Archiwa tagu: miejsca nurkowe

„Gdzie Polak nurkuje” prezentacja w klubie „Południk Zero”

Moi drodzy nurczytelnicy, zapraszam Was baaardzo serdecznie na moją prezentację w klubie „Południk Zero” przy Wilczej 25 w Warszawie, godzina 19:00, piątek 17 maja 2019.

„Gdzie Polak nurkuje” – Nikt nigdy nie policzył, jak dużo jest w Polsce osób aktywnie nurkujących – takich, które nurkują przynajmniej kilka razy w roku. Jedno jest pewne, jest to spory procent narodu. Gdzie w takim razie ci ludzie nurkują? Bo przecież nie w Polsce – znakomita większość osób nienurkujących wyobraża sobie, że w Polsce nie da się nurkować z przyjemnością – same ciemne i zimne wody, a pod wodą – jeżeli coś widać, wieje nudą. Czy wszyscy polscy nurkowie jeżdżą nurkować do Egiptu, do Chorwacji, na Malediwy i do Tajlandii? A może jest gdzie nurkować w Europie?

Prezentacja będzie połączona z inauguracją Nurklubu.

18 marca 2019 roku Nurklub w pierwszej odsłonie internetowej ujrzał świat. Klub, który ma zrzeszać pasjonatów i nurkowych wariatów. Nurkowanie ma być dla jego członków przede wszystkim dobrą i wartościową formą spędzania wolnego czasu. Zero spinania się i udowadniania sobie czegokolwiek.

Chcemy robić też coś pożytecznego, jesteśmy częścią Fundacji GEPN, która chce nie tylko propagować nurkowanie, ale i dbać o czystość wód, w których nurkujemy i z których wszyscy korzystamy.

Poznaj nas i zobacz, o co nam chodzi, dlaczego nurkujemy i zapraszamy do nurkowania z nami. Spotkajmy się, porozmawiajmy o nurkowaniu w Polsce, o nurkowaniu w Europie. Poznajmy się.

Plan wieczoru:

– Prezentacja „Gdzie Polak nurkuje?”

– Dwa słowa o klubie, zaproszenie do klubu

– Rozmowy towa-wszystkie w kuluarach ? o nurkowaniu i nie tylko.

Polecam uwadze: www.nurklub.pl

 

W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".
Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031
Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.
Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA
Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.
CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080
Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.
079
Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.
078
Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.
Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2
Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.
CAMERA
Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.
CAMERA
Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂
CAMERA
Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!
CAMERA
Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.
CAMERA
Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

W odległej Estonii, część I

002
Fot. 1. (kubaCE) W drodze.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

030
Fot. 2. (kubaCE) „Skromny” domek myśliwski

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

003Rummu
Fot. 3. (Google) Zbiornik Rummu

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

010
Fot. 4. (kubaCE) Widok na kuchnię z pięterka.
009
Fot. 5. (kubaCE) Kominek jako pyszny dodatek dekoracyjny i centralne źródło ciepła.
006a
Fot. 6. (kubaCE) Ekipa celebruje pierwszy wieczór w Rummu.
004
Fot. 7. (kubaCE) nasza osada

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

011
Fot. 8. (kubaCE) Pierwszy rzut oka na nasze nurkowisko.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

 

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

Fot. 9. (Bartosz Metlerski) Pierwsza miejscówka.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

015
Fot. 10. (kubaCE) W drodze na Mur.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Fot. 11. (kubaCE) Pierwszy budynek.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Mur
CAMERA
Fot. 13. (kubaCE) Budynek przy plaży. Na dnie widoczne oczko siarkowodoru.
CAMERA
Fot. 14. (kubaCE) Budynek przy plaży.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Kontynuacja artykułu: W odległej Estonii, cz. II

EXIF_HDL_ID_1
Fot. 15. (kubaCE). Hop do wody przy Murze.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Pod naszą platformą.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 17. (Bartosz Metlerski) Rummu ze starym więzieniem w tle.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) Ustawka na schodach.

Marsa Alam z przemyśleniami

O Egipcie ciężko jest teraz pisać jak o standardowej wyprawie nurkowej w ładne miejsce na sielankowy i beztroski tydzień nurkowy. Siadając do klawiatury czułem, że nie skończy się tylko na opisie nurkowań, bazy nurkowej, czy samego pobytu. Czytam komentarze na Facebooku, czytam wpisy ludzi, oglądam udostępniane treści. Włos jeży się na głowie. Jakbym miał się opierać tylko na kreowanej na Facebooku rzeczywistości, schowałbym się pod stołem i nie wychodził z domu. Wiem, że nie jest normalnie, czasy są niewesołe, a my żyjemy w zdecydowanie mniej komfortowych psychicznie czasach. Straszy się nas terrorystą, który z jednej strony ma twarz szalonego, brodatego furiata, który wysadza się w tłumie ludzi, ale i szaleńcem, który niczym się totalnie nie wyróżnia z tłumu, co totalnie nie przeszkadza mu nienawidzić nas takimi jakimi jesteśmy i robić różne straszne rzeczy. Spadające samoloty, wybuchające samochody, goście z karabinami urządzający rzezie na ulicach europejskich miast. To nasza rzeczywistość. Polaryzacja cywilizacji – my kontra oni. My – nieczyści, zboczeńcy, tkwiący w grzesznym świecie konsumpcjonizmu. Oni – szaleni, ekstremiści religijni, nienawiść w czystej postaci zrodzona z biedy, braku perspektyw, niemocy, niewykształceni, prymitywni i okrutni. My albo oni. Jedziesz do Egiptu, rozglądasz się nerwowo po okolicy. Wszystko wygląda niby normalnie, spokój i cisza. Jeden głośniejszy huk, spinasz się i rozglądasz, o co chodzi. Widzisz grupę głośnych Egipcjan i zastanawiasz się czy to tylko sprzeczka, jakaś lokalna demonstracja, czy właśnie idą po ciebie.

Sam wyjazd miał się nie różnić niczym od tysięcy wyjazdów jakie zaliczają nurkowie co roku. Grupa potencjalnych uczestników rozmnażała się, to znowu topniała, raz bywało lepiej, raz gorzej, a wszystko tak jakby podejrzanie zależne od tego, co akurat pokazywano w mediach i dyskutowano w internecie. Jednak im bliżej daty wyjazdu tym więcej znaków zapytań i niepewności. Na ostatnią chwilę jedna osoba się wycofała – wiedząc, że traci sporą zaliczkę. Wyjazd był mocno niepewny – nie kalkulowało mi się wyjechać w takiej konfiguracji. Żyję z nurkowania, to moje jedyne źródło dochodu – nie jeżdżę tylko dla czystej przyjemności nie przejmując się kosztami. Albo wyjazd zamknie mi się finansowo i zyski pokryją koszty, albo nie jadę. Tutaj w ostatecznym układzie uczestników wszystko było policzone na styk, na zero. W takim momencie jak uczestnik rezygnuje, wszystko się sypie – tylko szybkie znalezienie dodatkowego uczestnika ratuje plan. Chyba tak jakoś na dwa tygodnie przed wyjazdem pociłem się, kombinowałem i szarpałem z głowy ostatnie kłaki włosów by to jakoś ogarnąć. Napadały mnie liczne wątpliwości, nieraz miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę i powiedzieć – dziękuję, nie jadę. Rodzina też nie była zachwycona. Egipt przecież to miejsce wybuchania samolotów. Potem jednak, chyba w najgorszym momencie, kiedy chciałem się poddać, przyszło ogromne wsparcie od mojej małżonki, za co jestem jej ogromnie wdzięczny. Ostatecznie znalazłem chętnego, wyjazd dopiął się finansowo i można było jechać.

Pomysł na stacjonarny tydzień w Marsa Alam na Sylwestra był moim zdaniem najlepszym pomysłem na spędzenie sylwestra. Nie jestem fanem naszej narodowej celebracji tego wydarzenia, zdecydowanie wolałem ten czas spędzić pod wodą. Czemu by więc nie zebrać się jakąś grupą i nie wyskoczyć na nurki w ciepłe. Z początku miał być to mój ulubiony Dahab, ale ze względu na ostatnie wydarzenia na lotnisku w Sharm stwierdziłem, że nawet ja nie mam ochoty sprawdzać jak tam teraz jest bezpiecznie po rozwaleniu rosyjskiego samolotu. Przesunęliśmy więc lokalizację wyjazdu do sprawdzonej przez naszą grupę bazy Marsa Shagra niedaleko Marsa Alam. Nurki stacjonarne w formule „no limit” – nieograniczony dostęp do lokalnej rafy. Możesz wchodzić do wody ile razy chcesz, z wody wychodzić tylko po to by zmienić flaszki. Idealna formuła by zrobić kursy nurkowe. Do poprowadzenia Advanced Open Water Diver i specjalizacja Deep Diver. Do tego nurkowie na bardzo różnym poziomie zaawansowania. W tych warunkach byłem w stanie zapanować nad całością i zapewnić odpowiedni poziom nurkowań tak by każdy wrócił usatysfakcjonowany. Hotel – Blue Reef Resort. Kiedyś o nim dużo dobrego mówiono, ostatnimi czasy opinie jednak się zmieniły. Jednak był bardzo blisko bazy i oferował wystarczający poziom komfortu na taki wypad.

Spotykamy się na lotnisku Okęcie w sobotę dwudziestego szóstego grudnia dwa tysiące piętnastego roku. Nadajemy bagaże, odbywając rytualną ciuciubabkę z obsługą linii lotniczych dotyczącą limitu kilogramów. Tym razem udaje się bez większych problemów – nie przekraczamy magicznej linii zbyt drastycznie, choć zdecydowanie nie mieścimy się w limitach. Nikt na szczęście nie zwraca uwagi na nasz bagaż podręczny – wypchany i obciążony do granic możliwości. Wskakujemy w samolot i lecimy do Marsa Alam. Lądujemy już po zmroku. Na lotnisku pustki, wieje nudą. Płacimy opłaty wizowe, przechodzimy przez egipską biurokrację – tu stempelek, tu karteczka, tam paszporcik a na koniec dziadzio sprawdzający, czy wcześniejszy urzędnik postawił stempelek. Wszystko w porządku, wsiadamy do busa rozwożącego turystów po hotelach. W samolocie jak i w busie pustek nie ma. Widać, że aż tak Polacy nie boją się Egiptu i że wciąż stosunek ceny wycieczek do oceny poziomu potencjalnego ryzyka jest na korzyść Egipcjan. Zwracam tylko uwagę, że zdecydowanie nie widać nurkujących turystów, choć jest to mój pierwszy wypad do Marsa Alam, jak, i na sylwestrowy wyjazd nurkowy i nie wiem czy jest to nienormalne, czy jednak standard. Wypadamy z busa, ładujemy się do hotelu – pierwsze wrażenie: jest kiczowato do bólu, ale czysto i schludnie. Pamiętałem z jednego wypadu do Dahabu, jak zwiększano poziom uwagi i „bezpieczeństwa” wokół turystów – tutaj kompletnie nie było nic widać, że coś się dzieje. Oczywiście od każdej strony plaży na granicy terenu hotelowego siedział jakiś wąsaty Egipcjanin, ale nie był ani uzbrojony, ani szczególnie spięty. Co do obsługi – oczywiście zakręcona po egipsku. Najpierw dostaliśmy z Jarkiem pokój z jednym podwójnym łóżkiem. Znaliśmy się, ale nie aż tak dobrze, żeby spędzać urlop w jednym łóżku. Trzeba więc było pójść i odkręcać temat. Poszło nawet bezboleśnie. Mogliśmy wreszcie rozsiąść się nad basenem hotelowym i przywitać nasz pierwszy egipski wieczór szklaneczką lokalnego alkoholu, wznieść toast za pomyślność wyjazdu. Chyba mniej więcej wtedy zorientowaliśmy się, że hotel jest totalnie opustoszały. Owszem, ktoś się tam kręcił, ale możliwości hotelu były przeogromne, a ludzi może było tyle, że jedna czwarta była zajęta. W dodatku wszyscy po przyjeździe natychmiast pochowali się po pokojach. Dopiero na krótko przed sylwestrem albo dorzucono autobus z turystami, albo po prostu wyszli ci, którzy dotąd kryli się w swoich pokojach. Nam to nie przeszkadzało totalnie – hotel był tylko naszą noclegownią. Za dnia znikaliśmy i pojawialiśmy się na chwilę na obiad, krótka sjesta i znowu wio do bazy nurkowej, z której wracaliśmy zwykle po zmroku.

marsa036
Fot. kubaCE. Baza Red Sea Diving

Pierwszy dzień nurkowy rozpoczęliśmy od egipskiego transportu. Cały temat był załatwiony jeszcze w Polsce, załatwiałem wszystko z bazą za pośrednictwem e-maila i doskonale to pamiętam, że pomysł z odbiorem nas z hotelu rzuciła pani z egipskiego centrum nurkowego. Napisała, żebyśmy dwudziestego siódmego czekali z całym szpejem o ósmej rano w hotelowym lobby. To nie był mój pierwszy wypad do Egiptu, więc wiedziałem, że na takich ustaleniach nie ma co specjalnie polegać, ale przecież baza miała swoją renomę, koledzy, którzy tam byli, wypowiadali się w samych superlatywach, że porządek i dobra organizacja. No ale cóż, nie dotyczy ona najwyraźniej korespondencyjnie ustalanego transportu. 🙂 Poczekaliśmy piętnaście minut i załatwiliśmy sobie transport hotelowej czerwonej Toyoty w wersji pickup. Dotarliśmy do bazy i od razu poszliśmy się rejestrować w bazowej recepcji. Tu okazało się, że wiedzą o nas, zanotowano nasze przybycie, wydano balast, pobrano certyfikaty i powiedziano, że mamy czekać na odprawę. Pojawił się sympatyczny, starszy grubasek, który powiedział, żebyśmy jeszcze chwilę poczekali. Czekaliśmy. Czekaliśmy. On się pojawiał i mówił, że jeszcze chwila. W końcu – chyba po jakiejś godzinie, zebrał jeszcze kilka osób (bodajże Czechów) i zaczął się produkować odnośnie bazy nurkowej. Wiadomo, swoje odczekać trzeba. Tak samo i wysłuchać, choć cała odprawa skupiona była na tym, w jak fantastyczny sposób możemy dodatkowo wydać nasze pieniądze, to jednak kilka informacji było dla nas istotnych. Tutaj powoli zaczął się budować cały obraz bazy nurkowej, gdzie nurkowie sami się ogarniają i organizują swój czas, a obsługa ma im jedynie pomagać od czasu do czasu. Przybywający nurkowie wykonują pierwsze nurkowanie z kimś z bazy, a potem sami planują i przeprowadzają swoje nurkowania. Chyba, że życzą sobie by ktoś ich oprowadzał – nie ma problemu. Tylko wtedy pakiet No Limit zamienia się na dwa nurkowania z przewodnikiem dziennie. My od początku nastawieni byliśmy na No Limit i tego się trzymaliśmy. W naszym zasięgu była więc północna i południowa część ogromnej rafy Marsa Shagra. Za każdym niemal razem mogliśmy decydować o kierunku i wariancie naszego nurkowania – czy chcieliśmy wchodzić z brzegu, wracać o własnych siłach, czy życzyliśmy sobie transportu ribem w jedną, czy drugą – a może nawet w obie strony. Po powrocie do dyspozycji mieliśmy baseniki do płukania sprzętu w słodkiej wodzie. Oddzielny basenik na pianki, wypornościówkę, buty i płetwy, a osobno płukanie dla delikatnych kamer, komputerów nurkowych, czy automatów. Woda wymieniania, w razie potrzeby uruchamiane dodatkowe baseniki. Skafandry można było rozwiesić na licznych wieszakach i tak je zostawić nie martwiąc się o ich los przez noc. Reszta szpeju po nurkowaniu lądowała w typowej egipskiej skrzyneczce na sprzęt i chowaliśmy ją do zamykanej szafki. Oczywiście stan szafek był różny, niektóre się rozlatywały, a o kłódkę trzeba było się samemu postarać, albo kupić w recepcji za 2 euro. Jednak całość funkcjonowała dobrze, a my bardzo chwaliliśmy sobie komfort zapewniany przez tak zorganizowaną bazę. Ważnym elementem naszych nurkowań była tablica rejestracyjna, na której wpisywaliśmy nasze wyjścia i planowaną godzinę powrotu. Gdybyśmy po powrocie nie zmazali swojego wyjścia, a minęłaby wyznaczona godzina powrotu – wszczęto by alarm i rozpoczęto poszukiwania. Nie testowaliśmy tego, ale słyszeliśmy, że obsługa potrafi zrobić poważny wykład niefrasobliwym nurkom, którzy zapomnieli się „zetrzeć”. Od tej strony więc wszystko działało idealnie. A mi szczególnie do gustu przypadło to, że o sprzęt można było być spokojnym. Jak raz udało mi się posiać gdzieś moje stare gopro, to kolejnego ranka już leżało w boskie „lost & found”.

W trakcie wyjazdu udało mi się wykonać kilka głębokich nurkowań, ale znakomitą większość zanurzeń zaliczałem na średniej głębokości około dwunastu metrów. Zwykle dzień zaczynałem od porannego nurka z Anetą, w ramach zaliczenia specjalizacji Deep, a potem docierała do nas reszta nurków i kolejne nurkowania robiliśmy już całą grupą, czasami tylko zmieniając konfiguracje. De facto dużej różnicy w krajobrazie nie zauważałem – czy byliśmy płytko, czy głębiej. Ba, nawet śmiem twierdzić, że rafa oferowała zdecydowanie więcej na płytszych partiach. Północna rafa różniła się od południowej tym, że była bardziej jednolita, mniej poszarpana, nie było tylu zapadlin i zakamarków, do których można było wsadzić łeb, albo wręcz wpłynąć. W tej części dno zdecydowanie szybciej opadało, choć miejsc, gdzie można było zejść poniżej trzydziestu metrów nie było zbyt wiele. Najprościej głębokość dawało się złapać płynąc na wprost od wyjścia z bazy. Było to z resztą jedyne miejsce, gdzie wolno było wchodzić do wody z brzegu. Niewielka szczerba w rafie rozszerzająca się szerokim kątem na otwarte morze, piaszczysto dno opadające równo i zdecydowanie. W samej zatoczce ledwie dwa, trzy metry głębokości. Jedyna najmniej przyjemna rzecz to, to, że w tym samym miejscu stacjonowały riby. Korzystając z zatoczki, trzeba było być nieustannie czujnym i trzymać się dna. To był istotny element odprawy i pierwszego nurkowania – dokładnie pokazano nam, że opuszczamy zatoczkę i tak samo wracamy do niej po jednej stronie rafy i wypłycając się trzymamy liny przy dnie. Mimo tych środków miałem nieustające poczucie obaw w stosunku do osób z gorszą pływalnością, kiedy operowaliśmy w zatoczce. Na szczęście dotyczyło to tylko początku, lub końca nurkowań. Południowa rafa moim zdaniem była bardziej malownicza. Na początku, po wyjściu z zatoki płynęliśmy przy stromo opadającej ścianie, która gwałtownie skręcała na południe, za zakrętem zaczynała się taka niby laguna o średniej głębokości około dwudziestu metrów. Tutaj można było kombinować ze ścieżką zwiedzania, zaglądać w różne zakamarki, albo wypłycać się i trzymać blisko ściany brzegowej, w której rozliczne rozpadliny oferowały ciekawe punkty widokowe. Odnosiłem nieustające wrażenie, że to właśnie tu koncentruje się całe życie i to tu spotykaliśmy wszystkie najciekawsze stworzenia. Przepiękne żółwie, towarzyszące im remory, czy całe zatrzęsienie płaszczek wszelkiej maści i wielkości.

Udało się nam przetestować warianty nurkowań z łodzi, z brzegu, raz nurkowanie kończyliśmy po zachodzie słońca i raz zrobiliśmy nocne nurkowanie. Ogółem zrobiłem na tym wypadzie bodajże osiemnaście nurkowań i czułem się mocno wynurkowany. Ba, dochodziło do tego, że zwyczajnie już mi się w piankę nie chciało wbijać, tak już byłem przesycony nurkowaniem.

CAMERA
Fot. kubaCE. Żółwik i remory.

Na koniec wyjazdu zrobiliśmy jeszcze wycieczkę po osadzie przyłączonej do bazy nurkowej. Całość kompleksu oferuje nocleg bardzo różnej jakości i komfortu. Zaczynamy od najdroższych bungalowów, zwiedzamy te skromniejsze i potem namioty nad brzegiem. Wszystko ma swój niepowtarzalny urok i wszystkiego człowiek chciałby spróbować. Nawet najprostsze namioty wyglądały zachęcająco, zwłaszcza, że ulokowane były najbliżej cudnie szumiącego morza. Ech, chciałoby się tam następnym razem spędzić więcej czasu. Zdecydowanie wolałbym przy kolejnej okazji skorzystać z oferty noclegowej właśnie Red Sea Diving Safari. Marzy mi się poddanie się tej niezobowiązującej atmosferze panującej w tym miejscu, temu luzowi, spokojowi. Zero hotelowej cepelii, żadnej „muzyczki” nad basenem, namawiania na aquafitness, animacji i innych „turystycznych specjałów”, na które okrutnie jestem uczulony. Tylko tak dla jasności – na hotel bardzo narzekać się nie dało, jedynie jedzenie było okrutnie monotonne. Na sylwestra wyraźnie szarpnęli się z pomysłami i fantazją, jednak w bardzo zaskakujący sposób jedzenie zostało sprzątnięte przez obsługę mniej więcej dwie godziny po tym jak je wystawiono – na dwie godziny przed północą. No cóż, nie jechaliśmy po to by dosmaczać sobie kubki smakowe. Czas jednak było wracać. Sprzęt wysuszyliśmy, spakowaliśmy się i rozpoczęliśmy powrót do kraju.

Tym właśnie końcowym akcentem wizyty egipskiej chciałem skończyć ów artykuł i na podstawie jego opisać moje odczucia odnośnie Egiptu. Najmniej przyjemnym i najbardziej odpychającym mnie od chęci powrotu do Egiptu było zderzenie z lotniskową rzeczywistością na wylocie do domu. Tak jak przyjechaliśmy, nie odczuliśmy szczególnie by podniesiono poziom zabezpieczeń. W drugą stronę było jednak już zupełnie inaczej. Jadąca z nami pracownica biura podróży ostrzegała, że już na wjeździe autobus może zostać poddany kontroli paszportów. Ok, coś już podobnego zdarzało mi się w Egipcie, ale na to, co zastaliśmy już w budynku terminala, nie byliśmy przygotowani. Lotnisko Marsa nie jest duże – nie był to jednak szczyt sezonu, w danym momencie pod budynek podjechały może dwa autobusy wypełnione turystami. Niemniej jednak wszyscy stanęli do gigantycznej kolejki do pierwszej kontroli bezpieczeństwa – skanowania bagaży. Trwało to niemiłosiernie długo, ale w końcu przyszła nasza kolej. Drażniło nas to, że na taką ilość turystów mogli uruchomić jeszcze z jeden punkt kontroli, bo dwa punkty potrzebowały mniej więcej godziny by obsłużyć te dwa autobusy. Może jednak pozostałe maszyny były niesprawne, albo nie było pieniędzy na to. Nie wiem. Dotarłem, dałem się sprawdzić, zostałem wyciągnięty jeszcze na dodatkowe przejrzenie plecaka – w końcu latarki nurkowe wyglądają podejrzanie. Dobra, poszło z tą odprawą – liczymy, że będzie czas na kawę i łażenie po kilku sklepach na lotnisku. Gdzież tam! Przecież paszporty trza sprawdzić – kolejna kolejka. No dobra. Znowu dwa stanowiska i taki sam szpalerek ludzi, ale idzie ciut szybciej. Przeszliśmy. Stop. Jeszcze jedno skanowanie bagaży. My już oczom nie wierzymy. Tym razem jedno stanowisko, tu skupiają się na wywalaniu rzeczy niedopuszczonych na pokład. Kolejka długa, czas się dłuży. Widać wyraźnie „zaangażowanie” obsługi, ale taki jest los turysty. W końcu po jakichś trzech godzinach zabawy w bezpieczeństwo zostajemy wpuszczeni do poczekalni. Na niecałą godzinę przed wylotem. Ktoś tam idzie wypić kawę, ja padam na ławkę i odpoczywam. W końcu wołają nas do samolotu – oczywiście do innej bramy, niż to miało być – ale co tam. Ludzie się jakoś orientują i jakoś to idzie. Tym razem jednak znowu pojawia się jakaś grupka kontrolerów, która wyciąga ludzi z kolejki. Nie bardzo wiadomo o co chodzi, ale część ludzi zostaje w terminalu, a reszta zostaje zawieziona do samolotu. Po pięciu minutach wracają ci wyciągnięci. Co się okazuje – dodatkowa kontrola na wypadek kontaktu z materiałami wybuchowymi. Chodzi o podpisanie jakiegoś glejtu, pomazanie łapek jakimś kleistym czymś i tyle – podobno obsługa ma przykazane badać tak około dziesięć procent całego stanu pasażerów danego samolotu. I to wszystko fajnie – ja doskonale rozumiem, że wzmożona kontrola to konieczność i że przecież się dba o moje bezpieczeństwo. Niemniej jednak w tym wszystkim męczyła mnie jawna fikcja tych działań. Pierwsze skanowanie jakoś nie mogło wskazać niesfornym turystom, żeby pozbyć się rzeczy, których nie można było wnieść na pokład samolotu w bagażu podręcznym, obsługa generalnie nie była zbyt czujna i zaangażowana w to całe kontrolowanie. Od razu przypomniał mi się ochroniarz z Dahabu. Przyjechaliśmy świeżo po jakimś zamachu w Tabie i cały Dahab trząsł się o bezpieczeństwo turystów. Zatem hotelowy ochroniarz miał przykazane by kontrolować każdy autobus lusterkiem od spodu czy nie ma tam spektakularnego ładunku wybuchowego. No i ten ochroniarz wkładał to lusterko przywiązane do kijka od szczotki pod każdy pojazd i kontrolował. Co z tego, że w ogóle nie patrzył na lusterko, a nawet w stronę pojazdu. Tak właśnie wyglądała ta skrupulatna kontrola na lotnisku. Mi samemu zwrócono uwagę, że nie mogę wnieść baterii od latarek w bagażu podręcznym. Musiałem je wyrzucić. Owszem, ale tylko połowę z tych, które leżały w plecaku – nie że były inne, były identyczne, po prostu były w innej siatce. Tak samo ta ostatnia wyrywkowa kontrola na kontakt z materiałami wybuchowymi, wyciągnięta do tej kontroli nasza koleżanka owszem podpisała stosowny glejt, ale w ogóle nie miała kontaktu z ową sprawdzającą substancją. Zatem nawet jeżeli miała kontakt z czymkolwiek niebezpiecznym, to nieistotne. Najważniejsze, że zostało podpisane, że została poddana takiej kontroli.

CAMERA
Fot. kubaCE.

Nie chcę stawiać kropki w tym miejscu. Chcę wrócić do jednej myśli, którą wyraziłem na początku. Wróciłem z Egiptu zły i nie miałem ochoty tam wracać właśnie przez tą jawną beznadziejność kontroli bezpieczeństwa, przez ten cały egipski bałagan i pokrętne podejście do kwestii opieki nad ich jedynym skarbem narodowym czyli ruchem turystycznym. Uważam jednak, że naszym obowiązkiem jest robić wszystko by ten cały dziwaczny, niedoskonały, nieogarnięty Egipt jakoś przetrwał całą zawieruchę i stanął na nogi. Najgorsze co możemy zrobić to odwrócić się od nich plecami. Już teraz Egipt stoi na skraju przepaści. Od wszystkich słyszę, że Dahab niknie w oczach, kurczy się. Wybrzeże wokół naszego hotelu też przerażało widokiem pustych, obracających się w ruinę hoteli. Za chwilę po prostu nie będziemy mieli do czego wracać. My oczywiście możemy szukać innych kierunków na nurkowania. A w Egipcie będzie tylko coraz biedniej, gorzej i marniej. Jak tak będzie się działo to tylko kwestia czasu, jak wejdą tam ekstremiści i zaorają to wszystko po swojemu. Bieda, brak perspektyw to idealne poletko dla religijnych fundamentalistów. Ludzie zdesperowani są gotowi na wszystko. Nie chciałbym się obudzić pewnego dnia i dowiedzieć się z internetu, że Egipt od tej chwili jest nieczynny do odwołania, a ludzie, którzy jeszcze nie dawno wozili nas na nurkowania, stoją teraz na granicy któregoś z europejskich krajów.

Szczególnie żal mi będzie takich ludzi z baz jak Red Sea Diving, czy Dahab Days – widać, że tym ludziom okrutnie zależy by to dalej się kręciło, by turysta przyjeżdżał, by był zadowolony i żeby czuł się bezpiecznie. Tym ludziom totalnie nie zależy na tym, by weszło tam jakieś ISIS, by do władzy doszedł jakiś kolejny wesoły dyktator, albo żeby zapanował jedynie słuszny porządek i ład takiego czy innego wyznania.

CAMERA
Fot. kubaCE. Dobranoc!

Znowu straszyłem w radiu.

Zalegam z wpisami, ale przynajmniej innymi kanałami próbuję opowiadać o nurkowaniu. 🙂

W niedzielę 23.08.2015 o 16:00 miałem przyjemność występować przed mikrofonem Polskiego Radia w Czwórce, w audycji „Co nas kręci”. Opowiadałem oczywiście o nurkowaniu, o tym, że w Polsce można fajnie nurkować, że mamy fantastyczne nurkowiska i że my Polacy znaczymy coś na nurkowej arenie międzynarodowej. Słówko też było o tym, jak zacząć nurkować i jak wygląda podstawowy kurs nurkowania.

Gdyby ktoś nie miał okazji to TUTAJ można znaleźć nagranie audycji.