Archiwa tagu: nurka

W odległej Estonii, część II

Jest to kontynuacja artykułu dostępnego TUTAJ.

Fot. 1. Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie "nocne".
Fot. 1. (BM) Autor wskakuje na nura z pomostu przy osadzie. Nurkowanie „nocne”.

Tym razem z przewodnikiem, tym razem w pełni świadomie ruszamy platformą następnego ranka na nurkowiska. Przewodnik Rasmus szybko nakreśla nam nasze opcje. Warto odwiedzić Mur, pozaglądać do budynków, które pominęliśmy przy pierwszej wycieczce, dla głębinolubnych jest Stacja Pomp, ale to „oszałamiające” trzynaście metrów. Są też baraki, czyli znajdujące się centralnie na środku akwenu lekkie budynki z porzuconym sprzętem górniczym dookoła. Decydujemy się na wszystkie trzy miejsca w ciągu jednego dnia. Długi nurek przy Murze i głównych budynkach, potem zmiana butli, następna Stacja Pomp na krótko i szybkie przepłynięcie nad Baraki by na tym zakończyć dzień nurkowy.

Po drodze Rasmus opowiada historię miejsca. Już w zasadzie historia zasłyszana z paru źródeł, w zasadzie dość oczywista, ale w ustach Rasmusa brzmi to jakoś dobitniej, uzmysławiamy sobie całą tą sytuację, kiedy w roku 1991 Estonia przestaje być częścią ZSRR, a kierujące więzieniem osoby nagle nie wiedzą co zrobić. Bezwładna machina sterowana dotąd zgodnie z radzieckimi wytycznymi nagle nie wie jak ma funkcjonować. Z opisu Rasmusa wynika, że po prostu nie ma komu dalej nadzorować ośrodka – nie wiadomo, czy w tym czasie w ogóle w gułagu pracowali jeszcze osadzeni, czy funkcjonowało już tylko położone wyżej więzienie (ze sprawdzonych później źródeł wychodzi, że ośrodek i tak już nie funkcjonował, nie prowadzono wydobycia). Tak czy siak nie ma komu pilnować maszyn w wyrobisku, nikogo więc nie obchodzi, że nie pracują pompy osuszające teren. Zanim ktokolwiek się zorientuje, teren wyrobiska zamienia się w jedną wielką kałużę. Jeszcze może ktoś coś uratuje ze sprzętu, albo po prostu ukradnie, ale nikt nie walczy z przybywającą wodą. W ten sposób z ponurego gułagu miejsce przeobraża się w malownicze jezioro z jednej strony graniczące z gęstym, podmokłym lasem, z drugiej – z miejscowością Rummu i starymi zabudowaniami więziennymi. Po wyrobisku pozostaje jeszcze jedna charakterystyczna pamiątka – spiczasty kopiec wydobytego miału wapiennego, poorany głębokimi bruzdami, porośnięty już niskimi krzakami i trawą – przez lokalnych nazywana Górą Popiołu. Trudny do zdobycia, ale wart wysiłku wspinaczki szczyt, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.

031
Fot. 2. (kubaCE) Celebracja ponurkowa – zrzucanie zdjęć, euforyczne komentarze do nurkowań i pierwsze zasłużone piwko.

Znikamy pod wodą zaczynając znów od Muru, płyniemy wzdłuż niego praktycznie aż do brzegu, odbijamy w lewo i przez chwilę płyniemy nie bardzo mając pojęcie celu tej wycieczki. W końcu zauważam zarysy budynku. Słońce znowu dopisuje, zatem z daleka widać wspaniałą grę światła i cieni przecinających taflę wody. Budynek jest przeogromny – to właśnie główny budynek górujący nad całą okolicą. Zaczynamy zwiedzać jego dolne partie. Ogromne przestrzenie wewnątrz robią wrażenie, budynek pozbawiony jest sufitów – to praktycznie sam szkielet żelbetowy z fragmentami ścian. Przy dnie liczne duże jeziora siarkowodoru. Zauważam płynącą nad sobą deskę z wiosłem (paddle board to się chyba nazywa, bardzo oryginalnie, czyli po naszemu … deska wiosłowa). Ktoś zwiedza na desce ruiny, jestem ciekaw, jak wyglądamy z jego perspektywy. Z pewnością widzi bąble z naszych automatów, pewnie doskonale też widzi nasze sylwetki – woda w tym miejscu jest niemal przezroczysta. My porzucamy duży budynek, wracamy do tych, które już zwiedzaliśmy samodzielnie – Rasmus prowadzi nas tylko ciut inną drogą. Ja dalej chłonę każdy centymetr tego miejsca mając nieprzeciętną radochę z takiej formy zwiedzania zabytków. Wracamy w stronę murów. Rasmus prowadzi nas na schody z barierkami. Schody prowadzą do wyższych zabudowań, do powierzchni wody. Jest to doskonała okazja do pozowanych zdjęć, grupa więc zaczyna się wygłupiać ustawiając do wspólnej fotografii. Robię szybko kilka zdjęć i ruszamy dalej – do wąskiego pomieszczenia. Jakiejś formy ciasnego magazynku. Jest w nim ciemno, z każdej strony szerokie półki zawalone jakimiś gratami, korytarz jest prosty, po chwili się urywa, kieruję oczy ku górze, ku wąskiemu świetlikowi, którym wypływamy po kolei. Ostatni etap naszej wycieczki, teraz już tylko wzdłuż Muru do naszej platformy – patrzę na komputer, znowu sześćdziesiąt minut nurkowania. Jeszcze kilka minut poświęcamy na meandrowanie wśród zatopionego lasu. Widzę jednak, że nurkowie już wymęczeni, zziębnięci i butle bliskie rezerwy. Kończę wycieczkę.

Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.
Fot. 3. (kubaCE) Skuter to przydatne wsparcie w eksploracji Rummu.

Zmieniamy butle przepływając do Stacji Pomp. Docieramy na miejsce już gotowi do skoku do wody. Plusk i już opadamy szybko na dno. Nie wiem czy to pierwsze chmury przysłaniające niebo, czy ogólnie słabsza wizura w tym miejscu, ale mam wrażenie, że jest tu ciemniej, mroczniej. Przy dnie dużo złomu, przypadkowego, niejasnego przeznaczenia, niczego nie przypominającego. Sam budynek jest samotny, wysoki, ale nieszczególnie duży i niespecjalnie wart eksplorowania. Wycieczka jest szybka, krótka, nie trwa trzydziestu minut chyba, a ja zamykam cały nasz podwodny pochód, więc zaliczam najsłabszą wizurę. Skala miejsca robi wrażenie, ale ja jednak dalej wspominam światło grające pięknymi refleksami w szczelinach budynków przy Murze. Kiedy tu wrócę, może bardziej skupię się na tym miejscu, teraz wracam z wycieczki nienasycony doznaniami. Przed nami jednak kolejny skok do wody – znowu krótkie nurkowanie, tym razem baraki. Szereg lekkich budynków, jakieś stoły robocze, jakieś porzucone narzędzia. Wizura zdecydowanie słabsza, szkoda, bo miejsce pewnie też potrafi wyglądać uroczo. Teraz trudno docenić urok tego miejsca – widać „ledwie” tyle, co w przeciętny dzień na Zakrzówku.

CAMERA
Fot. 4. (kubaCE) Mur na dalekiej Północy. 😉

Kluczymy między barakami, zaglądamy przez wąskie szczeliny – baraki nie nadają się do eksploracji, zwykle albo niedostępne, albo za ciasne, albo zawalone jakimś złomem. W jednym baraku zauważam zabawną podsufitową instalację – całą stertę żarówek unoszących się pod sufitem, niczym baloniki wypełnione helem. To jest ostatnie miejsce na mapie dzisiejszych naszych nurkowań. Jedno z ostatnich, jakie naniesiono na mapy dla nurków. Są jeszcze pozostałości koparki, te jednak poczekają na naszą kolejną wizytę w Rummu. Jest też pewnie wiele ciekawych miejsc wartych zwiedzenia – może nie na tyle spektakularnych by je nanosić na mapę, ale ogólnie akwen nie posiada konkretnej mapy podwodnej, w ten sposób stając się akwenem tajemniczym i zachęcającym do spontanicznej eksploracji. I właśnie taki szatański plan rodzi mi się kiedy wracamy na obiad. Większość ekipy ma dość nurkowania na dziś, ale ja czuję dalej chęci. Mam ochotę na nocne. A raczej na „nocne”, bo pomimo później godziny (a przecież mamy maj!) wcale jakaś ćma nie nadchodzi. Ani na wejście, ani na wyjście z wody. Na nurka namawiam Łukasza. Klarujemy sprzęt, gdy inni odkorkowują wino, psykają piwkami. A niech ich. Już wyluzowani, odprężają się, po prostu wrzucają bieg na lenia i zaczynają beztroski wieczór. A my ładujemy się do wody z naszego brzegu. Nie wiedząc, czy to ma w ogóle sens. Zanurzamy się. Jest płytko, płasko i wizura na metr. Już wcześniej zauważyliśmy, że każdego dnia w tym miejscu następuje ten sam cykl – rano cała nasza zatoka ma kryształowo czystą wodę – widać wszystko, stopniowo, w ciągu dnia woda robi się coraz bardziej mętna, tworzy się mleczna zawiesina. Pod wieczór woda już bardziej przypomina mleko. Mam nadzieję, że jak odpłyniemy kawałek na środek akwenu, wizura się poprawi – dopiero w tym miejscu zaczniemy skręcać równo z brzegiem, zrobimy krótką wycieczkę, zawrócimy i potem znowu w mleko. Płyniemy jakiś czas w tej zawiesinie, przy dnie jest ciut lepsza widoczność, ale teren jest płaski, nijaki.

CAMERA
Fot. 5. (kubaCE) Marna próba zfotografowania „halokliny” na nocnym nurku.
CAMERA
Fot. 6. (kubaCE) Powrót z nocnego nurka.

Czuję narastający we mnie gniew, że wpadłem na najdurniejszy pomysł z tym nurkowaniem podwieczornym. Ryb jak za dnia praktycznie nie było, tak teraz też ich nie ma. Nocny nie jest wcale nocny, bo panuje wciąż tylko półmrok, a my płyniemy na kompas na wprost przed siebie w mlecznej zawiesinie, przy dnie na jakichś trzech, czterech metrach. Nagle staje się magia. Wrażenie jest po prostu kosmiczne. To jak jakaś sztuczka, dzieło najgenialniejszego iluzjonisty. Jakiś podwodny Copperfield robi swoje teatralne „abrakadabra” i staje się coś niesamowitego, dno gwałtownie znika, a przed nami rozpościera się otwarta przestrzeń, którą widać! Nie jest to może Grunersee z wodą typu kryształ, ale widoczność jest znakomita, a dno nagle urywa się i opada piękną stromą ścianą na dobre dziesięć metrów. Dookoła porozrzucane są ogromne głazy. Nie kamyki, kamienie, głazki, głazy – głazulce, potworne, zwaliste bryły skalne. Uśmiech kwitnie mi na twarzy, sygnalizuję Łukaszowi, że jest fajnie, że to jest coś ekstra. Widzę w jego oczach podobną radość. Jest tajemniczo, mrocznie, latarki przydają się, choć dalej światła nie brakuje. Widzimy dużą ilość tajemniczych czarnych bryłek na dnie. Spotykamy też pierwsze, bardziej śmiałe oznaki życia, okonia rodzinka kręci się w tym miejscu i jest wybitnie zaskoczona obecnością bulgoczących potworów. Kręcimy się w lewo i w prawo, czas leci, wiem, że pora ruszać do brzegu, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Jeszcze jeden kamień, jeszcze kawałek wzdłuż ściany, jeszcze minuta. W końcu daję za wygraną – trzeba kończyć. Wracamy na płaską płyciznę, płyniemy do brzegu. Wraca mleczna zawiesina – teraz dokładnie widzimy jej warstwę nachodzącą na warstwę czystej wody. Coś jakby haloklina. Czasami granica jest bardzo wyraźna, tak jakby nisko zawieszone chmury nad gładkim stepem i my lecący pod chmurami. Żałuję, że moje stare gopro nie daje rady uwiecznić w wystarczająco rzetelny sposób piękna tego zjawiska. Wynurzamy się wprost pod nogi biesiadujących na pomoście członków wyprawy. Wino, pomost, klar na wodzie, klar na niebie. Tylko nasza grupa i ciche okoliczności przyrody – surowej, dzikiej, chłodnej, ale urzekającej. Właściwa motywacja do wdrożenia przyspieszonej procedury rozebrania się ze sprzętu nurkowego i już po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować winkiem obserwując nadchodzącą ćmę, spokojne lustro Rummu, przyrodę układającą się do nocnej ciszy. Koledzy nie wierzyli naszym relacjom spod wody. Sam się nie mogłem nadziwić, że to mleko widziane z pomostu nagle zniknie, że zaraz po jakichś kilkunastu metrach płynięcia natrafimy na gwałtowne urwisko podwodne i będziemy podziwiać podwodne ściany kamieniołomu. Nie musiałem ich przekonywać, wiedziałem, że to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Tak czy siak główny plan nurkowań mieliśmy zamknięty. Następnego dnia część z nas rozpoczynała powrót do Polski, a reszta miała w planach zwiedzanie estońskiej stolicy, Tallina.

080
Fot. 7. (kubaCE) Tallińska architektura.
079
Fot. 8. (kubaCE) Tallińska panorama na wybrzeże.
078
Fot. 9. (kubaCE) Tallińskie zakamarki.

O Tallinie zdążyłem się dowiedzieć tylko tyle, że stał tutaj nasz podwodny okręt – ORP Orzeł, że był tu internowany i że jego załoga dokonała śmiałej ucieczki okrętem pomimo braku map i niekompletnego wyposażenia jednostki. Wiedziałem, że ma ładną starówkę położoną na wzgórzu. Przewodnik wspominał jeszcze o ciekawostce architektonicznej – całej dzielnicy zabudowanej drewnianymi chałupami, takim rodzajem „Świdermajera” estońskiego. Nic więcej o Tallinie nie wiedziałem. Nie będę Was zanudzał szczegółami naszej wycieczki, dość powiedzieć, że zrobiliśmy długi spacer po starówce. Rzeczywiście jest duża, rzeczywiście leży na wzgórzu. Budynki robią wrażenie pnąc się po zboczu wzgórza, architektura nie zaskakuje, nie różniąc się specjalnie od naszej. Czuć, że to miejsce dużo bardziej autentyczne niż warszawska starówka, jest gdzie się poszwendać, niektóre budynki urzekają. Widok na tallińskie wybrzeże Bałtyku też czaruje, niemniej jednak mnie dość szybko zaczęło ciągnąć do Rummu. Nie czułem powiązania z tym miastem – owszem, było ciekawe, pewnie gdyby się w nie zagłębić poważniej i na dłużej, odkryć można by jego ciekawą duszę. Mnie jednak miasta rzadko wciągają, raczej od nich uciekam. Wolę prowincję, wolę bliski kontakt z przyrodą. Z chęcią wracałem nad jezioro planując już, że zrobimy sobie wycieczkę wokół, wleziemy na Górę Popiołową, obejrzymy panoramę Rummu z góry. A jeszcze głębiej we mnie utkwiła myśl by jeszcze raz zanurkować wzdłuż muru więziennego. Wracając omawialiśmy plany na ostatnie popołudnie nad zalanym gułagiem. Spacer na górę wydawał się świetnym pomysłem, ale ja zacząłem przebąkiwać o jeszcze jednym nurkowaniu. Znalazłem jednego chętnego, pozostali mieli już dość nurkowań – woleli spacer. Zatem podzieliliśmy się obowiązkami. Załadowaliśmy się w dwa auta. Moją spokojną Toyotkę combi i bartkowego potwora 4×4 – podrasowanego Nissana Patrola. By dojechać do miejsca, gdzie da się wejść na teren, gdzie znajduje się góra, trzeba zjechać z asfaltu i objechać akwen. Droga w tym miejscu na początku jest całkiem przyzwoita, jednak jeżeli pragniemy dojechać aż pod samo jezioro, czeka nas odcinek specjalny – dziury i doły są gargantuiczne – w dodatku często wypełnione błotem i wodą. Nawet nie próbowałem męczyć mojej spokojnej Toyotki, przerzuciliśmy szpej do bartkowej bestii i ruszyliśmy w nasz mały offroad. Z każdym metrem przejażdżki, rzucania nami po kabinie Patrola uświadamiałem sobie jak mądry był to pomysł. Moja biedna Toyotka powiesiłaby się na pierwszym dole. Drogi tej nie polecam użytkownikom cywilnych aut, ani pseudoterenowych SUVów. Ta droga to jeden wielki wykrot czasami tylko dla niepoznaki lekko się prostujący. My dojechaliśmy nad wodę. Zrzuciliśmy sprzęt nurkowy na brzeg i zeszliśmy do lustra wody. Mur było widać już stąd, z powierzchni, zatopiony las też majaczył w oddali. Ustaliłem plan nurkowy z Łukaszem, moim dzielnym partnurem – idziemy po wschodniej stronie muru, w lesie, potem przeskakujemy na drugą stronę muru i dopływamy do budynków po przeciwnej stronie, tam buszujemy tyle, ile nam zawartość butli pozwoli i wracamy. Spacerowicze w tym czasie zdobywają szczyt góry i podziwiają widoki z góry.

Fot. 9. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.
Fot. 10. (kubaCE) Ostatnie spotkanie z Rummu.

Rozpoczynamy nurkowanie, szybko przekraczamy linię podwodnego lasu i meandrujemy między drzewami. Spotykamy kilka malowniczych bajorek siarkowodoru. Zawisamy nad nimi delektując się bajkowością widoków. Czuję się jak w zaczarowanym lesie, mrocznym, tajemniczym, skrywającym jakieś tajemnice. Jakbym był postacią z klasycznej bajki podrasowanej przez szaleńca uwielbiającego horrory – za chwilę Czerwony Kapturek wypadnie zza drzew z wielkim srebrnym toporkiem, a przed nim będzie uciekał przepakowany wilkołak. Suniemy powoli mając cały czas mur po lewej stronie. Za kolejnym drzewem skręcam na mur, przepływamy nad starymi lampami oświetlającymi niegdyś zamkniętą część karnego obozu. Surrealistyczne wrażenie obcowania z rzeczywistością innego czasu. Niegdyś rzecz praktycznie niemożliwa dla człowieka – dla osadzonego tutaj skazańca – pokonanie wysokiego muru zakończonego kolczastym drutem, oświetlonego mocnymi lampami dającymi charakterystyczną żółtą poświatę, pilnowanego przez surowych i czujnych strażników. Teraz ja przelatuję nad tym murem, lewitując dobre cztery metry nad ziemią. Odlatujemy w stronę głównej bramy i budynków, a ja czuję, że każdy metr naszej wycieczki to żegnanie się z tym miejscem i rosnący żal, że jest to ostatnie nurkowanie tego wyjazdu, że jutro rano zamkniemy sprzęt w autach i ruszymy w drogę do Polski. Sentymentalna wycieczka po już zeksplorowanych budynkach domyka ramy tego wyjazdu. Skupiam się na fotografowaniu i filmowaniu lokacji, największy budynek znowu wdzięczy się w słonecznych promieniach i fantazyjnych cieniach grających na wodzie. Łapię różne dziwne ujęcia, umykam Łukaszowi by znaleźć dobry kąt do zdjęcia, wynurzam się i kluczę wokół betonowych filarów nie wiedząc, że na pobliskiej górze druga część ekipy widzi nas w wodzie i fotografuje. Oglądane potem wspólne zdjęcia – moje ujęcie góry z wody i zdjęcie Bartka z góry, wprost na mnie – ładnie domykają całość naszego ostatniego dnia w Rummu. Miejsca magicznego, jedynego w swoim rodzaju, wartego odwiedzenia, wartego ponownej wizyty. Będę tu wracać.

037mur2
Fot. 11. (kubaCE) Mapka najważniejszych punktów nurkowych.
CAMERA
Fot. 12. (kubaCE) Lampy oświetlające obie strony Muru. Żaden więzień nie przemknie niepostrzeżenie.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 13. (kubaCE) Ostatni pamiątkowy samostrzał z Rummu w tle.
EXIF_HDL_ID_1
Fot. 14. (kubaCE) Łukasz na tle Rummu.
CAMERA
Fot. 15. (kubaCE) Podwójny samostrzał podwodny.
CAMERA
Fot. 16. (kubaCE) Łukasz eksploruje budynki przy Górze.
CAMERA
Fot. 17. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 18. (kubaCE) W głównym budynku.
CAMERA
Fot. 19. (kubaCE) obelisk z Rummu?? 🙂
CAMERA
Fot. 22. (kubaCE) Pod nami chmury!
CAMERA
Fot. 23. (kubaCE). Mroczny las i opony.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 24. (BM) Zdjęcie z góry na nas nurkujących.
CAMERA
Fot. 25. (kubaCE) Zdjęcie z wody na spacerowiczów na Górze.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fot. 26. (BM) Autor na tle Rummu układającego się do snu.

Koparki Jaworzno na nowo

Sporo zamieszania ostatnio zrobiło się wokół Koparek. Pożegnano pierwszego dzierżawcę tego terenu (czy dobrego, czy złego, czy pożegnano go w sposób właściwy, czy nie – na te tematy są zdania bardzo podzielone). Przywitano w okolicach maja, czerwca nowego dzierżawcę. Dzierżawca sporo obiecał, że zacznie mocno inwestować. Postanowiłem skorzystać z okazji, że kręciłem się po Śląsku i zajrzeć na Koparki by zdać relację z miejsca. Pierwsze wrażenie to, że coś się dzieje. Coś tam na Koparkach robią, ale nie nazwałbym tego wytężoną pracą, jedynie pojedynczymi pracami tymczasowymi. Mamy już jakieś wiaty, kilka wejść do wody, sprężarkownię i tajemniczy namiot – iglo do suszenia/ grzania się, mamy też tojtojki. W środowisku już trochę się gotuje, bo obietnice były bogate, a póki co niewiele się dzieje i niewiele wiadomo, co dalej. Ba, w dodatku ciężko jest wyśledzić oficjalne informacje, czy … chociażby internetową stronę informacyjną o nurkowisku z telefonami, godzinami otwarcia i aktualnościami. Zanim ruszyłem na Koparki, chciałem sprawdzić informacje, co i jak. Wierzcie mi – ciężko było czegokolwiek się dowiedzieć. Już nie mówiąc o znalezieniu oficjalnego kanału, tudzież przedstawiciela zarządcy. Na forum ktoś wrzucił telefon, na Facebooku też coś ktoś skrobnął. Raz wypowiedział się tajemniczy ktoś z władz. Dwóch nurków przyznało, że pracują dla właściciela. Ktoś (w czynie społecznym?) wykonał jedną platformę, ktoś inny – drabinkę. I to tyle.

Koparki
Fot. 1. (kubaCE) Stare wiatki są na miejscu.
Koparki
Fot. 2. (kubaCE) A o to i nowy główny budynek.
Koparki
Fot. 3. (kubaCE) Zaraz obok jest coś na kształt sceny i na niej to iglo. Koncert jakiejś zachodniej gwiazdy szykują?

Zajrzałem więc na Koparki by zobaczyć jak to tam wygląda i zebrać kilka informacji na temat aktualnego stanu nurkowiska. Telefon jeden wyśledziłem, do niejakiego Jacka, opiekuna bazy – tel. 530-900-925. Baza do końca listopada będzie czynna codziennie od 8:00 do 20:00. W zimę głównie ma być otwarta do jakiejś 16:00. Jacek twierdzi, że informacje o bazie można znaleźć na stronie zarządcy terenu, Konsorcjum Inicjatyw Gospodarczych (prawda, że wiele mówiąca nazwa?) – a dokładniej stronie poświęconej działalności sportowej KIGu – viasport.pl. Nic tam nie znalazłem na temat Koparek.

Wjazd kosztuje 30zł i nie znalazłem żadnej wywieszki co do zniżek dla instruktorów, lub innych obywateli specjalnej troski. Wisi jakiś nowy regulamin, ale w końcu zapomniałem do niego podejść, przeczytać, czy zdjęcie mu zrobić.

Na miejscu mamy już kilka drewnianych, nieosłoniętych wiat. Powstaje też namiot (Iglo), w którym ma być ciepło i przyjemnie. Kiedy będzie gotowy? Nie wiadomo – prace wciąż trwają. Wykańczany jest kontener – biuro. W środku już działa sprężarkownia i tu bardzo miła wiadomość – wszyscy sobie chwalą obecny serwis sprężający (bodajże 1,30zł za litr butli): butle bite są uczciwie do zadanego im ciśnienia roboczego, w dodatku w zimnej wodzie (temperatura wody już jest kwestią dyskutowaną przez nasze środowisko, ale taka to już uroda tego środowiska). Szukałem swego czasu w Polsce punktu, gdzie butle ładowane są na zimno (podczas ładowania butla się nagrzewa, rozgrzane powietrze się rozpręża. Dostajemy butlę przykładowo nabitą do dwustu atmosfer, włazimy do wody, butla się ochładza i nagle okazuje się, że mamy jedynie sto osiemdziesiąt atmosfer. Dwadzieścia atmosfer tracimy więc na wejściu). Nie było takich punktów, a teraz proszę, mamy dwa punkty, gdzie butle są uczciwie ładowane – jeden to Jaworzno, drugi to Decathlon na Targówku.

Koparki
Fot. 4. (kubaCE) Wiata jak to wiata. Takie były i takie są.
Koparki
Fot. 5. (kubaCE) Miejsca na kolejne wiaty nie brakuje. Widać też betonowe zejścia. W dali pływający pomost.
Koparki
Fot. 6. (kubaCE) Reklama dźwignią handlu. Może by tak ktoś dorzucił się do desek, zbijemy własną wiatę i wrzucimy swoje bannery?

W kontenerze też już zbierany jest powoli sprzęt do wypożyczania, balast, pianki, automaty, jackety. Nie wiem, ile tego jest, ale podobno jest. Mamy też automat z napojami i ciastkami, a w cenie wjazdu możemy poczęstować się kawą, herbatą, czy zupką z proszku. Jak dla mnie bardzo miły akcent, zwłaszcza w zimne dni. Tuż obok namiotu – iglo stanął rząd tojtojek. Póki co świeże i czyste, sporo ich tu. Nowe były właśnie rozpakowywane. Zobaczymy, jak to będzie w sezonie, ale póki co wygląda to nieźle.Do wody prowadzi kilka wybetonowanych zejść i co najmniej jedna pływająca platforma. Pod wodą także zastaniemy co najmniej jedną platformę na pięciu metrach. Z atrakcji, po uprzednim dzierżawcy, nie zostało wiele. Co się dało – wyjęto z wody. Na miejscu zostały tytułowe dwie koparki, trochę instalacji po działającym tu zakładzie wydobywczym i to póki co tyle.

Zrobiłem dużo zdjęć nad wodą i pod wodą, pooglądałem, pogadałem z opiekunem (bardzo miły człowiek). O samym nurkowaniu nie ma co specjalnie pisać. Już moje wrażenia z nurkowania w Koparkach opisywałem w artykule: Koparki z kiełbasą w tle. Dość powiedzieć, że nurkowałem bite sześćdziesiąt minut i zrobiłem pełne okrążenie (ba, nawet się lekko zapędziłem i musiałem się wracać do wyjścia). Warunki pod wodą nie powalały jak na Koparki – jakieś pięć, sześć metrów wizury. Dobrze było sprawdzić, że w obecnej konfiguracji cieplnej w wodzie o temperaturze dziesięciu stopni nie zmarznę (poza stopami, choć jeden taki Kondrat upierał się, że mi specjalne ciepłe skarpetki do zestawu nie będą potrzebne…). Wracałem zadowolony, bo słonko dopisało, ładnego, długiego nurka dałem. Nowe Koparki zobaczyłem – stoją, da się nurkować, jest na co narzekać, ale tragedii nie ma i raczej nie będzie. Czego Wam wszystkim i sobie serdecznie życzę.

Koparki
Fot. 7. (kubaCE) A tak wygląda jedno z zejść.
Koparki
Fot. 8. (kubaCE) Z tego zejścia korzystałem. Da się zejść w płetwach. Całkiem wygodnie.
Koparki
Fot. 9. (kubaCE) Zbliżenie na zejście.
Koparki
Fot. 10. (kubaCE) To miejsce czeka na TWOJĄ wiatę.
Koparki
Fot. 11. (kubaCE) Ale pogodę to miałem fajną, przyznacie.
Koparki
Fot. 12. (kubaCE) Pustki, pusteczki. Wokoło żywej duszy.
Koparki
Fot. 13 (kubaCE) Podwodne instalacje.
Koparki
Fot. 14. (kubaCE) Całkiem spora ta platforma. Miejsca Ci na niej nie powinno braknąć.
Koparki
Fot. 15. (kubaCE) A słonko grzało do samego końca dnia (krótkiego okrutnie niestety).
Koparki
Fot. 16. (kubaCE) A koparki jak stały tak stoją.
Koparki
Fot. 17. (kubaCE). Choć tak jakby za mgłą.
Koparki
Fot. 18. (kubaCE). Wyprawę, zdjęcia i reportaż sporządził wasz niestrudzony Nurkolog.

Ustrzyki – Hańcza w jeden dzień

Wymyśliłem sobie, że będę żyć z tego nurkowania. Wymyśliłem sobie, że nurkowaniem da się zarabiać na życie. Pewnie się da, tylko to wszystko wymaga czasu. Ja się muszę rozkręcić jako instruktor, nabrać wprawy, wyrobić sobie „markę”, ludzie muszą się poznać na mnie. Polecać mnie kolejnym osobom. Do tego przyda się rozszerzenie moich uprawnień z OWSI do MSDT i uzyskać możliwość szkolenia z wielu specjalizacji – samymi kursami OWD, AOWD, Rescue i DM, specjalizacjami typu Doskonała Pływalność i „Projekt AWARE” nie sposób zarobić na chlebek. A żyć jakoś trzeba. Ostatnie miesiące to gorączkowa walka o byt – jeżdżenie tu i tam, zarabianie każdego grosza, szukanie możliwości zarobku. Ostatnio zacząłem pękać i rozpocząłem poszukiwania pracy „suchej” – pracy nie związanej z nurkowaniem, boję się, że zima przyciśnie mnie do muru i że będę musiał popracować „na lądzie” w jakiejś korpo, albo innym strasznym miejscu, z którego uciekałem i marzyłem o tym, by nigdy do tego nie wracać. Z wielką więc przyjemnością rzucałem się na wszystkie ostatnie propozycje pracy instruktorskiej. Obecnie współpracuję z kilkoma centrami nurkowymi. To prowadzę poszczególne baseny z OWD, to dojeżdżam sześćdziesiąt kilometrów za miasto poprowadzić Komando Foki, to wyjeżdżam na weekendy popracować przy kursach na wodach otwartych. Czasami, tak jak teraz, jest tego sporo i życzyłbym sobie tego by było tak zawsze. I żeby było tego więcej. W ten weekend pobiłem już rekord. W ramach współpracy z Best Divers dosłownie przemierzyłem całą Polskę – w piątek pod Ustrzykami Dolnymi, w bardzo eleganckim ośrodku w Arłamowie współprowadziłem intro nurkowe dla integrujących się tam pracowników dużej firmy. I w ten sam piątek przemieszczaliśmy się szybko do Warszawy, by przepakować auto i dostać się nad Hańczę. W sumie około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. W całości więc w ten weekend zrobiliśmy tysiąc trzysta kilometrów.

Zaczęło się w czwartek. Pozbierałem cały sprzęt, zacząłem kombinować jak to popakować, żeby dało się to sprawnie nosić, wybierać odpowiednie sprzęty pod odpowiednie zajęcia. W końcu na zajęcia basenowe potrzebowałem pianki, płetw kaloszowych, a nad Hańczę brałem suchara, dwa ocieplacze (wziąłem sobie do testów bardzo fajny ocieplacz firmy 4th Element), trochę dodatkowego sprzętu potrzebnego na zajęcia. Do tego sterta ubrań – pogoda coraz gorsza, dni krótsze, zimno potrafi być. Pakowanie, przepakowanie, pięć zmian w planach sprzętowych, znowu przepakowanie, ale ilość toreb się nie zmieniała – jedna skrzynka na główny sprzęt nurkowy, torba ikeowska na „suche” nurkowe rzeczy, torba z odzieżą i torba z ocieplaczami. No nic. Jakoś to trzeba będzie nosić. Jedziemy zatem na punkt zboru. Jest czwartek wieczór. Wrzucam sprzęt do auta Rudiego i ruszamy w świat z planem dotarcia do hotelu pod Ustrzykami około pierwszej w nocy. Po drodze orientuję się, że gdzieś posiałem portfel. Gorączkowe telefony do rodziny i w miejsca, gdzie ów portfel mógłby się postanowić wydostać z mojego plecaka. Nerwowe godziny w oczekiwaniu na informacje o portfelu. Rodzina raportuje, że portfela brak w domu i w rodzinnym aucie. Szlag by to! Pieniądza tam nie miałem za dużo, dokumentów ważnych też, ale wszystkie moje certyfikaty nurkowe i jakieś inne dziwne rzeczy, które potem trzeba wyrabiać, uzupełniać. Nic fajnego do zaliczenia. W końcu jest telefon z restauracji, gdzie zjadłem obiad – jest! Znalazł się! Ukrył się pod stołem. Bydlę cholerne! Wylewnie dziękuję, umawiam się na odbiór i już mi lżej. Droga nie dłuży się specjalnie. Jedziemy w trójkę: ja, Magda – instruktorka i Rudi – organizator. Rudi opowiada o jakimś paradokumencie o końcu świata, puszczamy sobie Dead Can Dance, od dzwięków których Magda dostaje szału i ogólnie czas mija nam szybko. Przemieszczamy się w ostatni region Polski, do którego nie zajrzałem. Bieszczady są mi kompletnie obce. W nocy oczywiście nie mam szansy się im przyjrzeć, ale przyklejam nos do szyby by cokolwiek zobaczyć. Jest pierwsza w nocy, docieramy pod nasz hotel. Człowiek w głowie ma plan, że za trzy minuty padnie płasko na łóżko i nie przejmując się zdjęciem butów zaśnie snem mocnym i pewnym. Nic z tego. Przed nami wysypuje się z autokaru wycieczka filmowców. Pan na recepcji dostaje potów, drgawek, wylewu i bełkotu. Mylą mu się pokoje, rezerwacje, nic się nie zgadza, a my czekamy potulnie na swoją kolej. W końcu mamy szansę włączyć się w dyskusję o rezerwacjach przypominając panu o tym, że nasza rezerwacja wciąż jest aktualna, co potwierdzamy naszą obecnością. Dostajemy kluczyki – Magda dostaje jedynkę, a ja z Rudim idziemy do dwójki, gdzie czeka na nas małżeńskie łóżko. Docieramy do pokoi, mycie zębów, zamiana pokoi – bo oczywiście panu się wszystko pomyliło. Owszem, my mieliśmy małżeńskie łóżko, ale u Magdy w jedynce stały normalne dwa łóżka. Zrzucamy buty, ja upycham korki do uszu i znikam we śnie. Nie jest mi dane słyszeć odgłosów imprezy, która toczy się za cienką ścianą z karton gipsu. Mam sześć godzin snu i nie zamierzam ich marnować. Budzę się wypoczęty, czego nie można powiedzieć o Rudim, który korków nie wziął i dzięki temu chcąc nie chcąc wysłuchał imprezy do trzeciej nad ranem. Prysznic, szybkie śniadanie i gnamy do Arłamowa, gdzie jest basen i nasza grupa na intro. Jest pochmurny, ale przyjemny dzień, oglądam Bieszczady i łapię się na tym, że mi się widok nie zgadza. Niby tak góralsko, chałupy na stokach, gospodarstwa luźno porozrzucane, cały czas tylko górki i pagórki. Tylko brak tych wysokich gór, tam gdzieś, w tle. W końcu docieramy do Arłamowa. Fiu, fiu, fiu. Niezły budżet ktoś miał (i dotacje z Unii). Widać, że straszne pieniądze poszły na ten ośrodek. Nie idzie o skalę, ale o wykonanie. Tutaj się z niczym nie patyczkowano. Elegancko, porządnie i z TYCH lepszych materiałów. Odnajdujemy basen (a niełatwo go znaleźć w tym gąszczu zabudowań i obiektów), dźwigamy sprzęt. Już szatnia basenowa robi wrażenie, ale basen wręcz urywa głowę. Cały wyłożony blachą stalową „kwasówką”, z wieloma atrakcjami dla użytkowników: jakieś ławki podwodne, jakieś strefy specjalne – takie niby loże, wszystko o fantazyjnych kształtach. A przez drzwi na zewnątrz dochodzimy na taras, do basenu zewnętrznego z podgrzewaną wodą, czynnego cały rok. Widok z basenu oszałamiający, na panoramę Bieszczad, nie tych wysokich, które podobno widać w bezchmurne dni, ale i tak jest pięknie.

DCIM100GOPRO
Foto 1. (kubaCE) Wyjście na taras widokowy z podgrzewanym basenem.
DCIM100GOPRO
Foto 2. (kubaCE) Intro w najbardziej odjazdowym basenie.
DCIM100GOPRO
Foto 3. (kubaCE) Ileż to to miało zakamarków? Nasze OSiRy mogą się schować pod ziemię ze wstydu.
DCIM100GOPRO
Foto 4. (kubaCE) I już po kilku chwilach towarzystwo śmiga w lewo i w prawo.

 Naszym zadaniem było przeprowadzić intro nurkowe dla około trzydziestu pracowników. Na basen dotarło dwudziestu. Klasyka wyjazdów integracyjnych. Dla nas to nie stanowi żadnego problemu, wręcz odwrotnie – urosły szanse, że zakończymy zajęcia o ludzkiej godzinie i dotrzemy nad Hańczę o jakiejś godzinie jeszcze tego samego dnia. I rzeczywiście poszło nam sprawnie, bawiliśmy się w wodzie doskonale pokazując różne proste ćwiczenia pod wodą i dając szanse ludziom pobawić się w nurkowanie. Popływaliśmy po basenie zaglądając w różne jego dziwne zakamarki i instalacje. W życiu nie pływałem w tak fikuśnym basenie, w którym rzeczywiście … było co zwiedzać. Wykonałem mnóstwo zdjęć i jakieś krótkie filmiki, mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie – moje stare gopro tragicznie sobie radzi bez dobrego oświetlenia. Szast prast i już wychodziliśmy z wody dziękując sobie nawzajem za mile spędzony czas. Zaprosiliśmy na kurs, pokusiliśmy perspektywami wspaniałych widoków pod wodą, znakomitych cen i profesjonalnych szkoleń, poodpowiadaliśmy na pytania i już gnaliśmy ze sprzętem do samochodu. Szybki rzut oka na zegarki – jest dobrze. Wyjazd ciut przed czasem. Perspektywa dotarcia do Warszawy o normalnej godzinie jest realna. Tam wyładunek zbędnego ekwipunku i jednego instruktora (Magda nie jechała nad Hańczę) i w drogę dalej! Niestety, po drodze nie było już tak łatwo. W Sanoku tragiczny korek, na trasie dość gęsto. Dotarliśmy ze sporym opóźnieniem na Kasprzaka, odebraliśmy mój portfel, wyładowaliśmy sprzęt, Magdę i już gnaliśmy dalej. W trakcie podróży dowiedziałem się, że tym razem nie śpimy w Gościńcu w Błaskowiźnie, ale u Jarka Bekiera w Sienkiewiczówce. Taka mała przygoda pod tytułem „sorry gościu, że zrobiłeś rezerwację w styczniu, mamy ważniejszego klienta, więc sobie idź spać gdzieś indziej. Nie chowasz do nas urazy, prawda?”. Ciekawa historia, podobno w Gościńcu zagościło wojsko na kilka tygodni, więc skasowano nam rezerwację na trzydzieści osób. Widać, wojsko jest ciekawszym i lepiej płacącym klientem niż banda rozwrzeszczanych i wiecznie nietrzeźwych nurków. Nie powiem, ja się cieszyłem. Zaglądałem tylko jednym okiem do kwater Jarka, wyglądały bardzo sympatycznie. Do tego nasłuchałem się dużo dobrego o karmieniu w Sienkiewiczówce. Podobno najbardziej zatwardziali wielbiciele różnych super diet zapominali o swoich dietach poddając się urokowi potraw serwowanych w tym miejscu. Do tego cała infrastruktura nurkowa na miejscu: sprężarkownia, wypożyczalnia sprzętu, do tego przepastny magazyn testowych sucharów i ocieplaczy Santi, sala wykładowa, co tylko nurek sobie wymyśli.

Z tym, że ośrodek składa się z trzech kwater i nam przypadła najstarsza. Pokoje skromne, niestety bez łazienek i wc. To znaczy w naszym był prysznic. A dokładniej kabina. I nic więcej i to bez żadnego oddzielenia od reszty pokoju. No tak po prostu – kabina stojąca w rogu pokoju. Intrygujące… Zrzuciliśmy rzeczy, przywitaliśmy się z obecnymi na miejscu i ja polazłem spać. Nie miałem siły na żadną zabawę. Ciekawe, że Rudi przez pół drogi planował, liczył godziny snu i obiecywał sobie jak szybko znajdzie się w łóżku. Poszedł spać gdzieś po trzeciej, dwie godziny po przyjeździe. Nieźle, nieźle.

DCIM100MEDIA
Foto 5. (kubaCE) Hańcza w jesiennych barwach cieszy oko.

Zatem nastała sobota, ja wypoczęty, bez problemu dorwałem się do prysznica na korytarzu – z pokojowej kabiny skorzystałem tylko po to by umyć zęby. Biegiem na śniadanie, zmierzyć się z legendą kuchni. Niby nic niezwykłego, typowe polskie śniadanie znane nam z wielu miejsc. Chleb, wybór rzeczy do położenia na kanapkę, jajecznica. Z tym że ciężko jest znaleźć ten moment, kiedy jedzenie się kończy. Coś się kończy na stole? Panie zaraz dorzucają kolejną porcję, albo pytają się czy jeszcze donieść. Nie wyjdziesz stąd głodnym. Jedzenie smaczne, zwłaszcza rzeczy własnej roboty – doskonały chleb, wędliny. Szczególnie jednak radują dobre chęci pań z kuchni. Z taką troską pytają czy człowiek najedzony, czy chce coś jeszcze. Jeżeli nie jest się dość asertywnym, pewnie w ciągu dwóch dni można poprawić sobie wagę o kilka kilo. Jak obiad to też niczego nie brakowało, potem jeszcze deserek, potem kolacja, pieczyste, sałatki, wędliny domowej roboty, smalec i ciągłe pytania: czegoś brakuje, coś donieść, coś podgrzać, coś podać?

DCIM100MEDIA
Foto 6. (kubaCE) Startujemy!
DCIM100MEDIA
Foto 7. (kubaCE) DM gotowy do ciężkiej pracy.
DCIM100MEDIA
Foto 8. (kubaCE) Wizura (jeszcze) wyborna.

Wyjazd jednak nie jest kulinarny, przyjechałem tutaj prowadzić OWD. Mam sześciu kursantów na zakończenie kursu. Mam divemastera do pomocy. Najedzony, wyspany, słonko świeci (choć w nocy przymrozkiem złapało), przede mną znakomite perspektywy spędzenia „dnia pracy” na trzecim parkingu. Poznaję swoją ekipę. Oznajmiam, że mam dwa dni na zapamiętanie ich imion więc jest szansa, że na koniec nie będę się już mylić. Fajnie widzieć znajome twarze – Piotrek i Aśka już ze mną mieli zajęcia dobre dwa miesiące wcześniej. Teraz kończą kurs, spora przerwa, ale damy radę. Dzielimy zespoły, ustalamy strategię z Jackiem, moim divemasterem i włazimy do wody. Jadąc na taki wyjazd nigdy specjalnie sobie nie obiecuję, że pooglądam miejsce pod wodą, bo zwykle nie ma na to czasu. Zawsze jednak tli się we mnie mała iskierka nadziei, że tym razem ekipa będzie bardzo ogarnięta i będzie czas na zwiedzanie. Oczywiście pierwsze nurkowania takiej nadziei dać nie mogą. Ustawianie się owudziaków ze sprzętem, nawet przy największych chęciach ze wszystkich stron, to zestaw wielu ciekawych przygód, które kosztują sporo czasu. Ten cierpi na niedomiar ołowiu, ta z kolei w drugą stronę. Temu płetwy spadają, tamten dostał rozpinającą się maskę. Wszyscy z okazji zetknięcia się ze zbiornikiem naturalnym nagle zapominają jak się nurkuje. Dobra, jakoś wszystkie pożary pogaszone, schodzimy pod wodę. Schodzimy. Wszyscy. Schodzimy? Schodzimy! No chodźcie. Jeden wbija się w dno podnosząc niebanalną chmurę mułu z dna. Druga nie chce za nic się zanurzyć. Tak będzie wisieć na powierzchni, bo tak jej dobrze! Inflator? Przecież naciska! No co, wąż jest wyprostowany! Że w dół, zamiast w górę? No i co z tego? Dobra, próba zanurzenia numer czterdzieści osiem. Ściągam rękami opornych, wyciągam z mułu tych, którzy wbili się weń po łokcie. Ustawiam jakiś szereg, pierwsze ćwiczenie i przemieszczamy się by mogli przy okazji już coś pooglądać i zwyczajnie się opływać. Znowu przystanek i kolejne ćwiczenie. Próbuję pokazywać im atrakcyjne otoczenie, ale ono jakoś niespecjalnie bogate. Ryby się już pochowały. Jakieś niedobitki jedynie. Przejrzystość oczywiście porządna, ale nie po naszym przeczołganiu się po dnie. Dobra, co się dało to zrobiliśmy. Wszyscy w wodzie byli, spoglądam na zegarek. Miałem nadzieję, że przed obiadem może ktoś już zdąży wejść do wody na drugiego nura. Nie ma takiej opcji. Pakujemy się i wracamy na obiad. Umawiamy się, że po obiedzie sprawnie przemieszczamy się nad wodę, robimy omówienie, szykujemy sprzęt. Tak by czas na trawienie spędzić już nad wodą i nie marnować czasu. Znam już ludzi, wiem kto co robi pod wodą i na co uważać. Ustawiam na nowo zespoły. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie wszystko sprawniej. Sprzęt jednak dalej niektórym płata figle. Ktoś dalej narzeka na niedomiar ołowiu (chociaż jest przeważony jak diabli). Idzie jednak sprawnie. Jarek zasuwa jak torpeda, dostaję dosłownie przy nim zadyszki – jak przychodzi do pływania na kompas, zwyczajnie za nim nie nadążam. Kuba zostaje ekspertem od wyławiania własnej płetwy, która cały czas się rozpina. Aśka ma wspaniałe wielkie oczy pod wodą i jak nikt inny wylewa sobie wodę z maski. Arek i Piotrek nie stwarzają kłopotów, no mogliby tylko bardziej kontrolować sytuację swoich partnurów. Piotrek tylko czasami dostaje apopleksji i zaczyna się wydzierać na swojego partnura. Obiecuję więc jego partnurowi, że pozwolę mu potem przywalić płetwą Piotrkowi na zakończenie OWD. Sima za to zostaje ekspertką od pływania w pionie. I nie mam tu na myśli poruszania się góra – dół, ale pływania normalnie horyzontalnie, ale za to przyjmując najbardziej nie opływową sylwetkę, jaką tylko się da. Tym samym doprowadza DM do wycieńczenia. Biedny Jacek próbując ułożyć jakoś bardziej prawidłowo Simę pod wodą dosłownie wypompowuje się z sił. Nurkowania kończymy jednak o czasie. Mamy za sobą coś na kształt zwiedzania. Wizurę okrutnie zruinowaliśmy i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Ja już nie mam sił na rekreację. Czeka nas jeszcze dokończenie teorii – napisanie egzaminu. W budynku obok bawią się moi zacni nurkowi druhowie, Paweł i Daria „Zanurzona w Błękicie”, ale nie zapowiada się na to, że wcześnie skończę pracę. Siadamy więc do roboty, przy okazji zajadając smakołyki z lokalnej kuchni i pijąc dobre wino. Kończymy późno, zabawa na zewnątrz trwa. Ja jednak nie mam już totalnie ochoty na nic więcej. Oczy same mi się zamykają. Znowu odpadam najwcześniej ze wszystkich.

DCIM100GOPRO
Foto 9. (kubaCE) Niedzielna mygła nad Hańczą.

Drugi dzień to już czysta formalność, jest co prawda chłodniej (malownicza mgła nad Hańczą), ale nikomu nie brakuje determinacji. Zaliczone wszystkie nurkowania. Jednej osobie nie jestem jednak w stanie wydać certyfikatu, bo zabrakło zaliczenia CESY. Nie jest to nic przyjemnego, ale umawiamy się, że przy najbliższej okazji zaliczy CESĘ i dostaje papier. Trochę przyjemności dla instruktora, czyli lanie płetwą w tyłki i możemy zbierać się do domów. Na zakończenie wraca piękna pogoda, wychodzi słonko, ale my już pakujemy się do aut. Ja już podsumowuję w myślach wyprawę. Hańczę kocham za jej okoliczności przyrody, za ścianki i za malowniczość krajobrazu nad i pod wodą. Niestety, jest to kolejny wyjazd, kiedy jej specjalnie nie oglądam. Dostaję kolejne ciekawe podpowiedzi, gdzie warto popłynąć. Tym razem z trzeciego parkingu płynąc na wprost, tak mniej więcej wzdłuż linii brzegowej, a nie na środek jeziora. Trochę trzeba popedałować, ale w końcu natrafia się nad dwa podwodne garby, a potem mamy kolejną fajną ściankę do zobaczenia. Wciąż też nie mam zaliczonych dłubanek. To wszystko obiecuję zaliczyć następnym razem. W końcu się uda. Lubię tu wracać. Mógłbym się tu kiedyś na starość

przenieść. Dziękuję mojemu divemasterowi i moim kursantom, nawet jeżeli na kogoś narzekałem to nie ma to żadnego znaczenia, wszyscy dali z siebie wszystko i starali się bardzo mocno. Wszyscy wykonali kawał ciężkiej roboty. A ja? Ja wracałem do domu wyspany.

DCIM100GOPRO
Foto 10. (kubaCE) Ekipa w komplecie w niedzielny poranek.
DCIM100GOPRO
Foto 11. (kubaCE) I kończymy kurs wycieczką pod przewodnictwem DMa.
DCIM100GOPRO
Foto 12. (kubaCE) Nie którzy obijali się na platformie. Dosłownie!
DCIM100GOPRO
Foto 13. (kubaCE). Niektórzy ładnie cieszyli się do aparatu.
DCIM100GOPRO
Foto 14. (Rudi) Trochę przyjemności dla instruktora. Rytualne klepanie po pupci. Grunt to dobrać odpowiednią płetwę!

Koparki z kiełbasą w tle

koparki 146

fot. Błażej Kabziński. Pierwsze zanurzenie w nowym sucharze, z nowym ocieplaczem w wodach otwartych. Lekko niedoważony.

Poznawanie polskich akwenów, ciąg dalszy. Z jakiegoś powodu od dłuższego czasu żyłem w głębokim przeświadczeniu, że kamieniołom w Jaworznie ze swoimi słynnymi koparkami jest mekką dla nurków technicznych. Miejsce, gdzie mogą testować swoje techniczne umiejętności, wyliczone czasy, ustalone przystanki, sytuacje awaryjne i ich okiełznanie, wydawało mi się, że musi być miejscem nieziemskim. Na myśl o koparkach myślałem o jakimś połączeniu jaskini Boesmansgat z wielkością Hańczy i urokiem Piechcina z Zakrzówkiem razem wziętych. Bezkresna głębia i super „techniczne” warunki.    koparki 151

foto. Błażej Kabziński. Ładna gąsienica podwodna.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Kopara opada przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Się aż nurek z wrażenia przewrócił.

Byłem bardzo mocno zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Koparki ledwo dobijają do 18 metrów. Jak to? 18 metrów? Toż to powinna być mekka dla owudziaków. Nawet jakby się znalazł jakiś renegat i próbował złamać limit nurkowania OWD, mógłby co najwyżej ostro zaryć w dno. Do tego jest to mikrozbiornik z bardzo wysokiej czystości wodą. W kiepskie dni (czyli takie, jak teraz na przykład) wizura spada do „marnych” pięciu metrów. Trudno jest się tu zgubić, przy dnie zawsze jest światło, jest miło i sympatycznie. Jak się ktoś zawieruszy, to znaleźć go nietrudno. Cały zbiornik można dziarskim tempem opedałować w jakieś trzy kwadranse. Snując się okropnie, pewnie w godzinę do półtorej (zatrzymując się przy każdym kamieniu i studiując jego strukturę). Wielką atrakcją są same koparki, a raczej Koparki. A nawet KoparKi. Wielkie, majestatyczne gigantomachiny, mechagodzille pod wodą. Robią wrażenie, są wdzięcznym tematem zdjęć i magnesem dla nowych nurków. Rezydentom było jednak mało, nie odpuszczono sobie dodania kilku atrakcji już po zalaniu (kamieniołomu) – jest i samolot, jest i pół/ ćwierć/ jedna ósma Poloneza Caro. Ja jednak nie jestem fanem takich bajerów. Same kopary jako element, który znalazł się tam zanim zbiornik się zalał dokumentnie, są jak najbardziej na miejscu. Dodano także wygodne platformy na powierzchni, celem zejścia do wody (łagodnego zejścia nie uświadczycie, od razu głęboko) i platformy po wodą, celem wygodnego leżakowania na 5m.

koparki 165

foto. Błażej Kabziński. Podryw na platformie.

Baza też cieszy oko, jest czysto, schludnie, nie wygląda to wszystko jak zbieranina przypadkowych, na szybko skleconych baraków i ogólnie panującej na polskich nurkowiskach prowizorki. Są wiaty, jest fajnie. Mi jednak szczęki nie urwało. Cieszę się, że Jaworzno zaliczyłem, ale nie jest to miłość od pierwszego nurkowania, jak to było w przypadku Piechcina. Nie mam ciśnienia, żeby tam natychmiast wracać. Owszem, to jest ładny, nawet bardzo ładny akwen. Mikruśny jednak i dość monotonny. Zaliczyć koparki warto, ale je zalicza się za jednym nurem. Ścianki są klasycznie ładne, ale czegoś mi tam brakowało. Życia może? Okonki jakieś się kręciły, podobno gdzieś siedziały naprawdę duże. Były i jesio(s)try i to na serio takie napakowane, po prostu góra mięsa. Ale to wszystko.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Pojedynek fotografów.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Imć Błażej testował na wyjeździe nową chińską latarkę za pięć złotych. Fajna ta chińska latarka bo była tania i fajna. I świeciła. I świeciła nawet wtedy kiedy nie świeciła, to znaczyć świecić nie powinna. Posiadacz nie był nawet świadomy tego, ale i tak jest zadowolony, bo świeciła także po nurkowaniu.

koparki 160

foto. Błażej Kabziński. Drzemka na „deco”.

Nie jestem do końca w stanie sformułować zarzut w stosunku Koparek, dlaczego mnie nie urzekły, ale wracałem z uczuciem niedosytu. Nie zrozumcie mnie źle, to dobry akwen, z doskonałymi warunkami dla nurków, świetnie skomunikowany z całą Polską i ze stolicą. Dojazd wygodny, baza super. Zachęcam zwłaszcza początkujących nurków do odwiedzenia tego kamieniołomu, jest do doskonały akwen dla tych, którzy stawiają pierwsze kroki samodzielnie. Baza jest świetnie wyposażona, a wjazd i serwis kosztują sensowne pieniądze. Jestem tylko ciekaw, czy chętnie tu będziecie wracać na kolejne nurkowania.

Wyjazd zorganizowałem na zasadzie szybkiego zrywu na jeden dzień. Komplet nurków w aucie (kombiaczek, ale i tak dołożyłem mu trumienkę na dach – niemniej sporo mieliśmy gimnastyki by wszystko dobrze spakować). Zespół stanowili: obowiązkowy Gazela – kompan już sprawdzony, bezpieczny partnur, z którym po prostu dobrze mi się jeździ i nurkuje, znany mi i ceniony przeze mnie Błażej K. (doświadczony i bardzo solidny nurek, od którego sporo można się nauczyć) i ledwo co poznana (choć twarz mi migała na GEPNowskich mitingach) Aśka o ksywie kojarzącej mi się z fabularnymi grami fantasy. Ekipa urocza, pozytywna i dobrze ogarnięta. Ruszyliśmy już nie takim bladym świtem by dotrzeć na okolice dwunastej na Koparki. Po drodze było zwiedzanie trudnych okolic Olkusza, pobieranie twina (samochód ledwo to przeżył), jak zwykle udane zakupy w Biedronce (w końcu sklep dla biednych ludzi) i w końcu doturlaliśmy się mocno dociśniętym nurkowozem na kamieniołom. Straszono nas porannym najazdem tłumów nurków, ale widocznie nurkowie najazd zrobili poranny i o dwunastej rozjechali się w różne kierunki, bo tłumów nie uświadczyliśmy, podpięliśmy się pod wiatę z uroczą ekipą i mogliśmy szykować się na nurki. Dla mnie o tyle ważny wyjazd, że wreszcie mogłem opływać w wodach otwartych nowego suchara z grubym ocieplaczem. Czekało mnie wyważanie i ogólnie nauczenie się współżycia z bestią. W końcu robienie kursu instruktorskiego na nieopływanym sucharze wydawało mi się niepotrzebnym hazardem. Do nura podchodziłem więc z niemałym napięciem. W końcu skok do wody i jedziemy. A tu pierwszy, nieprzyjemny zonk – czuję stróżkę wody na tyłku. Poszło coś w suchaczu, czy przy skoku kryza nie utrzymała? Neoprenowa kryza. Są różne szkoły, jedni kochają neoprenowe kryzy, inni tolerują tylko lateks. Ja zdania wyrobionego nie miałem. Nurkowałem w lateksie – nie przeszkadzał mi, kupowałem jednak suchego z neoprenową kryzą w standardzie, stwierdziłem, że nie będę kombinował, wypróbuję neopren. Zwrócono mi uwagę, że neopren fajny, ciepły i milusi w dotyku, ale potrafi grymasić i to układanie go czasami właśnie może się zakończyć podlaniem. Lateks tego problemu nie ma, ale za to nie jest już taki milusi w ubieraniu i w dotyku, ciepła nie trzyma i jest mniej trwały (podobno). Ja nie byłem ani za, ani przeciw. Po obu nurkach, gdzie ewidentnie mi pociekła woda, ale potem już się nic nie dolewało, obstawiam, że kryzą mi się wlewała woda przy skokach. Jest moją główną podejrzaną. Dobrze obciska szyję, nie sądzę by musiała być ciaśniejsza, ale potestuję ją jeszcze i ewentualnie powiem jej bez żalu „papa”.

Nie ja jeden miałem walkę sprzętową. Gazela miał spektakularną kiełbasianą przygodę pod wodą, nadającą się do „Wypadków nurkowych” opisywanych na łamach nie tylko bloga Zanurzonej w Błękicie, ale i do podręczników. Zapewne przydałaby się też dogłębna analiza przypadku na forach, koniecznie z udziałem Mottiego*, który wyliczy masę, strukturę, skład substancji i ich wpływ na pracę automatu. Kochane dzieciaczki, od razu wam zdradzę morał tej bajki – nie jemy zbyt dużo kiełbasy przed nurkowaniem. Wujek Gazela wziął i skonsumował znakomicie zgrillowaną kiełbasę, poczem szczęśliwy udał się na zasłużonego nura (już podejrzliwi mogą mu wytykać za krótką przerwę powierzchniową po jedzeniu, że nie zdążył się odsycić z azotu zawartego w kiełbasie). W trakcie owego nura gazy pokonsumpcyjne (taka ich natura – pod wpływem zmian ciśnień lubią się przemieszczać) postanowiły się wydostać. Klasycznie odbić się każdemu zdarza pod wodą. Nie każdemu jednak wypada wtedy kawałek – drobina dosłownie kiełbasy. A jak drobina taka wypada w trakcie nurkowania to ląduje oczywiście w automacie. Automat (było nie było Poseidon) choćby i najlepszy, jednak nie jest przystosowany do pracy z mieszanką uszlachetnioną kiełbasą, więc wziął się i zablokował. Gazela opanowany, więc spokojnie wymienia na drugi automat i próbuje tamtego oczyścić z kiełbasy. Ta jednak za diabła nie zamierza opuszczać nowego miejsca zamieszkania. Oczywiście pozostali nurkujący nie mają pojęcia o naturze problemu, ale widzą, że nurek ogarnięty, więc nurkowanie odbywa się dalej. Dopiero po zakończeniu nurkowania Gazela dość obrazowo przedstawia całą historię i oczywiście cała wiata wraz z okolicami trzęsie się ze śmiechu. Wnioski, moi kochani? Dodatkowe filtry w ustnikach drugich stopni? Procedury przednurkowe wykreślające kiełbasę z menu? Czekam na propozycje. To jednak tyle, jeżeli chodzi o przygody. Wszyscy pozwiedzali co chcieli, zdjęcia zostały wykonane, z pogody skorzystaliśmy, bo było bardzo przyjemnie wiosennie. Wracaliśmy w dobrych humorach do swoich domów. Bogatsi o nowe doświadczenia. Ja wracałem z małym niedosytem, ale wyjazdu nie żałuję. Kolejne ważne nurkowe miejsce na polskiej mapie zaliczone.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Błażej przy koparze.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Samolot linii Mares.

DCIM100GOPRO

foto. JC. Znowu kopara.

DCIM100GOPRO

foto. JC. To prawdopodobnie wciąż ta sama kopara.

koparki 159

foto. Błażej Kabziński. Tak, to prawdopodobnie TA kiełbasa.

*) jeżeli komuś nic nie mówi pseudonim Motti, to znaczy, że albo nie był na forum np. Nuras, albo miał to szczęście, że nie wlazł w wątek z jego wypowiedziami. Uważaj się za szczęściarza.