Archiwa tagu: miejsca nurkowe

Długi weekend majowy nad Hańczą

Zanurkować, zabąblować, zanurzyć się, zatonąć, schować się pod powierzchnię wody!

Całe miesiące wyczekiwania. Ostatnie nurkowanie we wrześniu na Zakrzówku, zaczyna się zima a potem nie chce się skończyć. Nie mam i prędko nie będę mieć suchego skafandra, ten rok nie zaczął się szczęśliwie w kwestii budżetowej i wszystkie moje bogate plany inwestycyjne w sprzęt i kolejne szkolenia póki co leżą na dnie kubła z planami finansowymi. Zmuszony więc jestem ograniczać nurkowanie tylko do ciepłych miesięcy. Mordęga wyczekiwania miała się skończyć w kwietniu. W kwietniu śnieg jeszcze leżał, większość jezior przykryta była grubą pokrywką lodu i wcale im się nie spieszyło z rozmarzaniem, mnie jeszcze dopadł okrutny katar, więc z planowanego otwarcia sezonu na imprezie Grupy Eksplorującej Podwarszawskie Nurkowiska najpierw sprzątania Glinianki Cietrzew, a potem po prostu wiosennego otwarcia sezonu na Gliniankach w Zielonce wyszły nici. Glinianka Cietrzew nie rozmarzła, a w czasie trwania otwarcia ja miałem katar na potęgę. Nadzieja mieszała się ze strachem.  Wykupiony wyjazd na Hańczę na długi weekend majowy zbliżał się nieubłaganie. Co z tego, skoro z nosa mi to leciało, to nic nie leciało, bo był totalnie zatkany. No i wieści z forum na temat warunków na Hańczy przerażały. Pokrywa lodu miała się świetnie, a tu się kwiecień powoli kończył, tu w Józefowie wiosna już powoli się rozwijała, nadrabiając zaległości, a tam jeszcze śnieg leżał na brzegach jeziora. Jezus Maria, świat zwariował. Woda będzie miała jakieś zero stopni, jeżeli w ogóle ten lód zejdzie. Ja kursu podlodowego nie robiłem i nawet jeżeli miałbym robić to raczej nie w piance. Kurcze blade, ktoś w ogóle pojedzie? Wszyscy odwołają uczestnictwo i Rudi puści wiadomość, że z powodu braku chętnych wyjazd upadł? Będziemy się przebierać na śniegu? A jak nawet zejdzie lód, to będziemy zanurzać się w sorbecie? No i niech ten cholerny katar sobie wreszcie pójdzie! I tak do początku długiego weekendu, który w tym roku postanowił być wyjątkowo długi. Trzy dni urlopu i mamy dziewięć dni wolnego. Wyjazd nad Hańczę jednak zaplanowany na pierwszego maja, więc jest kilka dni niezagospodarowanych. Powstaje plan by skrzyknąć tych, którzy nie załapali się na imprezę GEPNu i zanurkować razem w Zielonce. Ja pomimo kataru ryzykuję nura. Już nie mogę wytrzymać czekania. To już jest uzależnienie, ja już po prostu trzęsę się z powodu odstawienia nurkowania, mam pierwsze objawy nurkoholizmu. Idę na nura, woda jest pyszna, jakieś dwanaście stopni, zaskakuje niesamowita widoczność i bogactwo życia pod wodą. Rany, jaki jestem szczęśliwy. Potem są wiadomości na forum: na Hańczy lód puścił w czwartek przed długim weekendem. Widoczność nie powala, ale już nie ma tego przeklętego śniegu i lodu. Katar też chyba uznał, że krioterapia to jest to i sobie poszedł. Na Hańczę zatem! Auto tym razem wyjątkowo objuczone. Rodzina tym razem ma się nie nudzić siedząc nad brzegiem, tylko będą sobie śmigać na rowerku, a ja po zakończeniu dziennej porcji nurkowań mam dołączać i mamy zwiedzać piękne zakątki ziemi suwalskiej. Do sprzętu nurkowego dochodzą więc rowery, kaski rowerowe, sakwy, fotelik Młodego i tysiąc innych szpejów, które zwykliśmy brać na rowery. Biedne auto. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko zabrałem (nigdy nie zapomnę zeszłorocznego wyjazdu nurkowego na jezioro Narty, na który wyruszałem trzy razy, raz w okolicach jeszcze Józefowa przypomniałem sobie, że suszące się buty i rękawice leżą sobie spokojnie na parapecie, za drugim razem byłem już grubo za Warszawą, kiedy zorientowałem się, że przecież ja w ogóle pianki nie wyciągnąłem z szafy), dociskanie klapy, sprawdzenie, czy rowery się trzymają auta.

Ruszamy o siódmej trzydzieści. Jest nadzieja, że zdążymy przed tymi, którzy jak my ruszą pierwszego maja na swój krótki urlop. Rzeczywiście wyjazd przez Warszawę idzie płynnie. Na trasie tłoku nie ma. Nad Hańczę dojeżdżamy około południa. We wszystkich prognozach pogody straszą nas, że to będzie paskudny długi weekend. Ci, którzy już wyjechali, donoszą, że tak właśnie jest. Widać, nie nad Hańczą. Oczywiście, biegun chłodu, więc jest tu chłodniej, wiosna się dopiero zaczyna, ledwie widać jej zaczątki, ale jest Słońce, jest fajnie! Według planu nasza banda zjedzie się wieczorem, mamy więc czas wolny. Na rowery wskakujemy i robimy ładną trasę, z przystankiem w Wodziłkach, gdzie staroobrzędowcy postawili Molennę. Dobrze oznakowane szlaki, no i jest gdzie jeździć i co oglądać. Suwalskie to bardzo malownicze krajobrazy, zero płaskiego, gęste lasy, taka niesamowita gęsta i zwarta trawa, z której zewsząd wystają głazy przyniesione przez lodowiec. Oczywiście to wymagający teren dla rowerzystów, tu albo się zjeżdża na złamanie karku, albo pokonuje się kolejne strome podjazdy dysząc jak lokomotywa. A my nie mamy lekkich rowerków, a to sakwy z ciuchami (bo straszą deszczami), a to Młody na foteliku (w tym roku chyba będzie koniec epoki fotelika, bo górna granica dopuszczalnej wagi już bliziutko, no i chłop wystaje już z każdej strony). Po takim treningu rzucamy się na żarcie podane w Gościńcu Hańcza jakbyśmy nie jedli przez tydzień. Jest to nasz pierwszy pobyt w Gościńcu. Lubię takie sympatyczne, proste pokoje, urządzone w taki skromny ale gustowny sposób. Żarcie też niczego sobie, choć żonie nie przypada do gustu, to jednak nie karmią banalnie – nie ma obowiązkowego kotleta i tłuczonych ziemniaków z koperkiem. Kucharz wymyśla i kombinuje.

Molenna w Wodziłkach

foto 1.: Molenna w Wodziłkach, autor: kubaCE

Jest wieczór, zjeżdża się ekipa. Grupą zawiaduje Darek, divemaster z Best Divers. Cichy, pogodny i skupiony facet. Niedużo gada, ale jak gada to z sensem. Mam ambitne plany na ten wyjazd, bo padły pomysły, żeby wyskoczyć na jezioro Staw koło Wigier, a także by zanurkować z drugiej strony Hańczy, gdzie są piękne łączki. Szybko jednak wychodzi na to, że to jezioro Staw to nie bardzo, bo Darek tam nie nurał, ma tylko opis ogólny, ale chyba nie ma co się spinać. No i przepłynięcie na drugą stronę Hańczy zostawiamy sobie na ostatni dzień wyjazdu, a z tymi łączkami to chyba jeszcze za wcześnie, dopiero co jezioro rozmarzło. Zatem zaczynamy w czwartek nurkowanie z parkingu pierwszego. Nie nurkowałem jeszcze z niego. To stąd można iść na dłubanki (historyczne łódki), a pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem można stosunkowo niegłęboko zanurkować na ściance. Robert, ambitny chłopak, chce iść na dłubanki, ale ja nie mam uprawnień do głębokiego nurka, mogę jedynie do trzydziestu metrów, więc chłopaki porzucają plan na dłubanki i idziemy na trzydzieści metrów. Mój drugi nurek w tym sezonie i od razu na trzydzieści metrów? Czy aby nie za ambitnie? No i ja tylko w piance. Grubej, bo grubej i z porządnym ocieplaczem, ale jednak mokra pianka. Akurat to nie ma znaczenia, jaka głębokość, bo woda na powierzchni ma te diabelskie cztery stopnie, w porywach do sześciu. Zatem od razu poznaję smak nurkowania w lodowatej wodzie. To nie tak jak na Zakrzówku pod koniec sezonu letniego, gdy na powierzchni było całkiem pysznie, a dopiero poniżej dziesięciu – piętnastu metrów robiło się porządnie zimno. Tu od razu człowiek wchodził w zimnicę. Dobry sprawdzian mojej wytrzymałości. Obaj partnurzy mają suche skafandry, ale sami zakładają, że trzydzieści minut to będzie maks i liczą, że nie będę zgrywać twardziela i bez zwłoki poinformuję ich o tym, że mi zimno. Znikamy pod wodą. Ja wyposażony tym razem w latarkę i kamerę. Wreszcie będzie coś więcej niż tylko wspomnienia. Idziemy szybko w dół. Dajemy sobie znaki: Ok.? Ok. Wszystko póki co dobrze, jakoś ten chłód wody nie poraża i nie odejmuje oddechu. Nie jest źle. Patrzę na wyświetlacz komputera, maska lekko zaparowana, więc słabo widzę, a przepłukiwać nie zamierzam w tym mrozie. Doczytuję się jednak, że już jest trzydzieści metrów. To już? Super! Są jakieś skały, jakieś zwalone niegdyś pnie drzew, jest ten księżycowy krajobraz, jakiś miętus wystawia lekko łeb ze swojej kryjówki. Jak ja do tego tęskniłem. Nie jestem pewien czy to wina lekko zaparowanej maski, czy rzeczywiście widoczność nie jest taka, z jakiej słynie Hańcza. Nie jest jednak źle, a my powoli się wynurzamy, jest dwudziesta minuta nurkowania.  Dałem już kilka razy chłopakom znak, że jest dobrze, że jeszcze nie marznę. Czuję jednak, a raczej przestaję czuć stopy i dłonie. Zawsze miałem problem ze słabym obiegiem krwi w tych regionach i w zimę pierwsze marzną mi nogi i ręce pomimo najgrubszych butów i rękawic. Przystanek bezpieczeństwa, tu daję znać, że mi już wystarczy. Mija trzydziesta minuta nurkowania. Kończymy przystanek i powoli się zwijamy do brzegu, ale nieśpiesznie. W końcu się wynurzamy. Jest mi już rzeczywiście zimno, ale jednak jestem zaskoczony, że nie było dramatu, że dało się i nie była to wcale droga przez mękę. Chłopaki też są zaskoczone, że dałem radę, nawet im łapy i pyski zmarzły. Wyłażę z lekkim dygotem. Zgromadzeni nad brzegiem ludzie donoszą, że właśnie w trakcie naszej nieobecności odbyła się akcja ratunkowa, że właśnie wylądował helikopter przy drugim parkingu i że jedzie już karetka. Dwóch ludzi wyskoczyło z czterdziestu metrów. Pozamarzały im automaty i obu skończyło się powietrze. Jeden zaraz po wynurzeniu stracił przytomność. No pięknie, takie rewelacje na dzień dobry. Wyłażę na górkę, dobrze, że słonko grzeje. Zaczynam się suszyć, ale ciekawskość wygrywa, łapię za kamerę i filmuję start śmigłowca. Karetka przed chwilą odjechała z pierwszym pacjentem. Teraz odlatuje helikopter. Nagranie nie jest warte prezentacji, bo strasznie mi łapy dygocą. Przebieram się szybko i staram się odzyskać krążenie w stopach. Odnośnie obu poszkodowanych potem dowiaduję się, że tym razem skończyło się bez tragedii. Nie wysłano ich do komory ciśnieniowej, zostali na krótkiej obserwacji, jeden dostał półroczny zakaz nurkowania, drugi chyba zaraz wrócił do bazy o własnych siłach. A za mną było jedno udane nurkowanie na trzydzieści metrów. Było genialnie, ale w obliczu tego wydarzenia zastanawiałem się długo, czy to było roztropne, że tak na szybko zrobiłem tego pierwszego nurka na granicę moich możliwości. Co by było, gdyby mi automat zamarzł? W porządku, partnurzy mieli nawet dodatkowe butle, ale jak ja bym się zachował? Może też by mi do głowy strzelił głupi pomysł by natychmiast się wynurzyć? Chyba trochę za ambitnie wystartowałem. Dobra, kolejny nur, tym razem Darek idzie z Kamilem – Kamil ma kiepską morką piankę i chyba niedobrany do końca dobrze sprzęt i wyważenie, ja idę z Krzyśkiem. On też w mokrej piance i po długiej przerwie, więc bez ambicji robimy płytkiego nurka w prawo. Tym razem jakieś dwadzieścia pięć minut w wodzie. Nie szarżujemy. Potem się okaże, że te dosłownie kilka metrów niżej i mielibyśmy piękną ściankę do oglądania. Ja jednak nie narzekam. Mam sporo materiału filmowego do obejrzenia i zmontowania. Diabelnie się cieszę, że wreszcie będę miał jakieś namacalne pamiątki z zanurzenia. Nurkowania dnia za mną, czas pointegrować się z rodziną. Wskakujemy na rowery i robimy rozpoznanie czy da się objechać Hańczę brzegiem. Niestety, za trzecim parkingiem zaczyna się tęgie błocko, teren podmokły. Na mapie niby jest szlak w tym miejscu, ale chyba tylko dla pieszych i to w kaloszach, jeśli nie w woderach. Zawracamy i jedziemy w drugą stronę za miejscowość Hańcza. W tym kierunku jednak nic ciekawego nie ma. Wracamy, bo kolacja zaraz.

Przed nami piątek, w całej Polsce zamówiona jest paskudna pogoda. Nawet u nas. Jakieś burze, deszcze cały dzień, nic tylko pić od rana. Już wieczorem nachodzą brzydkie chmury nad Hańczę. Z gasnącą nadzieją, że to nas ominie, kładę się spać. Jestem tak wypompowany, że o dwudziestej pierwszej już smacznie śpię. Poranek nie zaskakuje. Są chmury, jest zimno, ale póki co nie pada. Umawiamy się z Krzyśkiem, że damy wspólnie nurka z drugiego parkingu. Około dziesiątej meldujemy się na miejscu by z wielkim zaskoczeniem odkryć, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Nurkowałem tu już kilka razy. Najczęściej na wiosnę. Zawsze tłumy. Zawsze wszystkie stoliki zajęte, suszarki w większości też. A tu pustka totalna. No dobra, może to z powodu podwyżek. Nowe wiadomości dla mnie to to, że nie wszystkimi parkingami zarządza jowialny pan. Pierwszym parkingiem zarządza urocza babinka, która w tym roku podniosła cenę o złotówkę, więc za auto płaci się sześć złoty. Z kolei jowialny pan zarządzający drugim i trzecim parkingiem już od jesieni winszuje sobie dziesięć złoty. Stąd może wzrost zainteresowania pierwszym parkingiem. Ustawiamy się więc jak chcemy autami i czujemy się panami na nurkowisku. Zjawia się jowialny pan. A już myślałem, że z powodu aury sobie odpuści. Nie, odpowiada, skoro my nie odpuściliśmy, to i on nie może. Płacimy więc parkingowe i wskakujemy w sprzęt. Dopiero teraz zaczyna kapać. Nam to jednak obojętne, bo znikamy pod wodą. Idziemy w prawo, tak do piętnastu metrów, bo chcę iść na granicy światła naturalnego. Pierwsze przeglądy materiału filmowego wskazały, że GoPro Hero (jedynka) słabo rejestruje ciemności na głębokości poniżej piętnastu metrów. Pewnie stałe i szerokie światło by coś dało, ale ja dopiero zaczynam zabawę i nie mam kasy na takie bajery. To nurkowanie nie przynosi żadnych odkryć. Dochodzę do wniosku, że Hańcza na sam początek sezonu jest atrakcyjnym miejscem jedynie dla nurków głębinowych, którzy schodzą zawsze poniżej trzydziestu metrów. Zwiedzają sobie ścianki, dłubanki i sięgają dna. Odczuwam z resztą to wrażenie ciśnienia w Gościńcu, poza moją ekipą (choć i w niej są świry) otaczają mnie ci napaleńcy co tylko myślą – iść dalej, głębiej, albo – mieć jeszcze bardziej wypaśny sprzęt. Na szczęście spotykam kilku podobnych do mnie ludzi w mokrych piankach, którzy nawzajem się wspierają, mówią „o, jak ty dałeś radę, to i ja dam, a już myślałem, że jestem jedynym wariatem”. Mi tylko marzy się spokojny nur na kilku metrach, wśród bujnej roślinności, gonienie z kamerą za okonkami, za szczupakami. Ścianki ściankami, ale do tego dobrze jest mieć komfort sto procent w suchym skafandrze i najlepiej mocne źródło światła do kamery. Ja na wyposażeniu mam całkiem przyzwoitego Tecline’a US 15, który na serio daje kapitalne światło jak na tą cenę, ale kamerze to nie wystarcza, zwłaszcza, że ta wymaga swojego własnego, stale z nią zsynchronizowanego dopalacza. Kamerę mam zamocowaną na łbie, na standardowym paskowym uchwycie GoPro (takim jak w latarkach czołowych). Mocowanie niezłe, ale ja jeszcze uczę się tego, że kamera dyktuje odpowiedni ruch, że nie należy machać głową jak się chce, bo z filmowania wyjdzie bubel. Do tego dojdzie wniosek, że najlepszym rozwiązaniem jest mocowanie kamery na ręcznym uchwycie. Ręką można lepiej manewrować, bardziej precyzyjnie panować nad ruchem kamery, dotrzeć do miejsc, gdzie głowy się nie przystawi, czy wsadzi. No i głową jednak nurek sporo macha, by sprawdzić, gdzie partnur, by rzucić okiem na przyrządy, instrumenty, by rozejrzeć się po prostu. Coś jednak z moich nagrań da się wykorzystać do pokazania szerszemu gronu, ale dla mnie to i tak o tyle cudowny skarb, że mogę sobie na spokojnie potem wspominać i odtwarzać caluśkie nurkowania. Tego dnia odpuszczamy sobie kolejnego nurka za dnia. Biorę familię w auto i jedziemy zaliczyć punkt obowiązkowy dla turystów – wiadukty w Stańczykach. Pogoda nie dopisuje, chmury, z nieba często coś pokapuje (choć na szczęście nie leje, a i czasem się słońce przebija), mimo tego w Stańczykach spore tłumy. Nieśpiesznie podchodzimy do wejścia na obiekt – może wystarczy tylko widok z dołu? Niekoniecznie pewni, czy chcemy w tak wątpliwych warunkach zwiedzać sam wiadukt. Jednak skoro już tu przyjechaliśmy, wypada skorzystać z okazji. Tłum na szczęście niezbyt gęsty, nie męczący (wyjątkowo jestem uczulony na zbytnie skupiska ludzkie), kupujemy bilety i włazimy. Zaskakuje sposób wyremontowania wiaduktu, który przecież powstawał z przeznaczeniem na kolej. Teraz udostępniony wiadukt wyłożony jest elegancką kostką brukową (żaden Baum na szczęście, tylko klasyczne, staromodne kamienie), poustawiane latarnie stylizowane na gazowe. Czułem się jak na praskim moście Karola. Zrobione to ładnie, ale czemu akurat taki kierunek wykończenia? Czy planują po obu stronach doliny wybudować jakieś „stare miasto”, do którego będzie pasować ta zabudowa? Grunt, że widok z wiaduktu w dół, w dolinę robi wrażenie. Schodzimy stromymi schodkami zarośniętym sosnami stokiem i przechodzimy pod imponującymi arkadami. Nielichy był to projekt i całkiem zgrabne wykonanie (na modłę włoską, bo u Włochów zamówiono projekty), szkoda, że wiadukty nigdy nie miały szansy spełnić swojej roli. Jeden wiadukt był użytkowany okrutnie krótko, drugi nigdy nie był eksploatowany. Przez lata tylko stały i niszczały, a dopiero teraz zabrano się za ich remont i w wiadukty na nowo odżyły. Warto zaliczyć ten widok. Jako dodatek ciekawostka na temat sąsiadującego ze Stańczykami jeziora, które swego czasu… wybuchło. Zapraszam do przewodników, niespodzianki psuć nie będę.

DSC_0100

foto 2.: Wiadukty w Stańczykach, autor: kubaCE

Po powrocie do Gościńca umawiam się na nocne nurkowanie. Plan pierwotny – jedziemy na trzeci parking – upada, dostajemy cynk, że na nocne najwygodniej jest pójść prosto z Gościńca, zejść stromizną nad brzeg i wskoczyć do zatoczki, gdzie głębokość średnia to pięć metrów. Praktycznie więc można ubrać się we wszystko w pokoju, najzwyczajniej świecie wymaszerować przez jadalnię na podwórko, dookoła budynku, przez ulicę i już schodzimy do jeziora. Ja jednak nie powtarzam numeru z Moneglii. Ubieram się dyskretnie przy aucie. Kamery nie zabieram. Razem z Darkiem maszerujemy nad brzeg i czekamy na naszego partnura, Piotrka. Czekamy dość długo, bo Piotrek ma jakieś problemy ze sprzętem. W końcu jednak znikamy pod wodą. Z Zakrzówka wyniosłem wspaniałe wspomnienia nocnego nurkowania, bogactwo życia nocnego, te wyławianie szczegółów za pomocą latarki. Nurkowanie jest fajne, choć czegoś mi w nim brakuje, chyba tych ryb. Owszem, spotykamy raki i jednego szczupaka i różne małe rybki, ale nie jest to bogactwo życia, jakiego bym się spodziewał po polskim zbiorniku tej klasy. Nie zniechęca mnie jednak do kolejnych prób. Marzy mi się nocny nurek przy zachodniej stronie jeziora Narty w jakimś czerwcu. My jednak kończymy naszego nurka nocnego w Hańczy. Wyłazimy na powierzchnię. Przytomnie przed nurkiem wręczyłem pilnującemu nas z brzegu Kamilowi dwie czołówki, by nam nimi świecił i służył za punkt nawigacyjny do powrotu. Okazuje się, że wynurzyliśmy się z drugiej strony zatoczki. Daleko nie ma, ale jednak trzeba popedałować płetwami. To pedałowanie wysysa ze mnie całą moc, dyszę jak stara lokomotywa, a tu jeszcze strome podejście po wyjściu z wody, by dojść do ośrodka. Wypluwam płuca, to już nie dyszenie, ale rzężenie astmatyka, ledwo doczłapuję do auta i z ulgą zrzucam sprzęt.  W pokoju jeszcze mam siłę przejrzeć nagrany wcześniej film, nie ma jednak na nim nic porywającego, więc idę szybko spać.

114_2354

foto 3.: Nurkowanie nocne, autor: Kamil

Przede mną ostatni pełny dzień nad Hańczą. Sobota. Wraca pogoda, robi się cieplej, poranna mgła szybko znika, pojawia się słonko. Nurkujemy z trzeciego parkingu. Oba nurki w tym samym składzie – Darek prowadzi, a ja z Krzyśkiem za nim. Pierwszy nur na dwadzieścia metrów, drugi przy brzegu, do dziesięciu. Mamy ładne okoliczności pogodowe, zanurzenie więc jest całkiem przyjemne. Widoczność wciąż dość przeciętna. Ja znowu filmuję. Mijamy kilka ładnych formacji skalnych, ale najciekawsze na filmie jest praktycznie samo zakończenie pierwszego nurka, kiedy spotykamy raka. Podpływam go sfilmować z bliska i wtedy spostrzegam, że niemalże wcisnąłem w dno szczupaka, który się świetnie kamuflował w krzaczkach pode mną. Szczupak dostojnym ruchem znika z pola widzenia a my jeszcze sprawdzamy czy rak jest z atakujących, czy uciekających. Trafiamy na „fajtera”, który zamiast uciekać, wystawia szczypce i wyraźnie daje znać „nie zbliżaj, bo cię urządzę”. Potem kolejny rak, sąsiad, też nie oddający pola, zostawiamy więc je w spokoju i wynurzamy się. Drugi nur już pozbawiony takich atrakcji, roślinność litoralu niezbyt bujna, życia niewiele. Szkoda. Po obiedzie przesiadka na rowery. Znaleźliśmy trasę dookoła Hańczy. Niestety, głównie w sporym oddaleniu od jeziora, ale za to bardzo widowiskową. Czasami czuję się jak Tatrach, niesamowite stoki porośnięte gęstymi lasami świerkowymi, górki, pagórki, skałki, rozsypane kamienie. Czasem tak strome podjazdy, że nie było szansy podjechać. Widoki ze szczytów zapierające dech, te jeziorka obecne praktycznie w co drugiej niecce, każde tak urokliwe i pysznie ulokowane, że do każdego chciałoby się wskoczyć, choćby popluskać. Docieramy do przeciwległego końca Hańczy, do tak zwanej Starej Hańczy. Znajdujemy tutaj dogodny dojazd do brzegu jeziora, także dla samochodów. Ciekawe, czy ktoś stąd próbował nurkować i czy może widział tu coś fajnego pod wodą? Liczę, że kiedyś będę miał więcej czasu i przyjadę w to miejsce by sprawdzić, jakie tajemnice skrywa północny kraniec Hańczy. A może już ktoś poznał i opisał ten koniec jeziora?

Ostatni dzień pobytu nad Hańczą przywitał nas niebem niemal bezchmurnym, dość wysoką temperaturą, ale też dość silnym wiatrem na jeziorze. Szedłem tym razem z samym Darkiem. Porzucamy plan płynięcia łódką na drugi brzeg. Wszyscy czujemy wzbierający strach przed czekającymi nas korkami na wszystkich trasach do Warszawy. Nie chcieliśmy opóźniać wyjazdu. Szybka decyzja – nurkujemy z pierwszego parkingu, idziemy w prawo szukać ścianki pomiędzy pierwszym a drugim parkingiem. Mamy ją spotkać od dwunastu metrów w dół. Idziemy zgodnie z instrukcją i rzeczywiście szybko na nią trafiamy. Robi na nas piorunujące wrażenie. Majestatyczne skały gładko wyrzeźbione przez wodę, podziurawione małymi jamkami, w których skrywały się przeważnie miętusy. Tym razem jeden z miętusów postanawia zrobić nam piękny prezent. Wystawia się ze swojej kryjówki by pokazać coś więcej niż tylko czubek nosa. Nie wiem czy jest tylko nami zaciekawiony, czy w ten sposób próbuje nam przekazać, że uważa nas za intruzów, którzy powinni bezzwłocznie opuścić jego teren. Grunt, że nam się prezentuje całkiem okazale. Wymieniamy znaki, że to jest to, że mamy zaliczony genialny nurek. Idziemy dalej zwiedzać skałki, dostajemy dodatkowego kopa do nura, więc złazimy ciut niżej, do dwudziestu metrów. Piękne formacje skalne są dla nas poezją, pięknym poematem wieńczącym nasz wyjazd. Darek trochę wygłupia się przed kamerą, ja zdejmuję kamerę z głowy i próbuję filmować z ręki. Po trzydziestu paru minutach kończymy nurka szczęśliwi jak prosięta po świątecznej wyżerce. Mijamy jakiegoś przybysza zza wschodniej granicy wyposażonego w lśniącego rebreathera, wynurzamy się tuż koło łodzi, którą mieliśmy plan przepłynąć na drugą stronę jeziora. Na łodzi krzątają się jacyś ludzie z obsługi i jacyś „lepsi” nurkowie, atmosfera jest wesoła, a to żarciki na temat smarków pana z rebreatherem, a to kilka grubych przecinków na ogólny temat, ja jestem wdzięczny, że zrezygnowaliśmy z planów płynięcia. Niespecjalnie leży mi takie towarzystwo samców alfa. Ja mam za sobą genialnego nura, jestem już mocno przekonany o tym, że jestem straconym nurkoholikiem, że muszę wyposażyć się w suchy skafander, że marzę o tym by w tym roku przynajmniej zaliczyć kurs Rescue. Chcę za rok zrobić DiveMastera, chcę zostać instruktorem, chcę by nurkowanie było nie tylko moim hobby, ale też moim życiem – towarzyskim, prywatnym i zawodowym. Nie chcę bić rekordów głębokości, choć chcę móc schodzić na czterdzieści metrów, a kto wie, czy kiedyś nie zapragnę osiągnąć poziomu nurkowania technicznego. Jednak wiem już dobrze, że kocham polskie wody i nie zamierzam z nich rezygnować. Nigdy.

114_2297

foto 4.: Ekipa w wodzie na pierwszy nurek, autor: Kamil

No i filmiki z nurkowań.

Krótko o nieudanej próbie ukulturalnienia się

Jak nie można nurkować (to znaczy można, ale trzeba mieć sprzęt odpowiadający tym warunkom, które widzimy na zewnątrz) to trzeba się jakoś inaczej dokarmiać wrażeniami nurkowymi i nurkopodobnymi. Ja sobie wymyśliłem, że to znakomita okazja by wyciągnąć rodzinę z domu i pójść pooglądać wystawę fotografii podwodnej Tomka Stachury pt. „Wraki Bałtyku” w budynku PTTK przy Senatorskiej w Warszawie. Napaliłem się niemożebnie, że nawet dobrze nie przestudiowałem informacji o tejże. Jest sobota, na zewnątrz plucha, chmury, paskudnie ogólnie, człowiekowi nosa się za drzwi nie chce wystawiać, zatem doskonały powód by się jednak zmusić – zapakować rodzinę do auta i przewieźć na starówkę. Zaliczyć wystawę, a potem się przeleźć kawałek po okolicy. Super plan po prostu. Trzy minuty przed wyjściem człowiek siada do internetu by sprawdzić jeszcze raz informacje o wystawie, zwłaszcza godziny otwarcia. I doczytuje… Wystawa do oglądania od poniedziałku do piątku… No szlag mnie trafił. To są wybitnie nie moje dni do zaliczania takich atrakcji miejskich. Jestem człowiekiem spod miasta, uciekłem tu z wielu powodów i tu jestem szczęśliwy. Nie znoszę każdej wyprawy do Warszawy, nie lubię, nie chcę, bronię się przed tym jak mogę. Bez powodu tam nie jeżdżę. Zwłaszcza w dni pracujące. Stanie w korkach nie jest moim ulubionym sportem. Nurkowanie, rowerowanie, bieganie na nartach – proszę bardzo. Stanie w korkach? Nie. Szukanie miejsc parkingowych w dni pracujące w okolicach starówki – kolejna dyscyplina, której uprawiać nie chcę. Parkować to ja se mogę pod domem na mojej posesji. Miejsce zawsze mam, odśnieżone, bo sam sobie odśnieżam. A na mieście albo wszystko zajęte, albo zawalone śniegiem. Podziękował. Zatem tym samym muszę przyznać z bólem, że wystawy już pewnie nie zaliczę. Chciałem złorzeczyć, obsmarować włodarzy PTTK za tak absurdalne ograniczenie czasowe dostępności wystawy, ale cóż – zapewne wielu miastowych odwiedziło wystawę i dojechanie tam autobusem, albo tramwajem nie było dla nich żadnym ekstremalnym wyczynem zajmującym półtorej godziny, więc nikomu, poza mną pewnie specjalnie to nie przeszkadza. No szkoda…

W ciepłych wodach Ligurii (Moneglia, Włochy)

Artykuł o Ligurii- w nieco rozszerzonej formie – znalazł się w czerwcowym wydaniu „Nurasa.info”.

Nuras.info

Czas na nurkowanie w ciepłych wodach. Okazja nadarza się doskonała. Planujemy wyjazd rodzinny do niewielkiej Moneglii we Włoszech, w regionie liguryjskim. Znanym nie tylko z serów, Pesto, ale także z atrakcyjnych nurkowisk. Przede wszystkim obłędne wybrzeże tu mają. Góry wpadające do morza, czy raczej morze powoli zjadające góry. To jest widok jedyny w swoim rodzaju. Poszarpane skały wbijające się w tafle niemalże przeźroczystego, lazurowego morza. Jest sierpień, upał okropny, ciężko jest wytrzymać w takich warunkach. Polak w takim klimacie dość szybko traci siły, jeżeli nie ma możliwości schłodzenia się. My niestety nie mamy klimatyzacji w mieszkaniu, a to położone jest przy najruchliwszej ulicy w miasteczku. Na szczęście miasteczko jest zaprzeczeniem wszelkich wyobrażeń o turystycznych miastach. Dyskoteka jest chyba jedna, dobrze z resztą ukryta. Nocne życie to głównie gwar rozmów w sąsiadujących restauracjach, kafejkach i lodziarniach. Żadnych pubów, barów. Kulturalne życie kwitnie, tu na małym placyku wieczorem rozkłada się miejska loteria, a w kafejce obok jakiś prawie utalentowany śpiewak przypomina wszystkim wszystkie możliwe muzyczne hity, łącznie z całym włoskim repertuarem. Jeżdżą skutery, motory, ale klaksonów nie używają nagminnie. Dużą zaletą mieszkania jest za to bliskość do morza. Wystarczy przejść jedną jezdnię, przejść pod wiaduktem i jest morze – dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z domu. Do bazy nurkowej (jedynej w miejscowości, chyba też jedynej w sąsiedztwie najbliższych kilku miejscowości) jakieś pięć minut spacerkiem. Bajka po prostu. Dla nurka jest kilka trudnych zagadnień do rozwiązania jednak. Jedna sprawa to Moneglia. Położona tuż nad morzem, wciśnięta między góry, powstała i rozwijała się daleko przed tym jak ktoś wpadł na pomysł by skonstruować samochód. Włosi próbowali dostosować ją do potrzeb samochodów, ale za dużo nie mieli pola do manewru. Uliczki okropnie wąskie, nie ma gdzie parkować. I to dosłownie. Parking (oczywiście płatny) wzdłuż wybrzeża non stop zastawiony, parkować z resztą wolno tylko cztery godziny. Długoterminowe parkingi są dwa, czy trzy. Pełne aut. Pan parkingowy doradza by wyjechać za tunel. Tunele są dwa – wąskie, kierunek jazdy zmienia się co pół godziny. Za jednym z nich jest boisko do gry w piłkę nożną. Funkcjonuje jako parking. Nie wiem, czy Włochom z Ligurii już się odechciało grać, czy tylko grywają po sezonie, kiedy jest chłodno. Ważne, że parking jest, że są wolne miejsca. Szkoda, że parkowanie na dwa tygodnie kosztuje majątek. No cóż, wyboru nie ma, decyduję się. W ten sposób pozbawiam się auta jako środka transportu dla sprzętu nurkowego. No chyba, że bym gdzieś chciał jechać poza Moneglię, na przykład do Portofino, gdzie jest kilka miejsc typu „must see”. A tak po Moneglii zostaje mi tylko dźwigać sprzęt, jak nie chcę nurkować z najbliższej plaży, to już mam trochę do pokonania. Choćby do bazy nurkowej. Sprzęt więc mogę transportować w torbie na kółkach, albo trochę na sobie, trochę w torbie Ikei. Kłopot w tym, że baza nurkowa leży wciśnięta w zatoczkę, do której dostęp jest albo po schodach i mostem, i znowu schodach, albo najkrócej, przez kamienie, które przypominają o tym, że czasami tu pływa rzeka. Z torbą na kółkach, ani tu, ani tu wygodnie. Zostaje dźwiganie. Chyba najwygodniej było po prostu ubrać się w kamizelkę z butlą, resztę tachać w torbie Ikei. Torba na kółkach zostaje w pokoju. Raz, czy dwa razy nawet po prostu ubrałem się w cały zestaw w mieszkaniu, tylko płetwy do rąk i w drogę. Raz, bo wracałem z nurkowania i nie chciało mi się rozbierać. Drugi raz tak właśnie polazłem. Dobrze to pamiętam, bo był weekend i zjechało dodatkowe mnóstwo ludzi do Moneglii. Polazłem najbezczelniej w świecie w całym ekwipunku. Najpierw z mieszkania w wąską, ruchliwą uliczkę ze straganami, potem niewielki ludny placyk ze sklepami i ławkami gęsto okupowanymi przez rodziny z dziećmi obżerającymi się pysznymi lodami. Potem główna arteria do przekroczenia. No mam nadzieję, że ktoś strzelił mi fotkę jak przełaziłem w środku dnia w tym całym sprzęcie przez pasy na drodze. Widok równie legendarny jak ten z okładki płyty Beatlesów, którzy przełażą przez jakieś legendarne pasy w jakimś legendarnym mieście. Nie muszę chyba wspominać, że wzbudzałem odpowiednią sensację i każdy przystawał by przyjrzeć się temu ciekawemu zjawisku. Wlazłem więc na miejską plażę, która w ciągu tygodnia pod wieczór się wyludnia. Jednak nie tym razem, bo był weekend. Ludzie wciąż siedzieli na plaży i nie było gdzie parasola wetknąć, albo ręcznika położyć, no a ja ubrany jakbym na Grunwald szedł w pełnym bojowym rynsztunku, lezę i lawiruję między ręcznikami z dokarmionymi włoskimi mamuśkami, modną i piękną włoską młodzieżą i rozkrzyczanymi rodzinami ze szczególnie rozkrzyczanymi dzieciakami. Ja już ledwo kryję swój kretyński uśmiech, jaki się coraz wyraźniej rysuje na mojej paszczy i wiem, że zachowam jako taką godność, jeżeli bez chwili przystanku wlezę tak do wody i z marszu zniknę z oczu wszystkim gapiom. Wlazłem, a jakże, jeszcze tylko mocowanie z płetwami, na szczęście tym razem nie protestują, jeszcze tylko naplucie w maskę i mogę znikać pod wodą. Trochę płynę jednak po powierzchni, ponieważ – mam nadzieję, że to tylko kwestia pory roku – woda przy brzegu jest jak mleko, nie widać na więcej niż pół metra. Mleko ustępuje tuż za skałkami chroniącymi kąpielisko przed falami. To przy nich zaczynam zanurzanie i wreszcie odcinam się od świata. Nurkuję sam, a jakże. Wbrew wszystkim regułom, jakie mi łożono do głowy, ale dobrze wiem, że nie jestem jedyny. Choćby fotografowie lubią pływać samodzielnie, co najwyżej trzymają się jakiejś grupy, żeby jej zdjęcie cykać, nikt jednak nie zamierza wisieć nad nurkiem i mu towarzyszyć, jak on czasem zawisa w toni na kilka minut by złapać konkretny efekt, albo krąży wokół jakiejś jamki dobry kwadrans w oczekiwaniu na pojawienie się jakiejś mureny. Zdarza się też pojedynczym nurkom sprawdzanie sprzętu, człowiek chce po prostu wleźć do wody i sprawdzić nowy sprzęt, opływać się z nim, pływa wtedy gdzieś przy brzegu, albo schodzi na jakieś cztery metry i się tam gimnastykuje.
Zacząłem od wizyty w lokalnej bazie nurkowej. Odpytałem, gdzie można nurkować, czego się spodziewać. Przyjąłem, że nie będę się oddalał od brzegu , zawsze skałki miałem w zasięgu wzroku (a widoczność nie była aż tak oszałamiająca, jakieś piętnaście, czy dwadzieścia metrów i skały znikały z pola widzenia). Nie szedłem głębiej niż sześć metrów, nie siedziałem dłużej niż pół godziny. W ten sposób zaliczyłem kilka bardzo fajnych nurków, choć roślinność w pasie brzegowym nieszczególnie dopisywała, to jednak ryby wszelkich kolorów i rodzajów pływały wciąż wokół mnie, a krajobraz uformowany z głazów rozpadającego się wybrzeża robił niesamowite wrażenie. Oczywiście kilka metrów dalej rozpoczynała się idealnie gładka podłoga z piasku, która znikała za polem widoczności. Jednak w jednym miejscu, na stanowisku blisko bazy nurkowej, można było zaliczyć kawałek „ścianki”. Podejrzewam, że to świetne miejsce dla kursantów, bo oddalone od brzegu dosłownie dwadzieścia metrów, w najgłębszym punkcie siedem metrów, dookoła żadnych prądów, ani ruchu motorówek. W tym miejscu wyrastała samotna formacja ze skał, wystawała tuż nad wodę, ale jej całe piękno ukryte było pod powierzchnią. Z jednej strony pionowa ścianka, z pozostałych różne kształty i ozdoby z kamieni, tu już sporo roślinności, ukwiały, liczne jeżowce, piękne ryby także. Strasznie ładne miejsce. Cieszyło oko z każdej strony.
Nie mogłem oczywiście sobie odpuścić organizowanych wypadów. Lokalna baza nurkowa (www.puntarospo.com – niestety tylko po włosku, ale telefonicznie da się dogadać, kilku pracowników gada po angielsku całkiem nieźle) pod wodzą Maksa Novarina oferuje bogaty zakres nurkowisk w zasięgu łodzi. Łódź mają szybką, na dziesięć osób, wygodnie więc można dotrzeć w różne ciekawe zakątki liguryjskiego wybrzeża. W zależności od odległości za wyprawę płaci się 30 – 35 euro. Pewnie jakby wypuścić się gdzieś dalej to doszłoby do 60 euro. Bardzo fajne stawki. Do tego ładowanie butli za 5 euro. Co tam, że starszy pan technik ni w ząb po angielsku, ja się przygotowałem, do słownika pozaglądałem, miałem zasób słów (okrutnie ubogi) opanowany. Wystarczyło powiedzieć „bombola compresore” i pan wszystko wiedział. Uśmiechnięty, pomocny, coś tam próbował mi tłumaczyć, zagadywać, nawet trochę tego zrozumiałem. Wiedziałem, gdzie nurkować „nie lza”, bo tam łodzie pływają, pan się pytał, czy ja Niemiec, ja mu na to, że „polacco”. Rozmówki polsko włoskie na wysokim poziomie. Pierwsza wyprawa, na jaką się zabrałem, to dosłownie dwie zatoczki dalej. Pierwsza zatoka na zachód to była druga plaża Moneglii, za wzgórzem (to przy niej mieścił się opisany przeze mnie parking – boisko), tu więc kąpało się zdecydowanie mniej ludzi, potem za nią była zatoczka bez dostępu do brzegu, stroma skała wysoko w górę. To tu stanęła łódź. Pierwsze zaskoczenie to stroje towarzyszy nurkowania. Wszyscy długie pianki, niektórzy w piankach półsuchych. A ja – w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem i kapturem. W Polsce miałem wątpliwości czy brać cały zestaw, ale temperatury wody powyżej dwudziestu stopni… Bez przesady. Bagażnik przynajmniej pomieści więcej. No i już na miejscu wykonałem kilka próbnych nurków i nie brakowało mi długiego rękawa. Siedzę więc na łodzi się zastanawiam, czy ja jakiś głupi. No chyba by mi Maks coś powiedział, bo wsiadaliśmy na łódź już w kombinezonach, a on tam w swoim kantorku miał wszystko, co potrzeba i pożyczał chętnie. Może więc mit twardego Słowianina dotarł i tu. Nie było wyjścia, trzeba było go podtrzymać. Do pary dostaję Niemkę. Jedyna, która komunikuje się po angielsku, poza Maksem, ale on bierze na siebie jakąś szkółkę, a my idziemy za jednym Włochem niżej. Rozstawienie par to w zasadzie była cała odprawa, wszyscy kończą się ubierać i wskakują do wody a ja czuję, że chyba ktoś tu zapomniał o jakimś konkretnym elemencie, czyli porządnej odprawie. No dobra, styl włoski pewnie. Idziemy w dół. Ja czekam na pierwszy atak chłodu. Niemka mnie nastraszyła, że w zeszłym roku tu nurkowała w krótkim rękawie, okropnie zmarzła i teraz pływała w półsuchym skafandrze. Dochodzimy do piętnastu metrów, rozpoczyna się kosmiczna odyseja. Ech, te formacje skał, które kiedyś majestatycznie siedziały sobie gdzieś tam wysoko, ale cierpliwy wiatr, woda strąciły je do wody – to powinien opisywać poeta, a nie taki matoł jak ja. Widoki odbierające mowę. Rzeczywiście, raz po raz zdarza się wpłynąć w chłodniejszy prąd, ale żadnego dramatu nie ma, nie marznę, nie trzęsę się. Płyniemy dalej. Dobijamy chyba do siedemnastu metrów, okrążając ogromne głazy sterczące nad pozostałe rumowisko, tu chowa się jedna taka duża, tłusta ryba. Nie sposób było powiedzieć, co to była za ryba. Tylko nam mignęła. Oczywiście grupka natychmiast zacieśnia „perymetr” wokół jamki i wyczekuje ponownego objawienia. Ryba jednak nie jest głupia, wie, że za rogiem siedzi cała grupa wariatów. Kończy się pokaz. Ja nadal nie odczuwam mrozu. A jak się robi chłodniej, przepływam kawałek w bok i wpływam w przyjemny ciepły prąd. Pływamy dobre czterdzieści minut, powolutku zmniejszając głębokość, w końcu sygnał, że zbieramy się do góry. Powoli, bo zgarniamy po drodze kursantów z Maksem, jeszcze próbujemy wystraszyć kolejną nieśmiałą rybę z jamy (pan z aparatem jest rzeczywiście cierpliwy). Stajemy na przystanek bezpieczeństwa na pięciu metrach i się wynurzamy, czas nurkowania to prawie godzina. Ja wcale nie zmarznięty, w butli 12l zostaje mi sporo ponad rezerwę, jestem więc z siebie dumny. Włosi żywo opowiadają sobie o wrażeniach, a ja łapię za komórkę i dokumentuję wszystko – linię brzegu, nurków na łodzi, łódki na horyzoncie. Jestem pieruńsko szczęśliwy, mam za sobą pierwszą poważną komercyjną wyprawę z obcej ekipy nurkowej, nurek bardzo udany. Niemka strasznie przeżywa ilość wody, którą połknął jej kombinezon, wciąż się dopytuje, czy tak powinno być. Nie miałem do czynienia z półsuchym kombinezonem, ale ten wyglądał na taki w jej rozmiarze, nigdzie luzów specjalnych nie było. Wody rzeczywiście trochę wypił, ale bez przesady. Zapytałem więc grzecznie, czy trzymała z tą wodą temperaturę. Odpowiedziała, że tak. Odparłem, że zatem tak musi być. Jeszcze opowiadała, że w domu, w Niemczech ma suchy, że ten półsuchy to nowy zakup. Ja już skupiłem się na widokach. Jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie jak będzie mnie stać na dwa kombinezony, w tym jeden suchy.
Kilka dni później wypływam z ekipą w dalsze miejsce, na wysokości znanych z przewodników Cinque Terre. Tym razem w ekipie więcej niewiast, ale większość twarzy już znam z poprzedniej wyprawy. Widać, że się doskonale wszyscy znają. Do pary dostaję… znowu Niemkę. Są w sumie dwie Niemki, widać, że jak jedna nurkuje, to druga zajmuje się dzieciakami. Ta druga też w półsuchym pływa, ale chyba już w nim nurkowała, bo nic nie komentowała odnośnie ilości wody zasysanej pod piankę. Ostrzegła mnie jednak, że miewa problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach i że powoli się zanurza. Znowu wszyscy w długich rękawach, a nawet kilku siedzi w suchych skafandrach. Tym razem jest odprawa konkretna. Maks najpierw opowiada Włochom o miejscu, a potem  nam, po angielsku, że nurkujemy dalej od brzegu. Łódź staje nad samotną skałą wystającą na głębokość szesnastu metrów, dookoła jest dużo głębiej. Mamy zejść po linie do skały i zrobić jedno pełne kółko wokół najciekawszych punktów na skale. Część ekipy zejdzie z Maksem niżej, na trzydzieści metrów, stąd te suche skafandry. My mamy zatrzymać się na osiemnastu metrach, zwiedzać jamki, a potem się łączymy i wypływamy. Mogą zdarzyć się mocniejsze prądy, mamy więc uważać. Wskakujemy do wody i zaczynamy zejście. Włosi idą dziarsko w dół, ja zostaję nieco z tyłu unoszę się w toni czekając cierpliwie aż Niemka pokona kolejny metr po linie i wyrówna ciśnienie. Widać wyraźnie, że musi to robić powoli, ale systematycznie się opuszczamy. Maks trzyma się blisko i obserwuje. W końcu wyłania się skała. Niby się jej człowiek spodziewa, ale wrażenie i tak powstaje. Najpierw ledwie zarys, czy cień, a potem cała okazałość. A dookoła toń. Skała nie ma żadnych poważnych ścianek, to raczej stopnie kolejno schodzące niżej. Nie ma więc strachu o tę toń. To jest pierwsza moja okazja by sprawdzić się z jakimiś tam lękami, puszczam linę i utrzymuję tempo schodzenia własnymi siłami. Niby wiem, że panuję już nad pływalnością, ale w człowieku jest silny instynkt, że jak jest lina, której można się trzymać, to się jej człowiek trzyma i po niej opuszcza. Tak robi większość ekipy, wpadając wciąż na siebie zabawnie. Wygodniej jest mi więc jak zawisam w toni. Jestem w siódmym niebie. Kolejne fantastyczne miejsce wynurza się z otchłani pode mną. Docieramy do szczytu skały, dzielimy się na zespoły i zaczynamy zwiedzanie. Czujemy prąd, ale nie jest szczególnie mocny. Nie wyciąga nas dalej. Daje się pływać. Odczuwam chłodniejsze prądy i czuję, że od czasu do czasu pojawia się gęsia skórka. Nie ma tragedii, no więc podtrzymuję mit twardego Słowianina. Dochodzimy jednak do osiemnastego metra i tu czasami prądy potrafią mi zajść za kołnierz tak, że robi mi się chłodno. Na szczęście długo tam nie siedzimy i powoli pniemy się wyżej. Nagle stajemy. Grupa wykrywa murenę. Ta udaje, że jej nie ma, chowa się w jakiejś dziurze, tylko pysk wystawia, ale i tak udaje, że ten pysk, to nie pysk, tylko jakiś patyk, czy co. Stają wokół niej wszyscy, no to ona uznaje, że chyba kamuflaż nieskuteczny i się chowa. Jednak te całe jej mieszkanie to sieć półodkrytych jamek, szczelin i wyżłobień w skałach, cały czas więc widać jej piękne, długie i zwinne ciało, jak przemyka swoimi korytarzykami. Piękny widok. Warto oglądać. Idziemy jeszcze nieco wyżej, ale tu się towarzystwo zatrzymuje i zaczyna jakieś zabawy w podgrupach. A to ktoś próbuje wypatrzyć murenę, a to drugi ktoś zagląda do innej jamki, a to reszta siedzi pod nawisem i czemuś się przygląda. Ja tylko obserwuję zbliżającą się szybko rezerwę na wskaźniku manometru i oglądam się w stronę powierzchni. Chcę znaleźć się w nieco cieplejszych prądach. W końcu daję znać, że czas do góry, akurat wskazówka pokazuje rezerwę, a przecież jeszcze przystanek bezpieczeństwa. Maks daje sygnał, że jazda do góry. No wreszcie, twardym jestem Słowianinem, ale ile można, z radością przyjmuje kontakt z cieplejszymi warstwami wody. Stajemy na przystanku, ja tylko obserwuję zmniejszającą się rezerwę, ale starcza jej spokojnie. Wychodzimy na powierzchnię. Jest chwila relaksu w wodzie, łapię więc za aparat – pseudo wodoodporny – taki do dziesięciu metrów niby. Próbuję zrobić jakieś inteligentne zdjęcie, ale w końcu czas wyłazić z wody. Włosi chyba już mnie przyjęli do grona, bo tym razem chętniej ze mną gadają, okazuje się, że więcej niż dwóch zna angielski, choć wciąż konwersacja nie jest bogata. Z radością odkrywam, że mit twardego Słowianina jest podtrzymany, z dumą potwierdzam, że nie było mi ani trochę zimno, pomimo krótkiego rękawa, potwierdzam, że przecież u nas średnia temperatura wody to około dziesięć stopni, że tu, u nich to bajka po prostu, no ukrop niemalże. Oczywiście nie, w domu oczywiście pływam w długim rękawie, ale tu mi wystarcza krótki. Włosi wyrażają w charakterystyczny sposób uznanie, jest wesoło, Niemka jest pod wrażeniem tego, że kończyłem na rezerwie. Rzeczywiście, dla mnie to ważna lekcja, że jak człowiekowi chłodniej, to szybciej powietrze zjada. Tym razem nurek zakończony po czterdziestu paru minutach, a ja tym razem zjadłem butelkę niemal w całości. Dopływamy do brzegu, żegnamy się wylewnie. Ja dziękuję bardzo za całą współpracę, bo była fantastyczna. To mój ostatni nurek w Moneglii, kolejnego dnia wyjazd do domu. Pieczątka do logbooka I „Ciao, Maks”. Jeszcze tylko Niemka pyta, jakim sposobem mi kończyło się powietrze. Odpowiadam, że miałem mniejszą butlę – 12 litrów. Ona pyta, a jakie ciśnienie miałem na starcie, potwierdzam, że 200. Wydaje mi się, że albo czegoś nie zrozumiała z mojej odpowiedzi, albo rzeczywiście z fizyką na bakier, bo jest zdziwiona, że mam mniejszą butlę i daję jej takie samo ciśnienie, co oni swoim butlom 15l. Zostawiam ją z tą zagadką i dziękuję za udanego nurka. Mam za sobą fantastyczne doświadczenia, do kraju wracam bogatszy o całą masę świetnych wrażeń i spory ładunek cennej wiedzy. Wiem już jak fajnie nurkuje się w słonej, przejrzystej wodzie, wiem już jak się nurkuje w sporej ekipie nurków. Wiem już jak nurkuje się z łodzi. Wszystko zamierzam powtórzyć. Oby jak najszybciej.
Mam szczerą nadzieję, że wszyscy mieli tak udane wakacje, jak ja.

Baza nurkowa w Moneglii. Foto: J. Cieślak

moneglia_baza

Malownicze wybrzeże Ligurii. Foto: J. Cieślak

moneglia_brzeg