Archiwum kategorii: prasówka

Harpunem w układ

Ta historia przykuwa moją uwagę od dłuższego czasu. Nie dotyka ona dziedziny nurkowania, którą ja uprawiam, więc nie dotyka mnie bezpośrednio, jednak nurkowanie zawodowe, czyli prace podwodne to bardzo ciekawa część świata podwodnego. Moje zainteresowanie wzięło się z tego, że znam bezpośrednio zaangażowanych w ten konflikt ludzi i znam podobne historie z innych dziedzin podwodnych.

Wszystko zaczęło się od poznania chłopaków z Harpuna. Przyjechali na Deepspot EXPO 2024, zrobili masę fajnej roboty dosłownie wylewając litry potu i pracując jak w ulu by jak najwięcej osób chętnych (a tych nie brakowało) mogło zobaczyć, jak nurkuje się w sprzęcie do prac podwodnych – czyli hełmie z kabloliną, czy masce pełnotwarzowej połączonej radiowo z powierzchnią. Uwijali się jak w ukropie, dosłownie nie mieli za dużo chwil do wytchnienia i widać było po nich, że robią to z ogromnym entuzjazmem. Na etapie rozmów o ich uczestnictwie nie było rozmów o tym, co oni z tego będą mieli, nie było zastanawiania się, ile dzięki temu mogą sprzedać kursów i tak dalej. To czysto wizerunkowa akcja, pokazanie się światu – tak wygląda praca pod wodą. Bardzo zjednali mnie tym podejściem. Podobało mi się ich zaangażowanie i autentyczna chęć zrobienia fajnej roboty.

Już gdzieś wcześniej od kogoś słyszałem, że środowisko szkolące nurków zawodowych to dość zamknięta grupa, że każdy tylko i wyłącznie myśli o własnym ogródku, że patrzy wilkiem na konkurencję. Każdy każdemu przykleja łatkę: ci są drodzy, robią trochę na odwal się, ale nie ma większych problemów, tamci mocno dokręcają śrubę, ale nie bardzo się to przekłada na realia pracy potem i tak dalej. Dość podobne historie dotyczą mojego środowiska szkolącego nurków sportowych – czyli nurkujących dla własnej przyjemności. Im większe pieniądze do zarobienia, tym opinie bardziej skrajne i ciężar zarzutów (oczywiście przekazywanych pokątnie, w kuluarowych rozmowach a nie na forum ogólnym) większy.

I tu zaczyna się historia walki Harpuna o miejsce na rynku, a dokładnie o byt na rynku uzależniony od potwierdzenia nabywanych uprawnień. Inaczej niż w nurkowaniu rekreacyjnym nurkowie zawodowi po odbyciu szkolenia w którymś z ośrodków udają się na egzamin państwowy przed niezależną komisją powoływaną przez Urząd Morski, czyli państwową instytucję. Kłopot polega na tym, że Harpunowi kursanci nie bardzo są w stanie na taki egzamin się dostać:

WIRTUALNA POLSKA: WIELKA AWANTURA O RATOWANIE GÓRNIKÓW

Oczywiście druga strona nie pozostaje dłużna i oskarża Harpuna, co kończy się zabraniem uprawnień Harpunowi do szkolenia nurków zawodowych. Ten artykuł jest niestety płatny:

GAZETA WYBORCZA: INTRYGI W ŚRODOWISKU NURKÓW ZAWODOWYCH

Zachęcam do zapoznania się z oboma artykułami. Jako, że drugi jest płatny, przytoczę w skrócie opisany tam wątek.

Artykuł szerzej opisuje nieprawidłowości, jakie zgłoszono do urzędu, który wydał decyzję o cofnięciu uprawnień. Nieprawidłowości zgłasza jeden konkretny kursant, któremu zaliczono więcej nurkowań niż to miało miejsce w rzeczywistości i że część nurkowań to były po prostu sprężenia w komorze dekompresyjnej.

Z tego, co zdążyłem zorientować się to przepisy dopuszczają odbycie części szkoleń w formie sprężenia w komorze, ale rzeczywiście ilości nurkowań mogą budzić wątpliwości.

Wspomina się o wcześniejszych zgłoszeniach i incydentach odnośnie działalności Harpuna, które pokazują na braki w szkoleniach, skracanie ścieżki edukacji i powodowanie niebezpiecznych sytuacji.

Rozumiem kaliber oskarżeń, rozumiem wagę tej decyzji na podstawie tych oskarżeń, ale brakuje mi w tym artykule miejsca na to by Harpun mógł wystąpić w swojej obronie – tak jak i w świetle decyzji – Urząd nie dał miejsca Harpunowi do obrony, do wyjaśnienia. I to chyba w tym wszystkim mi się najbardziej nie podoba.

Co zabawne, pod moim wpisem opisującym ten artykuł od razu pojawiły się wpisy pokazujące rzeczywistość z drugiej strony. Cytuję wpisy (pisownia oryginalna):

„Sprawa z tym kursantem wygląda tak, że ja byłem na tym kursie, i po fakcie połączyłem kropki. Kolega ok. 22 letni przychodzi na kurs i cały miesiąc (!!) nagrywa wszystko dyktafonem (w ukryciu, czaicie, razem paliliśmy i plotkowaliśmy, a on się nawet nie zająknął), co udostępnia później UM razem z „doniesieniem”. Spóźnia się na każde bezwzględnie zajęcia w wodzie (co powoduje początkowo nasze żarty, bo nie uczestniczy w noszeniu sprzętu), ale w praktyce dezorganizuje harmonogram i powoduje że kończymy dużo później, czasem nie wyrabiając się przed burzą (czerwiec był fatalny pogodowo). Tak jak i ja ma uroczystość rodzinną, więc traci razem ze mną dzień nurkowań, więc zaczyna mnie nagabywać abyśmy razem wymogli na Robercie podpisanie nurów bez nurów. Nie zgadzam się, z resztą w żartach z naszej strony, Robert kategorycznie odmawia jakichkolwiek dywagacji na ten temat. Później przyjeżdża specjalnie dla nas na 7 zrobić te dodatkowe nurkowania. Kolega oczywiście się nie pojawia. Dodam że koleś, który nigdy nie nurkował, składa profesjonalne zawiadomienie do UM, jakoby nie był przygotowany do egzaminu, na 30 stron z własnymi interpretacjami ustawy i skomplikowanymi wyliczeniami roboczogodzin, procedur itp… Skontaktowałem się z dziennikarzem Gazety, który to pisał, stwierdził że zauważył dziwne koincydencje… Szkoda że ich nie opisał, tylko dał „relację pokrzywdzonego Kacpra”….. Generalnie sprawa skrzywdziła wielu kursantów, którzy ciężko pracowali przez miesiąc. Ale układy są ważniejsze.”

„Ta sprawa to jedno wielkie bagno UM i układów. Wytłumacz mi jak można wyznaczyć nam egzamin, 14 dni do przodu, następnie wejść z kontrolą (na 3 dni przed egzaminem), która przekracza dopuszczalny czas 60 dni (!!) (tłumaczenie że urlopy itp), następnie wydać decyzję o rozpoczęciu nowej edycji kursu (wiedząc już że go zablokują) i przekazać decyzję (bez wyjaśnienia) pocztą w połowie kolejnego kursu. Przecież to na kilometr śmierdzi chęcią uwalenia finansowego ośrodka, tak aby się więcej nie pozbierał. Ale widać takie mamy urzędy w Polsce…”

Właśnie przed chwilą Kamil z kanału „Spod Wody” opublikował ciekawy wywiad z Robertem Poleskim z Harpuna, który opisuje bliżej sytuacje z ich punktu widzenia. Oczywiście, to jest subiektywna ocena z jednej strony, więc obaj z Kamilem pracujemy nad tym by w podobnym tonie mogły wypowiedzieć się osoby z drugiej strony.

Jeszcze na koniec zapraszam na stronę lub profil Harpuna, gdzie opublikowali swoje oświadczenie i można śledzić sprawę na bieżaco:

https://www.facebook.com/OSPPHarpun

https://www.osppharpun.pl/

Podsumowując, chcę, żeby to jasno wybrzmiało. Ja nie chcę bronić Harpuna, jeżeli oskarżenia okażą się prawdziwe, jeżeli potwierdzi je sąd, to ja to doskonale zrozumiem. Jednak kaliber kontroskarżeń też jest solidny, a najsłabsze w tym wszystkim jest podejrzenie, że Urząd Morski nie jest niezawisłym i obiektywnym ośrodkiem kontrolującym prawidłowość procesu nabywania uprawnień.

To jest wątek, który mi się w tym wszystkim najmniej podoba. Chciałbym, żeby te i Kamila publikacje przynajmniej doprowadziły do wyjaśnienia tych wątków. Bo w to, że konkurencyjne wobec siebie ośrodki szkolące nurków przestały na siebie nawzajem „nadawać” i wzajemnie się oskarżać, zwyczajnie już nie wierzę. Trzeba to po prostu uznać za pewnego rodzaju folklor.

Letnia edycja Nurkowego Festiwalu Mocy

Ponownie organizuję Nurkowy Festiwal Mocy, tym razem jednak padło na lato! W zimę też się spotkamy, ale bardzo chciałem zrobić też letnią edycję, na której będą mogli się pojawić nowi uczestnicy – ci, którzy w zimę nurkują co najwyżej w Deepspot, albo za granicą. Do tego będzie można zaprosić większą liczbę wystawców, którzy spokojnie ze swoją ofertą będa mogli się rozstawić w namiotach przed budynkiem głównym.

Przy okazji tej edycji chcemy mocno nawiązać do polskiej tradycji obozów nurkowych. Chcemy nie tylko przybliżyć Wam ich historię (jeżeli się uda, zrobimy wystawę fotografii), ale też stworzyć z Wami klimat takich obozów.

Będą więc zawody, będą konkurencje związane z nurkowaniem. Będziemy mieli wyścigi powierzchniowe, zadania podwodne, będą też konkurencje dla nienurkujących. Będzie można sprawdzić jak się kieruje nurkiem zawodowym, będzie można wykazać się w nawigacji.

Dla fanów spotkań i prelekcji przygotowujemy też atrakcje. Będzie m.in. Daniel Popławski z opowieściami o historii dekompresji. Będzie też panel wynalazców DIY.

A co będzie można potestować? Z jakimi wystawcami spotkać?

Na liście wystawców mamy:

Centrum Techniki Nurkowej Gdynia z kapturami K01

Deep Adventure z ofertą sprzętową Divesoftu, Liberty i skuterami Seacraft.

ECN-Systemy Nurkowe z markami m.in. Atomic Aquatics, Bare, Hollis, Oceanic, Zeagle, Oceama.

BTO Sp. z o.o. z ofertą oświetlenia XTAR

IDF ze swoją ofertą szkoleniową.

SANTI Diving z ofertą marek Avatar: diving made easy i SANTI Diving.

Zapraszamy, szczegóły TUTAJ

Co z wrakami Bałtyku?

Bałtycka turystyka wrakowa się zwija. Dlaczego nie ma czym pływać na wraki?

Jeżeli chcesz posłuchać artykułu w formie audio, kliknij poniższy player.

Polska linia brzegowa Bałtyku ma około pięćset dwadzieścia kilometrów długości. Dostęp do Bałtyku mają takie większe miejscowości i miasta idąc od zachodu jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Jastarnia, Hel, Puck i Trójmiasto. Wraków jest od groma. Na mapie serwisu „wrakibaltyku.pl” mamy informacje o stu dwudziestu sześciu wrakach. W tym są wraki, do których trzeba dopłynąć na albo za Bornholm, albo odwiedzić wybrzeża Litwy i Łotwy. W tym są też wraki ogólnie wyłączone z nurkowań „turystycznych”. Niech więc odpadnie z tej listy, dajmy na to, pięćdziesiąt procent, dalej mamy ponad sześćdziesiąt wraków dostępnych dla nurków.

Jakie są te nasze wraki? Przede wszystkim ciekawe historycznie – jak wraki statków biorących udział w II Wojnie Światowej, w operacji Hannibal (zakrojona na szeroką skalę ewakuacja ludności niemieckiej z terenów okupowanych drogą morską), wraki z początków XIX wieku, wraki drewniane z czasów XVIII wieku i starsze – wraki świetnie zachowane, bo Bałtyk dobrze konserwuje drzewo. Niestety, Bałtyk nie jest najlepszym miejscem do rozwoju i utrzymania życia. Niskie zasolenie, natlenienie nie pomagają rozwojowi fauny i flory. Jednak w tym kryje się dla nas jedno zwycięstwo. W Bałtyku długo nie było a teraz wciąż nie występuje w znaczących ilościach świdrak okrętowy, który żywi się drewnem. Wraki dzięki temu wyglądają jak nietknięte przez czas. Fascynują bogactwem szczegółów.

Samo nurkowanie wrakowe w Bałtyku jest na pewno bardziej wymagającym wyczynem niż nurkowania wrakowe w takim Egipcie chociażby, ale dalej jest to fantastyczne doświadczenie. Nurkujemy w suchych skafandrach najczęściej, przejrzystość wody daleka jest od tej spotykanej w ciepłych morzach, ale warunki bywają naprawdę zaskakująco dobre (co ma niestety swoje złe strony dla przyrody i wraków). Zdarzało już mi się wielokrotnie nurkować na wrakach bałtyckich w okresie letnim i nie czuć zjawiska termokliny – woda była ciepła do samego dna. Przejrzystość wody – zwłaszcza na otwartym morzu (czyli poza Zatoką Pucką) potrafi zaskakiwać. Generalnie, warunki do nurkowania na morzu otwartym są zdecydowanie lepsze od tych, które zastaję na wrakach zatoki, gdzie występuje spore zamulenie, które pogarsza widoczność zwłaszcza w warunkach często zmieniających się prądów. Powiedziałbym więc, że nurkowanie wrakowe na Bałtyku to rewelacyjna propozycja dla ludzi już średnio zaawansowanych. Obyci z pływalnością, mający uprawnienia do 30m, nurkujący w suchym skafandrze – a tych przecież w Polsce nie brakuje.

Trudno więc zrozumieć, dlaczego oferta wrakowej turystyki bałtyckiej w Polsce jest obecnie tak biedna. Jeżeli popatrzymy na polską linię brzegową Bałtyku i podzielimy wybrzeże na wschód i zachód, a naszą granicą będzie Ustka, to okaże się, że na wraki pływa się tylko na wschód od Ustki. Tak naprawdę pierwszą miejscowością z ofertą dla nurków jest Łeba. Potem mamy półwysep helski z kilkoma łódkami i Trójmiasto. I to koniec. Na zachód obecnie nie ma ani jednej łódki. Ani jednej. Nic.

Niedawno w ramach Nurkowego Festiwalu Mocy, który organizuję cyklicznie w zimie, prowadziłem panel dyskusyjny właśnie na ten temat. Osoby pływające na wraki wspominały takie łódki jak Nitrox z Darłowa, Saracena z Kołobrzegu. Tych łódek już nie ma. Nie pływa też bardzo aktywny w swym czasie Litoral z Trójmiasta, na nurkowe wyprawy nie zabierzemy się już też legendarnym Lubeckim z Kołobrzegu.

Gdzie leży problem? Zapytałem kilku znajomych nurków o ten wątek. Według Tomka Stachury z Santi Diving Polska (który prywatnie jest też właścicielem łódki, którą regularnie pływa na wraki) za problemem stoją trzy rzeczy: kasa, kasa i kasa. Niestety, prawda jest taka, że zbliżyliśmy się bardzo do cen, które oferują inne kraje mające dostęp do Bałtyku. Do tego duża część operatorów takich łódek często jest wynajmowana do prac „off-shore’owych”, które się im zwyczajnie dużo bardziej opłacają. Tutaj jest firma zlecająca, płacąca za każdy dzień konkretne, duże pieniądze. Jeżeli z powodu warunków jakiś dzień wypada, zlecający płaci postojowe, a projekt i tak musi być wykonany, więc często jest to przesuwane na inny dzień. Z nurkami już jest inaczej – wypłynięcia są tylko w weekendy, to są tylko dwa dni w tygodniu. Każdy wie, jak z pogodą bywa. Wypłynięcia nie dochodzą do skutku, kasy nie ma. Nikt nie płaci za takie wypłynięcie, które nie doszło do skutku. Terminu alternatywnego nie ma. Jak zaproponujesz inny termin nurkom to temu nie pasuje, tamten nie może na dwa dni i tak dalej.

To był jeden z powodów, dla których Tomek zdecydował się na własną łódkę – dostępność łódek dla nurków, rosnące koszty wypłynięć.

Przy okazji Baltictechu zapytałem o to Krzysztofa Wnorowskiego z Centrum Nurkowego Tryton, organizatora wypraw na wraki  – odpowiedział podobnie, że to są złe czasy dla turystyki wrakowej. Mnóstwo inwestycji na Bałtyku, w które angażują się łódki wożące nurków – wiadomo, dla łódek to lepsza i bezpieczniejsza forma zarobku, a w naszym przypadku dużą niewiadomą jest chimeryczna pogoda na Bałtyku.

Przyjrzyjmy się więc cenom wypłynięć i ich zmianom na przestrzeni ostatnich kilku lat. Moje wyliczenia opieram o ofertę kilku operatorów łódek, którzy oferują lub oferowali wypłynięcia małymi jednostkami na jedno nurkowanie lub większymi – na cały dzień. Przeliczyłem zebrane oferty na jedno nurkowanie, uśredniłem je i tak przyjąć można, że w 2020 roku płaciliśmy za jedno wypłynięcie około 124zł. W 2021 roku cena wzrosła do prawie 140zł, kolejną podwyżkę mieliśmy w 2022 roku, duży skok, bo do poziomu 172zł. Jednak w tym samym roku ceny na moment spadły do poziomu 150zł, ale już w 2023 roku osiągnęliśmy pułap 180zł by w 2024 przekroczyć granicę 200zł.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do cen europejskich? Jak to w ogóle wygląda w innych krajach nadbałtyckich?

Marcin Dobrucki (instruktor nurkowania, serwisant sprzętu nurkowego, specjalista od świateł nurkowych) mieszka w Finlandii od dawna. Opowiada, że w Finlandii nurkowanie nie jest tak skomercjalizowane. Opiera się przede wszystkim na działalności klubów nurkowych, które organizują wyjazdy. Ceny kursów i nurkowań mają głównie pokrywać koszty działalności klubów. Są oczywiście komercyjni operatorzy, ale stanowią zdecydowaną mniejszość na lokalnym rynku. Pojedyncze wypłynięcie na bliskie wraki może kosztować około 30 Euro, dalsze wraki to już kwestia wypłynięcia na dzień, lub więcej, więc tutaj zależnie od wyboru wraków cena za jedno nurkowanie może wahać się między 25 a 50 Euro. Jeżeli jednak jest to połączone z działalnością w klubie, to żeby być uczciwym, należy pamiętać, że kosztem jest tutaj też składka klubowa. Mówimy o kwotach na poziomie 70 Euro, z czego 30 Euro to opłata do federacji, a reszta idzie na działalność klubu. Czyli 40 Euro rozkłada się na różne wyjazdy nurkowe – kto wyjeżdża częściej, tym rozkłada te 40 Euro na większą ilość wyjazdów.

Marcin Wojturski z Reel Diving mieszka w Szwecji. Tam też dużą część rynku stanowią kluby, ale jest też sporo firm działających komercyjnie. W Szwecji nurkowania wrakowe to głównie Bałtyk w okolicach Sztokholmu oraz jezioro Vännern – działają tam takie firmy komercyjne jaknp. Vrakdykarpensionatet (obecni na Baltic Tech), ale też kluby, które mają własne łodzie oraz osoby prywatne z własnymi łodziami.

Jeżeli mowa o firmach to jest sześciu, siedmiu operatorów większych, reszta to kluby i osoby prywatne z własnymi łódkami. Jest ciekawy podział: wschodnie wybrzeże – tylko wraki, a na zachodzie to nurkowanie na „rafach” – natura, brak wraków.

Ceny poszły w górę ze względu na wzrost cen paliwa oraz kosztów ogólnie. Licząc ogólnie to ceny oscylują wokół 70-120 Euro za dzień ( z reguły dwa nurkowania, z lunchem w cenie). Można przyjąć, że wyprawy klubowe to połowa tych stawek. Tylko oczywiście trzeba być członkiem danego klubu.

Jeżeli więc przyjmiemy, że Euro ostatnio kosztuje coś około 4,30 – 4,50zł to jedno nurkowanie wrakowe u nas kosztuje poniżej 50 Euro, czym wpasowujemy się gdzieś pośrodku stawek naszych bałtyckich sąsiadów.

Rosnące ceny były jednym z wątków naszej dyskusji na Festiwalu Mocy. Starałem się występować w roli obrońcy operatorów łódek, bo dość wyraźnie rysowała się linia argumentacji odnośnie spadku zainteresowania nurkowaniem wrakowym z powodu astronomicznych podwyżek cen. Prawda jest taka, że ostatnie kilka lat notujemy skoki cenowe w zasadzie w każdej dziedzinie życia i posiadaczy łódek to też dotyczy. Skoki ich cen nie wynikają z chęci zarabiania większej ilości pieniędzy, ile z utrzymania poziomu zarobków w odniesieniu do kosztów życia. Inflacja, inflacja, inflacja. Można to słowo odmieniać przez wszystkie przypadki. Dogoniliśmy zachód. Moim zdaniem jest teraz idealny moment przejścia na Euro w Polsce, bo specjalnie tego przewalutowania nie poczujemy. Ba, być może niektóre rzeczy stanieją po wejściu w strefę Euro?! Oczywiście teraz ironizuję.

Jeszcze musi upłynąć sporo czasu zanim wyjdziemy z szoku i zaczniemy te rzeczy spokojnie analizować, kiedy złapiemy odpowiedni dystans do zmian, które nas dotknęły w ciągu pandemii i po agresji Rosji na Ukrainę. Póki co wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i się dziwią a to skokom cen, a to zawirowaniom na rynku łodzi nurkowych. Patrzę na nurkowanie jako biznes z różnych stron: szkolenia, wyjazdy, zakupy sprzętu. Tu wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i dziwią się co chwila, że coś nie wygląda tak jak dawniej, że żadne modele i schematy nie pasują do tego, co się dzieje wokół nas. Jestem ciekaw analiz odnośnie tego, ilu ludzi się obecnie szkoli w nurkowaniu, jak wyglądają statystyki typowego centrum nurkowego, jak wyglądają wyjazdy nurkowe. Widzę na pewno po ofertach last minute na safari nurkowe, że tu różu nie ma. Mój punkt widzenia jest specyficzny, nie prowadzę dużego centrum szkoleniowego, szkolę indywidualnie, mam mały klub nurkowy, obserwuję jednak to, co dzieje się w Deepspocie, gdzie ruch utrzymuje się wciąż na dość wysokim poziomie, ale nie nazwałbym tego złotymi czasami.

Myślę, że to samo jest z łódkami na Bałtyku, operatorzy obserwują spadek zainteresowania, szukają alternatywnych źródeł dochodu – bezpieczniejszych, bardziej stabilnych, regularnych. Nie mogą opierać się jedynie na weekendowej turystyce małej grupki fascynatów wrakowych. Przypominam, że nurkujący regularnie na wrakach stanowią jedynie niedużą część nurków. Duża część nurków woli wydać więcej na kilkudniowy wyjazd do Egiptu, na tamtejsze wraki, bo przynajmniej jest ciepło, słonecznie, kolorowo i przejrzystość wody zawsze na wysokim poziomie.

Ja lubię nazywać się wrakoholikiem, bo mnie wprost ciągnie do wraków jak do nałogu i dla mnie, jak i dla pewnej grupy nurków wraki egipskie nie są łakomym kąskiem. Są ładne, nurkowania są przyjemniutkie, ale nie takich wrażeń na nich szukamy. Ja szukam na wrakach historii, tajemnicy, zagadek. Lubię nasze surowe warunki nurkowań na Bałtyku, kojarzą mi się z czymś pierwotnym, to taka męska przygoda na pełnym morzu a nie wycieczka All Inclusive do Marsa Alam. Wiem, że nie należę do licznej grupy, ale jeżeli tylko będą operatorzy łódek gotowi wozić nas na bałtyckie wraki, będę chciał pływać. Zastanawiam się co nasza wąska grupa musi zrobić by mieć wciąż ofertę wypłynięć.

Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby zapełnienie grafiku łódek – zmiana modelu wyjazdów nurkowych, odejście od wypadów weekendowych. Wraki nie tylko w weekend, ale też w dni robocze. Wszystkie łódki pływające na wraki w krajach turystycznych zarabiają na pływaniu cały tydzień a nie tylko w weekendy. Jeżeli zwiększy się skala wypłynięć, być może łódki będą mogły zaproponować nam lepsze warunki i same będą zainteresowane rozbudowywaniem oferty dla nas, a nie szukaniem zarobku na projektach „off-shore”: stawianiu farm wiatrowych, serwisach infrastruktury portowej, czy badaniach naukowych na morzu.