Archiwa tagu: sprzęt

To końcu jacket czy skrzydło?

„Nie kupuj jacketu, kup se skrzydło. Jackety są dla niepoważnych ludzi!”

„Kup jacket, po co ci skrzydło? To nie jest sprzęt dla ciebie!”

I tak w kółko, gdzie nie napiszesz, gdzie nie zapytasz, tam zawsze pojawi się dziesięć opinii na tak i na siak. W końcu dyskutanci i tak pokłócą się między sobą zapominając o tobie i postawionym pytaniu.

O co chodzi z tym jacketem i skrzydłem? Czy to jest aż taka różnica,  czy któregoś rozwiązania należy się bać – bo to sprzęt dla zaawansowanych nurków? Czy któreś z rozwiązań ma jakieś istotne ograniczenia?

Zintegrowany system balastowy to dziś standard.

Po pierwsze – co jest skrzydłem, a co jest jacketem?

Niby sprawa prosta, dla wielu wręcz oczywista, a jednak uważam, że pewne rzeczy należy sobie wyjaśnić. Sam pamiętam dyskusję z jednym – wtedy dużo bardziej zaawansowanym ode mnie – nurkiem. Nurkowałem wtedy w skrzydle Dive Systemu i nurek ten upierał się, że to nie jest skrzydło. Jego zdaniem skrzydłem można nazwać tylko „techniczną” konfigurację: płyta z uprzężą + worek. A to moje coś to co najwyżej jakaś hybryda – pomimo, że napełniany worek w Dive Systemie znajduje się na plecach, uprząż jest bardzo podobna do uprzęży z konfiguracji technicznej, ba, nawet ma pas kroczny, który nie występuje w jacketach i raczej rzadko pojawia się w rekreacyjnych rozwiązaniach. Co niejako skazywało na „skrzydłową banicję” mój sprzęt? Że wszystko było zintegrowane, nierozłączalne i miało dużo rozwiązań „rekreacyjnych”.

 

No to jak to jest w końcu?

Myślę, że po trochu każdy ma rację, bo nie ma jednej jedynej słusznej metodologii nazewnictwa sprzętu, nie ma ten temat poważnych studiów, a nazwy narzucają marketingowcy pracujący dla producentów sprzętu. Sami projektanci też nie ułatwiają nam sprawy, bo kiedyś typowo techniczne rozwiązania są teraz często wyposażane w wiele dodatków mających przyciągać uwagę klienta „rekreacyjnego”, a z kolei twórcy ambitniejszych konstrukcji rekreacyjnych oglądają się na rozwiązania stosowane przez zaawansowanych nurków.

Jacket Tusa
Rekreacyjny jacket – autorskie rozwiązania Tusy, wszystko fajnie działa i jest super wygodne, ale jednak wymaga zapoznania się z obsługą każdego, kto z tobą nurkuje. Jak zrzucać balast, do czego dodatkowy guzik inflatora.

Co jest jacketem?

To, co powoduje, że daną rzecz nazywamy skrzydłem lub jacketem, to kwestia wyboru rozłożenia worka napełnianego powietrzem. Jacket będzie miał pęcherz napełniany powietrzem nie tylko na plecach, ale też z przodu, wokół pasa nurka. To powoduje, że nurek po napełnieniu kamizelki na powierzchni wody zawsze znajdzie się ustawiony pionowo. Jest to bardzo bezpieczne rozwiązanie dla początkujących, mało pewnych siebie i swoich umiejętności osób. Instruktorzy też chętnie wybierają jackety do swoich szkół, bo wiedzą, że w razie kłopotu napełnią kamizelkę niesfornemu kursantowi, który natychmiast znajdzie się nad lustrem wody w pozycji pionowej i stabilnej. Naprawdę niewielka szansa by w tej pozycji najbardziej uzdolniony pechowiec był w stanie zrobić sobie kuku.

Jacket pod wodą może być całkiem wygodny, ale jednak sposób rozłożenia powietrza, rozbudowana przednia część powoduje, że jacket nie ma tej stabilizacji co skrzydło, często ustawia nurka lekko pod ukosem – głowa wyżej, nogi niżej. Dużo ludzi czuje się wtedy bardzo bezpiecznie, ale nie wie jak dużo energii (i powietrza, bo musi się bardziej „napedałować”) traci płynąc w mało ergonomiczny sposób. Dość często też sam jacket nie jest najbardziej opływowym rozwiązaniem.

Jeżeli decydujesz się na jacket, zwróć też uwagę na system zintegrowanego balastu (bo w dzisiejszych czasach decydowanie się na bcd bez tego patentu to moim zdaniem duża pomyłka – balast na pasie biodrowym to jest już przeszłość, o której należy jak najszybciej zapomnieć). Widziałem patenty, które się nie sprawdzały – wypadające kieszenie, zapięcia, które szybko się wyrabiały. No i co jak zgubisz kieszeń? Łatwo będzie kupić nową? Czy jest droga?

Tusa Xwing
Czy to jeszcze jacket czy już skrzydło? Worek jest na plecach, ale jest dużo dodatków rekreacyjnych.

Co jest skrzydłem?

Skrzydło całe powietrze rozkłada na plecach, wokół butli – i tu pojawiają się wariacje, bo worek po napełnieniu potrafi mieć kształt U skierowanego nóżkami w dół, albo O – tzw. Donut. Worki mogą być duże, małe, mogą być opinane różnymi gumkami lub nie, ale istotą tej konstrukcji jest to, że całe powietrze wpuszczone do worka rozmieszcza się na plecach. Co to powoduje?

Nurek pod wodą ma bardzo stabilną poziomą pozycję, co wpływa na jego opływowość, a więc zmniejszone opory podczas płynięcia. Z tego wynikają same plusy: nurek się mniej męczy, sprawniej płynie, ma mniejsze zużycie powietrza. Wada? A owszem, jest. Po wynurzeniu i napełnieniu worka nurek musi zapanować nad swoją sylwetką i najlepiej jest się położyć na plecy, utrzymanie pionu jest możliwe, ale nie jest naturalną pozycją, którą uzyskujemy po napełnieniu. Mniej utalentowany nurek może co i rusz lądować twarzą pod wodą, co może powodować zwiększanie stresu lub doprowadzić do wypadku (ale podkreślam, że trzeba mieć talent: wypluć automat, nie mieć fajki i zacząć łykać wodę).

Oczywiście są skrzydła, które producent ozdobił tyloma dodatkami i kombinacjami, że trudno stwierdzić, czy to jeszcze skrzydło, czy już jacket. Są i jackety tak proste w swej budowie i „ascetyczne”, że ktoś może je pomylić ze skrzydłem, ale moim zdaniem tu chodzi tylko o rozmieszczenie powietrza w worku danego systemu wypornościowego. A to czy system ma różne dodatki i bajery w postaci bardziej rozbudowanych inflatorów wyposażonych w dodatkowe systemy zrzutu powietrza, zintegrowane systemy balastowe, kieszenie akcesoryjne, itd., itp. – to rzecz wtórna. To, że nie możesz oddzielić worka od uprzęży, nie znaczy, że nie jest to skrzydło. Ba, choćby Tusa ma rozbudowane systemy, w których dużo elementów można zdemontować i wymienić.

Xdeep Ghost
Xdeep Ghost – skrzydło o rodowodzie technicznym skierowane do nurków rekreacyjnych – rozpinane szelki, dodatki pod szelkami podnoszące komfort.

To jest sprzęt dla zaawansowanych nurków, tylko nurkowie techniczni w tym pływają!

Często powtarzane są hasła, że skrzydła są bardziej zaawansowane i raczej przeznaczone do bardziej zaawansowanych nurkowań. Wiele razy słyszałem, że jacket to tylko dobre rozwiązanie do nauki, stawiania pierwszych kroków, a potem i tak wszyscy przesiadają się na skrzydła. Ludzie tak mówiący patrzą tylko przez pryzmat własnych doświadczeń i przekonań. Nie mają szerszej perspektywy. Na przykład na świecie znakomita większość nurków to nurkowie „rekreacyjnie rekreacyjni”. Nurkowanie traktują jako wakacyjną przyjemność, którą uprawiają może kilka razy do roku wyjeżdżając w różne bajeczne zakątki świata. Zatem pod względem popularności wygrywa na świecie jacket. Wynika to po części z tego, że – jest popularny. Tak. Popularny, bo popularny. Idziesz na intro nurkowe w resorcie*? Dostajesz jacket. Idziesz na kurs w resorcie – nurkujesz w jackecie. Wypożyczasz sprzęt z bazy? Są głównie lub tylko jackety. Widzisz innych ludzi na łodzi? Jackety. W sklepach przy bazach lub w bardziej popularnych nurkowo regionach głównie w ofercie eksponowane są jackety. Oczywiście ten trend będzie się lekko zmieniał, choć nie wróżę skrzydłu tego, że kiedyś prześcignie popularnością jacket.

Duzi producenci sprzętu sprzedawanego na całym świecie, Mares, Scubapro, Aqualung chociażby, mają w swojej ofercie skrzydła – te właśnie bardziej zaawansowane i niektórzy z nich nawet dość aktywnie promują tą gałąź swojej produkcji. Jest więc szansa, że za jakiś czas te proporcje się bardziej wyrównają.

Może to już rzadki widok, ale zdarzało mi się, że w tych resortach patrzyli na posiadaczy skrzydeł troszkę jak świadkowie pierwszego przejazdu automobilu lub startu pierwszego samolotu. Mieszanina niedowierzania, szacunku i zaciekawienia. Co to jest? Wygląda bardzo profesjonalnie. To poważny sprzęt.

Xdeep Ghost
Obrazek doskonale pokazuje jaka jest idea skrzydła – mało, albo nic z przodu, wszystko na plecach.

Skrzydło wcale nie jest poważniejszym sprzętem. Owszem, są konstrukcje, których zadaniem jest bezpieczna praca na dużych głębokościach, pod dużym obciążeniem. Zabawne, że te „poważne” skrzydła wyglądają raczej prymitywnie, ascetycznie.

Kilka gumek, jedna taśma, parę metalowych uchwytów i to jest zaawansowany sprzęt?

To prawda, że te „techniczne” sprzęty wyglądają bardzo topornie, ale w tym szaleństwie jest metoda. Przede wszystkim ogromną zaletą tych konstrukcji jest ich prostota. Za prostotą idzie bezpieczeństwo – rzeczy mniej skomplikowane są zwykle bardziej odporne, trudniej je zepsuć, łatwiej naprawić. Rzeczy proste łatwo jest obsługiwać i każdy wie lub szybko się domyśli jak je rozpracować.

Ogromną zaletą tych konstrukcji jest ich absolutna standaryzacja. Co z tego, że jeden producent ma takie kształty worków, takie kolory płyt i takie dodatki na inflatorze czy proponuje ci dodatkowe kieszenie albo patki podnoszące komfort – skoro najważniejsze połączenia, dziurki montażowe są i rodzaje montażu są takie same? Tak, możesz mieć worek xDeepa, uprząż Tecline, inflator Scubapro, a pasy do butli wraz z adapterem jeszcze od kogoś innego. Zepsuje Ci się jedno? Nie ma problemu, możesz wybrać innego producenta i wszystko będzie współdziałać.

Spróbuj to samo zrobić jak ci się popsuje lub zużyje coś z elementów typowego rekreacyjniaka popularnych firm. Owszem, często możesz nabyć części zamienne, ale tylko tej samej firmy, która wyprodukowała twoje bcd. O ile jest to w ogóle możliwe. Jak przebijesz sobie worek wypornościowy (niestety, wbrew pozorom zdarza się i taka przykra sprawa) – często nie można go w ogóle wymontować z konstrukcji. Poszła klamerka? Wszystko wszyte i nic tylko pruć. To są główne wady konstrukcji typowo rekreacyjnych – brak standaryzacji, raczej ograniczone możliwości wymiany elementów. Za tym idzie kolejna wada – każdy jacket każdego producenta (bo każdy dąży do tego by wymyśleć coś „bardziej” albo coś „więcej”) ma swoje unikalne rozwiązania. Zatem jeżeli jesteś skrupulatnym nurkiem, musisz w ramach przednurkowej kontroli zapoznać każdego swojego nowego partnera nurkowego z unikalnymi patentami zastosowanymi w twojej konstrukcji: jak zrzucać balast, jak rozpinać, jak używać inflatora.

Skrzydła podczas ubierania
Ogromna zaleta skrzydła przy ubieraniu, zero „przeszkadzajek” z przodu, które ograniczają ruchy, pochylanie się w szczególności.

Sam to obserwuję na kursach jak uczę kursantów na różnych jacketach. Jeden ma trzy guziki na głowicy inflatora, drugi ma guziki czerwone i blisko siebie. Kształt głowicy nie pozwala łatwo zidentyfikować, który przycisk jest do zrzucania powietrza, a który do pompowania. Muszę każdemu tłumaczyć: w tym jackecie wypuszczasz powietrze tak i tak, a w tym – inaczej, a jeszcze tu wygląda to nieco inaczej.

inflator A.P.A od Tusy
Rozbudowany inflator od Tusy. Fajny patent, ale jednak wprowadza nieco zamieszania przy obsłudze.

Te bardziej wystandaryzowane, uniwersalne rozwiązania nie mają takich problemów. Korzystając z wypożyczonego zestawu „zaawansowanego” raczej nie będziesz mieć problemu z identyfikacją sposobu użycia danego elementu. Fajne jest też to, że te kombinacje możesz dostosowywać do swoich potrzeb: możesz mieć bardzo lekkie i proste skrzydło, które świetnie sprawdzi się w podróżach lotniczych, gdzie każdy gram ma znaczenie. Możesz sobie rozbudować system o dodatkowe kieszenie, podkładki podnoszące komfort i rozpinaną uprząż prostymi klamerkami. Kolory też można dobrać pod swój gust, to już nie są tylko takie czarne, nudne wory dla ponurych rycerzy mroku. Chcesz mieć fajne skrzydło, które nie musi być lekkie? Znakomicie, kup sobie ciężką płytę stalową i już masz zapewnioną część balastu w postaci płyty – a ten balast masz pięknie rozłożony na plecach.

Jeżeli z pełną świadomością wybierasz najbardziej „konserwatywną” wersję skrzydła, tzw. DIR, gdzie uprząż zrobiona jest dosłownie z jednego kawałka taśmy, płyta jest prosta jakby ktoś ją wyciął na poczekaniu w garażu, jedynym ozdobnikiem czarnego worka jest proste logo producenta, a na szelkach jedyne dodatki to gumy żywcem wycięte z dętki i metalowe uchwyty w kształcie litery D to wiedz, że to wcale nie jest skomplikowany, zaawansowany sprzęt, tylko dla orłów. Jeżeli będziesz mieć dobrego nauczyciela, który nauczy cię dobrze to wyregulować i skonfigurować takie skrzydło to zakładanie i zdejmowanie wcale nie będzie trudniejsze od najbardziej wypasionych rekreacyjnych patentów.

worek OMS - U z gumkami
Kształt worka OMS – odwrócone U i jeszcze opięte gumkami, by powietrze równomiernie schodziło z każdej części worka.
Tecline Donut szeroki
To też jest donut, ale dużo szerszy. Brak gumek opinających wbrew pozorom w niczym nie przeszkadza.
Tecline Donut mały
Mały Donut od firmy Tecline.

No dobra, to co wybrać?

Tylko samodzielna próba da ci odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie spiesz się z zakupem i nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji. Pomyśl o tym, jak twoje nurkowanie może wyglądać za kilka lat, czy będą to raczej okazyjne wyjazdy, czy regularne nurkowanie tu w Polsce i za granicą. Kieruj się swoją wygodą i poczuciem bezpieczeństwa. Wiem, że w Polsce podejście do nurkowania jest nieco skrzywione. Strasznie duża część środowiska lubi lansować ten sport jako elitarną zabawę dla wybrańców i wszyscy powinni wyglądać jak rycerze, nurkować tylko w jedyny słuszny sposób (czarny skafander, czarne, ciężkie gumowe płetwy, koniecznie opanować pływanie żabą, umieć zawisać bez ruchu, mieć wiecznie spięte pośladki i srogą minę podczas skręcania sprzętu). Nurkowanie to zabawa. Może być poważniejsza, ale też może być po prostu zabawą – wakacyjną przerwą od problemów z powierzchni. Jeżeli więc pasuje ci jakiś rekreacyjny przez duże „R” jacket, nie przejmuj się – to ty masz mieć przyjemność z nurkowania.

Wiem, że chyba wskazałem więcej zalet tzw. skrzydeł technicznych, ale to dlatego, że sam dość szybko przesiadłem się na skrzydło i mi się bardzo spodobało. Znam jednak dużo ludzi, którzy nie zamieniliby swoje rekreacyjnej kamizelki na nic innego –  ba, sam mam swoją ulubioną kamizelkę Tusy i jeden – moim zdaniem – naprawdę fajnie pomyślany jacket Triborda. Nikt ci nie powinien mówić, w czym możesz pływać, a w czym nie. Jeżeli masz odpowiednie przeszkolenie, odpowiednią wiedzę i jest ci wygodnie w tym, czy innym rozwiązaniu to pływaj w nim. Testuj! Testuj, testuj! Korzystaj z tego, że są urządzane różne imprezy typu Demo Days, większość producentów lub importerów ma flotę testową. Nie bój się pytać i korzystać z wiedzy innych, ale pamiętaj, że doradcy, nawet najlepsi, nie znają twoich osobistych potrzeb i oczekiwań. Twoje ciało będzie najlepszym doradcą. Zwykle po jednym, dwóch nurkowaniach będziesz wiedzieć czy polubisz się z daną konfiguracją.

Ja tylko uprzedzam, że wierzę w świadomy wybór dopiero w momencie jak nurek zrobi jakieś pięćdziesiąt nurkowań (około, nie dosłownie). Wcześniej nie ma sensu sobie nic kupować poza maską, fajką, pierwszym komputerem ewentualnie i jakimiś akcesoriami. Po tych dwudziestu, trzydziestu nurkowaniach dopiero przekonamy się, że nurkowanie to jest nasz sport i być może już będziemy wiedzieć, w którą stronę będziemy się rozwijać w najbliższym czasie.

Tusa BCD
Taką pozycję domyślnie daje jacket. Jest poczucie bezpieczeństwa, ale na pewno nie jest to najbardziej opływowa sylwetka.
Jacket pod wodą.
Nurek w jackecie oczywiście jest w stanie uzyskać elegancką poziomą sylwetkę, choć wciąż ciężko mówić o idealnej opływowej sylwetce.

*) resort, nurkowanie resortowe, baza resortowa – tak mówimy o lokacjach, gdzie nurkowanie jest dużym biznesem turystycznym, bazy nurkowe i miejsca do nurkowania zlokalizowane są blisko dużych hoteli i do wody codziennie wchodzą tłumy.

Hi-Max – witaj mocy

Oświetlenie nurkowe to rzecz wręcz niezbędna, jeżeli wchodzi się w ten sport na poważnie. W kraju latarkę należy mieć praktycznie na każdym nurkowaniu, jeżeli zamierzamy schodzić około dziesięć metrów i niżej, za granicą przydaje się w dużo głębszych miejscach. A poza tym są jeszcze kapitalne nocne nurkowania. Na rynku mamy do wyboru masę fajnych latarek. Jest gruba latarek wysokiej klasy produkowanych przez firmy o ugruntowanej pozycji na międzynarodowym rynku nurkowym – mowa tu o Ammonite, Light4Me, Gralmarine chociażby. Zaglądanie w ich cenniki przyprawia jednak o delikatny zawał serca. Chcemy mieć moc, musimy wysupłać czasem i grube tysiące. Przy mniejszych latarkach jest już nieźle, ale nie tak, żeby było jakoś super okazyjnie. Są też latarki budżetowe. Ma je w ofercie Decathlon, są też różne wynalazki pałętające się po zakamarkach centrów nurkowych – klasycznie taka latarka wykonana jest z jakiegoś plastiku w oczo-walącym kolorze, często wygląda wręcz … amatorsko. Każdy posiadacz takiej latarki albo nie przejmuje się swoim amatorskim wyglądem, albo latarką niespecjalnie chwali się na nurkowiskach. Nie mówiąc już o mocy tych latarek – bździdełka ledwo nadają się na polskie warunki. Niezbyt bogaty nurek ma więc niezły orzech do zgryzienia. Oczywiście, może sobie zapewnić latarkę typu „backup” z gamy latarek lepszych i tutaj czasami stosunek mocy do ceny jest bardzo przyjemny. Ja sam pływam na tecline’owym LED US 15, choć trzeba przyznać, że jej chiński rodowód jest bardzo oczywisty. Wystarczy poszukać i zobaczyć, że ta sama latarka sprzedawana jest pod innymi logami przez różnych polskich dystrybutorów a jest to identyczna konstrukcja. Za logo Tecline w tym przypadku trzeba zapłacić więcej. Latarka ma fajne parametry i mi póki co wystarcza, choć ja wciąż marzę o porządnym świetle video. W końcu filmowanie sprawia mi dużo frajdy. A tu już wyboru specjalnie nie mam. Testowałem kilka rozwiązań „budżetowych”. V-pro od Gralmarine (2880zł) – cena wysoka, a ja nie byłem zachwycony pływaniem z tymi dwoma „gaz-rurkami” o gracji i elastyczności szpadla. Oświetlenie duże i mało poręczne, niewielki zakres regulacji kąta świecenia. Testowałem Light4Me GoPro 1800 lumenów. Fajne światełka (w sumie ok. 1200zł), jednak wszystko na goodmanie, który najszczęśliwszym uchwytem do oświetlenia i kamery video nie jest, do tego króciutkie ramiona i brak adaptera do kamery, pod którą zestaw podobno powstał. Byłem najbliżej kupienia tego zestawu, ale w końcu się wycofałem z pomysłu. Czekałem na coś, co spełni moje oczekiwania i nie będzie kosztować tyle, co używany samochód. Okazuje się, że wreszcie jest nadzieja. Na polskim rynku pojawiła się firma Hi-Max. Od pierwszych sygnałów na ten temat strzygłem uszami i podpytywałem o nie wszystko wiedzącego o oświetleniu Pawła Kaczmarskiego (pmk – publikacje na Nuras.info). W końcu mogły wpaść w moje łapy latarki od Hi-Maxa. Umówmy się od razu – to latarki o chińskim rodowodzie, jednak wygląd mają klasyczny, nurkowy – „techniczny”, a gwarancja jest polska i realizowana jest tu w Polsce bez konieczności wysyłania do Chin, albo czekania na części z Chin. W tych latarkach najważniejszym atrybutem jest stosunek mocy do ceny. Nie oceniam tu ilości lumenów podawanych przez producenta. Do pomiarów lepszy jest zdecydowanie Paweł Kaczmarski (Nuras.info, numer 2/2015). Oceniam je tylko pod kątem użyteczności. W paczce z Hi-Maxa dostałem spory wybór latarek do testów, oprócz wspomnianego oświetlenia do video – 2x Hi-Max X8 z podstawą do aparatów i gopro, z ramionami koralikowymi, przyszły:

– H01 – „dzielona” – ulubiony typ oświetlenia w Polsce – światło na goodmanie z zasobnikiem na ogniwa. Deklarowana moc 3500 lm, kąt świecenie 9 stopni, 3 diody Cree XM-L U2.

– X7 – „duża”, również 3500 lm, ale światło zamknięte z ogniwami w jednej podłużnej obudowie.

– H10 – „strobo”, mniej lumenów, skokowy wybór trybów świecenia, łącznie z miganiem.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa.

– X5 – „backup”, bardzo poręczny i mocny backupik.

DSC_0025
Fot. 1. Od lewej „Duża”, „Suwak”, „Backup”, zestaw video i „Dzielona”.

Zabrałem całe pudło świateł i aku na naszą wyprawę na Zakrzówek by wspólnie z nurkami potestować te światełka. Niestety, praktycznie nie było okazji potestować „strobo”, a do H01 też muszę się jeszcze poprzymierzać by w pełni (d)ocenić to światło. Ja skupiłem się na zestawie do video.

2x Hi-Max X8. Dwa niewielkie światełka, każde mające dawać po 860 lm, wyposażone w pojedynczą diodę Cree XM-L U2, kąt świecenia fajny, bo 120 stopni, każde zasilane jednym ogniwem 18650. Do testów miałem dostarczone całkiem zacne ogniwo produkcji Hi-Max. Latarki pracowały kilka nurkowań dziennie i nie zauważyliśmy spadku mocy. Podstawa zestawu daje możliwość montażu kamery GoPro (w zestawie adapter pod GoPro), lub innego aparatu, lub kamery kompaktowej. W centrum podstawy znajduje się standardowy gwint foto. Dwa duże ramiona koralikowe oddalają światło od kamery i pozwalają ładnie układać światło wedle życzenia. Jeden z testerów zauważył, że ramiona są dość masywne, a zaciski pomiędzy koralikami nie dość mocne i ramiona miały tendencję do zmiany ułożenia w przypadku dość dynamicznego płynięcia, a pierścienie włączania mogłyby być większe. Ja tego nie zauważyłem i nie miałem takich kłopotów. Podstawa z ramionami zdecydowanie najlepiej mi się spodobała w zestawieniu z wcześniej testowanymi zestawami video. Zestaw jest poręczny, ustawny, nie musimy go specjalnie przerabiać, a w przypadku transportu można go ładnie rozłożyć i skompaktować. Wszystkie elementy pracowały dobrze, nie widziałem specjalnie żadnych wad typowych dla tanich produktów. Same latarki dawały ładną, mocną poświatę o szerokim kącie spełniając swoją rolę przy doświetlaniu fotografowanych elementów. Oczywiście ilość światła tych dwóch latarek nie powala i nie zastąpi profesjonalnego zestawu, niemniej jednak na tle konkurencji w tej klasie wypada bardzo dobrze. Za cenę rzędu 1200zł otrzymujemy bardzo fajne światełka, dobrą podstawę i długie ramiona koralikowe. Jak dla mnie zestaw rewelacyjny.

X5 – „backup”, kolejny hicior wyjazdu. Wszystkim testującym przypadł do gustu. Mały, ale potężny. Taki niepozorny liliput. Widzisz takiego, śmiejesz się z niego, odpalasz, walisz sobie nim po oczach i ślepniesz. Lekki, poręczny i od biedy posłuży nurkowi za główne światło. W końcu ta sama dioda, ale skupiona w lustrze dającym 7 stopniowy kąt świecenia. Producent deklaruje 1100 lm. Porównywałem go z różnymi światełkami, w tym z moim osobistym. Dużej różnicy nie widziałem, porównywaliśmy to światło też ze starszymi braćmi z Hi-Maxa i też uważaliśmy, że to światło wcale nie blednie przy nich. Dorzucić tylko trytytkę, karabińczyk i mamy backupowe światło idealne. Producent deklaruje, że przy dostarczonym ogniwie 18650 latarka poświeci około 65 minut. My bez ładowania obsłużyliśmy coś koło tego i to w zimnej zakrzówkowej wodzie. Światło do końca świeciło mocno. Sugerowana cena detal 250zł i już wiemy, że to będą ludzie kupować.

– X7 – „duża”,  3500 lm, Rzeczywiście latarka spora, potężniejsza od mojego LED US 15, przy czym niespecjalnie było widać tę moc. To solidne, duże światło, które jednak jak na tą ilość diod moim zdaniem powinno wypaść lepiej. Zabrałem ją na jedno nurkowanie, generalnie oswojony jestem z latarką podobnych gabarytów i mi nurkowało się z nią dobrze. Wracałem jednak z poczuciem, że w tym zestawieniu mój LED wygrywa stosunkiem wielkości do mocy. Ceny również.

– H7 – „suwak”, płynna regulacja świecenia za pomocą suwaka, cienka podłużna obudowa. Suwak jest bardziej smukły, lżejszy od X7. Mamy też trzy diody, jednak mniejszą moc świecenia. W ręku leży ona zdecydowanie lepiej niż X7, dużo fajniej pracuje w trakcie nurkowania, a moc ma całkiem przyzwoitą. Gdybym miał do wyboru wymienić swojego LEDa na jedno z tych dwóch świateł, zdecydowanie wybrałbym H7. Jedynym minusem tego wyboru jest suwak – niestety okrutnie łatwo jest przez przypadek poruszyć tym suwakiem, gasząc sobie światło, albo wręcz odwrotnie, nieopatrznie je włączając.

Światła Hi-Maxu to zapełnienie pewnej niszy, którego mi szczególnie brakowało na naszym rynku. W bardzo przystępnej cenie dostaję światło o dobrych parametrach, z polską gwarancją i jeszcze do tego wyglądające tak, że się za nie wstydzić nie muszę na nurkowisku. Nie są to światła wolne od wad, ale nawet droższym kuzynom zdarzają się różne wady, a tu ogromną zaletą jest cena. Liczę, że wkrótce będę mógł przetestować porządnie „dzieloną”, „strobo”, a jest też mowa o mocniejszej wersji oświetlenia video. Będzie co testować!

DSC_0030
Fot. 2. i 3.  Światełka z bliska.

DSC_0029

Ocieplacze – pojedynek Bare vs Element

halo3d-mens-zoom
Foto 1. (producent) Już z daleka widać, że ocieplacz nadaje się jako kostium do filmu Sci-Fi.

Przy okazji wyjazdu nad Hańczę miałem możliwość przetestować ocieplacz 4th Element Halo 3D. Jest to ocieplacz z górnej półki cenowej, a może nawet innego regału cenowego. Zabierałem go ze sobą dzięki uprzejmości Tomka Grzyba z Shop4Divers.pl. W bagażach wiozłem także swój ocieplacz Bare Hi-loft Polarwear Extreme. Sprawdzony już w różnych warunkach polskich wód. Nie zdarzyło mi się w nim zmarznąć. Widziałem, jakie cuda potrafi on nawet po totalnym zalaniu. Wystarczy wycisnąć dobrze z wody, powiesić w przewiewnym miejscu, jeżeli pogoda dopisuje, za godzinę ocieplacz będzie prawie suchy. Bare też do najtańszych nie należy, jednak nie należy do czołówki w kwestii cenowej. Niemniej jednak nie miał niczym ustępować pod względem parametrów droższemu koledze.

halo3d-womens-zoom
Foto 2. (producent) Damska wersja. „Zameczek ulgi” w ciut innym ułożeniu.

Już z dala widać, że te ocieplacze reprezentują zupełnie inną szkołę projektowania. Bare – typowy pikowany ocieplacz, jaki widujemy regularnie na polskich nurkowiskach, na wierzchu śliska powierzchnia, pod spodem przyjemny polarowy misio. Czwarty element to super futurystyczny wygląd, taka zbroja z jakiegoś filmu sci-fi. Dzianinowa powierzchnia skrywa sztywne panele pokrywające najbardziej narażone na zimno części ciała. Ubierając tą zbroję mamy wrażenie, że zamieniamy się w jakiegoś kosmicznego komandosa i że całość będzie nas chronić od ataków potworów i postrzałów z miotaczy. Jeżeli chodzi o wygląd, zdecydowanie Element dodaje nam charyzmy i niesamowitego szyku. Moim zdaniem w tym ocieplaczu możemy udać się nie tylko na nurkowanie, ale i do teatru, koniecznie na przedstawienie modnego reżysera, na którego przedstawieniach pojawia się artystowsko zwichrowana młodzież. Lans murowany. Mój Bare w tym pojedynku przegrywa. Wygląd klasyczny, nieco workowaty. Szyku w nim nie zadamy.

hlpolarm_2
Foto 3. (producent) Bare hi loft w wersji męskiej.

Niektórzy kupują oczami, ale większość z nas zanim wyda ten tysiąc złotych przynajmniej, przymierzy oba ocieplacze. Sprawdzi wygodę zakładania, noszenia i zdejmowania. I tutaj bitwa będzie nie rozstrzygnięta, choć w kilku punktach widać małą przewagę Elementu.

halo3d-spacetek-panels
Foto 4. (producent) Grube panele na piersi sprawiają, że czujemy się „kuloodporni”.

Bare zakłada się szybko i bezproblemowo. Układa się na człowieku jak druga skóra. Wewnętrzny misio jest bardzo przyjemny w dotyku. Nosiłem już ten ocieplacz nieraz, prowadziłem w nim samochód. Ba, spędzałem nawet chłodny wieczór w domowym zaciszu. Diabelsko wygodne odzienie. Żadnych ograniczeń ruchu, uwierania, czy niedogodności. Workowaty wygląd to tylko pozory, ocieplacz nosi się bardzo dobrze zarówno „na sucho” jak i pod sucharem – nie zwisa, nie ma luzów, które mogłyby jakoś przeszkadzać. Dwie rzeczy uważam za mniej przyjemne. Tasiemki na kciuki czasem się tak zrolują, że po założeniu potrafią nieprzyjemnie uciskać. Druga rzecz to ściąganie ocieplacza – wyraźnie ciężej się go zdejmuje niż zakłada. Nie jest to duża wada, ale jednak zauważalna. Za to na pewno wyżej sobie cenię odprowadzanie ciepła w Bare. W Elemencie nie znajdziemy tylu bajerów, które mają nam ułatwić oddawanie ciepła (i wilgoci, i różnych ludzkich zapachów) na powierzchni. W obu ocieplaczach brakuje szelek, więc założenie jest, że jak się już przebierzemy w ocieplacz to musimy w nim paradować ubrani kompletnie weń. I tu wygrywa Bare ze swoimi otworkami i zastosowanym innym, cieńszym materiałem na zgięciach przy kolanach i pod pachami.

HLPolarW_2kobiecy
Foto 5. (producent) Bare w wersji kobiecej. Trzeba się dobrze przyjrzeć by zobaczyć różnicę.

Element pomimo sztywnych paneli na piersiach zakłada, nosi i zdejmuje się bardzo łatwo i przyjemnie. Oba ocieplacze w wersji męskiej wyposażono w dwustronny suwak. Dodatkowo Element otrzymał otworki pod zawór ulgi. Element ma też wygodniejsze pętelki na kciuki i ciut dłuższy kołnierzyk.

Obydwa ocieplacze mają małe zapinane kieszonki na górze. Bare na piersi, Element – na ramieniu. Obie mikre, niewiele się w środku zmieści (raczej nie smartfon). To niby żadna wada – nikt na nura nie zabiera telefonu. Jednak na powierzchni potrafimy spędzić sporo czasu w ocieplaczu – zwłaszcza instruktorzy, ja lubię sobie wypychać kieszenie różnymi przydatnymi (w mojej opinii) rzeczami – telefonem, kluczykami do auta, dokumentami – kieszonki w obu ocieplaczach są w stanie przyjąć część rzeczy, ale już poważniejszy smartfon tam nie wejdzie. Obydwa ocieplacze posiadają taśmy na stopy, w obu bardzo wygodne.

halo3d-pocket
Foto 6. (producent) Kieszonka w Elemencie na ramieniu. Na iPoda chyba.

 Tak uzbrojeni w wiedzę wskakujemy do wody i testujemy ocieplacze podczas nurkowania. Dwa totalnie odmienne projekty, zupełnie inne założenia konstrukcyjne, ale efekt jest ten sam. Nie zauważyłem żadnych różnic w utrzymywaniu ciepła, a przypominam, że miałem cały weekend nad Hańczą i siedziałem w wodzie zdecydowanie dłużej niż przeciętny nurek. W obu ocieplaczach robiło mi się zimno mniej więcej po tym samym czasie braku aktywności (w oczekiwaniu na kolejną grupę kursantów na powierzchni, albo pod wodą czekając na wykonanie ćwiczeń, albo ponowne sformowanie grupy). Nie zalewałem specjalnie suchara, nie miałem ochoty testować szybkości schnięcia Elementu. Mam to przetestowane w Bare i wiem, że ocieplacz zachowuje dalej właściwości izolacyjne i nurkowanie z „podlanym” sucharem nie stanowi straszliwej tortury. Schnie też pioruńsko szybko. Nie wiem jak zachowa się Element w tej sytuacji i jak szybko wyschnie. Same końcówki rękawów – rzecz, którą regularnie moczę – schły szybko i bezproblemowo.

kieszenbare
Foto 7. (producent) Kieszeń Bare na sercu. Pojemność równie znikoma.

Dwa słowa o wyporności. Podobno Element ma minimalizować dodatnią wyporność. Nie stwierdzono. Wręcz odwrotnie. Zaskoczyło mnie, że w tej samej konfiguracji sprzętowej, na basenie do trzech metrów głębokości miałem problemy z zanurzeniem się. Musiałem sobie dorzucić kilo w stosunku do ocieplacza Bare. Czyli Bare tu wygrywa.

Gdybym miał teraz wybierać ocieplacz i miałbym pieniądze na Element, pewnie bym go wybrał. Podpowiadano mi, że przy zastosowaniu odpowiedniej bielizny ocieplacz ten jest odporny na każdy chłodek. Nie będę ukrywał, że lubię ładne rzeczy i czasem kupuję rzeczy oczami. W tej kategorii Element wygrywa. Doceniam jednak Bare i uważam, że jest to równie dobry ocieplacz. Brakuje mu takich bajerków jak otworki na zawór ulgi, chętnie dorobiłbym mu szelki (ale tych także brakuje w Elemencie) i wymienił tasiemki na kciuki. Niemniej jednak w tej cenie Bare jest niepokonany, zapewnia znakomite warunki cieplne, jest bardzo wygodnym ocieplaczem.

Oba ocieplacze nadają się na nasze trudne warunki, na długie godziny pluskania się w naszych wodach. Bare to wydatek rzędu tysiąca złotych, Elementowi bliżej już do dwóch tysięcy. Stosunek ceny do jakości zdecydowanie więc bardziej korzystny w przypadku Bare. Z tym że otworki na zawór ulgi w Elemencie wskazują, że zamysłem autorów było zdobycie konkretnego typu klienta – nurka technicznego.

Jezioro Piaseczno

Jezioro Piaseczno koło Łęcznej, prawie czterdzieści metrów głębokości, osiemdziesiąt sześć hektarów powierzchni, długie na półtorej kilometra, a szerokie – na prawie kilometr. Od północy i zachodu linię brzegową wyznacza las, pozostałą część brzegu zajmują zabudowania Kaniwoli. Jest tu cicho, spokojnie. Dla Lublinian jest to na pewno ważny punkt rekreacyjny, nurkowie szczególnie sobie go upodobali ze względu na bliskość i warunki podwodne. Dla nas, ludzi z Warszawy i okolic też daleko nie jest – dwieście kilometrów, da się zorganizować całodniową wycieczkę z dwoma nurkowaniami. Wyskakujemy z Warszawy na Lublin, za Rykami odbijamy na Kock, zaczynamy podróż lokalnymi, mocno pofalowanymi drogami (czasami czułem się jak na pełnym morzu przy mocniejszym wietrze). W Kocku kierujemy się na Łęczną, ale nie dojeżdżamy do niej, tylko przez Ludwin docieramy do Kaniwoli. A za Kaniwolą szukamy dojazdu do jeziora. Jednym z doskonałych miejsc dla nas, nurków, będzie baza nurkowa u Przemka Widomskiego, nureczno.pl. Jedna z piaszczystych dróg odbijających od głównej drogi prowadzi do jego gospodarstwa. Prosta wiejska chałupa, specjalnie żadnych reklam – dość ciężko tu trafić, ale pomęczyć się warto. Na miejscu sprężarka, możliwość noclegu, ławy, stoły, gastronomia. Wychodzimy przez furtkę na lokalną plażę i już mamy dostęp do nurkowiska od południowo wschodniej strony jeziora. Jezioro charakteryzuje się naprawdę dobrą widocznością – do termokliny średnio do dwóch, trzech metrów, jak różni pływacy i nurkowie za mocno nie nakopią, poniżej termokliny zaczyna się bajka nawet do siedmiu, ośmiu metrów widoczności, oczywiście spadająca mocno po przepłynięciu kilku mniej wprawnych nurków grabiących sprzętem dno. Pod wodą znajdziemy kilka atrakcji zatopionych pod wodą – wszystkie oporęczowane, idzie się do nich jak po sznurku do kłębka. Znajdziemy pod wodą wrak holownika, kajaki, platformy do ćwiczeń.

jez.piaseczno

Na naszą wyprawę eksploracyjną wybrałem się ze sprawdzoną paczką znajomych partnurów i rodziną. Dla rodziny była to doskonała okazja by złapać trochę słońca i pokąpać się w dobrze już nagrzanej wodzie. O tyle udana jest baza Przemka, że dzika plaża przylega do nurkowiska, więc nienurkujący uczestnicy wyprawy nie muszą się specjalnie oddalać od nas. Z kolei plażowicze i pływacy nie mieli wpływu na komfort nurkowania i widoki pod wodą. Ryby nie uciekały specjalnie – praktycznie przy plaży, w pobliskich szuwarach natchnąłem się na małe grupki zawsze ciekawskich okoni, małe ławice jakichś niezidentyfikowanych rybek, kilka sumików karłowatych dało się sfilmować niespecjalnie przejmując się moją obecnością. Na pierwszego nurka zaplanowaliśmy wizytę na wraku holownika. Trasa nie jest specjalnie skomplikowana. Do pierwszej platformy ćwiczebnej, z niej poręczówką na północny zachód, na głębokości około czternastu metrów odbijamy od poręczówki w prawo i dopływamy do kolejnej. Ta już prowadzi nas prosto do holownika. Z tym, że my nie docieramy do holownika, bo mniej więcej na głębokości czternastu metrów jeden z nurkujących sygnalizuje problem z automatem. Pytamy, czy chce skorzystać z naszych zapasów. Nie. Przeszedł już na alternatywny automat, ale zawraca. Decydujemy się eskortować go w drodze powrotnej. Chłopak chyba nie jest pewny, czy dobrze go zrozumieliśmy, bo kilka razy nam sygnalizuje, że może wynurzyć się sam, ale my odmawiamy. Docieramy do platformy na pięciu metrach, tu stajemy na przystanek bezpieczeństwa. Korzystam po raz pierwszy ze swojej tabliczki do pisania – najnowszy zakup. Niby kawałek plastiku z ołówkiem, ktoś by pomyślał, że to przydaje się tylko na ćwiczeniach, ale proszę, jednak może się niemal od razu przydać. Nurek pisze, że automat podaje wodę. Ustalamy, że stąd już sam się wynurzy a my pójdziemy jeszcze na krótką wycieczkę. Odprowadzamy go wzrokiem do powierzchni i ruszamy na kajak. Drogi dokładnie nie pamiętam, ale to była chyba poręczówka skręcająca bardziej na zachód. Kajak nie jest może oszałamiającym artefaktem, w środku obowiązkowy manekin, ubranko. Dla mnie to nie jest cel nurkowania, ani atrakcja. Wracamy meandrując nad szarym dnem nie oferującym żadnych ciekawych widoków, dopiero nad termokliną pojawiają się rośliny i zaczyna pojawiać się życie. Kończymy nurkowanie. Czas nabić butle, odpocząć i dowiedzieć się, co z tym automatem się działo. Na powierzchni pogoda dopisuje, rodzina moczy się w wodzie, albo dla odmiany pracuje nad opalenizną. My też korzystamy z pogody, grzejemy się, dożywiamy. Z automatem, tutaj uwaga dla wszystkich przyszłych posiadaczy swoich własnych automatów, wyszła prozaiczna sprawa. Proszę sobie wbić do głów i nigdy, ale to przenigdy nie lekceważyć zaleceń co do przeglądów sprzętu. To jest sprzęt, od którego zależy nasze bezpieczeństwo i życie. Takie przykłady pokazują, że lenistwo, albo chwila zapomnienia może kosztować nas sporo. Automaty nie przeszły przeglądu od dwóch lat. Kolega wcześniej regularnie, co roku, wykonywał przeglądy, potem zrobił sobie przerwę w nurkowaniu i tym samym nie przyszło mu do głowy zrobić przegląd. Sprzęt przeleżał na sucho cały sezon, a więc tym bardziej wymagał przeglądu na początek tego sezonu. Tym razem skończyło się bez specjalnych problemów, kolega musiał zrezygnować z kolejnego nurka i zaraz po powrocie oddał automaty do przeglądu. My z kolei wróciliśmy do wody by w końcu zaliczyć holownik. Nurkowanie zaczęliśmy od wizyty w szuwarach u sumików karłowatych, potem popłynęliśmy prosto na holownik. Każdy debiutant ma swój pierwszy wrak przed oczami. Ja wciąż czekam na ten swój pierwszy. To, co dotąd widziałem, to zakrzówkowe „atrakcje” i inne zatopione celowo jednostki. Niemniej jednak okoliczności nurkowania mogą sprawić i w tym przypadku sprawiły, że nurkowanie na holowniku będę jeszcze długo wspominał bardzo przyjemnie. Warunki mieliśmy znakomite, trochę światła docierało z góry, przejrzystość była całkiem do rzeczy. Holownik stał sobie dostojnie w swoim zagłębieniu. Oczyszczony z wszelkich elementów metalowych, wyposażenia –  praktycznie goła skorupa. Na nadbudówce ktoś ustawił piękną ogrodową rzeźbę przedstawiającą żabę. Nie omieszkaliśmy wykonać zdjęcia pamiątkowego z żabą. Aparat pożyczyliśmy od już nienurkującego kolegi. Niezbyt skomplikowany, ale całkiem przyzwoity aparat w wodoszczelnej obudowie. Ja tym razem nie miałem sprzętu do filmowania, kamerę miałem, ale bez porządnego światła. Stąd chętnie pozowałem do zdjęć. Z tym, że dopiero po kilku zdjęciach zorientowaliśmy się, że z aparatem coś nie tak. Czy na obiektywie powinna spoczywać taka ładna czerwona pokrywka Kolega spojrzał na pokrywkę, spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w życiu o mało nie wyplułem automatu ze śmiechu. Pokazał wymowny gest pukania w głowę. Tym razem bez pokrywki powtórzyliśmy serię zdjęć, jeszcze tylko stanąłem na nadbudówce i rozłożyłem ręce by sprawdzić jak się czuł Jack Dawson na Titanicu krzycząc, że jest królem świata. Nie poczułem niestety takiej ekscytacji, zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Zaczęliśmy więc powrót do brzegu. To było bardzo przyjemne nurkowanie, zakończone jeszcze myszkowaniem w litoralu, ściganiem rybek i krótkim filmowaniem „przelotu” nad roślinnością. Po równej godzinie wyszliśmy z wody bardzo usatysfakcjonowani tym nurkowaniem. Z pewnością będę chciał powtórzyć nurkowanie w jeziorze Piaseczno, bardzo spodobały mi się okoliczności tego nurkowania, otoczenie jeziora i samo jezioro. Do sprawdzenia są jeszcze dwie bazy nurkowe położone nad jeziorem, ciekawe, z jakimi atrakcjami pod wodą? Na pewno warto będzie dotrzeć do najgłębszego punktu w jeziorze, do którego też można dotrzeć po poręczówce.

Kolejny sprzęt

Należą się wam kolejne informacje na temat wyposażenia, które dodałem, lub które miałem przyjemność testować ostatnio. Nurkuję ostatnio jak szalony, praktycznie co tydzień gdzieś wyskakuję przynajmniej na jedno nurkowanie. Podkreślam w tym miejscu duże znaczenie forum nuras.info, dzięki któremu grono moich znajomych nurków rozrosło się niesamowicie i praktycznie cały czas mam okazję z kimś nurkować. Wcześniej było tragicznie. A teraz? Albo ktoś daje znać, że gdzieś nurkuje, albo wystarczy, że ja wspomnę i już za kilka minut ktoś odpowiada. Co jeszcze dało mi forum? Wystarczyło, że się w jednym wątku poskarżyłem, że idę na nocne nurkowanie i nie mam porządnego światła do filmowania. Za chwilę dzwonił do mnie Bartek Grynda z Gralmarine, że wysyła jednemu józefowskiemu nurkowi latarki do testów i mógłby do paczki dorzucić coś dla mnie. Genialnie, prawda? Tak więc na nocne szedłem z porządną latarką.

DSC_0050

Foto. 1. Zestaw gotowy do nurkowania na uchwycie własnej roboty. Uchwyt może nie jest szczytem finezji i funkcjonalności, ale swoje zadanie spełnia znakomicie. Światło i kamera są bardzo stabilnie zamocowane i dają możliwość doskonałej pracy pod wodą.

Niestety, nie pokarzę wam tego całego bogactwa przyrody, które miałem przyjemność podziwiać na nocnym. Udało mi się przypadkowo wyłączyć kamerę na początku nurkowania. A światło Gralmarine było tak mocne, że nie miałem jak spojrzeć na umieszczone z przodu kamery kontrolki. Nie wpadłem na to, żeby wyłączyć światło i obserwować czy miga dioda nagrywania. Człowiek uczy się całe życie, szkoda, że na błędach. Błąd to bolesny, bo na filmie miałbym trzy dorodne szczupaki, masę pięknych okoni, płoci, krąpów, raków. Umykał przede mną jakiś rosły leszcz, albo lin, nie widziałem go dobrze, bo cały czas utrzymywał się na granicy mojego światła. Powiem jedno, to światło po prostu jest rewelacyjne, miałem jasno jak w dzień. Gralmarine LED7 WIDEO ma dwa tryby świecenia – w oszczędnym włączasz 5 diod i widoczność już jest znakomita. Jak odpalisz wszystkie 7 diod, czujesz się jakbyś pływał w piękny słoneczny dzień. W żadnym trybie nie próbuj świecić sobie lub komuś w oczy. Ta lampa ma naprawdę moc. Tak samo nie radzę używać jej na powierzchni. Lampa szybko się nagrzewa i można się nieźle poparzyć dotykając obudowy. Był to mój pierwszy raz z latarką z osobnym zasobnikiem na akumulator. A do testów dostałem całkiem pokaźny i mocny akumulator 11Ah. Zamocowałem go do pasa do butli. Cały zestaw waży tyle, że spokojnie z balastu można odjąć 1,5kg. Ja nie wyjąłem, byłem przeważony, ale na płytkim akwenie mi to nie przeszkadzało. Pływało mi się stabilnie, akumulator zamocowany tak wysoko nie powodował obracania, ponieważ większość ciężaru mam z przodu.

DSC_0045

Foto 2. To moje światło – Tecline LED US15. Mocne światło, ale skupione, do filmowania, czy zdjęć nie nadaje się.

DSC_0042

Foto 3. Tryb 5 diod w Gralmarine.

DSC_0043

Foto 4. Wszystkie diody świecą.

I krótkie nagranie pokazujące latarki w akcji:

To jeżeli chodzi o światło to tyle. Bardzo dziękuję Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za wypożyczenie sprzętu do testów. Jak będę miał budżet na oświetlenie, z chęcią wybiorę Gralmarine. Budżet jednak powinien porządny, bo tego typu światła z oferty Gralmarine swoje kosztują (ponad 2 tyś. złotych).

Kolejnym zakupem, do którego dojrzałem to sprężyny do płetw. Niby drobnostka, ale bardzo użyteczna. Długi czas zwlekałem z tym, zupełnie nie wiem dlaczego. Cała logistyka wejścia do wody upraszcza się okrutnie. Przedtem rękawice zakładałem na samym końcu, już w wodzie. Dociąganie pasków od płetw w grubych rękawicach jest sztuką trudną. Nie dość, że ciężko złapać końcówki pasków, to jeszcze obracanie się w całym ekwipunku by do nich sięgnąć to dopiero „zabawa”. Z całym moim ekwipunkiem – latarką, kamerą wejście do wody to droga przez mękę, jeszcze boksowanie się z płetwami, ludzie w wodzie czekają tylko na mnie, a ja morduję się z tym wszystkim. Koniec! Basta! Zamontowałem sprężyny, pojechałem na pierwszego nurka i stał się cud. Szast prast, byłem w wodzie, dwa ruchy i płetwy założone. Rewelacja. Jeżeli jeszcze się zastanawiasz nad sprężynami, jeżeli dalej myślisz, że to zbędny wydatek, przecież paski dobrze ci służą – spróbuj ze sprężynami! Wydatek rzędu 100zł a komfort ubierania jest nie do opisania. Teraz uważaj, bo sprężyny dostępne są w dwóch rodzajach, jeżeli idzie o montaż do płetw. Zależnie od typu płetw wybierasz model montażu. Posiadacze płetw typu jetfin zwykle dostają sprężyny w zestawie, jeżeli nie – wybierają sprężyny montowane za pomocą „pazurków”. Pozostali wybierają uchwyt „o”, który nakłada się na bolce z boków płetw.

2013-06-09 08.51.34

Foto 5. Płetwy full profeska ze sprężynami Scubatech.

To jeszcze raz gorące dzięki należą się Bartkowi Gryndzie z Gralmarine za testową latarkę!