Archiwa tagu: urban diving

Białe noce w Rummu

2020 rok jest rokiem szaleństw. Udało mi się na początku roku ułożyć dość szczegółowy plan wyjazdów na praktycznie trzy czwarte roku, wszystkie główne wyjazdy zostały wpisane w kalendarz i dopięte organizacyjnie. I tąpnęło. Szaleństwo COVID przemeblowało mi nie tylko zawodową sytuację, ale też wszelkie plany wyjazdowe. O mały włos, a na sam początek polskiej i europejskiej kwarantanny pojechałbym do Budapesztu, do Kobanyi. Dosłownie na dwa dni przed wyprawą zdecydowaliśmy z uczestnikami, że sobie odpuszczamy. Dzień później gruchnęła wieść, że granice zostają zamknięte, wprowadza się kwarantanny dla powracających i tym podobne „atrakcje”. W ten sposób zaplanowany na majówkę wyjazd do Rummu nie odbył się. Próbuję teraz ułożyć plan na jesień. Nie mówię jeszcze, czy się uda, bo to wciąż są bardzo niepewne czasy. Jednak roku bez wizyty w Rummu sobie po prostu nie wyobrażam i zrobię wszystko by tam znowu pojechać. Dlaczego rok bez Rummu uważam za stracony?

W czerwcu najsłabsza wizura w budynkach. Foto: kubaCE

Wyprawa do Rummu to moja ulubiona mieszanka przeżyć i emocji. W 2019 roku odbyłem moją już czwartą wyprawę do Rummu. Już sama droga przez byłe republiki związku radziekiego: Litwę, Łotwę i potem Estonię to już ciekawy miks doznań, choć nie jest to szybka jazda ekspresowymi drogami niestety. Okolica Rummu to raczej odludne miejsce osłonięte lasami, torfowiskami. To jest dobry kierunek dla tych, którzy szukają spokoju i odpoczynku od cywilizacji. Ten ostatni punkt dopełniony jest przez miejscówkę, którą regularnie wybieram na nasz nocleg. Paekalda Puhkekeskus (Paekalda Holiday Center) to niewielki, skromny ośrodek wybudowany tuż nad brzegiem jeziora Rummu. To raczej niewielka gromada drewnianych domów budowanych z bali w stylu fińskim. Mamy dwa większe budynki: jeden to rodzaj kantyny, kawiarenki, drugi to duży dom do wynajęcia dla większych grup (tzw. Lakehouse), są bodajże jeszcze trzy średniej wielkości domy (Hunter house) i cztery mniejsze (Fishermen house). I to wszystko. Domki są rozrzucone dość szeroko po niezbyt gęstym lesie iglastym, nikt tu sobie nie przeszkadza, praktycznie nie odczuwa obecności innych gości ośrodka. Na wodzie jeszcze znajdują się takie domki-baryłki. To raczej opcja na jedną noc, w ciepłym sezonie. Do tego ośrodek ma swoje molo, swoją plażę z różnymi udogodnieniami i kilka pływających obiektów: pływającą platformę z zadaszeniem do organizacji imprez integracyjnych na wodzie, mniejszą platformę – doskonałą dla nurków, pływającą Saunę Fińską…

W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Foto: kubaCE

Sam estoński kamieniołom doskonale łączy walory wapiennego wyrobiska (wapienna skała jest naturalnym filtrem do wody, to gwarantuje krystaliczną wręcz wizurę) i naturalnego zbiornika pełnego roślinności i zwierzyny podwodnej, do tego zalane budynki „gułagu”, mur więzienny, wielkie maszyny wydobywcze. To wszystko w jednym miejscu. A jak komu mało, zawsze może wyskoczyć na bałtyckie wraki z estońskiego wybrzeża – a jest co zaliczać. Do tego koniecznie trzeba skoczyć choć na jeden dzień do Tallina, przejść tallińską starówkę, obowiązkowo zwiedzić wystawę estońskiego muzeum morskiego, gdzie do odkrycia czekają na nas: Lembit – estoński okręt podwodny z czasów IIWŚ wystawiony w głównym hangarze muzeum, do zwiedzenia z dołu, z góry i w środku; Suur Toll – przepiękny parowy lodołamacz z początków XXw, przejście przez kabiny i maszynownię pokazuje jak wspaniałą kiedyś sztuką łączącą funkcjonalność z elegancją było budowanie takich statków.
Estonia jest więc naturalnie bardzo atrakcyjnym kierunkiem podróży dla nurków z Polski. Z roku na rok obserwuję coraz większe zainteresowanie naszych klubów i szkół nurkowych tym kierunkiem i cieszy mnie, że pojawiają się kolejne wyprawy grup zorganizowanych jak i pojedynczych nurków.

Baraki. Foto: kubaCE

Estonia leży stosunkowo blisko, wystarczy pokonać niecałe tysiąc kilometrów, przejechać granice Litwy, Łotwy i jesteśmy w Estonii. W państwie, które kiedyś wydawało mi się totalną egzotyką z bloku wschodniego, wciąż odczuwającą skutki tkwienia w Związku Radzieckim. Niczym opad radioaktywny i wysokie stężenie promieniowania, w oczach świata zły pierwiastek ZSSR trwale „skaził” tą część świata. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy tu dojechałem po raz pierwszy, w 2016r. Owszem, ślady „promieniowania ZSSR” są, ale Estończycy mają wyraźnie przedsiębiorczość i upór Skandynawów. Wykonali więc kawał dobrej roboty by ich świat bardziej przypominał Szwecję, niż państwo byłego bloku komunistycznego. Widać to zwłaszcza w większych aglomeracjach lub bardziej atrakcyjnych turystycznie częściach kraju.
Ostatnia wyprawa wybitnie pokazała, że czas nie stoi, że wszystko powoli się zmienia. Zacznijmy jednak od tego, że był to mój pierwszy wyjazd w okresie ciepłym, praktycznie letnim – wakacyjnym. Wyprawa wypadła w okresie Bożego Ciała, praktycznie przed samymi wakacjami. W Rummu było już bardzo ciepło i widać było, że woda już przyciągała letnich amatorów sportów wodnych. Efekt taki, że najchętniej odwiedzane przez nurków budynki nie mogły pochwalić się dobrą widocznością. To bezpośredni kontakt z lokalną plażą powoduje, że ta atrakcja Rummu najlepiej się prezentuje po sezonie letnim. Trzeba pamiętać, że jest to płytkie miejsce. Głębokość nurkowania nie przekracza pięciu metrów. Często poruszamy się na głębokości dwóch metrów. Ruchy wody powodują wzbudzenie dennej warstwy osadu.
Jednak już wystarczyło odpłynąć od budynków i zwiedzać okolice Muru i Lasu – tam już widoczność była dużo lepsza, a miejsca te również są warte uwagi. Jak zwykle dałem grupie czas na pokręcenie się w tym miejscu. Wszyscy rozpłynęli się na różne strony i nie chcieli wracać. Musiałem ich zaganiać i przypomnieć, że mamy jeszcze do odwiedzenia inne lokacje tego dnia.

Rummu pieszo. Foto: kubaCE

Dla mnie największym zaskoczeniem były zmiany w części zamkniętej wybrzeża, gdzie wygrodzony teren byłego więzienia został sprzedany prywatnej firmie. Właściciel terenu (według lokalnych plotek to także ostatni kierownik tej placówki za czasów jej funkcjonowania) wreszcie otworzył się na przemysł turystyczny i zrobił drogę dojazdową nad wodę (ale dalej z szlabanem i – obowiązkowo – punktem poboru opłat) i zorganizował miejsce nad wodą. Na miejscu pojawiła się więc mini kawiarenka i kontener, w którym funkcjonuje jedna z tallińskich baz nurkowych. Nie jest to jednak stała baza, otwierana jest tylko wtedy, gdy mają umówionych klientów (zajrzyjcie na rummu.eu w celu kontaktu). Stałej bazy z ładowaniem butli nie ma wciąż na miejscu.
Naszą wyprawę nurkową najlepiej planować w okresie omijającym wakacje. Zagwarantuje to nam: względny spokój nad wodą, lepszą wizurę, lepsze ceny, zerową albo mniejszą obecność wszelkich latających insektów i zbiornik praktycznie na wyłączność. Tak, to kolejny element, który zaskoczył mnie na tej wyprawie. Rummu odbierałem zawsze jako miejsce względnie odludne, by nie powiedzieć, że wyłączone z cywilizacji. Nad wodą mamy tylko mały ośrodek Paekalda Puhkekeskus (Holiday Center – miejsce, gdzie zawsze nocujemy) i wioskę czy raczej osiedle Rummu, która jest pamiątką po funkcjonującym więzieniu. Wyraźnie widać, że to w zasadzie tylko grupa bloków powstała by pracownicy więzienia i ich rodziny miały gdzie spać. Oczywiście jest jeszcze teren ogrodzony, ostatnia „sucha” pamiątka po więzieniu. Poza tym dookoła żadnych zabudowań, tylko skaliste wybrzeże akwenu, częściowo zalesione. Żeby kogoś spotkać na nabrzeżu, a już na wodzie? Bardzo, bardzo rzadko widziałem pojedyncze auta nurków czy innych amatorów wypoczynku nad/pod wodą. W czerwcu jednak linia brzegowa tętniła życiem, auta podjeżdżały gdzie tylko mogły. Spotykaliśmy freediverów na środku akwenu. Przy budynkach i na plaży zawsze jacyś ludzie i ruch w wodzie (co się przełożyło na wizurę w tym miejscu). To dla mnie kolejny sygnał, że Rummu smakuje najlepiej w okresach posezonowych.
Trzeba pamiętać, że sami Estończycy wciąż wyraźnie jednak inaczej podchodzą do nurkowania w Rummu. Gdyby Rummu było na terenie polskim, już mielibyśmy tam drugi Zakrzówek, albo i lepiej – kilka baz nurkowych, wypożyczalnię rowerków (roweryków) wodnych i tym podobne. Nad Rummu jednak póki co panuje względny spokój i dobitny brak przynajmniej szczątkowej infrastruktury nawodnej. Reelika, właścicielka ośrodka Paekalda stawia na sporty nawodne, na szczęście raczej te ciche, bliższe naturze – pływanie SUPami, pływające platformy, pływająca sauna (szaleństwo typowe dla Skandynawów). To, co wyrosło przy budynkach, to dopiero zapowiedź zmian, ale czy prędkich? Czy Estończycy nie widzą potencjału miejsca by postawić tu solidną bazę całoroczną, albo przynajmniej działającą regularnie w sezonie? Tak więc przybywającym tu rodakom zalecam – przywoźcie cały swój sprzęt, ładowanie można ogarnąć w Tallinie, nie jest to w końcu daleko. Najlepsze nurkowania niestety tylko z wody. Z brzegu od biedy da się obskoczyć kilka atrakcji, a najlepiej na skuterach podwodnych. Jednak by zaliczyć wszystko, warto uzbierać grupkę i gotówkę na pożyczenie platformy, którą można zaliczyć wszystkie najlepsze miejscówki Rummu.
Opisywałem już nurkowania we wszystkich w zasadzie miejscówkach nurkowych w zbiorniku, więc tym razem pozwolę sobie nie opisywać przebiegu poszczególnych nurkowań tylko skupię się na przeglądzie miejscówek w oparciu o najnowsze obserwacje w ramach nurkowań wykonanych w 2019 roku.

Foto: kubaCE

Mur i budynki – możliwość nurkowania z brzegu, głębokości rzędu 5-7m. Widoczność przed i po sezonie doskonała, słaba w okresie letnim. W tym roku doszło obojkowanie regionu. Właściciel wyznaczył teren, w którym obowiązują opłaty za nurkowanie, czy w ogóle korzystanie z tej przestrzeni. Do roku 2020 koszt wynosił 10 Euro za dzień nurkowania. Pod wodą mamy kilka ciekawych miejsc do odwiedzenia. Płytkie budynki przy samej plaży z charakterystycznym wysokim budynkiem wystającym z wody – tutaj fajnie wystawić wodę z głowy i obejrzeć też, co dzieje się nad wodą. W 2019 pojawiły się kraty broniące dostępu chyba raczej pływakom niż nurkom. Niestety, w czerwcu tragiczna wizura. Przepłynęliśmy przez te budynki, znowu podziwialiśmy oczka siarkowodoru wewnątrz dużego budynku. Tutaj znajdują się „obeliski”, niektóre stoją, inne są już przewrócone – betonowe słupy tworzą ciekawy krajobraz tego miejsca. Stąd możemy nawigować na dalsze budynki lub na mur. Dalsze budynki są schowane pod wodą, choć ich dachy znajdują się ledwie pod taflą wody. To w zasadzie trzy pomieszczenia, gdzie można znaleźć nawet resztki narzędzi i umeblowania. Tutaj fajnie pokombinować z nawigacją przepływając z różnych stron te same pomieszczenia i przejścia między nimi. Przy jednym z wąskich wejść obalony obelisk. W tym miejscu idzie poręczówka prowadząca do muru, w okolice bramy. Mur to w zasadzie samodzielna atrakcja, warto przepłynąć z jego jednej i drugiej strony przez całą długość zbiornika. W tym miejscu zbiornik jest dość wąski, więc wycieczka nie trwa długo. Z jednej strony znajdziemy „Magiczny Las”, który warto zostawić sobie na koniec nurkowania by tu po prostu się pokręcić bez konkretnego celu, zagubić się w lesie i poczuć jego magię: mroczne oczka siarkowodoru, porzucone rzeczy i smutno zwieszone gałęzie drzew. Z drugiej strony mamy bramę i mały magazynek z otwartym włazem w dachu. Da się tędy przepłynąć, choć magazynek jest dość wąski i ciemny, ale wypłynięcie włazem dostarcza przyjemnej adrenalinki. Do tego z obu stron metalowe schody, wdzięczny obiekt do pozowanych zdjęć. Mur,  sporo lamp więziennych już niestety zniszczonych, ale magia muru więziennego wciąż aktywna. Robi to piorunujące wrażenie. I mała kratowana brama też wciąż budzi emocje. My tutaj nadpływamy platformą, kotwiczymy przy murze i stąd rozpoczynamy zwiedzanie: kawałek muru, budynki dalsze i budynki przy plaży, potem powrót do muru i zwiedzanie jego obu stron, na koniec magiczny las.

Foto: kubaCE

Stacja pomp. Z brzegu niedostępna, choć znajduje się zaraz przy nim, jest to jednak dzika część brzegu, gdzie można jedynie dojść na piechotę. Głębokość do 14m. Widoczność przez cały rok przynajmniej dobra, albo rewelacyjna. Miejsce jest jednak zacienione (albo ja mam szczęście zawsze tu nurkować, kiedy słońce nie operuje). Jeden wysoki budynek – wieża. Kapitalne, klimatyczne pomieszczenie górne z jakimś kotłem i instalacjami hydraulicznymi. Do tego dwa baraki, w tym jeden w zasadzie w kompletnej ruinie. To raczej miejsce na krótkiego nurka, do 30 minut maksymalnie. Stajemy platformą tuż nad budynkiem, najpierw zwiedzanie pomieszczenia górnego, potem zanurzenie do najgłębszego miejsca i szukanie głębokości, potem okrążamy zabudowania i zwiedzamy pozostałości zabudowy rozrzucone dookoła.

Foto: kubaCE

Baraki.  Do osiągnięcia z brzegu, ale zdecydowanie prościej z pływającej platformy. Baraki znajdują się praktycznie na środku zbiornika. Głębokości rzędu 8-9m. W tym roku kapitalna wizura i jedno z lepszych nurkowań. Przede wszystkim pojawiły się poręczówki, które prowadzą do wszystkich atrakcji, do tego tablice informacyjne z dokładnym planem miejsca i orientacją dla nurka. Coś kapitalnego! Fundamenty ceglanych budynków plus lekkie budynki, część to bodajże wagony kolejowe. Ustawione w równych rzędach, raczej nie do eksploracji wewnątrz, tylko do zaglądania przez okienka. Szukamy takich sprzętów jak: biurko z imadłem, kasy pancernej, krzesła ustawionego na dachu jednego z baraków, do tego w jednym z baraków pod sufitem unoszą się „skupiska” żarówek.

Foto: kubaCE

Machiny (drill machine) – raczej tylko z łodzi, z brzegu daleko. Głębokość 10m. Wizura zawsze dobra. To miejsce odkrywałem stopniowo. Za pierwszym razem dotarliśmy tutaj z brzegu, ale płynie się długo, poręczówki były pozrywane (dodatkowo sporo poręczówek rozłożonych równolegle i kończących się nagle – to chyba lokalny poligon do ćwiczenia poręczowania) – nie polecam płynięcia z brzegu. Najpierw odkryliśmy jedną maszynę, dokładnie ją zwiedziliśmy, potem, na kolejnym wyjeździe, udało się dopłynąć do drugiej. W ostatnim roku okazało się, że jak już dopłyniemy do jednej maszyny to warto zrobić koło poręczówką idącą od jednej maszyny do drugiej, a potem kolejnej. Maszyny są gigantyczne, takie jak nasze jaworzyńskie koparki. Odległości między maszynami spore, ale warto się poświęcić. Widoki imponujące. To mechaniczne potwory, które przycupnęły tu kiedyś, zapadły w wieczny sen i nawet nie poczuły kiedy znalazły się pod wodą.

Foto: kubaCE

Brzeg przy psiej budzie. Miejsce dostępne z brzegu. Można zaparkować praktycznie nad samą wodą. Wejście po skalistych półkach i schodkach już dostarcza frajdy. Głębokości rzędu 10m. Wizura zawsze dobra. Po zanurzeniu odkrywamy, że to taki lokalny Zakrzówek. Skaliste ściany, rumowiska skał, głazy. Do tego „artystyczna instalacja” lokalnych nurków. Psia buda z miską, jakieś choinki i inne dziwne artefakty. Można stąd rozpocząć długą wycieczkę na machiny. Przyroda w tym miejscu raczej uboga i praktycznie brak życia. Dobre miejsce na roznurkowanie.

Foto: kubaCE

Brzeg przy ośrodku Paekalda. Dostępna z brzegu. Głębokości od 2-3m do 10m. Wizura – przy samym brzegu potrafi pojawić się mleczna zawiesina, ale dalej praktycznie zawsze doskonała widoczność. Moja ulubiona miejscówka na nurkowanie podwieczorne lub nocne. Zależnie od wybranej drogi możemy zaliczyć nurkowanie w kamieniołomie, lub typową przyrodniczą wycieczkę wzdłuż brzegu, pełną spotkań zwierząt i odkrywania różnych ciekawych przedstawicieli i pomników flory. Ja proponuję najpierw odpłynąć od brzegu, na wprost, w stronę środka jeziora. Początkowo płytka płaszczyzna dna zniknie i zacznie się kamieniołom. Popłyńmy najpierw kawałek w prawo, potem zawróćmy i płyńmy w drugą stronę cały czas trzymając się urwiska. Meandrujmy po kolejnych stanowiskach wydobywczych. Odnajdziemy podwodne góry, spotkamy raki, odpoczywające w zakamarkach okonie. Dopłyniemy w końcu do linii brzegowej, gdzie możemy jeszcze kawalątek płynąć na jezioro a potem zawrócić do punktu startowego. Tutaj linia brzegowa bogata jest w roślinność, życie kwitnie, spotkamy ławice młodych rybek, dość normalnym zjawiskiem są też szczupaki. Dopłyńmy z powrotem do pomostów ośrodka i pokręćmy się jeszcze wzdłuż brzegu. Szuwary, roślinność wypiętrzająca, pojedyncze drzewka – to doskonałe miejsca do poszukiwań flory i do fotografii podwodnej.
Mój dobry znajomy, Tago Moldau, właściciel tallińskiego centrum nurkowego Maremark podsunął mi ostatnio ich prywatne mapy zbiornika. Atrakcji w zbiorniku jest jeszcze całkiem sporo, jest co odkrywać na kolejnych wyjazdach. Będę dalej eksplorować Rummu i mam nadzieję przywieźć kolejne estońskie opowieści. Zainteresowani mogą próbować kontaktować się z Tago poprzez stronę centrum nurkowego Maremark. Tago mieszka niedaleko zbiornika (wioska obok) i ma sprężarkę na swojej posesji.
Okolice zbiornika warte są zwiedzania pieszego lub rowerowego (przez ośrodek przebiega jeden z lokalnych szlaków rowerowych). Mi udało się odbyć całkiem porządny spacer z ośrodka ulokowanego na wschodnim końcu aż do zachodniego krańca, gdzie znajdują się największe atrakcje zbiornika. Ścieżki idą często nad samą wodą, jest to okazja do wykonania fantastycznych zdjęć. Można też kontynuować spacer i dojść na górę popielną (lokalni tłumaczą nazwę góry na angielskie „Ash Mountain”), którą tworzy wydobyty z kamieniołomu piach i drobne kamienie. Widok z góry jest spektakularny.

Magiczny Las. Foto: kubaCE

Ciekawostka na koniec. Białe noce w Rummu można zaliczyć właśnie w czerwcu, kiedy słońce chowa się za horyzontem gdzieś w okolicach północy, ale widno jest do drugiej w nocy przynajmniej. Straszna rzecz dla dyscypliny. Towarzystwo nie chodziło wcześnie spać i ciężko było potem zbierać się i pozostałych na nurkowania przed południem. Zwłaszcza, że ośrodek Paekalda to fantastyczne miejsce do odpoczynku i integracji, więc nie należy się dziwić, że czasem ochota do eksploracji zbiornika przegrywa z ochotą do zwykłego odpoczynku, lenistwa i siedzenia przed domkiem, śledzenia zachodzącego słońca, czy siedzenia w saunie.
Ja będę organizować wyprawy, póki mi sił starczy, każdego roku. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.
Umieszczę praktyczne informacje na temat podróży do Rummu na stronie swojego klubu:

Estonia – nurkowanie i nie tylko


Jestem zawsze chętny by dopomóc w organizacji wyjazdów samodzielnych i grupowych.

Piszcie do mnie na mejla: szkola@nurkolog.pl lub kuba@nurklub.pl .

 

Lembit. Muzeum Morskie w Tallinie. Foto: kubaCE
Machiny. Foto: kubaCE
Platforma. Foto: kubaCE
Białe noce. Foto: kubaCE

Rummu – Wielki Powrót

Powrót do Rummu

(Artykuł w oryginalnej wersji pojawił się w numerze 12/2017 Nuras.info, tutaj macie jego rozszerzoną wersję)

Pierwszy nur na mur

Poranek pochmurny, ale ciepły. Po pięciu godzinach snu wstajemy w ostatniej chwili przed umówioną godziną zaokrętowania na naszą pływającą nurkową platformę. Wrzucamy w pośpiechu jedzenie do żołądków, kilka łyków kawy i sprzęt na tratwę. Witam się ze znanym mi już z wcześniejszej wyprawy Śpiącym Kapitanem, który braki w angielskim nadrabia dobrym humorem i pozytywnym podejściem. Wymownie pytające oczy kapitana – dokąd płyniemy? Odpowiadam „gate”. Wypływamy. Czemu Śpiący Kapitan? Na ostatniej wyprawie zapamiętaliśmy go wszyscy z niesamowitej umiejętności zasypiania w każdym momencie, w którym tylko nie był potrzebny. Ładowaliśmy się na tratwę – spał. Dopłynęliśmy na miejsce nurkowania – od razu poszedł spać. Gość wyraźnie odsypiał kilka nieprzespanych nocy. Teraz wyraźnie brak snu mu nie dokuczał. Płyniemy na Mur, do słynnej Bramy. Spektakularny bajzel pięknie skomponowany z porozrzucanego po całym pokładzie sprzętu nurkowego powoli zamienia się w nieźle zorganizowane sterty osobistych zestawów do nurkowania. Zbliżając się do miejsca nurkowania nie tracimy żadnej minuty skręcając sprzęt, przygotowując skafandry, sprawdzając kamery i światło. Kiedy kapitan cumuje platformę do bojki, jesteśmy praktycznie gotowi. Szybkie omówienie nurkowania, sprzęt na grzbiet i wskakuję do wody. Czekając na pozostałych na platformie nurków filmuję budynki widoczne przy plaży i zaglądam pod wodę. Wizura jest boska, jest dobrze. Serce bije szybciej. W końcu ludzie są w wodzie i sygnalizują gotowość do zanurzenia. Inflatory w górę, powietrze ucieka z worków, świat nawodny unosi się w górę, zanurzamy się w estoński przestwór królestwa Rummu. Prowadzę wycieczkę wzdłuż Muru przecinającego całą szerokość akwenu. Ryby umykają przed nami, nie ma ich dużo, ale jednak jest lepiej niż poprzednim razem na wiosnę, wtedy jedyne pojedyncze sztuki okonków widziałem tylko na nocnym nurkowaniu. Dopływamy do brzegu, widzimy wspinające się stromo schody, prowadzące na powierzchnię zbiornika, przelatujemy nad Murem na drugą stronę i wracamy w stronę tratwy. Mijamy zamontowane na murze duże lampy, część z nich oderwała jakaś niewidzialna siła i zrzuciła je z Muru. Ciekawe, byłem pewien, że większość z nich ostatnio była na Murze. Działanie sił natury czy brak rozwagi pływających na powierzchni? Docieramy do bramy, która teraz jest ukryta w cieniu naszej platformy. To jest wizytówka Rummu. Każdy odwiedzający to miejsce musi choć raz przepłynąć przez uchylone kratowane wrota więzienia. Kiedyś tędy wchodzili i wychodzili pracownicy kamieniołomu i więzienia. Teraz my unosząc się dwa metry nad dnem przemykamy zwinnie i lekko. Potem meandrujemy do najbliższego budynku, do którego wpływamy od strony powalonego słupa, który za każdym razem bardzo kojarzy mi się z egipskim obeliskiem. Zaglądamy w zacienione, ale duże pomieszczenia. Pamiętam ich układ dość dobrze, nieco zazdroszczę mym współnurkom. Zazdroszczę uczucia ekscytacji pierwszej wizyty w tym miejscu, pamiętam jak ja cieszyłem się jak małe dziecko, które dostało najfajniejszą zabawkę, jaką mogło sobie wymarzyć. Pamiętam, że chichotałem do automatu. Teraz jestem lekko zawiedziony, że nie towarzyszy mi już to uczucie. Teraz czuję się jakbym wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Niby wszystko pamiętam, ale wyłapuję szczegóły, których nie pamiętałem. I przede wszystkim skala. Mam wrażenie, że wszystko było większe i rozleglejsze. Wracamy na platformę. Mamy jeszcze sporo czasu z zarezerwowanych trzech godzin pływania platformą po zbiorniku Rummu, w butlach sporo wiatru, pomimo że pod wodą spędziliśmy dobre czterdzieści pięć minut. Ja już mam w głowie plan na kolejne nurkowanie: na stację pomp – oznajmiam kapitanowi.

Estonia to niewielki kraj leżący na dalekiej północy za Litwą i Łotwą. Niegdysiejsza republika Związku Radzieckiego poza odciśniętą mocno w zurbanizowanych krajobrazach socrealistyczną szarością w niczym nie daje się poznać jako kraj byłego ZSRR. Estoński język należy do grupy ugrofińskiej, uległ bardziej wpływom niemieckim, niż ruskim, Estończycy nie posługują się cyrylicą, zatem mijając kolejne znaki informacyjne i reklamy, utwierdzamy się w przekonaniu, że gdzieś zaspaliśmy i zapędziło nas za morze bałtyckie. Mamy cały czas przekonanie, że jesteśmy już na półwyspie skandynawskim. Widać, że kulturowe wpływy skandynawskie coraz silniej wypierają brzydotę socrealu zamieniając ten kawałek świata w coraz ładniejsze miejsce. Nie żebym specjalnie dużo miał okazji do rozmów z samymi Estończykami, ale na tej ograniczonej podstawie mogę powiedzieć, że są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, skorzy do pomocy i gościnni, choć może delikatnie zdystansowani. W komunikacji stawiałem na język angielski uznając, że rosyjski będzie raczej słabym pomysłem. Zaskakująco często rozmówcy mówili po angielsku albo bardzo słabo, albo w ogóle, co w komunikacji im w ogóle nie przeszkadzało i za każdym razem znajdowaliśmy wspólny język. Estonia przez moment była także zjednoczona z Polską, ale poza tym epizodem nasze ścieżki na drodze historii raczej się nie spotykały zbyt często. Można jeszcze wspomnieć ostatni znaczący incydent – internowanie okrętu i załogi ORP Orzeł w trakcie II Wojny Światowej. Ogólnie historii Estończycy łatwej nie mieli. Praktycznie cały czas tereny obecnej Estonii znajdowały się pod wpływem lub rządami niemieckimi, zdarzały się „przyjacielskie” wizyty Szwedów. Potem to całe zamieszanie z ZSRR, z komunizmem, stalinizmem i innymi izmami, które próbowały wytrzeć gumką narodową tożsamość Estończyków i zastąpić ją czymś o wiele ciekawszym. Estonia to jednak przetrwała i ma się całkiem dobrze. Widać to chociażby po ośrodku wypoczynkowym, który znajduje się nad zbiornikiem Rummu i który drugi raz posłużył mi za mój dom w trakcie estońskich eksploracji. Paekalda Puhkekeskus – nazwa dla Polaka jest zdecydowanie epickim wyzwaniem dla języka i znakomitym treningiem dla pamięci, a za nią kryje się mini osada złożona z prostych chałup typu fińskiego usytuowanych tuż nad brzegiem Rummu. Zaczynając od największego Domu nad Jeziorem, po drodze mając dwa Domki Myśliwskie i kończąc na trzech Chatach Rybaków mamy niezbyt gęsto zabudowany kompleks drewnianych domków schowanych w niezbyt gęstym lesie. O oddaleniu od cywilizacji może mówić dźwięk pracującego spalinowego generatora prądu. Wszystkie domy wyposażone w aneks kuchenny, jadalnię, łazienkę i antresolę z łóżkami. Te większe mają jeszcze sauny. Wszystko wykonane i umeblowane w uroczym, surowym, skandynawskim stylu. Miejsce takie, że od razu chcesz pod kominkiem postawić swoje buty, poprosić tutaj o azyl i dożyć sędziwej starości rozkoszując się smakiem gloggu ze szklanki prosto z Ikei. Posiłki najlepiej jest przyrządzać sobie samemu na miejscu, kuchnia jest dobrze wyposażona, do tego przy każdym domku ustawiony jest duży grill i jest kilka stanowisk do rozpalania ogniska. Dla leniuszków są restauracje, choć te znajdują się w sporej odległości, nam bardzo podeszła kuchnia serwowana przez rosyjskich Estończyków w nadmorskim Paldiski, w tawernie Peetri Toll. Jest jeszcze opcja dowozu cateringu (bardzo smaczne dania z grilla, zwłaszcza wyborny łosoś).

Drugi nur do stacji rur (pomp)

Zeskakujemy do wody w drugiej lokacji, jesteśmy w najgłębszej części zbiornika. Na dole szalone trzynaście metrów i to raczej w jednym miejscu z komputerem wsadzonym po łokieć w dno. Stoi tu samotny budynek, dość wysoki i zwarty. W nim właśnie pracowały pompy osuszające teren. Budynek jest na tyle wysoki, że jego zadaszenie znajduje się niemal pod taflą wody. Brakuje sporej części dachu, co daje szansę nurkom zajrzeć do górnych pomieszczeń budynku. Zaglądamy więc do nich, a ja ze zdumieniem odkrywam, że moja dziurawa pamięć umiejscowiła te wnętrza w kompletnie innym budynku w innej części akwenu. Zaraz potem okrążamy budynek i zaliczamy najniższy punkt akwenu, potem meandrujemy wzdłuż baraku pozbawionego dachu i resztek porozrzucanej tu i ówdzie infrastruktury kompleksu. Przewrócony zbiornik, którego cztery łapy podstawy wskazują teraz niebo, taboret, na którym jakiś żartowniś ustawił starą żeliwną patelnię, schody wokół budynku. Moje pierwsze nurkowanie w tym miejscu zostawiło we mnie odczucie zawodu. Jednak poprzednim razem byłem po pierwszym nurkowaniu przy murze i bliskich budynkach, na pierwszym nurkowaniu słońce pięknie doświetlało wszystkie atrakcje, a na nurkowanie przy pompowni nadeszła nad nas chmura. W dodatku byłem nurkiem zamykającym grupę i oglądałem głównie tumany wznoszonych osadów z dna. Tym razem doceniałem każdy element tej atrakcji nurkowej Rummu i cieszyłem się, że tu wróciłem by móc odczuć jego tajemniczy urok pełnym sercem. Zaznaczam jednak, że na to miejsce nie potrzeba przeznaczać więcej czasu jak jakieś trzydzieści minut nurkowania: krótka wycieczka do wnętrza budynku, potem raz go opłynąć, odpłynąć do pobliskiego baraku i w zasadzie to tyle.

Powrót do Rummu zaplanowałem na październik chcąc uniknąć wakacyjnych tłumów, letniej okupacji owadów latających a jednak mając nadzieję na zapoznanie się z lokalną podwodną fauną, której na wiosnę dwa lata wcześniej nie uświadczyłem specjalnie. Plan na wyjazd był praktycznie taki sam, dwa dni nurkowań w Rummu, trzeci dzień rekreacyjno turystyczny – spacery po okolicy i wizyta w Tallinie, opcjonalnie dodatkowe nurkowania. Okazało się to bardzo szczęśliwym układem, który zaowocował dwoma dniami bardzo intensywnych nurkowań, które przed południem wykonywaliśmy z pływającej platformy, a po południu albo nurkowaliśmy z naszego brzegu, albo po podjechaniu autami na drugą stronę. Miałem małego lenia i po cichu liczyłem, że grupa nie będzie miała ochoty na wyprawę do Tallina. Uczestnicy jednak jednogłośnie zdecydowali, że musimy tam jechać i znowu tego nie żałowałem mogąc odkryć nowe rzeczy. Po pierwsze, jadąc  do Tallina zaplanowałem dłuższą, krajobrazopoznawczą trasę wzdłuż wybrzeża bałtyckiego. Po drugie, odkryłem kolejne ciekawe uliczki prowadzące przez tallińską starówkę. Sama starówka jest wizytówką stolicy Estonii. Okazała, autentyczna, ładnie położona na wzgórzu, jednak niezbyt nerwowym spacerkiem jesteśmy w stanie obejść ją dość dokładnie w ciągu dwóch godzin. Warto z pewnością zajrzeć do Soboru św. Aleksandra Newskiego, pomeandrować wąskimi uliczkami na szczycie starówki, obejrzeć panoramę nabrzeża ze wzgórza starego miasta i koniecznie zajrzeć do uliczki idącej w cieniu wysokich murów miejskich.

Trzeci nur – nocny nur

Po pierwszych nurkach uszła z nas totalnie para. Choć plany były ambitne i zakładały rychłego nurka z brzegu, odezwało się w nas zmęczenie długą podróżą, krótką nocą (dojechaliśmy na czwartą rano, a tratwę mieliśmy umówioną na godzinę dziesiątą) i zbytnim skondensowaniem zbyt czystego powietrza. Odbębniliśmy więc w pełni zasłużoną sjestę i ostatnie nurkowanie dnia zaplanowaliśmy jako nocne z naszego pomostu. Dno w tym miejscu idzie w głąb akwenu płasko jakieś kilkanaście metrów, potem gwałtownie się urywa i opadamy na głębokość dziesięciu metrów. Z tego miejsca zapamiętałem ciekawy efekt przypominający haloklinę – na wiosnę woda Rummu przy naszym brzegu miała stałą tendencję do „mleczenia” w miarę upływu dnia. Do południa woda była czysta jak łza, później robiła się coraz bardziej mleczna. Pod wodą okazało się wtedy, że ta zawiesina wapienna utrzymuje się tylko w górnej warstwie wody, a przy dnie dalej jest przejrzysta. W październiku efektu tego nie uświadczyliśmy. Woda przez cały dzień odznaczała się znakomitą przejrzystością, a my po zejściu wzdłuż ściany kamieniołomu zaczęliśmy płynąć na wschód przeskakując kolejne małe zatoczki przedzielane równo usypanymi głazami. Pod wodą królowały szczupaki, nie brakowało okoni, spotkaliśmy też kilka raków. Fajnie było obejrzeć więcej życia, którego mi dotąd brakowało w Rummu, jednak tak naprawdę w świetle naszych latarek najwięcej wdzięku roztoczyły przed nami krajobrazy skomponowane przez ukształtowanie dna i przedstawicieli estońskiej flory podwodnej.

Rummu jako więzienie zaczęło funkcjonować w roku 1938, gdzie zgodnie z planem miało pracować czterystu skazanych. Aż do 1960 większość budynków w tym miejscu była drewniana, dopiero w latach 60-80 rozpoczęła się modernizacja budynków zgodnie z przyjętymi w ZSSR wytycznymi. Rummu nie miało być zwykłym miejscem osadzenia, w roku 1868 uruchomiono na terenie więzienia szkołę zawodową, z kolei w roku 2004 ośrodek przekształcono w więzienie otwarte – o złagodzonym rygorze. W okresie uzyskania niepodległości przez Estonię spadło zapotrzebowanie na wapień i wtedy też zapadła decyzja o wyłączeniu części pomp. Woda podeszła tak szybko, że nie zdążono ewakuować większości maszyn z północnej części zbiornika. Później, jak już więzienie przeszło kolejne zmiany i zaprzestano wydobycia wapienia, wyłączono ostatnie pompy i wody zajęły cały teren obecnego zbiornika, łącznie z częścią za murem, w ten sposób znane dziś nurkom budynki znalazły się pod wodą. Więzienie ostatecznie zamknięto w roku 2012, a jego tereny sprzedano prywatnemu właścicielowi, którego tereny dalej są ogrodzone wysokimi murami, a za nimi widać sporo wojskowego sprzętu. Właściciel stara się kontrolować też teren plaży blisko budynków wystających z wody i położonej u stóp górującego nad zbiornikiem wzgórza, choć obszar ten znajduje się poza murami jego działki. W lecie plaża zmienia się w dzikie kąpielisko i dochodzi w tym miejscu do wypadków, którym ulegają wspinający się na budynki. Stąd właściciel robi wszystko by odstraszyć wszystkich z tego regionu. Trzeba sobie uświadomić, że najbardziej popularne miejsce nurkowe znajduje się na jego terenie i właściciel winszuje sobie z tego tytułu opłatę za nurkowanie. Coś koło 10 Euro od nurka.

Nowy dzień mieni się słońcem

Drugi dzień planowanych nurkowań zaczęliśmy od powrotu tratwą do Muru i do najbardziej spektakularnego budynku w Rummu. Tym razem pogoda nam bardzo dopisała, na niebie nie było żadnej chmury, tafla wody była idealnie płaska, słońce ozdabiało nieboskłon swoimi ciepłymi promieniami gwarantując fantazyjną grę świateł i cieni w szkieletowej strukturze największego budynku znajdującego się bardzo blisko plaży. Tratwa zacumowała tuż przy Murze, a my zaraz po zanurkowaniu zaczęliśmy płynąć w stronę płycizny, gdzie znajdował się nasz cel. Po drodze przecięliśmy mały budynek, który zwiedziliśmy dzień wcześniej, tym razem nie poświęcając mu większej uwagi. Między budynkami jest spora odległość, nawet pomimo dobrej widoczności nie mogłem dostrzec naszego docelowego punktu po wypłynięciu z małego budynku. Płynąłem więc na określony azymut mając nadzieję, że nie przestrzelę z nawigacją. Robiło się coraz płycej, a budynku nie było widać. Nie zapamiętałem dobrze z poprzedniej wizyty w Rummu czy była znacząca różnica w głębokości pomiędzy budynkami, więc drastyczny spadek głębokości wzbudzał we mnie niepokój, że jednak pokićkałem nawigację. A tu proszę! Nagle przed nami zamajaczyły majestatyczne kolumny filarów. Widząc je wyłaniające się z mgły znowu miałem skojarzenia z Egiptem. Sceneria stwarzała wrażenie, że nie znajduję się w Estonii, ale na nieznanym nikomu stanowisku archeologicznym w dolinie Nilu. Ogromne kolumny, obeliski i zwaliste mury budynku. Ciemny prostokąt wejścia do jednego ślepego pomieszczenia, wpływamy tylko po to by zerknąć przez zakratowane okno na widok roztaczający się na zewnątrz. Wypływamy i kierujemy się do najbardziej spektakularnego punktu Rummu – otwarte wrota głównego budynku, z którego został kilkupiętrowy szkielet pozbawiony w zasadzie w całości stropów. Tutaj warto wynurzyć łeb z wody i rozejrzeć się po budynku. Przy dnie bardzo malowniczo usadowiły się pojedyncze bajorka siarkowodoru, mgiełka wypełniająca zagłębienia dodaje temu miejscu dodatkowej magii. Wypływamy drugą stroną budynku, zaglądamy na płyciznę, gdzie zalega kolejny ogromny obelisk, pod który można się nawet wcisnąć. Na koniec nurka jeszcze odwiedziny w zatopionym lesie, pełnym porozrzucanych dziwnych sprzętów, opon, podziurawionym także oczkami siarkowodoru. Wracając z Muru zahaczyliśmy na bardzo krótkie nurkowanie przy barakach, jednak tylko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to szczególnie rozległe i specjalnie atrakcyjne miejsce. Warto pokręcić się z dwadzieścia minut, opłynąć resztki murów jedynego murowanego budynku, zajrzeć do dwóch rozpadających się baraków i w zasadzie to już koniec nurka. Tym razem, zapewne z powodu braku przewodnika, nie udało mi się trafić na stół z imadłem i wydaje mi się, że gdzieś mi umknęły dwa małe baraki, zwłaszcza jeden z intrygującym podsufitowym dziełem sztuki – stertą żarówek unoszących się pod sufitem.

Kolejna wyprawa do Estonii to kolejna okazja wizyty w Tallinie. Nie ciągnęło mnie do estońskiej stolicy, ale skoro już tak daleko zajechaliśmy, grupa uznała, że bez Tallina wyprawa nie będzie kompletna. Zatem ponowny przejazd do stolicy Estonii, tym razem dłuższą, krętą drogą idącą wybrzeżem Bałtyku. Mieliśmy okazję oglądać linię brzegową estońskiego odcinka morza. Sama linia może nie jest spektakularna, jednak osady, miejscowości i miasteczka robiły wrażenie bardzo zgrabnych, eleganckich, bardziej skandynawskich niż wschodnio europejskich. Wjechaliśmy jednak do miasta, zaparkowaliśmy auto blisko starówki – nie ma się co łudzić, znalezienie bezpłatnego parkingu jest niemożliwością – zostawiliśmy więc kilka Euro w parkomacie i wybraliśmy się zwiedzać starówkę. Te same kręte uliczki, niektóre bardzo wąskie, inne szerokie – pnące się i opadające dość żwawo po wysokim wzgórzu, do tego kilka tarasów widokowych, pokazujących spektakularną panoramę Tallina. Starówka z zewnątrz robi wrażenie dużo większej od tych znanych z Polski, ale po kilku minutach spaceru nie sposób przeciąć lub wrócić do uliczki, którą już przeszliśmy. Zajrzeliśmy do Soboru św. Aleksandra Newskiego, okazałej cerkwi i zaczęliśmy schodzić główną ulicą z staromiejskiego wzgórza. I tu odkryłem kolejne magiczne miejsce, gdzie w cieniu wysokich murów okalających starówkę ulokowały się stragany pamiątkarskie. Miejsce bardzo intrygujące głównie ze względu na skalę murów, pod którymi przycupnęły małe straganiki. Po przejściu w cieniu miejskich murów wyszliśmy poza obszar starówki i ruszyliśmy z powrotem do samochodu.

Wielkie wiercące coś

Trzecie nurkowanie drugiego dnia wykonaliśmy z brzegu, z jedynego miejsca dającego szeroki i wygodny dostęp do zbiornika dla zmotoryzowanych nurków. Od północnego wschodu piaszczysta droga doprowadza auta pod sam brzeg akwenu i otwiera się na kilka miejsc dających wygodną przestrzeń do sklarowania sprzętu i wskoku do wody. Stąd można wyruszyć po poręczówkach prowadzących do znacznie oddalonych od brzegu maszyn zalegających w zbiorniku. Poręczówki potrafią znikać, mylić kierunki, chyba część została zerwana, albo ktoś równolegle poprowadził jakieś ćwiczebne poręczówki, ja więc wolałem ufać bardziej kompasowi niż poręczówkom, co okazało się dla nas zbawienne. Dwanaście litrów pojemności butli to jednak może być ciut za mało dla niektórych wybierających to miejsce – płynięcie do maszyn zajmuje sporo czasu. W końcu jednak dopływamy do skrzyżowania poręczówek i wybieramy prawą odnogę, która po chwili doprowadza nas do „Drilling Machine” – nie wiem, co to było, ale było wielkie. Większe niż nasze koparki z Jaworzna. Kawał stalowego bydlaka, tytan, potwór – Wielki Przedwieczny spoczywający w letargu w głębinach Rummu. Klocowata gigantomachina jest pozbawiona zębów: swojej broni, ogołocona z wielkiego wiertła, porzucona po środku akwenu budzi mieszane emocje. Buduje respekt swoją skalą, wzbudza litość swym kalectwem i osamotnieniem. Choć wszyscy już są na powietrzu przewidzianym na powrót, spędzamy dodatkowe minuty sycąc się widokiem i eksplorując ten pomnik ludzkiej myśli inżynieryjnej z minionej epoki. Wracamy na oparach w butlach nie żałując żądnej dodatkowej sekundy spędzonej przy kolosie.

Finalne pół dnia, pół nocy pod wodą

Ostatni dzień wyjazdu, którego większą część spędziliśmy w Tallinie, zwieńczyliśmy nurkowaniem rozpoczętym daleko przed zachodem słońca, a zakończonym już w kompletnej ćmie. Nurkowanie trwało dobrze ponad godzinę i pozwoliło nam dokładnie zwiedzić zatokę, przy której przycupnęły zabudowania domków wypoczynkowych ośrodka Paekalda. W trakcie poprzedniej wyprawy nurkowanie w zatoce poprowadziliśmy w prawo od naszego pomostu, tą samą trasę rozbudowaliśmy na nocnym nurkowaniu poprzedniego dnia. Tym razem nasza wędrówka zaplanowana była w drugą stronę zatoki. Układ dna w tym miejscu był bardzo przewidywalny. Od brzegu płaskie dno trzyma głębokość rzędu trzech metrów, potem nagle ucieka spod płetw i gwałtownie opada do około dziesięciu metrów. Czy płyniesz w lewo, czy w prawo, co chwila przecinasz kolejne grzebienie ułożonych skał i kamieni dzielących miejsce wydobycia wapienia na małe zatoczki. Płynąc w lewo minęliśmy sporo takich zatoczek zanim dopłynęliśmy do łagodnie wypłycającej się skarpy wyznaczającej linię brzegową jeziora. Krajobraz od razu wzbogacił się o roślinność przybrzeżną i ożył mnogością ławic małych rybek, oraz żerujących szczupaków. W zasadzie ta część akwenu jest najbardziej naturalnie wyglądającą częścią niegdysiejszego kamieniołomu, co bardzo przyjemnie współgra z doskonałą widocznością charakterystyczną dla wód Rummu. Chciałbym by w kilku polskich jeziorach można było czasem choć zaliczyć taką wizurę i cieszyć się panoramą bogactwa litoralu. Butle jednak mają skończoną pojemność a nasze już wskazywały nam, że warto zacząć myśleć o powrocie. To jest zawsze najmniej lubiany przeze mnie moment – ostatnie nurkowanie wyjazdu i ta chwila, kiedy wiesz, że trzeba wracać, że każda sekunda nurkowania przybliża cię do wyjścia z wody, potem tylko suszenie sprzętu, rozkręcanie go, pakowanie, samochodowa wersja bagażowego tetrisa i jazda do domu. My mieliśmy jeszcze jeden miły akcent zaplanowany na ten wyjazd, czyli pożegnalne ognisko. Najpierw oczywiście znakomita sauna, skok do wody dla najtwardszych, zasłużona kolacja i mogliśmy się rozsiąść przy przyjemnie grzejącym ogniu. Póki starczało sił i zimno nie dawało w kość, póty siedzieliśmy wedle ogniska i podsumowywaliśmy naszą estońską przygodę. Rummu pożegnało nas bardzo przyjemnym wieczorem, rozgwieżdżonym niebem i całkiem łagodnym chłodem nocy. Takie przyjemne pożegnanie z wyraźnym zaproszeniem do kolejnych wizyt w tym magicznym zakątku świata.