Archiwa tagu: nurkowanie

Konińska Honoratka całkiem zacna

Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.
Fot. 1. (kubaCE) Akwen duży, linia brzegowa nudna, ale skarby są pod wodą.

W trójkącie Konin, Włocławek, Bydgoszcz mamy już do wyboru kilka ciekawych nurkowisk. Jest to o tyle dobry kierunek na nurkowania, że wszystkim z Polski jest tutaj całkiem po drodze i dojazd nie stanowi większego problemu. Dla nurków podróżujących z Warszawy to już w ogóle całkiem przyjemna okolica – około dwie godziny jazdy autostradą i już jesteśmy w regionie, gdzie możemy przebierać między nurkowiskami: jeziora Budzisławskie, Powidzkie, wyrobiska Piechcin, Honoratka. Honoratka jest najmłodszą bazą nurkową. Uruchomienie – oficjalnie – nastąpi 1 maja 2015 roku. Baza póki co nie zapewnia zbyt wielu wygód, czy usług. Bicie butli odbywa się kawałek dalej – butle są przewożone przez obsługę. Na miejscu mamy wygódkę drewnianą – klasyczną, kilka stołów do skręcania sprzętu. Rozumiem, że z każdym miesiącem będzie przybywać wyposażenia. Baza deklaruje, że posiada zestaw tlenowy, ale nie mam stu procent pewności w tej materii, radzę mieć swój. Jedno, co już można zapisać na ogromny plus, to znakomicie oporęczowane i opisane trasy podwodne. Atrakcji pod wodą nie zabraknie na kilka nurkowań. Od płytkich, widokowych – z bardzo dużym lasem podwodnym na czele po średnio głębokie ze ściankami w paśmie 20 – 30m, aż po głębokie 30-40m. Wizura w kwietniu była bardzo przyzwoita. Trochę gorzej w lesie i na głębokości do dziesięciu metrów, ale poniżej było zdecydowanie lepiej. W sumie oceniam to na wizurę rzędu od dwóch do ośmiu metrów zależnie od miejsca.

Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.
Fot. 2. (kubaCE) Drzew tutaj pod dostatkiem. Nadziać się łatwo.

W trakcie jednodniówki zdołałem zajrzeć do lasu i popłynąć główną poręczówką na trzydzieści metrów i po niej wrócić. Podobała mi się zwłaszcza węglowa ścianka w okolicach dwudziestu metrów, porozrzucane tam sprzęty pogórnicze robiły wrażenie. Światło z góry docierało, latarki służyły więc głównie doświetlaniu szczegółów i komunikacji. Zamierzam wracać i eksplorować pozostałe trasy. Jak na moje oko samego pływania wzdłuż poręczówek starczy na dwa dni nurkowań. Po wynurzeniu i wyjściu na brzeg czeka nas niestety jedna niezbyt przyjemna rzecz – wnoszenie sprzętu pod górkę. Akwen położony jest w niecce, samochody zostają na parkingu na górze, sprzęt trzeba znieść na plecach około dwudziestu metrów po dość stromym zejściu. Teoretycznie samochód terenowy da radę pokonać ten stok, ale widziałem jednego takiego. Nie wyglądało to szczególnie przyjemnie. Zejść to jeszcze pikuś. Potem, po nurkowaniach trzeba sprzęt wtargać. Drżyjcie „twinowcy”! Jeżeli baza nie wymyśli jakiegoś sprytnego systemu transportu ciężarów (może jakiś prosty wózek na wyciągarce) to posiadacze ciężkiego sprzętu raczej często zaglądać tu nie będą. To jest jedyna, zasadnicza wada tego miejsca. Niemniej jednak podwodne atrakcje i unikalność zbiornika wynagradzają nam wszystkie trudy związane z nurkowaniem w tym miejscu. Ceny obsługowe proste i przyzwoite – wjazd: 15zł, bicie powietrzem – 1,50zł/litr. Polecam i zapraszam, zwłaszcza, że w razie czego w okolicy mamy w czym wybierać i można sobie zaplanować bardzo bogaty weekendowy wyjazd ze zwiedzaniem okolicznych zbiorników.

Fot. 3. (kubaCE) Malowniczo tutaj, płytkie nurkowania mogą być bardzo przyjemne.
Fot. 4. (kubaCE) I te drzewa… Pisałem już? Dużo ich!
Plan nurkowiska
Plan tras podwodnych (źródło: http://www.nurclearwater.pl/baza-nurkowa-honoratka/)

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki
Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.
Koparki
Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.
Koparki
Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki
Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.
Koparki
Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.
Koparki
Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki
Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.
Koparki
Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.
Koparki
Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.
Koparki
Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.
Koparki
Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.
Koparki
Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.
Koparki
Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.
Koparki
Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.
Koparki
Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).
Koparki
Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.
Koparki
Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.
Koparki
Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO
Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.
DCIM100GOPRO
Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.
DCIM100GOPRO
Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.
DCIM100GOPRO
Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA
Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA
Foto 6. (kubaCE) Startujemy!
DCIM100MEDIA
Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.
DCIM100MEDIA
Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO
Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO
Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.
DCIM100GOPRO
Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.
DCIM100GOPRO
Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!
DCIM100GOPRO
Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.
DCIM100GOPRO
Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!

Potwór z jeziora Staw

Fot. 1. (Kuba Cieślak) Widok z plaży przy ośrodku „Nad Wigrami”.

Jest takie jezioro na polskiej mapie nurkowej, o którym nawet ktoś kiedyś wspominał na forach nurkowych, ktoś się chwalił, że w nim nurkował, ale tak naprawdę niewielu ludzi o nim wie. Niewielu wie o tym, gdzie ono jest, jak ono wygląda i dlaczego warto w nim zanurkować. Dwieście siedemdziesiąt pięć kilometrów od Warszawy, tuż obok Suwałk, zaraz obok jeziora Wigry, przytulone do miejscowości Gawrych – Ruda, schowane w malowniczej niecce, otoczone lasami świerkowymi leży jezioro Staw. Jezioro jest małe, płytkie. Wszyscy znawcy spodziewają się więc, że według wszelkich praw natury, wizura powinna być tu podła, co najwyżej przeciętna, a jezioro nie powinno interesować poważnych nurków. Nic takiego. Dzięki bardzo licznym źródłom bijącym, jezioro jest w stanie bardzo szybko wymienić całą wodę. Daje to nam za każdym razem dobre warunki pod wodą – ja tylko zwrócę uwagę, że pierwszy raz nurkowałem tutaj w sierpniu, zaraz po deszczu i przejrzystość wody była zachwycająca.

Ja sam o nim słyszałem lata temu, czytałem jego opis autorstwa mojego nurkowego mentora, Rudiego Stankiewicza, widziałem filmy spod wody. Krystalicznie czysta woda, przepiękne łąki podwodne, liczne kolonie gąbki słodkowodnej. Minęło jednak sporo lat zanim ostatecznie tutaj trafiłem. Jak większość nurków, jadąc w suwalskie, zawsze na celowniku miałem ustawioną Hańczę. W tym roku błąd swój naprawiłem i wykonałem wyskok nad jezioro by zbadać co i jak. Wracałem z wyskoku oczarowany tym, co zobaczyłem pod wodą. Już wtedy zacząłem układać plan jak zorganizować wyjazd w to miejsce większą ekipą w ramach inicjatywy GoDiving.pl.

Plan w cale nie był prosty. W okolicy są liczne miejsca noclegowe, ja jednak szukałem takiego, które ma własny, wygodny dostęp do jeziora, oferuje wygodne miejsca do spania i najlepiej żeby oferowało jeszcze różne udogodnienia dla nurków (chociażby dogodne zejście do wody i kawałek płaskiego terenu, by rozłożyć się ze sprzętem). O sprężarce w okolicy możemy od razu zapomnieć. Był jeden człowiek, który w Suwałkach prowadził szkołę, sprężarkę miał, ale szkołę zamknął i sprężarkę sprzedał. Poradził by jeździć do Jarka Bekiera nad Hańczę. Jedyne trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Bez sensu…

Znalazłem Pensjonat „Nad Wigrami”. Chyba najpoważniejsza baza noclegowa nad jeziorem. Zespół kilku budynków, własne pole biwakowe, własny zjazd dla samochodów do jeziora, łódki i przyjemna polanka nad jeziorem. Kilka wariantów spania – najtańsze domki kilkuosobowe – standard „tylko dla twardzieli”, pokoje w średnim standardzie w budynku z jadłodajnią, bardzo przytulne i wygodne. Są jeszcze w osobnym, eleganckim budynku pokoje o wysokim standardzie (jak dla nas to tak za bardzo hotelarsko). No i oczywiście kemping, jak ktoś lubi. Na miejscu jedzenie – w cenie pokoju przyzwoite śniadanie, obiad płatny osobno (generalnie raczej nic nadzwyczajnego, więc chyba warto rozejrzeć się za jakimś jedzeniem w samej miejscowości Gawrych – Ruda). Sprężarkę przywieźliśmy sami, ustalając tylko z gospodarzem, gdzie będziemy ładować butle by nie przeszkadzać nikomu burczeniem spalinowego silnika. Jest to najwygodniejsze rozwiązanie dla grupy do pięciu – siedmiu nurków – jak jednak będzie większa grupa, albo jeszcze trafi się jakiś z twinem… – warto pomyśleć o dwóch sprężarkach, albo o zabraniu większej ilości butli, ewentualnie będziemy jeszcze poszukiwać sprężarkowni w regionie. Pensjonat ogólnie robi dobre wrażenie, jest tu przytulnie i cała okolica ma swój niebanalny urok. Zjazd wąwozem nad jezioro to już całkiem przyjemne doznanie (ale uwaga posiadacze delikatniejszych nurkowozów, mówimy o drodze nie ubitej i dość stromym podjeździe).

Zalogowaliśmy się więc w pensjonacie siedmioosobową ekipą eksplorującą w piątek piątego września. Rzuciliśmy okiem na jezioro, przez chwilę zastanawialiśmy się nad nocnym nurkowaniem – jednak zostało nam jeszcze kilka rzeczy organizacyjnych do załatwienia, więc musieliśmy niestety porzucić tą myśl – a może po prostu wygrało lenistwo :-).

Na nurkowania ruszyliśmy zaraz po sobotnim śniadaniu. Utworzyliśmy obóz nurkowy nad brzegiem jeziora, rozłożyliśmy maty, ustawiliśmy sprężarkę i zaczęliśmy omawiać plany, kto gdzie i w jakim celu. Od tej strony jeziora jeszcze nie nurkowałem, zatem każda ekipa miała za zadanie zbadać każdy możliwy kierunek z plaży.

_A061887
Fot. 2. (Błażej Kabziński) Najciekawszy fotograficznie brzeg zachodni jeziora.

Płynąc w lewo możemy dotrzeć do rur pobierających wodę do stawów rybnych PZW ulokowanych za główną drogą idącą pomiędzy jeziorami Staw i Wigry. To w tym miejscu spodziewaliśmy się znaleźć najliczniejsze kolonie gąbki słodkowodnej. Jednak należy pamiętać, że w tej części jeziora ciężko jest znaleźć więcej niż dwa metry głębokości, a zdarzają się i miejsca dające jakiś metr głębokości. Całe to zakole to jedna wielka płycizna i nasze butle praktycznie co chwile wystawały z wody. Poruszamy się po wspaniałych łąkach obfitujących w życie, jest ciepło i kolorowo. Doskonałe warunki do odkrywania uroku nurkowania w Polsce dla debiutujących nurków. W kilku miejscach możemy natknąć się na dziury wypełnione mgiełką siarkowodoru, też ciekawe zjawisko. My w trakcie pierwszego nurkowania dotarliśmy na sam koniec jeziora, do rur, w poszukiwaniu gąbki. Wygląda jednak na to, że w tym roku gąbka nie zdążyła zbytnio się rozwinąć, lub już zaczęła zanikać. Odnaleźliśmy jedynie niewielkie kolonie porastające kratownice, ale i tak obrazki gąbki w słodkiej wodzie cieszyły oko.

_A061933
Fot. 3. (Kuba Cieślak) Gąbka słodkowodna

Wracając do naszego obozu posuwaliśmy się bliżej brzegu odkrywając różne zagłębienia i śledząc podwodne życie. I tu nastąpiło najbardziej niezwykłe dla mnie podwodne spotkanie. Nigdy nie wpadłbym na to, że będę mógł kiedyś oglądać tak wspaniałą rybę słodkowodną na własne oczy. Nie śmiałem nawet marzyć, że dostąpię zaszczytu oglądania tak niezwykłego stworzenia w polskim jeziorze. Z początku nie wierzyłem swoim oczom, Aga, moja partnurka też podejrzewała, że ma narkozę azotową (na głębokości półtora metra).

Amur i to dorodny amur, Bestia ze Stawu, istny Potwór z jeziora Staw.

_A061902
Fot. 4. (Kuba Cieślak) Jedyne „udane” zdjęcie Amura. Jeszcze go dorwiemy!

Masywna ryba o wyjątkowo imponującej sylwetce przepłynęła dostojnie przed naszymi maskami, potem zaczęła się szybko oddalać. Zdołałem strzelić jej kilka zdjęć i nakręcić krótki film (niestety, nie wyszedł), zanim zniknęła nam z oczu. Andrzej, nasz trzeci nurek w zespole, nie miał szczęścia zobaczyć Potwora. Płynął nieco za nami, zanim do nas dopłynął, nie było śladu po Bestii. Potem, podczas kolejnych nurkowań gorączkowo rozglądaliśmy się za naszym Potworem mając niewielką nadzieję, że ponownie go spotkamy. Z pierwszej wycieczki wracaliśmy bardzo zadowoleni i całkowicie usatysfakcjonowani.

_A061923
Fot. 5. (Błażej Kabziński) Pan fotograf – kamerzysta (K. Cieślak) przy pracy.

Płynąc przed siebie, na drugi brzeg, znajdziemy kilka głębszych miejsc – do około dwunastu metrów. Widoczność bywa tu jednak różna. W kilku miejscach spadała nawet do jakichś dwóch metrów – głównie w głębszych partiach. Po drugiej stronie brzegu, mniej więcej na wysokości lokalnej „miejskiej plaży” i stojących tu łódek warto pokręcić się przy samym brzegu – to tu właśnie nurkowałem w sierpniu. Woda potrafi być po prostu przeźroczysta, piękne roślinki przeplatają się z powalonymi drzewami. Tutaj lubią stać naprawdę duże szczupaki. Warto popłynąć w prawo, gdzie brzeg staje się bardziej stromy, wypływamy na nasłonecznione stoki i podziwiamy bogactwo podwodnego królestwa – spotykamy raki szlachetne, w tym jednego raka – weterana, pozbawionego jednej pary szczypiec. Wracając znowu zahaczamy o kilka głębszych miejsc, które o tyle są ciekawe, że ukształtowanie dna potrafi czasem zaskoczyć swoją malowniczością. To czasami były takie małe ścianki, w dodatku, w wyższych partiach pokryte roślinnością. W ogóle dno Stawu posiada bardzo ciekawą rzeźbę. Dosłownie na jego środku w kilku miejscach możemy natchnąć się na podwodne wzniesienia, pokryte rdestnicą i innymi roślinami, a potem znowu dno gwałtownie opada na kilkanaście metrów.

Jeżeli popłyniemy w prawo, przy samym brzegu będziemy mieli głównie płycizny i chyba najmniej ciekawą linię brzegową tego jeziora. Tą stronę jednak będziemy musieli dokładniej zwiedzić następnym razem.

_A061937
Fot. 6. (Błażej Kabziński) Pan Szczupak we własnej osobie.

W sobotę udało się nam wykonać łącznie cztery nurkowania, w tym nurkowanie nocne. Mój ulubiony typ nurkowania, dużo sobie obiecywałem po nocnym w Stawie. Wychodziłem z wody jednak lekko zawiedziony. Ostatnie genialne nocne nurkowanie zaliczyłem na Zakrzówku, gdzie za jednym razem obejrzałem wszystkie największe ryby Zakrzówka. W Stawie spotkaliśmy liczne szczupaki, raki szlachetne, jednak nic specjalnie nie zmieniło się w odniesieniu do dziennych nurkowań. To było wciąż bardzo udane i piękne nurkowanie, ja jednak podejrzewam, że to jeszcze nie jest to, czym może zaskoczyć nas jezioro Staw w trakcie nocnych wycieczek. Cieszy mnie jednak bardzo, że po każdym nurkowaniu wszyscy nurkujący z nami rozpływali się w zachwytach. Ciągle dziwili się, że w polskim jeziorze może być taka dobra widoczność, że nurkowania płytkie mogą być takie satysfakcjonujące. W niedzielę udało się nam wykonać dwa nurkowania, w obydwu przypadkach staraliśmy się poznać lepiej głębsze miejsca jeziora i na obu wyprawach odwiedzaliśmy południowo zachodnią linię brzegową. Jak dla mnie jest to najbardziej „widokowa” strona jeziora, oferująca tak zróżnicowane doznania nurkowe, że można tutaj pływać, pływać i pływać. Amatorzy podwodnej fotografii i filmowania będą dosłownie dostawać oczopląsu od obfitości fotogenicznych skarbów jeziora Staw. My po drugim nurkowaniu w niedzielę spakowaliśmy się do aut i rozpoczęliśmy powrót do naszych domów. Wiedzieliśmy jednak wszyscy, że nad jezioro Staw trzeba będzie wrócić i to prędko. Przed nami do odkrycia jeszcze tajemnice północno zachodniego krańca jeziora – z map batymetrycznych wynika, że jest to dość płytka część jeziora, ale nikomu nie powinno to przeszkadzać. Podkreślę tylko jedną rzecz, warto w to miejsce zabrać fajkę nurkową. Wiem, że w Polsce zrobiło się modne pływanie bez fajki. W jeziorze Staw jednak jest to sprzęt bardzo przydatny, wiele odcinków podczas naszych nurkowań mogłem spokojnie pokonać na fajce oszczędzając sobie powietrze na dłuższe wizyty w głębszych partiach jeziora.

_A061931
Fot. 7. (Błażej Kabziński) Płytko ale fajnie.

Dahab – repeta

Powrót do Dahabu był kwestią czasu. Jednak w najdziwniejszych snach nie mogłem przewidzieć, że stanie się to tak szybko. Ledwie cztery miesiące minęły, a ja znowu kłaniałem się znajomym recepcjonistom z hotelu Tropitel pod Dahabem. Nawet bez zaglądania w komputer pierwszy z nich powiedział na powitanie: Ty tu nie jesteś pierwszy raz. Był to mój drugi raz w Dahabie, ale pierwszy raz pod wieloma względami. Niektórymi baaaardzo przyjemnymi dla mnie. Tym razem występowałem jako instruktor, jako pies przewodnik wyprawy. Za każdym razem przywołane myśli na ten temat mile łechcą moją małą pyszkę. Jest i duża odpowiedzialność za uczestników, za kursantów, za jakość dostarczanych nurkowań i rozrywek. Jest i stres, bo wszystkie problemy, nieporozumienia, niezadowolenie uczestników prędzej czy później stają się moimi zagadnieniami. Entuzjazm nie gasł jednak ani razu. Czułem się z tym wszystkim jak ryba w wodzie. To jest właśnie to, co mnie kręci. Nie od dziś organizowałem różne wydarzenia i różne przedsięwzięcia, nie pierwszy raz starałem się organizować komuś czas. Sam nudy na wczasach nie znoszę, leżenie plackiem przy basenie jest mi totalnie obce. Nawet jak się położę, to zwykle wytrzymam godzinę i już będzie mnie nosić.

GOPR3217 GOPR3212 GOPR3201

Uczestnikami wyjazdu okazali się być ludzie nadzwyczajnie idealni jak na mój pierwszy raz. Praktycznie brak indywidualistów, towarzystwo szybko znalazło wspólny język i łatwo się zintegrowało. Wszyscy zmotywowani do nurania, do odkrywania uroków podwodnego świata Dahabu. Przed nimi takie miejsca do odkrycia jak Blue Hole, Gabr El Bint, Two Caves, Morray Garden, czy Canyon.

Pierwszy atak przeprowadziliśmy na Lighthouse. Dla mnie o tyle dobre miejsce, że na start do poprowadzenia miałem wody otwarte OWD. Dla pozostałych może niezbyt ciekawa miejscówka, łysa i mało atrakcyjna widokowo, jednak doskonały punkt by Mohamed z Dahab Days mógł sprawdzić nurków rekreacyjnych. Tym razem bez Achmeda, tym razem nurkował dzień w dzień z nami, prowadząc wszystkie nurkowania rekreacyjne. Ja w tym czasie oddawałem się czystej przyjemności, jaką była współpraca z moimi kursantami. Ewa i Paweł wyraźnie czuli wodę i szybko opanowywali wszystkie umiejętności pod wodą. Ani strachu, ani paniki. Pawła wręcz łapałem na tym, że dość szybko przyjął rolę doświadczonego nurka, pomagając Ewie w różnych sytuacjach, samemu jednak nie zwracając uwagi na pewne szczegóły. Ewa potrzebowała więcej czasu na opanowanie neutralnej pływalności i reagowanie na jej zmiany, jednak nadrabiała prędkością. Paweł praktycznie nie mógł jej nigdy dogonić. Ewa tym sposobem szybko zapracowała na przezwisko „Torpeda”.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Kolejnego dnia, na południu Dahabu, siedzieliśmy w mojej ulubionej, uroczej restauracji Camel z dostępem do takich miejscówek nurkowych jak: Morray Garden, Golden Blocks, Three Pools, czy dalej Two Caves, Umm Sid. Knajpki z Lighthouse idąc za modą europejską, oferują normalne stoliki i siedzenia zupełnie nie rozumiejąc, że cały urok egipskich knajpek to możliwość rozkładania się po królewsku na ziemi przykrytej dywanami i poduchami. W ten sposób czas między nurkowaniami można wygodnie spędzić sjestując na leżąco w cieniu palmowych zadaszeń. Rekreacyjni podzieleni na dwa zespoły rozbiegli się do swoich nurkowań: świeżo upieczeni OWD udali się na spokojnego płytkiego nurka z Divemasterem Hummym, a reszta zwiedzała głębie Two Caves. Ja kończyłem OWD z Ewą i Pawłem w okolicach Golden Blocks czując rosnącą we mnie zazdrość o nurkowanie w Two Caves. Najgorsze się potwierdziło, grupa z Two Caves wróciła bardzo zadowolona uznając to miejsce jako jedno z fajniejszych. Mnie nie dane było tam zanurkować i szczerze tego żałuję. Cóż, kiedyś będzie ten trzeci raz w Dahab… Niemniej jednak ja też miałem powody do dumy. Moi dzielni kursanci zaliczyli wszystkie zajęcia z OWD i tym samym mogłem im pod wodą pogratulować dołączenia do zacnego grona certyfikowanych nurków. Szczęście malujące się na ich twarzach było najlepszą nagrodą dla mnie.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Na trzeci dzień za  planowaliśmy sobie wyprawę łodzią. Moi kursanci dzięki temu mogli poczuć smak nurkowań z łodzi, zaliczyć co najmniej dwa nurkowania AOWD (nurkowanie z łodzi i tzw. „drift dive”), a wszyscy razem zaliczaliśmy trzy nurkowania w nieznanym mi dotąd miejscu Gabr El Bint. Bardzo ładna, bogata rafa, wciąż niezniszczona i nie zadeptana przez hordy nurków. Z Dahabu łódź dopływa w to miejsce w około godzinę. Kotwiczymy przy brzegu w rzędzie łodzi nurkowych, zakładamy sprzęt i dajemy susa do wody. Pod nami od razu robi się głęboko. Półka na około osiemnastu metrach a potem powoli, ale zdecydowanie dno się obniża. Jest to miejsce obfitujące w piękne gorgonie. To miejsce wręcz kipi podwodnym życiem. Wycieczki odbywa się wzdłuż linii brzegowej na północ, lub południe. W obie strony każdy znajdzie coś dla siebie. Głębinowcy mogą posiedzieć na trzydziestu metrach, płytcy będą mieli dużo dobrej zabawy w przedziale od powierzchni aż do osiemnastu metrów. My pierwszego nurka kończymy szybko – Ewę łapią mdłości. Wyhuśtana przez łódź nie zniosła tego najlepiej i sygnalizuje powrót do powierzchni. Daję znać Mohamedowi, że mój zespół kończy nura i wraz z Pawłem wychodzimy na powierzchnię. Odprowadzamy Ewę do łodzi, oddajemy w ręce obsługi i sami zanurzamy się jeszcze na płytkiego nureczka w okolicy. Dochodzimy do północnego cypla, chwilę się tam kręcimy i wracamy do łodzi. Drugie nurkowanie miało być nurkowaniem totalnie rekreacyjnym, jednak los chce inaczej. Zauważam brak swojej szpulki, która musiała się bezczelnie odpiąć w trakcie poprawiania ułożenia bojki. Mam mniej więcej pomysł, gdzie to mogło się stać, więc zarządzam moim kursantom „Search & Recovery” – ustalamy najlepszy plan poszukiwania, omawiamy co i jak ma wyglądać i ruszamy na poszukiwania. Reszta robi nurka na południe od łodzi. Oczywistością jest, że znalezienie małej szpulki w tak kolorowym środowisku to jak szukanie nie igły, ale wręcz bakterii i nie w stogu siana, ale w całym lesie gęsto zadrzewionym. Mam tylko nadzieję, że sznurek się choć trochę rozwinął i wychwycimy jego wciąż intensywną biel na tle raf. Znowu muszę pogratulować moim dzielnym kursantom, choć wiem dobrze, że mamy dużo szczęścia. Już nie pamiętam, jaka rzecz, ale coś zmusiło nas do zejścia do dna na osiemnasty metr, na półkę pod łodzią. Coś tam sobie poprawialiśmy w sprzęcie i właśnie wtedy Ewa wykonuje dramatyczny ruch ręką i pokazuje coś między koralowcami. Co? Oczywiście moją szpulkę. Ładnie zwiniętą – sznurek nie raczył się rozwinąć, ładnie zaparkowaną w cieniu koralowców. Gdybyśmy nie spadli obok niej – nigdy byśmy jej tam nie dostrzegli. Kończymy więc S&R i wracamy na łódź. Dumni i zadowoleni z osiągnięć. Trzeci nurek to już pożegnanie z Gabr El Bint. Ruszamy na północ, w stronę Dahabu. Cała grupa ma przed sobą około pięćdziesiąt minut płynięcia wzdłuż brzegu. Oczywiście, w razie czego dzielimy się na zespoły, jeżeli komuś wcześniej powietrze dojdzie do rezerwy. Wynurzeni czekają na łódź, która ich zgarnie z wody. To długi nur, który daje nam możliwość zwiedzenia naprawdę dużego obszaru rafy. Jednak w moim zespole, w około trzydziestej minucie nurkowania, dojeżdżamy do rezerwy i kończymy nurka. Wynurzamy się i czekamy na łódź. Na powierzchni spore falowanie. Cieszę się, że mój zespół nauczony jest, że fajka to niezbędny sprzęt i zawsze musi być na wyposażeniu, nawet jeżeli ma się nie przydać. Tu się bardzo przydaje. Wymęczeni krótkim dystansem na powierzchni czekamy aż łódź się ustawi, wyłączy silniki i wyciągną nas na linach. Dwadzieścia minut później pozostali wychodzą na łódź. Wszyscy mocno wymęczeni wracamy do Dahabu.

dahab0050 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Czwarty dzień – Bells i Blue Hole. Punkt obowiązkowy wypadu. Tym razem Blue Hole tętni życiem. W lutym były tu zwyczajne pustki. Trzech nurków, kilka psów i walające się śmieci. W czerwcu, pomimo, że wakacje jeszcze nie wystartowały, tłum, tłoczno, gwarno, głośno. Tym razem kursantom robię przerwę. Robimy dwa pyszne nurkowania rekreacyjne. Pierwszy oczywiście z Bells do Blue Hole. Głębinowcy przechodzą pod małym łukiem w Bells, ja z moimi podopiecznymi odbijam ze „szczerbinki” wcześniej i idziemy płycej. Zawisam nad łukiem. Uzmysławiam sobie, że totalnie nie pamiętam przejścia przez łuk za pierwszym razem. Ledwo wyleczony z dość podłego przeziębienia okropnie bałem się, że nie będę w stanie wyrównać ciśnienia i nie wykonam planowanego wtedy zejścia na czterdziesty metr. Leciałem w dół cały czas walcząc z wyrównywaniem ciśnienia – czy to mnie wtedy tak pochłonęło, czy dopadła mnie lekka narkoza? Łuk nie sposób minąć nie zauważając go. Grunt, że udało się wtedy. Osiągnąłem czterdzieści metrów. Teraz patrzyłem na to wszystko z góry i nie żałowałem, że nie schodzę na 40 metrów. Ściany ciągnące się od Bells do Blue Hole to istna skarbnica życia morskiego. Taka kotłowanina rozpościera się na całej wysokości osiągalnej dla rekreacyjnych nurków. Ja i moi kursanci nie narzekaliśmy na brak atrakcji. A że Ewa pędziła jak torpeda, nie było czasu na skupianie się na detalach…

DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA

Na drugiego nurka zamieniłem się kierownictwem. Mohamed wziął moich dzielnych studentów na wycieczkę poza Blue Hole, a ja z głębinowcami dałem susa do Blue Hole by spróbować dojrzeć ten Łuk. Ten właściwy. Ten znany, ten legendarny. Na pięćdziesięciu trzech metrach studnia tworząca Blue Hole rozchyla się pięknym łukiem i otwiera na otwarte morze. By jednak przejść pod łukiem należy zejść do pięćdziesięciu pięciu metrów i przepłynąć kilka ładnych metrów by móc rozpocząć wynurzanie po drugiej stronie. Nie jest to wyczyn dla nurków rekreacyjnych i nie na naszą konfigurację – pojedyncze butle 12 litrów. My chcemy tylko go zobaczyć. Wiem, słyszałem, filmy widziałem. Są ludzie, którzy decydują się na przejście pod łukiem łamiąc te podstawowe zasady bezpieczeństwa. Ładują się na głębokości, gdzie zaczyna się nurkowanie dekompresyjne, walą pod łuk z jedną butlą, w której powietrze na tej głębokości znika w oczach. To jak z włażeniem na Kasprowy, czy inne góry polskie w klapeczkach. Nikt nikomu tego nie zakaże, ktoś może parsknie śmiechem, ktoś inny pokręci głową z politowaniem, trzeci skomentuje. Brak wyobraźni jednak jest nieuleczalny. Ci, którzy mają okazję przekonać się o swoim braku, zwykle nie mają szansy przekazać tej cennej wiedzy swoim następcom. A tych nie brakuje. My dochodzimy do czterdziestego metra, ja zawisam na czterdziestce, koledzy z drugiego zespołu schodzą jeszcze ciut niżej. Niestety, jesteśmy w złym miejscu. Zanurzanie zaczęliśmy w dobrym punkcie, ale za wolno się opuszczaliśmy i za wolno płynęliśmy do celu. Za mało powietrza by jeszcze pokonać jeden załom. Tym razem nie mamy okazji obejrzeć łuku. Następnym razem. Z radością zaczynam wynurzanie czując efekt narkozy azotowej. Dokładnie tak jakbym strzelił sobie kilka porządniejszych drinków. Nieco przymroczony, czuję lekki stres i mam wrażenie, jakbym nie rejestrował wszystkich klatek obrazu. Efekt znika dosłownie po paru metrach wynurzenia. Wyłazimy na powierzchnię dokładnie w tym samym momencie co grupa nurkująca na zewnątrz. Wszyscy wracają zadowoleni, a łuk na nas poczeka.

DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO

Ostatni „pakietowy” dzień nurkowy spędzamy w Canyonie. Grupa dokupuje sobie nurkowanie nocne. Czekają więc nas trzy nurkowania. Ja tego dnia kończę kurs AOWD. W Canyonie opadamy na trzydziesty metr, robimy nasze zadania, po czym dołączamy do wycieczki, która rozpoczyna wychodzenie z Canyonu i powolutku wracamy do laguny. Spokojny nureczek, choć odczuwamy pchający nas na południe  prąd. Pawłowi udaje się strzelić bojkę i szybko zmiatamy do laguny by nas prąd nie porwał w dalszą drogę. Drugi nurek my spędzamy głównie w lagunie robiąc nurkowanie nawigacyjne. Ja jeszcze pokazuję Ewie kilka ćwiczeń by lepiej zrozumiała pływalność i odpuściła sobie wyścigi podwodne. Ewa właśnie tym tłumaczyła swój sprint podwodny (z nieustającym użyciem rąk), że jak zwalniała, miała wrażenie ciągłego opadania. Po tych kilku dodatkowych ćwiczeniach nagle się okazuje, że ręce mogą głównie spoczywać sobie, ale „speed” się nie wyłącza. Ewa zawsze musi być pierwsza! Robimy krótką wycieczkę na zewnątrz laguny, ale prąd lekko się wzmaga. Odpuszczam Ewie strzelenie bojki i wracamy do brzegu.

dahab0069 dahab0080 dahab0075

Na nocny nurek idzie nas tylko pięciu wraz z Mohamedem. Idziemy zobaczyć Canyon w nocy. Zapowiadane są mureny, duże ilości skrzydlic i inne atrakcje. Rzeczywiście Canyon tętni nocnym życiem, ale ani skrzydlic, ani muren. Murenę dopiero spotykamy przy brzegu, a na jednej skrzydlicy o mało nie usiadłem tuż przy brzegu. Widok Canyonu w światłach latarek robi jednak niesamowite wrażenie.

Ostatni dzień nurkowania – tu już tylko dla chętnych, za dodatkową opłatą. Jednak odlot mamy tak ustawiony, że spokojnie możemy spędzić ten dzień na nurkowaniu. Marzeniem moim było pokazanie Islands tym, którzy tu nie byli. Niestety zbyt wysoka fala nie pozwalała na odbycie nurkowania w tym miejscu. Zdecydowaliśmy się na powrót na południe, do knajpki Camel i stąd wyprawy w niezbadane przez nas nurkowiska – Umm Sid i Golden Blocks. W Umm Sid można zobaczyć naprawdę duże gorgonie, często spotykałem też nadymki. Jest to też miejsce, gdzie można podziwiać Garden Eels – niesamowite grupy wstążkowatych kreatur wystające z białego piasku. Arcyciekawy widok. Z kolei Golden Blocks to królestwo żółtego koralowca i znowu mamy okazję spotkać majestatyczne wachlarze gorgonii. Na zakończenie nurka Ewa zalicza strzelenie bojki i powoli, z ociąganiem zbieramy się do brzegu. Czas kończyć nurkowania, płukać i suszyć sprzęt. Następnego dnia trzeba będzie odlecieć do Polski. Jak szybko zatęsknię za Dahabem? Pewnie szybko. Mam tu do zaliczenia jeszcze Two Caves, chętnie wrócę do Bells, do Blue Hole, do Gabr El Bint, Islands, czy Canyonu. Niemniej jednak z radością wracałem do Polski. Do naszej kuchni, do naszego chleba. Nie pokochałem się z kuchnią egipską, wyżej cenię sobie dokonania kuchni tureckiej, czy libańskiej, a w Egipcie wręcz okrutnie bolał mnie totalny brak przyzwoitego pieczywa – wszystko to słodkawe białe pieczywo. Tydzień na diecie egipskiej wywołał u mnie poważną tęsknotę do polskich smaków. Z ogromną radością wracałem do domu marząc o kromce ciemnego chleba na zakwasie upieczonego przez mą zacną małżonkę. Bo czyż nie po to się wyjeżdża, by móc potem z radością wracać w swoje cztery kąty?

DCIM100GOPRO DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO dahab0105 DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA DCIM100MEDIA dahab0091 DCIM100GOPRO DCIM100GOPRO