Piątek, 7 lipca, 2017 rok. Kołobrzeg, godziny wieczorne.
Samochody powoli zjeżdżają się na wąską uliczkę Węgorzową. Z aut wysypują się nurkowie. Zaczynają nosić butle, balasty, obszerne torby ze skafandrami, skrzynki ze sprzętem. To tutaj do nabrzeża zacumował „Doktor Lubecki”. Mój bus zatrzymuje się za pozostałymi autami. Nie jesteśmy pierwsi, dotarliśmy jakoś krótko po 20:00, mając za sobą wyjątkowo dłużącą się podróż drogami lokalnymi. Niezależnie, czy wybrało się trasę na pomorze, czy na Poznań, dużą część trasy trzeba było pokonać ciągnąc wąskimi drogami lokalnymi aż do Kołobrzegu. Nawet teraz, pomimo rozwoju dróg ekspresowych i autostrad trasa do Kołobrzegu z Warszawy zajmuje ponad sześć godzin.
Widok naszego statku spowodował, że jakiekolwiek zmęczenie zniknęło wyparte z krwiobiegu solidnym zastrzykiem adrenaliny. O to statek, który zabierze nas na Heweliusza. Nasz morski transport. Pierwsze wrażenie to mieszanina skrajnych uczuć. Lubecki to nie wycieczkowy statek dla turystów, tylko robocza krypa dostosowana do nowych zadań.

Lubecki.
Oparty o sprawdzony projekt z lat 60tych, kuter typu B25s, wybudowany w 1968 roku dla Morskiego Instytutu Rybołóstwa (stąd pierwsza nazwa MIR-1) w Gdyńskiej Stoczni Remontowej. W 1987r. zaadaptowany do zadań naukowo badawczych i używany długie lata przez Instytut Morski (jednym z jego kapitanów był znany mi dobrze Benedykt Hac) do badań prowadzonych na Bałtyku. W 2007r. przechodzi w prywatne ręce i używany jest do celów rekreacyjnych – głównie połowów wędkarskich i właśnie wypraw nurkowych.
Statek wygląda dokładnie na swoje lata, guzowata, nierówna blacha poszycia, którą ktoś chyba próbował dostosować do kształtu młotkiem, ozdobiona długimi rdzawymi zaciekami, pokład przystosowany do prac na morzu, a nie wylegiwania się na leżakach, wysoka na 3m nad poziom wody burta, jeszcze wyższy kasztel dziobowy i pokład rufowy ze sterówką. Kabiny ciasno zabudowane piętrowymi kojami, tu nie ma miejsca na luksusy. Jest jednak mesa, w której serwują pyszne posiłki, są toalety z umywalkami. Da się żyć, ale ma to więcej wspólnego z solidną robotą na morzu a nie rekreacją. Mi od razu udziela się ten klimat, w myślach naiwnie staję się prawdziwym wilkiem morskim. Wypływamy o północy, jeszcze wcześniej kilka ważnych informacji odnośnie ogólnej obecności na statku – w tym jakże ważne procedury awaryjne, ratunkowe – tu szalupy, takie sygnały będą nadane w przypadku konieczności opuszczenia statku, tu gromadzimy się w czasie ewakuacji. Idziemy spać kołysani przez morze i tuleni do snu równym, głośnym warkotem silników diesela.

Wstajemy wcześnie, nie potrzebujemy zachęty do pobudki. Ciągłe zmiany pracy silnika oznaczające precyzyjne manewry, dzwonki na pokładzie oznajmiają, że jesteśmy na pozycji Heweliusza.
Pierwsze spotkanie z Heweliuszem.
Jest pogodny, mglisty poranek, sobota 8 lipca 2017r. Wypadam na pokład, po drodze łapiąc tylko jakąś słodką bułkę i jogurt. Porządne śniadanie będzie po pierwszym nurkowaniu. Teraz czas na zanurzenie. Wyszukuję swój sprzęt. Uprząż z automatami, workiem i butlami już zmontowana na ławce, zaształowana do relingu. Jednak worki z ocieplaczami i suchymi skafandrami tworzą malowniczy kopiec w przejściu z mesy na pokład. Do tego trzeba odnaleźć ikeowską torbę z latarkami i gopro, upewnić się, że wszystkie baterie naładowane i zamontowane, a obudowy uszczelnione. Podział nurków na zespoły, kolejność wychodzenia do wody (konieczność wykonania skoku w pełnym sprzęcie z wysokości prawie trzech metrów budzi emocje) i już można dopinać skafander, ubierać się w sprzęt.

Skok do wody, spotkanie z partnerem, ostatnie sprawdzenie sprzętu i sygnał „zanurzamy się”. Zanurzamy się przy boi, pod którą idzie lina opustowa opadająca do wraku. Na jej końcu znajduje się prosiak – solidny ciężarek rzucony przez załogę. Powinien znajdować się przy wraku. W głowie kotłujące się myśli: czy dobrze go rzucili, czy go nie zniosło, gdzie dokładnie wypadnie nam zacząć zwiedzanie? W końcu widzę płaszczyznę. Ogromną. Czy to dno usłane muszlami omułek? Za płytko na dno. To burta Heweliusza! Jest jasno, znajdujemy się na głębokości dziesięciu metrów. Wrak leży na lewej burcie, przy dnie jest około dwadzieścia pięć metrów. Woda na odsłoniętej burcie ma niezłą przejrzystość, jednak czuć tam zawsze prąd – czasem nawet dość mocny. Jak schodzimy głębiej, chowamy się w rumowisku, prądu nie czuć, ale znajdujemy się w cieniu rzucanym przez sylwetkę wraku, jest ciemniej, mamy wrażenie słabszej wizury. Na początku długo jest trudno rozeznać się co jest czym. Jestem rozczarowany tym, że rumowisko nie wygląda tak pięknie jak na zdjęciu znalezionym w sieci. Nie jestem w stanie rozpoznać kabin ciężarówek, fragmentów wagonów ani statku. Wszystko jest wymieszaną masą tworzyw, stali, kabli, gumy i przykryta grubą warstwą muszli różnych skorupiaków.
Wpływamy do środka.
Pokład towarowy rozpadł się, rozdarty pod naporem ciężarówek i wagonów. Wszystko runęło najpierw na lewą burtę, potem na sufit, kiedy prom obrócił się do góry stępką w czasie, kiedy tonął. Dostęp do pokładu towarowego leżącego na boku Heweliusza nie nastręcza więc żadnych problemów. Do tej części można wpłynąć wyrwą po rufowej rampie załadunkowej, albo licznymi wyrwami w górnej części kadłuba. Wpływając do środka ma się wrażenie przebywania w jakiejś piekielnej katedrze. Jest dość mrocznie, ale przejrzystość wody jest zdecydowanie lepsza niż na zewnątrz. Wystarczy kilka źródeł światła, do tego w tle majaczy butelkowa zieleń toni i mamy możliwość rozejrzenia się w rumowisku wagonów i naczep. Tutaj dość szybko człowiek wyłapuje szczegóły i rozpoznaje kształty. Zwłaszcza, że plandeki TIRów wyglądają jakby zatonięcie miało miejsce kilka miesięcy temu. Napisy reklamujące firmy przewozowe i logistyczne są w wielu miejscach okrutnie czytelne.

Po odwiedzeniu rumowiska na zewnątrz i wewnątrz części załadunkowej warto się udać na dziób i zwiedzić odsłoniętą burtę promu, w okolicach dziobu. Poszukać śladów napisu „Jan Heweliusz”. Nadbudówka jest widoczna, ale część sterówki oderwała się, kiedy prom obracał się do góry dnem. Tu też jest kilka miejsc, gdzie można zajrzeć do środka, ale przestrzenie są dość ciasne i nie ma pewności dokąd prowadzą, więc lepiej nie ryzykować.
Napisu już próżno szukać. Widać ślady długiego niebieskiego pasa idącego przez całą długość kadłuba, ale to wszystko, co udaje się znaleźć pod grubą warstwą skorupiaków. Zwykle na miejscu wystarczają dwa dłuższe nurkowania. Nie bardzo jest potem co robić na wraku, chyba, że ktoś planuje konkretną penetrację wnętrza. Już wtedy było to kontrowersyjne. Mowa była o zalegających wewnątrz resztkach paliwa, które zastygło w galaretowatej postaci przy dnie i każdy ruch w środku powoduje jego wyciek na zewnątrz. Przy ostatniej wyprawie w 2021 roku obecność jednego z podmorskich gazo czy ropociągów powodowała, że Niemcy dostawali białej gorączki jak tylko pojawiali się nurkowie w okolicy wraku. Ich ruchy wewnątrz powodowały wydostawanie się resztek paliwa a te z kolei uruchamiały wszystkie alarmy przy instalacji podmorskiego połączenia. Jednak człowiek ma ciągłą ochotę wracać do wraku promu. Z każdą kolejną wyprawą odkrywa nowe szczegóły, uczy się rozpoznawać, co było szoferką ciężarówki, co wagonem, co ładunkiem. Najłatwiej jest rozpoznawać kształty kół ciężarówek. Każda kolejna wyprawa to nowe odkrycia. Miewam wrażenie, że wrak się zmienia. Leży dość płytko, więc pływy z pewnością odciskają swoje piętno na konstrukcji. Pamięć też jest zawodna. Szukam znanych sobie przejść by odkryć je w zupełnie innych częściach, nie pamiętam, gdzie odkryłem charakterystyczną plandekę ciężarówki z napisem Scansped.

Inne wraki i nurkowania z Lubeckiego.
Nurkowania z Lubeckiego niezależnie od tego, czy były realizowane na wraku Heweliusza czy innych niesamowitych wrakach to była zawsze niezwykła, morska przygoda. Ustalanie zespołów, harmonogram wejść do wody, logistyka. Wszystko smakowało poważnym przedsięwzięciem. Łódka z resztą fajnie sprawdza się na wyprawach. Jest miejsce na zmontowanie i trzymanie sprzętu. Między nurkowaniami butle ładowane są ze sprężarki długim przewodem, więc nie ma powodu przemieszczać ciężki sprzęt. Owszem, do wody trzeba wyskoczyć z pokładu oddalonego od tafli jakieś trzy metry, ale powrót na pokład odbywa się wygodną, elektryczną windą. Solidna klatka zjeżdża do wody, można do niej wpłynąć, stanąć i dać sygnał operatorom, że można wyciągać klatkę. Bywały rejsy, że zafalowanie było na tyle mocne, że samo trafienie w klatkę było przygodą. Do tego zawsze miło wspominaliśmy posiłki serwowane przez kuka pokładowego. Nigdy jedzenia nie brakowało, było różnorodne, bogate i sycące. Aż żal było nie jeść, kiedy podróżników dopadała choroba morska. Bałtyk charakteryzuje się dość krótką falą. W warunkach gorszej pogody fale potrafią naprawdę mocno rozkołysać łódkę pokroju „Lubeckiego”, stąd co najmniej jeden powrót z nurkowań wspominam dość niemile. Nie dopadły mnie nudności, nie zbierało mi się na wymioty, ale ciągłe falowanie wprawiło mnie w stan strasznej irytacji i doprowadziło do mocnego bólu głowy. Bywały jednak wyprawy, gdy Bałtyk bardziej przypominał spokojne jezioro, fali nie było prawie w ogóle. Zwłaszcza wieczory, kiedy przy zachodzącym słońcu wpływaliśmy po spokojnej tafli do portu w Nexo. Te rzeczy zostają najdłużej w pamięci.
Kolejne wyprawy.
Od pierwszej wyprawy starałem się organizować wyprawy na Heweliusza przynajmniej raz do roku. Zainteresowanie zawsze było duże i zapełnienie Lubeckiego dwudziestoma paroma nurkami nigdy nie nastręczało większego kłopotu. Zwłaszcza, że oprócz samego promu arcyciekawie zawsze jawiły się wraki wokół duńskiego Bornholmu. Bornholm był bardzo często uzupełnieniem programu weekendowego. Jeden dzień na Heweliuszu, drugi na Bornholmie. Lubecki miał tam swój drugi stały port, w małej portowej mieścince Nexo, obok której leży prześliczny wrak statku handlowego nazywanego Affaire. To XIX wieczny galeas ze świetnie zachowanym pokładem i resztką omasztowania, który robi niesamowite wrażenie stanem zachowania drewna. Do tego obecność dużych wraków na trasie Bornholm – Kołobrzeg: majestatycznego Halstenbeka, czy dziwacznej pogłębiarki Refuller. Bywały rejsy, na których w zasadzie bardziej interesowały nas inne wraki. Planowałem też co najmniej jeden rejs bez wizyty na Heweliuszu. Przyszedł jednak COVID. Rynek turystyki wrakowej stanął. Potem przyszła napaść Rosji na Ukrainę, ceny paliwa poszybowały w górę. Nikt nie chciał pływać na wraki przy astronomicznych cenach. Łódki wożące dotąd nurków musiały skupić się na alternatywnych źródłach dochodów. I okazało się, że jest co robić. Prace „off-shore”, czyli rozliczne badania dna bałtyckiego, stawianie farm wiatrowych i inne prace na otwartym morzu okazały się dużo pewniejszym źródłem zarobkowania dla operatorów łódek, w tym dla „Lubeckiego”. Kilka rejsów turystycznych zostało odwołanych jakoby z powodu awarii napędu lub innych problemów, ale w środowisku mówiło się, że Lubecki ma lepszą robotę, do której zlecający wezwał go wcześniej niż było w planach i tak się skończyło. Rejsy nagle ustały. Ja co roku piszę lub dzwonię do Tomka Kurzawskiego, jednego z właścicieli „Lubeckiego” i pytam o rejsy. „Kuba, w tym roku nie”. Nie będą pływać z nurkami. Po pierwsze, są inne roboty, gdzie płacone jest nawet jak łódka stoi w porcie, do tego sytuacja na morzu, a zwłaszcza w okolicy gazociągów i ropociągów jest nerwowa. Kontrole są co chwila, podejrzenie, że ktoś znowu zechce sabotować któryś z rurociągów jest wysokie. Tomek opowiada, że bywały rejsy, że w zasadzie co chwila byli kontrolowani, sprawdzani. Kontrole nasyłali Niemcy, Duńczycy, Polacy. Wszyscy.

Rozpoznanie tematu alternatywnego środka transportu na Heweliusza póki co nie przyniosło żadnego rozwiązania. Niemieckie łódki jeżeli pływają na Heweliusza to robią to bez rozgłosu, nikomu się nie chwaląc. Z Bornholmu nikt nie wypływa. Lokalne bazy mogą zorganizować nurkowania co najwyżej na wrakach wokół wyspy. Nikt z Polski nie planuje rejsów na „Jana Heweliusza”.
A ja niebawem pewnie znowu zadzwonię do załogi „Lubeckiego” z nadzieją, że usłyszę: „Wiesz co, Kuba, chyba w tym roku czas popłynąć”. Czego sobie i wam życzę.
