Archiwum kategorii: Bez kategorii

Prom Jan Heweliusz – nurkowanie z historią

Piątek, 7 lipca, 2017 rok. Kołobrzeg, godziny wieczorne.

Samochody powoli zjeżdżają się na wąską uliczkę Węgorzową. Z aut wysypują się nurkowie. Zaczynają nosić butle, balasty, obszerne torby ze skafandrami, skrzynki ze sprzętem. To tutaj do nabrzeża zacumował „Doktor Lubecki”. Mój bus zatrzymuje się za pozostałymi autami. Nie jesteśmy pierwsi, dotarliśmy jakoś krótko po 20:00, mając za sobą wyjątkowo dłużącą się podróż drogami lokalnymi. Niezależnie, czy wybrało się trasę na pomorze, czy na Poznań, dużą część trasy trzeba było pokonać ciągnąc wąskimi drogami lokalnymi aż do Kołobrzegu. Nawet teraz, pomimo rozwoju dróg ekspresowych i autostrad trasa do Kołobrzegu z Warszawy zajmuje ponad sześć godzin.

Widok naszego statku spowodował, że jakiekolwiek zmęczenie zniknęło wyparte z krwiobiegu solidnym zastrzykiem adrenaliny. O to statek, który zabierze nas na Heweliusza. Nasz morski transport. Pierwsze wrażenie to mieszanina skrajnych uczuć. Lubecki to nie wycieczkowy statek dla turystów, tylko robocza krypa dostosowana do nowych zadań.

Pokład Lubeckiego. 2021r

Lubecki.

Oparty o sprawdzony projekt z lat 60tych, kuter typu B25s, wybudowany w 1968 roku dla Morskiego Instytutu Rybołóstwa (stąd pierwsza nazwa MIR-1) w Gdyńskiej Stoczni Remontowej. W 1987r. zaadaptowany do zadań naukowo badawczych i używany długie lata przez Instytut Morski (jednym z jego kapitanów był znany mi dobrze Benedykt Hac) do badań prowadzonych na Bałtyku. W 2007r. przechodzi w prywatne ręce i używany jest do celów rekreacyjnych – głównie połowów wędkarskich i właśnie wypraw nurkowych.

Statek wygląda dokładnie na swoje lata, guzowata, nierówna blacha poszycia, którą ktoś chyba próbował dostosować do kształtu młotkiem, ozdobiona długimi rdzawymi zaciekami, pokład przystosowany do prac na morzu, a nie wylegiwania się na leżakach, wysoka na 3m nad poziom wody burta, jeszcze wyższy kasztel dziobowy i pokład rufowy ze sterówką. Kabiny ciasno zabudowane piętrowymi kojami, tu nie ma miejsca na luksusy. Jest jednak mesa, w której serwują pyszne posiłki, są toalety z umywalkami. Da się żyć, ale ma to więcej wspólnego z solidną robotą na morzu a nie rekreacją. Mi od razu udziela się ten klimat, w myślach naiwnie staję się prawdziwym wilkiem morskim. Wypływamy o północy, jeszcze wcześniej kilka ważnych informacji odnośnie ogólnej obecności na statku – w tym jakże ważne procedury awaryjne, ratunkowe – tu szalupy, takie sygnały będą nadane w przypadku konieczności opuszczenia statku, tu gromadzimy się w czasie ewakuacji. Idziemy spać kołysani przez morze i tuleni do snu równym, głośnym warkotem silników diesela.

Doktor Lubecki w 2017r

Wstajemy wcześnie, nie potrzebujemy zachęty do pobudki. Ciągłe zmiany pracy silnika oznaczające precyzyjne manewry, dzwonki na pokładzie oznajmiają, że jesteśmy na pozycji Heweliusza.

Pierwsze spotkanie z Heweliuszem.

Jest pogodny, mglisty poranek, sobota 8 lipca 2017r. Wypadam na pokład, po drodze łapiąc tylko jakąś słodką bułkę i jogurt. Porządne śniadanie będzie po pierwszym nurkowaniu. Teraz czas na zanurzenie. Wyszukuję swój sprzęt. Uprząż z automatami, workiem i butlami już zmontowana na ławce, zaształowana do relingu. Jednak worki z ocieplaczami i suchymi skafandrami tworzą malowniczy kopiec w przejściu z mesy na pokład. Do tego trzeba odnaleźć ikeowską torbę z latarkami i gopro, upewnić się, że wszystkie baterie naładowane i zamontowane, a obudowy uszczelnione. Podział nurków na zespoły, kolejność wychodzenia do wody (konieczność wykonania skoku w pełnym sprzęcie z wysokości prawie trzech metrów budzi emocje) i już można dopinać skafander, ubierać się w sprzęt.

Ciężarówki na dnie.

Skok do wody, spotkanie z partnerem, ostatnie sprawdzenie sprzętu i sygnał „zanurzamy się”. Zanurzamy się przy boi, pod którą idzie lina opustowa opadająca do wraku. Na jej końcu znajduje się prosiak – solidny ciężarek rzucony przez załogę. Powinien znajdować się przy wraku. W głowie kotłujące się myśli: czy dobrze go rzucili, czy go nie zniosło, gdzie dokładnie wypadnie nam zacząć zwiedzanie? W końcu widzę płaszczyznę. Ogromną. Czy to dno usłane muszlami omułek? Za płytko na dno. To burta Heweliusza! Jest jasno, znajdujemy się na głębokości dziesięciu metrów. Wrak leży na lewej burcie, przy dnie jest około dwadzieścia pięć metrów. Woda na odsłoniętej burcie ma niezłą przejrzystość, jednak czuć tam zawsze prąd – czasem nawet dość mocny. Jak schodzimy głębiej, chowamy się w rumowisku, prądu nie czuć, ale znajdujemy się w cieniu rzucanym przez sylwetkę wraku, jest ciemniej, mamy wrażenie słabszej wizury. Na początku długo jest trudno rozeznać się co jest czym. Jestem rozczarowany tym, że rumowisko nie wygląda tak pięknie jak na zdjęciu znalezionym w sieci. Nie jestem w stanie rozpoznać kabin ciężarówek, fragmentów wagonów ani statku. Wszystko jest wymieszaną masą tworzyw, stali, kabli, gumy i przykryta grubą warstwą muszli różnych skorupiaków.

Wpływamy do środka.

Pokład towarowy rozpadł się, rozdarty pod naporem ciężarówek i wagonów. Wszystko runęło najpierw na lewą burtę, potem na sufit, kiedy prom obrócił się do góry stępką w czasie, kiedy tonął. Dostęp do pokładu towarowego leżącego na boku Heweliusza nie nastręcza więc żadnych problemów. Do tej części można wpłynąć wyrwą po rufowej rampie załadunkowej, albo licznymi wyrwami w górnej części kadłuba. Wpływając do środka ma się wrażenie przebywania w jakiejś piekielnej katedrze. Jest dość mrocznie, ale przejrzystość wody jest zdecydowanie lepsza niż na zewnątrz. Wystarczy kilka źródeł światła, do tego w tle majaczy butelkowa zieleń toni i mamy możliwość rozejrzenia się w rumowisku wagonów i naczep. Tutaj dość szybko człowiek wyłapuje szczegóły i rozpoznaje kształty. Zwłaszcza, że plandeki TIRów wyglądają jakby zatonięcie miało miejsce kilka miesięcy temu. Napisy reklamujące firmy przewozowe i logistyczne są w wielu miejscach okrutnie czytelne.

Wpływamy do części załadunkowej

Po odwiedzeniu rumowiska na zewnątrz i wewnątrz części załadunkowej warto się udać na dziób i zwiedzić odsłoniętą burtę promu, w okolicach dziobu. Poszukać śladów napisu „Jan Heweliusz”. Nadbudówka jest widoczna, ale część sterówki oderwała się, kiedy prom obracał się do góry dnem. Tu też jest kilka miejsc, gdzie można zajrzeć do środka, ale przestrzenie są dość ciasne i nie ma pewności dokąd prowadzą, więc lepiej nie ryzykować.

Napisu już próżno szukać. Widać ślady długiego niebieskiego pasa idącego przez całą długość kadłuba, ale to wszystko, co udaje się znaleźć pod grubą warstwą skorupiaków. Zwykle na miejscu wystarczają dwa dłuższe nurkowania. Nie bardzo jest potem co robić na wraku, chyba, że ktoś planuje konkretną penetrację wnętrza. Już wtedy było to kontrowersyjne. Mowa była o zalegających wewnątrz resztkach paliwa, które zastygło w galaretowatej postaci przy dnie i każdy ruch w środku powoduje jego wyciek na zewnątrz. Przy ostatniej wyprawie w 2021 roku obecność jednego z podmorskich gazo czy ropociągów powodowała, że Niemcy dostawali białej gorączki jak tylko pojawiali się nurkowie w okolicy wraku. Ich ruchy wewnątrz powodowały wydostawanie się resztek paliwa a te z kolei uruchamiały wszystkie alarmy przy instalacji podmorskiego połączenia. Jednak człowiek ma ciągłą ochotę wracać do wraku promu. Z każdą kolejną wyprawą odkrywa nowe szczegóły, uczy się rozpoznawać, co było szoferką ciężarówki, co wagonem, co ładunkiem. Najłatwiej jest rozpoznawać kształty kół ciężarówek. Każda kolejna wyprawa to nowe odkrycia. Miewam wrażenie, że wrak się zmienia. Leży dość płytko, więc pływy z pewnością odciskają swoje piętno na konstrukcji. Pamięć też jest zawodna. Szukam znanych sobie przejść by odkryć je w zupełnie innych częściach, nie pamiętam, gdzie odkryłem charakterystyczną plandekę ciężarówki z napisem Scansped.

Słynny już napis na plandece

Inne wraki i nurkowania z Lubeckiego.

Nurkowania z Lubeckiego niezależnie od tego, czy były realizowane na wraku Heweliusza czy innych niesamowitych wrakach to była zawsze niezwykła, morska przygoda. Ustalanie zespołów, harmonogram wejść do wody, logistyka. Wszystko smakowało poważnym przedsięwzięciem. Łódka z resztą fajnie sprawdza się na wyprawach. Jest miejsce na zmontowanie i trzymanie sprzętu. Między nurkowaniami butle ładowane są ze sprężarki długim przewodem, więc nie ma powodu przemieszczać ciężki sprzęt. Owszem, do wody trzeba wyskoczyć z pokładu oddalonego od tafli jakieś trzy metry, ale powrót na pokład odbywa się wygodną, elektryczną windą. Solidna klatka zjeżdża do wody, można do niej wpłynąć, stanąć i dać sygnał operatorom, że można wyciągać klatkę. Bywały rejsy, że zafalowanie było na tyle mocne, że samo trafienie w klatkę było przygodą. Do tego zawsze miło wspominaliśmy posiłki serwowane przez kuka pokładowego. Nigdy jedzenia nie brakowało, było różnorodne, bogate i sycące. Aż żal było nie jeść, kiedy podróżników dopadała choroba morska. Bałtyk charakteryzuje się dość krótką falą. W warunkach gorszej pogody fale potrafią naprawdę mocno rozkołysać łódkę pokroju „Lubeckiego”, stąd co najmniej jeden powrót z nurkowań wspominam dość niemile. Nie dopadły mnie nudności, nie zbierało mi się na wymioty, ale ciągłe falowanie wprawiło mnie w stan strasznej irytacji i doprowadziło do mocnego bólu głowy. Bywały jednak wyprawy, gdy Bałtyk bardziej przypominał spokojne jezioro, fali nie było prawie w ogóle. Zwłaszcza wieczory, kiedy przy zachodzącym słońcu wpływaliśmy po spokojnej tafli do portu w Nexo. Te rzeczy zostają najdłużej w pamięci.

Kolejne wyprawy.

Od pierwszej wyprawy starałem się organizować wyprawy na Heweliusza przynajmniej raz do roku. Zainteresowanie zawsze było duże i zapełnienie Lubeckiego dwudziestoma paroma nurkami nigdy nie nastręczało większego kłopotu. Zwłaszcza, że oprócz samego promu arcyciekawie zawsze jawiły się wraki wokół duńskiego Bornholmu. Bornholm był bardzo często uzupełnieniem programu weekendowego. Jeden dzień na Heweliuszu, drugi na Bornholmie. Lubecki miał tam swój drugi stały port, w małej portowej mieścince Nexo, obok której leży prześliczny wrak statku handlowego nazywanego Affaire. To XIX wieczny galeas ze świetnie zachowanym pokładem i resztką omasztowania, który robi niesamowite wrażenie stanem zachowania drewna. Do tego obecność dużych wraków na trasie Bornholm – Kołobrzeg: majestatycznego Halstenbeka, czy dziwacznej pogłębiarki Refuller. Bywały rejsy, na których w zasadzie bardziej interesowały nas inne wraki. Planowałem też co najmniej jeden rejs bez wizyty na Heweliuszu. Przyszedł jednak COVID. Rynek turystyki wrakowej stanął. Potem przyszła napaść Rosji na Ukrainę, ceny paliwa poszybowały w górę. Nikt nie chciał pływać na wraki przy astronomicznych cenach. Łódki wożące dotąd nurków musiały skupić się na alternatywnych źródłach dochodów. I okazało się, że jest co robić. Prace „off-shore”, czyli rozliczne badania dna bałtyckiego, stawianie farm wiatrowych i inne prace na otwartym morzu okazały się dużo pewniejszym źródłem zarobkowania dla operatorów łódek, w tym dla „Lubeckiego”. Kilka rejsów turystycznych zostało odwołanych jakoby z powodu awarii napędu lub innych problemów, ale w środowisku mówiło się, że Lubecki ma lepszą robotę, do której zlecający wezwał go wcześniej niż było w planach i tak się skończyło. Rejsy nagle ustały. Ja co roku piszę lub dzwonię do Tomka Kurzawskiego, jednego z właścicieli „Lubeckiego” i pytam o rejsy. „Kuba, w tym roku nie”. Nie będą pływać z nurkami. Po pierwsze, są inne roboty, gdzie płacone jest nawet jak łódka stoi w porcie, do tego sytuacja na morzu, a zwłaszcza w okolicy gazociągów i ropociągów jest nerwowa. Kontrole są co chwila, podejrzenie, że ktoś znowu zechce sabotować któryś z rurociągów jest wysokie. Tomek opowiada, że bywały rejsy, że w zasadzie co chwila byli kontrolowani, sprawdzani. Kontrole nasyłali Niemcy, Duńczycy, Polacy. Wszyscy.

Lubecki w 2021r.

Rozpoznanie tematu alternatywnego środka transportu na Heweliusza póki co nie przyniosło żadnego rozwiązania. Niemieckie łódki jeżeli pływają na Heweliusza to robią to bez rozgłosu, nikomu się nie chwaląc. Z Bornholmu nikt nie wypływa. Lokalne bazy mogą zorganizować nurkowania co najwyżej na wrakach wokół wyspy. Nikt z Polski nie planuje rejsów na „Jana Heweliusza”.

A ja niebawem pewnie znowu zadzwonię do załogi „Lubeckiego” z nadzieją, że usłyszę: „Wiesz co, Kuba, chyba w tym roku czas popłynąć”. Czego sobie i wam życzę.

Lubecki w porcie w Nexo

Deepspot EXPO

Expo już za mną. Kilka miesięcy tęgiej nerwówki, czy uda się wszystko spiąć i nic się nie wyrypie, potem w zasadzie trzy dni tylko i wyłącznie życia EXPO. No i koniec. Ciach, emocje opadają, wystawcy się rozjechali. To już? Tak szybko? Nie wiem, kiedy to minęło.
A jak to podsumować można? Krótkim montażem obrazków znad i spod wody. 🙂

I po letnim NFM a przed Deepspot EXPO

Naprawdę chciałbym wrócić do regularnego pisania bloga, ale coś ostatnio literki mi się nie składają tak naturalnie jak kiedyś. Jakby mi ktoś zabrał tak z 50% mojej niegdysiejszej pisarskiej inwencji. Czasami ciężko mi złożyć pięć sensownych zdań na temat kursów, które rozwijam w ramach działalności instruktorskiej na Nurklub.pl.

Ale nie o tym miało być. Letnia edycja NFMu za nami. Wyszło, a jakże! Z takimi ludzikami jak Kamil „Jakuza” Jaczyński nie mogło nic się popsuć. Bogaty plan rozrywkowy okazał się za bogaty. Nie przewidzieliśmy, że ludzie w lato jednak będą woleli ponurkować zamiast brać udział w dziwnych aktywnościach wymyślonych przez naszą ekipę. Ludzie więc po prostu dużo nurkowali, a że było ich nie mało to i wystawcy mieli trochę roboty. Zdołaliśmy jednak rozegrać próbne zawody nurków na SUPach i zabawę w kierowanie pracami „podwodnymi”. Konkurencje mogą być ciekawymi propozycjami na kolejne edycje.

Udało mi się zgromadzić całkiem sympatyczny zestaw przedstawicieli polskiej branży nurkowej:

Był Krzysiek „Kriss” Motyka odpowiedzialny za promocję marek oferowanych przez ECN Systemy Nurkowe (duży dystrybutor takich marek jak m.in.: BARE, Atomic, Hollis, Zeagle). Przywiózł sprzętu tyle, że ledwo mieścił się pod swoim namiotem. Z tego, co obserwowałem, miał duży ruch na skafandrach, więc tym razem Santi miało mniej do roboty.

A Santi oczywiście było, czyli Kuba Janowicz z przeglądem różnych produktów oferowanych przez gdyńskiego producenta sprzętu. Trochę systemów grzewczych (choć to lato, to jednak o grzaniu nie można było zapominać), skafandry, ocieplacze i dodatki.

Do tego miałem na miejscu Marcina Bramsona z Deep Adventure z ofertą marek Seacraft (całkiem skowyrne, ale okrutnie drogie skuterki), Toddy Style („niekoszerny” side-mount 😉 ), Divesoft – Liberty (rebreathery) i Halcyon (rebreather na klatę czyli tzw. chest-mount). To ostatnie to o tyle ciekawostka, że czołowi producenci rebów wrzucili do swojej oferty po takim rebriderku zakładanym na klatkę piersiową. Nie jest to w sumie żadna nowość, bo po pierwsze – od właśnie takich tlenowych konstrukcji zaczynali nasi pradziadowie, a potem wojsko dość sprawnie rozwijało tą technologię. W nurkowaniu „przyjemnościowym” dopiero ta idea szuka swojego miejsca na rynku, głównie jako dobry pomysł na zestaw podróżny (rebriderek jest naprawdę malutki) i jako sprzęt dodatkowy. Wadą tego patentu jest niezbyt fortunne miejsce mocowania. Nie po to pozbywamy się wszystkiego z brzucha i piersi (rezygnacja z jacketów na rzecz skrzydeł) by montować sobie na nich mało zgrabne pudełko z rurami od odkurzacza.

Były jeszcze latarki – tutaj Hi-max jak zwykle, ale też XTAR, czyli chińska oferta oświetleniowa od polskiej firmy BTO, którą reprezentował Janusz Paradowski. To pewnie nie był najlepszy moment na testowanie latarek, bo dni były dość długie, słoneczne, a pod wodą zaskakująco fajna wizura.

Do tego IDF – czyli polska federacja szkoleniowa reprezentowana przez Daniela Popławskiego. I troszkę rzeczy od lubianego przeze mnie Kwarka – grzewcze rękawice, kamizelki, walonki.

Było więc co oglądać, z kim rozmawiać i co testować. A do tego oczywiście kilka ciekawych prelekcji, wszystkie zahaczające o historię: Daniel Popławski opowiedział o historii dekompresji, Marcin Bramson o historii konfiguracji side-mount, Paweł Laskowski – o letnich obozach szkoleniowych w czasach PRLu i na koniec Łukasz Jaczun fajnie domknął wątkiem nurkowego Do It Yourself w czasach, gdy nie było niczego, czyli jak sobie polscy nurkowie radzili w czasach komuny i wiecznych braków sprzętowych.

A ja już myślami na EXPO w Deepspot. Bo w końcu wrzesień już. A jak wrzesień do Deepspot EXPO. A tu znowu masa roboty, bo wystawców nie brakuje. Pozwolę sobie tutaj zareklamować wydarzenie, może ktoś się zainteresuje tematem i zechce zajrzeć na EXPO. Będzie mi niezwykle miło.

Zapraszam do Deepspot, 27-28 września. Przyjdź i przywitaj się. 🙂

Co z wrakami Bałtyku?

Bałtycka turystyka wrakowa się zwija. Dlaczego nie ma czym pływać na wraki?

Jeżeli chcesz posłuchać artykułu w formie audio, kliknij poniższy player.

Polska linia brzegowa Bałtyku ma około pięćset dwadzieścia kilometrów długości. Dostęp do Bałtyku mają takie większe miejscowości i miasta idąc od zachodu jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Jastarnia, Hel, Puck i Trójmiasto. Wraków jest od groma. Na mapie serwisu „wrakibaltyku.pl” mamy informacje o stu dwudziestu sześciu wrakach. W tym są wraki, do których trzeba dopłynąć na albo za Bornholm, albo odwiedzić wybrzeża Litwy i Łotwy. W tym są też wraki ogólnie wyłączone z nurkowań „turystycznych”. Niech więc odpadnie z tej listy, dajmy na to, pięćdziesiąt procent, dalej mamy ponad sześćdziesiąt wraków dostępnych dla nurków.

Jakie są te nasze wraki? Przede wszystkim ciekawe historycznie – jak wraki statków biorących udział w II Wojnie Światowej, w operacji Hannibal (zakrojona na szeroką skalę ewakuacja ludności niemieckiej z terenów okupowanych drogą morską), wraki z początków XIX wieku, wraki drewniane z czasów XVIII wieku i starsze – wraki świetnie zachowane, bo Bałtyk dobrze konserwuje drzewo. Niestety, Bałtyk nie jest najlepszym miejscem do rozwoju i utrzymania życia. Niskie zasolenie, natlenienie nie pomagają rozwojowi fauny i flory. Jednak w tym kryje się dla nas jedno zwycięstwo. W Bałtyku długo nie było a teraz wciąż nie występuje w znaczących ilościach świdrak okrętowy, który żywi się drewnem. Wraki dzięki temu wyglądają jak nietknięte przez czas. Fascynują bogactwem szczegółów.

Samo nurkowanie wrakowe w Bałtyku jest na pewno bardziej wymagającym wyczynem niż nurkowania wrakowe w takim Egipcie chociażby, ale dalej jest to fantastyczne doświadczenie. Nurkujemy w suchych skafandrach najczęściej, przejrzystość wody daleka jest od tej spotykanej w ciepłych morzach, ale warunki bywają naprawdę zaskakująco dobre (co ma niestety swoje złe strony dla przyrody i wraków). Zdarzało już mi się wielokrotnie nurkować na wrakach bałtyckich w okresie letnim i nie czuć zjawiska termokliny – woda była ciepła do samego dna. Przejrzystość wody – zwłaszcza na otwartym morzu (czyli poza Zatoką Pucką) potrafi zaskakiwać. Generalnie, warunki do nurkowania na morzu otwartym są zdecydowanie lepsze od tych, które zastaję na wrakach zatoki, gdzie występuje spore zamulenie, które pogarsza widoczność zwłaszcza w warunkach często zmieniających się prądów. Powiedziałbym więc, że nurkowanie wrakowe na Bałtyku to rewelacyjna propozycja dla ludzi już średnio zaawansowanych. Obyci z pływalnością, mający uprawnienia do 30m, nurkujący w suchym skafandrze – a tych przecież w Polsce nie brakuje.

Trudno więc zrozumieć, dlaczego oferta wrakowej turystyki bałtyckiej w Polsce jest obecnie tak biedna. Jeżeli popatrzymy na polską linię brzegową Bałtyku i podzielimy wybrzeże na wschód i zachód, a naszą granicą będzie Ustka, to okaże się, że na wraki pływa się tylko na wschód od Ustki. Tak naprawdę pierwszą miejscowością z ofertą dla nurków jest Łeba. Potem mamy półwysep helski z kilkoma łódkami i Trójmiasto. I to koniec. Na zachód obecnie nie ma ani jednej łódki. Ani jednej. Nic.

Niedawno w ramach Nurkowego Festiwalu Mocy, który organizuję cyklicznie w zimie, prowadziłem panel dyskusyjny właśnie na ten temat. Osoby pływające na wraki wspominały takie łódki jak Nitrox z Darłowa, Saracena z Kołobrzegu. Tych łódek już nie ma. Nie pływa też bardzo aktywny w swym czasie Litoral z Trójmiasta, na nurkowe wyprawy nie zabierzemy się już też legendarnym Lubeckim z Kołobrzegu.

Gdzie leży problem? Zapytałem kilku znajomych nurków o ten wątek. Według Tomka Stachury z Santi Diving Polska (który prywatnie jest też właścicielem łódki, którą regularnie pływa na wraki) za problemem stoją trzy rzeczy: kasa, kasa i kasa. Niestety, prawda jest taka, że zbliżyliśmy się bardzo do cen, które oferują inne kraje mające dostęp do Bałtyku. Do tego duża część operatorów takich łódek często jest wynajmowana do prac „off-shore’owych”, które się im zwyczajnie dużo bardziej opłacają. Tutaj jest firma zlecająca, płacąca za każdy dzień konkretne, duże pieniądze. Jeżeli z powodu warunków jakiś dzień wypada, zlecający płaci postojowe, a projekt i tak musi być wykonany, więc często jest to przesuwane na inny dzień. Z nurkami już jest inaczej – wypłynięcia są tylko w weekendy, to są tylko dwa dni w tygodniu. Każdy wie, jak z pogodą bywa. Wypłynięcia nie dochodzą do skutku, kasy nie ma. Nikt nie płaci za takie wypłynięcie, które nie doszło do skutku. Terminu alternatywnego nie ma. Jak zaproponujesz inny termin nurkom to temu nie pasuje, tamten nie może na dwa dni i tak dalej.

To był jeden z powodów, dla których Tomek zdecydował się na własną łódkę – dostępność łódek dla nurków, rosnące koszty wypłynięć.

Przy okazji Baltictechu zapytałem o to Krzysztofa Wnorowskiego z Centrum Nurkowego Tryton, organizatora wypraw na wraki  – odpowiedział podobnie, że to są złe czasy dla turystyki wrakowej. Mnóstwo inwestycji na Bałtyku, w które angażują się łódki wożące nurków – wiadomo, dla łódek to lepsza i bezpieczniejsza forma zarobku, a w naszym przypadku dużą niewiadomą jest chimeryczna pogoda na Bałtyku.

Przyjrzyjmy się więc cenom wypłynięć i ich zmianom na przestrzeni ostatnich kilku lat. Moje wyliczenia opieram o ofertę kilku operatorów łódek, którzy oferują lub oferowali wypłynięcia małymi jednostkami na jedno nurkowanie lub większymi – na cały dzień. Przeliczyłem zebrane oferty na jedno nurkowanie, uśredniłem je i tak przyjąć można, że w 2020 roku płaciliśmy za jedno wypłynięcie około 124zł. W 2021 roku cena wzrosła do prawie 140zł, kolejną podwyżkę mieliśmy w 2022 roku, duży skok, bo do poziomu 172zł. Jednak w tym samym roku ceny na moment spadły do poziomu 150zł, ale już w 2023 roku osiągnęliśmy pułap 180zł by w 2024 przekroczyć granicę 200zł.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do cen europejskich? Jak to w ogóle wygląda w innych krajach nadbałtyckich?

Marcin Dobrucki (instruktor nurkowania, serwisant sprzętu nurkowego, specjalista od świateł nurkowych) mieszka w Finlandii od dawna. Opowiada, że w Finlandii nurkowanie nie jest tak skomercjalizowane. Opiera się przede wszystkim na działalności klubów nurkowych, które organizują wyjazdy. Ceny kursów i nurkowań mają głównie pokrywać koszty działalności klubów. Są oczywiście komercyjni operatorzy, ale stanowią zdecydowaną mniejszość na lokalnym rynku. Pojedyncze wypłynięcie na bliskie wraki może kosztować około 30 Euro, dalsze wraki to już kwestia wypłynięcia na dzień, lub więcej, więc tutaj zależnie od wyboru wraków cena za jedno nurkowanie może wahać się między 25 a 50 Euro. Jeżeli jednak jest to połączone z działalnością w klubie, to żeby być uczciwym, należy pamiętać, że kosztem jest tutaj też składka klubowa. Mówimy o kwotach na poziomie 70 Euro, z czego 30 Euro to opłata do federacji, a reszta idzie na działalność klubu. Czyli 40 Euro rozkłada się na różne wyjazdy nurkowe – kto wyjeżdża częściej, tym rozkłada te 40 Euro na większą ilość wyjazdów.

Marcin Wojturski z Reel Diving mieszka w Szwecji. Tam też dużą część rynku stanowią kluby, ale jest też sporo firm działających komercyjnie. W Szwecji nurkowania wrakowe to głównie Bałtyk w okolicach Sztokholmu oraz jezioro Vännern – działają tam takie firmy komercyjne jaknp. Vrakdykarpensionatet (obecni na Baltic Tech), ale też kluby, które mają własne łodzie oraz osoby prywatne z własnymi łodziami.

Jeżeli mowa o firmach to jest sześciu, siedmiu operatorów większych, reszta to kluby i osoby prywatne z własnymi łódkami. Jest ciekawy podział: wschodnie wybrzeże – tylko wraki, a na zachodzie to nurkowanie na „rafach” – natura, brak wraków.

Ceny poszły w górę ze względu na wzrost cen paliwa oraz kosztów ogólnie. Licząc ogólnie to ceny oscylują wokół 70-120 Euro za dzień ( z reguły dwa nurkowania, z lunchem w cenie). Można przyjąć, że wyprawy klubowe to połowa tych stawek. Tylko oczywiście trzeba być członkiem danego klubu.

Jeżeli więc przyjmiemy, że Euro ostatnio kosztuje coś około 4,30 – 4,50zł to jedno nurkowanie wrakowe u nas kosztuje poniżej 50 Euro, czym wpasowujemy się gdzieś pośrodku stawek naszych bałtyckich sąsiadów.

Rosnące ceny były jednym z wątków naszej dyskusji na Festiwalu Mocy. Starałem się występować w roli obrońcy operatorów łódek, bo dość wyraźnie rysowała się linia argumentacji odnośnie spadku zainteresowania nurkowaniem wrakowym z powodu astronomicznych podwyżek cen. Prawda jest taka, że ostatnie kilka lat notujemy skoki cenowe w zasadzie w każdej dziedzinie życia i posiadaczy łódek to też dotyczy. Skoki ich cen nie wynikają z chęci zarabiania większej ilości pieniędzy, ile z utrzymania poziomu zarobków w odniesieniu do kosztów życia. Inflacja, inflacja, inflacja. Można to słowo odmieniać przez wszystkie przypadki. Dogoniliśmy zachód. Moim zdaniem jest teraz idealny moment przejścia na Euro w Polsce, bo specjalnie tego przewalutowania nie poczujemy. Ba, być może niektóre rzeczy stanieją po wejściu w strefę Euro?! Oczywiście teraz ironizuję.

Jeszcze musi upłynąć sporo czasu zanim wyjdziemy z szoku i zaczniemy te rzeczy spokojnie analizować, kiedy złapiemy odpowiedni dystans do zmian, które nas dotknęły w ciągu pandemii i po agresji Rosji na Ukrainę. Póki co wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i się dziwią a to skokom cen, a to zawirowaniom na rynku łodzi nurkowych. Patrzę na nurkowanie jako biznes z różnych stron: szkolenia, wyjazdy, zakupy sprzętu. Tu wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i dziwią się co chwila, że coś nie wygląda tak jak dawniej, że żadne modele i schematy nie pasują do tego, co się dzieje wokół nas. Jestem ciekaw analiz odnośnie tego, ilu ludzi się obecnie szkoli w nurkowaniu, jak wyglądają statystyki typowego centrum nurkowego, jak wyglądają wyjazdy nurkowe. Widzę na pewno po ofertach last minute na safari nurkowe, że tu różu nie ma. Mój punkt widzenia jest specyficzny, nie prowadzę dużego centrum szkoleniowego, szkolę indywidualnie, mam mały klub nurkowy, obserwuję jednak to, co dzieje się w Deepspocie, gdzie ruch utrzymuje się wciąż na dość wysokim poziomie, ale nie nazwałbym tego złotymi czasami.

Myślę, że to samo jest z łódkami na Bałtyku, operatorzy obserwują spadek zainteresowania, szukają alternatywnych źródeł dochodu – bezpieczniejszych, bardziej stabilnych, regularnych. Nie mogą opierać się jedynie na weekendowej turystyce małej grupki fascynatów wrakowych. Przypominam, że nurkujący regularnie na wrakach stanowią jedynie niedużą część nurków. Duża część nurków woli wydać więcej na kilkudniowy wyjazd do Egiptu, na tamtejsze wraki, bo przynajmniej jest ciepło, słonecznie, kolorowo i przejrzystość wody zawsze na wysokim poziomie.

Ja lubię nazywać się wrakoholikiem, bo mnie wprost ciągnie do wraków jak do nałogu i dla mnie, jak i dla pewnej grupy nurków wraki egipskie nie są łakomym kąskiem. Są ładne, nurkowania są przyjemniutkie, ale nie takich wrażeń na nich szukamy. Ja szukam na wrakach historii, tajemnicy, zagadek. Lubię nasze surowe warunki nurkowań na Bałtyku, kojarzą mi się z czymś pierwotnym, to taka męska przygoda na pełnym morzu a nie wycieczka All Inclusive do Marsa Alam. Wiem, że nie należę do licznej grupy, ale jeżeli tylko będą operatorzy łódek gotowi wozić nas na bałtyckie wraki, będę chciał pływać. Zastanawiam się co nasza wąska grupa musi zrobić by mieć wciąż ofertę wypłynięć.

Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby zapełnienie grafiku łódek – zmiana modelu wyjazdów nurkowych, odejście od wypadów weekendowych. Wraki nie tylko w weekend, ale też w dni robocze. Wszystkie łódki pływające na wraki w krajach turystycznych zarabiają na pływaniu cały tydzień a nie tylko w weekendy. Jeżeli zwiększy się skala wypłynięć, być może łódki będą mogły zaproponować nam lepsze warunki i same będą zainteresowane rozbudowywaniem oferty dla nas, a nie szukaniem zarobku na projektach „off-shore”: stawianiu farm wiatrowych, serwisach infrastruktury portowej, czy badaniach naukowych na morzu.

Krótka relacja z Fotoweekendu w Deepspot

18-19 stycznia 2025. Fotoweekend w Deepspot.

Organizator: Nautica Safari, Piotr Stós.

To już czwarta edycja Fotoweekendu, czyli spotkania fotografów podwodnych. Spotkanie odbyło się w Deepspot, w salkach, nad wodą i pod wodą. Wykłady, prezentacje, wystawa zdjęć i oczywiście wspólne nurkowanie z zadaniami fotograficznymi. Rzecz warta uwagi, jeżeli ktoś chce rozwijać się fotograficznie pod wodą.

Kobanya Budapeszt

Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info MAJ 2017 (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)

Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemiąPodstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.

Eksploracja podwodna

Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane.

Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów.

Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów.

Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.

Rummu – w odległej Estonii

Nurkowanie w zalanym gułagu Rummu Karjar. Paekalda Holliday Center.

Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.

Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.

Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.

Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.

Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.

Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.

Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.

My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.

Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.

Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.

Rummu – budynki pod wodą.

X Nurkowy Festiwal Mocy

Okrągła edycja NFMu wymaga porządnego podsumowania. W końcu dziesięć razy już spotykaliśmy się na Kulce (Ośrodek wypoczynkowy „Nemo w Kulce” nad jeziorem Łęsk) by przetestować sprzęt oświetleniowy, grzewczy, ponurkować i pointegrować się między nami, nurkami w zimowy czas.

Nie jest to moja dziesiąta edycja. Imprezę zacząłem przejmować od pomysłodawcy imprezy, Tomka Grzyba z Shop4divers chyba gdzieś w okolicach trzeciej edycji, ale po drodze jeszcze zrobiliśmy wspólnie różne inne imprezy (co najmniej jedno Nurkowe Pożegnanie Lata), więc już trochę lat upłynęło na organizacji. Impreza nigdy nie była spektakularna, ograniczeniem dla niej jest sezon zimowy, kiedy wielu krajowych nurków jest raczej nieaktywnych (troszkę to zmienił Deepspot), ograniczeniem jest też pojemność noclegowa ośrodka wypoczynkowego (niecałe 100 miejsc noclegowych) i w końcu sama tematyka imprezy. Formuła w głównej mierze skierowana jest do niszy w niszy rynku – ludzi, którzy są gotowi wchodzić do wody w najzimniejszym okresie roku. Nawet pomimo obietnicy ciepła, jaką dają elektryczne systemy grzewcze, wciąż wielu uważa, że nurkowanie ma sens tylko w ciepłych okolicznościach przyrody: wolą nurkowanie w Deepspot, albo wyjazd do ciepłych krajów, albo czekają z nurkowaniem do wiosny.

Tym bardziej cieszyła mnie tegoroczna frekwencja, przebijająca wszystkie dotychczasowe. Zbliżyliśmy się maksymalnie do limitu noclegowego ośrodka. Pod koniec już miałem kłopot z układaniem ludzi w pokojach, bo nie każdemu pasowało podwójne łóżko dzielone z obcym, albo spanie w czteroosobowym pokoju z mistrzami nocnego piłowania i nosowego chrobotu (to uwaga do moich współlokatorów).

Sprzętowo w tym roku mieliśmy naprawdę ciekawy wybór sprzętu do testowania. Zaczynając od nowej oferty odzieży grzewczej od rodzimego Kwarka: rękawice, kamizele, skarpety, kompletne ocieplacze. Wszystko oparte o sprawdzone polarowe konstrukcje tej firmy. Obowiązkowa obecność firmy Santi z jej systemami grzania i zasilania: nowe baterie Blue Power, termozawory i przepusty na kable zasilania, do tego też wybór ocieplaczy Heating Flex 2.0, rękawiczek i troszkę tradycyjnego sprzętu: ocieplacze Kango, produkty Avatar itd. Nie mogło też zabraknąć Ammonite System, które od kilku lat oferuje swoje termozawory z w pełni obrotową głowicą z przyłączem węża inflacyjnego, do tego ich baterie i oświetlenie.

Na polu oświetleniowym mieliśmy do wyboru światła firmy Hi-max (w tym premierowe światełko oznaczone roboczo H8 – następca popularnego „suwaka”) i nowość: światła Divepro w tym roku zaprezentowane polskim nurkom przez importera Extreme Divers z Lublina.

Ciekawymi nowinkami dla testujących były testowe jednostki komputerów firmy Shearwater, oraz kolorowe i wyróżniające się wyglądem kaptury K01. Ponownie też mogliśmy testować skutery firmy Seacraft.

Do tego mieliśmy Łukasza Jaczuna, reprezentanta warszawskiego Muzeum Nurkowania z naręczem książek – ostatnich publikacji Kariny Kowalskiej o historycznym sprzęcie nurkowym i w ogóle historii nurkowania w Polsce. Ja jeszcze przywiozłem zapas eleganckich kubków upamiętniających 10tą edycję NFM z przepiękną grafiką Tomka „Amigo” Budziszewskiego i całą stertę nagród, które sponsorowały wszystkie firmy uczestniczące w NFM. W zestawie nagród nie mogło zabraknąć kalendarzy od Ireny Stangierskiej. Z takim przygotowaniem mogliśmy rozpocząć dziesiątą edycję enefemu.

Najważniejsza część festiwalu – sobotni rozkład jazdy był ułożony ciasno – tutaj naprawdę dużo się działo i nie było ani chwili wytchnienia. Zaraz po śniadaniu rozpoczęło się wydawanie sprzętu do testowania. Przy czym warto nadmienić, że tutaj początkujący nurkowie mogli skorzystać z pełnej pomocy przy rozgryzaniu systemów grzewczych – przygotowanie skafandra, wymiana zaworu, montaż baterii, prowadzenie kabli i korzystanie z odzieży grzewczej. Każdy dosłownie mógł przetestować systemy grzewcze tak, że chłodek jeziorowej toni czy nawet samo dojście do wody w warunkach kulkowej zimy nie stanowiły straszaka.

Przy okazji testowania rozpoczęły się zgłoszenia grup do naszej pierwszej terenowej gry podwodnej. Wraz z niezastąpionym Kamilem Jakuzą Jaczyńskim przygotowaliśmy tor podwodny do podwodnej wersji biegu na orientację. Przy czym od początku zakładaliśmy, że zespoły nie będą rywalizować na czas, czy ze sobą ścigać w inny sposób, ale po prostu chodziło o realizację trasy, do której prowadziły kolejne wskazówki pod wodą. Na końcu tej trasy każda z drużyn pobierała jeden z kluczy powieszonych pod platformą. Jeden z kluczy miał otworzyć dostęp do „skarbu”. Nasze obawy czy gra wypali, czy znajdą się chętni, czy któryś z elementów naszej gry nie wypali – na szczęście się nie ziściły. A przygotowania były całkiem poważne – spędziliśmy sporo czasu w piątek pod wodą rozmieszczając na kolejnych platformach i punktach nawigacyjnych mapki z kolejnymi instrukcjami do odnalezienia następnych punktów trasy. Kamil spalił też dużo kalorii mocując się z trytytkami z kluczami pod platformą. Wszystko jednak zagrało – zalaminowane solidnie mapki, mocowanie, wskazówki dla drużyn. Być może spotkacie jeszcze mapki pod wodą jak wybierzecie się niedługo na Kulkę, gdyż uznaliśmy, że są ciekawym uzupełnieniem podwodnej infrastruktury zbiornika będąc przy okazji pomocą w podwodnej nawigacji.

Wszystkie drużyny wróciły z kluczami, a my po obiedzie ruszyliśmy z kolejną częścią atrakcji: prelekcje, prezentacje, panel dyskusyjny, potem po kolacji sprawdzanie kluczy, losowanie upominków od sponsorów, obowiązkowe nurkowe kalambury i na koniec nowość: „stand-up” Kamila o tym, jak męczące jest realizowanie pasji nurkowania.

Pierwszym prelegentem był Łukasz Jaczun, którego konikiem są tleniaki, czyli tlenowe rebridery. Łukasz jest zapaleńcem uwielbiającym grzebanie w historii, więc z ogromną pasją (i niepotrzebnym zupełnie pośpiechem) zabrał się za przedstawienie rysu historycznego obecności tych dziwnych nurkowych systemów na świecie i w Polsce. Temat o tyle ciekawy, że w zasadzie właśnie od tych aparatów zaczęło się nurkowanie sprzętowe. Te proste, lekkie i kompaktowe konstrukcje pozwalają nurkować na niewielkie głębokości, ale ogromną ich zaletą jest właśnie ich prostota i kompaktowość, co Łukasz pokazał odsłaniając zawartość niewielkiej torby na ramię, którą spokojnie można zabrać na rower.

Następnym gadułą byłem ja. Mój temat miał być tylko wprowadzeniem w dyskusję, której tematem była wrakowa turystyka bałtycka. Skupiłem się na tym, jak wyglądała historia moich przygód z łódkami pływającymi po Bałtyku z nurkami. Od czego się zaczęło, skąd można było wypływać i na jakie wraki, jak ta współpraca wyglądała i jak sytuacja wygląda obecnie. A nie wygląda niestety wesoło. Ubyło nam łódek wożących nurków, ceny wystrzeliły w kosmos, zainteresowanie nurkowaniami bałtyckimi spadło.
To był właśnie motyw przewodni dyskusji po mojej prezentacji. Dla mnie ważnym wątkiem w niej była nieobecność tego tematu na Baltictechu, który moim zdaniem w swoim DNA ma zapisane wrakowe nurkowania bałtyckie, a kwestia prezentowania czy promowania jakiejkolwiek turystyki tam nie istnieje. Ciekawe, bo ten temat nie jest kompletnie zagospodarowany ani przez organizatorów (miejsce na promocję lokalnej turystyki wrakowej), ani wystawców (brak oferty dla polskiego czy zagranicznego gościa Baltictechu – a tych przecież nie brakowało). Prelekcje – owszem – odbyły się, zagranicznych gości o ciekawych miejscach od nurkowania ze Szwecji chociażby. Nasi też mówili o stworzeniu podwodnego skansenu na zatoce puckiej. Brakuje jednak jakiegoś wypełnienia i jasnego drogowskazu, jak można realizować te nurkowania. Niestety nie każdego w końcu stać na postawienie swojej łódki i pływanie na wraki po pracy jak na zakupy do Tesco.

Po bloku pogadanek, czas na rozrywkę – po kolacji rozwiązaliśmy więc zagadkę „skarbu”, do którego klucze wyławiali uczestnicy naszej podwodnej gry. Skarbem okazały się wejściówki do Deepspot i butelka szlachetnego „kulkowego” rumu. Potem rozlosowaliśmy upominki wśród uczestników Festiwalu. Wśród najciekawszych nagród były latarki nurkowe, wejściówki do Deepspot, kaptury K01, kalendarze Ireny Stangierskiej, książki z oferty Muzeum Nurkowego, odzież nurkowa Kwark, afterdive od Santi, gadżety od Seacrafta.

Zamknięciem dnia były kalambury nurkowe – to już nasz popisowy wręcz numer na wieczór (pokazywanie takich rzeczy na migi jak grzałka Michalaka, albo …. „kiepska” 😉 wizura) a potem już tylko występ Kamila – można to nazwać pierwszym poważnym „stand-upem” nurkowym, ale Kamil strasznie się bronił przed tą nazwą. Niezależnie od tego, jak to nazwać, Kamil dał nam popis swoich możliwości w rozweseleniu towarzystwa opowiadając o tym jak ta nasza pasja jest uciążliwa. Samo zapisanie się na kurs to czasami wyzwanie: wybór szkoły, instruktora, federacji, zapytanie o cokolwiek na forum nurkowym, logistyka wyjazdu nurkowego – to wszystko to droga przez pułapki, mękę i cierpienie. Fantastyczną puentą były dowcipy, jakie Kamilowi zaproponowała sztuczna inteligencja. Kamil przygotowując się do programu postanowił sprawdzić co AI ma do zaproponowania w kwestii nurkowych żartów. Dowcipy były oczywiście dramatycznie suche, ale właśnie w tym tkwiła ich moc.

Niedzielne przedpołudniowe nurkowania testowe były już tylko domknięciem udanego weekendu. Przy obiedzie nastąpił czas pożegnań, rozstań, podziękowań, poszukiwania zapomnianego, zaginionego sprzętu i snucia planów na kolejne spotkania. Ja już mam swoje przemyślenia co do przyszłości NFMu, bardzo chciałbym wprowadzić kilka zmian w formułę imprezy by nadać jej nowej energii, ale o tym jeszcze chwila. Grunt, że wracam spełniony, usatysfakcjonowany tą edycją i bardzo podbudowany odbiorem.

W tym miejscu chciałbym podziękować każdemu z wystawców nie tylko za użyczenie sprzętu do testowania, ale za dorzucenie się do puli nagród, a więc alfabetycznie:

Ammonite System – do testów zestawy zasilające grzanie, termozawory, oświetlenie, do nagród trafiło oświetlenie backupowe LED ONE.

Avatar – do testów: skafandry, do nagród: odzież i gadżety AFTERDIVE.

CTN Piórewicz – do testów i do nagród: kaptury K01.

Deepspot – do nagród: wejściówki scuba/free.

Extreme Divers Lublin – do testów i do nagród : latarki firmy Divepro.

Hi-Max Polska – do testów i do nagród: oświetlenie.

Irena Stangierska – do nagród: kalendarze z fotografiami jej autorstwa.

Kwark – do testów: grzewcza odzież od rękawic po pełne ocieplacze, do wygrania: odzież nurkowa.

Lena Diving – do nagród: voucher na nurkowania wrakowe.

Muzeum Nurkowania – książki Kariny Kowalskiej o historii nurkowania.

Santi Diving – do testów: skafandry i odzież, kompletne systemy grzewcze. Do nagród: odzież afterdive, gadżety.

Seacraft – do testów: skutery, do nagród: odzież i gadżety.

Wszystkim bardzo dziękuję za wsparcie Festiwalu. Gratuluję wszystkim, którzy zdobyli te upominki. Dziękuję wszystkim uczestnikom X NFM za aktywne uczestnictwo, wspólne chwile radości i doskonałej zabawy.

Deepspot, czy warto nurkować w basenie?

Oryginalnie ten artykuł pokazał się ze cztery lata temu, gdy w internecie rozgrzewała łącza dyskusja o sensowności takiej inwestycji. W ramach kolejnej, czwartej już rocznicy Deepspotu wyciągam ten tekst. Dodaję tytułem uzupełnienia zdjęcia z mojej wizyty na miejscu, kiedy Deepspot budowano, a ja miałem w nim pracować jako… Kierownik Sekcji Mokrej… 😉 Na koniec film z mojego nurkowania w Deepspot. To był jeden z pierwszych filmów na YT z nurkowania w Deepspot i ładnie mi wtedy statystyki obejrzeń wyskoczyły. Deepspot stoi dalej, ja wykonałem w nim tysiące nurkowań, wielu ludzi się przez niego przewinęło. Jedni lubią tam wracać, inni nie mają na to pomysłu. Są też wciąż tacy, co uważają, że to jakaś aberacja. Trudno, ich problem. Ja tam bywam często, mam coraz nowsze pomysły, co tam można robić a teraz, w zimę, coraz chętniej myślę o nurkowaniu tam niż o nurkowaniu w wodach otwartych. Logistyka, która obejmuje: zabierz majtki, ręcznik i komputer nurkowy – no trudno się nie przekonać.

Czterdzieści pięć metrów głębokości, fantastyczna wizura cały rok, trzydzieści stopni i zawsze idealne warunki do nurkowania. Gdy ustawisz się w jednym konkretnym miejscu, przy odrobinie szczęścia z powierzchni będziesz w stanie zobaczyć napis „45,4 m” na dnie najgłębszej studni basenu.

Deepspot – widok na główną nieckę i budowę korytarza podwodnego.

Deepspot – najgłębszy basen dla nurków to już fakt. Wystarczy pojechać do Mszczonowa i proszę, stoi, można skorzystać. Tym samym Polska dołącza do Włoch (Y40 Deep Joy) i do Belgii (Nemo33) mając swój specjalny basen wybudowany właśnie dla nas, nurków. Dla naszej przyjemności i do naszego użytku. Do tego, w tej chwili Deepspot jest najgłębszym basenem ze wszystkich. Ma szansę go zdetronizować dopiero brytyjski Blue Abyss, ale ten projekt jeszcze nie zaczął nabierać nawet realnych kształtów. Ostatnia informacja z zeszłego roku mówi o przeniesieniu inwestycji w inny region kraju. Zatem przynajmniej przez rok Polska jest liderem wśród głębokich basenów dla nurków (teraz już wiemy, że dokładnie rok po debiucie Deepspotu gruchnęła wieść o otwarciu Deep Dive Dubai z 60m głębokości – przyp. autora 21.11.2024)

Deepspot – dla kogo to jest i dlaczego warto się tam wybrać choć raz w życiu? Sztuczny zbiornik schowany pod dachem, przygotowany dla nurków wszelakiej maści, a więc: ma tubę, w której można zejść do 45m głębokości. Jest system „jaskiń” (cztery poziomy, jeden nad drugim, z każdego sporo prostych dróg ucieczki), jest „wrak” na dnie niecki 20m, jest płytka część dla ludzi stawiających pierwsze kroki pod wodą. Możemy więc w tym miejscu spróbować nurkowania, wykonać rekreacyjne nurkowanie ze sprzętem, poćwiczyć różne umiejętności, wyszkolić się lub ćwiczyć nurkowanie na bezdechu, wykonać testy lub szkolenia sprzętowe, itd. Tak wyglądają zamysły autorów tej atrakcji.

Ja czytam jednak komentarze (głównie na Facebooku) i mam wrażenie, że znakomita większość doświadczonych nurków oczekuje od autorów projektu by wodę wypuszczono, inwestycję zasypano ziemią i by wszyscy udawali, że nie było takiego tematu. Na start orzeczono, że to „jak zwykle lipa”. Czytając te wpisy odnoszę wrażenie, że znakomita część osób nie ma bladego pojęcia o co chodzi w takim basenie.

Po co buduje się takie rzeczy i jaki to ma sens? Przecież większość z nas to nurkowie rekreacyjni wciąż szukający nowych wrażeń, miejsc, odkryć. Jeżeli nawet wybierzemy się tam na jedno nurkowanie to pewnie to będzie ten pierwszy i ostatni raz, bo po co nurkować w basenie. A! No i są przecież te wszystkie ograniczenia i niedogodności!

Pierwszą niedogodnością będzie cena. Bilet regularny dla samotnego scuba divera to aż 300 (TRZYSTA) złotych! Chwila, chwila, zanim zrobisz aferę, sprawdź konfigurator i poklikaj różne kombinacje. Wysoka cena pojawia się tylko w sytuacji, gdy rezerwujesz dla siebie 1 wejście i system zakłada, że chcesz wejść bez partnera – wtedy dolicza ci koszt opieki instruktora z Deepspot. Jednak idąc już parą, rezerwując wspólnie, zależnie od kombinacji terminu, godziny cena waha się od 189 do 219zł (zakłada się, że po siedemnastej i w weekendy będą godziny szczytu na basenie i wtedy jest ciut drożej). Bilet uprawnia do jednego wejścia obejmującego około czterdzieści pięć minut nurkowania (sześćdziesiąt minut na wszystko), zapewniony jest cały podstawowy sprzęt, w tym napełniona powietrzem butla o pojemności 12l. Można (i warto) przynieść jedynie swoją maskę i komputer. Naczelny zarzut pod adresem tych warunków: można przecież zebrać się autem w kilka osób i pojechać na jeden dzień nurkowania nad jednym z polskich zbiorników i zapłaci się mniej za kilka nurkowań – nielimitowanych w zasadzie niczym poza NDL, ilością powietrza i własnym widzi-mi-się. Ktoś już nawet policzył, że jakby zrobić dziesięć nurkowań w Deepspot to już jest kasa zbliżona do pakietu w jakimś urokliwym Egipcie, czy czymś podobnym.

Deepspot. Twarz „na sucho”

Kolejne niedogodności: wszystko na to wskazuje, że Deepspot wzorem pozostałych obiektów tego typu nie będzie pozwalał na wnoszenie swojego sprzętu. Cały sprzęt potrzebny do wykonania nurkowania jest uwzględniony w cenie: płetwy, BCD, butla i automat. Do tego limit czasu – 45 minut, mała butla, bo tylko 12l. A przecież robienie nurka na 45 metrów na nieswoim automacie, pojedynczej butli o pojemności 12l i bez skafandra, zapasowej maski, narzędzia do wycinania i dwóch latarek to zabójstwo!

Zacznijmy się więc po kolei mierzyć ze wspomnianymi „potykaczami”. Na początek cena. Jeżeli będziemy ją odnosić do różnych innych nurkowych atrakcji, które są w naszym zasięgu to najłatwiej to porównać do wypadu na cały dzień na polskie nurkowisko. Tylko nie zawsze mamy pogodę zachęcającą nas do nurkowania w polskim zbiorniku, są wśród nas często nurkowie, którzy generalnie w Polsce nie nurkują. Czasem też nie mamy tyle czasu, możliwości czy ochoty organizować sobie coś bardziej skomplikowanego logistycznie. Wtedy właśnie na tapetę wchodzi taki Deepspot. Masz zachciankę zanurkować, albo coś sprawdzić, poćwiczyć? Wchodzisz na stronę, kupujesz i ju. Wystarczy tylko dojechać na ustaloną godzinę i zanurkować. Nigdy nie będziesz odnosić Deepspotu do wyjazdu za granicę, bo jeżeli masz czas, możliwość i ochotę – to zawsze wygra wyjazd na wody otwarte, Deepspot nigdy nie będzie ciekawą alternatywą dla porządniejszego wypadu na nurki w terenie. Czy jest to dużo, czy mało, zwłaszcza w odniesieniu do innych basenów tego typu? Nie chcę tego oceniać, cena wydaje się normalna za tego typu atrakcję, zważywszy, że wszystko jest już w tej cenie. Co do dokładnej atrakcyjności – myślę, że sam rynek to zweryfikuje i czas pokaże. Większość i tak z pewnością zaplanuje to jedno jedyne nurkowanie by zobaczyć obiekt z nastawieniem, że raczej tego doświadczenia nie powtórzą. I wtedy to dwieście złotych jakoś strasznie nie brzmi.

Swojego sprzętu nie wniesiesz. Dla wielu ludzi jest to zaskoczenie. Skandal i tragedia. Tylko proszę teraz sprawdzić, jak działają pozostałe baseny tego typu. Powtarzanie w kółko tego „zarzutu” oznacza, że autorzy zarzutu nigdy nie interesowali się ofertą głębokich basenów dla nurków, bo jest to niestety normalna praktyka, na tle której Deepspot nie wymyślił niczego nowego. Zapewne więc osoby mocno przywiązane do własnej konfiguracji nie rozważały nurkowań ani w Nemo33, ani w Y-40 Deep Joy i obawiam się, że mocno może to zabrzmi, ale nikt nie spodziewa się, że nagle zmienią upodobania i zaczną walić drzwiami i oknami do Deepspotu. Trudno, chcesz zanurkować w tym basenie, zostawiasz swój sprzęt. Czy to źle? Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz napiszę dlaczego uważam, że wcale nie jest tak źle.

Deepspot. Jacht jeszcze przed zatopieniem.

Zasada ta wynika z prostej ekonomii przedsięwzięcia. Trzeba cholernie dużo wody by napełnić taki zbiornik i nikt tu nie planuje tej wody wymieniać. Za jej oczyszczanie odpowiada potężna machina filtrująca, która przepuszcza całą objętość zbiornika cztery razy dziennie, ale wciąż jest ryzyko, że ktoś na swoim sprzęcie przyniesie jakieś bakterie, albo zanieczyszczenie chemiczne, które zmusi obsługę do jakiejś interwencyjnej wymiany wody. Wyobraźcie sobie teraz chociażby kilka dni przestoju takiego obiektu (wynikające z tego koszty), chociażby częściową, albo pełną wymianę wody w takim zbiorniku. Już sobie wyobrażam jak właściciele trzęsą się na samą myśl o takich „przygodach”, bo ktoś zwyczajnie nieświadomie doprowadził do takiej sytuacji. Nie chodzi tutaj o nic takiego, że ktoś nie wypłucze z błotka płetw, albo wejdzie z zapiaszczonym zestawem wypornościowym. Nasz sprzęt może być starannie wypłukany, ale nie wszystko widać gołym okiem.

Deepspot i tak pozwala na całkiem sporo. Wręcz jest to dla mnie zastanawiające – czy nie próbując zmiękczać politykę, strzelają sobie w płetwę? Według opisu na nurkowanie może być wniesione: „maska; fajka; automat oddechowy; płetwy; komputer nurkowy; rush vest” (pisownia oryginalna). Po pierwsze, komunikat w kwestii higieny jest wtedy niejasny – coś sporo rzeczy prosto z wody niemalże może być wniesione i zwiększa się ryzyko przywleczenia jakiegoś badziewia (po drugie).

Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw, które toczyły się lub toczą się za kulisami inwestycji. Od początku opracowywania koncepcji toczyły się burze mózgów odnośnie wnoszenia swojego sprzętu i wciąż jest małe okienko, że może po jakimś czasie, albo na specjalnych warunkach będzie możliwość wnoszenia swojego sprzętu. Czas pokaże. Na przykład przed otwarciem zarówno ja z członkami ze swojego klubu Nurklub.pl jak i członkowie innych szkół i centrów nurkowych mogli testować zbiornik w swoim sprzęcie. Kto wie, może to będzie utrzymane. Dajmy sobie czas i szansę organizatorom miejsca. Nawet, jeżeli teraz nie będziemy mogli wejść w swoim sprzęcie, na miejscu ma być dostępny sprzęt wysokiej klasy z oferty Maresa. Nie jest żadną tajemnicą, że Deepspot zawarł umowę z konsorcjum Head Group, właścicielami marek: SSI i Mares. Stąd Deepspot jest centrum szkoleniowym SSI a cały sprzęt do nurkowania zapewni Mares. Nie wiem, na jakim etapie są teraz rozmowy, ale od początku były plany, by oprócz podstawowego rekreacyjnego sprzętu na miejscu dostępny był segment Mares XR: skrzydła, zestawy side-mount, zestawy twin-set i odpowiednie do tego wyposażenie. Rozważano też wprowadzenie innych marek, tam, gdzie Mares nie ma swojej propozycji. Generalnie celem jest przyciąganie uwagi nurków bardziej zaawansowanych i umożliwianie szkolenia na bardziej zaawansowanym sprzęcie. W końcu Mares to także oszczędzarka Mares Horizon. Jeżeli więc nie będzie można wnosić swojego sprzętu, będzie dostępna (nawet jeżeli nie od razu to za jakiś czas) cała gama sprzętu dla wymagających.

Pozostaje jeszcze przeanalizować limit czasu, jaki nam dają w ramach dostępnego obecnie vouchera, a także ilość gazu do oddychania. Podkreślam, że mówimy tu póki co tylko o jednym wariancie dostępu, przeznaczonym dla nurków rekreacyjnych, którzy chcą po prostu zaliczyć „fun dive”. Można spodziewać się, że niebawem światło dzienne ujrzą kolejne warianty, pakiety: na serię wejść, na szkolenia, wejścia dla freediverów, instruktorów i tak dalej.

W ramach mojego testowego nurkowania wykonałem ze swoją grupą nurkowanie trwające właśnie czterdzieści pięć minut. Nurkowałem na zestawie podwójnym 2x12l, komputer Suunto (którego model i tak słynie z wysokiego konserwatyzmu) ustawiłem na najniższy konserwatyzm. W trakcie tego nurkowania mogłem spokojnym tempem zejść na dno tuby, odbić się od dna, rozpocząć spokojne wynurzanie (siedzenie przy dnie dłużej niż minutę nie ma sensu, tam nie ma co oglądać), dwa przystanki po drodze wykonane. Wizyta w tubie wraz z dodatkowym, głębokim przystankiem, dokładnym spokojnym zwiedzeniem tuneli „jaskiniowych” i zabawach na płytkiej wodzie zajęła nam dokładnie 44 minuty. W tym czasie zużyłem niecałą połowę zapasu powietrza, a zużycie mam raczej przeciętne, nie jestem żadnym asem oszczędności gazu. Można założyć więc, że osoba wyposażona w pojedynczą butlę będzie w stanie odwiedzić wszystkie atrakcje za jednym nurkowaniem, choć istnieje ryzyko, że zakończy nurkowanie z mniejszą ilością gazu niż obowiązkowe minimum pięćdziesiąt barów. Osoby z większym zużyciem będą musiały podzielić zwiedzanie na dwie tury – ale przecież o to chodzi twórcom. Nie mamy tam siedzieć w nieskończoność, tylko coś ma nas limitować. Jeśli nie NDL to na pewno ograniczona ilość gazu.

Deepspot. Widok ogólny.

Ja się zwyczajnie cieszę, wręcz jaram tym, że coś takiego zbudowano tu w Polsce, że ten nasz kraj pomimo wszystko potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej i czymś się wybić ponad przeciętność (i wcale nie mówię tu o skali głupoty, jaką serwują nam politycy ogółem swoim). Stąd smutno mi, że poraz kolejny „fejsbukowi specjaliści” mnie nie zawiedli i objechali projekt z góry na dół. Coś jest w tym narodzie, że każdą najfajniejszą rzecz musi ocenić krytycznie, rozłożyć na czynniki pierwsze i zwyczajnie po ludzku dowalić się. Tak jakby naprawdę z niczego, co tutaj zrobimy, sprowadzimy czy zorganizujemy, nie można się tak normalnie, po ludzku cieszyć. Być zwyczajnie dumnym i zadowolonym. Deep Spot nie jest żadną nowinką. Jest trzecim w historii głębokim basenem budowanym specjalnie dla nurków (mówię tu o głębokościach 30+). Jest to kawał solidnej architektonicznej roboty, ciekawie zaprojektowana niecka dająca sporo frajdy nawet takim starym wyjadaczom jak ja. Będę pewnie chciał kiedyś zaliczyć włoski Y-40 by mieć zaliczone wszystkie trzy baseny, ale jeżeli chodzi o wrażenia z Nemo33 to nasz basen obecnie wygrywa w moim prywatnym rankingu jeżeli chodzi o atrakcyjność niecki. Zobaczymy, jak dalej potoczą się losy oferty ośrodka, czy i kiedy dojdzie zaawansowany sprzęt, jak będzie układać się współpraca z polskimi szkołami i centrami nurkowymi, czy będą jakieś dodatkowe atrakcje i wydarzenia mogące ożywić zainteresowanie obiektem osób nienurkujących, nurkujących sporadycznie i zaawansowanych nurków. Ja chcę być dobrej myśli i trzymam mocno kciuki za to miejsce

Wiem, wiem, podkład muzyczny straszny, ale wtedy wydawał mi się fajny. 🙂