Archiwa tagu: wraki bałtyku

Prom Jan Heweliusz – nurkowanie z historią

Piątek, 7 lipca, 2017 rok. Kołobrzeg, godziny wieczorne.

Samochody powoli zjeżdżają się na wąską uliczkę Węgorzową. Z aut wysypują się nurkowie. Zaczynają nosić butle, balasty, obszerne torby ze skafandrami, skrzynki ze sprzętem. To tutaj do nabrzeża zacumował „Doktor Lubecki”. Mój bus zatrzymuje się za pozostałymi autami. Nie jesteśmy pierwsi, dotarliśmy jakoś krótko po 20:00, mając za sobą wyjątkowo dłużącą się podróż drogami lokalnymi. Niezależnie, czy wybrało się trasę na pomorze, czy na Poznań, dużą część trasy trzeba było pokonać ciągnąc wąskimi drogami lokalnymi aż do Kołobrzegu. Nawet teraz, pomimo rozwoju dróg ekspresowych i autostrad trasa do Kołobrzegu z Warszawy zajmuje ponad sześć godzin.

Widok naszego statku spowodował, że jakiekolwiek zmęczenie zniknęło wyparte z krwiobiegu solidnym zastrzykiem adrenaliny. O to statek, który zabierze nas na Heweliusza. Nasz morski transport. Pierwsze wrażenie to mieszanina skrajnych uczuć. Lubecki to nie wycieczkowy statek dla turystów, tylko robocza krypa dostosowana do nowych zadań.

Pokład Lubeckiego. 2021r

Lubecki.

Oparty o sprawdzony projekt z lat 60tych, kuter typu B25s, wybudowany w 1968 roku dla Morskiego Instytutu Rybołóstwa (stąd pierwsza nazwa MIR-1) w Gdyńskiej Stoczni Remontowej. W 1987r. zaadaptowany do zadań naukowo badawczych i używany długie lata przez Instytut Morski (jednym z jego kapitanów był znany mi dobrze Benedykt Hac) do badań prowadzonych na Bałtyku. W 2007r. przechodzi w prywatne ręce i używany jest do celów rekreacyjnych – głównie połowów wędkarskich i właśnie wypraw nurkowych.

Statek wygląda dokładnie na swoje lata, guzowata, nierówna blacha poszycia, którą ktoś chyba próbował dostosować do kształtu młotkiem, ozdobiona długimi rdzawymi zaciekami, pokład przystosowany do prac na morzu, a nie wylegiwania się na leżakach, wysoka na 3m nad poziom wody burta, jeszcze wyższy kasztel dziobowy i pokład rufowy ze sterówką. Kabiny ciasno zabudowane piętrowymi kojami, tu nie ma miejsca na luksusy. Jest jednak mesa, w której serwują pyszne posiłki, są toalety z umywalkami. Da się żyć, ale ma to więcej wspólnego z solidną robotą na morzu a nie rekreacją. Mi od razu udziela się ten klimat, w myślach naiwnie staję się prawdziwym wilkiem morskim. Wypływamy o północy, jeszcze wcześniej kilka ważnych informacji odnośnie ogólnej obecności na statku – w tym jakże ważne procedury awaryjne, ratunkowe – tu szalupy, takie sygnały będą nadane w przypadku konieczności opuszczenia statku, tu gromadzimy się w czasie ewakuacji. Idziemy spać kołysani przez morze i tuleni do snu równym, głośnym warkotem silników diesela.

Doktor Lubecki w 2017r

Wstajemy wcześnie, nie potrzebujemy zachęty do pobudki. Ciągłe zmiany pracy silnika oznaczające precyzyjne manewry, dzwonki na pokładzie oznajmiają, że jesteśmy na pozycji Heweliusza.

Pierwsze spotkanie z Heweliuszem.

Jest pogodny, mglisty poranek, sobota 8 lipca 2017r. Wypadam na pokład, po drodze łapiąc tylko jakąś słodką bułkę i jogurt. Porządne śniadanie będzie po pierwszym nurkowaniu. Teraz czas na zanurzenie. Wyszukuję swój sprzęt. Uprząż z automatami, workiem i butlami już zmontowana na ławce, zaształowana do relingu. Jednak worki z ocieplaczami i suchymi skafandrami tworzą malowniczy kopiec w przejściu z mesy na pokład. Do tego trzeba odnaleźć ikeowską torbę z latarkami i gopro, upewnić się, że wszystkie baterie naładowane i zamontowane, a obudowy uszczelnione. Podział nurków na zespoły, kolejność wychodzenia do wody (konieczność wykonania skoku w pełnym sprzęcie z wysokości prawie trzech metrów budzi emocje) i już można dopinać skafander, ubierać się w sprzęt.

Ciężarówki na dnie.

Skok do wody, spotkanie z partnerem, ostatnie sprawdzenie sprzętu i sygnał „zanurzamy się”. Zanurzamy się przy boi, pod którą idzie lina opustowa opadająca do wraku. Na jej końcu znajduje się prosiak – solidny ciężarek rzucony przez załogę. Powinien znajdować się przy wraku. W głowie kotłujące się myśli: czy dobrze go rzucili, czy go nie zniosło, gdzie dokładnie wypadnie nam zacząć zwiedzanie? W końcu widzę płaszczyznę. Ogromną. Czy to dno usłane muszlami omułek? Za płytko na dno. To burta Heweliusza! Jest jasno, znajdujemy się na głębokości dziesięciu metrów. Wrak leży na lewej burcie, przy dnie jest około dwadzieścia pięć metrów. Woda na odsłoniętej burcie ma niezłą przejrzystość, jednak czuć tam zawsze prąd – czasem nawet dość mocny. Jak schodzimy głębiej, chowamy się w rumowisku, prądu nie czuć, ale znajdujemy się w cieniu rzucanym przez sylwetkę wraku, jest ciemniej, mamy wrażenie słabszej wizury. Na początku długo jest trudno rozeznać się co jest czym. Jestem rozczarowany tym, że rumowisko nie wygląda tak pięknie jak na zdjęciu znalezionym w sieci. Nie jestem w stanie rozpoznać kabin ciężarówek, fragmentów wagonów ani statku. Wszystko jest wymieszaną masą tworzyw, stali, kabli, gumy i przykryta grubą warstwą muszli różnych skorupiaków.

Wpływamy do środka.

Pokład towarowy rozpadł się, rozdarty pod naporem ciężarówek i wagonów. Wszystko runęło najpierw na lewą burtę, potem na sufit, kiedy prom obrócił się do góry stępką w czasie, kiedy tonął. Dostęp do pokładu towarowego leżącego na boku Heweliusza nie nastręcza więc żadnych problemów. Do tej części można wpłynąć wyrwą po rufowej rampie załadunkowej, albo licznymi wyrwami w górnej części kadłuba. Wpływając do środka ma się wrażenie przebywania w jakiejś piekielnej katedrze. Jest dość mrocznie, ale przejrzystość wody jest zdecydowanie lepsza niż na zewnątrz. Wystarczy kilka źródeł światła, do tego w tle majaczy butelkowa zieleń toni i mamy możliwość rozejrzenia się w rumowisku wagonów i naczep. Tutaj dość szybko człowiek wyłapuje szczegóły i rozpoznaje kształty. Zwłaszcza, że plandeki TIRów wyglądają jakby zatonięcie miało miejsce kilka miesięcy temu. Napisy reklamujące firmy przewozowe i logistyczne są w wielu miejscach okrutnie czytelne.

Wpływamy do części załadunkowej

Po odwiedzeniu rumowiska na zewnątrz i wewnątrz części załadunkowej warto się udać na dziób i zwiedzić odsłoniętą burtę promu, w okolicach dziobu. Poszukać śladów napisu „Jan Heweliusz”. Nadbudówka jest widoczna, ale część sterówki oderwała się, kiedy prom obracał się do góry dnem. Tu też jest kilka miejsc, gdzie można zajrzeć do środka, ale przestrzenie są dość ciasne i nie ma pewności dokąd prowadzą, więc lepiej nie ryzykować.

Napisu już próżno szukać. Widać ślady długiego niebieskiego pasa idącego przez całą długość kadłuba, ale to wszystko, co udaje się znaleźć pod grubą warstwą skorupiaków. Zwykle na miejscu wystarczają dwa dłuższe nurkowania. Nie bardzo jest potem co robić na wraku, chyba, że ktoś planuje konkretną penetrację wnętrza. Już wtedy było to kontrowersyjne. Mowa była o zalegających wewnątrz resztkach paliwa, które zastygło w galaretowatej postaci przy dnie i każdy ruch w środku powoduje jego wyciek na zewnątrz. Przy ostatniej wyprawie w 2021 roku obecność jednego z podmorskich gazo czy ropociągów powodowała, że Niemcy dostawali białej gorączki jak tylko pojawiali się nurkowie w okolicy wraku. Ich ruchy wewnątrz powodowały wydostawanie się resztek paliwa a te z kolei uruchamiały wszystkie alarmy przy instalacji podmorskiego połączenia. Jednak człowiek ma ciągłą ochotę wracać do wraku promu. Z każdą kolejną wyprawą odkrywa nowe szczegóły, uczy się rozpoznawać, co było szoferką ciężarówki, co wagonem, co ładunkiem. Najłatwiej jest rozpoznawać kształty kół ciężarówek. Każda kolejna wyprawa to nowe odkrycia. Miewam wrażenie, że wrak się zmienia. Leży dość płytko, więc pływy z pewnością odciskają swoje piętno na konstrukcji. Pamięć też jest zawodna. Szukam znanych sobie przejść by odkryć je w zupełnie innych częściach, nie pamiętam, gdzie odkryłem charakterystyczną plandekę ciężarówki z napisem Scansped.

Słynny już napis na plandece

Inne wraki i nurkowania z Lubeckiego.

Nurkowania z Lubeckiego niezależnie od tego, czy były realizowane na wraku Heweliusza czy innych niesamowitych wrakach to była zawsze niezwykła, morska przygoda. Ustalanie zespołów, harmonogram wejść do wody, logistyka. Wszystko smakowało poważnym przedsięwzięciem. Łódka z resztą fajnie sprawdza się na wyprawach. Jest miejsce na zmontowanie i trzymanie sprzętu. Między nurkowaniami butle ładowane są ze sprężarki długim przewodem, więc nie ma powodu przemieszczać ciężki sprzęt. Owszem, do wody trzeba wyskoczyć z pokładu oddalonego od tafli jakieś trzy metry, ale powrót na pokład odbywa się wygodną, elektryczną windą. Solidna klatka zjeżdża do wody, można do niej wpłynąć, stanąć i dać sygnał operatorom, że można wyciągać klatkę. Bywały rejsy, że zafalowanie było na tyle mocne, że samo trafienie w klatkę było przygodą. Do tego zawsze miło wspominaliśmy posiłki serwowane przez kuka pokładowego. Nigdy jedzenia nie brakowało, było różnorodne, bogate i sycące. Aż żal było nie jeść, kiedy podróżników dopadała choroba morska. Bałtyk charakteryzuje się dość krótką falą. W warunkach gorszej pogody fale potrafią naprawdę mocno rozkołysać łódkę pokroju „Lubeckiego”, stąd co najmniej jeden powrót z nurkowań wspominam dość niemile. Nie dopadły mnie nudności, nie zbierało mi się na wymioty, ale ciągłe falowanie wprawiło mnie w stan strasznej irytacji i doprowadziło do mocnego bólu głowy. Bywały jednak wyprawy, gdy Bałtyk bardziej przypominał spokojne jezioro, fali nie było prawie w ogóle. Zwłaszcza wieczory, kiedy przy zachodzącym słońcu wpływaliśmy po spokojnej tafli do portu w Nexo. Te rzeczy zostają najdłużej w pamięci.

Kolejne wyprawy.

Od pierwszej wyprawy starałem się organizować wyprawy na Heweliusza przynajmniej raz do roku. Zainteresowanie zawsze było duże i zapełnienie Lubeckiego dwudziestoma paroma nurkami nigdy nie nastręczało większego kłopotu. Zwłaszcza, że oprócz samego promu arcyciekawie zawsze jawiły się wraki wokół duńskiego Bornholmu. Bornholm był bardzo często uzupełnieniem programu weekendowego. Jeden dzień na Heweliuszu, drugi na Bornholmie. Lubecki miał tam swój drugi stały port, w małej portowej mieścince Nexo, obok której leży prześliczny wrak statku handlowego nazywanego Affaire. To XIX wieczny galeas ze świetnie zachowanym pokładem i resztką omasztowania, który robi niesamowite wrażenie stanem zachowania drewna. Do tego obecność dużych wraków na trasie Bornholm – Kołobrzeg: majestatycznego Halstenbeka, czy dziwacznej pogłębiarki Refuller. Bywały rejsy, na których w zasadzie bardziej interesowały nas inne wraki. Planowałem też co najmniej jeden rejs bez wizyty na Heweliuszu. Przyszedł jednak COVID. Rynek turystyki wrakowej stanął. Potem przyszła napaść Rosji na Ukrainę, ceny paliwa poszybowały w górę. Nikt nie chciał pływać na wraki przy astronomicznych cenach. Łódki wożące dotąd nurków musiały skupić się na alternatywnych źródłach dochodów. I okazało się, że jest co robić. Prace „off-shore”, czyli rozliczne badania dna bałtyckiego, stawianie farm wiatrowych i inne prace na otwartym morzu okazały się dużo pewniejszym źródłem zarobkowania dla operatorów łódek, w tym dla „Lubeckiego”. Kilka rejsów turystycznych zostało odwołanych jakoby z powodu awarii napędu lub innych problemów, ale w środowisku mówiło się, że Lubecki ma lepszą robotę, do której zlecający wezwał go wcześniej niż było w planach i tak się skończyło. Rejsy nagle ustały. Ja co roku piszę lub dzwonię do Tomka Kurzawskiego, jednego z właścicieli „Lubeckiego” i pytam o rejsy. „Kuba, w tym roku nie”. Nie będą pływać z nurkami. Po pierwsze, są inne roboty, gdzie płacone jest nawet jak łódka stoi w porcie, do tego sytuacja na morzu, a zwłaszcza w okolicy gazociągów i ropociągów jest nerwowa. Kontrole są co chwila, podejrzenie, że ktoś znowu zechce sabotować któryś z rurociągów jest wysokie. Tomek opowiada, że bywały rejsy, że w zasadzie co chwila byli kontrolowani, sprawdzani. Kontrole nasyłali Niemcy, Duńczycy, Polacy. Wszyscy.

Lubecki w 2021r.

Rozpoznanie tematu alternatywnego środka transportu na Heweliusza póki co nie przyniosło żadnego rozwiązania. Niemieckie łódki jeżeli pływają na Heweliusza to robią to bez rozgłosu, nikomu się nie chwaląc. Z Bornholmu nikt nie wypływa. Lokalne bazy mogą zorganizować nurkowania co najwyżej na wrakach wokół wyspy. Nikt z Polski nie planuje rejsów na „Jana Heweliusza”.

A ja niebawem pewnie znowu zadzwonię do załogi „Lubeckiego” z nadzieją, że usłyszę: „Wiesz co, Kuba, chyba w tym roku czas popłynąć”. Czego sobie i wam życzę.

Lubecki w porcie w Nexo

Co z wrakami Bałtyku?

Bałtycka turystyka wrakowa się zwija. Dlaczego nie ma czym pływać na wraki?

Jeżeli chcesz posłuchać artykułu w formie audio, kliknij poniższy player.

Polska linia brzegowa Bałtyku ma około pięćset dwadzieścia kilometrów długości. Dostęp do Bałtyku mają takie większe miejscowości i miasta idąc od zachodu jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Kołobrzeg, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Władysławowo, Jastarnia, Hel, Puck i Trójmiasto. Wraków jest od groma. Na mapie serwisu „wrakibaltyku.pl” mamy informacje o stu dwudziestu sześciu wrakach. W tym są wraki, do których trzeba dopłynąć na albo za Bornholm, albo odwiedzić wybrzeża Litwy i Łotwy. W tym są też wraki ogólnie wyłączone z nurkowań „turystycznych”. Niech więc odpadnie z tej listy, dajmy na to, pięćdziesiąt procent, dalej mamy ponad sześćdziesiąt wraków dostępnych dla nurków.

Jakie są te nasze wraki? Przede wszystkim ciekawe historycznie – jak wraki statków biorących udział w II Wojnie Światowej, w operacji Hannibal (zakrojona na szeroką skalę ewakuacja ludności niemieckiej z terenów okupowanych drogą morską), wraki z początków XIX wieku, wraki drewniane z czasów XVIII wieku i starsze – wraki świetnie zachowane, bo Bałtyk dobrze konserwuje drzewo. Niestety, Bałtyk nie jest najlepszym miejscem do rozwoju i utrzymania życia. Niskie zasolenie, natlenienie nie pomagają rozwojowi fauny i flory. Jednak w tym kryje się dla nas jedno zwycięstwo. W Bałtyku długo nie było a teraz wciąż nie występuje w znaczących ilościach świdrak okrętowy, który żywi się drewnem. Wraki dzięki temu wyglądają jak nietknięte przez czas. Fascynują bogactwem szczegółów.

Samo nurkowanie wrakowe w Bałtyku jest na pewno bardziej wymagającym wyczynem niż nurkowania wrakowe w takim Egipcie chociażby, ale dalej jest to fantastyczne doświadczenie. Nurkujemy w suchych skafandrach najczęściej, przejrzystość wody daleka jest od tej spotykanej w ciepłych morzach, ale warunki bywają naprawdę zaskakująco dobre (co ma niestety swoje złe strony dla przyrody i wraków). Zdarzało już mi się wielokrotnie nurkować na wrakach bałtyckich w okresie letnim i nie czuć zjawiska termokliny – woda była ciepła do samego dna. Przejrzystość wody – zwłaszcza na otwartym morzu (czyli poza Zatoką Pucką) potrafi zaskakiwać. Generalnie, warunki do nurkowania na morzu otwartym są zdecydowanie lepsze od tych, które zastaję na wrakach zatoki, gdzie występuje spore zamulenie, które pogarsza widoczność zwłaszcza w warunkach często zmieniających się prądów. Powiedziałbym więc, że nurkowanie wrakowe na Bałtyku to rewelacyjna propozycja dla ludzi już średnio zaawansowanych. Obyci z pływalnością, mający uprawnienia do 30m, nurkujący w suchym skafandrze – a tych przecież w Polsce nie brakuje.

Trudno więc zrozumieć, dlaczego oferta wrakowej turystyki bałtyckiej w Polsce jest obecnie tak biedna. Jeżeli popatrzymy na polską linię brzegową Bałtyku i podzielimy wybrzeże na wschód i zachód, a naszą granicą będzie Ustka, to okaże się, że na wraki pływa się tylko na wschód od Ustki. Tak naprawdę pierwszą miejscowością z ofertą dla nurków jest Łeba. Potem mamy półwysep helski z kilkoma łódkami i Trójmiasto. I to koniec. Na zachód obecnie nie ma ani jednej łódki. Ani jednej. Nic.

Niedawno w ramach Nurkowego Festiwalu Mocy, który organizuję cyklicznie w zimie, prowadziłem panel dyskusyjny właśnie na ten temat. Osoby pływające na wraki wspominały takie łódki jak Nitrox z Darłowa, Saracena z Kołobrzegu. Tych łódek już nie ma. Nie pływa też bardzo aktywny w swym czasie Litoral z Trójmiasta, na nurkowe wyprawy nie zabierzemy się już też legendarnym Lubeckim z Kołobrzegu.

Gdzie leży problem? Zapytałem kilku znajomych nurków o ten wątek. Według Tomka Stachury z Santi Diving Polska (który prywatnie jest też właścicielem łódki, którą regularnie pływa na wraki) za problemem stoją trzy rzeczy: kasa, kasa i kasa. Niestety, prawda jest taka, że zbliżyliśmy się bardzo do cen, które oferują inne kraje mające dostęp do Bałtyku. Do tego duża część operatorów takich łódek często jest wynajmowana do prac „off-shore’owych”, które się im zwyczajnie dużo bardziej opłacają. Tutaj jest firma zlecająca, płacąca za każdy dzień konkretne, duże pieniądze. Jeżeli z powodu warunków jakiś dzień wypada, zlecający płaci postojowe, a projekt i tak musi być wykonany, więc często jest to przesuwane na inny dzień. Z nurkami już jest inaczej – wypłynięcia są tylko w weekendy, to są tylko dwa dni w tygodniu. Każdy wie, jak z pogodą bywa. Wypłynięcia nie dochodzą do skutku, kasy nie ma. Nikt nie płaci za takie wypłynięcie, które nie doszło do skutku. Terminu alternatywnego nie ma. Jak zaproponujesz inny termin nurkom to temu nie pasuje, tamten nie może na dwa dni i tak dalej.

To był jeden z powodów, dla których Tomek zdecydował się na własną łódkę – dostępność łódek dla nurków, rosnące koszty wypłynięć.

Przy okazji Baltictechu zapytałem o to Krzysztofa Wnorowskiego z Centrum Nurkowego Tryton, organizatora wypraw na wraki  – odpowiedział podobnie, że to są złe czasy dla turystyki wrakowej. Mnóstwo inwestycji na Bałtyku, w które angażują się łódki wożące nurków – wiadomo, dla łódek to lepsza i bezpieczniejsza forma zarobku, a w naszym przypadku dużą niewiadomą jest chimeryczna pogoda na Bałtyku.

Przyjrzyjmy się więc cenom wypłynięć i ich zmianom na przestrzeni ostatnich kilku lat. Moje wyliczenia opieram o ofertę kilku operatorów łódek, którzy oferują lub oferowali wypłynięcia małymi jednostkami na jedno nurkowanie lub większymi – na cały dzień. Przeliczyłem zebrane oferty na jedno nurkowanie, uśredniłem je i tak przyjąć można, że w 2020 roku płaciliśmy za jedno wypłynięcie około 124zł. W 2021 roku cena wzrosła do prawie 140zł, kolejną podwyżkę mieliśmy w 2022 roku, duży skok, bo do poziomu 172zł. Jednak w tym samym roku ceny na moment spadły do poziomu 150zł, ale już w 2023 roku osiągnęliśmy pułap 180zł by w 2024 przekroczyć granicę 200zł.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do cen europejskich? Jak to w ogóle wygląda w innych krajach nadbałtyckich?

Marcin Dobrucki (instruktor nurkowania, serwisant sprzętu nurkowego, specjalista od świateł nurkowych) mieszka w Finlandii od dawna. Opowiada, że w Finlandii nurkowanie nie jest tak skomercjalizowane. Opiera się przede wszystkim na działalności klubów nurkowych, które organizują wyjazdy. Ceny kursów i nurkowań mają głównie pokrywać koszty działalności klubów. Są oczywiście komercyjni operatorzy, ale stanowią zdecydowaną mniejszość na lokalnym rynku. Pojedyncze wypłynięcie na bliskie wraki może kosztować około 30 Euro, dalsze wraki to już kwestia wypłynięcia na dzień, lub więcej, więc tutaj zależnie od wyboru wraków cena za jedno nurkowanie może wahać się między 25 a 50 Euro. Jeżeli jednak jest to połączone z działalnością w klubie, to żeby być uczciwym, należy pamiętać, że kosztem jest tutaj też składka klubowa. Mówimy o kwotach na poziomie 70 Euro, z czego 30 Euro to opłata do federacji, a reszta idzie na działalność klubu. Czyli 40 Euro rozkłada się na różne wyjazdy nurkowe – kto wyjeżdża częściej, tym rozkłada te 40 Euro na większą ilość wyjazdów.

Marcin Wojturski z Reel Diving mieszka w Szwecji. Tam też dużą część rynku stanowią kluby, ale jest też sporo firm działających komercyjnie. W Szwecji nurkowania wrakowe to głównie Bałtyk w okolicach Sztokholmu oraz jezioro Vännern – działają tam takie firmy komercyjne jaknp. Vrakdykarpensionatet (obecni na Baltic Tech), ale też kluby, które mają własne łodzie oraz osoby prywatne z własnymi łodziami.

Jeżeli mowa o firmach to jest sześciu, siedmiu operatorów większych, reszta to kluby i osoby prywatne z własnymi łódkami. Jest ciekawy podział: wschodnie wybrzeże – tylko wraki, a na zachodzie to nurkowanie na „rafach” – natura, brak wraków.

Ceny poszły w górę ze względu na wzrost cen paliwa oraz kosztów ogólnie. Licząc ogólnie to ceny oscylują wokół 70-120 Euro za dzień ( z reguły dwa nurkowania, z lunchem w cenie). Można przyjąć, że wyprawy klubowe to połowa tych stawek. Tylko oczywiście trzeba być członkiem danego klubu.

Jeżeli więc przyjmiemy, że Euro ostatnio kosztuje coś około 4,30 – 4,50zł to jedno nurkowanie wrakowe u nas kosztuje poniżej 50 Euro, czym wpasowujemy się gdzieś pośrodku stawek naszych bałtyckich sąsiadów.

Rosnące ceny były jednym z wątków naszej dyskusji na Festiwalu Mocy. Starałem się występować w roli obrońcy operatorów łódek, bo dość wyraźnie rysowała się linia argumentacji odnośnie spadku zainteresowania nurkowaniem wrakowym z powodu astronomicznych podwyżek cen. Prawda jest taka, że ostatnie kilka lat notujemy skoki cenowe w zasadzie w każdej dziedzinie życia i posiadaczy łódek to też dotyczy. Skoki ich cen nie wynikają z chęci zarabiania większej ilości pieniędzy, ile z utrzymania poziomu zarobków w odniesieniu do kosztów życia. Inflacja, inflacja, inflacja. Można to słowo odmieniać przez wszystkie przypadki. Dogoniliśmy zachód. Moim zdaniem jest teraz idealny moment przejścia na Euro w Polsce, bo specjalnie tego przewalutowania nie poczujemy. Ba, być może niektóre rzeczy stanieją po wejściu w strefę Euro?! Oczywiście teraz ironizuję.

Jeszcze musi upłynąć sporo czasu zanim wyjdziemy z szoku i zaczniemy te rzeczy spokojnie analizować, kiedy złapiemy odpowiedni dystans do zmian, które nas dotknęły w ciągu pandemii i po agresji Rosji na Ukrainę. Póki co wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i się dziwią a to skokom cen, a to zawirowaniom na rynku łodzi nurkowych. Patrzę na nurkowanie jako biznes z różnych stron: szkolenia, wyjazdy, zakupy sprzętu. Tu wszyscy starają się udawać, że życie toczy się normalnie i dziwią się co chwila, że coś nie wygląda tak jak dawniej, że żadne modele i schematy nie pasują do tego, co się dzieje wokół nas. Jestem ciekaw analiz odnośnie tego, ilu ludzi się obecnie szkoli w nurkowaniu, jak wyglądają statystyki typowego centrum nurkowego, jak wyglądają wyjazdy nurkowe. Widzę na pewno po ofertach last minute na safari nurkowe, że tu różu nie ma. Mój punkt widzenia jest specyficzny, nie prowadzę dużego centrum szkoleniowego, szkolę indywidualnie, mam mały klub nurkowy, obserwuję jednak to, co dzieje się w Deepspocie, gdzie ruch utrzymuje się wciąż na dość wysokim poziomie, ale nie nazwałbym tego złotymi czasami.

Myślę, że to samo jest z łódkami na Bałtyku, operatorzy obserwują spadek zainteresowania, szukają alternatywnych źródeł dochodu – bezpieczniejszych, bardziej stabilnych, regularnych. Nie mogą opierać się jedynie na weekendowej turystyce małej grupki fascynatów wrakowych. Przypominam, że nurkujący regularnie na wrakach stanowią jedynie niedużą część nurków. Duża część nurków woli wydać więcej na kilkudniowy wyjazd do Egiptu, na tamtejsze wraki, bo przynajmniej jest ciepło, słonecznie, kolorowo i przejrzystość wody zawsze na wysokim poziomie.

Ja lubię nazywać się wrakoholikiem, bo mnie wprost ciągnie do wraków jak do nałogu i dla mnie, jak i dla pewnej grupy nurków wraki egipskie nie są łakomym kąskiem. Są ładne, nurkowania są przyjemniutkie, ale nie takich wrażeń na nich szukamy. Ja szukam na wrakach historii, tajemnicy, zagadek. Lubię nasze surowe warunki nurkowań na Bałtyku, kojarzą mi się z czymś pierwotnym, to taka męska przygoda na pełnym morzu a nie wycieczka All Inclusive do Marsa Alam. Wiem, że nie należę do licznej grupy, ale jeżeli tylko będą operatorzy łódek gotowi wozić nas na bałtyckie wraki, będę chciał pływać. Zastanawiam się co nasza wąska grupa musi zrobić by mieć wciąż ofertę wypłynięć.

Pewnym wyjściem z sytuacji byłoby zapełnienie grafiku łódek – zmiana modelu wyjazdów nurkowych, odejście od wypadów weekendowych. Wraki nie tylko w weekend, ale też w dni robocze. Wszystkie łódki pływające na wraki w krajach turystycznych zarabiają na pływaniu cały tydzień a nie tylko w weekendy. Jeżeli zwiększy się skala wypłynięć, być może łódki będą mogły zaproponować nam lepsze warunki i same będą zainteresowane rozbudowywaniem oferty dla nas, a nie szukaniem zarobku na projektach „off-shore”: stawianiu farm wiatrowych, serwisach infrastruktury portowej, czy badaniach naukowych na morzu.