Archiwa tagu: nurkowanie na wrakach

Co z wrakami Bałtyku?

Bałtycka turystyka wrakowa się zwija. Dlaczego nie ma czym pływać na wraki?

Jeżeli chcesz posłuchać artykułu w formie audio, kliknij poniższy player.

Polska linia brzegowa Bałtyku ma około pięćset dwadzieścia kilometrów długości. Dostęp do Bałtyku mają takie większe miejscowości i miasta idąc od zachodu jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Jastarnia, Hel, Puck i Trójmiasto. Wraków jest od groma. Na mapie serwisu „wrakibaltyku.pl” mamy informacje o stu dwudziestu sześciu wrakach. W tym są wraki, do których trzeba dopłynąć na albo za Bornholm, albo odwiedzić wybrzeża Litwy i Łotwy. W tym są też wraki ogólnie wyłączone z nurkowań „turystycznych”. Niech więc odpadnie z tej listy, dajmy na to, pięćdziesiąt procent, dalej mamy ponad sześćdziesiąt wraków dostępnych dla nurków.

Jakie są te nasze wraki? Przede wszystkim ciekawe historycznie – jak wraki statków biorących udział w II Wojnie Światowej, w operacji Hannibal (zakrojona na szeroką skalę ewakuacja ludności niemieckiej z terenów okupowanych drogą morską), wraki z początków XIX wieku, wraki drewniane z czasów XVIII wieku i starsze – wraki świetnie zachowane, bo Bałtyk dobrze konserwuje drzewo. Niestety, Bałtyk nie jest najlepszym miejscem do rozwoju i utrzymania życia. Niskie zasolenie, natlenienie nie pomagają rozwojowi fauny i flory. Jednak w tym kryje się dla nas jedno zwycięstwo. W Bałtyku długo nie było a teraz wciąż nie występuje w znaczących ilościach świdrak okrętowy, który żywi się drewnem. Wraki dzięki temu wyglądają jak nietknięte przez czas. Fascynują bogactwem szczegółów.

Samo nurkowanie wrakowe w Bałtyku jest na pewno bardziej wymagającym wyczynem niż nurkowania wrakowe w takim Egipcie chociażby, ale dalej jest to fantastyczne doświadczenie. Nurkujemy w suchych skafandrach najczęściej, przejrzystość wody daleka jest od tej spotykanej w ciepłych morzach, ale warunki bywają naprawdę zaskakująco dobre (co ma niestety swoje złe strony dla przyrody i wraków). Zdarzało już mi się wielokrotnie nurkować na wrakach bałtyckich w okresie letnim i nie czuć zjawiska termokliny – woda była ciepła do samego dna. Przejrzystość wody – zwłaszcza na otwartym morzu (czyli poza Zatoką Pucką) potrafi zaskakiwać. Generalnie, warunki do nurkowania na morzu otwartym są zdecydowanie lepsze od tych, które zastaję na wrakach zatoki, gdzie występuje spore zamulenie, które pogarsza widoczność zwłaszcza w warunkach często zmieniających się prądów. Powiedziałbym więc, że nurkowanie wrakowe na Bałtyku to rewelacyjna propozycja dla ludzi już średnio zaawansowanych. Obyci z pływalnością, mający uprawnienia do 30m, nurkujący w suchym skafandrze – a tych przecież w Polsce nie brakuje.

Trudno więc zrozumieć, dlaczego oferta wrakowej turystyki bałtyckiej w Polsce jest obecnie tak biedna. Jeżeli popatrzymy na polską linię brzegową Bałtyku i podzielimy wybrzeże na wschód i zachód, a naszą granicą będzie Ustka, to okaże się, że na wraki pływa się tylko na wschód od Ustki. Tak naprawdę pierwszą miejscowością z ofertą dla nurków jest Łeba. Potem mamy półwysep helski z kilkoma łódkami i Trójmiasto. I to koniec. Na zachód obecnie nie ma ani jednej łódki. Ani jednej. Nic.

Niedawno w ramach Nurkowego Festiwalu Mocy, który organizuję cyklicznie w zimie, prowadziłem panel dyskusyjny właśnie na ten temat. Osoby pływające na wraki wspominały takie łódki jak Nitrox z Darłowa, Saracena z Kołobrzegu. Tych łódek już nie ma. Nie pływa też bardzo aktywny w swym czasie Litoral z Trójmiasta, na nurkowe wyprawy nie zabierzemy się już też legendarnym Lubeckim z Kołobrzegu.

Gdzie leży problem? Zapytałem kilku znajomych nurków o ten wątek. Według Tomka Stachury z Santi Diving Polska (który prywatnie jest też właścicielem łódki, którą regularnie pływa na wraki) za problemem stoją trzy rzeczy: kasa, kasa i kasa. Niestety, prawda jest taka, że zbliżyliśmy się bardzo do cen, które oferują inne kraje mające dostęp do Bałtyku. Do tego duża część operatorów takich łódek często jest wynajmowana do prac „off-shore’owych”, które się im zwyczajnie dużo bardziej opłacają. Tutaj jest firma zlecająca, płacąca za każdy dzień konkretne, duże pieniądze. Jeżeli z powodu warunków jakiś dzień wypada, zlecający płaci postojowe, a projekt i tak musi być wykonany, więc często jest to przesuwane na inny dzień. Z nurkami już jest inaczej – wypłynięcia są tylko w weekendy, to są tylko dwa dni w tygodniu. Każdy wie, jak z pogodą bywa. Wypłynięcia nie dochodzą do skutku, kasy nie ma. Nikt nie płaci za takie wypłynięcie, które nie doszło do skutku. Terminu alternatywnego nie ma. Jak zaproponujesz inny termin nurkom to temu nie pasuje, tamten nie może na dwa dni i tak dalej.

To był jeden z powodów, dla których Tomek zdecydował się na własną łódkę – dostępność łódek dla nurków, rosnące koszty wypłynięć.

Przy okazji Baltictechu zapytałem o to Krzysztofa Wnorowskiego z Centrum Nurkowego Tryton, organizatora wypraw na wraki  – odpowiedział podobnie, że to są złe czasy dla turystyki wrakowej. Mnóstwo inwestycji na Bałtyku, w które angażują się łódki wożące nurków – wiadomo, dla łódek to lepsza i bezpieczniejsza forma zarobku, a w naszym przypadku dużą niewiadomą jest chimeryczna pogoda na Bałtyku.

Przyjrzyjmy się więc cenom wypłynięć i ich zmianom na przestrzeni ostatnich kilku lat. Moje wyliczenia opieram o ofertę kilku operatorów łódek, którzy oferują lub oferowali wypłynięcia małymi jednostkami na jedno nurkowanie lub większymi – na cały dzień. Przeliczyłem zebrane oferty na jedno nurkowanie, uśredniłem je i tak przyjąć można, że w 2020 roku płaciliśmy za jedno wypłynięcie około 124zł. W 2021 roku cena wzrosła do prawie 140zł, kolejną podwyżkę mieliśmy w 2022 roku, duży skok, bo do poziomu 172zł. Jednak w tym samym roku ceny na moment spadły do poziomu 150zł, ale już w 2023 roku osiągnęliśmy pułap 180zł by w 2024 przekroczyć granicę 200zł.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do cen europejskich? Jak to w ogóle wygląda w innych krajach nadbałtyckich?

Marcin Dobrucki (instruktor nurkowania, serwisant sprzętu nurkowego, specjalista od świateł nurkowych) mieszka w Finlandii od dawna. Opowiada, że w Finlandii nurkowanie nie jest tak skomercjalizowane. Opiera się przede wszystkim na działalności klubów nurkowych, które organizują wyjazdy. Ceny kursów i nurkowań mają głównie pokrywać koszty działalności klubów. Są oczywiście komercyjni operatorzy, ale stanowią zdecydowaną mniejszość na lokalnym rynku. Pojedyncze wypłynięcie na bliskie wraki może kosztować około 30 Euro, dalsze wraki to już kwestia wypłynięcia na dzień, lub więcej, więc tutaj zależnie od wyboru wraków cena za jedno nurkowanie może wahać się między 25 a 50 Euro. Jeżeli jednak jest to połączone z działalnością w klubie, to żeby być uczciwym, należy pamiętać, że kosztem jest tutaj też składka klubowa. Mówimy o kwotach na poziomie 70 Euro, z czego 30 Euro to opłata do federacji, a reszta idzie na działalność klubu. Czyli 40 Euro rozkłada się na różne wyjazdy nurkowe – kto wyjeżdża częściej, tym rozkłada te 40 Euro na większą ilość wyjazdów.

Marcin Wojturski z Reel Diving mieszka w Szwecji. Tam też dużą część rynku stanowią kluby, ale jest też sporo firm działających komercyjnie. W Szwecji nurkowania wrakowe to głównie Bałtyk w okolicach Sztokholmu oraz jezioro Vännern – działają tam takie firmy komercyjne jaknp. Vrakdykarpensionatet (obecni na Baltic Tech), ale też kluby, które mają własne łodzie oraz osoby prywatne z własnymi łodziami.

Jeżeli mowa o firmach to jest sześciu, siedmiu operatorów większych, reszta to kluby i osoby prywatne z własnymi łódkami. Jest ciekawy podział: wschodnie wybrzeże – tylko wraki, a na zachodzie to nurkowanie na „rafach” – natura, brak wraków.

Ceny poszły w górę ze względu na wzrost cen paliwa oraz kosztów ogólnie. Licząc ogólnie to ceny oscylują wokół 70-120 Euro za dzień ( z reguły dwa nurkowania, z lunchem w cenie). Można przyjąć, że wyprawy klubowe to połowa tych stawek. Tylko oczywiście trzeba być członkiem danego klubu.

Jeżeli więc przyjmiemy, że Euro ostatnio kosztuje coś około 4,30 – 4,50zł to jedno nurkowanie wrakowe u nas kosztuje poniżej 50 Euro, czym wpasowujemy się gdzieś pośrodku stawek naszych bałtyckich sąsiadów.

Rosnące ceny były jednym z wątków naszej dyskusji na Festiwalu Mocy. Starałem się występować w roli obrońcy operatorów łódek, bo dość wyraźnie rysowała się linia argumentacji odnośnie spadku zainteresowania nurkowaniem wrakowym z powodu astronomicznych podwyżek cen. Prawda jest taka, że ostatnie kilka lat notujemy skoki cenowe w zasadzie w każdej dziedzinie życia i posiadaczy łódek to też dotyczy. Skoki ich cen nie wynikają z chęci zarabiania większej ilości pieniędzy, ile z utrzymania poziomu zarobków w odniesieniu do kosztów życia. Inflacja, inflacja, inflacja. Można to słowo odmieniać przez wszystkie przypadki. Dogoniliśmy zachód. Moim zdaniem jest teraz idealny moment przejścia na Euro w Polsce, bo specjalnie tego przewalutowania nie poczujemy. Ba, być może niektóre rzeczy stanieją po wejściu w strefę Euro?! Oczywiście teraz ironizuję.

Jeszcze musi upłynąć sporo czasu zanim wyjdziemy z szoku i zaczniemy te rzeczy spokojnie analizować, kiedy złapiemy odpowiedni dystans do zmian, które nas dotknęły w ciągu pandemii i po agresji Rosji na Ukrainę. Póki co wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i się dziwią a to skokom cen, a to zawirowaniom na rynku łodzi nurkowych. Patrzę na nurkowanie jako biznes z różnych stron: szkolenia, wyjazdy, zakupy sprzętu. Tu wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i dziwią się co chwila, że coś nie wygląda tak jak dawniej, że żadne modele i schematy nie pasują do tego, co się dzieje wokół nas. Jestem ciekaw analiz odnośnie tego, ilu ludzi się obecnie szkoli w nurkowaniu, jak wyglądają statystyki typowego centrum nurkowego, jak wyglądają wyjazdy nurkowe. Widzę na pewno po ofertach last minute na safari nurkowe, że tu różu nie ma. Mój punkt widzenia jest specyficzny, nie prowadzę dużego centrum szkoleniowego, szkolę indywidualnie, mam mały klub nurkowy, obserwuję jednak to, co dzieje się w Deepspocie, gdzie ruch utrzymuje się wciąż na dość wysokim poziomie, ale nie nazwałbym tego złotymi czasami.

Myślę, że to samo jest z łódkami na Bałtyku, operatorzy obserwują spadek zainteresowania, szukają alternatywnych źródeł dochodu – bezpieczniejszych, bardziej stabilnych, regularnych. Nie mogą opierać się jedynie na weekendowej turystyce małej grupki fascynatów wrakowych. Przypominam, że nurkujący regularnie na wrakach stanowią jedynie niedużą część nurków. Duża część nurków woli wydać więcej na kilkudniowy wyjazd do Egiptu, na tamtejsze wraki, bo przynajmniej jest ciepło, słonecznie, kolorowo i przejrzystość wody zawsze na wysokim poziomie.

Ja lubię nazywać się wrakoholikiem, bo mnie wprost ciągnie do wraków jak do nałogu i dla mnie, jak i dla pewnej grupy nurków wraki egipskie nie są łakomym kąskiem. Są ładne, nurkowania są przyjemniutkie, ale nie takich wrażeń na nich szukamy. Ja szukam na wrakach historii, tajemnicy, zagadek. Lubię nasze surowe warunki nurkowań na Bałtyku, kojarzą mi się z czymś pierwotnym, to taka męska przygoda na pełnym morzu a nie wycieczka All Inclusive do Marsa Alam. Wiem, że nie należę do licznej grupy, ale jeżeli tylko będą operatorzy łódek gotowi wozić nas na bałtyckie wraki, będę chciał pływać. Zastanawiam się co nasza wąska grupa musi zrobić by mieć wciąż ofertę wypłynięć.

Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby zapełnienie grafiku łódek – zmiana modelu wyjazdów nurkowych, odejście od wypadów weekendowych. Wraki nie tylko w weekend, ale też w dni robocze. Wszystkie łódki pływające na wraki w krajach turystycznych zarabiają na pływaniu cały tydzień a nie tylko w weekendy. Jeżeli zwiększy się skala wypłynięć, być może łódki będą mogły zaproponować nam lepsze warunki i same będą zainteresowane rozbudowywaniem oferty dla nas, a nie szukaniem zarobku na projektach „off-shore”: stawianiu farm wiatrowych, serwisach infrastruktury portowej, czy badaniach naukowych na morzu.