Artykuł oryginalnie ukazał się na łamach Nuras.info MAJ 2017 (http://pdf.nurasonline.com/nr_89_150.pdf)
Po Rummu, które odwiedziłem w 2016 roku, rósł we mnie apetyt na kolejne odkrycia kompleksów budynków, kopalń, miejsc pracy lub noszących ślady obecności ludzi, a które obecnie znajdują się pod wodą. „Urban diving” bardzo przypadł mi do gustu i wgryzł się głęboko w świadomość wymuszając na mnie poszukiwania kolejnych tego typu nurkowisk. O węgierskiej Kobanyi już słyszałem, jakieś zdjęcia widziałem, choć z początku nie wiedziałem, że to są właśnie zdjęcia z tej kopalni, nie miałem też świadomości, że kopalnia znajduje się w samym mieście. Budapesztańska Kobanya to tak naprawdę dziesiąta dzielnica miasta, leżąca w części niegdysiejszego Pesztu (być może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale Budapeszt był kiedyś dwoma miastami: Budą i Pesztem, oddzielonymi od siebie Dunajem). Kiedyś (czyli mniej więcej w okolicach XII wieku) cała ta okolica zajmowała się wydobyciem surowców budowlanych (oprócz wapienia, wydobywano tutaj glinę) potrzebnych przy rozbudowie Budapesztu. Jednym z nich był wapień, którego w tym regionie nie brakowało. Tenże wapień stanowił ważny składnik budulcowy dla co znamienitszych budowli Budapesztu – dzisiejsze znaki rozpoznawcze węgierskiej stolicy to w znakomitej większości biorcy wapienia z Kobanyi. Okolica swą ładnie brzmiącą nazwę zawdzięcza właśnie wydobyciu. Kobanya po węgiersku oznacza po prostu kamieniołom. Kopalnię jednak w pewnym momencie zamknięto, prawdopodobnie ze względu na opłacalność wydobycia i możliwości jego zbytu. Grunt, że dolne pokłady zaczęła przejmować woda o krystalicznej przejrzystości, którą wkrótce rozpoczęto wykorzystywać do produkcji piwa. Doszło do tego składowanie beczek z piwek, gdyż korytarze kopalni były ogromne, wręcz przepastne, zapewniały stały i dobry klimat dla piwa. Stała, umiarkowanie niska temperatura, niezbyt dotkliwa wilgotność i korytarze, w które można wjechać sporą ciężarówką. Browar jednak też się wyprowadził z kopalni. Zdaje się, że wykorzystuje jeszcze część naziemnej infrastruktury, ale teren korytarzy podziemnych obecnie głównie eksploatują nurkowie. Jest jeszcze część podziemnego miasta zamknięta na potrzeby obrony cywilnej, ale to ledwie cząstka potężnej sieci podziemnych chodników ciągnących się kilometrami i mogących służyć za scenerię do filmu fantasy, albo S-F. Proces zalewania trwa wciąż. Powoli, milimetr po milimetrze woda w korytarzach się podnosi. Lokalny przewodnik, Jozsef Spanyol, twierdzi, że już nasze dzieci będą mogły nurkować w chodnikach, które dziś służą nam do szykowania sprzętu i do przemieszczania się samochodami pomiędzy kolejnymi lokacjami pod ziemiąPodstawowych lokacji startowych mamy cztery. Odległości pomiędzy nimi są na tyle spore, że do kopalni wjeżdżamy swoimi samochodami i kluczymy za przewodnikiem docierając do kolejnych miejscówek. Tylko jedna z nich znajduje się praktycznie tuż za bramą zjazdową. Wjazd w głąb ziemi oznacza dla nas odcięcie od świata zewnętrznego i cywilizacji. Telefony milkną, internet tu nie sięga, żadne urządzenia lokalizujące nic nie pomogą. Trzymamy się więc trwożnie przewodnika i nigdzie się nie zapuszczamy na piesze wędrówki. Podobno dla chętnych organizuje się też piesze ekspedycje wgłąb Kobanyi – z pewnością jest to ciekawa propozycja dla urbanofilów. Mówimy o korytarzach wyciosanych w litej skale. Niektóre sale i pomieszczenia mają wysokość kilkupiętrowego budynku, oczywiście, najbardziej niezwykle wyglądają te zalane wodą. Te, w których my zawieszeni pod sufitem unosimy się dziesięć metrów nad ziemią ulegając magicznemu wrażeniu latania w powietrzu. Woda jest tu naprawdę krystalicznie czysta i przejrzysta. Czasami łatwo zapomnieć, że właśnie nurkujemy i tylko dzięki założonemu sprzętowi możemy przebywać w tych pomieszczeniach.
Eksploracja podwodna
Całym kompleksem i miejscami nurkowymi opiekuje się grupa pod wodzą Jozsefa Spanyola, to z nimi wykonujemy wszystkie nurkowania. Jozsef przekazuje zawczasu wszystkie szczegóły związane z organizacją nurkowań w Kobanyi, przyjeżdżam więc z grupą wiedząc z grubsza, czego można się spodziewać. Na miejsce przyjeżdżamy z kompletnym sprzętem przygotowanym do nurkowań w chłodnych wodach, suche skafandry, grube ocieplacze (na miejscu orientuję się, że nie wziąłem zewnętrznych rękawic z pierścieniami i nurkuję w cienkich rękawiczkach mokrych – woda ma prawie dziesięć stopni, więc z radością odkrywam, że to nie polskie wody zapewniające nieustanną krioterapię), w butlach dobrze jest mieć delikatny nitroks, w cenie nurkowań mamy też nitroks na miejscu. Miejsce wymaga dobrego przygotowania nurkowego i sprzętowego – minimum AOWD (z dobrze opanowaną pływalnością i ogarnięciem sprzętowym), zestawy twin, lub przynajmniej butla + stage. Nie chodzi tu o specjalne procedury, ile o ogarnięcie w pomieszczeniach, w których grupa rozbrykanych amatorów może być nie lada wyzwaniem dla reszty. Można też przyjechać z pojedynczą butlą i uprawnieniami OWD, ale wtedy będziemy mogli obejrzeć tylko jedną podwodną miejscówkę. Uprawnienia i wyposażenie jaskiniowe nie są wymagane, ale są wskazane.
Jozsef cierpliwie tłumaczy wszystkie zagadnienia związane z nurkowaniami w zaplanowanych miejscach. Oddajemy się posłusznie jego doświadczeniu i polegamy w kwestii wyznaczania tras do odwiedzania. Trasy dla rekreacyjnych nie są trudne. Ktoś kiedyś ładnie porównał je do nurkowania w cenotach. Trasy nie są wymagające (choć dla chętnych są i poważniejsze wyzwania), a przestrzenie są czasem oszałamiające. Tym niemniej przestrzegam by nie podchodzić do tych nurkowań jak do zabawy. Nie bez powodu wchodzimy w zestawach dwubutlowych i oczekuje się od nas dobrego opływania. Są też momenty, w których posiadacze klaustrofobii mogą poczuć się nieswojo. Na samo dzień dobry dostaliśmy ulubioną trasę Jozsefa, którą tak naprawdę jest pionową komnatą łączącą dwie klatki, którymi się zanurzamy i wynurzamy. Na początku opadamy sporą klatką schodową do dna, w którym wywiercono wąską i długą studnię o szerokości niecałych dwóch metrów.
Nią spadamy jakieś dwa metry, może trzy i znajdujemy się w kolejnej komnacie, której dno znajduje się na niecałych czterdziestu metrach. Komnata jest spora, ale generalnie to duża klatka schodowa. Nic więcej. Stąd wynurzamy się do kilkunastu metrów i wychodzimy bocznym korytarzem do powierzchni. Samo przepłynięcie studnią to powód do odczucia przyspieszonego tętna, reszta jest już mniej emocjonująca i nie odczuwa się szczególnego stresu związanego z nurkowaniem w tym miejscu. Ja zdecydowanie najlepiej wspominam drugie nurkowanie – szeroka pozioma komnata, doświetlana z dołu kilkoma silnymi lampami, z niej wychodzą bodajże dwa korytarze i jest też zejście schodami poniżej. To tu stoi wózek, który jest wdzięcznym obiektem licznych fotografii przywożonych z Kobanyi. W trakcie weekendu wykonaliśmy w sumie cztery nurkowania. Po dwa każdego dnia. Po skończonych nurkach, około godziny 16:00 byliśmy już w drodze do hotelu i mieliśmy czas na zwiedzanie Budapesztu. Planując swoją wyprawę, warto uwzględnić dobrze zlokalizowaną noclegownie. W naszym wypadku Hotel „Chesscom” przy dużej stacji metra „Kobanya Kispest” kończącej czerwoną linię podziemnej kolejki był dobrym wyborem. Pokoje dość ciasne, standard średni, ale ani do miłej obsługi, ani do dobrego śniadania, ani tym bardziej do lokacji nie można było się przyczepić. W zasadzie prosto z hotelu wchodziliśmy do wejścia na stację (połączoną z centrum handlowym), a tu miła niespodzianka – informacja turystyczna i biletomaty. Dobrą opcją jest zakup pakietu biletów – dziesięć sztuk. Każdy bilet to jeden przejazd. Czerwoną linią po kilku stacjach dojeżdżamy do centrum miasta i dalej możemy spokojnie poruszać się na nogach oglądając najciekawsze atrakcje Budapesztu zlokalizowane wzdłuż Dunaju. Zaczynając od Wzgórza Gellerta a kończąc na wyspie Małgorzaty, wszystko zeszliśmy pieszo. W międzyczasie warto pokręcić się po uliczkach, pozaglądać do sklepów z pamiątkami i usiąść w jednej z budapesztańskich restauracji i spróbować węgierskich specjałów.
Warto jednak zawczasu przygotować zapas gotówki. Miejsc akceptujących karty płatnicze jest jak na lekarstwo – co ciekawe, w wielu miejscach ceny podawane są w Euro i można płacić tą walutą. Weekendowy wypad do Budapesztu to dobry pomysł na wczesną wiosnę lub jesień, kiedy turystów jest jeszcze w miarę mało. My zaplanowaliśmy wyjazd wściekle rano w piątek by móc jeszcze w piątek poszwendać się po mieście. W niedzielę zakończyliśmy nurkowania trochę wcześniej i ruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym niemniej podróż samochodem – choćby i najszybszą trasą autostradami nie chce zająć mniej niż osiem godzin, a częściej jest to coś w okolicach dziewięciu godzin, zatem w poniedziałek do pracy idzie się raczej niewyspanym.
Nurkowanie w zalanym gułagu Rummu Karjar. Paekalda Holliday Center.
Tysiąc, no prawie tysiąc, ale bardzo blisko tysiąca kilometrów mam stąd do Rummu w Estonii. Stąd czyli spod Warszawy, z Józefowa. Rummu. Egzotyczna nazwa, długi czas kompletnie poza moimi wyobrażeniami, że kiedykolwiek wybiorę się w tę stronę Europy. Wszystko zaczęło się od jakichś zdjęć i chyba dwóch filmików, które chyba podrzucił mi Błażej. Prawdopodobnie był też od razu komentarz z jego strony „a może tam pojedziemy”?. My takich kierunków pewnie mamy już dziesiątki. Takich punkcików na mapie, które są oznaczone flagami „kiedyś tam pojedźmy”. Obejrzałem filmiki, zdjęcia, ale nie wykonałem minimalnego choćby wysiłku by sprawdzić na mapie, gdzie to jest. W stronę Rosji? Eeee, nie ma co kombinować – dziki wschód, pewnie daleko, pewnie nie do ogarnięcia, żeby tam dojechać – co zakręt to czające się radiowozy czyhające na turystów z zachodu i na gigantyczne łapówki, dziury w drogach wielkości krateru tunguskiego, bieda, dzicz i bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Jeszcze pewnie jakieś zabłąkane bojówki lokalnych wielbicieli starego porządku i wszyscy pijani wszędzie. Gdybym tak dalej myślał, nie doszłoby do jednego z najfajniejszych wyjazdów, jakie miałem przyjemność zaliczyć wraz z moimi przyjaciółmi z Klubu 4divers. Za którymś tam impulsem przesłanym przez Błażeja w końcu kliknąłem na Google Maps i sprawdziłem lokację, pooglądałem trasę przejazdu, poeksplorowałem z Błażejem możliwości noclegowe, zacząłem rozważać różne scenariusze nurkowe (długi czas ważnym elementem wtedy jeszcze mocno niepewnej wyprawy było nurkowanie w estońskiej części Bałtyku: foki, totalnie inne, niesamowite wraki z brzegu, itp.). Nagle zaczęło to nabierać kształtów rzeczywistych. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest to praktycznie żaden niezwykły wyczyn. Drogi są proste, kraje przejeżdżane wcale nie straszą napadami na przejezdnych, nie jest to żaden dziki wschód. To jest Estonia. Kraj, z którym praktycznie nic nie mamy wspólnego. Jedna wielka niewiadoma. Pociągająca, przyzywająca, zapraszająca – odkryj mnie. To tylko tysiąc kilometrów prostej jazdy prostą drogą (literalnie prostą, jak się na nią popatrzy, to specjalnie dużo skręcania nie ma), jechałem już dużo dalej, bo do Czarnogóry – tysiąc sześćset kilometrów, oczywiście duża część tej trasy to autostrady, ale ostatni odcinek odbywa się lokalnymi drogami, które pochłaniają ogromną ilość czasu przejazdowego. Tutaj o autostradach nie ma mowy. Owszem, niby Via Baltica, ale w praktyce trzy czwarte tej trasy jedzie się z maksymalną dozwoloną prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Czas przejazdu podawany przez wujka Google – prawie dwanaście godzin, przez moją ulubioną nawigację Navi Expert – chyba coś pod siedemnaście godzin (chyba autorzy N.E. założyli, że przystanki po drodze będą częste i długie). Długo, ale da się zrobić. Zaczęliśmy się oswajać z odległością, czasem przejazdu, a widoki spod wody coraz bardziej nas kusiły. Słaliśmy więc zapytania do lokalnych centrów nurkowych i baz noclegowych, kombinowaliśmy logistykę wyjazdu. Zaskoczyła nas praktycznie każda odpowiedź. Generalnie wszyscy namawiali nas na Bałtyk. Rummu traktowano jako dodatek – maks dzień, no może dwa dni nurkowania, a potem warto przejechać na Bałtyk. A ceny organizacji pięciu dni nurkowań były dość poważne, jak na Europę przystało. W skrócie, licząc wyjazd tygodniowy, cena wyprawy byłaby niebezpiecznie blisko kosztów przelotów do Egiptu, nurkowań tamże i spania w bardzo przyzwoitym hotelu. A tu jeszcze dojechać na miejsce trzeba! Zmroziły mnie wstępnie wyliczone koszty i zasygnalizowałem Błażejowi, że musimy chyba nieco spuścić z tonu – spróbujmy może najpierw z wyjazdem na przedłużony weekend, zobaczmy jak to wygląda, a potem dopiero kombinujmy poważniejszy wyjazd na tydzień. Stanęło więc na krótszym wyjeździe. Termin wyznaczyliśmy na długi weekend majowy. Wszystko zaczęło się ładnie układać – znaleźliśmy sympatyczną bazę noclegową przy samym akwenie, która gotowa była przygotować nam wszystko na miejscu: nurkowania, noclegi, wyżywienie. Kosztowo całkiem przyzwoicie, pomimo, że Estonia przyjęła Euro. Zostało tylko odliczanie dni do wyjazdu.
Rummu – Budynki
Przygotowując się do wyjazdu sprawdziłem ceny, zwłaszcza paliw w krajach, które mieliśmy przejechać – wszystko wskazywało na to, że niezależnie gdzie zatankujemy, ceny będą bardzo bliskie polskim, tak samo z żywnością – ani taniej, ani drożej. Ostatnim elementem przygotowań było zorientowanie się, co my tam możemy zrobić, oprócz nurkowania w Rummu. Do odwiedzenia w zasadzie można wytypować było Tallin, ewentualnie park krajobrazowy Lahemaa.
Zajrzałem też do historii estońskiej szukając jakich wspólnych wątków Polaków z Estończykami. Generalnie nasze społeczności nie stykały się specjalnie ze sobą przez te wszystkie wieki: mamy jeden niefajny wątek, czyli w okresie wojen inflanckich (szesnasty wiek) dogadaliśmy się ze Szwecją i podzieliliśmy między siebie m.in. tereny estońskie. Estonia generalnie dużo czasu spędziłą będąc czyimś terytorium. A to Niemcy się szwendali, a to Szwecja przelewała się w te i nazad, a to my wpadaliśmy z sąsiedzką wizytą, a na koniec przyjacielska wizyta braci komunistów z Rosji/ZSRR przeciągnęła się aż do 1991 roku. A my mamy jeszcze jeden wspólny wątek, dobrze znany naszej nurkowej społeczności – talliński epizod naszego legendarnego podwodnego okrętu O.R.P. Orzeł., który w 1939, na początku wojny wpłynął do tallińskiego portu celem napraw okrętu i wysłania chorego kapitana do szpitala. Estończycy pod naciskiem Niemców i ZSRR internowali okręt i rozpoczęli prace rozbrojeniowe. Nasi jednak wpadli na szatański plan ucieczki – sabotowali prace Estończyków, ustawili wszystko tak by pod osłoną nocy obezwładnić strażników i dać dyla okrętem pozbawionym map i częściowo uzbrojenia. O tym wątku radzę poczytać szerzej, bo to arcyciekawa historia.
Ośrodek wypoczynkowy PaekaldaRummu – mur pod wodąRummu – to także ładny litoral
Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Plan na wizytę w oddalonym setkę kilometrów parku Lahemaa na wstępie odrzuciłem. Przy tak krótkim okresie pobytu na miejscu wolałem skupić się na bliskiej okolicy Rummu. Zatem wchodziło w grę jedynie zwiedzanie Tallina. Nakreślony plan obejmował więc dwa dni na nurkowania w Rummu, jeden dzień „suchy” na Tallin i potem powrót do Polski. Ekipa z Klubu 4divers zebrała się dość szybko – w zasadzie nie była to liczna grupa, bo obejmowała tylko trzy samochody, ale odpowiadała nam ta liczba jako optymalna na wypad eksploracyjny, po którym spodziewaliśmy się wszystkiego i dużo było dla nas niewiadomych.
Bladym piątkowym świtem ruszyliśmy spod mojego domu w Józefowie i rozpoczęliśmy długą podróż ku Rummu. Granicę Polski mijaliśmy już w okolicach południa, mając świadomość, że to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Jechało się jednak póki co dobrze i nie natrafiliśmy na żaden wzmożony ruch spowodowany długim weekendem. Przez drogę często dyskutowaliśmy o rozbieżności nawigacji w kwestii czasu przejazdu. Nie mieściło się nam w głowach, że z trzech różnych nawigacji, dwie (Google Maps i niegdysiejszy OVI/Nokia, a obecnie Here Maps) były w miarę ze sobą zgodne, ale podawały mocno optymistycznie jakieś jedenaście godzin jazdy, a Navi Expert straszył siedemnastoma godzinami. Trasa jednak nie dłużyła się, kilometry leciały. Z zaciekawieniem obserwowałem widoki zza szyby próbując odczytać z nich, jak się wiedzie naszym sąsiadom. Litwa i Łotwa praktycznie się nie różnią między sobą. Przygnębiające widoki wsi, raczej wciąż zacofanej, biedującej okrutnie, drogi jednak wskazują na spore niedawne inwestycje – asfalt świeży, równy i dobrej jakości, choć niestety praktycznie trzy czwarte drogi pokonujemy zwykłą dwupasmówką z ograniczeniem prędkości do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Teren po minięciu Suwałk się wygładza i praktycznie do końca jedziemy po płaskim jak stół terenie, sporadycznie zalesionym. Dopiero w Estonii jakby lasów przybywa. Robi się jednak już ciemno – choć nie całkowicie. Jedziemy cały czas w lesie mijając rzadko zabudowania. Widzimy znaki informujące o łosiach wychodzących na drogi. Ostatnie kilometry dłużą się najbardziej – z coraz większą niecierpliwością wypatruję znaków kierujących na naszą kwaterę. Na sam koniec nawigacja każe zjechać nam z głównej drogi i kluczymy jeszcze gdzieś wokół zbiornika Rummu, by w końcu zobaczyć tablice kierujące do domków, w których będziemy spać. Zjeżdżamy z asfaltu w szutrową drogę. Porządną, zadbaną i równą, dookoła nas piękny iglasty las, droga dojeżdża do zbiornika, skręca gwałtownie i idzie jego brzegiem. Czujemy rosnące napięcie pomimo znużenia wielogodzinną jazdą. W końcu docieramy do osady myśliwskich domków nad Rummu. Proste drewniane chatki wyłaniają się w blasku samochodowych reflektorów. Wszystko proste, surowe, bardzo pociągające. Już wcześniej przez telefon zostałem poinformowany przez miłą właścicielkę, że klucz znajdę pod zadaszeniem składziku drewna do kominka, z boku naszego domku. Jest pierwsza w nocy, dookoła cicha, spokojna noc, widzimy samochody jedynych współgości – grupy Finów zajmujących największy domek. Rozpoznajemy nasz domek, odnajdujemy klucze i z coraz większą ekscytacją zapoznajemy się z miejscem naszego wypoczynku.
Rummu – domki w ośrodku Paekalda
Prosty domek myśliwski, w stylu skandynawskim, z centralnie umieszczonym kominkiem ogrzewającym cały dom. Mamy maj, na zewnątrz zauważalny chłód (wciąż zdarzają się przymrozki), w domku już było palone, jest ciepło i przytulnie. Po wejściu od razu znajdujemy się w otwartej kuchni z paleniskiem, długą drewnianą ławą. Na parterze znajduje się jeszcze prysznic, fińska sauna (a jakże!), toaleta i pokój z dwuosobowym łóżkiem. Wchodzimy po fajnych, prostych drewnianych schodach na pięterko, z którego można obserwować wszystkich w kuchni, gdyż zabudowane jest jedynie w trzech czwartych i nad kuchnią jest otwarta przestrzeń. Na pięterku znajduje się kolejnych sześć pojedynczych łóżek i balkon. Wszystko ładne, nowe, cieszy oko. Wszyscy jesteśmy bardzo podekscytowani całym tym otoczeniem, miejscem i faktem, że wreszcie jesteśmy tu, w egzotycznym Rummu, że jutro (czyli już dzisiaj) będziemy nurkować w niesamowitym miejscu. Dzień więc jeszcze się nie kończy, obowiązkowo wypijamy powitalne wino radując się tym, że wszystko póki co wygląda przepysznie. Zauważamy, że pomimo późnej pory, wcale nie jest tak ciemno. Powtarzamy plan na kolejny dzień – po samodzielnie przygotowanym śniadaniu jedziemy zrobić pierwszego nurka samodzielnie, bez wsparcia lokalnych przewodników. Po nurkowaniu, wracamy do naszej kwatery, odbieramy butle nurkowe na cały wyjazd, ładujemy się na ruchomą platformę i jedziemy nurkować w jednym z najpopularniejszych nurkowych miejsc w Rummu, by potem szybko wrócić na późny obiad, który zostanie dowieziony do naszego domku o godzinie osiemnastej. Po obiedzie czas wolny, relaks i zbieranie sił na kolejny dzień. W domku zastajemy mapkę akwenu – prosta kserówka z zaznaczonymi miejscami nurkowymi, z odręcznie opisanymi punktami – tu jakieś wiertło, tu jakaś koparka, psia buda, stacja pomp, baraki, brama i budynki. Z mapy wynika, że nie będziemy się nudzić. Na dziś jednak wystarczy, czas się zregenerować, wyspać.
Poranek jest słoneczny, domek skąpany w porannych promieniach wygląda jeszcze ładniej. Kuchnia robi na mnie wrażenie – strasznie lubię takie proste północne wzornictwo, tak chętnie eksponowane w dużej części oferty Ikei. Prosty, drewniany blat z płytą kuchenną i zlewem – oczywiście wszystko pod oknami. Kilka szafek, dwie długie półki – jedna nad blatem, druga wzdłuż długiej ściany całej kuchni. Pełne wyposażenie do samodzielnego funkcjonowania w tym miejscu. Niczego nie brakowało, może poza czajnikiem, bo nie było ani elektrycznego, ani takiego do postawienia na ogniu. Wychodzę na podwórko, a tam już ciepło, słońce miło grzeje. Lubię suwalszczyznę, chętnie tam bywam, pomimo że nigdy nie można tam liczyć na szczególnie wysokie temperatury i tak też jest dalej na północ, choć teren jest już płaski, to jednak przyroda tu dopiero się budzi do życia, choć w Polsce centralnej mamy już eksplozję zieleni. Jest jednak ciepło, zaskakująco ciepło – można łazić po słońcu w krótkim rękawku, w cieniu czuć jednak chłód, a auta zdradzają oznaki kontaktu z nocnym mrozem. Pochłaniamy śniadanie i pakujemy się do aut. Naszym celem jest miejsce po drugiej stronie zbiornika, opisane na mapie jako „psia buda”.
Zbiornik Rummu ma kształt litery L. W jego krótszym ogonku, na jego końcu mieści się nasza osada domków myśliwskich, stąd można wynająć pływającą platformę by z niej wykonać komfortowo wszystkie nurkowania w każdym miejscu na jeziorze. Na jego zakręcie znajduje się właśnie „Psia buda”, to jest w zasadzie jedyne miejsce, do którego możemy w łatwy sposób dojechać samochodami. Jeżeli będziemy poruszać się nimi dalej wzdłuż dłuższego brzegu od zakrętu, po chwili dojedziemy do murów „starego więzienia” i na tym się skończy dostęp do akwenu. Reszta tego brzegu graniczy z więzieniem, teraz zajmowanym w dużej części przez jakąś tajemniczą firmę, na terenie której nie brakuje wojskowych samochodów. Na drugim końcu akwenu, znajduje się znana ze zdjęć i filmów część zbiornika z charakterystyczną górą, budynkami wystającymi z wody. Do miejsc tych jednak nie będziemy w stanie dojechać samochodami. Jest tylko jedna leśna droga okrążająca mury więzienia i prowadząca do przeciwległego brzegu, skąd można przeciąć akwen (niezbyt szeroki w tym miejscu) i dopłynąć do budynków i przy okazji zaliczyć jeden z najfajniejszych podwodnych zabytków Rummu, czyli stary więzienny mur z bramą. Droga ta jednak jest wybitnie wyboista i pełna głębokich dołów i kolein. Po jednym niezbyt porządnym deszczu dodatkowo zamienia się w grzęzawisko. To nie jest miejsce dla osobówek.
My ustawiamy auta nad stromym brzegiem zbiornika i zaczynamy skręcać sprzęt. Obok nas stoją dwaj estońscy przedstawiciele GUE. Zasięgam języka u nich. Rzeczywiście zaraz na dole jest owa psia buda i stąd można popłynąć po poręczówce do wiertła i do koparki. Te jednak zdaniem panów mogą być dla nas zbyt daleko jak na nasze pojedyncze butle. Decyduję się więc, że pójdziemy po prostu wzdłuż brzegu pooglądać, co w Rummu piszczy. Sprzęt gotowy, dopinamy skafandry – wszyscy w suchych. Słońce grzeje porządnie, więc z radością znikamy pod taflą wody. Woda jest przyjemnie chłodna, ale nie mrozi twarzy. Opadam szybko na dno, w tym miejscu jakieś sześć, siedem metrów. Jest i psia buda. Reszta też opada na dno, niektórzy z impetem – jakby nie spodziewając się, że dno pojawi się tak szybko. Widoczność jest dobra, jasno jak w dzień, słonko ładnie miga nam z góry. Sprawdzamy, czy wszystko jest ok i rozpoczynamy wycieczkę. Mam wrażenie jakbym był na Zakrzówku, te same klimaty, tylko że płytko jest w tym miejscu. Ryb praktycznie zero, roślinności póki co nie widać zbyt dużo. Poza budą śladów działalności człowieka -przynajmniej w wybraną stronę płynięcia – nie stwierdzamy. Jest fajnie, jest komfortowo, ale brakuje atrakcji. Kończymy nurka z uczuciem niedosytu. Uznajemy jednak, że to nurkowanie jest dla nas o tyle ważne, że niektórzy mają okazję do prawidłowego wyważenia się (to był powód owego gruchnięcia o dno), sprawdzenia sprzętu i „roznurkowania się”. Teraz jesteśmy gotowi na prawdziwe nurkowanie. Wracamy prędko do bazy. Widzimy już czekającą platformę. Lecę pogadać ze „skipperem”, czy da nam kilka minutek, bo ludkowie są głodni po pierwszym nurkowaniu i chcą się chwilę zregenerować. Kierowca plaformy zdaje się słabo władać angielskim, ale się dogadujemy. Widzę, że z ogromną radością przyjmuje do wiadomości, że ma chwilę wolnego. Natychmiast wykorzystuje ją do położenia się spać na platformie.
Wracam do ekipy, zmieniamy butle i zaczynamy nosić sprzęt na platformę. Nasz „skipper” śpi dalej niestrudzenie. Platforma – trzeba to jasno powiedzieć – jest znakomita. Duża, spokojnie pomieści dwudziestu nurów z masą szpeju. Wygodne miejsca do zeskoku z dwóch stron, z jednej strony mocna drabinka do wychodzenia. Całość ogrodzona solidną barierką, napędzana mocnym silnikiem Hondy. Rozrzucamy nasz szpej po łajbie i dajemy znać naszemu zaspanemu kapitanowi, że chcemy płynąć. Dokąd? Do bramy! Czyli obowiązkowego punktu wycieczek nurków w Rummu. Platforma rusza dziarsko a my podziwiamy spokojną taflę, bezchmurne niebo i widoki nas otaczające. Po minięciu zakrętu i wpłynięciu na dłuższą część akwenu widzimy już doskonale mury więzienne i budynki, które są wizytówką Rummu. Wyglądamy zza barierek i odkrywamy, że pod nami jest las! Drzewa doskonale widać w krystalicznie czystej wodzie.
Wpadamy w ogromną euforię, czujemy, że to będzie niesamowite nurkowanie. Docieramy do podwodnej części muru, kapitan kotwiczy platformę i natychmiast zapada w sen. Wyraźnie prowadzi swoje życie w innym systemie godzinowym. My wskakujemy do wody i ruszamy wzdłuż muru. Dość szybko natrafiamy na legendarną bramę, podziwiamy także stare lampy oświetlające niegdyś obie strony muru. Czujemy, że kiedyś nie było to zbyt gościnne i przyjemne miejsce do życia. Docieramy do brzegu, nie widzimy jednak stąd budynków, do których chcieliśmy dotrzeć. Wracamy kawałek przy murze, do miniętej liny odchodzącej na zachód. Ruszamy przy niej by zaraz dopłynąć do pierwszego budynku. Opływamy go i odkrywamy pierwsze wejście. Czuję ogromną ekscytację – to jest właśnie to, po co tu przyjechałem. Wpływamy do środka, a ja zaczynam się cieszyć jak dziecko. Przejrzystość wody jest znakomita, nurkowania tutaj to czysta bajka – jesteśmy cały czas płytko – w tym miejscu akwen ma zwykle jakieś pięć metrów głębokości, pomieszczenia są szerokie i łatwe w eksploracji, konstrukcje betonowe nie budzą żadnego strachu, a dostęp do otwartej przestrzeni jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Eksploracja kolejnych pomieszczeń nakręca mnie coraz bardziej, czuję, że właśnie odnalazłem swoje Złote Runo – Złote Rummu. To jest coś totalnie innego, połączenie adrenaliny związanej z eksploracją opuszczonych przemysłowych obiektów z nurkowaniem. Co i rusz z różnych okien, szczelin i otworów wpada oślepiające światło słońca. Tu jest po prostu pięknie. Z rosnącym żalem zaczynam prowadzić grupę w stronę naszej platformy, jeszcze kilka razy zmieniając stronę muru by niczego nie przeoczyć, by zobaczyć jak najwięcej. Dokładnie w sześćdziesiątej minucie nurkowania docieramy do platformy, wychodzimy z wody. Wszyscy niesamowicie nakręceni, bardzo usatysfakcjonowani nurkowaniem. To właśnie o to chodziło. To było to! Cała droga powrotna, cały wieczór przeżywamy to nurkowanie wielokrotnie rozbijając je na poszczególne opowieści z różnych perspektyw, przeglądamy materiały filmowe i zdjęciowe. Radujemy się faktem, że kolejnego dnia popłyniemy znów w to miejsce.
Okrągła edycja NFMu wymaga porządnego podsumowania. W końcu dziesięć razy już spotykaliśmy się na Kulce (Ośrodek wypoczynkowy „Nemo w Kulce” nad jeziorem Łęsk) by przetestować sprzęt oświetleniowy, grzewczy, ponurkować i pointegrować się między nami, nurkami w zimowy czas.
Nie jest to moja dziesiąta edycja. Imprezę zacząłem przejmować od pomysłodawcy imprezy, Tomka Grzyba z Shop4divers chyba gdzieś w okolicach trzeciej edycji, ale po drodze jeszcze zrobiliśmy wspólnie różne inne imprezy (co najmniej jedno Nurkowe Pożegnanie Lata), więc już trochę lat upłynęło na organizacji. Impreza nigdy nie była spektakularna, ograniczeniem dla niej jest sezon zimowy, kiedy wielu krajowych nurków jest raczej nieaktywnych (troszkę to zmienił Deepspot), ograniczeniem jest też pojemność noclegowa ośrodka wypoczynkowego (niecałe 100 miejsc noclegowych) i w końcu sama tematyka imprezy. Formuła w głównej mierze skierowana jest do niszy w niszy rynku – ludzi, którzy są gotowi wchodzić do wody w najzimniejszym okresie roku. Nawet pomimo obietnicy ciepła, jaką dają elektryczne systemy grzewcze, wciąż wielu uważa, że nurkowanie ma sens tylko w ciepłych okolicznościach przyrody: wolą nurkowanie w Deepspot, albo wyjazd do ciepłych krajów, albo czekają z nurkowaniem do wiosny.
Tym bardziej cieszyła mnie tegoroczna frekwencja, przebijająca wszystkie dotychczasowe. Zbliżyliśmy się maksymalnie do limitu noclegowego ośrodka. Pod koniec już miałem kłopot z układaniem ludzi w pokojach, bo nie każdemu pasowało podwójne łóżko dzielone z obcym, albo spanie w czteroosobowym pokoju z mistrzami nocnego piłowania i nosowego chrobotu (to uwaga do moich współlokatorów).
Sprzętowo w tym roku mieliśmy naprawdę ciekawy wybór sprzętu do testowania. Zaczynając od nowej oferty odzieży grzewczej od rodzimego Kwarka: rękawice, kamizele, skarpety, kompletne ocieplacze. Wszystko oparte o sprawdzone polarowe konstrukcje tej firmy. Obowiązkowa obecność firmy Santi z jej systemami grzania i zasilania: nowe baterie Blue Power, termozawory i przepusty na kable zasilania, do tego też wybór ocieplaczy Heating Flex 2.0, rękawiczek i troszkę tradycyjnego sprzętu: ocieplacze Kango, produkty Avatar itd. Nie mogło też zabraknąć Ammonite System, które od kilku lat oferuje swoje termozawory z w pełni obrotową głowicą z przyłączem węża inflacyjnego, do tego ich baterie i oświetlenie.
Na polu oświetleniowym mieliśmy do wyboru światła firmy Hi-max (w tym premierowe światełko oznaczone roboczo H8 – następca popularnego „suwaka”) i nowość: światła Divepro w tym roku zaprezentowane polskim nurkom przez importera Extreme Divers z Lublina.
Ciekawymi nowinkami dla testujących były testowe jednostki komputerów firmy Shearwater, oraz kolorowe i wyróżniające się wyglądem kaptury K01. Ponownie też mogliśmy testować skutery firmy Seacraft.
Do tego mieliśmy Łukasza Jaczuna, reprezentanta warszawskiego Muzeum Nurkowania z naręczem książek – ostatnich publikacji Kariny Kowalskiej o historycznym sprzęcie nurkowym i w ogóle historii nurkowania w Polsce. Ja jeszcze przywiozłem zapas eleganckich kubków upamiętniających 10tą edycję NFM z przepiękną grafiką Tomka „Amigo” Budziszewskiego i całą stertę nagród, które sponsorowały wszystkie firmy uczestniczące w NFM. W zestawie nagród nie mogło zabraknąć kalendarzy od Ireny Stangierskiej. Z takim przygotowaniem mogliśmy rozpocząć dziesiątą edycję enefemu.
Najważniejsza część festiwalu – sobotni rozkład jazdy był ułożony ciasno – tutaj naprawdę dużo się działo i nie było ani chwili wytchnienia. Zaraz po śniadaniu rozpoczęło się wydawanie sprzętu do testowania. Przy czym warto nadmienić, że tutaj początkujący nurkowie mogli skorzystać z pełnej pomocy przy rozgryzaniu systemów grzewczych – przygotowanie skafandra, wymiana zaworu, montaż baterii, prowadzenie kabli i korzystanie z odzieży grzewczej. Każdy dosłownie mógł przetestować systemy grzewcze tak, że chłodek jeziorowej toni czy nawet samo dojście do wody w warunkach kulkowej zimy nie stanowiły straszaka.
Przy okazji testowania rozpoczęły się zgłoszenia grup do naszej pierwszej terenowej gry podwodnej. Wraz z niezastąpionym Kamilem Jakuzą Jaczyńskim przygotowaliśmy tor podwodny do podwodnej wersji biegu na orientację. Przy czym od początku zakładaliśmy, że zespoły nie będą rywalizować na czas, czy ze sobą ścigać w inny sposób, ale po prostu chodziło o realizację trasy, do której prowadziły kolejne wskazówki pod wodą. Na końcu tej trasy każda z drużyn pobierała jeden z kluczy powieszonych pod platformą. Jeden z kluczy miał otworzyć dostęp do „skarbu”. Nasze obawy czy gra wypali, czy znajdą się chętni, czy któryś z elementów naszej gry nie wypali – na szczęście się nie ziściły. A przygotowania były całkiem poważne – spędziliśmy sporo czasu w piątek pod wodą rozmieszczając na kolejnych platformach i punktach nawigacyjnych mapki z kolejnymi instrukcjami do odnalezienia następnych punktów trasy. Kamil spalił też dużo kalorii mocując się z trytytkami z kluczami pod platformą. Wszystko jednak zagrało – zalaminowane solidnie mapki, mocowanie, wskazówki dla drużyn. Być może spotkacie jeszcze mapki pod wodą jak wybierzecie się niedługo na Kulkę, gdyż uznaliśmy, że są ciekawym uzupełnieniem podwodnej infrastruktury zbiornika będąc przy okazji pomocą w podwodnej nawigacji.
Wszystkie drużyny wróciły z kluczami, a my po obiedzie ruszyliśmy z kolejną częścią atrakcji: prelekcje, prezentacje, panel dyskusyjny, potem po kolacji sprawdzanie kluczy, losowanie upominków od sponsorów, obowiązkowe nurkowe kalambury i na koniec nowość: „stand-up” Kamila o tym, jak męczące jest realizowanie pasji nurkowania.
Pierwszym prelegentem był Łukasz Jaczun, którego konikiem są tleniaki, czyli tlenowe rebridery. Łukasz jest zapaleńcem uwielbiającym grzebanie w historii, więc z ogromną pasją (i niepotrzebnym zupełnie pośpiechem) zabrał się za przedstawienie rysu historycznego obecności tych dziwnych nurkowych systemów na świecie i w Polsce. Temat o tyle ciekawy, że w zasadzie właśnie od tych aparatów zaczęło się nurkowanie sprzętowe. Te proste, lekkie i kompaktowe konstrukcje pozwalają nurkować na niewielkie głębokości, ale ogromną ich zaletą jest właśnie ich prostota i kompaktowość, co Łukasz pokazał odsłaniając zawartość niewielkiej torby na ramię, którą spokojnie można zabrać na rower.
Następnym gadułą byłem ja. Mój temat miał być tylko wprowadzeniem w dyskusję, której tematem była wrakowa turystyka bałtycka. Skupiłem się na tym, jak wyglądała historia moich przygód z łódkami pływającymi po Bałtyku z nurkami. Od czego się zaczęło, skąd można było wypływać i na jakie wraki, jak ta współpraca wyglądała i jak sytuacja wygląda obecnie. A nie wygląda niestety wesoło. Ubyło nam łódek wożących nurków, ceny wystrzeliły w kosmos, zainteresowanie nurkowaniami bałtyckimi spadło. To był właśnie motyw przewodni dyskusji po mojej prezentacji. Dla mnie ważnym wątkiem w niej była nieobecność tego tematu na Baltictechu, który moim zdaniem w swoim DNA ma zapisane wrakowe nurkowania bałtyckie, a kwestia prezentowania czy promowania jakiejkolwiek turystyki tam nie istnieje. Ciekawe, bo ten temat nie jest kompletnie zagospodarowany ani przez organizatorów (miejsce na promocję lokalnej turystyki wrakowej), ani wystawców (brak oferty dla polskiego czy zagranicznego gościa Baltictechu – a tych przecież nie brakowało). Prelekcje – owszem – odbyły się, zagranicznych gości o ciekawych miejscach od nurkowania ze Szwecji chociażby. Nasi też mówili o stworzeniu podwodnego skansenu na zatoce puckiej. Brakuje jednak jakiegoś wypełnienia i jasnego drogowskazu, jak można realizować te nurkowania. Niestety nie każdego w końcu stać na postawienie swojej łódki i pływanie na wraki po pracy jak na zakupy do Tesco.
Po bloku pogadanek, czas na rozrywkę – po kolacji rozwiązaliśmy więc zagadkę „skarbu”, do którego klucze wyławiali uczestnicy naszej podwodnej gry. Skarbem okazały się wejściówki do Deepspot i butelka szlachetnego „kulkowego” rumu. Potem rozlosowaliśmy upominki wśród uczestników Festiwalu. Wśród najciekawszych nagród były latarki nurkowe, wejściówki do Deepspot, kaptury K01, kalendarze Ireny Stangierskiej, książki z oferty Muzeum Nurkowego, odzież nurkowa Kwark, afterdive od Santi, gadżety od Seacrafta.
Zamknięciem dnia były kalambury nurkowe – to już nasz popisowy wręcz numer na wieczór (pokazywanie takich rzeczy na migi jak grzałka Michalaka, albo …. „kiepska” 😉 wizura) a potem już tylko występ Kamila – można to nazwać pierwszym poważnym „stand-upem” nurkowym, ale Kamil strasznie się bronił przed tą nazwą. Niezależnie od tego, jak to nazwać, Kamil dał nam popis swoich możliwości w rozweseleniu towarzystwa opowiadając o tym jak ta nasza pasja jest uciążliwa. Samo zapisanie się na kurs to czasami wyzwanie: wybór szkoły, instruktora, federacji, zapytanie o cokolwiek na forum nurkowym, logistyka wyjazdu nurkowego – to wszystko to droga przez pułapki, mękę i cierpienie. Fantastyczną puentą były dowcipy, jakie Kamilowi zaproponowała sztuczna inteligencja. Kamil przygotowując się do programu postanowił sprawdzić co AI ma do zaproponowania w kwestii nurkowych żartów. Dowcipy były oczywiście dramatycznie suche, ale właśnie w tym tkwiła ich moc.
Niedzielne przedpołudniowe nurkowania testowe były już tylko domknięciem udanego weekendu. Przy obiedzie nastąpił czas pożegnań, rozstań, podziękowań, poszukiwania zapomnianego, zaginionego sprzętu i snucia planów na kolejne spotkania. Ja już mam swoje przemyślenia co do przyszłości NFMu, bardzo chciałbym wprowadzić kilka zmian w formułę imprezy by nadać jej nowej energii, ale o tym jeszcze chwila. Grunt, że wracam spełniony, usatysfakcjonowany tą edycją i bardzo podbudowany odbiorem.
W tym miejscu chciałbym podziękować każdemu z wystawców nie tylko za użyczenie sprzętu do testowania, ale za dorzucenie się do puli nagród, a więc alfabetycznie:
Ammonite System – do testów zestawy zasilające grzanie, termozawory, oświetlenie, do nagród trafiło oświetlenie backupowe LED ONE.
Avatar – do testów: skafandry, do nagród: odzież i gadżety AFTERDIVE.
CTN Piórewicz – do testów i do nagród: kaptury K01.
Deepspot – do nagród: wejściówki scuba/free.
Extreme Divers Lublin – do testów i do nagród : latarki firmy Divepro.
Hi-Max Polska – do testów i do nagród: oświetlenie.
Irena Stangierska – do nagród: kalendarze z fotografiami jej autorstwa.
Kwark – do testów: grzewcza odzież od rękawic po pełne ocieplacze, do wygrania: odzież nurkowa.
Lena Diving – do nagród: voucher na nurkowania wrakowe.
Muzeum Nurkowania – książki Kariny Kowalskiej o historii nurkowania.
Santi Diving – do testów: skafandry i odzież, kompletne systemy grzewcze. Do nagród: odzież afterdive, gadżety.
Seacraft – do testów: skutery, do nagród: odzież i gadżety.
Wszystkim bardzo dziękuję za wsparcie Festiwalu. Gratuluję wszystkim, którzy zdobyli te upominki. Dziękuję wszystkim uczestnikom X NFM za aktywne uczestnictwo, wspólne chwile radości i doskonałej zabawy.
Oryginalnie ten artykuł pokazał się ze cztery lata temu, gdy w internecie rozgrzewała łącza dyskusja o sensowności takiej inwestycji. W ramach kolejnej, czwartej już rocznicy Deepspotu wyciągam ten tekst. Dodaję tytułem uzupełnienia zdjęcia z mojej wizyty na miejscu, kiedy Deepspot budowano, a ja miałem w nim pracować jako… Kierownik Sekcji Mokrej… 😉 Na koniec film z mojego nurkowania w Deepspot. To był jeden z pierwszych filmów na YT z nurkowania w Deepspot i ładnie mi wtedy statystyki obejrzeń wyskoczyły. Deepspot stoi dalej, ja wykonałem w nim tysiące nurkowań, wielu ludzi się przez niego przewinęło. Jedni lubią tam wracać, inni nie mają na to pomysłu. Są też wciąż tacy, co uważają, że to jakaś aberacja. Trudno, ich problem. Ja tam bywam często, mam coraz nowsze pomysły, co tam można robić a teraz, w zimę, coraz chętniej myślę o nurkowaniu tam niż o nurkowaniu w wodach otwartych. Logistyka, która obejmuje: zabierz majtki, ręcznik i komputer nurkowy – no trudno się nie przekonać.
Czterdzieści pięć metrów głębokości, fantastyczna wizura cały rok, trzydzieści stopni i zawsze idealne warunki do nurkowania. Gdy ustawisz się w jednym konkretnym miejscu, przy odrobinie szczęścia z powierzchni będziesz w stanie zobaczyć napis „45,4 m” na dnie najgłębszej studni basenu.
Deepspot – widok na główną nieckę i budowę korytarza podwodnego.
Deepspot – najgłębszy basen dla nurków to już fakt. Wystarczy pojechać do Mszczonowa i proszę, stoi, można skorzystać. Tym samym Polska dołącza do Włoch (Y40 Deep Joy) i do Belgii (Nemo33) mając swój specjalny basen wybudowany właśnie dla nas, nurków. Dla naszej przyjemności i do naszego użytku. Do tego, w tej chwili Deepspot jest najgłębszym basenem ze wszystkich. Ma szansę go zdetronizować dopiero brytyjski Blue Abyss, ale ten projekt jeszcze nie zaczął nabierać nawet realnych kształtów. Ostatnia informacja z zeszłego roku mówi o przeniesieniu inwestycji w inny region kraju. Zatem przynajmniej przez rok Polska jest liderem wśród głębokich basenów dla nurków (teraz już wiemy, że dokładnie rok po debiucie Deepspotu gruchnęła wieść o otwarciu Deep Dive Dubai z 60m głębokości – przyp. autora 21.11.2024)
Deepspot – dla kogo to jest i dlaczego warto się tam wybrać choć raz w życiu? Sztuczny zbiornik schowany pod dachem, przygotowany dla nurków wszelakiej maści, a więc: ma tubę, w której można zejść do 45m głębokości. Jest system „jaskiń” (cztery poziomy, jeden nad drugim, z każdego sporo prostych dróg ucieczki), jest „wrak” na dnie niecki 20m, jest płytka część dla ludzi stawiających pierwsze kroki pod wodą. Możemy więc w tym miejscu spróbować nurkowania, wykonać rekreacyjne nurkowanie ze sprzętem, poćwiczyć różne umiejętności, wyszkolić się lub ćwiczyć nurkowanie na bezdechu, wykonać testy lub szkolenia sprzętowe, itd. Tak wyglądają zamysły autorów tej atrakcji.
Ja czytam jednak komentarze (głównie na Facebooku) i mam wrażenie, że znakomita większość doświadczonych nurków oczekuje od autorów projektu by wodę wypuszczono, inwestycję zasypano ziemią i by wszyscy udawali, że nie było takiego tematu. Na start orzeczono, że to „jak zwykle lipa”. Czytając te wpisy odnoszę wrażenie, że znakomita część osób nie ma bladego pojęcia o co chodzi w takim basenie.
Po co buduje się takie rzeczy i jaki to ma sens? Przecież większość z nas to nurkowie rekreacyjni wciąż szukający nowych wrażeń, miejsc, odkryć. Jeżeli nawet wybierzemy się tam na jedno nurkowanie to pewnie to będzie ten pierwszy i ostatni raz, bo po co nurkować w basenie. A! No i są przecież te wszystkie ograniczenia i niedogodności!
Pierwszą niedogodnością będzie cena. Bilet regularny dla samotnego scuba divera to aż 300 (TRZYSTA) złotych! Chwila, chwila, zanim zrobisz aferę, sprawdź konfigurator i poklikaj różne kombinacje. Wysoka cena pojawia się tylko w sytuacji, gdy rezerwujesz dla siebie 1 wejście i system zakłada, że chcesz wejść bez partnera – wtedy dolicza ci koszt opieki instruktora z Deepspot. Jednak idąc już parą, rezerwując wspólnie, zależnie od kombinacji terminu, godziny cena waha się od 189 do 219zł (zakłada się, że po siedemnastej i w weekendy będą godziny szczytu na basenie i wtedy jest ciut drożej). Bilet uprawnia do jednego wejścia obejmującego około czterdzieści pięć minut nurkowania (sześćdziesiąt minut na wszystko), zapewniony jest cały podstawowy sprzęt, w tym napełniona powietrzem butla o pojemności 12l. Można (i warto) przynieść jedynie swoją maskę i komputer. Naczelny zarzut pod adresem tych warunków: można przecież zebrać się autem w kilka osób i pojechać na jeden dzień nurkowania nad jednym z polskich zbiorników i zapłaci się mniej za kilka nurkowań – nielimitowanych w zasadzie niczym poza NDL, ilością powietrza i własnym widzi-mi-się. Ktoś już nawet policzył, że jakby zrobić dziesięć nurkowań w Deepspot to już jest kasa zbliżona do pakietu w jakimś urokliwym Egipcie, czy czymś podobnym.
Deepspot. Twarz „na sucho”
Kolejne niedogodności: wszystko na to wskazuje, że Deepspot wzorem pozostałych obiektów tego typu nie będzie pozwalał na wnoszenie swojego sprzętu. Cały sprzęt potrzebny do wykonania nurkowania jest uwzględniony w cenie: płetwy, BCD, butla i automat. Do tego limit czasu – 45 minut, mała butla, bo tylko 12l. A przecież robienie nurka na 45 metrów na nieswoim automacie, pojedynczej butli o pojemności 12l i bez skafandra, zapasowej maski, narzędzia do wycinania i dwóch latarek to zabójstwo!
Zacznijmy się więc po kolei mierzyć ze wspomnianymi „potykaczami”. Na początek cena. Jeżeli będziemy ją odnosić do różnych innych nurkowych atrakcji, które są w naszym zasięgu to najłatwiej to porównać do wypadu na cały dzień na polskie nurkowisko. Tylko nie zawsze mamy pogodę zachęcającą nas do nurkowania w polskim zbiorniku, są wśród nas często nurkowie, którzy generalnie w Polsce nie nurkują. Czasem też nie mamy tyle czasu, możliwości czy ochoty organizować sobie coś bardziej skomplikowanego logistycznie. Wtedy właśnie na tapetę wchodzi taki Deepspot. Masz zachciankę zanurkować, albo coś sprawdzić, poćwiczyć? Wchodzisz na stronę, kupujesz i ju. Wystarczy tylko dojechać na ustaloną godzinę i zanurkować. Nigdy nie będziesz odnosić Deepspotu do wyjazdu za granicę, bo jeżeli masz czas, możliwość i ochotę – to zawsze wygra wyjazd na wody otwarte, Deepspot nigdy nie będzie ciekawą alternatywą dla porządniejszego wypadu na nurki w terenie. Czy jest to dużo, czy mało, zwłaszcza w odniesieniu do innych basenów tego typu? Nie chcę tego oceniać, cena wydaje się normalna za tego typu atrakcję, zważywszy, że wszystko jest już w tej cenie. Co do dokładnej atrakcyjności – myślę, że sam rynek to zweryfikuje i czas pokaże. Większość i tak z pewnością zaplanuje to jedno jedyne nurkowanie by zobaczyć obiekt z nastawieniem, że raczej tego doświadczenia nie powtórzą. I wtedy to dwieście złotych jakoś strasznie nie brzmi.
Swojego sprzętu nie wniesiesz. Dla wielu ludzi jest to zaskoczenie. Skandal i tragedia. Tylko proszę teraz sprawdzić, jak działają pozostałe baseny tego typu. Powtarzanie w kółko tego „zarzutu” oznacza, że autorzy zarzutu nigdy nie interesowali się ofertą głębokich basenów dla nurków, bo jest to niestety normalna praktyka, na tle której Deepspot nie wymyślił niczego nowego. Zapewne więc osoby mocno przywiązane do własnej konfiguracji nie rozważały nurkowań ani w Nemo33, ani w Y-40 Deep Joy i obawiam się, że mocno może to zabrzmi, ale nikt nie spodziewa się, że nagle zmienią upodobania i zaczną walić drzwiami i oknami do Deepspotu. Trudno, chcesz zanurkować w tym basenie, zostawiasz swój sprzęt. Czy to źle? Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz napiszę dlaczego uważam, że wcale nie jest tak źle.
Deepspot. Jacht jeszcze przed zatopieniem.
Zasada ta wynika z prostej ekonomii przedsięwzięcia. Trzeba cholernie dużo wody by napełnić taki zbiornik i nikt tu nie planuje tej wody wymieniać. Za jej oczyszczanie odpowiada potężna machina filtrująca, która przepuszcza całą objętość zbiornika cztery razy dziennie, ale wciąż jest ryzyko, że ktoś na swoim sprzęcie przyniesie jakieś bakterie, albo zanieczyszczenie chemiczne, które zmusi obsługę do jakiejś interwencyjnej wymiany wody. Wyobraźcie sobie teraz chociażby kilka dni przestoju takiego obiektu (wynikające z tego koszty), chociażby częściową, albo pełną wymianę wody w takim zbiorniku. Już sobie wyobrażam jak właściciele trzęsą się na samą myśl o takich „przygodach”, bo ktoś zwyczajnie nieświadomie doprowadził do takiej sytuacji. Nie chodzi tutaj o nic takiego, że ktoś nie wypłucze z błotka płetw, albo wejdzie z zapiaszczonym zestawem wypornościowym. Nasz sprzęt może być starannie wypłukany, ale nie wszystko widać gołym okiem.
Deepspot i tak pozwala na całkiem sporo. Wręcz jest to dla mnie zastanawiające – czy nie próbując zmiękczać politykę, strzelają sobie w płetwę? Według opisu na nurkowanie może być wniesione: „maska; fajka; automat oddechowy; płetwy; komputer nurkowy; rush vest” (pisownia oryginalna). Po pierwsze, komunikat w kwestii higieny jest wtedy niejasny – coś sporo rzeczy prosto z wody niemalże może być wniesione i zwiększa się ryzyko przywleczenia jakiegoś badziewia (po drugie).
Warto zdać sobie sprawę z kilku spraw, które toczyły się lub toczą się za kulisami inwestycji. Od początku opracowywania koncepcji toczyły się burze mózgów odnośnie wnoszenia swojego sprzętu i wciąż jest małe okienko, że może po jakimś czasie, albo na specjalnych warunkach będzie możliwość wnoszenia swojego sprzętu. Czas pokaże. Na przykład przed otwarciem zarówno ja z członkami ze swojego klubu Nurklub.pl jak i członkowie innych szkół i centrów nurkowych mogli testować zbiornik w swoim sprzęcie. Kto wie, może to będzie utrzymane. Dajmy sobie czas i szansę organizatorom miejsca. Nawet, jeżeli teraz nie będziemy mogli wejść w swoim sprzęcie, na miejscu ma być dostępny sprzęt wysokiej klasy z oferty Maresa. Nie jest żadną tajemnicą, że Deepspot zawarł umowę z konsorcjum Head Group, właścicielami marek: SSI i Mares. Stąd Deepspot jest centrum szkoleniowym SSI a cały sprzęt do nurkowania zapewni Mares. Nie wiem, na jakim etapie są teraz rozmowy, ale od początku były plany, by oprócz podstawowego rekreacyjnego sprzętu na miejscu dostępny był segment Mares XR: skrzydła, zestawy side-mount, zestawy twin-set i odpowiednie do tego wyposażenie. Rozważano też wprowadzenie innych marek, tam, gdzie Mares nie ma swojej propozycji. Generalnie celem jest przyciąganie uwagi nurków bardziej zaawansowanych i umożliwianie szkolenia na bardziej zaawansowanym sprzęcie. W końcu Mares to także oszczędzarka Mares Horizon. Jeżeli więc nie będzie można wnosić swojego sprzętu, będzie dostępna (nawet jeżeli nie od razu to za jakiś czas) cała gama sprzętu dla wymagających.
Pozostaje jeszcze przeanalizować limit czasu, jaki nam dają w ramach dostępnego obecnie vouchera, a także ilość gazu do oddychania. Podkreślam, że mówimy tu póki co tylko o jednym wariancie dostępu, przeznaczonym dla nurków rekreacyjnych, którzy chcą po prostu zaliczyć „fun dive”. Można spodziewać się, że niebawem światło dzienne ujrzą kolejne warianty, pakiety: na serię wejść, na szkolenia, wejścia dla freediverów, instruktorów i tak dalej.
W ramach mojego testowego nurkowania wykonałem ze swoją grupą nurkowanie trwające właśnie czterdzieści pięć minut. Nurkowałem na zestawie podwójnym 2x12l, komputer Suunto (którego model i tak słynie z wysokiego konserwatyzmu) ustawiłem na najniższy konserwatyzm. W trakcie tego nurkowania mogłem spokojnym tempem zejść na dno tuby, odbić się od dna, rozpocząć spokojne wynurzanie (siedzenie przy dnie dłużej niż minutę nie ma sensu, tam nie ma co oglądać), dwa przystanki po drodze wykonane. Wizyta w tubie wraz z dodatkowym, głębokim przystankiem, dokładnym spokojnym zwiedzeniem tuneli „jaskiniowych” i zabawach na płytkiej wodzie zajęła nam dokładnie 44 minuty. W tym czasie zużyłem niecałą połowę zapasu powietrza, a zużycie mam raczej przeciętne, nie jestem żadnym asem oszczędności gazu. Można założyć więc, że osoba wyposażona w pojedynczą butlę będzie w stanie odwiedzić wszystkie atrakcje za jednym nurkowaniem, choć istnieje ryzyko, że zakończy nurkowanie z mniejszą ilością gazu niż obowiązkowe minimum pięćdziesiąt barów. Osoby z większym zużyciem będą musiały podzielić zwiedzanie na dwie tury – ale przecież o to chodzi twórcom. Nie mamy tam siedzieć w nieskończoność, tylko coś ma nas limitować. Jeśli nie NDL to na pewno ograniczona ilość gazu.
Deepspot. Widok ogólny.
Ja się zwyczajnie cieszę, wręcz jaram tym, że coś takiego zbudowano tu w Polsce, że ten nasz kraj pomimo wszystko potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej i czymś się wybić ponad przeciętność (i wcale nie mówię tu o skali głupoty, jaką serwują nam politycy ogółem swoim). Stąd smutno mi, że poraz kolejny „fejsbukowi specjaliści” mnie nie zawiedli i objechali projekt z góry na dół. Coś jest w tym narodzie, że każdą najfajniejszą rzecz musi ocenić krytycznie, rozłożyć na czynniki pierwsze i zwyczajnie po ludzku dowalić się. Tak jakby naprawdę z niczego, co tutaj zrobimy, sprowadzimy czy zorganizujemy, nie można się tak normalnie, po ludzku cieszyć. Być zwyczajnie dumnym i zadowolonym. Deep Spot nie jest żadną nowinką. Jest trzecim w historii głębokim basenem budowanym specjalnie dla nurków (mówię tu o głębokościach 30+). Jest to kawał solidnej architektonicznej roboty, ciekawie zaprojektowana niecka dająca sporo frajdy nawet takim starym wyjadaczom jak ja. Będę pewnie chciał kiedyś zaliczyć włoski Y-40 by mieć zaliczone wszystkie trzy baseny, ale jeżeli chodzi o wrażenia z Nemo33 to nasz basen obecnie wygrywa w moim prywatnym rankingu jeżeli chodzi o atrakcyjność niecki. Zobaczymy, jak dalej potoczą się losy oferty ośrodka, czy i kiedy dojdzie zaawansowany sprzęt, jak będzie układać się współpraca z polskimi szkołami i centrami nurkowymi, czy będą jakieś dodatkowe atrakcje i wydarzenia mogące ożywić zainteresowanie obiektem osób nienurkujących, nurkujących sporadycznie i zaawansowanych nurków. Ja chcę być dobrej myśli i trzymam mocno kciuki za to miejsce
Wiem, wiem, podkład muzyczny straszny, ale wtedy wydawał mi się fajny. 🙂
Jeżeli szukacie fajnego, budżetowego komputera z naprawdę rozbudowanymi funkcjami dla ambitnego nurka to jest to całkiem udany kandydat do tej roli. Jest obsługa kilku gazów podczas nurkowania, jest planowanie dekompresji i … ustawianie gradient factorów, więc nawet zaawansowany nurek uprawiający dekompresję powinien być zadowolony. Cały artykuł TUTAJ
Jak to jest zanurkować w Silfrze? Jak można sobie zorganizować nurkowanie w tym islandzkim cudzie natury?
30 Października 2023
Sobota nie przywitała nas słońcem tak jak piątek. Na zewnątrz panowała taka szarówka, że miałem wrażenie, że Islandia właśnie przechodzi na zimowe oszczędzanie światła słonecznego. Słońce tego dnia nie chciało wstać. Ja jednak nie miałem żadnych problemów ze wstaniem, wyskoczyłem z łóżka gotowy na nurkowanie. Nie mogłem się doczekać tego dnia. Silfra była na mojej liście obowiązkowych spraw do załatwienia przed śmiercią od bardzo dawna. Znajdowała się teraz od nas jakieś czterdzieści minut jazdy samochodem. Sprzęt miałem już przygotowany. Aparat, kamera GoPro, oświetlenie – wszystko zmontowałem i sprawdziłem poprzedniego dnia. Sprzęt nurkowy też już czekał spakowany w walizce. Jako jedyny przyjechałem z kompletnym zestawem sprzętu. Reszta wolała przyjechać z małą walizką podręczną i wszystko wypożyczyć na miejscu. Tylko dwie jeszcze osoby zdecydowały się przywieźć przynajmniej swoje skafandry i ocieplacze, ale tylko te elementy – reszta też miała czekać na nich u Siggiego. Siggi pracuje dla jednego z najbardziej znanych islandzkich dive operatorów – icedive.is. Jednak kontakt do niego dostałem okrężną drogą – polecono mi go osobiście. Miesiąc wcześniej miałem przyjemność prowadzić nurkowanie w Deepspot dla Thiorun (Fiorun), bardzo sympatycznej islandzkiej nurczynki, której mąż, Sindri, jest instruktorem nurkowania. Sindri jednak nie zajmuje się nurkowaniem na Islandii, polecił mi za to Siggiego, który miał zorganizować wszystko od A do Z. Ja od początku założyłem, że przywożę cały swój sprzęt. Nie chodziło o koszty. Cena nurkowań na Islandii jest wysoka. Koszt jednego dnia nurkowego ze sprzętem kosztował nas około 350 Euro, bez sprzętu – 300 Euro. Szło mi jedynie o wygodę i pewność. Nurkując w tak specyficznym miejscu chciałem by sprzęt był ostatnią rzeczą, o jaką bym się musiał martwić, że będzie pasować, dobrze działać. Zwłaszcza, jeżeli odczuwalna temperatura wody to dwa stopnie…
Śniadanie zniknęło z talerzy szybciutko, sprzątnięcie, zamknięcie naszej chałupki na odludziu – kilka chwil i już jechaliśmy w stronę jeziora Thingvallavatn (Þingvallavatn). Na spotkanie z Siggim umówiliśmy się w Centrum Turystycznym parku niedaleko Silfry. Miałem wypatrywać busika Hyundai Starex… Co to za model w ogóle?
Na Islandię dotarliśmy w zasadzie dzień wcześniej. Technicznie rzecz biorąc podróż rozpoczęliśmy w czwartek dwudziestego dziewiątego. Lot Wizzair z Okęcia miał zakończyć się po północy czasu lokalnego. Skończył się jednak bliżej godziny czwartej nad ranem. Z naszego pierwszego noclegu w Keflaviku skorzystaliśmy dosłownie tylko kilka godzin, położyliśmy się spać na dwie – trzy godzinki, śniadanie i w drogę. Piątek miał być dniem zwiedzania południa Islandii i nic nie mogło temu przeszkodzić. Zapakowani w dwa samochody typu kombi w dziesięć osób rozpoczęliśmy objazdówkę najciekawszych atrakcji południa. Plan był bardzo ambitny. Autorką jego była osoba, która okazała się być psychofanką Islandii i do tego nieprzejednaną kierowniczką wycieczki objazdowej. Nie odpuszczała nam żadnej atrakcji, wszystko miała rozpisane czasowo – przejazdy, czas wolny, ile minut na zwiedzanie atrakcji i tak dalej. Myślałem, że z racji naszego opóźnionego lotu zlituje się troszkę nad nami i nieco poluzuje swoje ambitne plany. Nic z tego! Każdy wodospad, który był na liście, był zaliczony, Trzeba jeszcze obejrzeć lodowiec, czarną plażę i dopiero można myśleć o wypoczynku! W końcu przyjechaliśmy na Islandię nie po to by siedzieć. Oczywiście to ironiczne ujęcie, bo naszej Kierowniczce Wycieczki należą się ogromne brawa za przygotowanie i trzymanie w reżimie czasowym planu, który mógł nam pokazać naprawdę najciekawsze obrazy Islandii.
I tak w piątek zerwałem się z łóżka bez żadnej zachęty i poganiania, pomimo ewidentnego braku odpowiedniej ilości godzin snu. Już z pokoju starałem się przez malutkie okno chłonąć pierwsze widoki Islandii. Właśnie ziszczał się jeden z moich wielkich momentów życia. Wszystkim dookoła powtarzam, że klimaty islandzkie to jest rodzaj „egzotyki”, która mnie najbardziej kręci, bardziej od kierunków tropikalnych i bardziej egzotycznych.
Islandzkie pejzaże
Jako jeden z pierwszych wyskoczyłem na dwór wykonać pierwsze zdjęcie Islandii o poranku i całą podróż samochodem byłem przyklejony do szyby chłonąc każdy obrazek. Na naszej trasie objazdowej pierwszym punktem były wodospady Seljalandsfoss i Gljúfrabúi. Jeden spektakularnie wysoki, pozwalający na wejście pod cień skały, z której spadał. Drugi mniejszy, ale schowany w skalnym rozpadlisku, żeby dojść do niego, trzeba było przekicać po śliskich, mokrych kamieniach do wnętrza wąskiego rozpadliska. To wszystko to takie pięciominutowe atrakcje. Wystarczy wyskoczyć, przejść kilkadziesiąt metrów, obejrzeć i już można jechać dalej, ale zdecydowanie są to miejsca warte zaliczenia. Kolejnym wodospadem był Skógafoss z przepiękną panoramą na całą okolicę.
Tu już trzeba było wykonać wysiłek i podejść na szczyt wzniesienia pokonując pięćset dwadzieścia siedem schodków. To miał być tego dnia nasz „najpoważniejszy” trekking. Jadąc do tego miejsca zatrzymaliśmy się na moment przy słynnym wulkanie Eyjafjallajökull, który zatrzymał cały ruch lotniczy w Europie w czasie pogrzebu Lecha Kaczyńskiego. Niestety, wulkan postanowił się ukryć tego dnia w gęstwie chmur i mogliśmy jedynie wypić szybką kawę w lokalnej kafejce oglądając podnóże góry. Po wodospadach i wulkanach przyszedł czas na lodowiec. Sólheimajökull zaczyna się od krótkiego spaceru po wulkanicznym żwirze. Dochodzimy do małego jeziora, po którym pływają małe góry lodowe. Można tu pożyczyć kajak i popływać wokół górek lodowych. O nurkowaniu można zapomnieć, gdyż woda ma „przejrzystość” mleka. I tu zaczyna się język lodowca. Nie widać nawet dobrze miejsca, gdzie kończy się czarnoziem wulkanicznej gleby a zaczyna lądolód. Lód o twardości skały, majestatyczny, ogromny i mroczny. Strasznie marzyło mi się wykonanie w tym miejscu dłuższego trekkingu, ale to wymagałoby specjalnego sprzętu (widzieliśmy przygotowujące się wycieczki wyposażone w raki, czekany i kaski) i nie mieściło się w naszych ramach czasowych. Następnym razem. Obiecuję sobie.
Stąd już było blisko do słynnej czarnej plaży Reynisfjara. To miejsce „zagrało” w kilku ostatnich produkcjach (m.in. w Grze o Tron), stąd jest ogromnie popularne. Na szczęście końcówka września to nie jest szczególnie tłumny okres na Islandii, tym niemniej w tym miejscu dość mocno poczułem jak męczące potrafią być tłumy turystów. Tu właśnie dopadła mnie refleksja, że zupełnie bezsensownie wyciągam aparat by wykonać jakieś zdjęcie. Przecież w tym samym momencie powstaje jakieś dziesięć tysięcy dokładnie takich samych lub bardzo podobnych zdjęć dokładnie tego samego miejsca i właśnie za chwilę wylądują na mediach społecznościowych ludzi z połowy świata. To był ostatni turystyczny punkt tego dnia, z przyjemnością opuściliśmy ciasne kabiny aut i rozgościliśmy się w wynajętym domku pośrodku niczego. Dosłownie, udało się nam znaleźć dom na całkowitym bezludziu, przesympatyczny domek z sauną, pomieścił naszą dziesiątkę dość komfortowo, do tego ogromna sala wspólna, z kominkiem. Nic tak nie relaksuje po dniu pełnym emocji jak porządny obiad w miłym gronie, potem relaks na kanapie przed kominkiem. Ja tylko jeszcze musiałem zmontować aparat, lampy, przejrzeć i przygotować sprzęt nurkowy, bo następny dzień miał być dniem nurkowania. Żadnych innych atrakcji, dwa nurkowania – Silfra i Davidsgja i powrót na kwaterę. O 10:00 zajechaliśmy na parking przy centrum turystycznym, wypatrzyłem dziwnego busa Hyundaia na podwyższonym podwoziu i wypatrzyłem Siggiego siedzącego przy kawie w budynku centrum. Powitanie, załatwienie formalności (dokumenty, rozliczenia) i już jechaliśmy w kierunku Silfry.
Czekanie na nurka. Silfra
Silfra leży na terenie parku narodowego, tuż na skraju jeziora Thingvallavatn, cała okolica jest poorana pęknięciami tektonicznymi. Niektóre wypełnione wodą, niektóre – zieją pustką. Skała wulkaniczna przykryta jest grubą tkanką mchu i porostów. Nigdzie nie wolno schodzić z wyznaczonych ścieżek, dróg asfaltowych. Parking jest mikruśki, kto się nie zmieści, ten tylko wyrzuca swój sprzęt i odstawia auto na drugi parking, oddalony od Silfry jakieś sto metrów. To tutaj zaczynamy przygotowania do nurkowania. Pogoda tym razem nie dopisuje. Jest pochmurno, z nieba spada mgiełka dosłownie drobnej mżawki. Siggi rozdaje sprzęt, pokazuje, gdzie możemy się montować. Zaczynają się przymiarki skafandrów, zamiany, roszady. Musimy się podzielić na trzy grupy, jeden przewodnik bierze maks trzech nurków. Jest nas dziewięć osób nurkujących. Ktoś musi poczekać na powrót jednego z naszych dwóch przewodników. Zgłaszam się do tej ostatniej grupy. Nurkowanie w tym miejscu nie trwa długo. Planowo ma zająć około trzydziestu minut. Myśląc o wydanych środkach, o tym, że właśnie spełniam swoje marzenie, kombinuję jak przedłużyć swój czas by wykorzystać maksymalnie sposobność nurkowania w Silfrze. Niepotrzebnie. Kiedy w końcu przychodzi nasza kolej, jestem już wymęczony. Silfra jest ofiarą własnej popularności. To maleńkie miejsce, wąziutka rozpadlina w skale, wypełniona krystalicznie czystą wodą jest w stanie pomieścić naprawdę niewielką liczbę ludzi naraz. Z parkingu maszeruje się szutrową ścieżką, przechodzi przez ulicę (obowiązkowe zdjęcie pamiątkowe znaku przejścia dla pieszych nurków) i dochodzi się do punktu zejścia do wody po metalowych kratownicach. W tym miejscu gromadzi się spora grupka czekających. Snurkujący mieszają się z nurkami. Wszyscy już przebrani i gotowi. Do wody jednak wchodzi naraz maks siedmiu snurkujących (sześciu turystów plus przewodnik) lub czterech nurkujących (3+1). Każda grupka wchodzi powoli do wody, sprawdza sprzęt, zakłada płetwy, kaptury, jest kontrolowana przez przewodnika, snurkujący dostają jeszcze w wodzie ostatni briefing. Potem trzeba jeszcze odczekać kilka minut aż grupka odpowiednio daleko odpłynie od wejścia i wchodzą kolejni. I to trwa. I trwa. I czeka się. I trwa. I ja jak trąba zacząłem filmować drogę spaceru z parkingu do Silfry i zapomniałem wyłączyć GoPro. Dzięki temu, jak już znalazłem się w wodzie, GoPro radośnie obwieściło mi, że ma jakieś dwa procent baterii i zaraz się wyłączy. Filmu więc z Silfry nie będzie, ale za to uzbrojony w aparat zacząłem strzelać zdjęcia jak japoński turysta. Wiedziałem, że to wyścig z czasem, bo w takiej temperaturze wody moje ręce stracą sprawność po kilkunastu minutach. Mam dramatycznie marznące ręce, pomimo różnych patentów na ich ogrzewanie i zabezpieczanie. Operowanie przyciskami na obudowie aparatu po dwudziestu minutach w zimnej wodzie jest już dla mnie nie lada wyczynem. Jednak nie przewidziałem tego, że dwa stopnie będą aż tak odczuwalne. Palce mi skostniały chyba już w dziesiątej minucie. Do tego mroźna woda zadziała natychmiast na moje zatoki. Udało mi się tylko na początku zejść na dziesięć metrów, potem mogłem już tylko zejść na maksymalnie pięć metrów, bo wyrównywanie ciśnienia nie funkcjonowało. Silfra pozwala w kilku miejscach złapać więcej niż dziesięć metrów, większość czasu spędza się na głębokości rzędu pięciu metrów, czasami trzeba się wynurzyć butlą do powierzchni i przepłynąć nad skałami do kolejnego przegłębienia. Nie ma tu wiele miejsca na radosną improwizację odnośnie kierunków i planów. Trasa jest jedna, jak się płynie za szybko, widzi się poprzednią grupkę i zwalnia. Jak się gdzieś zabradziaży to zaczyna się słyszeć złowrogi syk automatów następnych nurków i trzeba poganiać. W trzydziestej minucie szaleńczej walki z zatokami, strzelania seriami zdjęć, próby odzyskania czucia w palcach na sam widok wyjścia z wody wzruszyłem się z radości. To jest jedno z tych miejsc, gdzie spędzenie dodatkowych minut w wodzie jest ostatnią rzeczą, o jakiej człowiek marzy. Ma się wręcz ochotę wyskoczyć z wody i znaleźć najbliższy piecyk, lub auto z odpalonym grzaniem. Ze złością ogląda się za przewodnikiem, który złośliwie zatacza kolejne kółko nad zielonym dnem pokrytej glonami lagunki, gdzie kończymy nurkowanie. Z radością człowiek łapie się barierki wyjścia i wspina na metalowe schody. Zrzuca płetwy i wita się z „ciepłym” (tego dnia było może niecałe dziesięć stopni na plusie) powietrzem.
Davidsgja
Następne miejsce do Davidsgja. Nie jest specjalnie oddalone od Silfry, ale ma wszystkie zalety Silfry przy całkowitym braku głównej wady – tłumów. Samochodami jedzie się wąziutką asfaltówką nad brzegiem jeziora. Mijamy malutki piaszczysty parking, Siggi tłumaczy mi, że w tym miejscu będziemy wychodzić z wody. Jedziemy kawałek dalej. Droga skręca nad wodę, na kolejny mały parking. Dwie ławki turystyczne i to wszystko. Żywej duszy dookoła. Spokojna tafla jeziora. Wspaniałe warunki. Moje ulubione. Plan jest taki. Nurkowanie zaczynamy zanurzając się powoli wzdłuż opadającego brzegu jeziora. Dopływamy do pierwszego podwodnego kanionu, gdzie skręcamy. To miejsce, gdzie osoby, którym zimno, mogą zawrócić do punktu wejścia. Stąd przepływamy na kolejną płyciznę, gdzie spotykamy samotnego i nieśmiałego pstrąga. Docieramy do kolejnych kanionów, ale szerszych i spektakularnych. Nurkowanie kończymy w podobnej do Silfry rozpadliny, ale szerszej. Kolor i przejrzystość wody odrywają mózg od głowy. Coś nieprawdopodobnego. Kaniony Davida wygrywają nad Silfrą różnorodnością. Nurkowanie zaczynamy w wodzie o przejrzystości dobrej jak na polskie warunki, ale przeciętnej w porównaniu do Silfry. Jednak woda jest sympatycznie chłodna (ma między cztery a sześć stopni), dopiero w kanionach gromadzi się lodowata woda o wysokiej przejrzystości. Schodzimy więc z chmur warstwy cieplejszej, ale mniej przejrzystej wody do strefy nieskazitelnie przejrzystej wody o temperaturze dobrze zmrożonego drinka, którego każdy łyk wręcz szczypie w mózg. Raduje jednak myśl, że w każdej chwili człowiek może się wypłycić do strefy wody cieplejszej. Kaniony są przepastne i jest szansa spotkać jakieś życie. W Silfrze nie spotkasz pół ryby, w kanionach – owszem, występuje kilka gatunków pstrągów, w tym jeden endemiczny. A sama końcówka nurkowania wysadza mózg w powietrze. Nurkowanie kończymy w szerszej wersji Silfry, gdzie kolor wody jest wręcz esencją lazuru. Tak głębokiej barwy niebieskości wody nie zobaczycie w żadnym miejscu na świecie (no dobrze, podobne wrażenie miałem nurkując w małym jeziorku i kawernie Karavomilos na wyspie Kefalonii).
Ja myślę, że te dwa nurkowania, najdroższe w moim życiu, ale warte każdego Euro, to była idealna wisienka na torcie, choć dla nas to nie był koniec islandzkiej przygody. Na wyspie spędziliśmy jeszcze jeden dzień, zaliczając kilka atrakcji w ramach Złotego Kręgu Islandii: ładny, umiarkowany trekking do gorących źródeł (Reykjadalur), gdzie kąpaliśmy się we wrzącej prawie wodzie, obowiązkowe gejzery w parku Geysir, wodospad Gulfoss i jeszcze raz okolice jeziora Thingvallavatn, w Parku Narodowego Thingvellir, gdzie powstał pierwszy islandzki parlament (w okolicach 930r). To wszystko jedynie obudziło ogromny apetyt na chłonięcie Islandii w sposób spokojniejszy i dłużej trwający. Wracaliśmy do Polski a ja już myślałem o tym, kiedy tu wrócę by podziwiać wspaniałe przestrzenie, surowość ale i bogactwo tego niezwykłego kawałka planety. To wymarzone miejsce na długie piesze wyprawy, chodzenie po górach, rzeczą wręcz konieczną będzie zrobienie trekkingu po lodowcu. Chciałbym też dokładniej obnurkować jezioro i poszukać mniej znanych cudów podwodnej Islandii.
Post Scriptum. I nie myślcie, że Silfra jest niewarta uwagi. Warta, ale obecnie jest ofiarą własnej popularności, jak Kasprowy w sezonie, jak Góry Stołowe w wakacje, tłum potrafi popsuć najcudowniejsze miejsce. Czekanie w długiej kolejce na nurkowanie, przerób taśmowy turystów, odziera to miejsce z wszelkiego uroku. Jeżeli uda się wam tu trafić w okresie, gdy nie ma ludzi – proszę bardzo. Jeżeli jednak robicie to tylko by zrobić sobie zdjęcie trzymając palec na euroazjatyckiej płycie tektonicznej a drugi – na amerykańskiej – dajcie sobie spokój i jedźcie do Davidsgja. Tam zróbcie zdjęcie, nikt wam nie będzie przeszkadzać i nikt się nie pozna na podstępie.
Ale ja tu jeszcze wrócę!
Pierwszy moment na IslandiiBlack beachCzekanie na nurka. SilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraSilfraDavidsgjaDavidsgjaDavidsgja – pstrąg tęczowyDavidsgjaDavidsgjaDavidsgjaDavidsgjaWidok na SilfręSeljalandsfossGljúfrabúiWulkan Eyjafjallajökull
Ten historyczny artykuł ma teraz zupełnie inny wydźwięk, kiedy Zakrzówek zniknął z mapy polskich nurkowisk. Owszem, da się tam teraz zanurkować, ale jest to strasznie logistycznie szalony pomysł. A sam sposób, w jaki Kraków „pozbył” się najlepszej bazy szkoleniowo rekreacyjnej dla nurków w Polsce to jest też niezły materiał na osobny artykuł.Artykuł oryginalnie opublikowany we wrześniu 2012r
Tytułem przypomnienia o sobie, w ramach udowodnienia, że nie zdechłem, ani się nie znudziłem blogowaniem, postanowiłem skrobnąć kilka słów na temat Zakrzówka. W planach mam by na Nurkologa wrzucić dużą ilość opisów polskich zbiorników „nurkowalnych”. Zacznę od tych, które ja znam, potem chciałbym pozbierać najciekawsze opisy innych zbiorników, które mam nadzieję sam odwiedzić. A po wizycie postaram się szybko dać swój opis danego nurkowiska. Zaczniemy od Zakrzówka.
Zazdroszczę Krakałerom takiego zbiornika pod nosem. Zakrzówek dostali po prostu w prezencie i umieli ten prezent wykorzystać w sposób znakomity. Zazdraszczam im tego okrutnie. Stołeczni nurkowie są na kompletnie straconej pozycji. Gdzieś czytałem o jakimś sztucznym zbiorniku, jakichś zalanych silosach, ale podobno temat umarł, bo było za mało zainteresowanych. Są też różne glinianki eksplorowane przez ambitną Grupę Eksplorującą Podwarszawskie Nurkowiska. Kibicuję chłopakom, ale jak dotąd brak spektakularnych sukcesów. Głównie jakieś błotka z minimalną widocznością i wielkością kilku wanien. Jest jakaś tajemnicza zalana elektrownia, ale warunki też tam raczej dla doświadczonych i odważnych nurków. A nasi drodzy podwawelscy bracia mają akwen pełną gębą i to niemal w samym centrum miasta. Nic tylko wrzucić sprzęt do autobusu miejskiej komunikacji i prosto z jego drzwi wskoczyć do wody. Zaraz po pracy zrelaksować się szybkim nurem, wyciągnąć tylko butlę, sprzęt i hop do wody. Czegoś brakuje, albo trzeba dobić butlę? Nie ma problemu, lokalna baza jest „wszystko mająca”. Sprężanie w try miga, sprzętu nie brakuje. Do tego porządne wiaty dla grup nurkowych, parking. Na paskudne tojtojki i smutnego pana od gastronomii (co najgorsze, ustawionego świetnie, bo nie ma tam żadnej konkurencji dla jego średniutkich i wyśrubowanych cenowo usług) spuśćmy zasłonę niepamięci. Te detale nie psują obrazu całości czyli okoliczności przyrody. Nie dość, że Krakusy mają swój pełnowartościowy, głęboki akwen, to jeszcze tak malowniczy, że szczęka opada. Zakrzówek poznałem we wrześniu, więc już paleta barw jesienna – to powinien opisać poeta. Piękne skałki tworzą pionową ścianę strzelającą wysoko w górę ponad taflę wody. A na jej szczycie las. Wszystko tak schowane w niecce, że miasta ani widać, ani słychać. Zupełnie jakby człowiek został teleportowany gdzieś w kompletną głuszę. Kolejny powód do zazdrości. Urzeczony tymi widokami uzbraja się człowiek w sprzęt, zarzuca butlę i wskakuje do wody. A raczej maszeruje, bo na nurkowanie można wmaszerować dwoma wygodnymi, łagodnie opadającymi ścieżkami. A dokładniej drogami. Warto poczytać o Zakrzówku w Internecie. Ja tylko wspomnę, że jest to zalany kamieniołom, więc pod wodą dość szybko zauważamy pierwsze ślady działalności ludzkiej ręki przy kształtowaniu ścian zbiornika. Przejrzystość wody potrafi zaskoczyć tych, którzy lubią tylko ciepłe morza. Potwierdzam to, bo na Zakrzówek udałem się niemal prosto z włoskich nurkowisk. Porównanie miałem idealne i Zakrzówek nie ma się czego wstydzić. Oczywiście, nurkowie potrafią zabełtać wodą, a akwen należy do bardzo popularnych, zatem na pewno jest wiele dni, kiedy przejrzystość nie oszałamia. Jest to jednak głównie zasługa machających płetwami. Tam chyba nie ma dnia wolnego od obecności nurków, a tym bardziej takiego, żeby nie trwał tam jakiś kurs. W weekend, w który ja tam zdobywałem stopień AOWD, wokoło toczyło się kilkanaście kursów. Wszystkie wiaty zajęte były przez różne grupy nurkowe, kilka kursów OWD, co najmniej trzy kursy Rescue, ciekawe ile jeszcze innych nie zauważyłem. A ilu wtedy nurkowało tylko rekreacyjnie? Trudno powiedzieć. Parking był zapełniony samochodami, nie było pustego miejsca. Nie myślcie tylko sobie, że wpłynęło to na komfort nurkowania. Można podejrzewać, że woda Zakrzówka powinna przypominać wodę gazowaną zaraz po otwarciu butelki, albo jacuzzi większych rozmiarów. Nic podobnego, Zakrzówek jest na tyle duży, że grupy się rozpraszają. Do tego jest cała masa atrakcji dla kursantów – tory przeszkód dla trenujących pływalność, lustra, platformy do ćwiczeń. Do tego jeszcze masa złomu zatopionego dla podniesienia atrakcyjności. Akurat moim skromnym zdaniem większość tych bajerów jest zupełnie zbędna. Akwen broni się sam w zupełności swoją naturalną urodą. Uważam, że niepotrzebnie usiłuje się go uatrakcyjniać. Jakieś radiowozy, nyski, komputery – po co to komu? Człowiek ma wrażenie, że zamienił się miejscami z rybami w akwarium i że go wsadzono do jakiejś sztucznej szklanej kostki z plastikowymi skrzyniami ze skarbami, statkiem piratów i przyklejonym zdjęciem roślinek wodnych. Jest tam jednak kilka wyjątków, które robią wrażenie. Stary Ikarus zatopiony na 18 metrach i korpus samolotu na 12 metrach. Bledną jednak w moich oczach wobec genialnych ścianek i „Bajkowego Lasu”. Dużą atrakcją są też ryby. Absolutnie przyzwyczajone do widoku nurków, nie czmychają tak szybko jak ich kuzynki z innych zbiorników. Radosny to widok, jak całe zgraje tych cwaniaków siedzą w cieniu platformy, człowiek zagląda tam do nich i ma wrażenie, jakby ich spojrzenia wyraźnie mówiły: „A pan do kogo? Czy był pan umówiony?”. Amatorzy głębokich zanurzeń znajdą miejsca rzędu 30 metrów. Widoki tam też bajkowe. Słyszałem dużo o zalegającym tam siarkowodorze, który pogarsza widoczność. No to nie w tym miejscu, w którym ja siedziałem, czyli na 27 metrach za Bajkowym Lasem. Tam ten bełt wziął i się schował a wizury nie można było krytykować, no do momentu aż nie trzepnęło się o dno i wtedy wiadomo co…
Uznaję więc Zakrzówek za bardzo fajne miejsce. To niesprawiedliwość dziejowa, że oni tam mają taki fajny zbiornik a my tu kompletnie nic. Jedynie nie zazdraszczam im tłumów, które pewnie dość regularnie muszą się tam tłoczyć w letnie dni. Ja tam chętnie jeszcze wpadnę, ale będę celował w mniej popularne daty.
To kolejny artykuł przywrócony z dalekiej przeszłości, to było w 2012 roku, we wrześniu, kiedy uzyskałem uprawnienia Advanced Open Water Diver po kursowym wyjeździe na krakowski Zakrzówek.
Z Zakrzówka wróciłem pełen podejrzeń. Miałem wrażenie, że odbyło się coś tylko a-la kurs, coś po łepkach, coś nie do końca odpowiedniego do rangi, którą uzyskałem. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że zdobycie AOWD to wcale nie jest żaden egzamin czy test. To są po prostu nurkowania, podczas których wykonałem kilka ćwiczeń lepiej bądź gorzej, ale to tyle. Można by się spierać, czy tak się powinno odbywać podnoszenie kwalifikacji nurka.
Sprawa ma kilka aspektów. Fundamentalne jest to, czy różnica pomiędzy 18 metrami dozwolonymi dla OWD, a 30 metrami dostępnymi dla AOWD jest tak znaczna? Zdecydowanie jest, co podkreślane jest w trakcie zajęć. Na 30 metrach jest zdecydowanie chłodniej, ciemniej (zależy od miejsca, ale można przyjąć, że generalnie jaśniej to tam nie ma). Przede wszystkim trzeba pamiętać, że z tej głębokości wyskok na powierzchnię jest już poważnym wypadkiem, który może być bardzo niebezpieczny dla nurka. Różnica ciśnień robi swoje. Czyli kontrolowanie pływalności i panowanie nad sprzętem, a także nad sobą samym to podstawa. Tu nie ma pola na podstawowe błędy. To jest jasne dla wszystkich. No to dla mnie największa zagadka, czemu do AOWD są dopuszczani ludzie świeżo po kursie OWD, bez żadnego bagażu, lub z minimalnym bagażem oddanych nurków rekreacyjnych, w czasie których mogli potrenować swoje umiejętności i po prostu się opływać? Praktycznie za jednym zamachem podnosili swoje kwalifikacje do poziomu AOWD, dzięki czemu kolejnego dnia mogli już samodzielnie (w parach) schodzić na 30 metrów. Usiadłem po powrocie i zacząłem studiować różne strony dotyczące szkolenia w systemie PADI i potwierdziłem swoje przypuszczenia. Nigdzie nikt nie broni przystąpić do kursu AOWD świeżo upieczonym kursantom OWD. Ba, nawet się zachęca by przystąpić do kolejnego stopnia niezwłocznie, żeby poczuć pełną moc wrażeń związaną z podniesieniem swoich umiejętności. Zapewne ktoś zechce podyskutować ze mną na ten temat, ale mi się ten pomysł nie podoba. Ja bym wolał jednak by AOWD było jednak kursem. Kursem, który potwierdzi umiejętności uczestników i dopiero na koniec, pozwoli im zejść na 30 metrów i potwierdzi, że nadają się do tego by siedzieć na takiej głębokości. Z czystym sumieniem można byłoby wielu osobom powiedzieć „nie, stary, ty jeszcze poczekasz na to, by zdobyć AOWD. Popływaj, ogarnij się ze sprzętem, naucz się nie walczyć z nim, popracuj nad pływalnością, oducz się machać łapkami cały czas. Wtedy wróć, podejdziemy raz jeszcze do tematu.” Przy czym wcale nie domagam się by AOWD wymagało zalogowania wcześniej jakiejś konkretnej liczby nurkowań. To się przyda na pewno, ale nie jest warunkiem koniecznym. Grunt, żeby pierwsze nurkowania na kursie AOWD były sprawdzeniem umiejętności kursantów i potwierdzeniem, że mogą iść głębiej, dalej, w trudniejsze.
Podręcznik PADI mówi, że AOWD to nurkowania z przygodą. Oddałem więc pięć nurkowań z przygodą: powtórzenie kontroli pływalności, nawigacyjne, nocne, głębokie i wrakowe. I uzyskałem tym samym kolejny stopień. A ja tyle lat zwlekałem, mając wrażenie, że to na serio poważne wyzwanie. Odnosiłem wrażenie, że to już nie przelewki. Traktowałem to jeszcze poważniej niż w ogóle przystąpienie do kursu nurkowania. Chyba nikt tak długo nie siedział na poziomie OWD jak ja. Dziewięć lat minęło od kursu OWD, zdołałem zrobić w tym czasie dwadzieścia sześć nurkowań. Na początku nurkowałem dosłownie raz do roku, potem się mogłem trochę rozpędzić i poczułem mocny wiatr w żagle. Wszyscy moi współkursanci byli zwykle świeżo po kursie OWD, cztery – osiem nurkowań zalogowanych. Niektórzy z pływalnością mieli poważne problemy, to ich ciągnęło w dół, to wystrzeliwało na powierzchnię, niektórzy machali łapkami pod wodą jakby próbowali fruwać. A instruktor spokojnie wyznaczał kolejne zadania i cele. Zejść pod wodę, nawigować po kwadracie. Raz wyszło „S”, drugi raz jego odwrotność, ale jakoś szło. Nikt nie kazał wszystkiego po pięć razy powtarzać. Głównie dostawaliśmy brawa. Wróciłem do domu, studiowałem materiały i różne strony. Dowiedziałem się, jak już o tym pisałem, że to tak naprawdę tylko pięć nurkowań z przygodą. Podchodząc do AOWD jestem już nurkiem z uprawnieniami, teraz je tylko potwierdzam, nikt nie wisi nade mną i w razie czego wyciąga z wody, albo przejmuje za mnie kontrolę nad sprzętem. Zrobię kilka ćwiczeń i już frunie koperta do centrali PADI ze zgłoszeniem, że należy mi się certyfikat AOWD. No fajnie, ale jakieś wrażenie pozostaje, że to nie do końca tak powinno być. Ja rzeczywiście już nieźle radzę sobie pod wodą, nie próbuję walczyć z wodą jako żywiołem, nie zużywam tony energii i powietrza by ułożyć się odpowiednio, albo wykonać prosty manewr. Niemniej jednak zdarza mi się jeszcze trzepnąć o dno. Na trzydziestu metrach trzeba lekko osiąść by zrobić kilka ćwiczeń sprawdzających, czy azot nie zaczyna nam mącić w głowach. Na Zakrzówku ciężko jest znaleźć takie miejsce by dało się wygodnie usiąść na dnie. A tam zalega masa syfu, który za jednym dotknięciem unosi się i powoduje spadek widoczności do kilku centymetrów. Jak usiedliśmy na dnie, nie widziałem dalej jak na dziesięć centymetrów. Kula światła dostarczana przez potężną lampę instruktora znikała mi z pola widzenia pomimo, że była ode mnie oddalona z dwadzieścia centymetrów. Musiałem się trzymać pozostałej dwójki by się nie zgubić. Mam wrażenie, że to nurkowanie niczego mnie nie nauczyło, oprócz tego, że utwierdziło mnie w przekonaniu, że regularne nurkowanie w Polsce wymaga suchego skafandra. Chyba to jest główny cel tego nurkowania. Chłód na tej głębokości właził każdym szwem pianki, choć to solidna 7mm pianka z ocieplaczem, więc na korpusiku mam prawie 14mm warstwy ochronnej. Wylazłem z wody z mocnym postanowieniem, że trzeba przesegregować listę zakupów i suchy skafander przesunąć na wyższą pozycję.
Co my tam jeszcze mieliśmy ciekawego? Nurkowanie nocne, nurkowanie „wrakowe” (na Zakrzówku wrakiem okazał się być stary dobry Ikarus pewnie z lokalnej Komunikacji Miejskiej, ale mieli tam jeszcze taki fajny samolot – sam korpus, ale fajnie wyglądał). Z tych trzech: głębokie, nocne i wrakowe – dla mnie najfajniejszy nurek to nocny. Może to zasługa Zakrzówka, ale strasznie mi się podobało zwiedzanie ścianki w nocy. To prawda co mówią o nocnych, człowiek skupia wzrok na tym, co pokazuje światło latarki, nie biegają mu oczy dookoła głowy. Wyłapujemy łatwiej drobne szczegóły, latarka wszystko ukazuje w innym kształcie, nadaje całości niesamowite kształty, wzory. Jest tajemniczo do kwadratu, a przecież ja to właśnie lubię w nurkowaniu. Dlatego tak lubię nurkować w polskich wodach. Do tego te ryby, które idą właśnie spać. Niektóre są już tak śpiące, że można je schwycić delikatnie i przemieścić. W nocy wychodzą na żer inne ryby, których za dnia nie spotkacie w otwartej toni. Potem nurkowanie wrakowe – zadanie polega na wykonaniu rysunków wraku z różnych stron. Opadliśmy więc na ikarusa z różnych stron, zjeżdżając doń na poręczówce. Próbowaliśmy nie dygotać z zimna i w miarę sprawnie orysować zadany odcinek, modląc się tylko, by szybko dano sygnał do płynięcia dalej, płycej, do cieplejszej wody. Suchy skafander po raz drugi się przypomina – kup mnie! Nurkowanie głębokie już opisałem, nie było ekscytujące. Człowiek nie ma czasu się zastanawiać, że ma nad sobą trzydzieści metrów wody. Dygoce z zimna, siada na dnie, wzbudza osad, zmienia więc pozycję, tym razem wznieca trochę mniej osadu. Wykonuje zadanie matematyczne, żeby sprawdzić, jak mu idzie myślenie w tych warunkach. Ja bym jeszcze chętnie sprawdził, jak to zadanie wykonuje się w ciepłym sucharze. Efektów narkozy azotowej nie poczułem ani ja, ani drugi kursant. Z radością wypłynęliśmy. Pozostało jedynie mgliste wspomnienie magicznego podwodnego lasu, przez który się przepływa do jednej z najgłębszych dziur na Zakrzówku.
Tym chaotycznym sposobem opisuję wam wrażenia z tego wypadu. Długo zbierałem się do dokończenia tekstu, bo wciąż nie wiedziałem jak opisać moje wrażenia. Z jednej strony ogromnie się cieszę, że zdobyłem kolejny stopień i dalej mam mocne postanowienie zdobywania kolejnych stopni, łącznie ze ścieżką profesjonalną – instruktorską. Z drugiej strony uważam, że jeszcze sporo PADI może zdziałać w temacie metody uzyskiwania certyfikatu AOWD. Ja osobiście nie czuję się usatysfakcjonowany sposobem uzyskania tego poziomu uprawnień. Chyba w kilku wschodnich krajach odbywają się egzaminy na prawo jazdy w taki sposób, że człowiek wsiada do auta i ma przejechać kilkadziesiąt metrów prostej i pustej drogi. I to tyle. W ten sposób decyduje się o bezpieczeństwie uczestników ruchu drogowego. To porównanie świetnie tu pasuje, właśnie w ten sposób zdobyłem uprawnienie do schodzenia na 30 metrów, że przepłynąłem się kawałek tu i tam. To nie był żaden wyczyn, żadne sprawdzenie się. Może o to chodzi włodarzom PADI? To uczucie niedosytu okropnie pobudza do kolejnych kroków i zdobywania kolejnych stopni. Na przyszły rok plan jest więc taki, że robię co najmniej Rescue Diver, a może i zacznę podchody pod Divemastera. Divemaster już wymaga odpowiedniego pakietu doświadczenia.
Artykuł o Ligurii- w nieco rozszerzonej formie – znalazł się w wydaniu „Nurasa.info” 06/2020
Sierpień 2012
Czas na nurkowanie w ciepłych wodach. Okazja nadarza się doskonała. Planujemy wyjazd rodzinny do niewielkiej Moneglii we Włoszech, w regionie liguryjskim. Znanym nie tylko z serów, Pesto, ale także z atrakcyjnych nurkowisk. Przede wszystkim obłędne wybrzeże tu mają. Góry wpadające do morza, czy raczej morze powoli zjadające góry. To jest widok jedyny w swoim rodzaju. Poszarpane skały wbijające się w tafle niemalże przeźroczystego, lazurowego morza. Jest sierpień, upał okropny, ciężko jest wytrzymać w takich warunkach. Polak w takim klimacie dość szybko traci siły, jeżeli nie ma możliwości schłodzenia się. My niestety nie mamy klimatyzacji w mieszkaniu, a to położone jest przy najruchliwszej ulicy w miasteczku. Na szczęście miasteczko jest zaprzeczeniem wszelkich wyobrażeń o turystycznych miastach. Dyskoteka jest chyba jedna, dobrze z resztą ukryta. Nocne życie to głównie gwar rozmów w sąsiadujących restauracjach, kafejkach i lodziarniach. Żadnych pubów, barów. Kulturalne życie kwitnie, tu na małym placyku wieczorem rozkłada się miejska loteria, a w kafejce obok jakiś prawie utalentowany śpiewak przypomina wszystkim wszystkie możliwe muzyczne hity, łącznie z całym włoskim repertuarem. Jeżdżą skutery, motory, ale klaksonów nie używają nagminnie.
Dużą zaletą mieszkania jest za to bliskość do morza. Wystarczy przejść jedną jezdnię, przejść pod wiaduktem i jest morze – dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z domu. Do bazy nurkowej (jedynej w miejscowości, chyba też jedynej w sąsiedztwie najbliższych kilku miejscowości) jakieś pięć minut spacerkiem. Bajka po prostu. Dla nurka jest kilka trudnych zagadnień do rozwiązania jednak. Jedna sprawa to Moneglia. Położona tuż nad morzem, wciśnięta między góry, powstała i rozwijała się daleko przed tym jak ktoś wpadł na pomysł by skonstruować samochód. Włosi próbowali dostosować ją do potrzeb samochodów, ale za dużo nie mieli pola do manewru. Uliczki okropnie wąskie, nie ma gdzie parkować. I to dosłownie. Parking (oczywiście płatny) wzdłuż wybrzeża non stop zastawiony, parkować z resztą wolno tylko cztery godziny. Długoterminowe parkingi są dwa, czy trzy. Pełne aut. Pan parkingowy doradza by wyjechać za tunel. Tunele są dwa – wąskie, kierunek jazdy zmienia się co pół godziny. Za jednym z nich jest boisko do gry w piłkę nożną. Funkcjonuje jako parking. Nie wiem, czy Włochom z Ligurii już się odechciało grać, czy tylko grywają po sezonie, kiedy jest chłodno. Ważne, że parking jest, że są wolne miejsca. Szkoda, że parkowanie na dwa tygodnie kosztuje majątek. No cóż, wyboru nie ma, decyduję się.
W ten sposób pozbawiam się auta jako środka transportu dla sprzętu nurkowego. No chyba, że bym gdzieś chciał jechać poza Moneglię, na przykład do Portofino, gdzie jest kilka miejsc typu „must see”. A tak po Moneglii zostaje mi tylko dźwigać sprzęt, jak nie chcę nurkować z najbliższej plaży, to już mam trochę do pokonania. Choćby do bazy nurkowej. Sprzęt więc mogę transportować w torbie na kółkach, albo trochę na sobie, trochę w torbie Ikei. Kłopot w tym, że baza nurkowa leży wciśnięta w zatoczkę, do której dostęp jest albo po schodach i mostem, i znowu schodach, albo najkrócej, przez kamienie, które przypominają o tym, że czasami tu pływa rzeka. Z torbą na kółkach, ani tu, ani tu wygodnie. Zostaje dźwiganie. Chyba najwygodniej było po prostu ubrać się w kamizelkę z butlą, resztę tachać w torbie Ikei. Torba na kółkach zostaje w pokoju. Raz, czy dwa razy nawet po prostu ubrałem się w cały zestaw w mieszkaniu, tylko płetwy do rąk i w drogę. Raz, bo wracałem z nurkowania i nie chciało mi się rozbierać. Drugi raz tak właśnie polazłem.
Dobrze to pamiętam, bo był weekend i zjechało dodatkowe mnóstwo ludzi do Moneglii. Polazłem najbezczelniej w świecie w całym ekwipunku. Najpierw z mieszkania w wąską, ruchliwą uliczkę ze straganami, potem niewielki ludny placyk ze sklepami i ławkami gęsto okupowanymi przez rodziny z dziećmi obżerającymi się pysznymi lodami. Potem główna arteria do przekroczenia. No mam nadzieję, że ktoś strzelił mi fotkę jak przełaziłem w środku dnia w tym całym sprzęcie przez pasy na drodze. Widok równie legendarny jak ten z okładki płyty Beatlesów, którzy przełażą przez jakieś legendarne pasy w jakimś legendarnym mieście. Nie muszę chyba wspominać, że wzbudzałem odpowiednią sensację i każdy przystawał by przyjrzeć się temu ciekawemu zjawisku. Wlazłem więc na miejską plażę, która w ciągu tygodnia pod wieczór się wyludnia. Jednak nie tym razem, bo był weekend. Ludzie wciąż siedzieli na plaży i nie było gdzie parasola wetknąć, albo ręcznika położyć, no a ja ubrany jakbym na Grunwald szedł w pełnym bojowym rynsztunku, lezę i lawiruję między ręcznikami z dokarmionymi włoskimi mamuśkami, modną i piękną włoską młodzieżą i rozkrzyczanymi rodzinami ze szczególnie rozkrzyczanymi dzieciakami. Ja już ledwo kryję swój kretyński uśmiech, jaki się coraz wyraźniej rysuje na mojej paszczy i wiem, że zachowam jako taką godność, jeżeli bez chwili przystanku wlezę tak do wody i z marszu zniknę z oczu wszystkim gapiom. Wlazłem, a jakże, jeszcze tylko mocowanie z płetwami, na szczęście tym razem nie protestują, jeszcze tylko naplucie w maskę i mogę znikać pod wodą. Trochę płynę jednak po powierzchni, ponieważ – mam nadzieję, że to tylko kwestia pory roku – woda przy brzegu jest jak mleko, nie widać na więcej niż pół metra. Mleko ustępuje tuż za skałkami chroniącymi kąpielisko przed falami. To przy nich zaczynam zanurzanie i wreszcie odcinam się od świata. Nurkuję sam, a jakże. Wbrew wszystkim regułom, jakie mi łożono do głowy, ale dobrze wiem, że nie jestem jedyny. Choćby fotografowie lubią pływać samodzielnie, co najwyżej trzymają się jakiejś grupy, żeby jej zdjęcie cykać, nikt jednak nie zamierza wisieć nad nurkiem i mu towarzyszyć, jak on czasem zawisa w toni na kilka minut by złapać konkretny efekt, albo krąży wokół jakiejś jamki dobry kwadrans w oczekiwaniu na pojawienie się jakiejś mureny. Zdarza się też pojedynczym nurkom sprawdzanie sprzętu, człowiek chce po prostu wleźć do wody i sprawdzić nowy sprzęt, opływać się z nim, pływa wtedy gdzieś przy brzegu, albo schodzi na jakieś cztery metry i się tam gimnastykuje. Zacząłem od wizyty w lokalnej bazie nurkowej. Odpytałem, gdzie można nurkować, czego się spodziewać. Przyjąłem, że nie będę się oddalał od brzegu , zawsze skałki miałem w zasięgu wzroku (a widoczność nie była aż tak oszałamiająca, jakieś piętnaście, czy dwadzieścia metrów i skały znikały z pola widzenia). Nie szedłem głębiej niż sześć metrów, nie siedziałem dłużej niż pół godziny. W ten sposób zaliczyłem kilka bardzo fajnych nurków, choć roślinność w pasie brzegowym nieszczególnie dopisywała, to jednak ryby wszelkich kolorów i rodzajów pływały wciąż wokół mnie, a krajobraz uformowany z głazów rozpadającego się wybrzeża robił niesamowite wrażenie. Oczywiście kilka metrów dalej rozpoczynała się idealnie gładka podłoga z piasku, która znikała za polem widoczności. Jednak w jednym miejscu, na stanowisku blisko bazy nurkowej, można było zaliczyć kawałek „ścianki”. Podejrzewam, że to świetne miejsce dla kursantów, bo oddalone od brzegu dosłownie dwadzieścia metrów, w najgłębszym punkcie siedem metrów, dookoła żadnych prądów, ani ruchu motorówek. W tym miejscu wyrastała samotna formacja ze skał, wystawała tuż nad wodę, ale jej całe piękno ukryte było pod powierzchnią. Z jednej strony pionowa ścianka, z pozostałych różne kształty i ozdoby z kamieni, tu już sporo roślinności, ukwiały, liczne jeżowce, piękne ryby także. Strasznie ładne miejsce. Cieszyło oko z każdej strony.
Nie mogłem oczywiście sobie odpuścić organizowanych wypadów. Lokalna baza nurkowa (Punta Rospo Diving – Moneglia) pod wodzą Maxa Novarina oferuje bogaty zakres nurkowisk w zasięgu łodzi. Łódź mają szybką, na dziesięć osób, wygodnie więc można dotrzeć w różne ciekawe zakątki liguryjskiego wybrzeża. W zależności od odległości za wyprawę płaci się 30 – 35 euro. Pewnie jakby wypuścić się gdzieś dalej to doszłoby do 60 euro. Bardzo fajne stawki. Do tego ładowanie butli za 5 euro. Co tam, że starszy pan technik ni w ząb po angielsku, ja się przygotowałem, do słownika pozaglądałem, miałem zasób słów (okrutnie ubogi) opanowany. Wystarczyło powiedzieć „bombola compresore” i pan wszystko wiedział. Uśmiechnięty, pomocny, coś tam próbował mi tłumaczyć, zagadywać, nawet trochę tego zrozumiałem. Wiedziałem, gdzie nurkować „nie lza”, bo tam łodzie pływają, pan się pytał, czy ja Niemiec, ja mu na to, że „polacco”. Rozmówki polsko włoskie na wysokim poziomie. Pierwsza wyprawa, na jaką się zabrałem, to dosłownie dwie zatoczki dalej. Pierwsza zatoka na zachód to była druga plaża Moneglii, za wzgórzem (to przy niej mieścił się opisany przeze mnie parking – boisko), tu więc kąpało się zdecydowanie mniej ludzi, potem za nią była zatoczka bez dostępu do brzegu, stroma skała wysoko w górę. To tu stanęła łódź. Pierwsze zaskoczenie to stroje towarzyszy nurkowania. Wszyscy długie pianki, niektórzy w piankach półsuchych. A ja – w samym ocieplaczu z krótkim rękawkiem i kapturem. W Polsce miałem wątpliwości czy brać cały zestaw, ale temperatury wody powyżej dwudziestu stopni… Bez przesady. Bagażnik przynajmniej pomieści więcej. No i już na miejscu wykonałem kilka próbnych nurków i nie brakowało mi długiego rękawa.
Siedzę więc na łodzi się zastanawiam, czy ja jakiś głupi. No chyba by mi Maks coś powiedział, bo wsiadaliśmy na łódź już w kombinezonach, a on tam w swoim kantorku miał wszystko, co potrzeba i pożyczał chętnie. Może więc mit twardego Słowianina dotarł i tu. Nie było wyjścia, trzeba było go podtrzymać. Do pary dostaję Niemkę. Jedyna, która komunikuje się po angielsku, poza Maksem, ale on bierze na siebie jakąś szkółkę, a my idziemy za jednym Włochem niżej. Rozstawienie par to w zasadzie była cała odprawa, wszyscy kończą się ubierać i wskakują do wody a ja czuję, że chyba ktoś tu zapomniał o jakimś konkretnym elemencie, czyli porządnej odprawie. No dobra, styl włoski pewnie. Idziemy w dół. Ja czekam na pierwszy atak chłodu. Niemka mnie nastraszyła, że w zeszłym roku tu nurkowała w krótkim rękawie, okropnie zmarzła i teraz pływała w półsuchym skafandrze. Dochodzimy do piętnastu metrów, rozpoczyna się kosmiczna odyseja. Ech, te formacje skał, które kiedyś majestatycznie siedziały sobie gdzieś tam wysoko, ale cierpliwy wiatr, woda strąciły je do wody – to powinien opisywać poeta, a nie taki matoł jak ja. Widoki odbierające mowę. Rzeczywiście, raz po raz zdarza się wpłynąć w chłodniejszy prąd, ale żadnego dramatu nie ma, nie marznę, nie trzęsę się. Płyniemy dalej. Dobijamy chyba do siedemnastu metrów, okrążając ogromne głazy sterczące nad pozostałe rumowisko, tu chowa się jedna taka duża, tłusta ryba. Nie sposób było powiedzieć, co to była za ryba. Tylko nam mignęła. Oczywiście grupka natychmiast zacieśnia „perymetr” wokół jamki i wyczekuje ponownego objawienia. Ryba jednak nie jest głupia, wie, że za rogiem siedzi cała grupa wariatów. Kończy się pokaz. Ja nadal nie odczuwam mrozu. A jak się robi chłodniej, przepływam kawałek w bok i wpływam w przyjemny ciepły prąd. Pływamy dobre czterdzieści minut, powolutku zmniejszając głębokość, w końcu sygnał, że zbieramy się do góry. Powoli, bo zgarniamy po drodze kursantów z Maksem, jeszcze próbujemy wystraszyć kolejną nieśmiałą rybę z jamy (pan z aparatem jest rzeczywiście cierpliwy).
Stajemy na przystanek bezpieczeństwa na pięciu metrach i się wynurzamy, czas nurkowania to prawie godzina. Ja wcale nie zmarznięty, w butli 12l zostaje mi sporo ponad rezerwę, jestem więc z siebie dumny. Włosi żywo opowiadają sobie o wrażeniach, a ja łapię za komórkę i dokumentuję wszystko – linię brzegu, nurków na łodzi, łódki na horyzoncie. Jestem pieruńsko szczęśliwy, mam za sobą pierwszą poważną komercyjną wyprawę z obcej ekipy nurkowej, nurek bardzo udany. Niemka strasznie przeżywa ilość wody, którą połknął jej kombinezon, wciąż się dopytuje, czy tak powinno być. Nie miałem do czynienia z półsuchym kombinezonem, ale ten wyglądał na taki w jej rozmiarze, nigdzie luzów specjalnych nie było. Wody rzeczywiście trochę wypił, ale bez przesady. Zapytałem więc grzecznie, czy trzymała z tą wodą temperaturę. Odpowiedziała, że tak. Odparłem, że zatem tak musi być. Jeszcze opowiadała, że w domu, w Niemczech ma suchy, że ten półsuchy to nowy zakup. Ja już skupiłem się na widokach. Jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie jak będzie mnie stać na dwa kombinezony, w tym jeden suchy.
Kilka dni później wypływam z ekipą w dalsze miejsce, na wysokości znanych z przewodników Cinque Terre. Tym razem w ekipie więcej niewiast, ale większość twarzy już znam z poprzedniej wyprawy. Widać, że się doskonale wszyscy znają. Do pary dostaję… znowu Niemkę. Są w sumie dwie Niemki, widać, że jak jedna nurkuje, to druga zajmuje się dzieciakami. Ta druga też w półsuchym pływa, ale chyba już w nim nurkowała, bo nic nie komentowała odnośnie ilości wody zasysanej pod piankę. Ostrzegła mnie jednak, że miewa problemy z wyrównaniem ciśnienia w uszach i że powoli się zanurza. Znowu wszyscy w długich rękawach, a nawet kilku siedzi w suchych skafandrach. Tym razem jest odprawa konkretna. Maks najpierw opowiada Włochom o miejscu, a potem nam, po angielsku, że nurkujemy dalej od brzegu. Łódź staje nad samotną skałą wystającą na głębokość szesnastu metrów, dookoła jest dużo głębiej. Mamy zejść po linie do skały i zrobić jedno pełne kółko wokół najciekawszych punktów na skale. Część ekipy zejdzie z Maksem niżej, na trzydzieści metrów, stąd te suche skafandry. My mamy zatrzymać się na osiemnastu metrach, zwiedzać jamki, a potem się łączymy i wypływamy. Mogą zdarzyć się mocniejsze prądy, mamy więc uważać. Wskakujemy do wody i zaczynamy zejście. Włosi idą dziarsko w dół, ja zostaję nieco z tyłu unoszę się w toni czekając cierpliwie aż Niemka pokona kolejny metr po linie i wyrówna ciśnienie. Widać wyraźnie, że musi to robić powoli, ale systematycznie się opuszczamy. Maks trzyma się blisko i obserwuje. W końcu wyłania się skała. Niby się jej człowiek spodziewa, ale wrażenie i tak powstaje. Najpierw ledwie zarys, czy cień, a potem cała okazałość. A dookoła toń. Skała nie ma żadnych poważnych ścianek, to raczej stopnie kolejno schodzące niżej. Nie ma więc strachu o tę toń. To jest pierwsza moja okazja by sprawdzić się z jakimiś tam lękami, puszczam linę i utrzymuję tempo schodzenia własnymi siłami. Niby wiem, że panuję już nad pływalnością, ale w człowieku jest silny instynkt, że jak jest lina, której można się trzymać, to się jej człowiek trzyma i po niej opuszcza. Tak robi większość ekipy, wpadając wciąż na siebie zabawnie. Wygodniej jest mi więc jak zawisam w toni. Jestem w siódmym niebie. Kolejne fantastyczne miejsce wynurza się z otchłani pode mną. Docieramy do szczytu skały, dzielimy się na zespoły i zaczynamy zwiedzanie. Czujemy prąd, ale nie jest szczególnie mocny. Nie wyciąga nas dalej. Daje się pływać. Odczuwam chłodniejsze prądy i czuję, że od czasu do czasu pojawia się gęsia skórka. Nie ma tragedii, no więc podtrzymuję mit twardego Słowianina. Dochodzimy jednak do osiemnastego metra i tu czasami prądy potrafią mi zajść za kołnierz tak, że robi mi się chłodno. Na szczęście długo tam nie siedzimy i powoli pniemy się wyżej. Nagle stajemy. Grupa wykrywa murenę. Ta udaje, że jej nie ma, chowa się w jakiejś dziurze, tylko pysk wystawia, ale i tak udaje, że ten pysk, to nie pysk, tylko jakiś patyk, czy co. Stają wokół niej wszyscy, no to ona uznaje, że chyba kamuflaż nieskuteczny i się chowa. Jednak te całe jej mieszkanie to sieć półodkrytych jamek, szczelin i wyżłobień w skałach, cały czas więc widać jej piękne, długie i zwinne ciało, jak przemyka swoimi korytarzykami. Piękny widok. Warto oglądać. Idziemy jeszcze nieco wyżej, ale tu się towarzystwo zatrzymuje i zaczyna jakieś zabawy w podgrupach. A to ktoś próbuje wypatrzyć murenę, a to drugi ktoś zagląda do innej jamki, a to reszta siedzi pod nawisem i czemuś się przygląda. Ja tylko obserwuję zbliżającą się szybko rezerwę na wskaźniku manometru i oglądam się w stronę powierzchni. Chcę znaleźć się w nieco cieplejszych prądach. W końcu daję znać, że czas do góry, akurat wskazówka pokazuje rezerwę, a przecież jeszcze przystanek bezpieczeństwa. Maks daje sygnał, że jazda do góry. No wreszcie, twardym jestem Słowianinem, ale ile można, z radością przyjmuje kontakt z cieplejszymi warstwami wody. Stajemy na przystanku, ja tylko obserwuję zmniejszającą się rezerwę, ale starcza jej spokojnie.
Wychodzimy na powierzchnię. Jest chwila relaksu w wodzie, łapię więc za aparat – pseudo wodoodporny – taki do dziesięciu metrów niby. Próbuję zrobić jakieś inteligentne zdjęcie, ale w końcu czas wyłazić z wody. Włosi chyba już mnie przyjęli do grona, bo tym razem chętniej ze mną gadają, okazuje się, że więcej niż dwóch zna angielski, choć wciąż konwersacja nie jest bogata. Z radością odkrywam, że mit twardego Słowianina jest podtrzymany, z dumą potwierdzam, że nie było mi ani trochę zimno, pomimo krótkiego rękawa, potwierdzam, że przecież u nas średnia temperatura wody to około dziesięć stopni, że tu, u nich to bajka po prostu, no ukrop niemalże. Oczywiście nie, w domu oczywiście pływam w długim rękawie, ale tu mi wystarcza krótki. Włosi wyrażają w charakterystyczny sposób uznanie, jest wesoło, Niemka jest pod wrażeniem tego, że kończyłem na rezerwie. Rzeczywiście, dla mnie to ważna lekcja, że jak człowiekowi chłodniej, to szybciej powietrze zjada. Tym razem nurek zakończony po czterdziestu paru minutach, a ja tym razem zjadłem butelkę niemal w całości. Dopływamy do brzegu, żegnamy się wylewnie. Ja dziękuję bardzo za całą współpracę, bo była fantastyczna. To mój ostatni nurek w Moneglii, kolejnego dnia wyjazd do domu. Pieczątka do logbooka I „Ciao, Maks”. Jeszcze tylko Niemka pyta, jakim sposobem mi kończyło się powietrze. Odpowiadam, że miałem mniejszą butlę – 12 litrów. Ona pyta, a jakie ciśnienie miałem na starcie, potwierdzam, że 200. Wydaje mi się, że albo czegoś nie zrozumiała z mojej odpowiedzi, albo rzeczywiście z fizyką na bakier, bo jest zdziwiona, że mam mniejszą butlę i daję jej takie samo ciśnienie, co oni swoim butlom 15l. Zostawiam ją z tą zagadką i dziękuję za udanego nurka. Mam za sobą fantastyczne doświadczenia, do kraju wracam bogatszy o całą masę świetnych wrażeń i spory ładunek cennej wiedzy. Wiem już jak fajnie nurkuje się w słonej, przejrzystej wodzie, wiem już jak się nurkuje w sporej ekipie nurków. Wiem już jak nurkuje się z łodzi. Wszystko zamierzam powtórzyć. Oby jak najszybciej. Mam szczerą nadzieję, że wszyscy mieli tak udane wakacje, jak ja.
Umiejętności z kursu Rescue mogą się przydać w najmniej spodziewanym momencie. Opisana historia wydarzyła się
Nie każdy będzie miał okazję ratować komuś innemu życie, nikomu z resztą tego nie życzę. Raz na jakiś czas jednak zdarza się taka sytuacja, że ktoś wpadnie na pomysł by dostarczyć innym adrenaliny, sprawdzić, czy znajomi mają dobry refleks i przygotowanie. Sam zainteresowany też naje się stresu i zbliży się niebezpiecznie do cienkiej granicy by sprawdzić, czy jest jakieś światełko na końcu tunelu, o którym opowiadają niektórzy wyratowani. Nie wiem, po co to robić, ale cóż, niektórzy tak mają. Warto więc mieć choćby minimalne (ale zalecane jest co najmniej rozszerzone) przygotowanie, bo nikt nie zna dnia, godziny, ani osoby, która zechce sprawdzić nasze przygotowanie. Moja przygoda miała miejsce przed wakacjami, ale opisuję ją dopiero teraz, po nabraniu odpowiedniego dystansu, a chcę ją spisać, zanim umkną mi szczegóły z mojej słabej pamięci, bo lekcja była to dla mnie odpowiednia. A może jeszcze kto z czytających na tym skorzysta. Zacznijmy od tego, że katastrofa zawsze jest sumą różnych niesprzyjających warunków, uchybień, błędów. My to nazywamy zrządzeniem losu, niepotrzebnie mitologizując prozaiczne lenistwo, zmęczenie, głupotę czy rutynę. Mój „buddy” to nurek o opinii pożeracza butli, tam, gdzie inni są w połowie zapasów, tam mój „buddy” podobno jechał już na rezerwie, a większość nurkowań kończył na octopusie partnera. Na tym wyjeździe połączono go ze mną, tym samym podnosząc mi samoocenę, gdy przed całą grupą nurków mianowany zostałem doświadczonym nurkiem i dostałem pod opiekę kogoś ze słabszymi notowaniami. Dajemy pierwszego nura, idzie nam świetnie, bez żadnych problemów, kończymy nura z takim samym poziomem powietrza (starcza na drugiego nura), wszystko fajnie. Drugi nurek też raczej nie budzi zastrzeżeń. Dzień nurkowy kończymy imprezą i tu się przyznaję bez bicia, że tym razem przekroczyłem swoją linię i tego wieczora bawiłem się ciut za dobrze jak na przyjęte przeze mnie standardy zabawy przed nurkowaniem.
Następnego dnia byłem mniej wypoczęty, czułem, że pod wodą muszę uważać, na bicie rekordów nie ma miejsca. Błąd numer jeden – było zrobić jakieś roszady, pójść z kimś bardziej doświadczonym ode mnie. Błąd numer dwa to brak sprawdzenia przed wejściem do wody. Pierwszy dzień poszedł tak dobrze, że odpuściliśmy sobie sprawdzanie sprzętu partnera. Po prostu ogólne „ok? ok.” i pod wodę. Idziemy spokojnie na cztery metry, zwiedzamy okolice, jest nieźle. Oglądam się za siebie – nie ma partnera. Patrzę w górę, jest na powierzchni – no ładnie – musiał wystrzelić jak torpeda, ciekawe, dlaczego. Nie widzę z dołu żadnych oznak problemu, czy kłopotów, więc zaczynam powoli wynurzanie, nie ma co szaleć, ani robić zamieszania.
Wynurzam się i widzę walkę z kamizelką. Widzę też, że partner utrzymuje się głównie na powierzchni za pomocą płetw, że kamizelka nie jest do końca napompowana. Nie dociera do mnie jednak informacja, że partner ma problem z powietrzem w butli i że błaga mnie o podanie octopusa mówiąc „podaj mi rurkę”. Głupieję kompletnie, bo nie ma takiego scenariusza, czy komunikatu, który by omawiał podawanie jakiejś głupiej rurki drugiemu nurkowi. Jednak orientuję się, że idzie o octopusa. Sięgam po zestaw i próbuję go podać partnerowi, ten jednak co chwila zanurza się pod wodę. Ja mam dobrze napompowane skrzydło, jednak jego konstrukcja powoduje, że próbuje mnie obrócić to na plecy, to na twarz, więc w takiej sytuacji ciągnięty przez partnera sam znikam pod wodą. Próba wyciągnięcia go nad wodę i podania automatu nie daje rezultatu. Każdą próbę kończymy podtapiając się wspólnie – w końcu ja nie mam automatu w zębach, bo wynurzyłem się myśląc, że wszystko gra i wyjąłem go by zapytać, co jest grane. Łapię swój automat, łapię oddech i ściągam partnera pod wodę – tylko w tej pozycji udaje mi się podać mu automat zapasowy.
Dawno temu, kiedy byłem piankowcem i nosiłem balast na pasie.
Mamy oboje powietrze, znam zapas mojej butli, nie martwię się więc nim, bo jesteśmy blisko brzegu. W dodatku, niedaleko nas trzech doświadczonych chłopów przerabia kurs ratunkowy. Wciągam więc partnera na siebie i powoli płynę na plecach do brzegu. Jak już jestem naprawdę blisko nich, informuję ich o tym, że mam tu autentyczną sytuację awaryjną i mogą się wykazać. Chłopaki wykazują się, aż za nadto, trochę tak teatralnie przejmują poszkodowanego, wyciągają do brzegu i na rękach wynoszą na trawę po porzuceniu całego sprzętu. Ja sobie myślę, że robią teatr, a sam zachowałem niemal brytyjską flegmę w takiej sytuacji. Uznałem, że skoro panuję nad sytuacją, to nie mam co się wydzierać, doholuję do brzegu i nie będę robił szumu, grzecznie poinformuję o kłopotach niemal jakbym chciał to ubrać w słowa „mam nadzieję, że nie robię wam zbyt wielkiego kłopotu, ale widzicie, tygrys odgryzł mi nogę w nocy”. Można w tym miejscu zadać mnóstwo pytań. Ja na kilka potem wpadłem, chętnie zapoznam się z innymi. Niech każdy sobie przeanalizuje całą sytuację. Ja tylko dodam, że ostatecznie ustalono: a) partner pod wodą stwierdził, że automat przestał podawać powietrze, b) na brzegu okazało się, że ma przegryziony ustnik – nie wiadomo, czy było to przyczyną, czy skutkiem, bo … c) miał ledwie odkręconą butlę – zrobił w roztargnieniu odwrotną czynność, najpierw musiał odkręcić prawidłowo butlę, potem o tym zapomniał, zakręcił i wykonał jeden obrót wstecz. Czyli zawór butli był ledwie uchylony. Zastanawiam się, czemu w tej konfiguracji problemy z dostępem powietrza nie pojawiły się wcześniej, w trakcie zanurzania. Może ktoś ma pomysły?
O co warto zapytać podsumowując całą sytuację: Warto sprawdzać się za KAŻDYM razem? Warto. Właśnie po to ktoś to wynalazł, żeby ktoś przez własne roztargnienie nie zrobił komuś, albo sobie krzywdy. Warto w takiej sytuacji od razu walić na powierzchnię i tutaj bić się ze sprzętem? Ja już wiem, że nie warto. Po to robi się na kursie masę ćwiczeń z rozwiązywania tego typu sytuacji pod wodą by potem zareagować prawidłowo. Warto to powtarzać i mieć dobrze przećwiczone, bo to ma być odruch, który ma nas powstrzymać od głupich decyzji. Tam pod wodą mój partner albo mógł mnie poinformować o problemach i poprosić o mój octopus, albo po prostu nie czekać, aż odpowiem zaproszeniem na kredowym papierze i wyciągnąć go ? po to człowiek pływa w duecie. Wtedy moglibyśmy wspólnie pod wodą sprawdzić awarię sprzętu i być może ją rozwiązać. Na powierzchni nie było na to miejsca – człowiek cały czas walczył by utrzymać się nad taflą. Cztery metry to nie dużo, ale ryzyko powikłań wynikłych z tak szybkiej zmiany ciśnienia jakieś było. A gdybyśmy byli głębiej? Kłopoty murowane.
Warto mieć dobrze przećwiczone wszystkie sytuacje awaryjne? No chyba to jest jasne. Nie dlatego by je pamiętać, by umieć je potem przerobić w teorii. Je trzeba mieć we krwi. To ma być odruch, by nam potem do głowy nie przychodziły głupoty w stylu „podaj mi rurkę”, albo żebym ja od razu wzywał pomoc, a nie zgrywał dżentelmena. To też mogło się kiepsko skończyć, gdybym się jednak szybciej zmęczył, albo sam zaczął mieć problemy ze swoim sprzętem.
Tym razem mieliśmy szczęście, byliśmy blisko brzegu, mieliśmy pod ręką świetną ekipę, która zareagowała szybko. Na miejscu był odpowiedni sprzęt. Nie zdecydowano się podawać tlenu. Partner dobrze wypoczął, odstresował się, przegadaliśmy sprawę wzdłuż i wrzesz- jak kazał Nur Instruktor. Sprzęt sprawdziliśmy, mam nadzieję, że partner lekcję przyjął i nie przejął się tym, że dostał jeszcze pouczenie. Namówiłem go potem na króciutki nurek przy brzegu by przypadkiem nie utrwalić w sobie jakiegoś lęku i zatrzeć złe wrażenia. Poszło świetnie, tym razem się sprawdziliśmy, popłynęliśmy zobaczyć ładne rybki i ładne szuwary. Z wody wyszliśmy zadowoleni. I tego wam życzę na zakończenie każdego nurka.