszenie sprzętu, rozkręcanie go, pakowanie, samochodowa wersja bagażowego tetrisa i jazda do domu. My mieliśmy jeszcze jeden miły akcent zaplanowany na ten wyjazd, czyli pożegnalne ognisko. Najpierw oczywiście znakomita sauna, skok do wody dla najtwardszych, zasłużona kolacja i mogliśmy się rozsiąść przy przyjemnie grzejącym ogniu. Póki starczało sił i zimno nie dawało w kość, póty siedzieliśmy wedle ogniska i podsumowywaliśmy naszą estońską przygodę. Rummu pożegnało nas bardzo przyjemnym wieczorem, rozgwieżdżonym niebem i całkiem łagodnym chłodem nocy. Takie przyjemne pożegnanie z wyraźnym zaproszeniem do kolejnych wizyt w tym magicznym zakątku świata.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemią.

 

Podstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane. Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów. Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów. Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Zdjęcia: Jakub Cieślak i Monika Kur

W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".
Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031
Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.
Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA
Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.
CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080
Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.
079
Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.
078
Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.
Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2
Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.
CAMERA
Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.
CAMERA
Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂
CAMERA
Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!
CAMERA
Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.
CAMERA
Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

O nurkowaniu z głową, o nurkowaniu w Polsce, o wszystkim tym, czego nie znajdziecie w podręcznikach, ani na innych portalach.